a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Droga Królewska



 

 Droga Królewska

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Gość

avatar

PisanieTemat: Droga Królewska   Czw Cze 20, 2013 5:27 pm

Gdzieś pomiędzy Ivy Inn a Darry.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Czw Cze 20, 2013 5:42 pm

Dzień ten był spokojny ,a na drodze zalegał kurz. Leona zarządziła postój dla rozprostowania nóg. Droga jeszcze była daleka, zbrojni przydzieleni Leonie nie wydawali się tak zmęczeni jak Freyówna choć to oni męczyli się w swoich zbrojach i nosili oręż. Cała grupa zatrzymała się na polanie okolonej przez las, nieopodal Królewskiej Drogi. Strażnicy i rycerze usiedli w cieniu drzew. Leona zaczęła spacerować pomiędzy gromadkami żołnierzy na tej dziewiczej polanie. Uzbierała cały bukiet białych, dzikich kwiatów i podeszła do wozu na którym spoczywała Bethany. Położyła kwiaty na jej piersiach i odchyliła materiał który przysłaniał jej twarz. Zaczęła się zmieniać. Nie była już taka porcelanowo piękna. Droga i czas dały się we znaki jej licu. Usta jej wykrzywił grymas, jakby nie zadowolenia czy zniesmaczenia. Skóra zaczęła przypominać iście trupią cerę. Z dawnej Bethany pozostawało powoli liche widmo. Widmo dawnej wielkiej siostrzanej miłości. -Podaj mi nóż.

–Leona zwróciła się do siedzącego obok swojego konia chłopaka z jej orszaku. Chłopak wyciągnął mały nóż zza pasa i podszedł do niej. Leona wzięła w dłonie nóż i kilka kosmyków włosów martwej siostry. Były dziwne w dotyku. Splotła je w warkocz i ucięła nożem pokaźną ilość. Oddając chłopakowi nóż spojrzała na niego. Stał cały czas przy niej i spoglądał na trupa.
.-Nasza panienka Bethany była taka piękna i jeszcze tak młoda.
-Dokładnie tak: była piękna lecz piękniejsza już nie będzie.. Przynajmniej młoda zostanie na zawsze



- odparła Leona. Ścisnęła odcięty warkoczyk w dłoni i odeszła na środek  polany. Położyła się w trawie i spoglądając w górę na chmury zapomniała na chwilę o całym świecie.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pon Cze 24, 2013 8:33 pm

MG




Zmrok zapadł szybciej, niż się spodziewali. Ledwie wyjechali z Lutowisk i poczęli kierować się na porośnięte lasem tereny niedaleko Ivy Inn, czerwone słońce przechyliło się ku połoninom i zniżyło ku koronom drzew. Za sobą mieli dolinę, wioskę, a za nią mroczny wał dalekich Gór Księżycowych, wyraźnie odcinający się od płonącego szkarłatem nieba. Były to góry z bukowymi borami, skałami, halami i dolinami, w których szumiały niewidoczne strumienie. Lasy poniżej posępnych grani były szare i zielone, łąki oraz zagajniki odznaczały się plamami żółci, czerni i szarości od kamienistych gór, a strumienie spływały w dół jak srebrzyste wstążki. Tymczasem w Dorzeczu wysoko  nawoływały się jastrzębie, ptaki wracały z dalekich stron, a dzikie gęsi ciągnęły na północ kluczami. Dwa tuziny jeźdźców z herbem rodu Darry na chorągwiach zatrzymali się na kunak na leśnej polanie, niecałe dwie mile od miejsca pobytu oddziału Freyów. Gertren wyszukał na noc miejsce pod osłoną trzech zrośniętych, powykrzywianych buków. Dokoła rosły wysokie, suche trawy; pierwiosnki, lilie i pełniki tuliły płatki do snu. Rycerze rozpalili szybko niewielkie ognisko, Hernon rozkulbaczył konie, a Gertren Darry obszedł okolicę z mieczem w ręku. Miejsce było dobrze osłonięte i oddalone od drogi. Nikt nie powinien zobaczyć ich z traktu ani poczuć swądu z ogniska. Pomimo to jednak szlachcic postanowił być ostrożny. Wszak w każdej chwili kompania z Doliny mogła
upomnieć się o krew chorążych wrogiego rodu.
- Hej, szaraczku, każ mnie rozwiązać – rzucił hardo trzymany w karbach więzień, kiedy zsadzono go z konia i położono przy ognisku. - Czas na wieczerzę, a ja nie będę jadł z ziemi jak pies.
- A kto waszej mości powiedział, że jadło dostaniesz? - Gertren uśmiechnął się łagodnie, wsuwając miecz do pochwy.
-To nie wiesz, że więźnia trzeba po religijnemu wspomagać? Bogowie policzą ci dobry uczynek, panie bracie. A gdy uciułasz ich więcej, to żywcem do raju pójdziesz.
- Jak ja waszmości rozwiążę - zatroskał się młody Darry - to wasza miłość uciekniesz.
- Dam słowo.
Hernon, Amiel i Orys wyciągnęli już z sakwy suchary, wędzonkę, suszoną kiełbasę i bukłak z winem. Zajadali je przy ogniu, krztusząc się i bekając. Gertren przeżegnał się.
- Dziaduś mówił, coby nad krzywdzicielami litości nie okazywać. Zwłaszcza nad takimi, co Siedmiu nie mają w poważaniu. Mniemam jednak, że waszmości w Harrenhal ugoszczą godnie. Jednak na pewno nie tym, co by waści w smak pójść mogło.
- To jak?
Darry sięgnął do juków. Wyciągnął skórzaną flaszę ozdobioną srebrnymi zawijasami, pociągnął z niej spory łyk. Musiała być tam jakaś mocna gorzałka, bo przymknął oczy, wstrząsnął się, a potem wyprostował, nabrał wigoru, schował flaszę, wyciągnął sztylet i podrzucił w dłoni.
- Orys! Przetnij więzy na rękach.
- Wasza mość, to diabeł – zaprotestował giermek. - Wydusi nas wszystkich, gardła poprzegryza!
- Powiedziałem!
Głos młodego szlachetki zmienił się. Teraz był groźny i bezlitosny. Orys, rad nierad, posłuchał - przeciął nożem więzy na rękach więźnia. Jeniec zaśmiał się, usiadł, roztarł zdrętwiałe przeguby, porwał pęto suszonej kiełbasy i zaczął zajadać ze smakiem. Gertren usiadł na wprost niego. Mierzył ze sztyletu we wroga.
- Za co ty mnie, szaraczku, tak nie lubisz? - zapytał jeniec z pełnymi ustami. - Nie wychędożyłem ci dziewki, nie czyniłem takoż ekscesów łóżkowych z twoim dziaduniem.
Gertren nic nie odpowiedział.
- Pytałem - warknął więzień. - A jak kto pyta, grzeczność nakazuje odpowiedzieć, panie hetko z pętelką!
- My się już znamy, panie. - odparł powoli Darry, obracając sztylet między palcami.
- Tak? A to skąd? - jeniec uniósł delikatnie brwi, odgryzając kolejny kawał kiełbasy.
- No, jakże to, nie poznajesz mnie, wasza wielmożność? - zapytał Gertren odmienionym głosem. – Wszak widywaliśmy się kiedyś.
- To chyba w zamtuzie i po ciemku, bo oblicza przypomnieć nie mogę... - głos więźnia zawahał się na moment.
- Nie, wasza miłość – wyszeptał Darry. - Znasz mnie dobrze, choć pamięć ci szwankuje. Ale przypomnisz sobie jeszcze. Na wszystko przyjdzie czas... - więzień drgnął. Zdało mu się, że w głosie tamtego zabrzmiała groźba. Uśmiechnął się szyderczo do Gertrena. Podciągnął nogi i chciał wstać.
– Leż!!!
Głos młodego szlachetki był zimny i nieprzyjemny. Więzień zamarł. Gertren celował ze sztyletu prosto w jego serce. Jeniec dostrzegł, że nadgarstek drgnął delikatnie. Wystarczył jeszcze drobny ruch i...
Jeniec zerwał się nagle, obalając szybkim ciosem swego dotychczasowego oprawcę i nim jedzący wieczerzę rycerze zdołali zauważyć, co się właśnie wydarzyło - więzień już siedział na wierzchowcu, mknąc w stronę kniei. 
Wprost do obozu Freyów.
Rozprawa z młodym Darrym i jego ludźmi okazywała się znacznie trudniejsza, niż myślał. Lord Waynwood, bo to właśnie on był jeńcem, wpadł na swych oprawców zupełnym przypadkiem - i to jeszcze przed bitwą w Dolinie, która zapewne rozgorzała na dobre. Po tym, jak dotarły do niego wieści o ataku na suzerena, pędził co koń wyskocz, by stanąć na czele posiłków z Ironoaks. Niestety, po drodze pojmali go chorąży Tullych i tak od blisko tygodnia tłukli się do Darry. Został im niecały dzień drogi i Waynwood doskonale wiedział, że to jedyna szansa, by uciec. Chyba się udało!
... a przynajmniej tak myślał, póki jednym susem nie wpadł w sam środek obozu Freyów, prawie taranując po drodze jednego ze strażników. Uciekinier zerknął przez ramię, by sprawdzić, czy pościg siedzi mu na ogonie i szarpnął lejce konia, by zmusić go do dalszej jazdy. Niestety, wierzchowiec okulał. Waynwood zaklął szpetnie, tym bardziej, że strażnicy Freyów właśnie go otoczyli i w końcu zeskoczył z siodła, unosząc wysoko ręce.
- Dobrzy ludzie, ratujcie! - zakrzyknął, rozglądając się po srogich twarzach rycerzy. - Bezbożnicy, ludzie źli jak sami Inni grasują tu i targają się na życie bezbronnych! - lord Waynwood rozejrzał się szybko i w końcu dostrzegł piękną dziewoję, stojącą za kordonem strażników. Padł na kolana, uginając przed Leoną Frey głowę.
- Pani, nadobna damo, zmiłowania! Dostrzegam w Twych oczach dobroć, weź bezbronnego szlachcica pod protektorat przed tymi kmieciami!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pon Cze 24, 2013 8:53 pm

Zamieszanie powstało tak wielkie ,że Leona nie bardzo zauważyła w pierwszym momencie co się dzieje. Żołnierze otoczyli mężczyznę ,który wtargnął z impetem do obozowiska ,a ona postanowiła szybko się temu przyjrzeć. Nie było pewności kto to mógł być. Czasy były bardziej niebezpieczne niż zwykle. -Jak cię zwą panie i przed kim uciekasz?
Przemknęła jej przez głowę myśl: czy to zbójcy grasują w okolicy? Spojrzała na niego, jego wygląd pozostawiał wiele do życzenia. -Uwierzyłabym żeś został napadnięty lecz wygląd twój nie przypomina postaci bogatego pana. Któż taki ściga jegomościa co sam wygląda jak zbój? Zachowując bezpieczny dystans czekała na odpowiedź i obserwowała mężczyznę uważnie.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pon Cze 24, 2013 9:20 pm

MG




Lord Waynwood, zlany potem i umorusany w ziemi, w rzeczy samej nie przypominał w niczym szlachcica. Ale któż prezentowałby się zacnie po tygodniu niewoli, i to na domiar złego - u Darrych, którzy nie słynęli z gościnności, dobrych manier i jako takiej ogłady? Dlatego słowa stojącej przed nim damy wcale go nie zaskoczyły.
- Zwą mnie Argenem Waynwoodem z Ironoaks, pani. Zostałem podstępnie pojmany na trakcie tydzień temu przez ludzi, którzy śmią zwać się rycerzami, choć nawet na miano kmiotów nie zasługu... - Argen urwał, wsłuchując się w pozorną ciszę. Pozorną, gdyż chwilę później przerwana została wściekłymi krzykami z lasu i tętnem końskich kopyt. Lord Waynwood poderwał się energicznie, celując oskarżycielsko palcem wprost w ścianę drzew.
- Pani, oto najlepszy dowód, moi oprawcy! - zakrzyknął śmiało w momencie, w którym na polanę wjechało dwunastu jeźdźców, w tym sam Gertren Darry. Pańczyk przez chwilę z niedowierzaniem wpatrywał się w herb rodu Frey, stojących przed nim zbrojnych, Leonę i swojego dotychczasowego jeńca - po czym prychnął pod nosem z niezadowoleniem.
- Kto tu dowodzi? - zapytał spokojnie, delikatnym ruchem luzując miecz w pochwie. Tak, by w każdym momencie mógł go swobodnie wyszarpnąć. - Ten oto waszmość jest mój. - dodał Darry, kiwając głową w stronę Lorda Waynwooda. - Oddajcie go z własnej woli, a nic się nie stanie! Spróbujcie się sprzeciwić, a porozmawiacie z ostrzem mego miecza! - skinął lekko na swych jeźdźców, którzy truchtem okrążyli obóz. Jeden z nich ruszył w drogę powrotną, by ściągnąć posiłki z lasu, zaś sam Gertren uśmiechnął się szeroko do Leony.
- Może i Lord Waynwood jest mym więźniem, ale gust do panien ma niezgorszy... córka, wnuczka Lorda Freya? A może nałożnica? Co, ptaszyno? Co tu robisz, sama, nie licząc straży? 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pon Cze 24, 2013 9:43 pm

Leona jeszcze nie dawno przebywając w Darry i pamiętając o tamtejszej gościnności rozpoznała natychmiast rycerzy, lecz nazywani oprawcami?! Nie to chyba jakaś pomyłka. -Nazywam się Leona Frey i jestem jego wnuczką. Nie wiem czy wiecie panie, ale podczas balu w Królewskiej Przystani dokonano zamachu na króla, a sztylet w niego wymierzony trafił w moją siostrę. W tamtym wozie spoczywa Bethany Frey. Wracamy z jej ciałem do Bliźniaków. Obecnie mam już dość tych Królewskich przedstawień. nasza rodzina ucierpiała przez to. Przypomniała sobie o niespodziewanym gościu w obozie. wskazała na niego ręką-W czym to on wam zawinił?
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Wto Cze 25, 2013 4:08 pm

MG



Kiedy na polanę wpadli jeźdźcy, a młody Darry wyraźnie szukał zaczepki - lord Waynwood nie odpowiedział. Nie zwracał na nic uwagi. Nawet się nie poruszył, gdy załomotały kolejne końskie kopyta, a srogi głos dowódcy zwiastował przybycie posiłków jego oprawców. Z rumaka zeskoczył nowo przybyły wysoki mężczyzna, niechybnie rycerz. Młody Darry wydął delikatnie usta, wpatrując się w niego spokojnie i delikatnym skinięciem głowy przyzwalając na dalsze działanie. Rycerz, który dołączył do kompanii Gertrena, był wysoki i chudy. Płaszcz, swego czasu piękny, bogato zdobiony i obszywany srebrnymi nićmi, świadczył o pochodzeniu jegomościa. Znać było, że jego właściciel bawił się w niejednej karczmie, a przede wszystkim – iż z niejednego burdelu wyrzucano go do rynsztoka. Strój zdobiły czerwonawe plamy po winie albo krwi, brzydkie smugi wosku ze świec, odbarwienia po błocie, wodzie i – strach pomyśleć po czym jeszcze. Nie lepiej prezentowało się oblicze męża. Niegdyś dumne, arystokratyczne i pełne wigoru, dziś było nieco sfatygowane. Mężczyzna miał długi, garbaty nos, kaprawe oczka, a rzadkie wąsiki zwisały smętnie nad wargami, pod którymi brakowało co najmniej kilku zębów.
- Pani. - ukłonił delikatnie głowę przed Leoną Frey i ostro spojrzał na lorda Waynwooda. - Te, lordzie, co masz łajno w mordzie. - zagadał bezceremonialnie, niemający widać żadnego poszanowania dla lorda Ironoaks ani dla jego tytułów. - Kończ, waść, wstydu oszczędź. Panienka pogrążona w żałobie udaje się w rodzinne strony, by jej siostra mogła spocząć u boku przodków... - rycerz położył dłoń na rękojeści miecza, marszcząc brwi groźnie. Tymczasem Lord Waynwood przesunął się nieznacznie w stronę Leony, wykorzystując zamieszanie panujące na polanie.
- Ja ci to, ser, wszystko zwykłymi słowami objaśnię. - odparł jeniec, uśmiechając się grzecznie. - Wsiadaj na konia i odjedź stąd wraz z młodym Darrym. A jak nie odjedziesz, to po łbie weźmiesz mieczem i kopniaka w rzyć ci takiego dołożę, że z tej polany przez konary drzew wyfruniesz. - Waynwood zamarł na moment, wyraźnie obierając kierunek ruchu.
- Obawiam się, że wielce zmartwię jaśnie lorda – odparł spokojnie milczący do tej pory Gertren. – Współczuję panu niezmiernie, gdyż, niestety, nie jesteśmy w Reach czy nia Ziemiach Burzy. Jesteśmy w Dorzeczu, gdzie mieszkają lordowie tacy jak ja, którzy nie znają dobrych ni pięknych manier... - Darry urwał na moment i kiedy miał zamiar ponownie podjąć wątek - przerwał mu Lord Waynwood.
- Okrutnie mi żal. - zadrwił cicho. Rycerz Gertrena, chcąc w słusznym gniewie ukarać więźnia, ruszył w jego stronę. Niestety, nie zdążył. Zanim wyciągnął z pochwy długie ostrze, Lord Waynwood ciął napastnika z zamachu przez łeb, czoło, nos i pół gęby tym samym sztyletem, który odebrał Darry'emu. Potem poszło już szybko. Lord Waynwood obrócił się gwałtownie i jednym, szybkim ruchem złapał Leonę Frey za włosy. Pociągnął ją w swoją stronę, zasłaniając się ciałem drobnej dziewczyny przed strażą i ludźmi Darrych. - Jeśli mnie nie puścicie wolno, ta urocza dama zostanie obita, obrażona i sponiewierana przez takiego parweniusza i prostaka jak ja. Pewnie w wirze walk straci zęby, palce i łeb będzie miała rozbity, że nie wspomnę o obitej twarzyczce! Może nawet dołączy do swej siostry w powozie... - małe oczka Lorda Waynwooda stały się jeszcze mniejsze i bardzo, bardzo złe. Przyłożył ostrze sztyletu do krtani Leony i zaczął cofać się w stronę koni Freyów, sprawiając tym samym, że przewaga liczebna przestała mieć na znaczeniu - jeśli żołnierze nie chcieli skrzywdził Leony, musieli bezradnie obserwować, jak jeniec wymyka im się z rąk.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Wto Cze 25, 2013 6:18 pm

Droga do Dorzecza z Wyspy Niedźwiedzia była naprawdę żmudna, przynajmniej nikt go nie zaczepiał, widząc sztandar rodu Mormont. Tutaj robiło się inaczej, im dalej na Południe, tym więcej wrogów, tak uczono go już od małego dzieciaka. Zapasów musiało mu starczyć na całą drogę, więc o to się nie martwił, zagrożenie było tuż tuż. Jego koń jeszcze nie był na skraju wyczerpania, ale trzeba było gdzieś zarządzić postój. Niedaleko, na polanie usłyszał głosy wielu ludzi, wraz ze swoimi ludźmi zbliżył się do tego miejsca, jednak nie była to bardzo bliska odległość, chciał tylko zbadać sytuację. Zauważył herb rodu Freyów, Darrych, piękną kobietę oraz jakiegoś prostaka, ubranego w łachmany. Dość dobrze radził sobie ze sztyletem, tnąc tylko jednym cięciem głowę rycerza, ale z kobietami nie powinno się tak postępować, straż wraz z ludźmi Darrych nie miała szans, więc młody Mormont ze swoimi ludźmi musiał wkroczyć, ponieważ nie mógł zdzierżyć takiego traktowania. Nakazał jednemu łucznikowi zakraść się do jeńca od tyłu, nakazał mu również aby cicho się poruszał i czekał na sygnał. Sam zaś z pięcioma swoimi ludźmi ruszył w stronę straży oraz ludzi Darrych. Gdy był już w dostatecznej bliskości, powiedział.
- Z kobietami nie powinno się tak postępować, puść ją, albo źle się to dla Ciebie skończy. - nie zdążył się jeszcze przedstawić innym ludziom, ale chyba przyjdzie jeszcze na to czas. Damon co jakiś czas obserwował, czy jego łucznik jest w dobrej pozycji, do ewentualnego ataku na jeńca.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Wto Cze 25, 2013 9:59 pm

Wypadki potoczyły się szybko. Leona była zdumiona. Uprzejmy jegomość okazał się zwykłym prostakiem. Gdy obie strony nie szczędziły sobie nieuprzejmości przestała być przekonana o pozytywnym zakończeniu sporu i rozstrzygnięciu kto tu komu zadał więcej krzywdy. Wtem sytuacja się skomplikowała. Polała się krew, a Freyówna instynktownie cofnęła się w tył rozglądając za swoimi żołnierzami ale wtedy jeniec Darrych pociągnął ją za włosy i przycisnął do siebie. Krzyknęła z bólu. Wbiła paznokcie w ręce napastnika lecz ten był znieczulony chyba na wszystko bo ani drgnął. Patrzyła błagalnie na rycerzy z  pragnieniem by ktoś ją wyswobodził lecz musiała zdać się na łaskę bądź niełaskę uciekiniera. Nagle wręcz z powietrza pojawili się mężczyźni ,których wcześniej tu nie było. Wyglądali jak ludzie z północy ,tylko tyle mogła stwierdzić w silnym przestraszeniu. Północ też nie była przyjazna dla rodziny Freyów to było dodatkowo nie pokojące lecz pozostawało jej czekać. Nie chciało jej się wierzyć ,że zostanie wypuszczona tylko dlatego ,że jakiś rycerz mu to nakazuje. Ten prostak nie znał żadnej ogłady i nie słuchał nikogo poza sobą.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Czw Cze 27, 2013 4:26 pm


MG


Meandry ludzkiej psychiki są zadziwiające - każdy, rozsądny człowiek winien poddać się, gdy otoczony został przez wrogów, zaś jako jedyną broń posiadał kradziony sztylet. Niestety, lord Waynwood - a raczej człek, który mianował się jego nazwiskiem, nie należał do ludzi rozsądnych. Gdy tylko na polanie rozległ się tęten kopyt zwiastujący przybycie kolejnej grupy jeźdźców, zacisnął jedynie mocniej dłoń na sztylecie, przez co ostrze delikatnie musnęło szyję Leony, zupełnie jak usta kochanka - tyle, że broń zostawiła po sobie cienką strużkę krwi sączącą się z niewielkiego, mało groźnego cięcia. Więzień zaklął szpetnie wprosd do ucha panny Frey i w końcu zaczynając rozumieć, że nie ma najmniejszych szans na wyjście z potyczki cało, zrobił coś, czego nikt się po nim nie spodziewał...
- Bij! Zabij! – huknął dotychczasowy jeniec, odpychając Leonę Frey w stronę Damona Mormonta. Ludzie Darrych na ten okrzyk porwali za miecze i skoczyli na młodzieńca, ale więzień znowu był szybszy. Zanurkował pod ostrzem jednego z mieczy, przeskoczył nad leżącym na ziemi siodłem. Strzała, wypuszczona przez łucznika Damona, minęła go i świsnęła tuż obok ucha. Jedynie Orys miał mniej szczęścia. Zaciekawiony przedłużającą się ciszą zdjął z głowy hełm i dostał grotem przeznaczonym dla więźnia prosto w nos; nawet nie jęknął, osunął się na trawę zalany krwią. W obozie podniósł się tumult, zabrzmiały krzyki, wrzaski. Chłopi towarzyszący Darry'emu rzucili się do drzwi, a Hernon, przywykły do zwad i pojedynków, przezornie schował się za najbliższym drzewem. Więzień roztrącił pozbawionych broni Freyów i skoczył ku leśnej kniei. Nie zauważył jednak milczącego do tej pory młodego rycerza z Bliźniaków, który jak tylko zauważył pędzącego w jego stronę napastnika, porwał za kij na którym piekli królika i w przelocie chlasnął więźnia jego końcem w brzuch i po boku, na nieszczęście dla głodnych żołądków zrzucając pieczone zwierzę na ściółkę. Gdy zaś jeniec był tuż-tuż lasu, skoczyli nań z dwóch stron ludzie Mormonta. Starszy z nich ciął płasko, z półobrotu w kiść, młodszy z zamachu, wręcz, prosto w łeb i szyję! Więzień sparował sztyletem z brzękiem ostrze młodszego człeka z Północy, zawinął się w miejscu i cudem umknął spod miecza starszego, korzystając z okazji, by podnieść z ziemi jeden z mieczy. Schylił głowę... i to było wyrokiem: wyskakując przed siebie, nie zauważył Gertrena Darry'ego, który chlasnął na odlew mieczem i tym gestem rozwalił więźniowi prawe ramię. Szlachcic nawet się nie skrzywił. Wrzasnął tylko i rzucił się do dalszej ucieczki. Większość obecnych na polanie rzuciło się za uciekającym. Pierwszy dogonił go jeden ze strażników Frey'ów -  rycząc z wściekłości przez zaciśnięte zęby, starł się z jeńcem wśród drzew. Rąbali szerokimi zamachami mieczy. Więzień ciął na odlew, strażnik zripostował w pierś, zatem domniemany lord odskoczył i wyprowadził podstępne cięcie krzyżem, od prawej w górę. Miecze zadrżały, zabrzęczały. Tnąc, uskakując i zastawiając się przed cięciami, wdarli się głębiej w las, gdzie ciężej było zadawać ciosy: jeniec przestał je zadawać i zaczął się bronić. Strażnik podwoił wysiłki, walił jakoby młotem w kowadło, naparł na więźnia, a wówczas...
Jednym szybkim ruchem strażnik kopnął leżącą na ziemi kłodę i podsunął ją pod nogi jeńcowi. Ten potknął się, zamachnął w powietrzu rękoma, a potem, gdy rycerz naparł na niego z boku, padł na kolana i przeszorował nimi po ściółce. Chciał jeszcze się zerwać, ale było już za późno. Strażnik Leony Frey ciął go z tyłu, rozcinając sfatygowaną, skórzaną kamizelkę i zarośnięty łeb... więzień wrzasnął tylko i padł bez ducha na ziemię. Wtedy też to do dwójki walczących dołączyła reszta pościgu: zatrzymali się pośrodku lasu, dysząc ciężko, mokrzy od potu.
- No i tyle... - wysapał cicho Gertren Darry, opierając dłonie na kolanach. - Czy Lady Frey jest cała?! - zakrzyknął zaniepokojony, podchodząc do trupa i szturchając go delikatnie czubkiem buta.
- A chcieliśmy przesłuchać...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Czw Cze 27, 2013 5:05 pm

Jeńcowi chyba nie spodobało się przybycie kolejnej grupy jeźdźców, ale to jego wina, nie musiał przecież przystawiać noża do szyi pięknej, młodej damy. Damon zauważył, jak przycisnął nóż do jej szyi, a potem odepchnął ją w jego stronę. Damon szybko zerwał się z konia, po czym objął młodą Lady Frey, jeniec zabrał się za ucieczkę z miejsca zbrodni. Za nim porwała się cała zgraja oddziałów Mormonta, Freya oraz Darry'ego. Damon tylko obserwował sytuację, jego łucznik dobrze się spisał, gdyby się nie ruszał, pewnie zabiłby go za pierwszym razem. Gdy łucznik do niego podszedł, Damon odrzekł.
- Dobrze się spisałeś, lecz teraz będziesz musiał przeprosić za zwłokę, którą dokonałeś. - poklepał go po barku. Gdy cała akcja się skończyła, a jeniec został zabity, powiedział.
- Moja Pani, trzeba będzie opatrzyć tę szpetną ranę, na pewno coś poradzimy, oprócz tego nic się nie stało? - troska, jako dobry rycerz musiał się tego zapytać. Po chwili odrzekł do Gertrena.
- Jest cała, nie martw się o nią. Chyba za późno na przesłuchiwanie... - Damon nie wybierał się jeszcze do domu, lubił podróżować, dlatego chętnie przyłączyłby się do innego oddziału, który wybiera się do lokacji, która nie nazywa się Wyspą Niedźwiedzia.
- Lady Frey, zapewne wybiera się Pani do Bliźniaków, byłaby Pani tak łaskawa i pozwoliła mi potowarzyszyć Ci w drodze? - uśmiechnął się do niej troskliwie, cały czas obejmując ją, po tym całym zamachu.


Ostatnio zmieniony przez Damon Mormont dnia Czw Cze 27, 2013 9:44 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Czw Cze 27, 2013 8:54 pm

I tak w chwili, która trwała wieczność, Leona dorobiła się zacięcia ,którego dokonania nawet nie poczuła. Zauważyła je gdy było już po wszystkim ,a właściwie to młody Mormont ją o nim poinformował. Przyłożyła rękę do rany i siedziała lekko oszołomiona. Zdaje się ,że znowu przybyło trupów w obozie. Na całe szczęście ona trupem się nie stała, ale z przykrością patrzyła na tych ,którzy stali się ofiarą tego oprycha ,który nareszcie został ubity. Nie wiadomo czy mogły wyniknąć z tego jakieś problemy ale naprawdę całą sobą ucieszyła się. Znalazł się przy niej jeden z przybyszów ,młody rycerz o północnej urodzie.
- Nic ,nic…czuję się dobrze.
W międzyczasie podniosła się i poczuła lekkie szczypanie w ranie.
–Cóż tak , jedziemy na pogrzeb ,wieziemy moją zmarłą siostrę. Nie mi decydować czy może Pan jechać. Pojedzie pan gdzie tylko zechce ,a właściwie jaka jest pana godność? Pewnie jedzie pan z Królewskiej Przystani, inaczej co mogą robić północni ludzie w tych stronach?
? Jak to zwykła robić Leona w sytuacji stresującej wyrzucała z siebie wiele słów. Już kolejny raz w tak krótkim czasie znalazła się w pobliżu zagrożenia i kolejnego nieznajomego mężczyzny ,który służył jej pomocą.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Czw Cze 27, 2013 10:01 pm

Cała akcja była już zakończona i dobrze, bo Damon nie lubił rozlewu krwi. Ale żeby napadać kogoś, kto wybiera się na pogrzeb swojej własnej rodziny, która jeszcze do tego wiezie ciało. Wstyd! Ale nie ma co się oszukiwać, takie osoby też na tym świecie istnieją, młody Mormont należał do tych osób, które nie lubią takiego rodzaju osobowości.
- Uff, nie jest to poważna rana, ale czułbym się źle, gdyby stało się coś gorszego, moja Pani. - uśmiechnął się kolejny raz, wysłuchując wypowiedzi Lady Frey. Chyba nic się nie stanie, gdy wyjawi swoją godność przy niej, jednak właśnie wybierał się na południe, twarz mu trochę zbrzydła ale po chwili znów zaczął się uśmiechać, dawno nie był w siedzibie Freyów i chętnie by się tam wybrał, miał bardzo dużo czasu.
- Nazywam się Damon Mormont, moja Pani, najmłodszy syn Lorda Mormonta. Skoro więc pojadę dokąd zechcę, wybiorę się z Panią do Bliźniaków, z miłą chęcią Pani potowarzyszę. Wracam z Południa, zrobiłem sobie małą podróż, bardzo lubię takie długie spacery, często przytrafiają mi się bardzo ciekawe przygody, na przykład taka jak dziś. - uśmiechnął się do niej, chyba czas będzie ruszać w drogę, jeśli szybko chcą tam się udać, przecież nie można ot tak przełożyć tak ważnego pogrzebu.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pią Cze 28, 2013 12:34 am

Trzeba przyznać ,że zaniepokoiła się lekko słysząc nazwisko Mormont. Mormontowie przecież żyli dobrze ze Starkami, a ze Starkami cóż bywało różnie. Nie była pewna czy można wpuszczać ich do Bliźniaków ale przecież nie mogła zabronić obcym tej podróży. Takiej mocy nie posiadała. -Będzie mi miło mieć takich odważnych towarzyszy podróży-powiedziała z nadmierna uprzejmością aby go nie urazić- Z tego co wiem Mormontowie są blisko z rodem Starków do których jak wiadomo jeszcze do nie dawna Dorzecze nie pałało przesadną miłością. Nie uczyni mi pan żadnej krzywdy? Uśmiechnęła się szeroko gotowa obrócić te słowa w żart gdyby okazały się ugadzające w mężczyznę.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pią Cze 28, 2013 6:33 pm

Nie powinna się przejmować nazwiskiem Mormont, przecież to jego ojciec wybierał sobie wrogów, a nie on. Damon prawie w ogóle nie przejmował się tym, co robi jego ojciec, więc też nie miał wrogów u Freyów.
- Również mi miło, moja Pani. - uśmiechnął się do niej, wysłuchał jej do końca, po czym odpowiedział.
- Mogę zapewnić, że nie uczynię Pani żadnej krzywdy, Freyowie nie są moimi wrogami. - uśmiechnął się do niej, pewnie go zrozumie i może wreszcie zwiną obóz i ruszą w stronę Bliźniaków.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pią Cze 28, 2013 10:55 pm

Posłała kolejny błyskotliwy uśmiech. -Trzymam pana za słowo. Czuła się dziwnie swobodnie ale jednocześnie postanowiła zachować czujność.- Trzeba nam szybko jechać. Mam nadzieję ,że szybko dotrzemy do Darry. Może tam nie spotkają nas nieprzyjemności. -zwróciła się do straży-Panowie , opatrzmy rannych i zbierzmy poległych. Nie wiedziała co zrobić z martwym więźniem Darrych. Nie był byle kim ale jego egzystencja nie przynosiła nic dobrego, przecież nie będą go wieźli ze sobą. Mają już dość trupiego ładunku. Być może nikt nie zauważył sceny w obozie ,no oprócz Mormontów. Tak ,stwierdziła ,że Mormontom nic do tego. -Tego jegomościa uciekiniera pochowajcie. Pokój jego duszy.Trzeba przyznać ,że  w pewnym sensie udało mu się uciec. Zrobiła ironiczny uśmieszek, kilku zbrojnych zaśmiało się pod nosem.
Kiedy byli gotowi Leona wsiadła na konia, w asyście kilku rycerzy podjechała do Mormonta. -Zatem zapraszam do towarzyszenia mi jak pan obiecywał. Musi pan opowiedzieć jak się panu podoba Dorzecze pomijając kilka krwawych szczegółów. Ruszyła powoli przodem oglądając się kiedy Mormont dołączy do niej.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Sob Cze 29, 2013 11:16 am

Uśmiechnął się, słysząc wypowiedź Panienki Frey, oczywiście musiał wywiązać się z obietnicy, nic nie mogło jej się stać, był teraz za nią odpowiedzialny.
- Dobrze więc, żołnierze, przygotujcie się do drogi! Pomóżcie oddziałowi Frey opatrzeć rannych. - zwrócił się teraz do Leony - Mam taką nadzieję, za dużo przygód jak na jeden dzień.- W sumie, jeńca, który przystawiał się do Leony, młody Mormont pozostawiłby na pastwę wilków i innych mięsożerców. Jednak to nie był jego jeniec, dlatego nie miał tutaj nic do powiedzenia. Uśmiechnął się sztucznie na wypowiedź Leony, Damon pomógł Leonie wsiąść na konia, po czym sam wszedł na swojego wierzchowca. Gdy ona powoli od niego się oddaliła, dołączył do niej i powiedział.
- Dorzecze? Nie jest tutaj tak samo pięknie jak w Wysogrodzie, ale ujdzie, przepraszam jeśli uraziłem. Jestem bardzo szczerą osobą, ale Dorzecze coś w sobie ma i bardzo lubię ten teren. - miał nadzieję, że Leona nie zezłości się na niego po tej wypowiedzi, zrobił się trochę czerwony na policzkach.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Sob Cze 29, 2013 12:40 pm

-Nie wątpliwie Dorzecze ma coś w sobie, widzę ,że dokładnie tak samo jak Niedźwiedzia Wyspa, choć nigdy nie byłam na Niedźwiedziej Wyspie. Rzuciła kokieteryjne spojrzenie.. –W Wysogrodzie również nie bywałam. Nigdy nie podróżowałam. Ledwo wyjechałam za próg Bliźniaków i proszę, same nieszczęścia. Nie boi się pan tak jeździć po świecie? Czasy są wyjątkowo niespokojne, we własnym domu nawet jest niebezpiecznie, sam król się o tym przekonał. Gdy było do kogo otworzyć usta ( a tym kimś był przybysz z daleka ,który nie jedno widział), droga mijała o wiele szybciej.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Nie Cze 30, 2013 11:10 am

- Na Niedźwiedziej Wyspie nie ma nic ciekawego, niemniej jednak, jeśli kiedyś będzie Panienka chciała się tam wybrać, chętnie Panience potowarzyszę. - uśmiechnął się do niej zadziornie, szkoda, że mało podróżowała, jednak była jeszcze młoda i pewnie ojciec zabraniał jej wyjeżdżać poza teren Dorzecza, no niestety, tak to już jest.
- Musi Pani się tam wybrać, to najpiękniejsze miejsce, jakie może Pani zobaczyć na własne oczy. Czy się boję? Nie boję się, umiem sobie poradzić, a jak wpadnę w tarapaty, Bóg Światła na pewno mnie obroni. - komuś wreszcie wyjawił swoją prawdziwą religię, jak pięknie, już po chwili mijali progi zamku Darrych.

z/t x2
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pią Lip 26, 2013 9:56 pm

Wiele mil za nimi, mości panowie i szlachetne damy! Czyli teren na Zachód od Krwawej Bramy.


Cztery dni, cztery długie dni minęły od momentu wyruszenia barwnej, bo niebiesko-żółtej kompanii Reinmara i Aylwarda spod Krwawej Bramy. Cztery dni, podczas których amia Baratheonów winna docierać już do Wickenod, skąd wyruszy w drogę powrotną do Końca Burzy. Sam Aylward nigdy nie zostawiłby swoich ludzi, gdyby nie obecność w wyprawie starego Lorda Estermonta. Jak się okazało, jedynie on potrafił uspokoić młodzieńczy zapał Jelenia, gdy po pamiętnej rozmowie z Arrynem przy akompaniamencie pieśni Sordella, trzy razy zmieniał swoją decyzję odnośnie podróży. Dopiero gdy Lord Greenstone zapewnił, że zna te wody lepiej niż własną sypialnię, z której i tak ostatnimi czasy z wiadomych przyczyn nie korzysta (czym wywołał w obozie długą dysputę na temat sprawdzonych sposobów na podwyższanie popędu seksualnego), Baratheon zadecydował, iż wyruszy z trzydziestoma jeźdźcami lądem, oczywiście w towarzystwie Reinmara. Sam Lord Estermont nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystał tematu sypialni i delikatnie nie zasugerował, że chętnie zobaczyłby swą córkę, Cassanę Estermont na ślubnym kobiercu u boku Aylwarda… co sam zainteresowany skwitował kilkoma pospiesznymi słowami na temat Lady Aryany Stark.
Aryana.
Na samo wspomnienie jej imienia serce Jelenia przyspieszało irracjonalnie, powodując u niego jednocześnie nieodpartą potrzebę sprawdzania po raz setny, czy dobrze wyczyścił topór i miecz po bitwie, czy zbroja lśni czystością, czy konie podkute, czy jeńcy napojeni, a może wyskoczą przed podróżą na polowanie, tylko nie myśl o Lady Stark… więc ponownie - sprawdzić broń, nakarmić konia, poprosić barda o pieśń, tylko nie myśl o Lady Stark… Gdy wojska Baratheonów wyruszały, rycerze burzy i Doliny robili to, co robiłby każdy wdzięczny sojusznik: obejmowali, obściskiwali, całowali w policzki. Rzucali niepewne uśmiechy, kręciło im się w głowie, wirowały dłonie, roześmiane twarze; i od początku - całowali nowych przyjaciół w policzki, obejmowali ich i obściskiwali. Buchały opary przyjaźni. Zaś w słodkawych oparach głowa Aylwarda była  niczym bańka unosząca się ponad kadzią wody wypełnioną wonnymi olejkami z Wolnych Miast. Takimi, w których Allya dbała o swoją, zdaje się - nieśmiertelną urodę, nucąc pod nosem tylko sobie znane melodie. I to właśnie wspomnienie siostry wzbudziło w Baratheonie poczucie niestabilności. Nie poglądowej, ale… uczuciowej. Takim zapamiętał siebie w dniu zwycięstwa - niestabilnym. Ilość śmierci, jaką obserwował i jaką zadał, pomogła zrozumieć mu jedno - że ponad wrodzoną, tak charakterystyczną dla niego życzliwość, powinny wzbijać się cechy właściwie jego siostrze. Powinien zatem być nieufny, nieufny i ostrożny, a świat winien  utknąć w jego nieufności i rozmywać granice między wahaniem oraz działaniami. Wszystko to zaś w słodkawym oparze wonnych olejków. Baratheon miał świadomość, że z każdą przebitą milą jest coraz bliżej Królewskiej Przystani - a tam czekać mogą na niego trzy kobiety. Trzy różne, ale i zadziwiająco podobne do siebie kobiety. Ravath, w której swoim uporem i decyzjami obudził smoka… i dla której jest jedynie przeszkodą, kłodą pod nogami, a nie, jak rozpaczliwie pragnął wierzyć - miłością życia. Była przecież także Aryana, której gniewny błysk w oczach na wieść o zaręczynach Aylward pamiętał doskonale do tej pory… być może właśnie to sprawiło, że ponad zwykłą, dworską życzliwość zaczęło wzbijać się inne, silniejsze uczucie wobec przyszłej żony. I nareszcie - Allya. Allya, u której wystarczyło jedno spojrzenie, jeden gest, nawet sposób, w jaki trzyma kielich, by Baratheon zaczął odczuwać większy lęk niż przed wszystkimi ostrzami wrogów podczas bitwy w Dolinie. Kobiety, kobiety… Aylward doskonale pamięta mądrość Aidana, wygłoszoną naturalnie po kilku głębszych kuflach ale: „Jeśli kobieta mówi, że jest zmęczona życiem, to najpewniej znaczy, że kogoś zamęczyła na śmierć.
Baratheon uśmiechnął się pod nosem z rozbawieniem na samo wspomnienie tych słów i popędził lekko konia, doganiając Reinmara, którego towarzystwo opuścił najpewniej podczas rozmyślań o nieodległej przyszłości.
- Idź do walki ufny w siebie, a wówczas - mogę ci przysiąc, oprze ci się z pięknych kobiet zaledwie jedna na tysiąc. - na ustach Aylwarda wykwitł szeroki uśmiech, zupełnie jakby dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć dziewic tańczyło przed nim nago na leśnej polanie. - Mam ochotę na jarząbki w śmietanie. A dlaczego by nie, przyjacielu! Znajdźmy karczmę i zjedzmy pierdolone jarząbki w śmietanie! - jarząbki w śmietanie, piękna sprawa. Problem w tym, że kilka mil wcześniej minęli przybytek i najpewniej sporo wody upłynie w Czerwonych Widłach nim po raz kolejny nadarzy się sposobność na zjedzenie nieszczęsnych jarząbków. Zatem - Baratheon musi obejść się smakiem. Nie oznacza to bynajmniej, że porzuci temat ucztowania, bo jak na prawdziwego Jelenia przystało…
- Postój! - zarządził krótko, spinając konia i pospieszając ku niewielkiemu laskowi przy trakcie, w którego cieniu będą mogli rozprostować nogi… i napoić konie, bowiem już z drogi dało się słyszeć szum wody. - Okręcie mój, rzuć kotwicę! - zawołał z rozbawieniem, widząc jak ludzie jego sojusznika wahają się przed ruszeniem w ślad za rycerzami burzy, nawykłymi już do sposobu bycia Aylwarda. By poznać Baratheona na dobre, potrzeba wielu lat… i nade wszystko wytrwałości. Na polu bitwy jest niczym sztorm, którego nie powstrzyma siła ludzka, jeśli jednak przychodzi moment relaksu i radości… jedynie miecz przy pasie i bystre spojrzenie świadczą, że Jeleń nie zapomina o swym powołaniu, jaką jest wojaczka. - O miłowania potędze, odpocząwszy chwilę jedną, śpiewać będę jak królika uwędzę. - podsumował spokojnie, kiwając potakująco głową jednemu ze swych jeźdźców. Na ten gest z konia zeskoczył młody, mający najwyżej dwadzieścia dni imienia rycerz, którego od reszty kompani odróżniał łuk i kołczan przytroczony do siodła. Chłopak z uśmiechem na ustach odczepił wspomnianą broń od kulbaki i zupełnie jak cień zniknął pomiędzy drzewami. Mina Aylwarda dobitnie świadczyła, że za godzinę będą mogli cieszyć się niezgorszą potrawką z zająca.
- Sordello, bądź tak miły i wyręcz mnie w poezji. - Baratheon, wyraźnie zadowolony z powrotu na południe, odpiął spod szyi sprzączkę w kształcie błyskawicy i rzucił na zieloną trawę płaszcz, po chwili usadzając się na nim z cichym westchnięciem. - Moja siostra cały czas próbuje przekonać mnie, że powinienem zajmować się szermierką, nie śpiewaniem… bo to pierwsze wychodzi mi znacznie lepiej. - tym razem Aylward najpewniej zwrócił się do Reinmara, choć rozkulbaczający konie jeźdźcy zarechotali z rozbawieniem, usilnie starając się przekonać przyszłego Lorda burzy, że nie ma tragedii. Bo jest znacznie gorzej.
- A Twa siostra Reinmarze, Lady Anna… też jest tak urocza jak kochana Allya? - Baratheon raz w życiu spotkał młodą Arrynównę… i z ręką na sercu może przyznać, że był to jeden z piękniejszych dni, jakich dożył, wszystko zaś dzięki urodzie Lady Arryn, tak różną od południowego typu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Sob Lip 27, 2013 1:43 pm

j.w.


Bard skończył śpiewać. Pochyliwszy lekko głowę, powtórzył na nyckleharpi motyw przewodni ballady, delikatnie, cicho, o ton wyżej od akompaniującego mruczenia. Byli w drodze cztery dni, prąc Królewskim Traktem do stolicy prawie bez wytchnienia. W takim momentach nie wydaje się dziwnym, że po czterech dobach, nikt nie miał ochoty na rozmowy w prażącym popołudniowym słońcu . Oprócz cichnącej muzyki słychać było wyłącznie szum liści i skrzyp konarów olbrzymiego dębu oraz szemrzący niedaleko drogi potok. Sordello przesunął opuszkami palców po strunach instrumentu i oparł podbródek na klatce piersiowej, wyraźnie pogrążając się w tylko sobie znanych myślach. A potem nagle Aylward Baratheon spiął konia, recytując nieznaną Lorathijczykowi, choć nie pozbawioną szczerej prawdy poezję. Bard uniósł gwałtownie głowę na słowo „jarząbki w śmietanie” a potem jeszcze wyżej, gdy padło hasło postoju. Przez krótką, króciutką chwilę wyglądał jak hart węszący łanię. Była to jednak wyłącznie najdogodniejsza pozycja do obserwacji reakcji jeźdźców spod chorągwi jelenia na złotym polu. Ożywili się natychmiast i rączo ruszyli za młodym dowódcą, który zdążył już zeskoczyć z konia i zrzucić z silnych ramion bogato zdobiony płaszcz. Czujnemu wzrokowi Sordella nie umknęła nawet złota broszka w kształcie pioruna, spinająca chwilę wcześniej materiał pod szyją Baratheona. Lorathijczyk zsiadł z konia i usiadł niedaleko Aylwarda, zachowując jednak na tyle sporą odległość, by bliżej Jelenia mogli zasiąść inni bardziej… hm, istotni towarzysze. Bard oparł o kolano nyckleharpię i podjął melodię doskonale znaną w całym Westeros, zapewne nawet za Murem.
- Żona Dornijczyka była piękna jak wiosna… - zaczął głębokim, spokojnym głosem, unosząc głowę i rozglądając się po twarzach jeźdźców Jeleni i Orłów, którzy powoli zaczęli nucić balladę. - Jej pocałunki jak słońce gorące, ale miecz Dornijczyka z czarnej wykuty stali pocałunki miał ostre i tnące... - po chwili nucenie przeszło w śpiew, najpierw jednego, potem drugiego, kolejnego… i następnego żołnierza. - Żona Dornijczyka przy kąpieli śpiewała, głosem słodkim jak kwiaty kwitnące, ale miecz Dornijczyka miał swą własną piosenkę, a jego dotyk był zimny jak studnia… - ostatnie słowa podejmowało już kilkanaście męskich gardeł, jednak do końca ballady było jeszcze daleko… a do barda zbliżali się kolejni wojacy, którzy z chęcią przyłączą się do chóru głosów. - Kiedy leżał na ziemi, mrok go zewsząd otaczał, czuł, że krew mu już język zalewa. Bracia przy nim uklękli, odmówili modlitwę, a on zaśmiał się w głos i zaśpiewał…! - tym razem Sordello zamilkł, pozwalając, by wyręczyli go żołnierze Arrynów i Baratheonów. Można rzec, że przeczucie go nie zawiodło - nie było w obozie mężczyzny, który nie śpiewałby głośno:
„Bracia ach bracia moje dni skończone,
Życie zabrał mi Dornijczyk szalony,
Ale to nic nie szkodzi, wszyscy umrzeć musimy.
A jam poznał smak jego dziewczyny!”

Podczas ostatnich wersów Sordello wstał i wygrywając ostatnie takty, ruszył w stronę swego konia. Odwiesił ostrożnie nyckleharpię i zamienił ją na łuk oraz kołczan, przytroczone do tej pory do siodła. Popołudnie zapowiadało się naprawdę ciekawie, jako jedno z tych wspaniałych popołudni, które istnieją wyłącznie po to, by spędzać je na długotrwałym i słodkim nic nierobieniu, aż do rozkosznego zmęczenia się lenistwem. Rzecz jasna, błogostanu takiego nie osiąga się ot tak sobie, bez przygotowania i bez planu, uwaliwszy się w pozycji horyzontalnej byle gdzie. Nie, nie. Wymaga to poprzedzającej aktywności, tak intelektualnej jak i fizycznej. Na nieróbstwo, jak mawiają, trzeba sobie zapracować.
Aby tedy nie stracić ani jednej ze ściśle wyliczonych chwil, z których zwykły się składać rozkoszne popołudnia, Sordello przystąpił do pracy. Gdy żołnierze rozochocili się na tyle, by bez akompaniamentu barda śpiewać „niedźwiedzia i dziewicę cud”, Lorathijczyk udał się do lasu i wkroczył doń, całkowicie pozbawiony wahania. Strzały w kołczanie podskakiwały z cichym szczękiem, gdy przeskakiwał nad kolejnymi ściętymi bądź powalonymi konarami, zaś łuk przewieszony przez ramię co raz zahaczał o chciwe gałęzie drzew. Sordello bez zgubnego w takich razach pośpiechu odszukał odpowiadające kanonom sztuki drzewo i wspiął się na nie z gracją godną kota. Następnie dokonał wyboru właściwego konara, który dałby mu na tyle swobody, by mógł operować bronią, po czym usadowił się wygodnie, wystawiając twarz do grzejących promieni. Słoneczko przygrzewało, kora pachniała, ptaszęta i owady śpiewały na różne głosy swą odwieczną pieśń. Położył się na konarze, zwiesił malowniczo dłoń z dzierżonym w niej łukiem, oparł podbródek o klatkę piersiową, zamierając tak w bezruchu. Już miał zamiar zapaść w błogi letarg, już gotów był zademonstrować całemu światu bezbrzeżne lekceważenie, gdy nagle dostrzegł ciemny punkt na ziemi, który poruszał się szybko.
Sordello uniósł głowę. Każdy kłusownik w normalnych warunkach zniżyłby się do skupiania uwagi na poruszających się w runie ciemnych punktach, albowiem w normalnych warunkach takie punkty w większości wypadków okazują się ptakami. Statystyka po raz kolejny nie zawiodła Lorathijczyka - na ściółce podskakiwał cietrzew, sądząc zaś po czerwonej plamce na głowie - samiec. A skoro jest samiec, do tego nawołujący przeciągle „jokk”…
… będzie i samica. Sordello bezszelestnie wysunął z kołczanu strzałę i zsunął ze stopy lekkiego buta, który już po chwili pomknął w stronę ziemi, na którą opadł z charakterystycznym plaśnięciem. W działaniu Lorathijczyka nie było przypadku, jak to zwykle w jego wykonaniu - ptak poderwał się do lotu, a wraz z nim…
… ukryta w krzakach samica. Bez cienia napięcia na twarzy bard błyskawicznie posłał w stronę samca pierwszą strzałę i nie śledząc nawet jej lotu, natychmiast sięgnął po drugą, już po chwili wypuszczając grot w kolejnego ptaka. Dwa ciche pacnięcia, tak podobne do dźwięku upadającego na ziemię buta, wystarczyły, by przekonać Sordella, że nie chybił. Wszak nigdy nie chybia. Lorathijczyk z gracją zsunął się z gałęzi, lądując miękko na ściółce. Wciągnął na nogę obuwie i zarzucił na plecy kołczan, z cichym pogwizdywaniem „Żony Dornijczyka” podnosząc dwa leżące nieopodal siebie, trafione w cienkie szyje ptaki. Zaledwie kwadrans później wkraczał do rozłożonego już obozu Arrynów i Baratheonów, z dwoma cietrzewiami powieszonymi za nogi na prowizorycznej żerdzi, opartej o ramię.
- Jarząbków niestety nie uraczyłem. - stwierdził spokojnie, rzucając giermkowi Aylwarda Baratheona jeszcze ciepłe ptaki. Co bystrzejsi, a zatem i sam Baratheon wraz z Reinmarem Arrynem, zaczną się zastanawiać, skąd u zwykłego barda zdolności kłusownicze… zaś o nic innego, jak właśnie o to chodziło Lorathijczykowi.
Ciekawość.
Pytania.
Odpowiedzi, często mijające się z prawdą.
Po trupach cietrzewi do celu. Ciekawe, czy takie powiedzenie się przyjmie…
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Zza Muru
Liczba postów :
145
Join date :
10/05/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Pon Lip 29, 2013 5:55 pm

Prawdę mówiąc Vera miała już dość tego obozu i namiotów. Jeszcze bardziej miała dość tych przeklętych narad i rozmów o polityce i wojnie. Na co to komu. Już dawno przestała się nad zastanawiać i próbować zrozumieć o co im właściwie chodzi. Czasami tęskniła do siebie, tam wszystko było tak bardzo proste, a jednocześnie brutalne i niebezpieczne, a tu... tu wszystko było inaczej, a zanosiło się, że zobaczy jeszcze dziwniejsze rzeczy i osoby, wyruszali bowiem do stolicy, a ona razem z nimi, gdzie tam Reinmar zostawiłby swoją Białą Zjawę!
Póki nie opuścili doliny Vera dosiadała swojego białego basiora, a przy nim kroczyła żwawo biała jak śnieg wilczyca, ptaki krążyły nad głowami pochodu, a Vera co jakiś czas korzystała z ich oczu, by sprawdzić, czy karawana nie zbliża się do jakiejś przeszkody. Własnie, w pochodzie kobieta dostrzegła nową osobę. Śpiewaka by się zdawało, bo i w podróży już widywała jak ten grajkował i śpiewał rwąc ludzi do tego samego. Sama jednak nie przemówiła do niego, z resztą trzymała się na uboczu. W pierwszych dwóch dniach gdy dosiadała basiora to do niej nikt się nie zbliżał w lęku o własne życie, a potem, to ona trzymała się cicho. Gdy opuszczali bowiem Dolinę pokłóciła się solidnie z Reinmarem o to, że nie może w dalszej podróży dosiadać basiora a i wilczycy przy boku też mieć nie powinna. Musiała posłać wilki do lasu, by tam równolegle z pochodem się przemieszczały. Oczywiście dzika nie chciała na to przysłać, nie mogła zrozumieć dlaczego nie może jechać na basiorze poza Doliną skora tam mogła. No tak, była odmieńcem w śród tych wszystkich zakichanych południowców. Musiała odesłać wilki, ale ptaki zatrzymała, to już nie było tak dziwne jak jazda na ogromnym białym wilku. Musiała dosiąść więc konia, dostała jednego, pięknego siwka z całym oporządzeniem. Gdyby nie jej zwinność zleciałaby z niego po kilku pierwszych metrach. Pół godziny później została w tyle kompani, by zniknąć na jakiś czas. Gdy dogoniła wszystkich, jechała bez uzdy i na oklep co wychodziło jej zdecydowanie lepiej, a i konisko zdawało się być zadowolone z dobrego jeźdźca bez siodła, niż z pokraki w siodle.
Gdy zarządzono postój i zaczęto rozbijać obóz, ona zajęła się swoim towarzyszem podróży - siwkiem. Prawdę mówiąc dotąd to właśnie wspaniałe konisko było jej najmilszym towarzystwem, bo mimo tylu ludzi w koło, ciepła Reinmara w nocy pod futrami, dziewczyna z dalekiej, nieznanej nikomu tu północy, czuła się samotna. Z każdym krokiem zapuszczała się coraz dalej w nieznane, coraz dalej od domu...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Wto Lip 30, 2013 4:20 am

Wyjechali z miasta tuż przed zmrokiem. Konie niosły ich na północ, Królewskim Traktem. Vardis nigdy nie przepadał za takim sposobem podróżowania, wiadomo, wolał płynąć statkiem, jednak nie był jakimś strasznie słabym jeźdźcem. Co prawda jego umiejętności mogłyby się okazać zbyt słabe jak na walkę, długą, konną podróż znosił jednak stosunkowo nieźle. W każdym razie dobrze było się wyrwać z miasta, poczuć trochę tej tak cennej dla żelaznych ludzi wolności. Szkoda tylko, że wkoło było morze traw, a nie falująca woda... Vardis odruchowo chwycił swój wisiorek - talizman wypełniony słoną, morską wodą, który zawsze nosił przy sobie.

Jadąc nie oszczędzali koni. Były silne i świeże, a im się spieszyło. Stal przy ich bokach pobrzękiwała cicho w rytm ruchów wierzchowców. Topiciel nie skąpił im smoków. Mieli nowe wyposażenie, broń, kruki... Co tylko było im potrzebne. Sztandar z symbolem Egzekutora łopotał ponad głowami. Po ostatnich walkach, które przetoczyły się przez ziemie Dorzecza i Doliny, oraz po wzmożonej aktywności ludzi z wysp w tych regionach, był on aż nadto rozpoznawalny. Nikt nie powinien ich niepokoić po drodze.

Vardis obejrzał się za siebie. Było ciemno, jednak rozgwieżdżone niebo pozwalało dojrzeć sylwetki jeźdźców, którzy za nim podążali. Ludzie Castera. Najlepsi z najlepszych. Zaprawieni w rajdach i walkach. Żeglarz uśmiechnął się do siebie. Pomyśleć, że robią teraz za jego obstawę... dziwne są koleje losu. Łącznie z Vardisem jeźdźców było ostatecznie 15. Całkiem pokaźny oddziałek, z którym na pewno trzeba by się było liczyć w przypadku mniejszego starcia.

Królewska Przystań powoli znikała gdzieś w ciemności za nimi. Oni jechali dalej, nie przystając dłużej, niż było to absolutnie konieczne. Mijanych ludzi obserwowali jednak uważnie. Ludzi, a przede wszystkim herby, pod którymi występowali. Niech wszyscy śmieszni bogowie, w których nieopatrznie wierzą ludzie tych ziem, mają w opiece osoby występujące pod tym, na który polowanie właśnie się zaczynało.

[zt]
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Wto Lip 30, 2013 1:11 pm

Gdy wyruszali spod Krwawej Bramy, świeciło słońce i wiał orzeźwiający wiatr. Nie było ich wielu, przynajmniej w porównaniu z armią, która poprzedniego dnia stoczyła bitwę. Kilkudziesięciu konnych było zaledwie grupką przy tysiącach zbrojnych, których zostawiali za sobą. Wśród tych zbrojnych zaś panowało niezwykłe poruszenie. Dowódcy wydali rozkazy, które podwładni musieli wykonać z największą skrupulatnością. Żołnierze spod sztandaru Orła żegnali wojowników spod znaku Jelenia. Nic tak nie jednoczy jak wspólna bitwa, wspólne przelewanie krwi, wspólne zwycięstwo i... wspólne picie wina oraz chędożenie dziewek. Nie dziwota więc, że zwycięzcy żołnierze solennie obiecywali sobie, że nadejdzie jeszcze pora, gdy znów staną ramię w ramię przeciwko wspólnemu przeciwnikowi. Niektórzy wymieniali się zdobyczami wojennymi, sztyletami bądź zdobnymi zbrojami. Zawarte przyjaźnie musiały jednak poczekać. Rozkazy były rozkazami. Ziemie Burzy czekały na powrót zwycięskiej armii, a ludzie Arrynów również nie zamierzali dłużej koczować u wrót Krwawej Bramy. Bitwa była skończono, a mówiono, że jest już i po wojnie.

Jedynie główni dowódcy ze swymi przybocznymi ruszyli do stolicy. W kompani, oprócz gwardzistów, znalazło się również miejsce dla Very Wilczej Skóry, Białej Zjawy, żegnanej przez ludzi z Plemion oraz Sordello Lotharijczyka, pięknego barda o uwodzicielskim głosie, żegnanego westchnieniami dziwek. Dni w podróży nie mijały tak szybko, jakby życzyli sobie tego zniecierpliwieni dowódcy. Z drugiej jednak strony, towarzystwo było zacne. I choć rzycie bolały od długiej jazdy, to każdy rad był zasiąść wieczorem przy ognisku, słuchając Sordella po raz setny opiewającego odwagę żołnierzy i dowódców w Obronie Doliny. Inni zaś woleli szukać towarzystwa Wilczej Skóry, która swym męstwem zyskała sobie szacunek żołnierzy. Wszyscy zaś radowali się towarzystwem jak zwykle pogodnego Aylwarda, przy którym nawet Reinmar zdawał się mniej chmurny. Ten ostatni zaś nie miał prawa na nic narzekać, jako jedyny z kompani mogąc co noc zaznać rozkoszy z kobietą. Co wcale nie znaczy, że wszystko było kolorowe i piękne. Już na samym początku podróży bowiem musiał wyperswadować Verze jazdę na wilku. Co wcale nie było łatwym zadaniem. Zamiast basiora, Wilcza Skóra na wierzchowca dostała pięknego siwka, nie tak wielkiego i wytrzymałego jak kary rumak Reinmara, lecz zapewne śmiglejszego.

Czwarty dzień podróży nie różnił się niczym od poprzednich. Może poza tym, że przy wieczornym ognisku rozmowy skierowały się na tematy rodzinne.
- Moja siostra, Aylwardzie - powiedział kiedyś Arryn do młodego Baratheona - jest bez wątpienia najbardziej uroczym z naszego rodu. Nie żeby to było trudnym zadaniem.
Reinmar popił wina z bukłaku.
- Mawia się, że rodziny się nie wybiera. Ja jednak należę do tych szczęśliwców, którzy gdyby mieli taką możliwość, wybrali by właśnie taką jaką mają.
Był w dobrym nastroju. Póki co, wszystko szło dobrze. Wygrali wojnę, król oraz Tully zaakceptowali ich warunki. Zyskał niezastąpionego sojusznika, a u boku miał najdzikszą z kobiet po tej stronie Muru. Ba, nawet bard (który był nader interesującym człekiem), przygrywał wdzięczniej niż można by się spodziewać. A ballady rzeczywiście trafiały w ucho.
- Znakomite pieczyste, Sordello - pochwalił barda i jego umiejętności łowieckie.
Odszukał wzrokiem Verę.
- Robi się coraz cieplej, hę wilczyco? - rzucił w jej stronę. Faktycznie, im dalej posuwali się na południe, tym bardziej zmieniała się pogoda. Na cieplejszą. Reinmar wiedział, że Verze może to nie odpowiadać, lecz mimo to... Chciał ją mieć u swego boku. Nie wiedział dlaczego, ale chciał.

Tymczasem jednak, po nocy jak zwykle nastał ranek i pora by ruszać dalej. Żołnierze osiodłali i napoili konie. Zjedzono również pospieszne śniadanie. Przed nimi był kolejny dzień spędzony w siodłach...

[towarzystwo zt]

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze, Seagrad
Liczba postów :
257
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga Królewska   Sro Sie 07, 2013 12:35 am

Nieśmieszna sprawa, ale dla Mallisterów wojna zakończyła się zanim się zaczęła. I nie chodzi nawet o to, że liga lordów Dorzecza nie stoczyła ani jednej bitwy od kiedy podjęto decyzję o marszu na Rivverrun. Bardziej bolesny dla dumnego rodu był fakt, że ich armia nawet nie dotarła na miejsce. Tłumaczyć ich mogło wiele, niestawienie się części wojsk, nieobecności, groźny wypadek jaki przytrafił się głównodowodzącemu czy też może zwyczajny zbieg niesprzyjających okoliczności. Ale nie było to żadne usprawiedliwienie. Liczyło się tylko to, że kiedy losy Dorzecza stanęły na szali Mallisterowie błąkali się bez celu, tłukli głowami w ściany i w najlepszym wypadku gzili się z okolicznymi dziewkami po krzakach. Ale nie zrobili niczego do czego czuli się zobowiązani. Decyzje zostały podjęte, a Mallisterowie zostali bez żadnego wpływu na ich kształt. Dlatego właśnie Trevet ruszył na południe, żeby wreszcie zacząć działać tak jak przypadło znacznemu rodowi Dorzecza. A mimo zakończenia konfliktu sytuacja nadal nie była jasna. Najistotniejszy był nowy senior Tridentu, to kogo wskaże król wpływało na sytuację Mallisterów i to w istotny sposób. Ród Tullych został zmasakrowany. Teraz w grę wchodził najmłodszy syn - Quentyl lub... ewentualny małżonek, którejś z córek lorda. Wobec osłabionej pozycji Tullych znaczenie dziewczyn rosło gwałtownie. Z uczty koronacyjnej Trevet dobrze pamiętał uroczą Artemis i nieco gorzej jej starszą siostrę Ariel. Jedna była zaręczona z Lannisterem, a druga... Trevet nie miał pojęcia z kim. Obie były na dworze w Królewskiej Przystani czyli w najlepszym miejscu, żeby wydać je za kogoś kto mógłby być zagrożeniem dla dawnej pozycji Dorzecza. A to byłoby niedogodne. Dlatego Trevet z niewielkim orszakiem ruszył w stronę stolicy. Decyzja należała do króla, ale gdyby władca w swej wielkiej łaskawości zechciał zasięgnąć opini stosownych lordów, któryś Mallister musiał być na miejscu i w dyskretny sposób wskazać właściwą osobę.
- Zapada już zmrok, ser - Jego przyboczny dogonił jadącego na przedzie Treveta - Czy mamy rozbić obóz na noc?
- Droga jest równa, księżyc w pełni i jasno świeci, a ja pragnę być na miejscu jak najszybciej. - Trevet odpowiedział dość oschle i formalnie - Jeszcze ktoś nas zaczepi i dostarczy uciechy. - Od czasu pamiętnego wypadku młody Mallister miał wyjątkowo jasne i doprecyzowane zdanie na temat wszelkich banitów, a także tego jaką pozycję powinni przybrać wisząc na drzewach.
Droga była prosta, a szlak zadbany więc rycerz i trzydziestu lekkozbrojnych kopijników, którzy mieli być jego eskortą przemieszczali się dość szybko. Żaden z jeźdzców nie był zadowolony z decyzji dowodzącego co dawali jasno do zrozumienia w mało subtelny sposób opowiadając o wszystkich wypadkach o jakich słyszeli a spowodowanych nieostrożną jazdą, ale ten dość śmiały sposób skargi został bezlitośnie zignorowany przez Treveta. Do celu była daleka droga, on sam był mocno spóźniony i nie zamierzał tracić więcej czasu niż to było absolutnie nieuniknione.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Droga Królewska   

Powrót do góry Go down
 

Droga Królewska

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Droga Królewska
» Droga do Hogsmeade
» Droga obok lasu
» Droga z Magnolii do Shirotsume
» Główna droga

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze-