a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Blackmont



 

 Blackmont

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Blackmont   Sro Lip 10, 2013 5:56 pm

Blackmont to zamek w Dorne, który znajduje się pod protekcją Martellów i jest siedzibą rodu Blackmont. Umiejscowiony został w strategicznym miejscu - niedaleko granicy z Reach, na północ od Starfall i wschód od Skyreach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Blackmont   Sro Lip 10, 2013 6:36 pm

Powietrze, do tej pory nieruchome, gorące i stęchłe, pochłodniało nagle i ożyło, gdy tylko jeźdźcy pożegnali się z bezkresną, rozgrzaną pustynią i wjechali w cień gór. Książę Edric poczuł wiatr na twarzy i we włosach, co złagodziło nieco twardy, nieustępliwy wyraz twarzy, który towarzyszył mu, odkąd wyruszył ze Słonecznej Włóczni. Już na tym etapie wędrówki wyprzedził maszerującą za nim armię o dobre kilka dni. To właśnie wtedy główny trzon został rozdzielony na dwie części. Pierwsza z nich udała się na północ, druga zaś - powinna już wkraczać w pierwsze obszary wyżynne, z każdym krokiem żegnając się z pustynią, nad którą zapewne przez jakiś czas ciągle wisieć będzie kurz wznieciony przez potęgę Dorne. Gdyby Martell odwrócił głowę, zapewne jego oczom ukazałoby się zalane oślepiającym słońcem pustkowie. To właśnie przez nie przejechali z wprawą znaną tylko Dornijczykom. Całą drogę towarzyszył im wiatr, rozwiewający włosy w pędzie. Wicher, podrywający piasek, ukłucia ziarenek na twarzy. Pod kopytami chrup żwiru, kamieni, a wcześniej piasku. W lewym ręku mokry od potu rzemień wodzy, w prawym krótka kawaleryjska włócznia. U lewego kolana kopis, krzywy jednosieczny miecz. Książę Edric jednak nie ogląda się za siebie, w końcu nigdy tego nie czynił. W życiu, jak i w przenośni. Robi to za Martella jego kary koń. Odwraca głowę, łypie okiem. Nazywa się Zefios, Wiatr Zachodni. Jeździec z prawej to Olyvar Allyrion. Ten z lewej to Perros, jeden z giermków. I inni jeźdźcy ze Słonecznej Włóczni, Godsgrace, Vaith, z różnych stron Dorne. Wszyscy składają się na lekką jazdę zwiadowczą armii księcia, liczącej pięćdziesiąt koni. Gdyby ktoś zapytał Edrica, co tak właściwie formują ci ludzie, odpowiedziałby bez wahania, z właściwą sobie dumą:
To mój oddział. Jestem księciem Dorne, dziedzicem rodu Martell, pierworodnym synem. Wiodę oddział doliną rzeki Torentine, mógłbym wyznać, gdzie dokładnie zmierzamy, ale najpewniej zmuszony bym był zabić swego rozmówcę.
Jeszcze wiele mil przed nimi, lecz utrzymując to tempo dotrą tam w tydzień, wyprzedzając jedną z części swej armii, która ruszy inną drogą niż pięćdziesięciu jeźdźców. Tydzień to bardzo dużo albo mało czasu, zależy od człeka. Zaś dla Edrica Martella tydzień to okres idealny.
Wjechali w wąwóz górski. Jeźdźców otoczyły skały o fantastycznych kształtach, tworzące coś na kształt bramy, wiodącej wprost na przestwór zalanej słońcem pustyni lub zamykającej dostęp do niej. Z ich punktu widzenia, był to portal odgradzający od rozgrzanej piaskowej równiny. Kilka mil dalej dostrzegli zarys siedziby rodu Blackmont i książę już wiedział - dziś odpoczną całą noc, by jutro podjąć dalszą wędrówkę do swego celu, za nic mając niedogodności drogi. W końcu za nimi maszerowała olbrzymia armia, którą należy odpowiednio ulokować, rozstawić i osiedlić, nim ruszy do boju. Właśnie to było jednym z celów ich pośpiechu, który sprawił, że odłączyli się od wielotysięcznego wojska i ruszyli do przodu. Blackmont zaś miało być nie tylko miejscem odpoczynku, ale także wymiany informacji. To tutaj przysyłano wszystkie kruki z wiadomościami skierowanymi do Martella i to tutaj zostaną one dokładnie przeanalizowane przez pięćdziesiąt bystrych umysłów, które na bieżąco ustalają taktykę. W tej wojnie nie ma miejsca na błędy i niedociągnięcia.
- Rozsiodłać konie! - głos Edrica zmieszał się z dźwiękiem kopyt uderzających o bruk dziedzińca, na który przed chwilą wjechali w pełnym pędzie. Zwierzęta, oblepione mieszanką kurzu i potu, zaczęły nerwowo poruszać chrapami, najwyraźniej wyczuwając studnię z wodą. Martell zeskoczył z siodła kocim ruchem i nawet nie rozprostowując nóg po długiej podróży, ruszył prosto do Sali reprezentatywnej, prowadzony przez człowieka Blackmontów. Przed nim długa, pełna pytań i odpowiedzi noc.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
342
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Blackmont   Pią Lip 12, 2013 5:36 pm

MG
 

Od razu wzięto się za przyjęcie Księcia i jego ludzi. Nakarmiono i napojono konie, przyniesiono strawę dla rycerzy, a Książę udał się na rozmowy. Jak przystało na wielką salę siedziby rodowej, pomieszczenie było duże, ze stołami, podwyższeniem, kominkami, kolumnami i szeregiem pochodni w uchwytach ścian. Gdy wszyscy zasiedli już na miejscach, gdy podano strawę i napitki i gdy wszyscy mięli zająć się rozmową, do sali wszedł maeter, który jak w większości zamków był odpowiedzialny za kruki i wiadomości.
-Wielcy Panowie, wybaczcie, że przeszkadzam, ale własnie przyleciał Kruk z... - Spojrzął na księcia z nietęgo miną i wyciągnął w jego stronę pergamin z wiadomością. -z... Wodnych Ogrodów. - Dokończył i podał mężczyźnie karteluszek. Wycofał się, w razie gdyby był jeszcze potrzebny. Wiadomość była skreślona szybko, trzęsącą się ręką i była krótka, porażająco krótka i niebywale treściwa. "Twój Pan Ojciec nie żyje. Został Otruty." Książę Martell poznał pismo maestra z pałacu. Trochę zniekształcone jakby pisał drżącymi rękoma, ale bez wątpienia list był autentyczny, z pieczęcią rodu Martell. Na sali zapanowała głucha cisza, nikt prócz księcia i maestra ie znał treści listu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Blackmont   Sob Lip 20, 2013 10:45 pm

Zamek od przybycia księcia zaczął żyć jakby własnym życiem. Przez drzwi prowadzące do sali reprezentacyjnej ciągle ktoś wchodził lub wychodził. Brzęczą sztylety i wygięte w lekki łuk na dornijską modłę ostrza. Dudnią po bruku końskie kopyta, załadowane piramidami zapasów. Kowal wyrzuca spod młota snopy iskier. Do rana wszystko niezbędne do wojny będzie lśnić i mienić się w świetle. Na razie brud, brud wokoło, hałas, łoskot jak w wielkim porcie. Nie odróżnisz lorda od włócznika. Wszyscy ubrani w sposób właściwy dla pustynnych wojowników, wszyscy brudni, wszyscy zakurzeni, wszyscy klną. I pośród tego hałasu prosto do szczytu stołu, gdzie na honorowym miejscu zasiadał książę Edric, zmierza maester Blackmont. I milkną rozmowy. Umorusani wojownicy spoglądają za nim. Każdy wie - czarne skrzydła, czarne słowa. Wszyscy czują to w głębi serca. Normalnie nikt by nie zauważył starca, dłubaliby w swoich talerzach, przerzucając się sprośnymi żartami. Ale tu dzieje się coś gorszego, bo maester ma czelność przerwać posiłek, zaś książę Edric odbierając wiadomość, przybiera nieprzenikniony wyraz twarzy, zupełnie jakby nie wierzył w to, co właśnie przeczytał. Bystry wzrok Martella raz po raz przebiega po linijkach tekstu, dopiero po dłuższej chwili zamierając w jednym punkcie.
Otruty.
Długie, lśniące ostrze krzywego, jednosiecznego miecza rozprasza ostatni promyk słońca, rozsypuje iskrami po marmurach sali, po czym gaśnie. Tak, jak zgasło życie Księcia Dorne. Edric powoli i bardzo starannie złożył niewielki kawałek pergaminu na pół, po czym spokojnym gestem nakazał nachylić się maestrowi.
- Moje rodzeństwo zostało poinformowane, jak mniemam? - Martell odsunął od siebie wymownym gestem puchar z dornijskim winem. - Wyślij do Słonecznej Włóczni wieść, że nie zawrócę teraz ze szlaku. Niech Lynette i Mellarie jak najszybciej wrócą ze stolicy, koniecznie statkiem. W Królewskiej Przystani powinna stacjonować jedna z naszych galer handlowych, więc nie powinien to być żaden problem. Aida ma nie opuszczać komnat bez straży. I niech nikt nie próbuje oddzielić mej pani matki od ciała Księcia, ma być przy wszystkich obrzędach pogrzebowych. - Edric urwał na moment, przesuwając delikatnie kciukiem po ustach, wyraźnie rozważając kolejne słowa. - W Słonecznej Włóczni mają wydać dekret. - powiedział w końcu, wbijając ostre spojrzenie w maestra. - Każdy, kto posiada jakiekolwiek informacje dotyczące sprawcy… albo sprawców morderstwa ma zgłosić się do garnizonu. Jeśli słowa, które przyniesie, okażą się przydatne w śledztwie, dostanie sakwę złotych smoków. A teraz idź, wyślij kruki. - Martell, nawet nie czekając na oddalenie się maestra, wstał powoli od stołu, spoglądając na pięćdziesiąt skupionych, ogorzałych męskich twarzy. Wieść, którą im przekaże może odebrać chęć do walki… albo wręcz przeciwnie.
- Towarzysze broni… - książę podniósł się powoli z siedziska, zupełnie jakby w przeciągu tych kilku minut przybyło mu dziesięć dni imienia. - Bracia… ze Słonecznej Włóczni przybył kruk z wieściami, które zwykłym mężom odebrałyby ducha walki… zwykłym, czyli nie nam. Nie pustynnym wojownikom, nie tym, którzy wychowali się w Dorne, już w łonie matki hartując serca. - Martell uniósł z blatu stołu kopis, wsuwając go z cichym sykiem w skórzaną pochwę. - Mój pan ojciec nie żyje. Podobno został otruty, lecz nim kogokolwiek oskarżę o niegodne morderstwo… wzywam was do tego samego. Powściągnijcie swój gniew. I spożytkujcie go na polu bitwy. - gdyby Edric został w sali dłużej, zapewne usłyszałby niejedno słowo współczucia albo solennej obietnicy zemsty. Jednak po skończonej wypowiedzi odszedł od stołu, bez zbędnych tłumaczeń kierując się do wyjścia, odprowadzany jedynie ciężkim od emocji dalej milczeniem.
- Wyruszamy za dwie godziny. - rozkazał głuchym tonem, otwierając ciężkie, dębowe drzwi i znikając za nimi.
W życiu mężczyzny jest tylko kilka momentów, w których ten może pozwolić sobie na chwilę słabości. Śmierć ojca jest jedną z takich chwil. Chwil, w których nawet powściągliwy w uczuciach, oschły jak pustynia i tajemniczy Edric musi odnaleźć ciche, pozbawione zbędnych towarzyszy miejsce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Blackmont   Wto Lip 08, 2014 10:48 am

MG


Blackmont cieszyło się pięknym letnim dniem, słońce grzało przyjemnie przez konary aromatycznego cedru, rzucając nakrapiany cień na graczy. Po dziedzińcu przebiegał miły wietrzyk, więc trzeba było mocno trzymać karty albo kłaść na nich kielichy lub monety. Drzewa rozbrzmiewały świergotem ptaków, a nieco dalej szczękały metalicznie nożyce, którymi ogrodnik ścinał trawę; dźwięk odbijał się słabym i monotonnym echem od wysokich kwadratowych murów dziedzińca. To natomiast, czy gracze uważali sumę pieniędzy pośrodku stolika za równie przyjemną jak dzień, zależało oczywiście od kart, które trzymali w dłoniach.
Jezal Sand z pewnością ją za taką uważał. Odkrył w sobie niezwykły talent do gry, odkąd tylko przed kilkoma tygodniami powrócił na czele wojsk Dorne z Reach, talent, który pomagał mu wygrywać od swych towarzyszy znaczne sumy pieniędzy. Nie potrzebował ich w gruncie rzeczy, gdyż doskonale sobie radził, ale dzięki nim zachowywał pozory oszczędności, szastając nimi na lewo i prawo. Tak, pieniądze były z pewnością użyteczne, a poza tym nie ma nic zabawniejszego niż poniżanie najbliższych i przyjaciół.
Jezal siedział rozwalony na ławie, wyciągnąwszy przed siebie nogę, i błądził wzrokiem po swych przeciwnikach. Baldr tak bardzo odchylał się na swoim krześle, że na pierwszy rzut oka groził mu upadek do tyłu. Trzymał kieliszek pod światło, zachwycony grą promieni przenikających bursztynowy trunek. Na jego ustach błąkał się lekki, tajemniczy uśmiech, który zdawał się mówić: „Nie jestem szlachetnie urodzony i być może stoję niżej od ciebie, ale zyskałem przychylność Księcia, i to czyni mnie kimś lepszym, więc niech twoje dzieci
lepiej mnie słuchają”. Nie mógł jedna wygrać tego rozdania, poza tym, w przekonaniu Jezala, postępował zbyt ostrożnie z pieniędzmi.
Kaspa Blackmont, daleki krewny Lorda, siedział pochylony, marszcząc brwi i drapiąc się po brodzie o barwie ziemi, wpatrzony intensywnie w karty, jakby przedstawiały sobą sumy, których nie rozumiał. Był wesołym młodym człowiekiem, ale kiepskim graczem i zawsze okazywał największą wdzięczność, gdy Jezal stawiał mu kolejkę za jego własne pieniądze. Mimo wszystko mógł sobie na to pozwolić: jego wuj był jednym z największych chorążych Słonecznej Włóczni.
- Chyba dotrzymam ci kroku - oznajmił Kaspa i rzucił na stół niewielki stos srebrnych monet, które rozsypały się i błysnęły w słońcu z radosnym brzękiem. Jezal, mimochodem, obliczył sumę w myślach. Może nowy koń? Kaspa zawsze robił się trochę nerwowy, kiedy miał dobre karty, a teraz nie drżał nawet odrobinę. Powiedzieć, że blefował, byłoby dla niego zaszczytem; już bardziej prawdopodobne, że był po prostu znudzony grą. Jezal nie miał wątpliwości, że przy następnej stawce złożyłby się jak kiepski namiot.
Baldr skrzywił się i rzucił karty na stół.
- Miałem dziś tylko gówno! - zagrzmiał.
Wyprostował się na swoim krześle i przygarbił krzepkie ramiona z grymasem, który mówił: „Jestem wielki i męski i łatwo wpadam w złość, więc wszyscy powinni mnie traktować z respektem!”. Ale respekt był właśnie tym, czym Jezal nie obdarzał go przy karcianym stoliku. Fatalnie, że nie szła mu lepiej karta, bo w przeciwnym razie Jezal oskubałby go z połowy żołdu. Baldr opróżnił swój kieliszek i sięgnął po butelkę.
Pozostał jeszcze Brint, najmłodszy i najbiedniejszy z całej grupy. Oblizywał wargi z ostrożnym i jednocześnie nieco zdesperowanym wyrazem twarzy, który zdawał się mówić: „Nie jestem młody ani biedny. Mogę sobie pozwolić na stratę tych pieniędzy. Jestem w każdym calu tak ważny jak wy wszyscy”. Miał dzisiaj mnóstwo pieniędzy; być może otrzymał właśnie żołd. Niewykluczone, że były to jedyne pieniądze, z których miał żyć przez następne dwa miesiące. Jezal zamierzał mu je odebrać i przepuścić wszystko na kobiety i alkohol. Z trudem powstrzymał się od chichotu. Mógł sobie na to pozwolić dopiero po wygraniu tego rozdania. Brint wyprostował się i zaczął starannie rozważać sytuację.
- Wchodzę - oznajmił młodzik.
Jezal spuścił nogę z ławki.
- Więc podbijam o sto jeleni, mniej lub więcej.
Przesunął na środek stołu cały wzgórek monet. Baldr wciągnął powietrze przez zęby. Ze stosu pieniędzy zsunęła się moneta, stanęła pionowo i potoczyła się po drewnie, by w końcu spaść na kamienne płyty z nieomylnym brzękiem. Ogrodnik stojący na drugim końcu trawnika poderwał instynktownie głowę, potem wrócił do ścinania liści.
Kaspa odsunął swoje karty, jakby paliły go w dłonie, i potrząsnął głową.
- Do diabła, jestem kiepskim graczem - poskarżył się i oparł o chropowaty pień drzewa.
Jezal patrzył wprost na Brinta; na jego twarzy błąkał się nic niemówiący uśmiech.
- Blefuje - zagrzmiał Baldr. - Nie daj się podejść, Brint.
- Nie rób tego. - doradził cicho Kaspa.
Jezal wiedział, że jego przeciwnik to zrobi. Musiał sprawiać wrażenie człowieka, którego stać na przegraną. Brint się nie wahał; przesunął niedbałym gestem wszystkie swoje monety na środek stołu.
- Sto, mniej lub więcej.
Brint starał się za wszelką cenę wyglądać w oczach starszych żołdaków na pewnego siebie, ale w jego głosie pobrzmiewała urocza nutka histerii.
- W porządku. - powiedział Jezal. - Jesteśmy wśród przyjaciół. Co ty na to?
- Mam ziemię. - oczy Brinta miały nieco rozgorączkowane spojrzenie, kiedy pokazał pozostałym karty. Jezal smakował tę atmosferę napięcia. Zmarszczył czoło, wzruszył ramionami, uniósł brwi. Podrapał się w zamyśleniu po brodzie. Obserwował zmieniający się wyraz twarzy Brinta, naśladując go jednocześnie. Nadzieja, rozpacz, nadzieja, rozpacz. W końcu rozłożył swoje karty na stole.
- O, patrzcie. Znowu mam słońca.
Twarz Brinta budziła litość. Kaspa westchnął i potrząsnął głową. Baldr zmarszczył czoło.
- Byłem przekonany, że blefuje - powiedział.
- Jak on to robi? - spytał Kaspa, rzucając na stół niesforną monetę. Jezal wzruszył ramionami. Zaczął zgarniać górę srebra, podczas gdy Brint patrzył pobladły, zaciskając zęby. Pieniądze spadały do torby z radosnym brzękiem. Radosnym dla Jezala, w każdym razie. Jedna z monet zsunęła się ze stołu i spadła obok buta Brinta.
- Czy zechciałbyś ją podnieść, chłopcze? - spytał Jezal z przesłodzonym uśmiechem.
Brint wstał szybko, wpadając przy tym na stół; monety oraz kieliszki podskoczyły z głuchym dźwiękiem.
- Mam coś do roboty. - powiedział grubym głosem, potem przecisnął się szorstko obok Jezala, wpychając go na pień drzewa, po czym ruszył ku końcowi dziedzińca i zniknął ze spuszczoną głową za zakrętem.
- No cóż, to jego sprawa. - Kaspa zamknął oczy i obrócił twarz ku słońcu. - Gorąco. Jest już pewnie po dwunastej.
- Do diabła! - wykrzyknął Jezal, zbierając w pośpiechu swoje rzeczy. - Dlaczego nic mi nie powiedziałeś, Baldr?
- A kim jestem, twoim ojcem? - odparował ironicznie mężczyzna, a Kaspa zachichotał.
- Znowu spóźniony - skomentował Blackmont, wydymając policzki. - Nie będą zadowoleni w obozie!
Jezal chwycił swój miecz i popędził przez dziedziniec ku uniesionym zębom krat prowadzących poza twierdzę…

***

Mamy mało czasu. Musimy działać szybko.
Ellard skinął Jazelowi, ten zaś uśmiechnął się i ściągnął z głowy mężczyzny worek. Więzień był silnym człowiekiem o szlachetnym wyglądzie, jednak na jego twarzy już zaczęły pojawiać się sińce.
- Co to ma znaczyć? - zagrzmiał, siląc się na wściekłość i brawurę. - Wiecie, kim jestem?
Jazel parsknął pogardliwie.
- Oczywiście, że wiemy, kim jesteś. Myślisz, że mamy w zwyczaju porywać ludzi z burdelów na chybił trafił?
- Jestem zastępcą dowódcy straży miejskiej Starfall! - wrzasnął więzień, szarpiąc się z więzami, a Ellard popatrzył na niego obojętnie, skrzyżowawszy ramiona na piersi. Żelazo już czerwieniało w niewielkim palenisku. - Jak śmiecie...
- Nie da się pracować, kiedy człowiekowi ciągle przerywają! - ryknął Jazel, Ellard zaś kopnął jeńca brutalnie w goleń; rozległ się skowyt bólu. - Jak nasz więzień może podpisać wyznanie, jeśli ma skrępowane ręce? Proszę, uwolnij go.
Strażnik miejski rozglądał się wkoło podejrzliwym wzrokiem, gdy Ellard zdejmował sznury z jego nadgarstków. Po chwili dostrzegł tasak. Wypolerowane ostrze świeciło w oślepiającym blasku pochodni niczym zwierciadło.
„Prawdziwie piękna rzecz. Chciałbyś ją trzymać w dłoni, co, zdrajco? Mogę się założyć, że chętnie rozłupałbyś mi nią czaszkę”.
Jazel niemal miał nadzieję, że tak się stanie, prawa ręka więźnia zdawała się sięgać po narzędzie, okazało się jednak, że tylko odsunęła na bok papier z wyznaniem winy.
- Znam cię! Jezal, prawda? Jezal Sand, nie mylę się? No cóż, tym razem się doigrałeś, zapewniam cię! Doigrałeś! Kiedy Lord Dayne dowie się o...
Jezal przyglądał się z uwagą więźniowi, nie spiesząc się.
„Nie jest już nawet w połowie tak pewny”.
- Wyznaj. - szepnął. - Wtedy będziemy mogli wysłać cię do domu i jeszcze się zdrzemnąć tej nocy.
Twarz więźnia zrobiła się niemal tak blada jak śnieg, ale nic nie powiedział. Jezal podniósł się spokojnie, marszcząc ciemne brwi.
- Lubię myśleć o sobie jako o artyście, ale sztuka wymaga czasu, poza tym zmarnowaliśmy pół wieczoru, szukając cię w każdym burdelu w Starfall. Na szczęście Ellard ma dobrego nosa i doskonałe wyczucie kierunku. Potrafi wytropić szczura w latrynie.
- Szczura w latrynie. - powtórzył jak echo Ellard, którego oczy połyskiwały w pomarańczowym blasku paleniska.
- Mamy bardzo mało czasu, więc pozwól, że będę szczery do bólu. Wyznasz w ciągu dziesięciu minut.
Jeniec prychnął i skrzyżował ramiona.
- Nigdy.
- Przytrzymaj go.
Ellard chwycił więźnia od tyłu i przytrzymał jak w imadle, przyciskając mu prawą rękę do boku, zaś lewą kładąc na stole i rozprostowując palce. Jazel objął dłonią gładki uchwyt tasaka; ostrze zazgrzytało o drewno, kiedy przyciągnął je do siebie. Popatrzył z góry na dłoń więźnia.
"Jakie ma piękne paznokcie. Długie i lśniące. Nie można z takimi paznokciami pracować w kopalni."
Jezal uniósł wysoko tasak.
- Czekaj! - wrzasnął więzień.
Łup! Ciężkie ostrze wbiło się głęboko w blat stołu, obcinając zgrabnie paznokieć środkowego palca. Pojmany zastępca dowódcy miejskiej straży oddychał teraz szybko, a na jego czole błyszczał pot.
Zobaczymy, jakim naprawdę jesteś człowiekiem.
- Myślę, że sam widzisz, do czego to zmierza. - powiedział Sand. - Wiesz, robiłem to już szpiegowi z Wysogrodu, którego schwytaliśmy przed miesiącem, zaledwie kilka dni po przybyciu z armią do Blackmont. Jedno cięcie każdego dnia. Był twardym człowiekiem, bardzo twardym. Doszedłem powyżej łokcia, zanim umarł. - Sand znowu uniósł tasak. - Powiesz nam wszystko. Przyznasz się do winy i zdradzisz nam wszystko o siłach Starfall.
- Nie mógłbyś...
Łup! Tasak obciął koniuszek palca środkowego. Na drewno wylała się krew. Oczy Ellarda uśmiechały się w blasku lampy… a więźniowi opadła szczęka.
Ale ból zjawi się dopiero za chwilę.
- Mów! - ryknął Jezal.
Łup! Tasak obciął czubek palca serdecznego i mały krążek środkowego, który potoczył się po stole i spadł na podłogę. Twarz Ellarda była jak wykuta z marmuru.
- Mów!
Łup! Czubek palca wskazującego podskoczył w górę. Środkowy był obcięty do pierwszego stawu. Jazel przerwał i otarł wierzchem dłoni pot z czoła. Pulsowało mu w nodze od wysiłku, choć to uczucie było niczym w porównaniu z podnieceniem budzącym się w spodniach. Na kamienne płyty spadała krew, wydając monotonny dźwięk: kap, kap, kap. Więzień wpatrywał się szeroko rozwartymi oczami w swoje skrócone palce.
Ellard pokręcił głową.
- Doskonała robota, Sand. - rzucił na stół jeden z krążków ciała. - Precyzja... jestem pod wrażeniem.
- Aaaahh! - zawył w końcu jeniec .
"No, dotarło do niego."
Jezal wzniósł tasak jeszcze raz.
- Powiem! - wrzasnął piskliwie zastępca dowódcy straży miejskiej Starfall. - Powiem!!!
- Znakomicie. - oświadczył wesoło Jezal.
- Znakomicie. - potwierdził Ellard, rozchylając usta w szerokim uśmiechu.
"Jeszcze tylko kilka dni i zdrajcy znikną z Dorne."
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Blackmont   Pią Maj 29, 2015 4:35 pm


Manfrey wylegiwał się w łóżeczku kiedy promienie słoneczne zaatakowały jego ślepia. Jak co dzień o tej samej porze zaczynał się przeciągać by spokojnie wyjść spod pościeli. Marzył teraz o porannej kąpieli jednak nie miał dziś na to czasu. To dziś jego ojciec chciał sprawdzić czego nauczono go przez tyle lat bycia jego dziedzicem. Przynajmniej on tak mówił. Czy się zjawi? Tego nikt nie był pewny, bowiem to był Lord, który sam dobierał sobie zajęcia i priorytety w danym dniu.
     Nie chcąc dłużej czekać na ojczulka ubrał się i wyszedł na dziedziniec. Dziś chciał potrenować, dlatego też zawołał do siebie jednego z mężów jego kompanii. Cóż to Manfrey chciał sobie utrwalić? Ah tak, riposty. Wyciągnął drewniany miecz i wystawił go pod takim kątem by być gotowym do obrony. Dał sygnał, a mężczyzna, który miał z nim trenować rzucił się na niego z prostym cięciem. Blackmont był świadomy swojej pozycji, dlatego też szybko odepchnął swym mieczem jego i zadał swój cios prosto przez klatę. Całe szczęście Manfrey nie użył zwykłego ostrza, a drewniane. Dobrze dla jego przeciwnika.
     Pocieszył się trochę tym, że jego odział patrzył teraz na niego z dumą, ale po tym tylko zajęła go myśl o tym gdzie mógłby się znajdować jego ojciec. Przywykł już do rzucanych przez niego słów na wiatr...
Powrót do góry Go down
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Blackmont   

Powrót do góry Go down
 

Blackmont

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne-