a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Droga Królewska - Page 3



 

 Droga Królewska

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Gość

avatar

PisanieTemat: Droga Królewska   Czw Cze 20, 2013 5:27 pm

First topic message reminder :

Gdzieś pomiędzy Ivy Inn a Darry.
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze, Seagrad
Liczba postów :
257
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pon Mar 10, 2014 11:42 pm

Droga na południe nie kojarzyła się Trevetowi zbyt dobrze. Raz wielki nieudany turniej w Królewskiej Przystani, dwa równie nieudana podróż na południe w celu sprzeciwienia się małżeństwu Artemis Tully z Arrynami, na dodatek przerwana wielce niefortunnym spotkaniem z dwugłową kobietą. Biorąc pod uwagę, że właśnie wybierał się na pogrzeb to zdecydowanie królewski szlak nie przynosił szczęścia.
Jechał zbrojnie i dumnie pod fioletową chorągwią z białym orłem, oddać cześć tragicznie zmarłej królowej. Cel piękny i prawy tak bardzo, że aż można uronić łzę. Oczywiście wiodła też go zwykła ciekawość człowieka z prowincji, który zwyczajnie lubi korzystać z co lepszych sytuacji, żeby wyrwać się na szeroki świat. Jak na przekór przykrym okolicznościom pogoda była prawdziwie piękna. Słońce dopiekało tak mocno, że zakuci w ciężkie zbroje chorążowie szybko zlali się potem i poczerwieniali jakby tylko chwile dzieliły ich od stanięcia w płomieniach. Reszta orszaku dziedzica Seagardu miała o tyle lżejszą sytuację, że Trevet nie uznał ich wyglądu za konieczny do godnej reprezentacji dumy i znaczenia rodu, więc wszechobecny upał nie doskwierał aż tak bardzo. Ale ponieważ natura kocha równowagę to wszyscy oni cierpieli od tumanów wzbijanego przez wierzchowce kurzu i pyłu, który drażnił płuca i dławił co mniej wytrwałych.
- Kennet - Trevet leniwie obrócił się w siodle w stronę swojego zaufanego przybocznego. - Zastanawiam się czy to tutaj siedziała to szalona kobieta, czy może minęliśmy już to przeklęte sioło?
- Zostało daleko za nami - odpowiedział karnie Seagardczyk i ponownie przybrał wyraz zimnej obojętności na świat dookoła, której nie potrafiło zmienić nawet przypiekające słońce.
Mallister bardzo cenił sobie tego cichego i szorstkiego w obyciu mężczyznę. Orientował się, że matką Kenneta była portowa dziwka, a ojciec jak to zwykle w takich przypadkach bywa był nieznany (ale podobno nazwisko miał na B, a imię na A). Ale oto człowiek nowy, który poprzez lojalną i oddaną służbę zdołał odkupić winę niewłaściwego urodzenia. Takich żołnierzy potrzeba było Seagardowi więcej. Mallisterowie dalej pamiętali wyglądając w morze, że niedaleko jest do gniazda rabusiów na Żelaznych Wyspach, którzy tylko czekali, żeby wrócić do swoich dzikich obyczajów, a i sama woda kryła wiele nieoficjalnych zagrożeń. Nad tą okolicą należało zapanować żelazną ręką lordów zachodniego wybrzeża, uchronić kupców i wieśniaków, obronić pracowitych rzemieślników i tłustych karczmarzy, a nade wszystko przysporzyć chwały swemu panu, który nad tym wszystkim zarządza w sposób niepojęty dla umysłów miałkich. Tak chcieli bogowie, a co akurat szczególnie istotne tego chciał Trevet. Dlatego darzył szacunkiem tych, którzy znając swoje miejsce służyli tej sprawie.
Zdumiewające jak od zupełnie obojętnego tematu można wyjść do wizji świata i miejsca konkretnego człowieka w społeczności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Sob Kwi 05, 2014 11:13 am

Karawana składająca się z proporców z kolorami Lannisterów i Arrynów kroczyła żwawym tempem po drodze królewskiej. Z daleka wyglądało to jak sam orszak mości władcy, różnił się tylko osobami mu przewodzącymi. Jadący na czarnym rumaku Aart i dwójka suwerenów w postaci Reinmara i Nihil. Młoda kobieta miała ochronę godną królowej, a może nawet i lepszą, bo dalej żyła. Stan, w którym się znajdowała zmusił wojownika z Doliny do zwiększenia jej bezpieczeństwa. Co jak co, ale atakować Reinmara Arryna musiałby ktoś niespełna rozumu, albo Tully. To i to było bardzo możliwe, w końcu znajdowali się w Dorzeczu, kolebce ludzi takich i takich.
- Zbliżamy się do miejsca, w którym się rozstaniemy...- powiedział. Nic nie radowało go od dawna bardziej, niż myśl, że wkrótce znowu przekroczy próg swojej twierdzy.
- Jak się czujesz Lady Nihil? Czy ciąża ci sprzyja?- zapytał może trochę śmiało, jednak w dobrych intencjach. Mimo dobrej postury bałby się stanąć w szranki na gołe pięści z Reinmarem, co innego byłoby na miecze, ale nie ma co gdybać. Doliniarz budził w nim respekt, miał nadzieję, że on robił na nim połowę takiego wrażenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Sob Kwi 05, 2014 7:52 pm

Im bliżej byli Doliny, tym niepokój wzmagał się. Czy zastaną jeszcze Lorda Arryna o siłach? Czy zdoła z nim porozmawiać, chociaż spróbować poznać? Czy ten doczeka narodzin swojego wnuka bądź wnuczki? Będzie miał okazje się uśmiechnąć na jego lub jej widok? Nihil większość drogi spędziła milcząc. Na czele jechał Reinmar, którego pochłonęła rozmowa z Aartem. Miała więc wystarczająco czasu na własne myśli, choć towarzysząca jej służba oraz medyk zagadywali ją, jakby obawiali się dłuższych chwil milczenia ze strony Lady Arryn. Zbywała ich więc życzliwym uśmiechem. Poruszali się wolno, zbyt wolno w jej ocenie, ale tym razem musiała patrzeć się na wszystko przez pryzmat swego odmiennego stanu.
W pierwszej chwili nie spostrzegła Młodego Lwa, który zrównał się z jej koniem. Dopiero słowa, skierowane niewątpliwie do jej osoby, przykuły uwagę Nihil i sprawiła, że ta szybko się otrząsnęła, maskując chwilowe zdezorientowanie jak zawsze ciepłym uśmiechem.
- Mój skarb musiał polubić końską jazdę, gdyż nie daje mi chwili wytchnienia. I dziękuje, Lordzie Lannister, że zachowałeś dyskrecje. Czułabym się... co najmniej dziwnie, gdyby cała Królewska Przystań a zwłaszcza królewski dwór wiedział.
Kąciki jej ust drgnęły. Ufała, że Aart zrozumie, co miała na myśli. Pochowali królową, która straciła dziecko.
- Niepokoi mnie stan Lorda Arryna. Bogowie na szczęście nie mieli dla nas żadnej niespodzianki po drodze i oby tak pozostało do samego Orlego Gniazda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Nie Kwi 06, 2014 12:21 am

Nihil była damą, która w nawet największym zdziwieniu wyglądała co najmniej majestatycznie. Dlatego też Aart nie dostrzegł zaskoczenia w jej mimice, a serdeczne przywitanie, co stanowiło wrota do miłej rozmowy.
Miała rację odnośnie niektórych faktów, które mogłyby nijak zgrać się z wydarzeniami, które miały miejsce w Królewskiej Przystani. Nie wiadomo co zrobiłby szalony król na wieść o przyszłym potomku Reinmara. Jeszcze zechciałby dostać dziedzica Orlego Gniazda w swoje łapy, a to nie sprzyjałoby nastrojom w tej części krainy. Zwłaszcza mogło to by być zdradliwe w obecnym momencie, gdy Lord Arryn choruje i nie wiadomo czy wyjdzie z tej zarazy.
- Niedobra wiadomość dotarła właśnie do mych uszu.- zaczął, na jego czole piętrzyły się zmarszczki. Myślał nad czymś intensywnie, albo po prostu starał przyswoić sobie nabytą właśnie wiedzę.
- Przekaż Pani staremu Lordowi nasze życzenia szybkiego powrotu do zdrowia....- dodał po chwili. słowa wypadły z jego ust, jak królik z kapelusza. Niespodziewanie. Energicznie. Nie chciał, aby ponura atmosfera panowała i podczas drogi powrotnej. Czas na zadumę i smutek minął z chwilą, gdy w pośpiechu opuszczali Stolicę, w obecnej chwili należało myśleć przyszłościowo. Trzeba było snuć plany i wychodzić z nowymi inicjatywami.
- Mam też nadzieję, że w najbliższej przyszłości odwiedzicie nas w Casterly Rock. Z chęcią usiadłbym z dobrym sojusznikiem nad lampką wina...- zaprosił wesoło swoją towarzyszkę wraz z mężem. Własnie tak powinno być. Nie zawsze trzeba knuć i złorzeczyć. Czasami można zasiąść z przyjaciółmi do stołu i po prostu porozmawiać o sprawach niekoniecznie ważnych...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Nie Kwi 06, 2014 10:06 pm

Prędzej Nihil nie chciałaby sprawić monarsze po prostu przykrości, niż posądzać go o niecne zamiary względem jej osoby oraz dziecka, które nosiła przy sercu. Być może wynikało to z jej optymistycznej wiary w ludzi, swoją drogą mocno nadszarpniętej przez spędzenie ostatnich miesięcy na królewskim dworze.
Potrząsnęła głową, jakby chciała namacalnie pozbyć się pewnych myśli, które zaplątały się w jej świadomości oraz nie chciały dać się zdusić. Nie powinna przekreślać sytuacji, skoro nie jest jej znany rzeczywisty stan Lorda Arryna.
- Naturalnie, że tak uczynię. Proszę bogów ilekroć mogę, aby pomogli lordowi przezwyciężyć chorobę. Tak bardzo się ucieszył na wieść o wnuku.
Na chwilę uciekła spojrzeniem, odgarniając sprzed twarzy niesforne kosmyki, które wcześniej upięte w ciasny kok jak zwykle musiały znaleźć sposób, aby móc zatańczyć na wietrze.
- Z przyjemnością, Panie. Będzie to miła odmiana po Czerwonej Twierdzy i jej gościnności.
Nihil nie mogła ukryć uśmiechu pełnego rozbawienia. Młody Lew na szczęście odnosił się z nie mniejszym sceptycyzmem do dworskiego życia, a przynajmniej takiego, które królowało na królewskich salonach.
Obje popędzili konie. Nim zaczęli zmierzchać, zatrzymali się na jeszcze na krótki postój. Następnie zmuszeni byli się rozdzielić, bowiem Arrynowie parli dalej, w stronę Doliny, zaś Lannisterowie odbili na trakty prowadzące na zachód.

ztx2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Sunspear/Braavos
Liczba postów :
53
Join date :
11/03/2014

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pią Maj 23, 2014 5:15 pm

/Północ

Zmiana klimatu wyszła jej na dobre. Kobieta była przyzwyczajona do ciepła, którego brakowało jej w północnej części Westeros. Im dalej na Południe, tym ruch stawał większy. Uznała, że nie mowy o samotnej wyprawie, dlatego przy pierwszej lepszej okazji dołączyła do zmierzających do King's Landing podróży. Nie było łatwo, wszak z ludzką ufnością bywało różnie. Udało jej się za drugim razem, gdy napotkała trupę artystów. Muzykanci, żonglerzy - bardzo wesoła gromada. Dawali występy w większych miastach i zabawiali mieszkańców, a w szczególności dzieci. Oriane została chwilowym pomocnikiem i miała wraz z nimi dotrzeć do stolicy.
Podróż przebiegła spokojnie i po kilku tygodniach Dornijka zobaczyła rozległe miasto. U końca drogi odłączyła się od grupy i ruszyła dalej samotnie.

/Królewska Przystań
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Stonehelm
Liczba postów :
259
Join date :
07/09/2014

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pon Lis 17, 2014 3:19 pm

/ Derek, Vienne, Syb - Trakt Królewski we Włościach Korony


Stukot końskich kopyt odbijał się głuchym echem w przesyconej zmęczeniem ciszy panującej między jeźdźcami wędrującymi z Ziem Burzy; milczenie przerywały wyłącznie ciche westchnięcia wyrywające się z piersi wycieńczonych podróżą konnych, którzy – dzięki Bogom – z każdą kolejną przebytą milą coraz bardziej zbliżali się do Harrenhal. Powietrze było tak czyste, że mogli obserwować, jak po majaczącej w oddali tafli Oka Boga wędrują cienie drzew – Yvienne wydawało się, że potrafi rozróżnić niemal każdą igiełkę sosen porastających brzeg jeziora. Stada ptaków przemykały po niebie niby powiewające na wietrze wstążki, ciągnąc uparcie z północy na południe. Bez żadnego wyraźnego powodu panienka Swann obróciła się w siodle i powiedziała coś, co rozśmieszyło dwie młode służki i wywołało uśmiech nawet na ustach Sybille Tarth, niepokojąco milczącej od dobrych dwóch dni.
Czuję się tak, jakby to był… sen. Nie potrafię nawet sprecyzować. – w orzechowych tęczówkach zamigotał z trudem ukrywany niepokój, wywołany… zbliżającym się z każdą pokonaną milą turniejem? Vienne obawiała się, że w Harrenhal zdana będzie wyłącznie na siebie. Że kłopoty sprawiać będzie jej brak zdecydowania, roztargniony sposób bycia, ładne, wysokie czoło, gęste, rude włosy i dobre oczy, które zawsze sprawiają wrażenie zagubionych oraz nieobecnych, patrzących gdzieś w głąb lub w przestrzeń. Panny Swann nie pocieszała nawet myśl, że coś w jej wyglądzie sprawiało, iż ludzie zwykle cieszyli się i uśmiechali z sympatią, nawet z daleka, gdy tylko dostrzegli kruchą sylwetkę błąkającą się z zainteresowaniem po zakamarkach zamku, jak gdyby Vienne nie wiedziała, kto ją tam sprowadził ani jak się stamtąd wydostać. Rudowłosa lubiła myśleć, że kobieta – pełniąca funkcję matki i żony - jest tylko kobietą, ale wewnętrzna iluminacja Swannówny dawała czasem poczucie, że różnice pomiędzy wszystkimi ludźmi – mężczyznami, kobietami i dziećmi – nie mają żadnego znaczenia, może poza warstwą najbardziej powierzchowną i efemeryczną. Tak jak woda, która raz przybiera formę śniegu, innym razem mgły albo pary, bryłek lodu, chmur albo gradu. Podobnie dzwony septów różnią się tylko tonem i rytmem, ale wszędzie ich bicie oznacza to samo. Czasami kobiecość jako taka wydawała się Yvienne rażącą niesprawiedliwością, niby okrutna choroba dotykająca połowy ludzkości, skazująca ją na pohańbienie i upokorzenia, których tej drugiej połowie oszczędzono. Ale bywało też, że w pannie Swann wzbierała jakaś nieokreślona zazdrość, poczucie dotkliwej bezsilności i utraty, tak jakby odebrano jej podstępnie pewien tajemny dar, który umożliwiał taką więź ze światem, jaka była dla niej zupełnie niedostępna. Im więcej nad tym myślała, tym trudniej przychodziło jej odróżnić własne współczucie od zawiści. Łono, poczęcie, ciąża, poród, macierzyństwo, karmienie piersią, nawet poronienie – Yvienne próbowała wyobrazić sobie to wszystko, czego nie będzie jej dane doświadczyć z powodu własnej obawy przed mężczyznami. W takich chwilach ogarniał ją bezgraniczny smutek, współczucie wobec wszystkich mężów i żon, tak jakby oddzielność płci była okrutnym wybrykiem natury. Miała wrażenie, że nadszedł czas, aby przestać to znosić w milczeniu, lecz kierując się współczuciem i rozsądkiem zaradzić temu raz na zawsze… lub przynajmniej ograniczyć do minimum cierpienia stąd wynikające.
- Pani, ktoś najwyraźniej pragnie nas dogonić przed dotarciem do murów Harrenhal. – głos strażnika jadącego tuż obok Yvienne dotarł do niej jak przez grubą warstwę materiału – słowa wydawały się przytłumione, niemal zniekształcone, lecz w pełni klarowne.
Ktoś?
Panna Swann zmrużyła lekko oczy, mimowolnie odwracając wzrok od twierdzy Harrena Czarnego i zerkając przez ramię na prostą nitkę Królewskiego Traktu, który znikał z pola widzenia dopiero za linią horyzontu; rzeczywiście, nie dalej niż kilkaset jardów na wprost majaczyły niewyraźne, ruchome sylwetki jeźdźców – z tej odległości powiewający nad ich głowami sztandar wciąż nie był widoczny, jednak prędkość, z jaką konni zbliżali się do orszaku z Ziem Burzy, dość szybko rozwiała i te wątpliwości; Yvienne wytężyła wzrok, mimowolnie unosząc się na siodle i wyciągając z zainteresowaniem szyję – wciąż z dziecinną naiwnością łudziła się, że pierwsza dostrzeże herb, po czym z tryumfem wykrzyknie miano przedstawicieli zbliżającego się rodu, lecz wtedy…
- Czarny jeleń na złotym tle. – rzucił za jej plecami rycerz z Końca Burzy, z trudem utrzymując na wodzy pobrzmiewające w głosie emocje.
Radość. Entuzjazm. Niemal histeryczne podniecenie.
- To…
- Nie, niesłychane!
- Na bogów, a myśleliście, że co zrobi? Opuści turniej?! Nie byłby sobą!
Panująca dotychczas w orszaku cisza zniknęła bez śladu – blisko cztery dziesiątki jeźdźców w jednej chwili jęło zachowywać się niczym niecierpliwe dzieci, pragnące za wszelką cenę czym prędzej pochłonąć wieczerzę i na deser otrzymać cytrynowe ciastko; po znużonych twarzach rozlało się tak wiele czystych w swej prostocie i radosnym napięciu emocji, iż przez kilka pierwszych uderzeń serca Yvienne sądziła, że traktem zbliża się nie kto inny jak sam Lord Baratheon.
- Ser Dereku, co się dzieje? – głos panny Swann z trudem przedarł się przez hałas wywołany niecierpliwym rżeniem zawracanych koni i okrzykami rycerzy, którzy wyjechali naprzeciw zbliżającym się kompanom; zmęczenie uleciało z podróżujących bezpowrotnie, zaś… chwila dotarcia do Harrenhal musiała zostać odłożona w czasie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pon Lis 17, 2014 7:13 pm

Jechali już od wielu dni, a Derek czuł się tak, jakby minęły wieki, odkąd wyruszyli w drogę. Głównym powodem tego stanu rzeczy była obecność Sybille Tarth, która była niezwykle trudna dla utrzymania się przy zdrowych zmysłach. Młody Baratheon codziennie obserwował z wypiekami na twarzy obserwował wszystkie działania tej pięknej kobiety. Zachowywała się jak zwykle, obdarzała wszystkich tym samym, promiennym uśmiechem, dotrzymywała towarzystwa młodej Swannównie, rozmawiała także ze strażą. Derek starał się jak mógł, by nie można było poznać po nim tego, co działo się w jego wnętrzu. Starał się zabawiać rozmową obie panny, opowiadać im historie wojenne (te mniej dramatyczne) i namawiał obie panny do opowiadania o ostatnich wydarzeniach, miał też nadzieję, że wyrażą swoje opinie na niektóre tematy. Często musiał też doglądać strażników, więc przynajmniej wtedy mógł na chwilę zająć umysł czym innym, niż polowanie na pannę Tarth. Zresztą, co to za polowanie...
Odkąd lord Baratheon zaręczył go z Ophelią Tully, Derek nie czuł się dobrze. Musiał przyjąć wolę swojego stryja, jednak nie mógł powiedzieć, że w pełni się z nią zgadzał. Burza potrzebowała poprawy stosunków z Dorzeczem. Burza potrzebowała lojalnych ludzi, którzy oddadzą wszystko dla jej dobra. Burza potrzebowała Dereka Baratheona zaręczonego z Ophelią Tully. Cóż jednak miał zrobić, jeśli jego serce wciąż należało do innej kobiety? Do kobiety, z którą właśnie jechał na turniej? Szafirowa Dama zachwyciła go już jakiś czas temu i od tego momentu Derek czuł się dość spięty w jej towarzystwie, choć starał się jak mógł, by ona nie musiała czuć się skrępowana jego obecnością i ewentualnym dziwnym zachowaniem jednoznacznie wskazującym na uczucie, które do niej żywił. Czekało go wyjątkowo trudne zadanie do wykonania. Musiał tylko powstrzymywać się przed tym, by nie porwać ją z tego turnieju i nie odjechać do Essos. Tak, to byłoby idealne wyjście...
Baratheona cieszyło towarzystwo Yvienne. Dziewczyna miała w sobie jakieś miłe światełko. Przypominając sobie ich niedawne spotkanie w Stonehelm, na jego twarzy od razu pojawiał się uśmiech. Z pewnością już podczas turnieju zdobędzie wielu adoratorów, bo urody też była nieprzeciętnej. Nie dziwił się, że lord Swann tak bardzo nie chciał wypuszczać takiego skarbu ze swojej twierdzy.
Droga Królewska prowadziła do Harrenhall, dystans zmniejszał się zresztą z każdym krokiem. Derek osobiście był nieco zmęczony i miał nadzieję, że pojawi się nagle coś, co postawi go na równe nogi. Coś lub ktoś. Jego życzenie miało spełnić się w momencie, w którym usłyszał krzyki swoich ludzi. Zatrzymał konia, by uważniej przyjrzeć się komentowanemu zjawisko. No masz ci los, czarny jeleń na złotym tle! Mógł spodziewać się tylko jednej osoby. Wtedy właśnie młoda Swannówna zadała mu pytanie.
- To ser Aylward Baratheon, najwyraźniej postanowił nie odpuszczać tego turnieju. Mam szczerą nadzieję, że to nie z nim przyjdzie mi się mierzyć podczas zawodów - odparł z ożywieniem. Dawno nie widział się ze swoimi kuzynami, słyszał jednak plotki o złych wydarzeniach, które miały miejsce na Północy i Zachodzie. Nagle zdał sobie sprawę z jednej rzeczy, która bardzo poprawiła mu humor.
- Uważaj na niego, pani. Omotał niejedno piękne dziewczę, zdobył niejedno wrażliwe serce - Jego twarz rozjaśnił pełen uśmiech. Tęsknił za swoim młodszym kuzynem, widywali się niezwykle rzadko, a tym razem wreszcie będą mieli okazję porozmawiać - najpewniej. Ciekaw był też, gdzie podział się Orys. Jego podróż po Siedmiu Królestwach jak zwykle trwała niezwykle długo.
- Zaraz nadjedzie. Ciekaw jestem, gdzie był przez ten czas... - Wzrok Baratheona mimowolnie spoczął na pannie Tarth. Westchnął cicho.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Tarth, Evenfall Hall
Liczba postów :
95
Join date :
12/09/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Wto Lis 18, 2014 6:47 pm

Popołudniowe słońce rozchlapywało na szerokim trakcie plamy jasności; podczas znacznej części podróży przez rozległe równiny Dorzecza jedynym dźwiękiem towarzyszącym gościom z Ziem Burzy był tętent końskich kopyt – na markotność wpływało głównie zmęczenie wywołane długą jazdą i szczera chęć jak najszybszego dotarcia do Harrenhal, gdzie poza ciepłą strawą czekać będzie przyjazny ogień w kominkach… i gorąca kąpiel. To właśnie wizja bali wypełnionej po brzegi ciepłą wodą o zapachu różanego olejku okazała się na tyle frapująca, że nawet Sybille zamilkła jak zaklęta, zapominając o swej zwyczajowej uprzejmości i nie podejmując dialogu z towarzyszami podróży. Ci jednak zdawali się równie pochłonięci własnymi przemyśleniami, co panna Tarth – spuszczone głowy, pełne skupienia twarze i nieobecny wzrok stanowiły niemal namacalny dowód na obniżone morale wśród podróżników z odległej Burzy; na dobrą sprawę jedyną osobą, którą oszczędziło zmęczenie wydawała się drobna, rudowłosa panienka ze Stonehelm, poświęcająca całą uwagę otaczającemu ją światu. Ciekawskiemu spojrzeniu nie umknął żaden głaz, drzewo czy tańczący na wietrze listek – oczy koloru najczystszego bursztynu śledziły niemal każdy ruch i każde zjawisko, najprawdopodobniej za wszelką cenę starając się dostrzec w nich godne zapamiętania wspomnienie. Yvienne Swann stanowiła dla Sybille fenomen, którego nijak nie dało wyjaśnić się dworskimi manierami czy wyrachowaną grą pozorów – naturalna w każdym calu dziewczyna już na samym początku podbiła serce panny Tarth, prezentując sobą to, co dotychczas zdawało się martwe w wypalonym przez wojny i okrucieństwo świecie.
Była wesoła tak, jak wesołe potrafią być wyłącznie dzieci.
Była niewinna tak, jak niewinna jest sama Dziewica.
Była szczera tak, jak szczere są matki wobec swych jedynych synów.
Była nareszcie tak pochłonięta marzeniami, iż życie stanowiło dla niej coś więcej, niźli tylko przykry obowiązek nierozerwalnie związany z wypełnianiem odgórnie narzuconych obowiązków. Choć nikt nie odmówiłby pannie Swann dobrych manier, gdzieś głęboko w jej spojrzeniu, gdzieś w kącikach pełnych, miękkich ust, gdzieś w energicznych, pełnych gracji gestach czaiła się niepohamowana potrzeba pogoni za szczęściem. Dostrzegała to Sybille.. i całkiem niedawno dostrzegł także Derek Baratheon, mimowolnie uśmiechający się za każdym razem, gdy rozmawiał z Yvienne. Panna Tarth zdumiała się, gdy pojęła, że zauważa podobne rzeczy; dotychczas najlepszy przyjaciel Selwyna był wyłącznie zawsze uprzejmym i honorowym rycerzem z Końca Burzy, któremu Sybille niczego nie potrafiła zarzucić. Nawet podczas podróży przez Dorzecze, zmęczony jazdą i krótkim, nie zawsze wygodnym snem, ser Derek nie pozwalał sobie na choćby najmniejszą oznakę niechęci wobec podejrzanie milczącej i niekoniecznie skorej do rozmowy panny Tarth. Syb była na siebie zła, że zaledwie przed dwoma dniami zbyła bratanka Lorda Baratheona kilkoma wytartymi frazesami, szukając ratunku u strażnika ze swej rodzimej wyspy, który okazał się jeszcze gorszym gawędziarzem niż panna Tarth. Jasnowłosa od tamtej pory próbowała znaleźć wyjaśnienie dla własnego zachowania – o ile ciężko było usprawiedliwiać swą nieco zaskakującą nieuprzejmość, o tyle  odszukanie przyczyn podobnego stanu rzeczy należało do obowiązków Sybille. Z tego też powodu od dobrych kilku godzin jazdy Tarthówna gorączkowo ściskała skórzaną uzdę swej klaczy i była bardzo daleka od poddania się błogiemu nastrojowi panującemu w otoczeniu panny Swann – dopiero uwaga Yvienne zdołała wywołać na zaciśniętych ustach Sybille przelotny uśmiech rozbawienia, który niemal natychmiast ustąpił przed z trudem ukrywaną troską. Syb w gardle czuła przykrą suchość, a głęboko w środku kłąb ssącego niepokoju, złożony z niejasnych, ale bardzo złych przeczuć. Zastanawiała się co zrobi, jeśli to, o czym w liście napisał jej Selwyn, okaże się prawdą. Nie miała niestety żadnych podstaw, by przypuszczać, że się nią nie okaże.
Przykre uczucie ustąpiło dopiero, gdy pośród członków orszaku z Ziem Burzy wybuchło zaskakujący, bo niemal zupełnie irracjonalny entuzjazm – pochłonięta własnymi myślami Sybille nie zauważyła, gdy ktoś wskazał na zbliżających się od południa jeźdźców i dopiero, kiedy konie zostały zatrzymane, zaś znaczna część rycerzy jęła je zwracać ku nadjeżdżającym gościom, panna Tarth poderwała gwałtownie głowę, szukając wzrokiem kogoś, kto mógłby wyjaśnić ten incydent – ratunek nadszedł ze strony ser Dereka, całkiem niedaleko rozmawiającego z Yvienne.
Już pierwsze słowa Baratheona sprawiły, że jasnowłosa niemal zakrztusiła się gwałtownie wciągniętym do płuc powietrzem – oczy barwy szafirów rozbłysnęły z entuzjazmem, gdy po zebranych falą odbiło się imię Aylwarda; zmęczone twarze rycerzy z Końca Burzy i Tarthu rozjaśniły uśmiechy, i nawet Sybille nie potrafiła pozostać obojętna wobec podobnego cudu – kąciki jej ust uniosły się mimowolnie, gdy spięła delikatnie konia, przebijając się ostrożnie do panienki Swann oraz Dereka.
- Łatwiej zgadnąć, gdzie nie był. – pobrzmiewające w głosie panny Tarth rozbawienie dobitnie świadczyło o tym, iż na temat ostatnich wojaży Aylwarda miała pewne przypuszczenia, które nie przystoją wysoko urodzonej damie – szczegół ten jednak nie miał znaczenia wobec zbliżającego się Jelenia, który… jeszcze przed przybyciem na turniej zdołał wprowadzić wiele zamieszania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Sro Lis 19, 2014 1:46 pm

Na grzbiecie wzgórza rosło samotne drzewo. Niepozorne. Całkowicie przeciętne. Z opadłymi, krwiście czerwonymi liśćmi, niczym chory i powykręcany twór niczym ślepy starzec porzucony w obozie wroga. Wiatr podrywał z ziemi szeleszczące szczątki bytności rośliny, zdmuchiwał je z pagórka i pchał ku wąskiej ścieżce, na której cierpliwie wyczekiwało zaledwie pół tuzina jeźdźców. Posępne, harde spojrzenia mężczyzn jednogłośnie spoczywały na przygarbionej, odcinającej się od błękitu nieba ciemnej sylwetce siódmego rycerza; z opuszczoną głową, wsparty dłonią o spierzchniętą, łuszczącą się korę drzewa sprawiał wrażenie pogrążonego w głębokiej modlitwie. Nienaturalnie blade usta formułowały bezgłośnie kolejne słowa, jedno za drugim, bez chwili wahania, zupełnie jakby mężczyzna odczytywał treść listu, a nie artykułował splątane, nieokiełznane myśli.
Jakie jest znaczenie płynącej z podobnego widoku melancholii, jeśli nie zaszyfrowana wiadomość od zmarłych? Tych samych, którzy niegdyś chodzili po tej błotnistej ziemi i nie rezygnują, nie przestaną tęsknić i nawet teraz suną ku nam przeźroczyści i niemi, chcą za wszelką cenę uczestniczyć i nie dają za wygraną.
Zmarli. Słowo, które wisiało nad karkiem Baratheona niczym ostry, katowski topór gotowy w każdej chwili runąć w dół i raz na zawsze ukrócić męki Młodego Jelenia.
Rany muszą się zagoić, by zapanowała radość.
Opuszki palców musnęły z roztargnieniem szorstką korę bladego pnia, gdy Aylward w końcu uniósł wzrok znad ziemi. Czyż to nie jest nowa karta? Silne ramiona zadrżały pod wpływem z trudem stłumionego w szerokiej piersi śmiechu. Ziemia obiecana, jak mówiliśmy w młodości. Przed pięcioma, sześcioma, siedmioma laty. Wszystko miało mieć swój koniec, ale nie teraz.
Wiatr złagodniał i wiał leciutko z zachodu na wschód, jakby jego zadaniem było wystudzenie szklanki z naparem.
To za wcześnie.
Palce z roztargnieniem postukały w zaschniętą, pokrytą mchem i liszajami korę; szorstki pień musnął nie mniej szorstką skórę dłoni Baratheona, jakby pragnął odwzajemnić pieszczotę. Jakby chciał upewnić się, że rzeczywiście ma do czynienia z żywym człowiekiem, nie zaś marą przeszłości.
Było dla niej stanowczo za wcześnie.
Co słychać, gdy milczymy? Wiele głosów ptaków dokoła. Nie śpiewają. Wymieniają krótkie, ostre piski. To nie radość, nie spokojny odpoczynek, lecz jakiś gorączkowy dygot życia, który ostrzega przed niemym zagrożeniem, jakby gdzieś miało stać się coś złego. W zgiełku ptaków słychać niemal panikę, jeszcze chwilę, i pęknie, zamieni się w coś innego, milczący koszmar, bez dźwięku i koloru. Jakby skrzydlate istoty odzywały się po raz ostatni i wiedziały, że muszą się śpieszyć, bo czas ucieka.
Tak mi przykro. Aryano, tak mi przykro…
Smutne, makabryczne oczy czardrzewa już dawno zarosły mchem i trawą; ich obecność, ich ekspansja, ich życie paradoksalnie uratowało drzewo przed śmiercią pod toporami ludzi.
W ciszy słychać też szept wiatru w niebieskawych koronach drzew, jakby nawiązywały znajomość. A poza wiatrem głosy ziemi i kamienia, bulgotanie czarnej głębi, stłumiony ni to dźwięk, ni to cisza, coś, co niesie się od ruin wioski, od gór na wschodzie, lekkie jak muśnięcie palców mordercy na szyi ofiary na chwilę przed uduszeniem. W ukryciu niczym jedwabna przędza głos śmierci przenika esencję życia.
Cicho, chłopcze, cicho, nie mów ani słowa…
- Ser, musimy ruszać, przed zmierzchem dogonimy Twego kuzyna… - głos jednego z sześciu czekających na ścieżce rycerzy brzmiał hardo, niemal butnie. Pozorną ostrość słów zdradzało zaniepokojone, pełne troski spojrzenie spoczywające na plecach Aylwarda. Ten wzrok, właśnie ten wzrok przekazywał znacznie więcej niż słowa we wszystkich znanych językach. Zupełnie, jakby był spójnym głosem kompanów Młodego Jelenia mówiącym: Baratheon powolutku traci zmysły, a może już od dawna jest zupełnym wariatem, może zawsze był, a ja dotąd tego nie zauważyłem. Nie jest w stanie zrozumieć, co się do niego mówi, teraz też nie pojmuje i nie chce pojąć, i prawie też nic nie słyszy, ale wsłuchuje się w dźwięki, i wszystkie moje słowa przepływają za nim gdzieś w tle, jak stukot deszczu o szyby…
- Ser…
- Przecież idę, na bogów, szczać wam się chce, że tak skomlecie? – gniewne mruknięcie zabrzmiało niczym pomruk panujący tuż przed burzą; z piersi jednego z rycerzy wyrwało się ciche westchnięcie ulgi, gdy Baratheon zszedł z pagórka, natychmiast ruszając w stronę swego konia. Nawet jeśli ktokolwiek pragnął coś dodać, dopowiedzieć, wyjaśnić, przeprosić, skrytykować – Aylward nie słuchał. Wsunął nogę w strzemię, wskoczył na siodło i spiął gwałtownie boki Erratha, ruszając naprzód jak ponura, burzowa chmura niosąca ze sobą zwiastun rychłej ulewy.
Droga przez Dorzecze nie była uciążliwa – nie dla kogoś, kto ostatnie miesiące spędził w gwarnym, cuchnącym potem, spermą i krwią niewolników Lys. Tętent końskich kopyt wymierzał równy, monotonny takt niosący ukojenie skołatanym nerwom, zaś zimne uderzenia jesiennego wiatru skutecznie wypędzały z ciała zmęczenie, oferując Baratheonowi najbardziej prozaiczną potrzebę ruchu.
Jedź. Pędź. Nie oglądaj się za siebie, po prostu przyj naprzód, szybciej, szybciej, coraz szybciej, jakbyś zdobywał kobietę, jakbyś pragnął, by wiła się pod tobą i błagała o więcej i więcej, aż w końcu…
- Panie! – ostry krzyk, balansujący na granicy zaskoczenia i z trudem hamowanego przerażenia wyrwał Aylwarda z transu – koń bez wahania pędził wprost na mur jeźdźców złożony z rycerzy z Tarthu, Końca Burzy i…
Ostre szarpnięcie uzdy w lewo gwałtownie ściągnęło rumaka w bok – zwierzę zarżało panicznie, wykręcając łeb i zaledwie kilka jardów przed zdumionymi rycerzami całkowicie tracąc pęd. Z pyska trysnęła piana, gdy koń obrócił się wokół własnej osi z przerażeniem w onyksowych oczach – Baratheon z trudem wyplątał nogę ze strzemienia i zeskoczył na ziemię, wzniecając w powietrze drobinki osiadającego na trakcie pyłu.
- Liczy się pierwsze wrażenie! – usta Aylwarda rozciągnęły się w uśmiechu, gdy silna dłoń mężczyzny spoczęła na końskim łbie, uspokajająco gładząc śnieżnobiały pysk; dotychczas panicznie rozszerzone chrapy zwęziły się nieznacznie, wciąż wyszukując znajomej woni Baratheona – Młody Jeleń oplótł ramieniem silny kark zwierzęcia i złożył na krótkiej, przesyconej potem sierści pocałunek, zupełnie jakby Errath był wymagającym opieki dzieckiem, nie zaś… cóż, koniem.
- Kuzynie! – w błękitnych oczach zamigotała szczera radość pomieszana ze zdumieniem, gdy Aylward w końcu oderwał zatroskane spojrzenie od rumaka; bystry wzrok natychmiast wychwycił wśród jeźdźców jasną czuprynę Dereka.
- Nie wspominałeś, że odbędziesz podróż w towarzystwie najpiękniejszej kobiety, jaka tylko może kroczyć po ziemi… niegodnej zresztą dotyku jej stópek. – Baratheon zaśmiał się donośnie, posyłając pannie Tarth porozumiewawcze mrugnięcie i…
W tej chwili Aylward zdumiał się ponownie, widząc oczy, które spoczywały na jego twarzy z niemym smutkiem ukrytym na dnie orzechowych tęczówek. Tak spoglądają na nas czasem domowe albo dzikie zwierzęta, jakby wiedziały i pamiętały coś prostego, niewymownego z czasów, zanim pojawiły się słowa i świadomość. Plątanina rudych włosów lśniła w promieniach słońca jak ognista aureola – Baratheon musiał zmrużyć oczy, by upewnić się, że panna tuż obok Dereka nie jest przywidzeniem.
Ale nie, nie była, nie mogła być.
Kąciki jej ust uśmiechnęły się do Namiestnika Pogranicza czy też prędzej: uśmiechnęły się do niego w jego wyobraźni, jakby mówiąc: dosyć, chłopcze, dosyć, aż stało się coś zaskakującego – Aylward zaplątał się w swych kolejnych słowach, usiłował zakończyć prostą formułę „witaj, pani, jestem drugim synem Lorda Burzy” jakimś żartem i zaplątał się jeszcze bardziej, a potem… a potem usprawiedliwiał się resztką sił, sprawiając, że rycerze z trudem tłumili rodzący się w piersi śmiech.
- Odnośnie najpiękniejszej kobiety to nie był żart, lecz… na odwrót, to znaczy… - w błękitnych oczach zamigotała szczera panika, która jedynie przybrała na sile, gdy Baratheon dostrzegł na ustach Dereka szeroki uśmiech. – Całkowicie poważnie mam na myśli, że panna Tarth… - spojrzenie Aylwarda pomknęło w stronę Sybille, której także niespieszno było do pomocy – jasnowłosa z trudem powstrzymywała się przed wybuchnięciem śmiechem, co jeszcze bardziej pogorszyło sytuację Baratheona; Młody Jeleń powinien czym prędzej wycofać się i ukrócić własną mękę, ale w jego wypadku odwrót nigdy nie wchodził w grę – dlatego postąpił kilka kroków naprzód, zatrzymując się dopiero tuż przy siodle nieznajomej, rudowłosej panny.
- Nie zamierzałem urazić nikogo, lecz tyko sytuacja jest, jak to się mówi… jest trochę ponura, a nawet nie tyle ponura, co… - silne palce ujęły delikatną, szczupłą dłoń dziewczyny i uniosły ją do spierzchniętych ust; Aylward złożył na bladej skórze pocałunek, trwający nie dłużej niż muśnięcie letniego wiatru. - … kuriozalna. – zakończył z niekrytą ulgą, unosząc wzrok na usianą piegami, młodziutką twarz. – Teraz dostrzegam, że mój kuzyn podróżuje w towarzystwie dwóch najpiękniejszych kobiet w królestwie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Nie Maj 22, 2016 12:51 am

/ Harrenhal

Nim zdołali przebyć nieco ponad połowę drogi, która dzieliła ich od celu, zaczął padać śnieg – białe i gnane wiatrem płatki, które topiły się, jak tylko dotknęły drogi, drzew, derki okrywającej grzbiet rumaka, na którym siedział Whent, i zbroi pół tysiąca konnych podążających z tyłu.
– Śnieg – wymamrotał w poły płaszcza Corlyn. - Już śnieg. Nie za wcześnie jak na sam początek zimy?
– Bardzo wcześnie, sir, ale jest dość zimno – Burlow oderwał jedną dłoń od wodzy, by szczelniej otulić szyję kołnierzem. – Zimniej niż ledwie wczoraj.
– Jestem pewien, że na wschód od Czerwonych Wideł będzie jeszcze zimniej.
– Tak, sir, i nie zrobi się cieplej.
– Zapowiada się sroga zima, co?
– To bardzo prawdopodobne, sir.
Zima? Sroga zima? Te dwa słowa obok siebie wciąż brzmiały dziwnie, nawet kiedy Rossel sam powtarzał je w myślach.
– Długa, mroźna zima – rozmyślał Burlow głośno. – Musimy szybko zadziałać. Dopaść i położyć tej sytuacji kres, zanim wszyscy zamarzniemy. – popatrzył ze zmarszczonym czołem na mijane drzewa, na zbierające się wokół nich płatki śniegu, na dziedzica Harrenhal. – Złe drogi, zła ziemia, zła pogoda. Nie najlepsza sytuacja, prawda, panie?
Whent oderwał wzrok od tylko sobie znanego punktu umiejscowionego na rozciągającym się przed nim horyzontem, nie odpowiedział jednak, zbyt zaprzątnięty myślami, które kłębiły się pod jego czaszką niczym zażarcie walczące o ostatnią kość psy. Corlyn miał dość rozsądku, by nie wyrywać dziedzica Harrenhal z namysłu; na dobrą sprawę prędzej poszedłby do alkowy ze skorpionem, niż zamienił dziesięć słów z Whentem. Niektórzy szeptem zwali go pająkiem – być może dlatego, że rzeczywiście był podstępny i jadowity. Tyle że pająki polują jedynie na muchy, a Rossel zastawiał sieci na ludzi i trudno było przewidzieć, kto w nie wpadnie. Burlow odkaszlnął cicho, jakby w ten sposób pragnął zwrócić na siebie uwagę – i poniekąd osiągnął swój cel, bowiem Whent uniósł nieznacznie głowę, po czym obdarzył zbędnie rozmownego towarzysza spojrzeniem.
Kiedy byłem młody, jeszcze nim obdarzono mnie wątpliwym zaszczytem zbierania gówna po mym ojcu, uwielbiałem jeździć konno. Galopowałem całymi milami. Czułem się wtedy... żywy. Jakoś nie mam na to ostatnio czasu. Narady, dokumenty, siedzenie przy stole, to wszystko, czym się zajmuję. Czasem człowiek ma ochotę popędzić przed siebie, czyż nie?
– Oczywiście, mój panie, ale czy...
Burlow – ton głosu dziedzica Harrenhal wprawił w zakłopotanie wiejący od północy wiatr, okazał się bowiem chłodniejszy od najzimniejszego z podmuchów. – Rozmowy prowadzi się przy stole bądź w trakcie leśnej przejażdżki. A my, choć jedziemy, to bez wątpienia nie po to, by podziwiać tutejszą florę.
Wąsaty rycerz skinął głową w milczeniu, woląc nie wydobywać z gardła choćby jeszcze jednej sylaby.
Czasem nie warto było ryzykować.
Ogołocone z liści krzewy rozmywały się w pędzie po obu stronach Królewskiego Traktu. Byli ledwie kilka mil przed Darry, które jakby czekało na ich przybycie, o czym najlepiej świadczyły otwarte bramy miasteczka. Whent miał w uszach ogłuszający tętent kopyt, postękiwanie uprzęży, wiatr wpadał mu w usta i kłuł w oczy. Płatki śniegu pędziły wprost na niego. Rzucił spojrzenie przez ramię – do feerii dźwięków natychmiast dołączył szczęk zbroi i głuche salwy podków uderzających o chłodne kamienie drogi. Uczucie znużenia, które towarzyszyło mu od przynajmniej kilku miesięcy, rozpękło niby mydlana bańka. Wszyscy mężczyźni uważali, że wojny powinny się rozstrzygać na placu boju – tymczasem dziedzic Harrenhal doskonale wiedział, że im większa wojna, tym więcej gadania.
Gadania i czekania, i siedzenia na tyłku.
Ale tylko do czasu.

/zt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Bliźniaki
Liczba postów :
208
Join date :
25/09/2014

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Nie Maj 22, 2016 2:44 pm

Począwszy od wysokości Bliźniaków.

Uwielbiał dźwięk końskich kopyt uderzających o wyślizgane kamienie traktu – jednostajne, rytmiczne stuknięcia były najbardziej miarodajnym sposobem odmierzania przebytych mil i jednocześnie stanowiły słodką melodię dla spragnionych wrażeń uszu. Rudowłosy dziedzic Bliźniaków, nieznacznie pochylony w siodle ku przodowi, ryczał balladę o Niedźwiedziu i Dziewicy Cud - niemelodyjnie, ale za to z werwą; męczył i dręczył ulubioną pieśń wiarusów, przy której akompaniamencie grono najbliższych wojowników Freya sposobi się do wykonania swego zdania. Jego ludzie, dokładnie setka lekkozbrojnej konnicy, bezgłośnie mamrotała często powtarzane słowa pieśni w takt tętentu kopyt, brzdęku stali i szczęku żelaznych sprzączek.
Ktoś mógłby pomyśleć, że przed równie ryzykownymi działaniami powinni wybierać pieśni o bohaterach, którzy chwalebnie przetrwali bitwę, a śmierć zastała ich starych, grubych i bogatych, ale tacy już są wojownicy. Jeśli się nad tym zastanowić, niewiele z tego, co robią, ma sens. Właśnie dlatego Frey wolał się nie zastanawiać. Jeszcze wczoraj w Bliźniakach każdy szukał w sobie odwagi tak, jak umiał. Silili się na mało zabawne dowcipy i zbyt skwapliwie nagradzali je śmiechem, zakładali się, kto wychędoży więcej dziewek w przydrożnej karczmie, lub decydowali, jak ma zostać podzielona ich własność, jeśli przed nastaniem nocy przestąpią próg niebios i staną twarzą w twarz z Siedmioma Bogami. Jedni ściskali święte amulety i ciała łaskawych kobiet, obejmowali się i klepali po plecach, ryczeli walecznie i przyrzekali sobie braterstwo. Inni stali w milczeniu, wpatrzeni w lśniącą powierzchnię Zielonych Wideł, które od zawsze były im życiodajnym nurtem bezpieczeństwa i synonimem domu. Co w tym czasie robił Devon?
Czekał. Prawda brzmiała tak, że był gotowy od wielu godzin. Od wielu dni. Od wielu tygodni, od miesięcy, odkąd tylko zapadła decyzja, aby nie pozwolić przegnić Bliźniakom pod rządami Doliny. Czekał stojąc tyłem do reszty wojowników i z pochmurnym czołem przyglądając się skłębionym wodom Zielonych Wideł, które niestrudzenie pruły na południe. Głęboko wciągał powietrze pachnące solą i dymem. Pomyślał wtedy, iż to na swój sposób dziwne, że człowiek nie cieszy się oddechem, dopóki nie zacznie się lękać, że niedługo wyda ostatnie tchnienie.
Wyruszyli o świecie, kierując się na wschód, ku Królewskiemu Szlakowi. Nad setką głów łopotały chorągwie – o połowę mniej, niż było jeźdźców, i o czterdzieści dziewięć więcej, niż zwykle zabierane jest w drogę. Dwie wieże połączone mostem na srebrnoszarym polu zdawały się pochłaniać marne, jakby nieśmiałe światło zimowego słońca; cały świat przybrał barwę nijakiej szarości – był to jednak ledwie przedsmak ciężkich zwałów chmur, które nadciągnęły znad Północy i przywiodły ze sobą wirujące na wietrze płatki śniegu. Puch, zbyt delikatny i nieśmiały, aby mógł przykryć ziemię białą powłoką, tańczył wokół skrytych pod kapturami głów, gdy pierwsza z chorągwi rodu Frey została wbita w ziemię.
Suchy dźwięk osadzanego w zimnej ziemi drzewca wypełniał ciszę wczesnego poranka. Równomierne uderzenia młotka, owo głuche stuk, stuk rozchodziło się echem po pogrążonych w milczeniu polanach – przy każdym kolejnym stuk drewniana tyka wdzierała się coraz głębiej, aż – zatrzymana nieco ponad głowami stojących na ziemi mężczyzn – zamarła w doskonałej stabilności, za nic mając podmuchy zimowego wiatru. Jedynie chorągiew łopotała zaciekle, gdy kolejne powiewy wprawiały ją w ruch, obracając materiał to w jedną, to w drugą stronę świata.
Nie było to zajęcie emocjonujące – co dziewięć mil dwóch konnych zatrzymywało się, by wbić w ziemię drzewiec ze sztandarem; kiedy kończyli swą pracę, doganiali grupę dwóch kolejnych jeźdźców, którzy wykonywali dokładnie tę samą czynność i gdy ta również dobiegła końca, konsekwentnie ruszali dalej na południe, by za następne dziewięć mil napotkać parę swych kompanów.
Każdy ze sztandarów wbity został po zachodniej stronie Królewskiego Traktu, dwa, trzy jardy od linii drogi – dwie wieże Freyów na srebrnoszarym polu były materialnym poświadczeniem słów, które zawarte zostały w liście skierowanym do Lorda Doliny Arrynów oraz Namiestnika Wschodu.
W granice Dorzecza powrócił zatem górny nurt Zielonych Wideł oraz tereny na wschód od Bliźniaków a zachód od Królewskiego Traktu, który będzie jednocześnie wyznacznikiem nowej granicy…
Zadziwiające, jak potężne potrafi być pióro, atrament oraz korespondencyjny pergamin – gdy ostatnio zmieniano granice Dorzecza, w powietrzu wciąż czuć było zapach dymu oraz krwi, uszy wypełniał niespokojny tętent kopyt i szczęk zbroi. W dwa lata później dźwięki te zastąpił cichy chrobot kreślonych w liście słów i to głuche, równomierne stuk, stuk, stuk wbijanych w ziemię chorągwi. Ich obecność przy trakcie nie była konieczna – wszak władca oficjalnie uznał powrót dawnych ziem w granice Dorzecza, jednakże tu nie o konieczność chodziło, lecz dobitne potwierdzenie słów, które padły.
Każdy, kto podróżować będzie Królewskim Traktem na odległości ponad czterystu trzydziestu mil – niemal od Przesmyku aż do Karczmy na Rozdrożach - będzie mijał łopoczące na wietrze sztandary. Co bardziej ciekawscy zaczną je liczyć, gdy zaś rachunek dojdzie do czterdziestu dziewięciu, ze zdumieniem odkryją, że dotarli niemal do Darry.
I że przez cały ten czas byli w Dorzeczu – nie zaś sztucznych granicach Doliny Arrynów.
Wieść zacznie się roznosić, słowo po słowie, zdanie po zdaniu, aż stanie się to, czego pragnął Devon Frey: całe królestwo usłyszy, że granice Dorzecza powróciły do dawnego stanu bez choćby kropli przelanej krwi… przynajmniej do czasu, kiedy ten spokój będzie respektowany przez obie strony barykady.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Droga Królewska   

Powrót do góry Go down
 

Droga Królewska

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

 Similar topics

-
» Droga Królewska
» Droga do Hogsmeade
» Droga obok lasu
» Mała Rada i Gwardia Królewska
» Droga z Magnolii do Shirotsume

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze-