a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Dziedziniec Stopionego Kamienia



 

 Dziedziniec Stopionego Kamienia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Dziedziniec Stopionego Kamienia   Wto Cze 25, 2013 3:22 pm

To miejsce, na którym codziennym ćwiczeniom oddają się zbrojni, walcząc na drewniane miecze i stępiony oręż. Czyszczą tu także swoje zbroje oraz broń, wymieniając się przy okazji plotkami z całego królestwa. Sam Dziedziniec ulokowany jest niedaleko Jęczącej Wieży oraz krużganków, gdzie z kolei ćwiczeniom oddają się łucznicy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
118
Join date :
08/11/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec Stopionego Kamienia   Pon Lis 10, 2014 10:03 pm

|| początek!

Piekielna mgła. Wciska się w oczy i człowiek nie widzi dalej niż na kilka kroków. Wciska się w uszy i człowiek nic nie słyszy, a jeśli słyszy, to nie wie, skąd płynie dźwięk. Wciska się w nos i człowiek nie czuje nic z wyjątkiem wilgoci i wody. Piekielna mgła. Przekleństwo Dornijczyka.
Quentyl z trudem powstrzymał kichnięcie, zanurzając zmarznięty nos w futrzanym, cuchnącym molami kołnierzu. Lepkie, mokre powietrze przyklejało się do śniadej skóry Martella, osiadało na ciemnych, przemoczonych niemal do suchej nitki włosach i wdzierało się w każdy załom grubego płaszcza… a mimo to książę mógł mówić o niesłychanym szczęściu.
Głównie dlatego, że jako jeden z niewielu nosił na plecach coś, co od biedy można było nazwać zimowym przyodziewkiem.
Ciałem Dornijczyka wstrząsnął dreszcz, gdy piaskowy rumak potknął się na jednym z niezliczonych wybojów, których z powodu mlecznobiałej mgły nie było widać nawet z wysokości siodła. Stłumione przez kołnierz przekleństwo przerwało ponurą ciszę panującą pośród dornijskiego orszaku, gdy Quentyl ujął mocniej uzdę, unosząc niespokojnie zziębnięty podbródek. Goście z odległej Słonecznej Włóczni minęli kilka dni wcześniej Ivy Inn, opuszczając granice Włości Korony i wkraczając do Dorzecza; od tamtej pory Martell był kłębkiem nerwów. Zapuszczali się na nieznany ląd, w sam środek terenów targanych nie tak odległą wojną, która na dodatek nie była ich sprawą. Książę miał wrażenie, że żaden z jego towarzyszy nigdy nie opuścił terenów na północ od Rosby… może za wyjątkiem Ponurego Dowa – mierzący ponad sześć stóp Pograniczniak nigdy nie mówił, gdzie bywał, czego sam Martell nie miał mu za złe. Czasem niewiedza bywała wyjątkowo wygodna.
- Na wszystkie statki Nymerii… - Quentyl z trudem poruszył zdrętwiałą z zimna szyją, próbując odnaleźć pośród mgły swego kuzyna – minęła dobra chwila, nim z prawej strony zarysowała się smukła sylwetka Challesa, spokojnie brnącego naprzód przez mlecznobiałą kurtynę. - … czy zimy w Dorzeczu zawsze są tak srogie? Mróz tnie, jakby Inni szczali mi na łeb. – słowa Dornijczyka wywołały donośny rechot u przedniej straży, skrytej – jak nietrudno zgadnąć – w piekielnej mgle. Książę uniósł ciemne brwi, obdarzając zbrojnych najbardziej zjadliwym uśmiechem, na jaki stać było zziębnięte mięśnie twarzy – i choć efekt bez wątpienia godny był utrwalenia na płótnie, dostrzegł go wyłącznie Challes, nagle zjawiający się przy boku młodszego Martella.
- Na bogów, jak długie może być Dorzecze? Mam wrażenie, że kręcimy się w kółko i, znając nasze szczęście, lada dzień wjedziemy wprost w Krwawą Bramę, gdzie skutecznie wybiją nam z głowy wszelkie turnie… - głos księcia ucichł nagle, jakby cięty valyriańską stalą – słowa skargi rozmyły się gwałtownie wraz z mgłą, która jęła rzednąć sposobem o tyle magicznym… co dostojnym. Uwagę Quentyla w pełni pochłonęło zjawisko będące daleko od wszelkiej magii – lecz bez wątpienia miało w sobie coś czarującego.
Nie dalej niż kilkadziesiąt jardów przed gośćmi z Dorne wznosił się największy zamek, jaki Martell kiedykolwiek widział…  choć określenie „największy” zdawało się umniejszać potęgę twierdzy wgryzającej się w mlecznobiałą mgłę czarnymi zębiskami. Kolosalne wieże znikały w białych oparach, zupełnie jakby wżynały się w chmury, zaś potężny mur nieustępliwie odgradzał całe królestwo od tego, co działo się za kamienną kurtyną. U dołu biegł szeroki rów (a może to nie był rów? Może twierdza dosłownie leżała nad jeziorem, traktując je jako naturalną osłonę?) wypełniony wodą prowadzoną wprost z Oka Boga, niestety wciąż skrytego we mgle. Do wysokiej bramy, usadowionej między groźnymi wieżami, prowadził wąski most. Martell niepewnie spiął konia, otrząsając się z niemal dziecinnego szoku – już po przebyciu kilku jardów okazało się, że ciężkie wrota były otwarte, ale pilnowało ich sześciu ludzi: straż Harrenhal w stalowych hełmach i nabijanych ćwiekami skórzanych płaszczach; na ich mieczach i włóczniach połyskiwały niewielkie krople, zupełnie jak łzy Dziewicy.
Dornijczycy dotarli do bramy bez trudu, zmuszeni jedynie odepchnąć tego czy owego wieśniaka, żeby się prędzej ruszył. Quentyl widział teraz żołnierzy znacznie wyraźniej, stali w szeregu przed bramą, jeden podobny do drugiego. Rzadko widywał tak ciężkie zbroje, jakie nosili ci tutaj, wielkie płachty stali od stóp po czubki głów, wypolerowane do oślepiającego połysku. Twarze przysłonięte hełmami. Byli nieruchomi niczym metalowe filary. Martell niemal mechanicznie zaczął zastanawiać się, jak walczy się z kimś takim, jeśli człowiek jest do tego zmuszony. Nie wyobrażał sobie, by strzała mogła tu wyrządzić jakiekolwiek szkody, nawet miecz, chyba że ugodziłby szczęśliwie w jakieś złącze.
- Książę Quentyl Martell wraz ze swym szlachetnym kuzynem księciem Challesem Martell… - słowa jednego z dornijskich strażników wydawały się zniekształcone przez wyraźny, ale spokojny szum wody oraz… muzykę – co do tego Quentyl nie miał wątpliwości – dobiegającą zza murów. Jeden z żołnierzy Lorda Whent odparł coś Dornijczykowi ze straży, wywołując tym samym krótką salwę śmiechu, poprzedzającą przepuszczenie orszaku przez bramę. Książę z trudem powstrzymał się przed niecierpliwym spięciem Morsa i ruszeniem ku źródle dźwięków galopem… co okazało się zresztą niemożliwe, bo gdy tylko wyminęli straże, wpadli jak trutka w wino.
Zgodnie z podejrzeniami Martella na dziedzińcu rozbrzmiewały wyraźne dźwięki liry oraz donośny śpiew barda…który z trudem przekrzykiwał panującą na placu wrzawę wytwarzaną przez dziesiątki, jeśli nie setki istot ludzkich: w powietrzu łopotały herby z niemal całego królestwa, a choć wciąż brakowało wśród nich sztandarów wielkich rodów, Quentyl bez problemu dostrzegł zielone jabłko Fossowayów czy też dzika Lorda Crakehall. Wzrok księcia niemal odruchowo powędrował na chorągiew rodu Martell dzierżoną przez Lyama Sanda – czerwone słońce przeszyte włócznią na pomarańczowym tle natychmiast ściągnęło spojrzenia najbliżej zgromadzonych, co jedynie przysporzyło Dornijczykom kłopotu: po zejściu z koni, które odebrali uwijający się jak w ukropie koniuszy, goście z Dorne przeciskali się przez tłum zebranych gapiących się na nich ze zdumieniem. Był wśród nich mały chłopiec z jeżem wyszytym na wamsie; popatrzył na Quentyla wielkimi oczami, ściskając drewniany mieczyk. Książę próbował się do niego uśmiechnąć, ale minęły wieki od czasu, gdy miał do czynienia z kimś innym niż twardzi ludzie i twarda stal, więc nie mogło mu to wyjść za dobrze. Chłopczyk uciekł z wrzaskiem… dość dobitnie zwiastując obecność Martella.
- Challes? – ścięgna szyi zatrzeszczały donośnie, gdy Quentyl obrócił gwałtownie głowę, szukając wzrokiem kuzyna. – Nie wiem, czego mam pilnować bardziej: sakiewki czy gardła? – na ustach księcia wykwitł szczery uśmiech rozbawienia, gdy zdał sobie sprawę z jednego: kiedy wszyscy będą upojeni walkami i winem, będzie tu jeszcze głośniej… i weselej. A czyż nie o to chodziło w życiu?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
11
Join date :
23/07/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec Stopionego Kamienia   Pon Lis 10, 2014 11:03 pm

Wprawdzie miał okazję spędzić w swoich podróżach całkiem sporo czasu, jednak kłamstwem byłoby stwierdzenie, że kiedykolwiek w pełni przyzwyczaił się do wszystkich niewygód im towarzyszących. Mgła rzeczywiście była wyjątkowo nieznośna, a palce rąk zdawały się niemal przymarzać mu do końskiej uzdy, mimo że przed zimnem chronić miały je ciepłe, skórzane rękawice. Wcale nie lepiej sprawdzał się gruby płaszcz - wilgotne powietrze dawno już zdążyło się przyczynić do tego, że ten przede wszystkim po prostu ciążył Martellowi, sprawiając tym samym, że jazda konna stawała się sprawą znacznie trudniejszą, niźli w przypadku, gdy jeźdźcowi wystarczyły jedynie zwiewne ubrania odpowiednie dla dornijskiego klimatu. Mimo wszystko to niewygodne odzienie rzeczywiście zapewniało ciepło przynajmniej w jakimś stopniu, toteż śmiało można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że zawsze mogło być przecież gorzej. To zaś pewnie jedynie potwierdziłoby się, gdyby tylko Challes rozejrzał się dookoła i gdyby gęsta mgła nie uniemożliwiała mu dostrzeżenia tego, że wielu z ich orszaku znacznie bliższych było odmrożenia sobie tego i owego.
- Zakładam, że w takim razie nie masz ochoty wybrać się po turnieju bardziej na północ, żeby doświadczyć czegoś poza ledwie oparami szczyn Innych - zaśmiał się krótko w odpowiedzi na słowa kuzyna. Wtedy też miał przynajmniej okazję przekonać się, że sam także nie miałby na to większej ochoty. Póki nie musiał nadmiernie wysilać mięśni twarzy, nie czuł, że... no właśnie, tak w zasadzie, to niemal wcale nie czuł już własnych policzków. A próba posłania Quentynowi rozbawionego uśmiechu jedynie uświadomiła mu to w niekoniecznie przyjemny sposób. Nic dziwnego więc, że choć gotów był uraczyć kuzyna kilkoma złośliwościami w związku z jego utyskiwaniem na panujący ziąb, to jednak sam z niemal wyraźną ulgą przyjął fakt, gdy przed ich oczyma ukazało się cokolwiek innego poza mleczną mgłą. Zwłaszcza, że widok rzeczywiście był co najmniej imponujący. A już z pewnością pokrzepiający - dawał bowiem nadzieję na to, że lada moment dane im będzie znaleźć dla siebie jakiś ciepły kąt i pozbyć się przemoczonych, zdecydowanie zbyt ciężkich i niewygodnych ubrań. Wprawdzie nadzieje te zmalały nieco, gdy okazało się, że przejście przez zatłoczony dziedziniec nie będzie tak łatwym zadaniem, jednak... To wciąż było już coś.
- No, na Krwawą Bramę mi to nie wygląda, kuzynie. Więc może jednak mamy trochę szczęścia i uda ci się nie oberwać niczym przed twoim występem - rzucił jedynie w kierunku Quentyna, gdy przejeżdżali przez bramę, spojrzeniem uważnie lustrując okolicę. Na tyle przynajmniej, na ile był w stanie biorąc pod uwagę wciąż nie najlepszą widoczność, liczne grono innych osób tłumiących się dookoła oraz własne, na kość przemarznięte stawy, które skutecznie utrudniały jakiekolwiek rozglądanie się.
Zresztą, nie sposób było zauważyć, że najwyraźniej sami także stanowili niemałą atrakcję dla zgromadzonych na dziedzińcu ludzi. Zwłaszcza po popisowej ucieczce jakiegoś chłystka, który swoim wrzaskiem mógł przyciągnąć uwagę tych, którzy jak do tej pory nie zareagowali ani na poruszenie przy bramie, ani na pojawienie się charakterystycznego herbu, ani na samych Dornijczyków, bez wątpienia wyróżniających się w tłumie. Na ucieczkę tę, Chall zareagował jedynie pełnym rozbawionego zdumienia uniesieniem brwi i pozwolił sobie na przeciągłe gwizdnięcie, mające być prawdopodobnie parodią podziwu.
- Zapowiada się coraz lepiej... O ile twoim przeciwnikiem będzie jakiś kilkuletni szczeniak, to zwycięstwo będzie kwestią jednego spojrzenia - zauważył z uśmiechem, parsknąwszy następnie śmiechem w odpowiedzi na kolejne słowa młodszego kuzyna.
- Gardła. Na razie zdecydowanie postaw na gardło, przyda ci się trochę bardziej - stwierdził, siląc się na chwilową powagę. - Sakiewki napełnimy ponownie po twoim zwycięstwie.
W końcu, jak już dało się zauważyć - z kilkuletnimi wyrostkami Quentyll radził sobie całkiem nieźle. Teraz wystarczyłoby więc zadbać jedynie o to, by jeden z nich stanął z nim do pojedynku, a o sakiewki rzeczywiście nie będą musieli się martwić. Całkiem poważnie zaś... i tak nie dało się raczej zauważyć, by w tej chwili starszy Martell przejmował się jakoś szczególnie tym drobnym szczegółem. Gwar na dziedzińcu był dostatecznie absorbujący. I całkiem skutecznie wywoływał na twarzy szczery uśmiech, będąc jednocześnie obietnicą przynajmniej chwilowej zabawy, która miałaby wynagrodzić im wcale nie taką łatwą i przyjemną podróż.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
118
Join date :
08/11/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec Stopionego Kamienia   Wto Lis 11, 2014 2:09 pm

Gdyby było im dane podróżować w innych warunkach pogodowych, o innej porze roku, w bardziej sprzyjających okolicznościach, Quentyl mógłby dostrzec prawdziwą urodę Dorzecza. Czy też raczej – jej brak.
Oczom księcia ukazałaby się wielka równina, przetykana łagodnymi pagórkami i oplatana wstęgami mniejszych bądź większych rzek. Powinna to być ziemia dobra do konnej jazdy, dająca człowiekowi pewność - Martell mógłby dostrzec wroga z odległości wielu mil, gdyby zaś nie musiał obawiać się przeciwnika, obserwowałby rozległy kobierzec wysokiej trawy, rozkołysanej i szarpanej przez wiatr, ciągnący się we wszystkich kierunkach, daleko, daleko po horyzont. Jedynie szlak przełamywałby tę monotonię – linia krótszych, bardziej wyschniętych źdźbeł, poznaczona łatami nagiej czarnej ziemi i przecinająca równinę jak prosty lot strzały.  Choć Quentylowi nie było dane ujrzeć terenów Dorzecza w pełnej krasie, już dziś był niemal pewien, że nie spodobałaby mu się ta rozległa jednostajność. Nawet pośród mgły spoglądał ze zmarszczonym czołem to w lewo, to w prawo, kiedy posuwali się do przodu. Na dornijskich nieużytkach jałowa ziemia roiła się od różnorodności – popękanych głazów, wyschniętych dolin, obumarłych drzew rzucających rozcapierzone cienie, odległych rozpadlin w ziemi, wypełnionych mrokiem, białych grani skąpanych w świetle. Tam, na Pustyni Dorne, nad głową wisiało puste, nieruchome niebo; jasna kopuła, na której nie było niczego z wyjątkiem oślepiającego słońca w dzień i rozjarzonych gwiazd nocą.
Tutaj wszystko wydawało się dziwacznie odwrócone.
Ziemia była pozbawiona wszelkiego urozmaicenia, niebo za to jawiło się jako wielki ruch, niezmierzony chaos. Przed oczami jeźdźców majaczyły strzeliste chmury, ciemne i jasne; zwijały się w potężne spirale i płynęły nad trawą wraz z koszącym wiatrem; przesuwały się, obracały, rozrywały i znów zlewały się ze sobą, rzucając na skuloną w dole ziemię monstrualne, powolne cienie, niczym groźbę potopu, który mógł pochłonąć trzy tuziny malutkich konnych, a wraz z nimi cały świat. Wszystko to, niczym bliskie spełnienie gniewu bożego, przygniatało nieznośnym ciężarem zgarbione barki księcia.
Była to dziwna ziemia, na której Martell nie widział dla siebie miejsca. Potrzebował jakiegoś powodu, by tu być, i to dobrego.
Zaś w chwili, w której wyrosły przed nim mury Harrenhal, taki powód się pojawił.
- Kuzynie, wiem, że czasami sprawiam wrażenie przygnębionego, ale daleko mi do samobójstwa. – odparł burkliwie Quentyl, mimo pozornego gniewu uśmiechając się pod nosem na wesoły śmiech Challesa. Książę nie posiadałby żadnych obiekcji przed wyruszeniem poza Harrenhal, do Bliźniaków, a może i dalej, aż na Północ… gdyby tylko przyszło im wędrować w promieniach słońca. To zaś zdawało się na tych terenach nieodwracalnie martwe.  Nawet gdy przekroczyli bramy olbrzymiego zamczyska Harrena Czarnego i znaleźli się pośród tłumu ludzi,  przy szalejącym między szczelinami murów wietrze nadal panował ziąb – Quentyl mimowolnie otulił płaszczem rżące ramiona. Chłód – była to rzecz dziwna i budząca lęk. Martell dość prędko doszedł do wniosku, że nienawidzi go z całej siły zmarzniętego serca.
- I tak, gdyby przyszło co do czego, nie odróżniłbyś Krwawej Bramy od wychodka. – odparował spokojnie książę, starając się zachować powagę na ogorzałej (i zmrożonej do cna) twarzy… z dość miernym skutkiem. Pomimo szczerych chęci Quentyl nie potrafił gniewać się na Challesa – chyba, że posprzeczali się o kobietę. Podobne konflikty stanowiły jednak pewną… specyficzną sferę w życiu każdego Dornijczyka i sam Martell był pewien, że na turnieju w Harrenhal dziewek nie zabraknie – co wykluczało potencjalne kłótnie o damskie wdzięki.  Książę zadarł podbródek do góry i wbił ciemne spojrzenie w niebo – z wciąż groźnego nieboskłonu wyciekało niemal całe światło. Gdzieś na dalekim horyzoncie, przysłonionym do połowy zamkowym murem, pozostał jeszcze tylko niewyraźny blask słońca. Ostatnia niepewna jasność wokół majaczących w górze chmur zwiastowała wypogodzenie… a przynajmniej taką złudną nadzieją żył Quentyl, dotkliwie czujący, że powoli traci siły.
- O ile wątpię, by w szrankach stanęło dziecko… - Martell uśmiechnął się z rozbawieniem, odrywając wzrok od nieba i przenosząc spojrzenie na kuzyna. - … o tyle znaczna część walczących rycerzy na pewno będzie myśleć o spłodzeniu takowego z przygodną dziewką. – zakończył z powagą Dornijczyk, kiwając gorliwie głową, zupełnie jakby pragnął potwierdzić prawdziwość swych słów.
- To zaś gwarantuje mi nad nimi znaczną przewagę. Wystarczy myśleć właściwą głową! – książę odsłonił w uśmiechu równy rządek zębów, po czym – z właściwym sobie uporem – jął brnąć naprzód, przepychając się między zwartym tłumem łokciami. Jeden z dornijskich strażników usiłował dorównać Martellowi kroku, jednak zaledwie po kilku jardach pochłonęła go wielobarwna, rozkołysana fala – nie minęła chwila, a Quentyl zaczął sądzić, że nieodwracalnie zgubił drogę (na dobrą sprawę nawet nie wiedział, gdzie zmierza)… i właśnie wtedy nieznany, blady jegomość ujął go za łokieć, starając się przekrzyczeć tłum.
- Książęce komnaty znajdują się w Królewskim Stosie! To w drugą stronę! – mężczyzna, sądząc po ubiorze – służący w zamku, machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, najpewniej pragnąc wskazać Martellowi drogę. Quentyl, który na swoje nieszczęście usłyszał co drugie słowo, uniósł zaskoczony brwi, szukając wzrokiem zaginionego przed chwilą Challesa.
- Mam spać w stosie?! – początkowe zdziwienie księcia ustąpiło szczeremu rozbawieniu, gdy w polu widzenia ponownie ukazał się jego kuzyn, najwyraźniej dotkliwie wyobracany przez tłum, w którym na domiar złego nie znalazła się żadna nadobna panna. – Cóż, przynajmniej będzie nam ciepło! – odparł wesoło Quentyl, niemal kurczowo zaciskając palce na ramieniu Challesa – zupełnie, jakby obawiał się, że starszy Martell ponownie gdzieś zaginie…
… choć z nich dwojga to młodszy posiadał wątpliwie przydatną zdolność pakowania się w tarapaty.
- Chodźmy!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
11
Join date :
23/07/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec Stopionego Kamienia   Sro Lis 12, 2014 11:11 pm

Prawdopodobnie nie było kłamstwem stwierdzenie, że każde miejsce posiadało swój specyficzny urok. Takiego nie mogło być pozbawione również Dorzecze, nawet jeśli przez większą część ich podróży przez jego tereny, rzeczone uroki szczelnie skrywała gęsta mgła. Problem w tym, że zdecydowanie nikt nie byłby w stanie docenić uroków wszystkich możliwych miejsc w Westeros i poza nim. Nawet Challes, mimo że zwykle czerpał przyjemność ze swoich podróży, z każdą kolejną jedynie coraz bardziej doceniał uroki dornijskich terenów, zamiast bezkrytycznie zachwycać się tymi nowo poznawanymi. Tym razem zaś najwyraźniej nawet Siedmiu uznało, że przed Dornijczykami, niepotrafiącymi w pełni docenić uroków Dorzecza i samego Harrenhal, lepiej będzie większą część roztaczających się widoków najzwyczajniej w świecie ukryć za mgłą. Dzięki temu przynajmniej wysokie mury Harrenhal, częściowo skryte we mgle, stawały się widokiem o tyle niesamowitym i tajemniczym, co i w pewnym stopniu niepokojącym.
Co interesujące, to odczucie nie znikało zupełnie nawet po przekroczeniu bramy - nawet mimo radosnego gwaru panującego na dziedzińcu i mimo otaczających ich ludzi. Mury Harrenhal, pewnie nie bez powodu znanego jako największy zamek w Siedmiu Królestwach, wciąż w jakiś sposób przytłaczały swoją wielkością, sprawiając tym samym, że Challes wolał utrzymywać swoje spojrzenie raczej na poziomie nieco niższym, niźli zadzierać głowę w górę. Choć równie dobrze uczucie przytłoczenia wywoływać mógł wciąż ciążący, przemoczony płaszcz, a także - bez wątpienia - uwijający się dookoła ludzie. Mimo wszystko jednak dobry nastrój nie opuszczał Martella. Nie, kiedy wreszcie udało im się dotrzeć do celu, a odpoczynek w ciepłym miejscu był jedynie kwestią kilku chwil, nie zaś kolejnych kilku dni drogi. Zresztą, nigdy przecież nie należał do mruków, którzy w obliczu ogólnie panującej wesołości i podekscytowania turniejem, miałby utyskiwać na wszystko dookoła. Szczerym śmiechem zareagował również na skierowaną do niego uwagę kuzyna, jakoby miał mieć problemy z odróżnieniem Krwawej Bramy od wychodka.
- Przynajmniej teraz nie stanowi to żadnego problemu. Musielibyśmy trafić do piekielnie dużego wychodka - tak, Harrenhal wraz z jego rozmiarami trudno byłoby pomylić z czymkolwiek innym, jeśli już miało się okazję zobaczyć zamek przynajmniej raz. Po prostu żadna inna budowla w Westeros nie mogła chyba wywoływać podobnych odczuć u osób, które miały okazję znaleźć się pod jej murami.
- Świetnie. Cieszę się, że masz już tak starannie obmyślony plan - znów zaśmiał się w odpowiedzi na kwestię myślenia odpowiednią głową. - Może w takim razie rzeczywiście okaże się, że nie przybyliśmy tutaj na darmo...
Wystarczyło, by odwrócił się na chwilę w momencie, gdy jego kuzyn tak uparcie jął przeć przed siebie, by już po chwili na krótko zupełnie stracić go z oczu. Akurat w momencie, gdy już miał wyrazić wątpliwość co do tego, że aby na pewno Quentyl zdoła zachować swoją przewagę nad innymi w tej kwestii, nie dając wcześniej pogalopować swoim myślom w kierunku innych zabaw związanych z turniejem, a niekoniecznie wiele mających wspólnego z walką. Póki jednak nie widział obok siebie młodszego Martella, wygłaszanie jakichkolwiek uwag mijało się raczej z celem. Niewiele jednak trzeba było, by już po chwili tuż obok usłyszał jego zaskoczony okrzyk, następnie zaś mógł ponownie zobaczyć Quentyla we własnej osobie.
- Zaczynam podejrzewać, że rozpalenie stosu faktycznie byłoby jedynym skutecznym sposobem, żeby ogrzać te mury - stwierdził wciąż całkiem pogodnie, spoglądając w kierunku wieży, w której przewidziano miejsce na książęce komnaty. - Chociaż z drugiej strony zapewnienie wystarczającej ilości wina i kobiet, żeby nie myśleć o chłodzie też będzie niezłym rozwiązaniem.
Wraz z kuzynem ruszył tym razem już w odpowiednim kierunku, udając się do wieży, dla której prawdopodobnie dałoby się znaleźć przynajmniej kilka znacznie bardziej adekwatnych do jej wyglądu nazw, niekoniecznie uwzględniających historię samej budowli, a których jednak z czystej przezorności Challes nie wymienił jednak na głos. W końcu lepiej byłoby nie zrażać do siebie gospodarzy już na samym początku pobytu w Harrenhal, jeśli tylko miał zamiar doczekać także dnia wyjazdu z zamku.

/ 2x zt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Bliźniaki
Liczba postów :
208
Join date :
25/09/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec Stopionego Kamienia   Pią Wrz 25, 2015 7:18 pm

/ długo, długo nic

- Teraz do przodu! - ryknął fechtmistrz, bez większego problemu przekrzykując codzienną wrzawę unoszącą się nad dziedzińcem. Frey ruszył w jego stronę gwałtownie, balansując tuż na krawędzi wąskiej, dębowej belki i starając się zachować równowagę; cztery godziny ćwiczeń każdego dnia odciskały na nim piętno - niemal bezustannie czuł się bezgranicznie wyczerpany, a mimo to zdołał odeprzeć uderzenia przeciwnika i szybkim ruchem odbił stępione ostrze, poruszając się bez wysiłku na belce, jakby to była ścieżka ogrodowa.
- Teraz do tyłu!
Devon zachwiał się nieznacznie na piętach, wywijając idiotycznie lewą ręką wokół siebie, by utrzymać równowagę. Każda część ciała powyżej kolan bolała go od straszliwego wysiłku, a poniżej kolan… bolało go jeszcze bardziej. Dwie godziny wcześniej był w stanie sunąc tanecznym krokiem po belce i tnąc powietrze swoimi ostrzami - teraz każdy przypuszczony atak znacznie uszczuplał jego siły;  nie miną dwa kwadranse, a będzie łapał spazmatycznie powietrze, parując desperacko lewą dłonią ciosy i z najwyższym trudem utrzymując równowagę na belce.
- I naprzód!
Dziedzic Bliźniaków poczuł straszliwy ból w łydkach i wymierzył pchnięcie w starszego człowieka, który budził w nim irracjonalną wściekłość, lecz fechtmistrz nie cofnął się ani o krok. Uchylił się przed desperackim atakiem i podciął wierzchem ręki stopy przeciwnika. Devon wydał z siebie ochrypłe przekleństwo, gdy dziedziniec zawirował wokół niego, i walnął boleśnie nogami o krawędź belki, po czym runął na prawy bok, lądując na twardych, nierównych kamieniach. Uderzył na tyle mocno, że aż zagruchotały mu zęby, zatrzaskujące się niebezpiecznie blisko języka. Frey przetoczył się z wysiłkiem, a potem leżał na plecach, łapiąc powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Nogi, w miejscu gdzie uderzył się o krawędź belki, rwały go jak diabli. Kolejny paskudny siniec tego dnia.
- To było okropne, Frey, okropne! - zawołał starszy rycerz, zeskakując zgrabnie na trawę. - Chwiałeś się na belce, jakby to była napięta lina!
Devon przekręcił się na brzuch, klnąc szpetnie pod nosem, i w końcu zaczął się podnosić sztywno z ziemi.
- To solidny kawał dębu, tak szeroki, że można się na nim zgubić!
Fechtmistrz zilustrował swoją tezę, waląc drewno krótszym ostrzem i odłupując drzazgi.
- Myślałem, że kazałeś mi ruszyć do przodu, ser – warknął cicho Frey, rozmasowując kark zesztywniałymi ze zmęczenia palcami. Starszy rycerz uniósł gwałtownym ruchem brwi.
- Naprawdę przypuszczasz, Devonie, że jakikolwiek wróg udziela swym przeciwnikom wiarygodnych informacji odnośnie swoich zamiarów?- fechmistrz nabrał powietrza do płuc i klepnął potężną dłonią własne udo, kręcąc głową. - Nie! Z całą pewnością nie! Robi wszystko, by oszukać i zmylić swoich przeciwników, jak czynią wszyscy wielcy szermierze! - odpowiedział w końcu na własne pytanie. Nim Frey zdołał na dobre otrzepać się z suchych pyłków, starszy rycerz już chodził tam i z powrotem, potrząsając głową. Devon po raz kolejny poważnie zaczął się zastanawiać, czy nie zrezygnować. Każdego wieczoru padał wyczerpany na łóżko, i to w chwili, gdy powinien się upijać. Miał tego dosyć. Każdego ranka wstawał o świcie, posiniaczony i obolały, by przez cztery godziny ćwiczyć bieganie, belkę, sztangę, pchnięcia. Nie chciał już dłużej obrywać po tyłku od podstarzałego rycerza, którego największym osiągnięciem był awans na stanowisko fechmistrza Harrenhal.
- ...przygnębiający pokaz, ser, bardzo przygnębiający. Zaczynam wierzyć, że idzie ci coraz gorzej...
Devon wiedział, że nigdy nie dorówna tytułami i umiejętnościami potomkom wielkich, starych rodów Siedmiu Królestw. Nikt po nim tego nie oczekiwał, a już najmniej on sam. Więc dlaczego nie zrezygnować i nie wrócić do nocnego życia? Czyż nie był to kres jego ambicji jeszcze przed czterema dniami imienia? Z drugiej jednak strony co wyróżniałoby go spośród tysiąca pozostałych synów chorążych? Frey – jeszcze pod wpływami nestora rodu - postanowił, że chce być kimś wyjątkowym. Lordem Przeprawy na początek, a potem… potem, kto wie? W każdym razie nie byle kim. Jak większość mężczyzn pragnął władzy, pragnął zasiadać na wielkim krześle w Małej Radzie i podejmować ważkie decyzje. Pragnął, by otaczający go ludzie przymilali się do niego i uśmiechali, wsłuchani w każde jego słowo. Pragnął, by szeptali na jego widok: „Oto idzie Lord Devon”. Czy byłby szczęśliwy wyłącznie jako bogatszy, przystojniejszy, bystrzejszy odpowiednik swego dziadka? Nie! Wykluczone.
- ... twoja umiejętność obrony jest godna pożałowania, wytrzymałość wciąż niedostateczna, a jeśli chodzi o zdolność zachowania równowagi, to im mniej o tym mówimy, tym lepiej...
I co by sobie pomyśleli inni, gdyby się poddał? Co zrobiłby jego ojciec? Co powiedzieliby jego bracia? A inni? Wyszedłby na tchórza. Musiał coś sobie udowodnić.
Sobie i wszystkim dookoła.
- Słuchasz mnie, chłopcze? - zagrzmiał fechtmistrz. Frey poczuł na twarzy jego oddech i drobinki śliny.
- Tak, ser! Obrona godna pożałowania, wytrzymałość słaba! – kąciki ust drgnęły mimowolnie, gdy uniósł lekko głowę, jedynie podkreślając różnicę wzrostu pomiędzy sobą a niższym fechtmistrzem.  - Im mniej mówimy o równowadze, tym lepiej.
- Zgadza się! Jeśli zatem zamierzasz kontynuować... od jutra zaczniemy każdą sesję ćwiczeń od pływania w Oku Boga. Ze dwie mile. Powinno wystarczyć.
Frey zacisnął z całej siły zęby, żeby powstrzymać cisnące się na usta przekleństwo.
- Zimna woda wspaniale wyostrza zmysły - ciągnął fechtmistrz. - I być może trzeba będzie zaczynać nieco wcześniej, w porze, gdy odznaczasz się największą chłonnością umysłu. Tym samym przystępujemy do ćwiczeń o piątej.
Stary żołnierz odwrócił się na pięcie i odmaszerował. Frey zaczekał, aż fechtmistrz opuści dziedziniec, i gdy się tylko upewnił, że rycerz jest poza zasięgiem słuchu, stracił nad sobą panowanie i cisnął z furią swe ostrza o ścianę.
- Cholera! - wrzasnął, gdy miecze spadły z brzękiem na kamienną posadzkę. - Kurwa!
Rozejrzał się wkoło w poszukiwaniu czegoś, co mógłby kopnąć, nie zadając sobie przy tym szczególnego bólu. Jego wzrok padł na podporę belki, ale tak fatalnie ocenił odległość, że po chwili miał ochotę złapać się za posiniaczoną stopę i skakać w kółko jak idiota.
- Cholera, cholera! – wysyczał z wściekłością, siadając ciężko na drewnianej ławie, postawionej pod murem jednej z wież – pomimo trwającego blisko trzy miesiące pobytu w Harrenhal, Devon wciąż nie rozróżniał poszczególnych części olbrzymiego zamczyska; to zresztą mijało się z celem, biorąc pod uwagę, że wszystko tutaj miało w nazwie coś makabrycznego. Frey przez chwilę zastanawiał się, czy nie wymierzyć belce kolejnego kopniaka, ale zrezygnował przezornie z tego pomysłu – głównie dzięki widokowi służki, która w zaskakującym pośpiechu przemknęła nie dalej niż dwie stopy od niego. Dziedzic Bliźniaków miał wrażenie, że widział ją jeszcze przed rozpoczęciem treningu, choć z drugiej strony…
Czy one wszystkie nie wyglądają tak samo?
- Dziewczyno – ton Devona – dokładnie wystudiowany na podobne okoliczności – pozbawiony był wściekłości, jaką Frey przejawiał zaledwie chwilę wcześniej. Bladoniebieskie spojrzenie zamarło na drobnej, blondwłosej służce, zaś niedbały gest dłoni przywoływał ją zachęcająco, by podeszła bliżej. – Wina, byle mocnego – w każdej innej okoliczności Devon natychmiast zająłby się czymś innym, spokojnie wyczekując na kielich trunku, lecz… coś – przebłysk, może cień uśmiechu, krótkie przeczucie – coś kazało mu, aby…
- Jak masz na imię, dziewczyno?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze
Liczba postów :
32
Join date :
19/02/2015

PisanieTemat: Re: Dziedziniec Stopionego Kamienia   Nie Wrz 27, 2015 10:15 pm

Obudziła się z uczuciem, jakby straszna zmora dręczyła ją we śnie. Miała przed oczyma okropny czerwony blask, popstrzony grubymi, czarnymi drągami, słyszała głucho brzmiące głosy, jakby stłumione płynącą wodą albo wiatrem; wzburzenie, niepewność i górujące nad wszystkim przerażenie mąciło zmysły.  Po pięciu minutach chmura otumanienia rozwiała się, wyraźnie zdała sobie sprawę, że znajduje się na swoim posłaniu w maleńkiej komórce, którą dzieliła z matką.
Dzień rozpoczął się jak każdy inny – na długo przed świtem zrywały się z siennika i ubierały przy świeczce, cierpiąc dotkliwie, kiedy zanurzały dłonie w lodowato zimnej wodzie w dzbanku, by przemyć twarz.  Poprzedniego wieczoru nastąpiła zmiana; osty wiatr z północy tak wiał przez całą noc przez szparę w ścianie, nazywaną oknem, że trzęsła się  zimna.
Matka nazywała ją swoim letnim dzieckiem – w końcu przyszła na świat poprzedniego lata, a zima która po nim przyszła była najkrótszą z tych, które pamiętali najstarsi mieszkańcy Harrenhal; żartowała, że to wszystko dzięki Marlene, która przyciągała powodzenie jak słodki nektar pszczoły. A ona nie przepadała za zimnem, a ostatnią zimę wymazała niemal z pamięci – dlatego teraz była przerażona. Całe Harrenhal czyniło przygotowania na nadchodzącą porę roku ; maester przepowiadał, że po tym długim, gorącym lecie przyjdzie jeszcze dłuższa, straszliwa zima.
-Ta pieśń nie jest do rymu. – stwierdziła Marlene wiele godzin później, zawzięcie piorąc koszulę. Woda w balii już dawno wystygła, a spracowane ręce miała skostniałe. Nawet jej dobry humor zdołał wyparować gdzieś z ciepłem.
-Ależ wyrecytowałem dopiero pierwszy wers! – zaprotestował dotknięty do żywego minstrel, który z niewiadomych przyczyn pozostał w Harrenhal dłużej, niźli wypadało; a teraz przeszkadzał w pracy  służkom. – Czy to pogarda czy obojętność, co w twych oczach widzę…
-Świetny początek. – pochwaliła ze sztucznym uśmiechem Maggie.
-Bzdura. Ani pogarda, ani obojętność to nie jest dobry początek do uczucia. Już prędzej łagodność…
-Ciągiem dalszym – kontynuował minstrel – będzie drugi wers, którego jeszcze nie stworzyłem, a potem coś tam, coś tam, coś tam, szydzę.
-Szydzę będzie się rozumieć z widzę.
-Zapomnij o tym. – zaśmiała się Maggie, wyżynając w drobnych dłoniach suknię, której barwa przywoziła na myśl jedynie błoto.
-Twe oczy są niczym gwiazdy na niebie… - ciągnął niestrudzenie mężczyzna i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Coś tam, coś tam, coś tam, ciebie. – podpowiedziała rym Marlene, zabierając się wywieszania mokrych szmat na długich sznurach. Gdyby miała to robić na zewnątrz, najpewniej z zimna odpadłyby jej ręce.
Później, siedząc przy piecu w kuchni i skrobiąc zawzięcie marchew, całe kosze marchwi, udawała, że nie widzi jak pomocnica kucharza obiera z piór jej gąskę i, że ogłuchła, kiedy wszyscy naokoło rozprawiali o zimie. I o tym, co się weń kryje. Jej matka przodowała w snuciu tych nieprawdopodobnych opowieści i dawnych legend, pochodzących z północy, zaś kucharz nieustannie jej przerywał, przypominając, że Inni to jedynie straszydło na niesforne dzieci. Nie omieszkał przy tym zbesztać przestraszonego chłopca stajennego i zagrozić, że nie Inni, a on sam zakopie go w śniegu, jeśli tylko jeszcze raz spróbuje ukraść trochę chleba.
Gdy nikt nie patrzył Marlene odkrajała dwie kromki i wsunęła sobie za fartuch, postanawiając, że jeszcze przed kolacją odwiedzi stajnię.
Jej samej w brzuchu burczało donośnie, kiedy przerzucała do ozdobnego półmiska gorące, przyprawione kartofle – i to wystarczyło, by starsza służka uderzyła ją kijem po dłoniach. Ot, w ramach ostrzeżenia.
-Lepiej przynieś wiadro wody! – warknęła i wyrwała drewnianą chochlę z ręki.
Tutaj wszyscy są ponurzy, ale jesienią zrobili się jeszcze gorsi, westchnęła Marlene w duchu, chwytając za wiadro i narzucając chustę na ramiona. Korytarzami przemykała jak cień, niezauważalna i cicha, pogrążona we własnych marzeniach, gdzie noc była zawsze letnia i gorąca, a kwieciem umajony świat pachniał rajem. Tam nie musiała zrywać się na długo przed świtem, by po wielogodzinnej pracy położyć się długo po zachodzie słońca. We własnych wyobrażeniach nie miała na dłoniach szorstkiej, zniszczonej skóry i tylu plam na fartuszku; gąski rzecz jasna zostały, była do nich wyjątkowo przywiązana.  Każda z nich miała imię i Marlene miała nadzieję, że były szczęśliwe – przynajmniej do momentu, w którym nie wylądowały na ruszcie, a potem lordowskim talerzu.
Zatrzymała się na dziedzińcu, tuż za filarem, by móc przez chwilę obserwować to co się dzieje kilkanaście metrów dalej – lubiła patrzeć na ćwiczenia, jakie odbywali rycerze (bądź przyszli rycerze) pod okiem fechmistrza, często wyobrażając sobie bardzo niemądre i niewłaściwe rzeczy.
Po pierwsze, że walczą o jej rękę – zwykłej służącej.
Po drugie, że z tej belki spadają i rozbijają sobie cztery litery o twardą ziemię – to było dużo bardziej zabawne, aż prychała śmiechem pod nosem.
Tym razem jednak, uważnie obserwując ruchy mężczyzny przygotowującego się do treningu, przypominała sobie wszystkie słowa matki o rudych – że są jak lisy, cwani i sprytni, ale to przebiegli kłamcy. Łotrzyki, oszuści i naciągacze. Ale to przecież nie mogła być prawda, nie, nie. Zapamiętała tę twarz dokładnie, jeszcze z uczt podczas turnieju, gdzie uwijała się jak mrówka, aby wszyscy goście mieli kielichy pełne wina.
W mniemaniu Marlene wszyscy szlachetni, a zwłaszcza rycerze – nie mogli być tacy jak w opowieściach matki.  A to był wręcz szczyt naiwności.
Uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła dalej, przypominając sobie, że jeśli dotrze za późno – do czerwonego śladu na dłoniach dołączy kolejny. Niemal biegiem dotarła do stajni, gdzie gorączkowo szukała chłopca, by bez słowa wcisnąć mu w dłonie chleb i zaraz zniknąć – trochę bała się koni, zwłaszcza, kiedy parskały na nią gniewnie.
Wyciągając ze studni wiadro pełne wody zapatrzyła się w ciemność, tam na dole i zachwiała, gdy jakiś chłopiec wpadł na nią biegnąc, nie patrząc nawet przed siebie. Lodowata woda chlusnęła na spódnicę, a westchnienie północnego wiatru jedynie pogorszyło sytuację, przyprawiając Marlene o gęsią skórkę. Jedyne czego teraz pragnęła to zwinąć się w kłębek przy wielkim piecu w kuchni i się zagrzać – musiała jednak napełnić wiadro jeszcze raz, a wracając…
-Dziewczyno – Marlene, nawykła do podobnego tonu głosu i zwrotu, skierowanego właśnie do niej i setek innych służących, niemal mimowolnie skręciła w stronę mężczyzny, którego ćwiczenia wcześniej obserwowała i aż uśmiechnęła się na samo wspomnienie. – Wina, byle mocnego.
Odłożyła wiadro i odwracała się już, by przynieść wino…
-Marlene, panie. – odparła, ledwie ukrywając zdziwienie, wszak ludzie o tak wysokiej pozycji, tak szlachetnego urodzenia, nigdy nie byli zainteresowani imionami służek…
… dlatego jej niemal dziecinna ciekawość została rozbudzona, a szeroki uśmiech rozjaśnił bladą twarzyczkę, gdy czekała na choćby skinienie w geście pozwolenia na odejście po żądane wino.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Bliźniaki
Liczba postów :
208
Join date :
25/09/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec Stopionego Kamienia   Sob Paź 10, 2015 4:51 pm

Nieczęsto uciekał się do pseudofilozofii, bezowocne rozmyślania o świecie i jego naturze pozostawiając maestrom oraz septonom (choć ci drudzy zwykle operowali argumentem Siedmiu Bogów i ich wszechmocy). Jeszcze rzadziej marnotrawił cenny czas na puste dywagacje, wpatrując się w błękit nieba i rozmyślając co by było, gdyby… Z wyjątkową determinacją unikał oderwanej od rzeczywistości problematyki, tego nieuchwytnego, poniekąd irytującego uciekania od kwestii najistotniejszych, bo mających miejsce tu i teraz.
W rzeczy samej – Devon Frey był człowiekiem czynu. Kimś, kto poświęcał całą energię na działanie, na ruch, na niestrudzone parcie przed siebie, przedzieranie się przez przeszkody, przeskakiwanie nad kłodami rzucanymi pod nogi. Musiał coś robić, musiał wyznaczać kolejne cele, obierać ścieżki, których inni unikali – i pomimo ciągłego działania, nawet dziedzic Bliźniaków nie mógł uniknąć momentów, gdy czyn ustępował przed namysłem. Spędzając kolejne tygodnie w Harrenhal, snując się pośród chłodnych, przesiąkniętych ponurą historią murów zamczyska, szukając kolejnego zajęcia dla spragnionego osiągnięć umysłu, coraz częściej uciekał się do snucia czczych, najczęściej bezowocnych, lecz mimo tego – intensywnych rozmyślań. W trakcie jednego z podobnych seansów, gdy z okien gościnnej komnaty obserwował krążącego nad jedną z wież kruka, wyciągnięte mimowolnie wnioski niemal doprowadziły go do wybuchu śmiechu.
Jest inteligencja, nie ma życia.
Sącząc rozcieńczone, arborskie wino zrozumiał, że w otaczającej ich rzeczywistości inteligencja jest przeceniana. Wszak ludzie wybitnie inteligentni bardzo często niczego w życiu nie osiągają.
Dlaczego? Właśnie dlatego, że są tak inteligentni.
Wystarczy spojrzeć na historię setek maestrów i przyznać przed samym sobą, czy to racja, czy też nie.
Kiedy kształtuje się charakter, nawyki, kiedy wypalają się w umyśle ścieżki przyjemności, satysfakcji i szacunku - geniusz zazwyczaj nie musi się w ogóle wysilać. Wszystko przychodzi mu bez pracy i bez napięcia. Bez ryzyka porażki. Także podziw i respekt zdobywa nie dzięki temu, co robi, nie dzięki pracy, nie dzięki wysiłkowi - zdobywa je dzięki temu, że jest, jaki jest.
Ma to za darmo.
Aż dociera do punktu, gdy sama inteligencja nie wystarcza. I co? I już nie potrafi się zdobyć na pracę nad sobą. Musi… ale nie może. Nie nauczył się. Widzi, że prześcigają go ludzie daleko mniej uzdolnieni, niejednokrotnie zwyczajnie głupi, lecz mający na tyle sprytu, by wykorzystać to, co w dniu narodzin podarowali im Bogowie.  Co w takim momencie czyni geniusz, ta niepowtarzalna, inteligentna jednostka?
Zaczyna gorzknieć. Nakręca w sobie sprężyny zawiści, snobizmów, tych rozlicznych, rozmaitych dziwactw i paranoi. Wszystko zaś z pretensji i urazy do świata oraz ludzi. Jednakże najgorsze spośród tego to fakt, iż ta sama jednostka nie potrafi już zmienić całej swej osobowości. Umysł można wszak wytrenować, wyćwiczyć jego elastyczność, chłonność, ciekawość świata, zdolności kojarzenia. Najpodatniejsza jest zwłaszcza pamięć, umiejętność zachowywania wspomnień. Tak już jest: nad inteligencją da się pracować.
Ale za cholerę nie wyrozumujesz sobie charakteru.
W innych okolicznościach Frey najpewniej uznałby własne wnioski za czcze gadanie, o którym trzeba jak najprędzej zapomnieć, poświęcając swą uwagę istotniejszym problemom (szermierce, zbliżającemu się powrotowi do Bliźniaków, nadchodzącej wielkimi krokami zimie) – a jednak myśl ta trzymała się go uporczywie, prześladując nawet podczas dzisiejszego, usłanego ciosami i siniakami popołudnia. Wdzierający się przez wams chłód niósł rozgrzanemu, spoconemu ciału przyjemne ukojenie, będąc niemal namacalnym dowodem na to, iż ledwie tygodnie dzielą mieszkańców Dorzecza od pierwszych opadów śniegu. W obliczu widma srogich temperatur i wszechobecnych połaci bieli, Devon musiał nieco skorygować wysnute przed kilkoma dniami wnioski.
Może charakteru nie da się wyrozumować – nie ulega jednak wątpliwości, że w skrajnych warunkach ulega on zmianie.
Jakiś czynnik, wydarzenie, punkt w przeszłości, wojna, śmierć, karczemna bójka – za zmiany w sposobie postępowania zwykle odpowiadają przeżycia traumatyczne, takie, które wymagają radykalnych czynów; czynów, których dawne ja nigdy by się nie dopuściło, powołując na honor, na prawa boskie i ludzkie, na rycerski kodeks, w końcu na zwykły szacunek do drugiego człowieka.
Spośród wszystkich aspektów, Frey mógł respektować wyłącznie prawo – i to jedynie w momentach, gdy działało na jego korzyść. Taka była bowiem natura dziedzica Bliźniaków: należał do tego typu ludzi, którzy największą uwagę przykładali do własnego dobra, to bowiem stanowiło dla nich wartość nadrzędną. Na co komu honor, szacunek, empatia, gdy prędzej czy później sam pada ofiarą wszechobecnego odoru zakłamania? Tego cuchnącego, intensywnego zapachu, na który składa się woń trucizny, przelanej krwi, wydanych pieniędzy, wykopanych grobów?
Właśnie tak jawiły się Devonowi uroki życia szlachetnie urodzonego – problemem nie jest to, czy posiadasz wroga… lecz to, że nigdy nie przestajesz ich zdobywać.
Być może dlatego z taką chęcią pozostał w Harrenhal na dłużej, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, iż pośród murów zamczyska jest po prostu kolejnym gościem; nie dziedzicem, nie synem Lorda, nawet nie człowiekiem, który nieustannie dąży do tylko sobie znanych celów -  lecz zwykłym rycerzem, kimś, komu nie należy poświęcać zbyt wiele uwagi, skoro jego obecność jest tolerowana i wspierana przez Lorda Whent (czy też trafniej powiedziane – przez jego syna, który sprawuje tu faktyczną władzę). Gdy ktoś z kolei zapyta o Devona Freya, najbezpieczniej udawać… niewiedzę?
- Marlene? – mimowolne powtórzenie imienia służki zadziałało na dziedzica Bliźniaków niczym kubeł zimnej wody, który dźwigała dziewczyna – przez krótką chwilę mierzył ją spokojnym, niemal obojętnym wzrokiem, dokładnie zapisując w pamięci każdy szczegół młodego ciała. Prosta, lniana suknia ze śladami wylanej nań wody, szczupła talia, piersi, których delikatny zarys pod materiałem pozostawiał wyobraźni szerokie pole do popisu i w końcu ładna, niewinna twarz, ozdobiona szerokim, promiennym uśmiechem – Frey nawet nie zauważył, gdy odwzajemnił irracjonalną radość dziewczyny, podnosząc się z dziwną werwą z dotychczas zajmowanej ławy. – Urodziłaś się w Harrenhal, Marlene? – kąciki ust zadrżały mimowolnie, gdy Devon bez namysłu uniósł wiadro z wodą – i choć w pierwszej chwili wydawało się, że ma zamiar wyręczyć w obowiązkach służkę, po prostu podał je dziewczynie, doskonale zdając sobie sprawę z tego, iż już wystarczająco mocno naruszył żelazną kurtynę, jaka oddziela lordowskiego syna od służby. – Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli Ci potowarzyszę – słowa Freya nie brzmiały jak uprzejme, kurtuazyjne pytanie – Devon dokonał zwykłego stwierdzenia faktu i jako pierwszy postawił krok w kierunku, w którym przed chwilą zmierzała Marlene.
Nie z uprzejmości.
Nie z uwagi na szczere zainteresowanie historią służki.
Nawet nie po to, by czym prędzej dostać upragnione wino.
W obecnej chwili bowiem priorytety Devona uległy lekkiej korekcie – teraz chciał dostać .
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze
Liczba postów :
32
Join date :
19/02/2015

PisanieTemat: Re: Dziedziniec Stopionego Kamienia   Wto Paź 20, 2015 10:13 pm

Przez chwilę Marlene wpatrywała się w dziedzica Bliźniaków jak oniemiała, z rozchylonymi ustami i szeroko otwartymi oczyma. Zachwycona, lecz chyba jeszcze bardziej… zaskoczona. Nie przywykła do podobnego zachowania, o nie.
Wychowując się w Harrenhal prędko nauczyła się, gdzie było jej miejsce. Najczęściej w kuchni, przy gęsiach, z miotłą w ręce – nic chwalebnego, ani przyjemnego. Wstawała wczesnym świtem i kładła się spać ostatnia, skórę dłoni miała już spracowaną i szorstką. W przeciwieństwie do niektórych – prędko się z tym pogodziła. Nie zwykła marudzenia na swój los, choć wciąż dookoła słyszała ponure narzekania, widziała skrzywione, wiecznie niezadowolone miny. Nie mogła mieć im tego za złe, ze marzyli o lepszym życiu. Kucharz, chłopiec stajenny, strażnik czy praczka, w oczach ich wszystkich dostrzegała jakąś tęsknotę – za lepszym życiem i szacunkiem. Młode dziewczyny (i te starsze też) spoglądały z niemal zawiścią na lordowskie córki, marząc by znaleźć się na ich miejscu; Marlene słyszała później mruczane pod nosem przekleństwa, skierowane do Bogów, że to nie je zesłali na ten padół łez jako szlachetnie urodzone panny. Patrzyła na to wszystko i nie mogła zrozumieć…
… dlaczego nie starają się cieszyć tym co mają?
Służba służbą, lecz mieli dach i zapewnione racje wyżywienia, względne bezpieczeństwo. A prawda była taka, że nie ma wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko, życie jest krótkie. W księdze przyszłości wszyscy wpisują marzenia o byciu kimś wielkim, bogatszym i potężniejszym, lecz niewidzialna ręka je przekreśla, nie pozostawia żadnego wyboru.
Dla Marlena sprawa była prosta – jeżeli nie potrafiłaby być szczęśliwa dziś, tak jak oni, jak potrafiłaby być nią jutro?
To była ogromna naiwność z jej strony, a także pokora. I to pozwalało jej iść przez życie z uniesioną głową. Przywykła do rozkazów, małej ilości snu, ciężkiej pracy, pogardliwych, przelotnych spojrzeń, jakie rzucali jej wysoko urodzeni, gdy po raz wtóry szorowała na kolanach posadzki, ostatnimi czasy do drżenia z zimna pod kocem i tulenia się do matki, byleby złapać od niej trochę ciepła. Przyzwyczaiła się do tego i nauczyła cieszyć drobnostkami – nawet najmniejszymi. Dodatkowym kawałkiem mięsa w zupie, urokiem lawirującego w bladym świetle kurzu, nikłym i rzadkim uśmiechem lorda, gdy kolacja przypadła mu do gustu. Pogrążała się w swoim maleńkim świecie, gdzie wszystko miało dużo żywsze barwy i ani myślała o przekraczaniu wyraźnej granicy, jaką dzieliła służbę od szlachetnie urodzonych.
Dlatego stała jak wryta, a jasnobrązowe oczy Marlene jęły przypominać dwa wielkie talerze, kiedy Devon Frey zadał jej pytanie, zupełnie nie kwalifikujące się do puli typowych pytań kierowanych w stronę służek, bo cóż… nikogo nie interesowało, skąd taka dziewczyna pochodzi i gdzie się wychowała. A przynajmniej nikogo o podobnym do jej statusie społecznym. Podanie jej wiadra było jeszcze większym zaskoczeniem, a Marlene nie potrafiła wydusić z siebie słowa, kilkakrotnie otworzyła usta i je zamknęła, jakby chciała coś powiedzieć, ale nagle jednak się rozmyślała.
-Ja…
Powinno to wzbudzić jej podejrzenia. Niepokój na pewno. Żaden lord, ani cny rycerz bez powodu, ot tak nie pomaga służbie w obowiązkach, w żadnym wypadku. Tak już ten świat był skonstruowany; dlatego też Marlene o inteligencji odrobinkę wyższej niż przeciętnej (albo i nie), powinna domyślić się, że nie chodzi tutaj o ani współczucie, ani tym bardziej dobroć serca.
Ale cóż – nie domyśliła się.
Uśmiechnęła się szeroko do własnych myśli, że o to przed nią stoi rycerz o szlachetnym sercu, patrzącym dalej niźli na status społeczny i zawartość skarbca – prawdziwie wyjęty z pieśni i baśni. Wysoki, przystojny i silny, a także uprzejmy. Jak mogłaby zwietrzyć tu spisek?
Mama zawsze mówiła, że jeśli czegoś się bardzo, bardzo pragnie, to wtedy całe królestwo sprzysięga się, byśmy mogli spełnić to marzenie. Miała rację!
Czy mógł być to przypadek, aby właśnie teraz wyszła po wiadro wody? No nie sądziła! Uniosła, dotychczas pochyloną i zarumienioną buzię, by uśmiechnąć się jeszcze szerzej – i jeszcze bardziej irracjonalnie.
-Tak, mój panie i… dziękuję. – odparła z entuzjazmem, energicznie odbierając od mężczyzny wiadro – Nigdy stąd nie wyjeżdżałam. – dodała, naiwnie myśląc, że będzie tym szczerze zainteresowany. Cóż, nie należała do najbystrzejszych istot w Harrenhal z tego powodu też zajmowała się pasaniem gąsek).
-To… to będzie zaszczyt! – wyrzuciła z siebie podsłuchaną podczas turnieju frazę, kiedy lawirowała między gośćmi z dzbanem wina, dbając o to, by każdy kielich był pełen; dopiero po chwili zorientowała się, że to wcale nie było pytanie i spłonęła gorącym rumieńcem.
Dźwignęła ciężkie wiadro i ruszyła w stronę zamczyska, wiedząc, że nie wypada jej się odzywać przy kimś takim jak Devon Frey (choć na dobrą sprawę, nie pamiętała, że tak się nazywa), tak więc… szła w zupełnym milczeniu, spoglądając ukradkiem na rycerza (nie mogła się powstrzymać) i rumieniąc się coraz bardziej. Gdy tylko dotarli do zamku, za pozwoleniem, zniknęła na chwilę – tylko po to, by z szerokim uśmiechem przynieść mężczyźnie kielich oraz dzban wina, wedle życzenia. Wtedy dopiero stanęła obok wiadra, splotła dłonie na podołku i wbiła spojrzenie w podłogę, gdyż matka powtarzała jej, że nie powinna wgapiać się w lordów i rycerzy jak innych.
Czekała na cokolwiek - kolejne polecenie, bądź pozwolenie odejścia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec Stopionego Kamienia   Sob Paź 31, 2015 12:54 pm


Przeskok czasowy



Zgodnie z zapowiedzią dziś na Seven Kingdoms nastąpił przeskok czasowy - w Siedmiu Królestwach rok 263 po Lądowaniu Aegona Zdobywcy chyli się ku końcowi, zaś zapowiadana przez maestrów zima nadchodzi wielkimi krokami. Wątki, które do dnia wczorajszego nie zostały zakończone, mogą toczyć się dalej w odpowiednim temacie w dziale z retrospekcjami: przedstawione tam wydarzenia dotyczyć będą czasu sprzed przeskoku, zatem zachęcamy do zamknięcia niedokończonych rozgrywek!





Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Dziedziniec Stopionego Kamienia   

Powrót do góry Go down
 

Dziedziniec Stopionego Kamienia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Dziedziniec
» Dziedziniec
» Dziedziniec
» Dziedziniec
» Dziedziniec

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze :: Harrenhal-