a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Port/ Brzeg



 

 Port/ Brzeg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Port/ Brzeg   Nie Wrz 08, 2013 1:12 pm

// Old Oak

Prue była zadowolona, że w Dębie pożegnała kolegów z Doliny, jedno zmartwienie mniej. Nie będzie musiała się nimi przejmować podczas ataku, no i zastanawiać się, czy wbiją jej sztylet w plecy. Przystanek zrobił jej i załodze całkiem dobrze. Trochę zbyt długo przyszło jej czekać na armię.
- Nie sądzisz, że coś jest nie tak?- Rzekła do Georga Czarnobrodego. Coś zbyt długo ich nie było, statki czekały.
Dzień opóźnienia, przybyli. Prudence dostrzegła, że coś nie gra. Okazało się, że to wszystko przez pożary, ląd naprawdę nie służył Żelaznym Ludziom.
- Wsiadajcie na statki, już niedługo będziemy u siebie..- Tak, zahaczą tylko o te cholerne lwy, odbiorą co ich i wrócą do domu. 50 statków, na każdym około 70 osób, zobaczymy ilu przetrwa.
Zapakowanie ich wszystkich zajęło prawie cały dzień, jednak już było po wszystkim. Wyruszyli, pięćdziesiąt statków. Płynęli równym tempem, uformowali się w piątki, także na morzu widać było czarną plamę. Nie sposób było ich nie zauważyć. Statek Pru płynął jakoś w 3 rzędzie.
Dziewczyna była spokojna. Czekała na tą chwilę dosyć długo. Nareszcie się zemści za swoich braci.
Zobaczyli brzeg, Lannisport, tu planowali zacząć.
- Cała na przód.- Byli przygotowani do walki, każdy dzierżył miecz, szablę, młot, toporek, odziani w ciężkie zbroje. Humory im dopisywały, Żelaznym Ludziom brakowało ostatnio rozrywek.
- Palcie, gwałćcie, zdobywajcie!- Rzuciła jeszcze Prudence tuz przed dobiciem do brzegu.
- Pamiętajcie, to co jest martwe nie może umrzeć..- No i się zaczęło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Nie Wrz 08, 2013 8:32 pm

Słów kilka o prowadzeniu wojny:
 


MG


Istnieją pewne, dość oczywiste przyczyny dla których wielu najwybitniejszych dowódców wolało unikać oblegania twierdz od strony morza - nade wszystko prawdopodobieństwo, że zostanie się wcześniej zauważonym było znacznie wyższe niż podczas ataku z lądu. Naturalnie, nawet jeśli dojdzie do sytuacji w której obserwatorzy wypatrzą wrogą flotę zbliżającą się do lądu, może być już za późno...

Jak było w przypadku Lannisportu? Nade wszystko ilość statków prująca morskie fale i nieuchronnie zbliżająca się do brzegów miasta nie mogła nie pozostać niezauważona - czterech stojących tego dnia na murach zamku wartowników rżnęło w najlepsze w karty, zaśmiewając się gromko i rzucając niewybrednymi żartami na temat miejscowych dziwek. Uratował ich... przypadek. Jorgen, najmłodszy z obserwatorów, opuścił niewielką izdebkę na murze, gdzie wartownicy zwykle chronili się przed deszczem w słotne dni, tylko po to, by starym i utartym zwyczajem oddać mocz wprost do morza. Wieża obronna, którą zajmował z towarzyszami, była najbardziej wysuniętym  na zachód punktem twierdzy, a co za tym idzie - położonym najbliżej morza.  Kiedy cierpliwie odsznurowywał skórzane rzemyki spodni, pogwizdując pod nosem balladę o żonie Dornijczyka, ujrzał na horyzoncie niewielki punkt, podłużny i czarny jak krowi placek wysuszony na słońcu. Brwi Jorgena podjechały nieznacznie do góry, gdy punkcik zaczął się przybliżać, nabierając w końcu bardziej sprecyzowanych kształtów - kształtów, które coraz mniej przypominały krowi placek i na myśl zaczęły przywodzić...
- Co do... - zaczął cicho, zapominając nawet o parciu na pęcherz. Dłonie zamarły na rzemykach spodni, gdy wartownik wytężał młody wzrok, próbując dostrzec bandery zbliżającej się floty - bo do tego, że była to flota, nie miał już najmniejszych wątpliwości. Czy to możliwe, aby armia Lannisterów jakimś cudem powracała z Riverrun drogą morską? A może to goście weselni z Reach podążają na ślub Aarta Lannistera...? Pudło... i jeszcze raz pudło.
- Chodźcie tu! - wrzasnął na całe gardło, mrużąc oczy. Czy to możliwe...? Złoto-czarne barwy... zaraz... Baratheonowie? Nie, nie, za daleko, kto jeszcze posiada herb w tych kolo--
- Greyjoy. - sapnął pod nosem Jorgen, ze sztywną jak kij szyją odwracając głowę w stronę niezgrabnie gramolących się z wieży wartowników. - Krakeny. - powtórzył głośniej, czując, jak z twarzy odpływa mu krew. Teraz nie miał żadnych wątpliwości - z tej odległości bandery były doskonale widoczne... - Krakeny! - wrzasnął nagle, rzucając się w stronę schodów i swych towarzyszy. - FLOTA GREYJOYÓW! Setki, tysiące!!! - tyle wystarczyło, by stojący jak wrośnięci w ziemię obserwatorzy zerwali się z miejsc, podążając za swym towarzyszem. Zbiegli z posterunku? Bynajmniej... ruszyli tam, gdzie ruszyłby każdy podwładny - do zamku.

***

Podczas, gdy w sepcie bito na alarm, Prudence Greyjoy wraz ze swoimi ludźmi opuściła pokłady statków, ruszając wprost na mury Lannisportu. Zaalarmowani mieszkańcy wpadli w popłoch, który zapewne zakończyłby się paniką i poddaniem miasta bez walki, gdyby nie kuzyn Lorda Lannistera, Lord Lefford Lannister. Na całe szczęście dla Lwów, ciężkie zbroje spowolniły znacznie nienawykłych do ich noszenia Żelaznych - wszak wiadomo, że na morzu każdy dodatkowy kilogram na sobie może doprowadzić do utonięcia... kiedy zaś Greyjoyowie dotarli do murów miasta, napotkali nieliczny, ale zażarty opór - na murach otaczających bramę wjazdową do miasta stały niecałe dwie setki mężczyzn, celujący z łuków w zbliżających się wrogów. Sama brama została zaryglowana. Nikt jednak nie miał wątpliwości, że trzecie co do wielkości miasto w Siedmiu Królestwach, tuż po Królewskiej Przystani i Oldtown może szybko upaść, jeśli z położonego tuż obok Casterly Rock nie zostaną przysłane posiłki...
Główna brama została zaryglowana, podobnie jak bramy boczne - w mieście Lefford Lannister próbuje zaprowadzić spokój, choć niecałe trzy setki zorganizowanych ochotników, głównie służby zamkowej, nie jest w stanie powstrzymać siły, jaką reprezentują Greyjoyowie. Do Casterly Rock natychmiast wysłano kruki z wiadomościami, choć wydaje się, że nawet i to będzie zbędne - wszak olbrzymi sept bił w dzwon od momentu, gdy tylko Jorgen, zdyszany i z mokrymi od moczu spodniami powiadomił dowódcę o Krakenach wkraczających na brzeg...



    Teraz od upartości i nieustępliwego charakteru Prudence Greyjoy zależy, czy jej wojsku uda się wtargnąć do słabo chronionego miasta.
    Jeśli podejmie szturm na główną bramę, o powodzeniu zadecyduje rzut kostkami, jakość postu oraz to, jak zmotywuje do działania swych żołnierzy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Pon Wrz 09, 2013 9:41 am

Reinmar Arryn był wojownikiem. Lubował się w zabijaniu. Łaknął krwi. Szał bitewny był jego największą podnietą. Ale był też dowódcą. Strategiem, członkiem Małej Rady, człowiekiem, który potrafił zaplanować każdy swój ruch i wykonać go z zabójczą precyzją. Nade wszystko jednak, był człowiekiem, który stawał w obronie sojuszników. Nic też dziwnego, że gdy dostał kruki z wieściami od swych szpiegów, a później od wiernego Chorążego, nie zwlekał z podjęciem decyzji.

Był mglisty poranek, a światło słoneczne z trudem przebijało się przez wilgotne powietrze i ciężkie chmury, gdy trzy i pół tysiąca żołnierzy Arrynów opuszczało Dolinę. Większość z nich dosiadała wielkich wierzchowców, dość silnych by przebyć długą drogę i stanąć do walki. Nie musieli się jednak zbytnio spieszyć. Jak wynikało z listów, Żelaźni mieli do przebycia drogę znacznie dłuższą. I choć poruszali się na swych niedoścignionych statkach, to musieli opłynąć cały kontynent... Żołnierzom Arrynów towarzyszyły dwie setki najkarniejszych wojowników z Plemion, którzy postanowili dołączyć się do sił Czarnego Jeźdźca. Złaknieni krwi, podziwiający człowieka, który był sprawcą niedawnej jatki w Dolinie, dzięki której Plemiona zostały lepiej zaopatrzone, byli zdecydowani podążać za Reinmarem aż do siódmych czeluści piekieł. To młody Arryn był człowiekiem, który w końcu poszedł po rozum do głowy i miast wojować przeciwko tym barbarzyńskim wojownikom, postanowił uczynić z nich siłę, przed którą zadrży każda armia Westeros. Swej siły dowiedli w starciu z Dorzeczem. Teraz czekała ich kolejna próba...
Armii pod sztandarem Księżyca i Sokoła towarzyszyło dwa tysiące piechoty z Runestone. Royce, najpotężniejsi z Chorążych Doliny, znów dowiedli swej wierności. Razem blisko sześć tysięcy mężów ruszyło na zachód.
Nie były to jednak wszystkie siły Wschodu. Przed nimi bowiem, w pośpiechu ruszyło pięć setek doborowych rycerzy. Poruszali się w przebraniach, w niewielkich oddziałach, by zjednoczyć się tuż przed samą bitwą.

W czasie, gdy armie Doliny maszerowały na zachód, Reinmar właśnie opuścił stolicę Siedmiu Królestw. Jadąc w asyście swych dwudziestu najlepszych ludzi mógł poruszać się wystarczająco szybko, by dołączyć do armii i przejąć nad nią dowództwo. W myslach cały czas powtarzał słowa swych szpiegów, które w pośpiechu przelewali na pergamin. Morze ruszyło. Chce zalać Zachód.
Nie obchodził go pretekst do wojny, jaki mieli Greyjoyowie. Sam znał prawdziwą przyczynę ataku. Lannisterowie, niegdyś najbogatszy z rodów, był słaby. Nieudane plony i seria katastrof wstrząsnęła Zachodem. To wystarczyo, by sąsiedzi chciwym wzrokiem spoglądali na resztę ich bpgactw. Arryn niedawno na własnej skórze przekonał się o chciwości sąsiadów...
Westeros było słabe. Rządy króla nie przynosiły nic dobrego. Tym razem jednak Arryn był w Małej Radzie. To dawało mu większą siłę przebicia. Działał w imieniu króla.

Gdy Royce opuścił statek Greyjoyów, nie mógł się wprost nadziwić ilości błędów popełnionych przez młodego dowódcę Krakenów, Żelazną Damę, Prudence Greyjoy. Pozwoliła mu wysłać kruki z nieznanymi informacjami. Dopuściła nieznanego mężczyznę do wiedzy o uderzeniu na ziemie Zachodu od morza. Pozwoliła mu opuścić statki tuż przed uderzeniem na Lannisterów. Ba, wyglądała na zadowoloną z powodu odejścia ludzi z Runestone.
Lord Royce zamierzał zgotować jej krwawą niespodziankę. Dolina nie opuszcza swych sojuszników w potrzebie.
Wysoko jak honor.
Objął dowodzenie nad pięcioma setkami swych doborowych rycerzy, który wyszli mu na spotkanie w przebraniach kupców. Bogowie! Wystarczyło, aby Prudence nie pozwoliła mu opuścić statku, a połowa planu spaliłaby na panewce!
Ruszyli na Lannisport.

Arryn stanął na czele połączonych armii Doliny na długo przed dotarciem do Lannisportu. To dało mu możliwość lepszej organizacji. Zwiadowcy na najśmiglejszych koniach ruszyli do przodu. Na Zachodzie trwała wojna. Wojna żywiołów. Ogień i silny wiatr, dzięki któremu pożary łatwo się rozprzestrzeniały czynił spustoszenie. Arryn spędzał przy mapie długie godziny, omawiając każdy krok ze zwiadowcami. Musieli zdążyć do Lannisportu w odpowiednim momencie. Nie za szybko, nie za późno.
Nadeszli od północnego wschodu.
Widzieli już potężne mury stolicy Zachodu.
Reinmar był gotów do bitwy. Jego czarna zbroja lśniła niebezpieczne w blasku słońca. Kolejna wojna, kolejna bitwa. Minie dużo czasu nim Banshee, miecz Arrynów, będzie mógł spocząć.
- Wysłać ludzi do miasta, ogłosić, że przybywamy wesprzeć naszych sojuszników! - głos Reinmara brzmiał niczym zapowiedź nadchodzącej rzezi. Wojownicy z Doliny wciąż pamiętali o jatce, jaka miała miejsce na Wschodzie.
- Wysłać posłańców do Royce'a, wyłożyć plan bitwy!
Spojrzał na swych żołnierzy. W tej chwili byli jedną z najgroźniejszych armii w całym Westeros. Doświadczeni, złaknieni kolejnego wielkiego zwycięstwo, ślepo wierzący w swego dowódcę. Chcieli krwi.

Rethel Royce był potężnym człowiekiem. W swej pokrytej runami starożytnej zbroi wyglądał jakby przybył do Westeros wprost z ballady. Na jego twarzy malował się zacięty wyraz. Dosiadał wielkiego wojennego rumaka. Prowadził za sobą pięć setek doborowych rycerzy, którzy mieli jedno zadanie - szarżować. Uczynić prawdziwą nawałnicę kopii oraz ciężkich mieczy, której nie oprze się żadna piechota, a w szczególności piechota Żelaznych, którzy nadawali się jedynie do szybkich wypadów, zabijania niewinnych cywili i gwałcenia niewiast. W bitwie z regularnymi i zdyscyplinowanymi żołnierzami nie byli już tak skuteczni. Choć nie brakło im męstwa i umiejętności, to brakowało im własnie karności. A karni żołnierze, nawet jeśli mało wprawni, potrafią rozbić najlepszych rzeźników w puch, jeśli ci nie potrafią uformować szyków.
A rycerzom Royce'a z pewnością nie brakowało umiejętności...
- Panie! - jeden ze zwiadowców przybył w pełnym galopie. - Lord Arryn przesyła wiadomość!

Arryn i jego ludzie jadą kłusem wzdłuż muru, w stronę wybrzeża. Już za chwilę staną do boju. Ich proporce powiewają na wietrze. Sokół i Księżyc. Ludzie z Gór. Dolina. Na ich czele Reinmar Arryn. Potężny jeździec na potężnym rumaku. Na twarzy, wzorem Plemion, ma wymalowane barwy wojenne. Pluje na dobre, rycerskie obyczaje. Przyjechał tu zabijać.
Kilka pacierzy temu wypowiedział do swych ludzi ostatnie słowa przed bitwą.
- Bracia z Doliny! Ludzie z Vale i ludzie z Runestone! Bracia z Plemion! - krzyczał. Jego głos był ochrypły, lecz donośny niczym dźwięk rogu. - Niech Westeros dowie się o naszej sile i potędze! Niech dowie się o tym, że Dolina nie opuszcza przyjaciół w potrzebie! Dzisiaj cały świat dowie się o tym, że kto śmie atakować naszych sojuszników, może spodziewać się naszego gniewu!
Unosił się w strzemionach, potrząsając włócznią i uderzając nią o tarczę. W jego dzikich oczach widać było żądzę mordu. Czy tak podziałała na niego obecność w stolicy? Nie, on przecież zawsze taki był...
- Dzisiaj po raz wtóry zyskamy nieśmiertelność! Nieśmiertelność! Nasze kości dawno sczezną, a ciało przeżrą robaki, gdy bardowie będą opiewać męstwo ludzi z Doliny! Choćbyśmy mieli stoczyć walkę z samym diabłem, nieśmiertelności nikt nam nie odbierze! Nieśmiertelność!
Okrążyli mur, wypadając na wybrzeże przy niezliczonych dźwiękach rogów. Trzy i pół tysiąca jeźdźców. Siła mogąca zmiażdżyć zastępy każdej armii. Pięść Doliny.
Plan był zabójczo prosty. Uderzali od północy, w karnym szyku, zganiając przeciwnika na południe i nie pozwalając powrócić na statki. Było ich więcej, dosiadali rumaków, byli szybsi, bardziej doświadczeni, spragnieni kolejnego triumfu!
Ich oczom ukazali się Żelaźni. Nie miał kto stawić im czoła.
- Wyrównać szyki! Jazda! - głos Arryna niósł się na setki jardów. Zdawało się, że dochodzi on z samych czeluści piekieł.
Jeźdźcy ruszyli w karnym szyku. Nabierali prędkości. Zbroje jeźdźców lśniły w porannym słońcu. Ziemia zaczynała się trząść. Byli niczym rozpędzony gniew bogów Doliny. Przed samym uderzeniem w przeciwnika opuścili włócznie.
- Dolina!

Tymczasem piechota została wysłana do bram miasta. Jeśli ich tylko wpuszczą, przewędrują przez miasto, wyjdą bramą od strony wybrzeża i ruszą na statki Greyjoyów, by przejąć lub zatopić ich flotę.

Rethel zbliżał się od południa. Słyszał bicie dzwonów i słabe krzyki. Podchodzili wzdłuż muru, by jak najdłużej pozostać niezauważonymi. Słyszeli już dźwieki rogów. Główne siły już natarły. Gdy tylko przełamią szyk przeciwnika, który powinien pójść w rozsypkę, uciekając wprost na rycerzy z Runestone, ci wyjadą zza muru, by zadać ostateczny cios...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Pon Wrz 09, 2013 10:57 am


MG



    Obowiązująca obecnie kolejność postów:

    Prudence Greyjoy, z reakcją na post MG i Reinmara Arryna,
    MG z podsumowaniem działań wojennych oraz decyzjami obrońców miasta,
    Reinmar Arryn z kolejnymi rozkazami i odniesieniem do postów poprzedników,
    Rethel Royce z rozkazami skierowanymi do swych ludzi,
    Vera Wilcza Skóra ze swymi umiejętnościami zwiadowczymi,
    Prudence Greyjoy ze swymi poleceniami oraz reakcją na poprzednie posty,
    MG
    Reinmar Arryn
    Rethel Royce
    Vera Wilcza Skóra
    Prudence Greyjoy
    MG
    ...
    i tak dalej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Wto Wrz 10, 2013 10:02 am

Do brzegu dopływało 33 statków Prudence, coś około 2000 osób, pozostałe siedemnaście zmieniło kurs, tak jak było w planach. Po konsultacji z kapitanami Prue postanowiła zaatakować w mniejszym gronie, te 1500 miało wesprzeć chorążego, któremu przydadzą się każde ręce. Zniszczyć cały brzeg, to było w planach. Nie szturmowanie zamków, to nie było ich priorytetem. Na co bowiem Żelaznym zamki? Kto je utrzyma? To nie było ich konikiem, także będą robić to, co potrafią najlepiej - dewastować. Nie mięli czasu na takie pierdoły, wyspy czekały. Dom. Prue była chyba jedyną osobą, która cieszyła się z powrotu. Jej wojsko bowiem pragnęło zemsty, za syna lorda. Żądza powodowała, że nie myśleli racjonalnie, chcieli przelać jak najwięcej krwi.
Statki dopływały do brzegu. Z pierwszych dziesięciu wyłoniło się jakoś sześćset osób. Krzyczeli, biegli, było ich słychać. Niszczyli każdą przeszkodę, która im się napatoczyła. Nie pozostawiali nic.. Pięknie to wyglądało na tle płomiennych strzał, które posypały się z pozostałych dwudziestu trzech statków. Taki był plan, spalić jak najwięcej, pozwolić im wszystkim płonąć. Żelaźni, którzy pojawili się na brzegu w jednej dłoni mięli pochodnie, w drugiej miecze. Ich planem było podpalić jak najwięcej, po krótkim czasie mięli wracać na swoje statki i płynąć, gdzie pieprz rośnie.
Prudence była wśród tych, którzy stawili nogę na ziemi. Nie mogła bowiem zostawić swoich ludzi, to był jej obowiązek pójść z nimi w bój. W dłoni dzierżyła niezbyt ciężki miecz jednoręczny, co by wygodniej jej było nim machać, u boku miała srebrny sztylet, w prawej ręce pochodnię, jako, że pożary ostatnio panowały na Zachodzie stwierdziła, ze ona tylko zacznie, resztę zrobi za nią żywioł. Nie mięli jak uciec do wody, no i za bardzo opuścić miasta z drugiej strony. Lannisport było jedną, wielką płonącą pułapką.
Wszędzie słychać było krakeńskie bębny, które jeszcze bardziej nasilały dzikość Żelaznych. W ich oczach widać było istne szaleństwo, szli przed siebie niczym fala. Na wietrze powiewały sztandary, wielki, złoty Kraken na czarnym tle.
Nie mięli pojęcia o ludziach z Doliny, kiedy dostrzegli chorągwie rozzłościli się jeszcze bardziej.
- Zdradzieckie skurwysyny..- Tak, Prue była bardzo, bardzo wkurzona.
- Palcie, no i odwrót na statki- Wszyscy znali plan, jej ludzie nie wykraczali zbytnio daleko. Rozeszli się jedynie po wybrzeżu, przy statkach, co by ewentualnie szybko się wycofać. Nie mięli bowiem zdolności teleportacji, jak ludzie z Doliny, byli prostaczkami z Wysp, nie miał ich kto nauczyć tej tajemnej sztuki. Kiedy już cały brzeg płonął wycofali się na statki, niczego więcej nie mieli tu do zrobienia, chodziło im jedynie o ogień.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Wto Wrz 10, 2013 11:31 am


MG


Prudence Greyjoy napisał:
Do brzegu dopływało 33 statków Prudence, coś około 2000 osób, pozostałe siedemnaście zmieniło kurs, tak jak było w planach. Po konsultacji z kapitanami Prue postanowiła zaatakować w mniejszym gronie, te 1500 miało wesprzeć chorążego, któremu przydadzą się każde ręce.
(...)
Statki dopływały do brzegu. Z pierwszych dziesięciu wyłoniło się jakoś sześćset osób.
Po odpłynięciu 17 statków z załogą liczącą 1 500 osób, pod Lannisportem zostało jedynie 500 żołnierzy, zatem liczba atakujących jest o sto mniejsza.
Miasto w dużej części zbudowane jest z kamienia, a co za tym idzie - wiadomość o płonącej pułapce wydaje się mocno przesadzona. Nie zapominajmy również, że to tereny nadmorskie, gdzie wilgotność powietrza jest znacznie wyższa niż w głębi lądu.

Armia Krakenów, dostrzegając sztandary Arrynów, nie miała zbyt wiele czasu na odwrót - szarżowała wszak na nich doświadczona konnica, złożona z ponad trzech tysięcy jeźdźców. Efekt był piorunujący - kiedy rumaki natarły na wycofujących się w stronę statków Wyspiarzy, setki z nich zostały praktycznie zmiecione z powierzchni ziemi. Silne piersi koni, dosiadający ich rycerze, miecze, topory i młoty bojowe - czy można wyobrazić sobie bardziej skuteczne narzędzie pogromu? Szarża, ze względu na rozmiękłe podłoże, znacznie utrudniona, przyniosła jednak oczekiwane rezultaty - nieliczni z pięciuset wojowników Greyjoyów zaczęli wycofywać się w północną stronę pola bitwy. Tam jednak czekała ich kolejna niespodzianka - wojska Rethela Royce'a, który jeszcze jakiś czas temu towarzyszył im na ich własnych drakkarach, jadł z nimi przy ich własnym stole i pił z ich własnych pucharów. Zdrajca czy bohater? Osądzi historia...
... oto bowiem nadarzyła się dla niego idealna okazja, by zadać ostateczny cios Krakenom - stało się jasne, że żaden z wrogów nie wyjdzie żywym z tego starcia. Pożary, wywołane przez Wyspiarzy, znacznie utrudniły Royce'owi ukrywanie się za wyłomami murów Lannisportu, zmuszony więc został do wcześniejszego opuszczenia kryjówki. Jednak to właśnie wtedy konnica Arryna zadała ostateczny cios nielicznym siłom Krakenów, którzy, nie mogąc dotrzeć do swych statków, zaczęli zbiegać na północ. A tam? Tam czekała na nich dzika furia Rethela, którego ciemna sylwetka na tle płonącej okolicy sprawiała wrażenie wyrwanej z bajań starych nianiek...

Na wskutek otworzenia bram Lannisportu, piechota Arrynów wkroczyła do miasta, nie musząc go okrążać - żołnierze szybko zbliżyli się do wybrzeża, gdzie ludzie Royce'a dokonywali dzieła zniszczenia - dla żołnierzy wychodzących zza murów twierdzy nadarzyła się idealna okazja, by zająć te statki Greyjoyów, które zostały pozbawione załogi podczas szarży Arryna. Piechocie z Doliny towarzyszyły także dwie setki obrońców miasta, którzy ramię w ramię z niespodziewanymi sojusznikami ruszyli w stronę wybrzeża. A nie była to wędrówka łatwa - prowadziła bowiem przez brzeg zryty końskimi kopytami, nasączony krwią i usłany trupami wrogów.

Fortel Prudence udał się jedynie częściowo - z pięciuset osobowej armii, która została przy jej boku by dokonać dzieła zniszczenia w Lannisporcie, uratowała się jedynie setka żołnierzy. Żelazna Dama wraz z nielicznymi ludźmi zdołała wsiąść na statek, nim konnica Arrynów odgrodziła resztę armii Krakenów od drakkarów. Odbijając od brzegu była niemym świadkiem tego, jak czterystu jej ludzi ginie pod końskimi kopytami oraz od ciosów wojowników z Doliny. Ogień, trawiący nieliczne punkty wokół miasta, zabarwiał morską toń na głęboką czerwień. Czerwień krwi tych, którzy polegli w imię zemsty. Ten widok musiał być tragiczny dla Prudence, bowiem w przeciągu, zdawałoby się, mrugnięcia powieką jej ludzie zmieszani zostali z nadmorskim piachem. Pozbawieni dowódcy ocaleni miotali się bezradnie na wybrzeżu, starając stawiać jakikolwiek opór, jednak pod Lannisportem wynik był przesądzony - nikt nie mógł wyjść z tego cało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Wto Wrz 10, 2013 12:19 pm

Krew.
To była dzika szarża. Rozmiękłe podłoże sprawiało, że jazda była utrudniona. Kopyta ciężkich rumaków, wiozących ciężkich jeźdźców zapadały się w błocie. Nie była to jednak szarża niedoświadczonych gołowąsów. Byli to wojownicy, którzy doświadczyli już smaku krwi i bitewnej gorączki. Pewnie siedzieli w siodłach, w mocarnych rękach ściskając długie włócznie i kopie.
Byli coraz bliżej.
Czerwona łuna ognia nadawała światu surrealistyczny wygląd.
Arryn jechał na czele.
Śmierć!
On i jego rumak zdawali się być jednym. Wielką, czarną, dwugłową bestią, uzbrojoną po zęby. Demon. Krew w nim wrzała. Zrozumiał, że nie zniszczy armii Greyjoyów za jednym zamachem. Popędził wierzchowca. Chciał poczuć smak krwi. Wypatrywał wrażego dowódcy, który zniknął w tłumie. Blady księżyc na zbroi Arryna lśnił bezlitosnym blaskiem. Jeszcze chwila.
Bum.
Zderzyli się. Impet uderzenia był nie do zatrzymania.
- Śmierć! Dolina!
Pot, krew, wnętrzności, mocz i kał. Tak pachniała bitwa.
Reinmar uderzył włócznią tylko raz, przebijając dwóch wrogów naraz. Sięgnął po Banshee. Valyriańska stal wcinała się we wraże ciała niczym w masło. Poczuł, że ktoś próbuje ściągnął go z wierzchowca. Nie zdążył uderzyć mieczem. Uderzył więc pięścią. Opancerzona rękawica zmasakrowała twarz wojownika Greyjoyów, łamiąc noc, wybijając oko i dwa zęby.
Żelaźni załamali się. Część próbowała dostać się na statki. Część rzucił się do ucieczki. Prosto na siły Royce'a.
- Runestone!
Arryn uspokoił konia, siląc się na spokój i ogarniając wzrokiem pole bitwy. Piechota przejmowała statki. Części wojsk Greyjoyów udało się dostać do statków i odpłynąć. Była wśród nich Prudence Greyjoy...
Dorwę cię.
Rethel tymczasem dokańczał dzieła zniszczenia. Było po bitwie.
- Brać jeńców - ryknął Arryn, gdy tylko obie armie - z Vale i Runestone - zbliżyły się do siebie. - Brać ich na spytki. Nie żałować ich krwi! Piechota zostaje! - rozkazy sypały się jeden po drugim.
W końcu wypatrzył Rethela. Potężny wojownik wyróżniał się nawet pośród własnych rycerzy.
- Royce, bracie! - głos Reinmara przebił się przez zgiełk kończącej się bitwy. - Konnica rusza na północ!
Popędził konia pomiędzy swymi wojownikami. W jego oczach płonął ogień gniewu.
- Formować szyki. Na północ! To nie koniec wojny!
Konnica Doliny w pośpiechu ruszyła w kierunku Casterly Rock.

/ZT
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
119
Join date :
19/07/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Wto Wrz 10, 2013 1:03 pm

Czy Royce oczekiwał na więcej? Być może. Nie była to bitwa, to była zwykła rzeź Żelaznych Ludzi. Nieprzemyślany atak, który kosztował Prudence kilka setek swoich ludzi.
Desant się rozpoczął, Royce widział mężczyzn wyskakujących ze statków, którzy mieli za zadanie zniszczyć tyle ile się dało. Cała logika Greyjoyów. Na skutki tego ruchu nie trzeba było zbyt długo czekać. Sztandary ze srebrzystym orłem zalały Żelaznych Ludzi, nie dając nawet cienia szansy na przeżycie. Mężczyzna nie musiał długo wypatrywać na polu bitwy Reinmara Arryna. Dziedzic szarżował nieprzerwanie niosąc zgubę wszystkim, którzy weszli mu w drogę. Gdyby można było zobrazować śmierć, na pewno byłaby ona odziana w czarną zbroję z wielkim ostrzem w ręku. Agresorzy nie mieli żadnych szans i ich jedynym ratunkiem faktycznie mogłaby się okazać ucieczka. Mogłaby, gdyby nie Rethel Royce, który tylko czekał na podobny ruch ze strony Żelaznych.
Dym z ogniska, które zrobili ludzie Greyjoyów, działał zarówno na jego niekorzyść, gdyż ograniczał mu pole widzenia, oraz na korzyść, gdyż nie potrzebował widzieć dobrze, by móc zaatakować. Poza tym przysłonięci przez dym rycerze z Runestone wyłonili się jakby znikąd, zasiewając kolejne ziarno strachu i zdezorientowania w sercach Żelaznych ludzi, którzy chwilę później okazali się nie być wcale takimi żelaznymi, za jakich się podają. Szarża przeszła gładko, ludzie Royce'a bez większych problemów wgnietli w ziemię to, co pozostało z ludzi z Pyke. Ci, którzy zostali przy życiu krążyli bez celu, nie mając przed oczami żadnej pozytywnej alternatywy. Rethel z kolei ruszył w stronę Reinamar'a, który gdy tylko go spostrzegł wydał kolejne rozkazy. On sam jedynie skinął głową i wydał odpowiednie rozkazy swoim ludziom. Wystarczyła im chwila, by się przegrupować i byli gotowi do drogi.
- Wojna jeszcze się nie zaczęła. - Skomentował mężczyzna, jadąc tuż przy boku Reinamra. - To co tu było, to nic innego ja rzeź nieumiejętnie dowodzonych ludzi. - Royce spojrzał raz jeszcze na odpływające statki Prudence Greyjoy. Przypomniał sobie jej słowa o tym, że zaufanie załogi jest dla niej bardzo ważne. Przez chwilę zastanawiał się jak poradzi sobie z faktem, że przez zaufanie do niej, w głupi sposób zginęło kilka setek ludzi. Nie było jednak czasu na głębsze gdybania. To nie koniec przelewania krwi.

Z.t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Zza Muru
Liczba postów :
145
Join date :
10/05/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Wto Wrz 10, 2013 5:42 pm

Wyruszyła ze Stolicy na koniu, na oklep w towarzystwie ludzi z Doliny, których zostawił jej Reinmar by ją odnaleźli i doprowadzili do niego. Trwało to jednak niebyt długo, zaraz za murami Vera zawyła potężnie w niebo, potem jeszcze dwa razy i kilkanaście staj drogi później z krzaków wypadły jej dwa wilki. Biała wilczyca i ogromny basior. Konie z Doliny się nie spłoszyły, Vera pracowała z nimi jeszcze w Dolinie by oswoić je z zapachem swoim i swoich bestii. -Nareszcie. - Zawołała zeskakując z konia, miała swojego wierzchowca. Przesiadła się na wilka i w akompaniamencie zwierząt zawyła raz jeszcze oznajmiając okolicy że Biała Zjawa, Wilcza Skóra jest gotowa i nadchodzi.

Ludzie doliny mieli nie małe trudności by dotrzymać jej kroku, na basiorze mknęła jak biała strzała, jakby była z wilkiem jednym ciałem. Była bestią tak jak on, w takich momentach było widać to w jej czarnych jak noc oczach. Lśniły, a Vera oddychała i warczała w rytm oddechów basiora, nawet ich serca biły w tej samej chwili. Biegła na przodzie, nie zważając na towarzyszy, jak nie nadążą to dojadą z opóźnieniem. Ona pilnowała tropów, zapachów, od czasu do czasu wślizgiwała się w skórę jednego ze swoich ptaków by zobaczyć szeroki horyzont. Była na dobrej drodze.

W powietrzu czuła już krew i dym z ogni, tak dobrze znane jej od dziecka zapachy, były wyraźne i mieszały się ze słonawym zapachem zbliżającej się wielkiej wody. Turz przed dotarciem na miejsce raz jeszcze przejęła wielkiego sokoła by zobaczyć jak wygląda sytuacja i znaleźć Reinmara, albo jego wielkiego przyjaciela. Z powietrza miała doskonały widok zarówno na wrażą flota jak i na obrońców na lądzie. Widziała ludzi schodzących z łódek, ogień, który zostawiali, szarżę Reinmara, która zmiotła ich z powierzchni, jego samego, no i wielkiego przyjaciela Arryna, który zamykał odwrót napastnikom. Zapikowała, by przelecieć ze głośnym skrzekiem niedaleko Reinmara. Tego ptaka jej podarował, musi go poznać, to był znak od Very "Hej Wielkoludzie, już jestem i masz wpierdol, że mnie zostawiłeś", potem wróciła do siebie.
Nie zdążyła osobiście na starcie, ale to nic. Chciała dotrzeć do Reinmara. Dlatego skierowała basiora najdogodniejszą trasą. Musiała pokazać się Wojownikom Plemion by dodać im hartu,  szanowali ją, niektórzy się jej bali, niektórzy ją kochali, dla niektórych była czarodziejskim symbolem, ale każdego cieszył jej widok... była bowiem zwiastunem zwycięstwa i dobrej walki. Pokazała się też reszcie Ludzi Doliny, którzy poznali ją natychmiast, nie musiała nawet dosiadać białego wilka. Część ruszyła na północ w tym Reinmar i Royce, Vera z wilkami raz wtóry zawyła, by usłyszało ją całe portowe miasto, wszyscy ludzie Doliny i być może odjeżdżająca konnica. Nie czekała dłużej, musiała ruszyć za nimi i stanąć po drugiej stronie Reinmara... gdzież by tam, żeby Czarny Rycerz pokazywał się bez Białej Zjawy.
Z konnicą daleko jej nie odjedzie, dopadnie ich błyskawicznie, ciekawe czy Reinmar się ucieszy? Nie miał wyjścia. Żeby jednak nie przyjeżdżać z pustymi rękoma Vera raz kolejny weszła w ptasią skórę i wzbiła się wysoko by popatrzeć gdzie też Mackowaci na swoich łódkach płyną.

//zt//
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Pią Wrz 13, 2013 10:54 pm

Krótko po bitwie o Lannisport

Leander Lannister, drugi tego imienia, bratanek lorda i dziedzic Lannisportu, powiódł mętnym wzrokiem po linii brzegowej. Wygrał bitwę, a przynajmniej tak wokoło mówiono. Jedni składali dzięki wojownikom z Doliny, inni uważali, że Lannisport ocalał za sprawą wstawiennictwa Siedmiu. Leander nie do końca za tym wszystkim nadążał.
Bowiem Leander Lannister, drugi tego imienia, bratanek lorda, był podczas bitwy pijany jak ostatnia świnia. Obecnie trzeźwiał, spacerując krokiem straceńca po pobojowisku z dzbankiem zimnej wody pod pachą.
– Winniśmy podziękowania sojusznikom z Doliny  – zauważył całkiem trafnie faktyczny dowódca obrony miasta. Zwał się Leffardem, czy tez Leofardem, kogo to obchodziło. Jego rola podczas potyczki ograniczyła się do wydania rozkazu otwarcia bram w krytycznej chwili.
– Podziękowania – wymamrotał Leander, jakby żuł wyjątkowo gorzki korzeń. Golnął z dzbanka. – Nie ma się z czego cieszyć.
Istotnie nie było. Teraz Lannisterowie mieli wobec Doliny duży dług. I zgodnie ze swoją reputacją, będą musieli go spłacić. Problem polegał na tym, że nie było ich chwilowo stać na wydawanie fortuny w ramach reputacji. Właściwie, nie było ich stać na nic.
Tak oto nadszedł kac, a wraz z nim, co dosyć zrozumiałe, gniew. Żelaźni zaatakowali Lannisport. To było coś więcej niż łupieżcza wyprawa. Ci durnie faktycznie chcieli zająć port i Casterly Rock. Wierzyć się nie chciało. Czy byli aż tak krótkowzroczni, czy też krew wyspiarskich dzikusów odebrała im resztki instynktu samozachowawczego?
Jak dla Leandra, krew wyspiarzy na pobojowisku nie odznaczała się niczym szczególnym. Zwykła jucha, którą Doliniarze wytoczyli z gracją wiejskich rzeźników.
– Pieprzeni barbarzyńcy – mruknął ser Leander. Trudno było stwierdzić, czy chodziło mu o wrogów czy sojuszników. Być może o jednych i drugich.

***

– Panie – zaczął goniec zdyszanym głosem – tam zagon, chorąży Greyjoyów osaczony. Kupą idą w kierunku murów, łukiem chcą obejść miasto.
– Spokojnie, chłopcze, nie ma się co ekscytować. – Leander bez pośpiechu zakładał zbroję. Zaklął, gdy pachołek zacisnął mu pas, a nieprzetrawione wino cofnęło się do gardła. – Powoli i składnie. Kto idzie? Kto goni? Kto bije i kogo biją?
– Rickard Harlaw, chorąży Greyjoyów, zdobywca Wyndhall, dokonał taktycznego odwrotu.
– Taktycznie spierdala w stronę brzegu – kiwnął głową Leander, dając do zrozumienia, że taka wizja mu pasuje. – Dalej?
– Gonią go siły Doliny. Konnica falą jak szarańcza.
– Kto nimi dowodzi?
– Reinmar Arryn oraz Rethela Royce, panowie na...
– Wiem skąd są Arrynowie i Royce'owie, skąd są i gdzie są panami – przerwał dziedzic Lannisportu, dając znak podwładnym, by zebrali zbrojnych. Skoro pędził w ich stronę Rickard Harlaw, to należało wyjść mu na spotkanie, jak przystało na porządnych gospodarzy. – Mam też nadzieję, że wiedzą, gdzie sami się znajdują. Tu jest Zachód, a nie bajkowa Dolina. Tu władzę sprawują Lannisterowie. Sojusznicy czy nie, nie będą hasali konnicą pod Lannisportem podług zachcianki. Wracaj do swojego pana, chłopcze, i powiedz mu co następuje...

Rickard Harlaw, zdradziecki pies, który myślał, że zdoła pokąsać lwa, jest w jurysdykcji Lannisportu i według naszych praw będzie sądzony. Dziękujemy Dolinie za pomoc w walce i prosimy o wydanie chorążego Greyjoyów, gdy tylko wpadnie w wasze ręce. Zyskaliście wdzięczność Lannisterów. Cóż się stanie dalej, omówimy osobiście.


Ostatnio zmieniony przez Leander Lannister dnia Pią Wrz 13, 2013 11:54 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
38
Join date :
20/06/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Pią Wrz 13, 2013 11:33 pm

"Jazda" z Harlaw zbliżała się do murów Lannisportu. Twierdzy portowej, która ni stąd ni zowąd pojawiła się przed rycerzem. Na dodatek mury były obsadzone zapijaczonym wojskiem mieszanym z Doliny i Zachodu. Harlaw przypuszczał taką możliwość, wiedział, że w końcu nadejdzie ta chwila kiedy będzie musiał powiedzieć sobie dość. Jak tu przejść to historii nie ginąc. Rickard znał odpowiedź. Brzmiała ona: "Zrobić najbardziej szaloną rzecz na wojnie". Plan został wykonany. Resztki oddziałów Harlawa, które znały założenia taktyczne i wiedzieli, że nie mają szans byli przygotowani na tę chwilę. Wielu się z tym nie zgadzało, wielu nie poparło swojego lorda... ale wszyscy za nim poszli. Cała walka była tylko farsą. Jak dwustu siedemdziesięciu ludzi miało pokonać tysiące. Nie miało. I taka jest jedyna prawda. Znajdując się na terenie wroga, można albo go wnerwić, albo dać mu pretekst do namysłu - kim jest mój przeciwnik ? Czy to młody, głupi lord, który myśli nie wiadomo co ? Czy raczej idący za głosem serca, pragnący chwały i uznania i przede wszystkim wykonujący rozkazy młody strateg, którego plany dalekie są od ideałów.

Tak i tym razem nie wszystko miało się udać. Ofiary były... spore. Każdy jednak miał prawo pójść do walki, lub nie pójść. Teraz pod murami Lannisportu nie było odwrotu. Pozostawiona bez wsparcia i przyjaciół z samobójczą misją grupa lorda Rickarda Harlawa, pana Dziesięciu Wież i wyspy Harlaw mogłą jedynie dać coś od siebie. Pokazać wszystkim maluczkim, że nie trzeba być wielkim rodem z kilkutysięczną armią, aby coś osiągnąć. Wystarczy być człowiekiem z ideą i odwagą. Tych dwóch cech nie brakowało Rickardowi. Brakowało mu jednak szczęścia. Nic nie wyszło po jego myśli. Mógł jedynie zrobić ostateczność.

Lord Harlaw spiął swojego białawego konia i wyciągnął z torby małe zawiniątko. Odwiązał pakunek i złapał za krótki kijek. Na jego szczycie bieliła się flaga. Oznaka poddania się. Tak. Ta najgorsza z opcji musiała się sprawdzić. Co teraz z nim zrobią ? Nie wiedział... ale jak to mu kiedyś powiedział umierający ojciec: "Czasem trzeba ugiąć kolan, aby móc je później podnieść z orężem w dłoni".
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
58
Join date :
14/05/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Sob Wrz 14, 2013 2:00 am

<-las<-droga do casterly rock (w domyśle)

Po pożarze lasu oddziały Leonarda umknęły w okolice drogi do Casterly Rock...nie były jednak na tyle samobójcze, aby wychodzić tam na spotkanie armii Lannisterów i Arrynów. Zamiast tego, przyczajone w krzakach, śledziły poczynania młodego Harlawa. (No, młodego jak młodego, był starszy od Leonarda).
Gdy Harlaw zaczął umykać pod mury, Leonard uznał jednak, że trzeba działać. Szczególnie, że to statki Krakenów miały zabrać go do domu.
Zaklął, gdy Rickard wywiesił białą flagę, chociaż... może zdekoncentruje to armię wroga?
Gdy Lannisterowie i Arrynowie napierali na uwięzionego pod murami Harlawa i jego wojsko, z lasu wypadła armia, którą wszyscy do tej pory przeoczyli. Armia bez chorągwi.
-Ustawić szyk! -wrzasnął Leonard, spinając konia.
Łucznicy napięli cięciwy i na tyły lwów i Arrynów posypał się grad strzał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Nie Wrz 15, 2013 2:40 pm


MG


Zatem w końcu musiało do tego dojść - pod murami Lannisportu, niedaleko od wygasających pożarów wznieconych przez Greyjoyów, tam, gdzie piechota Doliny wraz z obrońcami Lannisportu zajęła drakkary Krakenów, w miejscu potyczki, która zapewne zostanie wyśpiewana w jakiejś mniej lub bardziej trafnej balladzie...
... białą flagę, znak poddania i rezygnacji, wywiesił Rickard Harlaw. Pomocy nie mógł oczekiwać znikąd, gdzie nie spojrzeć - wróg popycha wroga, odór śmierci nęci nozdrza, ostatni Wyspiarze rzucają broń i poddają się. Do tego Rethel Royce łaknie krwi... a uwierzcie mi, szlachetni lordowie i drogie damy, nie jest to najszczęśliwsza perspektywa dla Wyspiarza. Nie zapominajmy także o dzielnym obrońcy Lannisportu, Leanderze, który odsypiając zmagania z beczką wina, dodawał swym ludziom otuchy opanowaniem... i dość donośny chrapaniem. Teraz jednak, w pełnym rynsztunku, zmierzał wprost na poddającego się przeciwnika, nawet drgnięciem powieki nie zdradzając, że może okazać się znacznie mniej litościwym, niż ktokolwiek mógłby podejrzewać...

Nie jest nam dane na razie dowiedzieć się, jak wyglądałaby rozmowa pomiędzy Lannisterem a Roycem pod murami Lannisportu. Wiadomość Lwa dotycząca Harlawa dostarczona została przez posłańców zarówno Rethelowi, jak i Reinmarowi, nadal pozostającemu na wzniesieniu w pewnej odległości od miasta. Podczas gdy Arryn informowany był przez Verę o zadziwiającej liczbie najemników próbujących zakraść się do portu niezauważonymi, Royce zbliżał się do Harlawa, który unosił nad głową haniebną biel oczekując na prawo łaski ze strony Lwa. Kiedy zaś od Wyspiarza dzieliło Rethela nie więcej niż kilka jardów, gdy cień Górala padał na plecy Żelaznego Człowieka... zabrzmiał róg, który Royce podarował swym zwiadowcom. Dźwięk ten był o wiele bardziej wymowny niż jakiekolwiek słowa - do portu zbliżała się liczba ponad tysiąca ubranych niczym najemnicy łuczników. W tym samym czasie sam Lannisport także zaalarmował okolicę o nadchodzącym starciu - dzwony, które ostrzegły miasto przed atakiem Greyjoyów, po raz kolejny spełniły swą powinność, przeszywając martwą ciszę drżącym dźwiękiem.

Czy zatem pierwsza salwa łuczników miała prawo się powieść? Jeśli celem strzał były trupy, które nadal słały brzeg morza, to w rzeczy samej, efekt był niewymiernie pozytywny. Nim jednak nowa grupa atakujących ustawiła szyki i nim padł pierwszy rozkaz wydany przez konnego dowódcę, zarówno Lannisterowie, jak i jazda Doliny miała okazję ustrzec się przed zdradzieckim ciosem małej armii, która wbrew pozorom nie przemknęła przez okolicę niezauważona. Wszystko wskazywało na to, że ta wojna-nie-wojna będzie posiadać jeszcze wiele zwrotów akcji... niekoniecznie dla wszystkich pozytywnych.

Cóż zatem pozostało zarówno Lannisterowi, jak i Royce'owi? Nade wszystko - pojmać Harlawa, nim ten wykorzysta sytuację i ucieknie. A potem... potem rozprawić się z tymi, którzy postanowili wbić sojuszowi nóż w plecy. Czy też raczej - strzałę.



    Kolejność postów, za której nieprzestrzeganie polecą głowy:
    Rethel Royce
    Leander Lannister
    Rickard Harlaw
    Leonard Tyrell

    w razie, gdyby do tematu chciał dołączyć ktoś jeszcze - słać prywatną wiadomość do MG.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
119
Join date :
19/07/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Nie Wrz 15, 2013 3:48 pm

Rethel Royce był znużony.. Ileż można było latać za jednym człowiekiem, w dodatku jakimś Wyspiarzem, który nie miał dla niego żadnej większej wartości. I ów brak swojej wartości potwierdził, biała flagą poddaństwa, którą machał młody Harlaw. No naprawdę, szkoda słów na to, co wyczyniał ten człowiek. Jeżeli więc chciał wyprowadzić Royce'a z równowagi to niemal w pełni mu się to udało. I zaraz miał się przekonać, co to znaczy zdenerwować lorda z Doliny.
Rethel zeskoczył z konia tuż przy Harlawie i ruszył szybkim krokiem, jakby chciał staranować mężczyznę. Jego ludzie zdążyli już okrążyć Żelaznego Człowieka, więc gdyby w głowie mu była ponowna ucieczka, skończyłby z grotem włóczni w piersi, zanim zrobiłby pierwszy krok. Sam Royce nie zwalniał i gdy był już twarzą w twarz, wymierzył Rickardowi szybki cios w twarz, wkładając w niego tyle siły, że sam zachwiał się lekko. Nie trzeba sobie nawet wyobrażać, jak potężny był ten cios. Ciężka, żelazna rękawica wbija się w ciało jak w masło, masakrując to, co spotka na swojej drodze. Przykładem może być cios Reinmara, który biorąc zamach roztrzaskał czaszkę Wyspiarza, podczas starcia na brzegu. Cios Rethela był podobny, może nawet silniejszy, gdyż wyprowadzany był w gniewie, bardziej spełniał rolę wyładowania emocji. Royce jednak miał w nosie to, czy Harlaw przeżyje czy nie. Jeżeli mu się uda To jego stan będzie tak ciężki, że nawet jeżeli otrzyma niezbędną pomoc, to i tak do końca życia zapamięta bliskie spotkanie z Rethelem Roycem. Zresztą, jego twarz będzie mu o tym przypominała nader często.
- Zabierzcie to ścierwo. Jeżeli żyje to wziąć go do Lorda Reinmara. Jeżeli nie.. po prostu go gdzieś zabierzcie. - Royce wydał polecenia swoim ludziom, po czym dostrzegł w oddali wojska Lannisterów. Nie spieszyli się zbytnio do walki. Można było pomyśleć, że Zachód wcale nie należy do nich.
- Panie. Znaleźliśmy to przy Harlawie. - Rzekł jeden z ludzi Royce'a podając mu miecz, który chwilę wcześniej znajdował się przy pasie Wyspiarza. Rethel chwycił ostrze i wyciągając je z pochwy, przyjrzał się mu dokładnie.
- Znam ten błysk..- Powiedział bardziej do siebie niż do rycerza stojącego obok. Mężczyzna wiedział co trzyma w ręku. Miecz z Valyriańskiej stali. Aż dziw bierze, że ktoś taki jak Harlaw posiadał taką broń. Cóż, Rethel upewnił się, że Rickard już więcej je przy sobie mieć nie będzie, przypinając miecz do swojego pasa. I wtem właśnie usłyszeli dźwięk rogu zwiadowców a dosłownie chwilę później dzwony alarmowe Lannisportu. Royce rozejrzał się dokładnie.  Za nimi nikogo nie było, poza tym dźwięk rogu dochodził od strony zatoki. Wychodziło na to, że znowu atakowany był brzeg.
- Jedź wgłąb miasta i zbierz naszych ludzi. Mają być gotowi do walki gdy się zjawię. Kierujcie się w stronę brzegu, lecz nie wychodźcie z miasta. Czekajcie na wojska Lannisterów i na mnie samego. Ruszaj. - Royce wydał kolejne polecenie po czym ponownie wskoczył na konia i wraz z resztą grupy rycerstwa, która pozostała bez zadania, ruszył żwawo w stronę Lannistera.
Wojskiem dowodził Leander Lannister, którego Royce nie widział już dobry kawał czasu. Ostatnio bodajże na jakimś turnieju, w którym młody Lannister bezlitośnie likwidował kolejnych konkurentów.
- Ser Lannister.. niestety nie ma czasu na uprzejmości. Słyszysz co się dzieje. Bierz swoich ludzi i spotkamy się przy porcie. Mam szczerze dość tych Żelaznych psów. Wybijmy ich do nogi a potem pomyślimy co dalej. - Rzucił i ruszył na spotkanie ze swoją piechotą, która już formowała szyk do walki.

//
Pozwoliłem sobie na czas dokonany w przypadku Rickarda, bo w obecnej sytuacji już naprawdę nie ma nic do gadania i pisanie postów typu "ludzie royce'a ruszyli by schwytać Harlawa, ale czy im się uda?", nie ma najmniejszego sensu bo jakby im się nie udało to po prostu bym skapitulował uznając, że mam bandę idiotów a nie regularne wojsko i szkoda mi czasu na wojowanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Pon Wrz 16, 2013 1:24 am

Leander wpatrywał się jakiś czas zgniłą zielenią jadowitych oczu w Royce'a. I milczał. Nie okazywał ani entuzjazmu, ani gniewu. Nie mrugnął, nie roześmiał się szyderczo, nie mruknął jednego przekleństwa tonem obrażonego królewicza, chociaż oto na jego własnej ziemi, pod murami jednego z najpotężniejszych miast Siedmiu Królestw, miasta ustępującego jedynie Królewskiej Przystani, miasta w którym dorastał i które kochał, Chorąży Arrynów śmiał mu wydawać polecenia niby stajennemu. W Siedmiu królestwach byli lordowie, którzy godność wywyższyliby w takiej sytuacji do absurdalnej żądzy satysfakcji. Nie. Leander przyjął słowa dowódcy zbrojnych z Doliny ze spokojem żmii, która postanowiła oszczędzić jad na dogodniejszy moment do ukąszenia. W jednym Royce miał rację. Nie był to czas na sprzeczkę. Jeszcze.
Wychylił się z siodła i pozornie obojętnym wzrokiem przeskoczył z zaimprowizowanej przez wyspiarzy białej flagi na żołnierzy Arrynów, łapiąc okiem ślad zrytej ziemi, po której żołdacy musieli ciągnąć coś ciężkiego, a którą ubarwiła porzeczkowa krew. Dajmy na to taka, jaką może wypluć człowiek, gdyby rozkwasić mu wargi w bestialskim akcie agresji. Hipotetycznie, oczywiście.
– Rickard Harlaw – powiedział w końcu Leander, lecz nie zwracał się tylko do Rethela Royce'a, a do wszystkich w zasięgu głosu – wywiesił białą flagę pod murami Lannisportu.
Lannister założył półkolisty otwarty hełm ze sztywnymi stalowymi policzkami, dodając sobie i sytuacji (jak wierzył) powagi. Obrócił ogiera bokiem do Rethela, przeszedł stępa w kierunku ludzi Harlawa. Dobrych dwóch setek ludzi ku ścisłości, których nie można było zostawić mimo bijących na alarm dzwonów, a których wcale nie zamierzał oddać Arrynom. Sojusznicy z Doliny wystarczająco się rozzuchwalili.
– Jesteście więc moimi jeńcami – zakończył, dając żołnierzom z Lannisportu znak, by zajęli się niedoszłymi najeźdźcami. – Nie stawiajcie oporu, a zostaniecie potraktowani z honorami. Wasze życia należą teraz do brata Lorda Casterly Rock.
Przez całe spotkanie Leander przemówił do Rethela tylko raz. Oschle i bynajmniej nie oczekując odpowiedzi.
– Rickard Harlaw ma się znaleźć żywy w lochach Lannisportu. A później... później istotnie musimy wyjaśnić parę kwestii. Niewykluczone, że z udziałem Targaryanów.
Skierował wierzchowca z powrotem do miasta, by zorganizować zbrojnych. Koniec końców przyszło mu więc posłuchać Royce'a i pognać na spotkanie w porcie. Wpierw jednak posłał kruka do Aarta (nie szczędząc przy tym kurew i zaraz pod adresem tego, kto wyświadczył Skale niedźwiedzią przysługę, ściągając pomoc z Doliny) z listem nagryzmolonym naprędce, niedbale, nawet bez pieczęci. Siły stolicy Zachodu były opłakane, a wpuszczenie (dobrzy bogowie, miejcie litość) po raz drugi łapserdaków z Doliny do złocistego Lannisportu dusiło Leandra równie mocno, co turniejowa lanca rozbita o napierśnik lub wychylona duszkiem piołunówka zza Wąskiego Morza. Kto doświadczył obu tych sensacji, stwierdzi z całą pewnością, że są wielce podobne.
Leander nie wiedział, ile wojsk mu zostało. Nie wiedział, kto atakuje Lannisport ani czy Aart raczy zareagować na czas. Nie wiedział nawet, czy utrzyma zawartość żołądka przez następne godziny.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Pon Wrz 16, 2013 1:13 pm

z - Droga do Casterly Rock


Armia Leonarda Tyrella planowała uderzyć na tyły wojsk Rethela. Tymczasem, sami znaleźli się w sytuacji, która gotowali dla przeciwnika. A nawet znacznie gorszej sytuacji. Na ich tyły bowiem wypadły wojska pod wodzą Reinmara Arryna. Setki i tysiące jeźdźców w pełnej szarży z opuszczonymi już włóczniami. Rozbrzmiał dźwięk rogów. Nadchodziła Dolina, by po raz kolejny wesprzeć... ba! uratować nieprzygotowanych sojuszników.
Wysoko jak honor! Pamiętamy!
Przybrudzone i zbrukane kroplami krwi sztandary łopotały pod wpływem pędu powietrza. Księżyc i orzeł były ledwo widoczne spod warstwy kurzu i brudu. Wojownicy ze Wschodu nie próżnowali.
Kolejna szarża. Jeszcze wścieklejsza od poprzedniej. Nadjeżdżając od strony drogi, grunt pod kopytami koni nie był tak rozmiękły, pozwalając im na szybszą jazdę. Przed sobą mieli piechotę uzbrojoną w łuki. Mięso armatnie dla kawalerii.
Arryn jechał na przedzie. Cały we krwi.
Nie wiedział, że szarżuje na ludzi Tyrella. Wiedział, że atakuje na kogo, kto chciał zadać im cios w plecy. Szukał dowódcy. Chciał go dorwać. Pojmać i przepytać. Mimo to, nie będzie się wahać, gdy przyjdzie mu skrócić go o głowę.
Uderzyli.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
38
Join date :
20/06/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Pon Wrz 16, 2013 3:16 pm

Harlaw stał ze spokojem i cierpliwością, w duszy czując satysfakcję. Jebał tych przeciwników. Z potężną armią, to każdy może sobie wygrać batalię. Ale cóż znaczy, przegrać z honorem przeciwko dziesięć razy większej armii ? Nic, pierdnięcie komara. Historię piszą zwycięzcy, i zapewne Harlaw zostanie opisany w pieśniach jako potwór z końską gębą i oczami pełnymi krwi demonów. Może dodadzą mu jeszcze Kosę do ścinania zboża i kucyka. Na pewno nikt nie dowie się prawdy, co tak na prawdę robił tutaj Harlaw. A zrobił wiele, wykupił przyszłość Żelaznym Wyspom. Ciężko mówić iż było to w planie. W planie było w tej właśnie chwili najzwyczajniej w świecie uciec. Ale nie dane mu było. Zabrakło szczęścia, sprytu... zmysłu ? A może po prostu brak mu było przyjaciół. I tak już zostanie samotny do końca życia... ale się nie podda.

Z godnością przyjął cios Rethela. Tego się spodziewał. Taki stary chłop a ma ADHD. Niech się zapisze na jakiś obóz, czy coś. Takich ludzi Rickard nienawidził. Wygrał wojnę, zabił tylu ludzi... nie, musiał jeszcze dokopać przegranemu. Kiedyś się odwdzięczy. Przecież przyszłość pisze każdy, nieprawdaż ? Jeszcze go popamiętają. Niech go zabiją, a stanie się ikoną dla Wysp i ten bunt nie będzie jedynym. Niech go zostawią przy życiu, a będzie ich nawiedzał nie tylko w snach. Nie da im tej satysfakcji klęcząc i błagając o litość. Harlaw wypluł krew. Przez chamski atak Rethela przygryzł sobie wargę i język. Cóż... krew to tylko płyn ustrojowy. No nie ?

Teraz był jak zabawka. Przeciwnicy mogli przerzucać go jak chcieli i gdzie chcieli. Mogli zrobić z nim co chce. Teraz życie Harlawa nie było dla niego aż takie ważne, mógł się postawić i zginąć w każdej chwili. Od zawsze był uczony, że życie to nie jest nic wielkiego. Czasem się je odbiera innym, czasem inni odbierają je tobie - w drugim przypadku tylko raz. Był na łasce i niełasce przeciwników. Nie zamierzał się jednak poddawać. Póki żyje, będzie żyć... a co potem. Się zobaczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Zza Muru
Liczba postów :
145
Join date :
10/05/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Pon Wrz 16, 2013 7:49 pm

To nie koniec niespodzianek dla wrogów tego dnia! Reinmar ze swoją ciężką szarżą musiał być szokiem... ale tak to jest jak zostawia się samemu sobie pół wrogiej armii na plecach i atakuje się drugie pół. No nie ważne, może był w tym jakiś cel... Vera się nie znała na tych ich bezsensownych strategiach... to wszystko było do bani! Zobaczyliby jak się walczy za Murem, tam to dopiero był ubaw!! Wracając jednak... Vera prowadziła ze sobą wszystkich Wojowników z Plemion Doliny jacy przyjechali tu z Arrynem. Wszyscy mięli czekać na jej sygnał, tak jak im poleciła. Wycie basiora, którego dosiadała będzie znakiem do ataku!
W czasie, gdy Reinmar z kawalerią ruszyli na nieoznaczone wojsko, z siłą toczącej się z gór lawiny, ona ustawiła się z wojownikami w bezpiecznej odległości, poza zasięgiem łuków tamtych. Kazała rozciągnąć się Plemionom jak się dało maksymalnie, by w razie czego nie ruszyli jedną ciasną kupą, tylko szeroką falą. Kupą wjechał we wrogów Reinmar rozbijając zapewne ich jak się dało, ona nie potrzebowała szarży! Plemiona nie były systematycznym wojskiem, zgranym, karnym i zdyscyplinowanym, ich szarża byłaby żałosna, ale zadanie które dostali... mogli wypełnić z pełną mocą i polotem! Siedząc na wielkim białym basiorz z białym łukiem w łapach, znajdowała się na samym środeczku rozstawionych wojowników, w pierwszej linii. Obserwowała czekając na odpowiedni moment. Wilk parskał i zarzucał łbem czując krew, z pyska toczył pianę... był spragniony! Vera aż czuła jego pragnienie, sama je podzielała, też czuła krew w powietrzu, aż za dobrze! Czekała. Musiała dać szarży Reinmara na zrobienia swojego zadania.
Gdy Arryn ze swoją cholerną ciężką konnicą wbije się w plecy wroga, gdy już się zatrzyma i zacznie walkę ona uniesie głowę do góry i zawyje, za nią basior zawturóje dając sygnał głośniejszy od rogu, słyszany w całym Lannisporcie! Vera Wilcza Skóra, Przebudzona z Długiego Snu, Biała Zjawa nadchodziła! Za jej sygnałem wszyscy wojownicy plemion swoim dobrym zwyczajem zaczęli wydawać z siebie najróżniejsze bojowe okrzyki, a gdy Basior skoczył do przodu, ruszyli wszyscy. Biegli szeroką falą, zamykając wrogów, między sobą, a Arrynem. Nikt nie mógł uciec, a ten, kto próbował, otrzymywał strzałę od Very, albo któregoś z plemion. -Po krew! Po krew!! - Wrzasnęła, wypuszczając strzałę z łuku w pierwszego nieszczęśnika, który znalazł się w zasięgu strzału. Na następnego skoczył już basior zębami niemal urywając mu głowę...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Pon Wrz 16, 2013 10:24 pm

Walka pod Lannisportem zaczęła się toczyć innym torem niż wszyscy myśleli. Ona w ogóle miała nie mieć miejsca, a jeśli w ogóle to z udziałem wojsk Zachodu, który przygotowany na atak miał stawić czoła Greyjoyom jak równy z równym. Cóż nie doszło to do skutku, Dolina dzielnie obroniła Port pomagając Lannisterom w tym słodko- kwaśnym czasie. I tak to zamiast przygotowywać się do ważnego ślubu poddani mieli teraz przygotowywać się do opłakiwania zmarłych. Zamiast cieszyć się i świętować, mieli pożegnać swoich bliskich i planować pogrzeby. Cóż za ironia. Wyspiarze nie mieli ani honoru, ani taktu. Zostali zaproszeni na świętowanie, przybyli, aby gwałcić i rabować.
Gdy wojska Arrynów wkroczyły na ziemie miasta, na murach czekała przygotowana mała obrona miasta. Dolina zaatakowała z impetem nieprzyjaciela, który krył sie w lasach i planował powyżynać większość z nich. Zaraz za nimi do walki wkroczyła 500 osobowa grupka lekkiej jazdy, która bardzo szybko dogoniła sojuszników. Większość z nich zobaczyła obraz masakryczny. Wojacy żyli tutaj, ucztowali, oddawali się przyjemnościom, ruchali co popadnie, jeśli tylko przyszła na to okazja. To wznieciło w nich ogień walki. Przybyli tu z rozkazami, mieli wspomóc sojuszników, którzy zapewne i tak by sobie poradzili. Musieli przekazać rozkazy od Aarta. Tak też zrobią po bitwie. Teraz razem z wojownikami Very Wilczej skóry napierali na przeciwników, tnąc swoimi mieczami wszystko, co nie miało sztandarów przyjaciela. Widać było, że są od Lannisterów, widać było ich zapał do walki. Musieli bronić swojego, nawet za cenę życia...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
58
Join date :
14/05/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Sro Wrz 18, 2013 1:11 am

Leonard dowodził swoją armią stojąc w "bezpiecznym" miejscu na tyłach (choć rwał się do walki, ojciec natłukł mu do głowy, że dowódca ma dowodzić, a nie bezsensownie ginąć)... i zaraz miał tego pożałować. I dostać upragnioną walkę.
Łucznik stojący niedaleko dostał w plecy strzałę z łuku.
Chwilę potem armia Tyrellów podniosła alarm.
-Wróg na tyłaaach!
To będzie rzeź przemknęło przez głowę Leonardowi. A rzeźnikami będą Arrynowie.
Ta wojna to jakaś totalna porażka.
Pożałował, że nie ma strategicznego talentu brata, bo cóż, chyba wszystko spieprzył razem z Krakenami. Przynajmniej był lepszy od Lorenta w machaniu mieczem, co obecnie pomagało mu odeprzeć atak jakiegoś rycerza. Uskoczył do tyłu i wydał rozkaz:
-ODWRÓT!
Ale odwrót dokąd? Pozostawało im tylko umykać w bok, w stronę spalonego lasu-i tamże rzucili się do ucieczki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Sro Wrz 18, 2013 2:23 pm

W magazynie celników, obecnie będącym polowym centrum strategicznym Leandra, zebrali się urzędnicy miasta oraz adiutanci. Dziedzic Lannisportu chodził niespokojnie, pobrzękując pancerzem.
Wysłuchał meldunku żołnierzy na przemian unosząc brwi, spoglądając w bok i wypychając językiem raz lewy, raz prawy policzek, tak jak słucha się głupich jarmarcznych historyjek.
– Kuzynek przybył nam z odsieczą – stwierdził na głos, gdy lwy stanęły ramię w ramię z wojownikami wyglądającymi niczym... dzikusy. Jakby tego było mało, rzeczonymi dzikusami dowodziła kobieta. Jeśli wiara Leandra została dość nadwątlona, całkowicie złamał ją fakt, że kobieta dosiadała basiora.
– Naćpaliście się makowym mlekiem? – zapytał żołnierza.
– Panie, mój lordzie, skąd! Samą prawdę rzekłem! Ja nigdy na służbie... nawet winka.
– No już, tylko żartowałem. – Lannister wcale się nie uśmiechnął. – Po prostu przynosisz dość niewiarygodne wieści. Ale nic to, mówisz, co widziałeś. Ciekawym, czy choć połowa tego co mówią o tej... jak jej tam... Wilczej Skórze, to prawda.
Leander przygryzł pięść, gdy rozbolała go wątroba. Nie miał dość ludzi, by ganiać po lasach. Zresztą, według tego, co słyszał, wcale nie było takiej konieczności. Sojusznicy z Aartem doskonale sobie poradzili. Teraz czekało ich żmudne wyłapywanie niedobitków. Wjechanie konnicą w gąszcz byłoby szaleństwem, ale plemienni mogli się tu istotnie nieźle spisać. Arrynowie mieli silny atut. Ciekawe, jakim sposobem udało im się zdyscyplinować te zwierzęta na dwóch nogach. A może wcale im się nie udało i prowadzili niebezpieczną grę, trzymając na łańcuchu dzikie ogary, które równie chętnie mogłyby przegryźć gardła wrogów, jak i swych panów?
Nadeszła pora, by obrońca miasta powiedział coś od siebie w tym dziwacznym konflikcie, który nie przypominał wojny w niczym, poza tym, że tak jak prawdziwa wojna miał wiele wspólnego z burdelem na kółkach.
Wyznaczył dziesięciu ze swoich najemników.
– Wy macie do zrobienia coś specjalnego. Pora, by nasz bezimienny przeciwnik powiedział nam nieco o sobie. Weźcie konie i luzaka, w zamieszaniu złapcie dwóch żołnierzy wroga, jeśli nadarzy się okazja to trzech. Oznaczcie się lwami, żeby nasi was przypadkiem nie ubili. Pojmanych ściągnijcie do miasta, oddajcie mistrzowi tortur. Ma zadawać im pytania: kim jesteście, komu służycie, ilu was jest, dlaczego zaatakowaliście Lannisport, kto wami dowodzi, czy współpracujecie z Greyjoyami, ile wam zapłacono. Chcę wiedzieć, czy ten oddział to awangarda czegoś większego. Przecież nie mogli wierzyć, że w takiej liczbie zdobędą Lannisport. Nikt nie zatrudnia tak ogromnej ilości najemników tylko po to, by dali się zabić. Kogo stać na taki wydatek?, bo na pewno nie Żelaznych. Wyspiarze nie płacą złotem. Kto ma dość pieniędzy? Reach? Dorne? Sprowadźcie kowala, może być ten ze Srebrnego Zaułka. Niech się przyjrzy, jakiej broni używają napastnicy, kto mógł im ją dać, gdzie została wykuta. Ruszajcie.
Leander obrócił się w kierunku zarządcy rodowej siedziby w mieście.
– Słyszałeś wszystko?
– Głośno i wyraźnie.
– Dobrze. Każ przesłuchać także dwóch żołnierzy Harlawa. Tych nie torturujcie, są jeńcami. Obiecaj im łaskę, jeśli będą współpracować, zapewnij, że nikt się o ich zdradzie nie dowie. Łatwiej jest być zdrajcą, gdy w perspektywie pojawia się nagroda. Mają nam wyjawić ile okrętów liczy w tej chwili wodująca flota Żelaznych i jaką mają taktykę.
Wreszcie Lannister wezwał skarbnika Lannisportu.
– Jeśli ta wojna ma faktycznie być zwycięska, musi się nam opłacać. Weź skrybów, sporządź spis jeńców. Zwracaj uwagę na urodzenie. Wyznacz okup: za żołnierzy 200 srebrnych jeleni, za pasowanego 50 smoków, za podkomendnych Harlawa 150 smoków, za samego Harlawa 300. Wyceń ich rynsztunek i dodaj do spisu. Na ile znam Żelaznych Greyjoy może nie zechcieć wykupić wszystkich, ale na pewno będzie chciał Harlawa... choćby po to, by osobiście go zabić za porażkę. Jeśli Greyjoy go nie wykupi, narazi się drugiemu najpotężniejszym rodowi wysp. Za Harlawa mogą ewentualnie zapłacić jego bliscy. Tak czy inaczej, Harlaw dziś to nasza kura znosząca złote jajka, pilnujcie, by nic mu się nie stało. Ci, których rodzin nie będzie stać na wykupienie, mogą trafić do mniej wygodnych cel. Po walkach chcę z nimi porozmawiać.
Leander zastanowił się jeszcze nad czymś i zatrzymał skarbnika w pół kroku.
– Wojna jeszcze nie skończona, ale nie zaszkodzi, jeśli oszacujesz kontrybucję. Następnym razem Żelaźni pomyślą dwa razy, zanim wybiorą, czyj brzeg najadą.
Ktoś mógłby pomyśleć, że na tle rozlewu krwi, rżeń koni, strzał, ognia, gonitw, bojowych okrzyków i całej bitewnej otoczki, działania Leandra nie były specjalnie wielkimi. I może miałby rację. Lannister jednak uważał, że wojna to coś więcej, niż machanie mieczem. Wojna to pieniądze, a wygranie bitwy i nie wyciągnięcie z tego tytułu żadnych korzyści byłoby głupstwem. Hurra, wróg pokonany! I co z tego? Lannister musiał wiedzieć, czy wygrana się opłaca. Czy walka się opłaca. Przodkowie Leandra nie zostali władcami Królestwa Skały dlatego, że biegali z obnażonym żelazem. Umieli rachować. Porzucone drakkary plus wykupienie jeńców minus spłacenie sojuszników plus kontrybucja minus część dla Targaryanów, której pewnie zażądają za pomoc w egzekwowaniu należności od Wysp... Dziedzic Lannisportu nie był może najlepszym matematykiem Siedmiu Królestw, ale umiał szacować.
– Przygotujcie Chimaerę*. Chcę być na bieżąco informowany o wietrze. Niewykluczone, że jeszcze dziś ruszymy na flotę Żelaznych.

*trójmasztowa karaka, okręt flagowy Leandra, którym odbył podróż do Essos.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Czw Wrz 19, 2013 2:57 pm


MG



Na wojnie nie trzeba wiele, by do z pozoru uporządkowanych szeregów wkradł się chaos. Wyobraźmy sobie sytuację w której tysiąc łuczników stoi w karnym szyku, czekając na rozkaz dowódcy... aż nagle przed ich nosami przebiega naga dziewka z piersiami podrygującymi jak dwa dorodne jabłka podrzucane przez żonglera. Prawdopodobieństwo, że po takim widoku skupią się na celu nie jest zbyt wysokie...

Niestety, niestety, w przypadku armii Tyrella, postrzeganej przez wszystkich biorących udział w bitwie jako armię najemników, potajemnych sprzymierzeńców Krakenów, samych Greyjoyów albo skurczybyków, którzy chcieli zadać cios w plecy wojującym, chaos nie zakradł się z powodu nagiej dziewoi z piersiami jak twarde owoce - tak właściwie, powód był zgoła inny i stanowczo mniej przyjemny dla oczu, choć w równie mocny sposób pobudzający pewne kończyny do funkcjonowania... wszystko zaś zaczęło się niewinnie, a mianowicie od poczęstowania Rickarda Harlawa pięścią w twarz. Zadający cios Rethel na tyle mocno wczuł się w rolę, że powietrze upstrzyła subtelna mgiełka krwi, śliny i prawdopodobnie dwóch zębów, które z właściwą wybitym trzonowcom finezją użyźniły glebę, zaś sam Wyspiarz o mały włos nie stracił życia. Na jego szczęście (albo i nie) sprawy potoczyły się zupełnie innym, niespodziewanym torem - dźwięk rogów, dzwonów, krzyk ludzi, rżenie koni, ziemia dudniąca od tysięcy uderzających w nią kopyt jazdy Doliny i rozkazy dowódców stworzyły jedyny, niepowtarzalny charakter miejsca, sprawiając, że hałas poniósł się na wiele mil od brzegu Lannisportu, docierając nawet do Casterly Rock. Wojna, czy nie wojna - nie miało to większego znaczenia. Podczas gdy zamaskowana armia Tyrellów oddawała pierwszą salwę w stronę przegrupowanej piechoty Royce'a, na ich tyły zbliżało się uderzenie Reinmara, które nie napotkało na drodze żadnej przeszkody mogącej spowolnić impet szarży. Na ułamek chwili przed zderzeniem konnicy z łucznikami pod Lannisportem zapanowała śmiertelna cisza - zupełnie jakby całe miasto i wszyscy otaczające je żołnierze wstrzymali oddech na widok powiewających na pędzie sztandarów Arrynów, do których z zaskakującą wprawą i karnością dołączyły karmazynowo-złote chorągwie Lannisterów. Tym boleśniejszy dla uszu był wybuch łoskotu, jaki rozniósł się po okolicy gdy jazda zderzyła się z piechotą. Nieopisany huk zbroi, wrzaski umierających i krzyki tych, którzy dopiero zaczynali rozumieć czym jest życie, rozdarły ciszę, wynurzając z głębin ludzkich dusz to, co każdy chciałby w takiej chwili ukryć - strach. Strach, paraliżujący, śmierdzący, gorzki w smaku strach, który wkradał się do ciała każdego - nie ważne, czy atakujących Doliniarzy, czy uciekających na rozkaz Leonarda z pola bitwy rzekomych najemników. Strach uskrzydlał, odejmował rozum, wyostrzał wszystkie zmysły... ale nie mógł uratować życia - kiedy bowiem wojska Tyrellów, mocno przetrzebione po połączonym ataku Arrynów i Lannisterów, zaczęły umykać w stronę zgliszczy lasu... nie napotkały wolnej drogi odwrotu. W ich stronę zbliżała się ława dzikich plemion, na czele z Verą Wilczą Skórą, która łaknęła krwi równie mocno, co ujeżdżany przez nią basior. W promieniach chylącego się ku zachodowi słońca zabłyszczały dziesiątki, jeśli nie setki ostrzy, toporów, młotów i wszystkiego, co tylko jest w stanie unieść mężczyzna - po czym każda z tych dziesiątek i setek broni posmakowała juchy wroga. Jak na każdej wojnie bywa, krew polała się wartkim potokiem, który wkrótce rozmiękczył ziemię, idealnie obrazując to, jak brutalni potrafią być mężowie z plemion... a także Biała Zjawa.

Tych desperatów, których nogi poniosłyby w stronę miasta, czekała niespodzianka w formie niedoszłej ofiary... a mianowicie piechoty Rethela Royce'a, który z właściwą sobie sprawnością przygotował swych ludzi do odparcia ewentualnego ataku, choć z przyczyn czystko strategicznych odmówił sobie wkroczenia w chaos głównych walk.

Tymczasem Leander Lannister także nie próżnował - wydane przez niego rozkazy zaczęły być wykonywane z właściwą wyłącznie Zachodowi dokładnością i precyzją, zupełnie jakby chodziło o oszlifowanie diamentu, nie zaś schwytanie jeńców. O ile jednak okładanie wroga bronią podczas bitwy jest zajęciem naturalnym, o tyle schwytanie go żywego, podczas gdy za wszelką cenę próbuje umknąć z rzezi może przysporzyć wiele problemów. Podczas gdy ludzie Leandera w lannisterskich wamsach wkraczali w sam środek wygasającej już, choć nadal piekielnie silnej wrzawy, wojownicy z dzikich plemion dokonywali aktu ostatecznej destrukcji najemników. Niestety, jeden z nich uniesiony bitewnym szałem, nie dostrzegł (albo i nie chciał dostrzec) złotego Lwa na piersi jednego z wysłanników Lannistera - już po chwili jego głowa rozstała się z korpusem, przelatując kilka jardów i wpadając wprost pod nogi uciekającego najemnika, który w chaosie potknął się o nią i wyrżnął głową o zbłąkany kamień. Jedno trzeba lannisterskiemu człowiekowi przyznać - nawet po śmierci wykonał zadanie swojego zwierzchnika. Podczas gdy chwytano tych ludzi Tyrelli, którzy wciąż żyli, jeszcze nie umknęli, albo nie byli w stanie tego zrobić, w porcie zaczęto przygotowywać Chimaerę do wypłynięcia. Gdyby ktoś z Doliny spojrzał w tamtą stronę, zapewne zastanowiłby się, skąd ten pośpiech...

Co zaś z Rickardem? Chcąc, nie chcąc wywołał inną, prywatną wojnę - o swoją duszę mianowicie. Uderzenie Rethela w pewien sposób zniekształciło policzek, przerabiając go na kawałek poharatanego mięsa, przypominający w zadziwiający sposób nieobsmażony kotlet. Z racji, iż Harlaw sam poddał się pod murami Lannisportu wywieszając białą flagę i kierując ją w stronę Lannisterów, to właśnie na ich łaskę bądź niełaskę został skazany - ani Royce, ani jego ludzie nie wydawali się zachwyceni takim obrotem spraw, lecz tuż przed uderzeniem Arryna na wojska Tyrella Rickard i pojmani Żelaźni wprowadzeni zostali w mury miasta. Na podział jeńcami przyjdzie czas za moment...

A Leonard? Leonard poniósł porażkę, wobec tego nie może być żadnych wątpliwości. Był jednak również konsekwentny w swych decyzjach - kiedy podjął decyzję o wojnie, wyruszył na nią, choć doprowadził tym samym do śmierci setek jego ludzi. Kiedy miał dokonać ataku - zrobił to, ponosząc klęskę. Gdy zaś zarządził odwrót... zrealizował swój plan, opuszczając pole bitwy jako jeden z ostatnich, ale jednak opuszczając je - las, tym razem spalony, po raz kolejny miał okazać się dla niego kryjówką. Przynajmniej do czasu, gdy pogoń nie odszuka zarówno jego, jak i tych nielicznych dziesiątek, którzy uszli z życiem z natarcia konnicy Arryna oraz Lannistera, a potem spod ataku dzikich plemion.



    Leonard Tyrell zt - możesz pisać w temacie z lasem lub stworzyć nowe miejsce, umieszczone jednak w okolicach Lannisportu i nie dalej, jak 15 mil od miasta. W razie natychmiastowego odwrotu do Reach, konieczny jest post na Morskim Trakcie.

    Rickard Harlaw oraz jego ludzie trafili do lochów Lannisportu - proszę Leandera, by założył taki temat, gdyż nie chcę mu zakłócać kompozycji miasta swoim Baratheonowym kolorem. Rickard zt z tego tematu.

    Leander Lannister - w zależności od swych dalszych decyzji, możesz udać się do portu i poprowadzić wyprawę odwetową lub zaprosić sojuszników do miasta, by dokonać podziału łupów.

    Rethel Royce, Reinmar Arryn, Vera Wilcza Skóra - jeśli Leander zaprosi was na naradę, kieruje się do Lannisportu. W przeciwnym razie zalecana jest wędrówka do Casterly Rock.

    Podziały łupów wojennych oraz jeńców dokonacie na zasadzie konsensusu, bez ingerencji MG. A przynajmniej taką żywię nadzieję.

    Kolejność pisania postów:
    Leander Lannister
    Rethel Royce
    Reinmar Arryn
    Vera Wilcza Skóra
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Nie Wrz 22, 2013 6:30 pm

Perspektywa zemsty była słodką i nęcącą jak ciepła rozkosz, którą tylko profesjonalna kurtyzana może zapewnić mężczyźnie.
Szkoda, pomyślał Leander.
Wielka szkoda.
Zebrał raporty z przesłuchań i kazał przygotować salę dla ważnych gości. Chciał pożeglować na Żelaznych, poczuć dreszcz podniecenia podczas wypływania z portu, wziąć się pod boki, gdy rozpostarte zostaną żagle Chimaery, napawać się dumą z jej majestatu, stanąć na dziobie okrętu i zakrzyknąć do spanikowanych Wyspiarzy: hej, skurwysyny, pora na rewanż!
Ale nie to było teraz najważniejsze. Nie to było dobre dla rodu. Leander zawsze kierował się na pierwszym miejscu interesem rodu. Nie rodziny rozumianej jako bliscy, ludzie na których można polegać, nie rodziny jako źródła miłości (bo tej u Lannisterów zwykle był deficyt). Bratanek Lorda pojmował ród jako siłę. Ród był tym, dla czego warto było żyć. A także kraść, spiskować, kłamać i wreszcie zabijać. Jeśli człowiek szuka dobrego usprawiedliwienia na bycie sukinsynem, to jest nim bez wątpienia dobro rodu.
Lannister zaprosił do siedziby ojca obu dowódców z Doliny i kuzyna. Zarazem wydał dość jednoznaczne instrukcje dotyczące plemiennych - mieli absolutny zakaz przekroczenia murów Lannisportu. Fakt, że walczyli w jego obronie, niczego nie zmieniał. W oczach Leandra okryci skórami zwierząt barbarzyńcy byli ledwie narzędziem. Nie zrobiłoby mu specjalnej różnicy, gdyby napastnicy wyrżnęli dzikich do nogi. Nie obchodziło go też, czy obszarpana banda kudłatych dzikusów rozłoży obozowisko pod murami, czy też wykopie sobie nory w lesie i będzie popasała niczym króliki. Strażnicy dostali polecenie, by trzymać ich na dystans; obywatele Lannisportu dość przeszli, nie musieli dodatkowo oglądać cholernych brudasów. Lannisport był czystym miastem (istotnie, obecnie nieco nadpalonym tu i ówdzie, nieco zaśmieconym trupami i porzuconym orężem, ale nadal stolicą Zachodu!).
Tego dnia jednak okoliczności przewidziały wyjątek. Wyjątkiem był, a właściwie była Vera Wilcza Skóra. Leander bynajmniej nie uważał, że dzikuskę wypada przyjąć jak wybawicielkę. Intrygowała go, to wystarczyło.
Pozostało wysłuchać, czego zażądają sojusznicy w zamian za pomoc. I nie dać się przy tym naciągnąć.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
119
Join date :
19/07/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Wto Wrz 24, 2013 10:39 am

I to by było na tyle. Royce, patrząc jak konnica Arrynów bez większych problemów rozprawia się z oddziałami kolejnego przeciwnika, zaczął zastanawiać się czy w ogóle był sens by zbierać tutaj swoje siły. Co prawda ruszył z Prudence Greyjoy nie wiedząc jeszcze co się święci, jednakże, gdy już się dowiedział to cóż.. o wiele bardziej groźnie zabrzmiało to z jej słów, niż wyszło w rzeczywistości. Nie mniej jednak Royce zdobył kilka istotnych informacji, którymi nie podzielił się w liście, miał zamiar powiedzieć o tym Reinmarowi osobiście, gdy znajdzie się wolna chwila.
Royce rozejrzał się po swoich ludziach i zmarszczył brwi. Coś było nie tak.
- Gdzie jest Harlaw? - Zapytał ostrym tonem a jego żołnierze spojrzeli na siebie z lekkim zmieszaniem. Jeden z nich postanowił w końcu wyjść przed szereg i zabrać głos.
- Został oddany Lannisterom i zabrany do lochów. -
- Kto wydał rozkaz wydania Harlawa Lannisterom? - Zapytał spokojnie, jednakże każdy, kto chociaż odrobinę znał Royce'a, wiedział, że jego spokojny ton w takich sytuacjach nie wróży niczego dobrego.
- No.. - Żołnierz zawahał się.
- Mów skoro pytam.
- Leander Lannister polecił swoim ludziom zabranie wszystkich jeńców. Jego ludzie przybyli z takim rozkazem i oddaliśmy Rickarda Harlawa. - Rethel Royce spojrzał na swoich ludzi z niedowierzaniem. Jego wojsko, nieustraszona piechota z Doliny, pierwsi u boku Arrynów, słuchają rozkazów Lannisterów z Zachodu i od tak oddają Harlawa w ich ręce. Żeby chociaż zrobili coś na tej wojnie.. Royce nie mógł po prostu w to uwierzyć. Zachował jednak spokój, bo nie miał ochoty tracić nerwów przez swoich przygłupich ludzi.
- Kto miał się zająć Harlawem i oddał go w ręce Lannisterów? - Zapytał po dłuższej chwili. Z szeregu wyszło pięciu mężczyzn stając przy pierwszym, który wyszedł z szeregu i zabrał głos.
Rethel zwrócił się do jednego ze swoich przybocznych, klepiąc go w ramie.
- Skrócić ich o głowę. Nie potrzebuję tutaj idiotów. - Mężczyzna skinął głową i wraz z kilkoma innymi obezwładnili byłych żołnierzy, którzy zaczęli błagać o litość. I wtedy właśnie Royce otrzymał zaproszenie od Leander Lannistera na małą pogawędkę. I zamierzał z owego zaproszenia skorzystać, gdyż Lwy zaczynały go irytować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   Wto Wrz 24, 2013 12:08 pm

Czas mijał w zaskakująco szybkim tempie. Jeszcze kilka dni temu młody Lew znajdował się w drodze  powrotnej z Riverrun, aby dowiedzieć się, że wkrótce ma się ożenić. Ironia losu polegała na tym, że ożenek miał być odłożony z powodu Żelaznych Ludzi, którzy nie majac ani trochę rozsądku zaatakowali, gdy kruki z zaproszeniami na ślub ruszyły we wszystkie strony Westeros, także do Pyke. Za kilka dni mieliby  bawić się razem, na jednej uczcie, pić, tańczyć, śpiewać, podziwiać Casterly Rock. Teraz tylko pozostało  nic innego, jak porządkowanie obszaru wokół Lannisportu. Ślub trzeba przełożyć, a żołnierzy honorowo pochować.
Galopował na swoim rumaku, wokół niego powiewały na wietrze sztandary z Lwem na karmazynowym polu. 200 osobowy orszak przywódcy wojsk Zachodu jechał po polu bitwy mijając truchła agresorów i ludzi, którzy oddali życie za sojusznika, który wprowadzony w błąd, nie przyłączył się do walk, a jedynie czekał na drakkary, które nie przybyły pod twierdzę rodową Lannisterów. Bystre oko Aarta dostrzegło w tłumie proporców Doliny Reinmara, który jak zawsze stał na czele swoich sił. Kierunek został obrany, a panicz znalazł się zaraz obok Arryna, który był cały umazany krwią, a z jego miecza ściekała jeszcze posoka, co oznaczało, że ostatnia bitwa jeszcze trwała, gdy ten wyruszył do Lannisportu. Jechał wyprostowany, jego zbroja lśniła w świetle słonecznym, a Ryk spoczywał w karmazynowej pochwie, która bezwładnie machała się u jego boku.  Spojrzał na ogromnego potwora z Orlego Gniazda.
- Witam cię Reinmarze, Bez zbędnych ceregieli ogłoszę, że jestem ci bardzo wdzięczny za okazaną pomoc. - powiedział. Musiał przyznać, że jeszcze nigdy nie przyszło mu to tak łatwo, słowa podziękowania, które nie zostały wymuszone przez komplement, a przez prawdziwe czyny, bohaterskie czyny.
- Zapraszam ciebie i twoich przywódców do Casterly Rock na ucztę. Zapewne jesteście zmęczeni i chcielibyście pozbyć się brudu ze swojego ciała. - dodał po chwili z poważnym wyrazem twarzy.
Odwrócił się do jednego ze swoich ludzi i przekazał mu list, wiadomość do Ser Leandera.
"Szanowny kuzynie, na mocy nadanej mi przez Lorda wydaję rozkaz, aby wszyscy ważni jeńcy zostali przetransportowani do Casterly Rock, gdzie zostaną przesłuchani. Zapraszam cię także na ucztę na cześć glorii i męstwa ludzi Doliny.
Dowódca wojsk Zachodu, dziedzic Casterly Rock, przyszły namiestnik Zachodu,
Aart Lannister"
Po tym wszystkim zawrócił swojego konia i ruszył wraz ze swoją strażą do Casterly Rock.
[zt=> Droga do CR]
/////
Jeszcze przed przyjazdem Aarta, gdy niedobitki najemników zaczęły uciekać do lasu, 400 osób z lekkiej jazdy, która była pod Lannisportem,  ruszyło w las. Chcieli dorwać te bestie, które bez sztandaru zaatakowały wojska przyjaciela. Musieli dorwać te oblesne kreatury, które przyczyniły się także do śmierci tylu ludzi. Rozpierzchli się w szyku o kształcie półkola przeszukując las, ich zadaniem było dorwać każdego, który miał jakąkolwiek styczność z orężem nieprzyjaciela w ostatnim czasie.
Poszukiwania przyniosły marne skutki. Najemnicy zniknęli jak makiem zasiał, najwidoczniej szybko wsiedli na statki, które zabrały ich nie wiadomo gdzie.
Lekka jazda pozostała w mieście, aby pomóc w usuwaniu szkód po bitwie.


Ostatnio zmieniony przez Aart Lannister dnia Wto Wrz 24, 2013 11:47 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Port/ Brzeg   

Powrót do góry Go down
 

Port/ Brzeg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Biały Port
» Prawy brzeg rzeki
» Brzeg
» Lewy brzeg rzeki
» Kamienisty brzeg rzeki

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Zachód :: Lannisport-