a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Pole turniejowe - Page 2



 

 Pole turniejowe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Pole turniejowe   Sro Maj 22, 2013 3:42 pm

First topic message reminder :

Punkt centralny każdego turnieju - to tutaj mają miejsce najważniejsze rozgrywki, tutaj poleje się krew, pot i łzy! Czasami na raz. Pole turniejowe rządzi się pewnymi, odgórnymi prawami, których nie należy łamać - nade wszystko, zabronione jest wchodzenie na jego teren podczas odbywania się turnieju przez osoby z widowni oraz innych nieupoważnionych uczestników widowiska. Na samym środku pola znajduje się część, na której prowadzona jest walka na kopie - przez środek terenu biegnie drewniana bala, wyznaczająca tory dla jeźdźców. W północnej części pola stoją tarcze, do których mierzyć będą łucznicy, zaś w południowej - znajduje się miejsce do potyczek na miecze.

Sam turniej odbędzie się według wyznaczonej kolejności:
jako pierwsi wystąpią łucznicy, następnie obserwować będziemy walkę na miecze i na sam koniec, najszlachetniejsza konkurencja - walka na kopie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
342
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Pole turniejowe   Wto Lip 02, 2013 5:12 pm

MG

Jakby w odpowiedzi na to wszystko nadszedł herold królewski. Jak zawsze z poważną miną, wyprostowany, swym głosem zwracał uwagę wszystkich, a prosił wtem o spokój i posłuch wśród zebranych i zdenerwowanych trupem Kraken gości i uczestników Turnieju. Gdy uwagę godną zyskał przemówił. Wieści miał zaiste nietęgie, tak i dla gości, jak i dla bohaterów którzy stawali w szranki by o chwałę swego Domu walczyć. W zaistniałych okolicznościach zamachu na życie Miłościwie Panującego Króla Aerysa Drugiego, spisek przeciw Koronie i Rodzinie Królewskiej, wojnę w Dolinie Arrynów i ogólne napięcia między Wielkimi Rodami Westeros, by uniknąć dalszych niesnasek, a przynajmniej je zminimalizować, odwołano Turniej. Król w swej mądrości podjął taką decyzję, mimo, że radykalną, zapewne mądrą, bo to i każdy teraz będzie mógł z czystym sumieniem zająć się własnym Domem jak i Korona zaoszczędzi tysiące smoków, które wydać będzie mogła na walkę z suszą w królestwie.


Turniej uważam za zamknięty!




Niniejszym postanowieniem w Królewskiej Przystani mija od Turnieju trzy tygodnie - by wyrównać czas, który jest obecnie w Dolinie Arrynów i Dorzeczu. Gracze mogą dokończyć swoje wątki w aktualnych tematach. W nowych miejscach piszą już z uwzględnieniem minionego czasu. Pozwala to też przemieścić się między lokacjami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Pole turniejowe   Pią Lut 21, 2014 11:03 am

Na ubitym terenie, gdzie ongiś odbył się turniej ku czci króla, przez kilka ostatnich dni wznoszono drewniany, szeroki podest, nad wyraz prosty... i w swej prostocie budzący grozę. Umieszczenie go na samym środku pola, umożliwiło potencjalnym widzom dokładne śledzenie tego, co wkrótce zajdzie na ukończonym dziś podwyższeniu, zwłaszcza zaś tym, którzy zasiądą w loży lordowskiej, przystrojonej na dzisiejszą okazję czerwonymi jak krew liliami. Kolejny dzień lata w Królewskiej Przystani był nad wyraz pogodny, delikatna bryza ciągnąca znad zatoki sprawiała, iż upał nie dawał się uciążliwie we znaki, a sama stolica, zwykle pogrążona w nieustającym hałasie, sprawiała wrażenie cichszej niż zwykle - co zapewne było spowodowane przygotowaniami do pogrzebu królowej. Chorągwie rodu Targaryen powiewały na nieśmiałych podmuchach wiatru i choć było ich dwukrotnie więcej niż innych herbów, na rozkaz króla wywieszono również godła rodu Arryn, Bracken oraz, zaledwie przed kilkoma chwilami, rodu Lannister - co stanowiło dla postronnych czytelny znak, iż podczas sądu obecni będą ich przedstawiciele.

Gdy na nieboskłonie słońce zaczęło powoli schodzić z zenitu, na sąd jęli zmierzać pierwsi uczestnicy, głównie kupcy, którzy również dopuszczeni zostali do dzisiejszego wydarzenia. Nikt nie wątpił w to, iż wkrótce na miejscu kaźni zjawi się i Lord Raventree Hall w towarzystwie królewskiego kata, ser Meryna. Największe emocje jednak zdawała się budzić myśl o przybyciu Aerysa II Targaryena - gawiedź wprost nie mogła doczekać się, by ujrzeć swego władcę w żałobie. Jednak, jak to zwykle bywa na podobnych sądach, wszyscy najbardziej pragnęli tylko i wyłącznie jednego: widoku krwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Raventree Hall
Liczba postów :
30
Join date :
24/06/2013

PisanieTemat: Re: Pole turniejowe   Wto Lut 25, 2014 6:52 pm

Więc w końcu ten dzień nadszedł. Gdzieś w środku Edmund wiedział, że to będzie jego ostatni dzień, mimo to pobyt w lochu przygotował go na to co miało nadejść, cokolwiek by to nie było, tak przynajmniej mu się zdawało. Tak naprawdę nikt nie wie, co może chcieć zrobić król. W ciemnym lochu, w samotności jest sporo czasu na rozmyślanie nad swoimi czynami. Cały czas jaki spędził w lochu poświęcił właśnie na podsumowanie tego co zrobił i zastanowienie nad tym, co mogą mu zrobić. Czuł się trochę paskudnie z tym co zrobił, nie potrafił jednak wytłumaczyć co go do tego skłoniło. Zapomniał coś, czego na ogół zapomnieć się nie da. Wiedział jednak, że cokolwiek by go do tego skłoniło, w oczach króla wciąż będzie zdrajcą, zapewne jednym z wielu, a w oczach reszty zwykłym łajdakiem. Starzy Bogowie zdawali się być obojętni na jego los albo po prostu ich moc nie sięgała tak daleko na południe.
Edmund coraz bardziej zaczynał wątpić, czy rzeczywiście są oni tymi odpowiednimi bogami, tymi, którzy oprócz słuchania potrafią też coś zrobić. Nie zamierzał jednak pod koniec nawracać się na Siódemkę, to byłoby poniżej jego honoru. Jednak mimo tego wszystkiego zdawał się nad wyraz spokojny. Nie stawiał oporu, posłusznie przeszedł całą drogę, aż na pole turniejowe, nie zwracając uwagi na złośliwe docinki prowadzących go strażników, a raczej rycerzy.
Królewska Przystań była niezwykle cicha, jeśli plotki mówiły prawdę, to było to najbardziej gwarne miejsce królestwa. Najwyraźniej stało się coś, co wstrząsnęło całym miastem. Najwyraźniej wydarzyło się to podczas pobytu Edmunda w lochach, mimo to nikt nie powiedział mu co się stało, a i on sam nie zamierzał pytać o to nikogo. Gdy tylko dotarli na pole turniejowe, Blackwood od razu zauważył dość sporą liczbę ludzi zbierających się, by ujrzeć to co miało nastąpić. Najwyraźniej jego śmierć miała być wielkim widowiskiem dla zebranych. Drewniany, płaski, podest, na który go zaprowadzono nie zdradzał jednak jaka kara mogła go spotkać i to właśnie zaczęło go stresować. Po chwili jednak zrozumiał, że może to być tylko miejsce sądu, do pokazania poddanym królewską sprawiedliwość, a miejsce jej wymierzania będzie gdzieś indziej. I taką też miał nadzieję, całe to miejsce zdawało mu się niezwykle nieprzyjemne do umierania. Króla nie było widać nigdzie wokoło. Albo miał coś w sobie z kameleona, albo po prostu jeszcze go nie było. Pozostało tylko cierpliwie czekać na sąd i karę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Raventree Hall
Liczba postów :
30
Join date :
24/06/2013

PisanieTemat: Re: Pole turniejowe   Sro Mar 05, 2014 10:33 pm

Blackwood spojrzał niepewnym wzrokiem na katowski topór. Na jego twarzy przez chwilę było widać zaniepokojenie, można nawet powiedzieć, strach. Do tej pory wizja śmierci wydawała mu się nieco odległa, mimo iż miała ona nastąpić jeszcze tego dnia. Mimo to czuł się nieco spokojniejszy wiedząc co go czeka. Pogłoski o profesjonalizmie królewskiego kata doszły nawet do Raventree Hall, więc jeśli tylko tak zechce, ukróci Edmunda o głowę szybko i bezboleśnie. Edmund szybko opanował nerwy, tak jak to jest możliwe na człowieka, który ma być zaraz ścięty przed całym miastem. Następnie odwrócił się w stronę loży, w której siedział władca Siedmiu Królestw, Aerys II Targaryen. W jego głowie nagle zapanowała pustka, tak jak jeszcze w lochach parę razy potrafił sobie wyobrazić tę sytuację i swoją odpowiedź na pytanie o ostatnie słowa, tak teraz nie wiedział co powiedzieć. Na polu turniejowym panowała prawie całkowita cisza, widocznie każdy był ciekaw ostatnich słów zdrajcy. Mogłoby się wydawać, że taka cisza będzie trwać całe popołudnie, lecz nagle Edmunda olśniło. Skłonił się w kierunku loży jak najdostojniej potrafił, choć i tak krzywo to wyglądało.
-Królu i inni szlachetnie urodzeni, zgromadzeni tu dzisiaj. Przyznaję się do wszystkiego, o co jestem oskarżony, bo i nie sposób tym oskarżeniom zaprzeczyć. Nie mam też nic na swoje usprawiedliwienie, bo i nic nie mogłoby usprawiedliwić moich czynów. Nie proszę też o łaskę, bo i wiem, że na takową nie zasługuję. - Edmund umilkł na chwilę, a gdy wszyscy już myśleli, że to koniec, kontynuował. - Zaś jedyne o co proszę Waszą Wysokość to sprawiedliwy wyrok. - Blackwood skłonił się ponownie i w celu ukazania swej skruchy, począł patrzeć nie na króla, lecz na podest pod nim, śmieszna sprawa, zaraz potoczy się tu jego głowa...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Pole turniejowe   Nie Lut 22, 2015 6:07 pm

W nocy spadł deszcz.
Zimne, bliźniacze krople mknęły ku suchej ziemi gęstą kaskadą, by w końcu zetknąć się z zakurzonymi murami Czerwonej Twierdzy w masowym samobójstwie. Natura zdawała się rozpaczać nad tymi, których życie kolejnego dnia miał zostać ukrócone ostrzem Nieznajomego – i choć imiona ofiar pozostawały tajemnicą, niebo opłakiwało poległych niemal do świtu, zamieniając wąskie uliczki Zapchlonego Tyłka w leniwe potoki. Pod łzami ugięło się również pole turniejowe, zamieniając jego grunt w zdradliwą, podmokłą maź. Na szczęście jeszcze wieczorem nad trybunami rozciągnięto płachty, dzięki którym udało się uniknąć zamoknięcia siedzisk przeznaczonych zarówno dla widzów, jak i sędziów oraz sądzących.
Gdy zza chmur w końcu jęło wyłaniać się słońce, zalewając Królewską Przystań bladozłotymi promieniami, południe zbliżało się nieubłagalnie – na polu turniejowym zdążyli zgromadzić się już rozliczni mieszkańcy stolicy, przede wszystkim spragniona widowiska gawiedź, która jeszcze w nocy uraczona została wieściami z Sali Tronowej urastającymi niemal do legendy. Od słowa do słowa, od ust do ust zaczęły powstawać plotki, które mówiły nawet o tak tragicznym przebiegu sądu jak utrata dziecka przez małżonkę Namiestnika czy nieudany zamach na króla, który udaremnił nie kto inny jak sędzia z Końca Burzy – wedle rozszerzonej wersji owych gawęd, Orys Baratheon swe bohaterstwo przypłacił życiem. Jak to jednak z plotkami bywa, miały niewiele wspólnego z realnym stanem rzeczy i jedynym zwrotem akcji podczas procesu nad Alysanne Tyrell było ujawnienie winy Lynette Martell oraz zażądanie próby walki. O ile pierwsza ze spraw rozegra się na przestrzeni nadchodzących tygodni, o tyle samo starcie z chwili na chwilę stawało się coraz bardziej rzeczywiste, o czym świadczyła zarówno obecność na trybunach szlachetnie urodzonych widzów… jak i wszechobecnej straży, pobrzękującej posępnie zbroją w ciężkiej ciszy wiszącej nad polem turniejowym.
O zbliżającym się pojedynku dowodził również jeszcze jeden aspekt, który ukrywany był przed oczami ciekawskich pod płachtą namiotu przeznaczonego dla zawodnika reprezentującego skazaną za trucicielstwo – choć jurta wydawała się pusta, w jej wnętrzu rozgrywał się cichy dramat pomiędzy ojcem a dwójką dzieci. Lord Randyll Tyrell w milczeniu przyglądał się Leonardowi przygotowywanemu do próby walki i jednocześnie za wszelką cenę starał się uniknąć spojrzenia Alysanne, która pobrzękiwała cicho kajdanami skuwającymi jej chude nadgarstki. Reprezentant oskarżonej podjął trud zachowania zimnego spokoju, jednakże z każdą kolejną chwilą przybliżającą go do starcia czuł niepokojące ukłucia w piersi, zupełnie jakby duchy przodków pragnęły pozbawić Leonarda życia, nim ten jeszcze chwyci za miecz. Obecny dziedzic Wysogrodu starał wmówić sobie, iż wszystko będzie w jak najlepszym porządku i bez problemu pokona Martella, którego styl walki przypominał raczej ataki to nacierającego, to znów odskakującego od jeża psa…
… choć przebieg pojedynku leżał wyłącznie w rękach Siedmiu Bogów i to właśnie nim Leonard Tyrell powierzył swe życie w momencie, w którym giermek jął zapinać sprzączki pancerza. Lord Randyll pokręcił lekko głową, kołysząc się delikatnie na prostym, drewnianym krześle – w przeciągu kilku ostatnich tygodni postarzał się zauważalnie i znacznie osunął na zdrowiu; niegdyś gęste, kasztanowe włosy przerzedziły zmartwienia i musnęła siwizna, szerokie barki ugięły się pod ciężarem kłopotów, zaś silne dłonie drżały przy każdym ruchu, zdradzając najgłębsze zdenerwowanie. Wytchnienie Lord Tyrell znajdzie najpewniej dopiero po śmierci, z czego doskonale zdawał sobie sprawę i nawet nie próbował koić swych nerwów polecanymi przez maestra ziołami. W obecnej chwili Randyll pragnął wyłącznie jednego: chciał mieć to wszystko za sobą… mało istotne, jakim kosztem.
Ten zaś, jak podpowiadało mu przeczucie, może być niesłychanie wielki.
- Wzywają mnie. – głos Leonarda załamał się niepokojąco na ostatniej sylabie, gdy Tyrell poruszył nerwowo prawicą, sprawdzając, czy zbroja nie zacina się na zgięciu łokcia. Nic nie wskazywało na to, by problemy techniczne miały odwieść go od zbliżającego się pojedynku, przeto gdy tylko od strony pola bitewnego dobiegł go głos Aerysa Targaryena oświadczającego, iż lada moment przedstawiciele zmierzą się ze sobą w próbie walki, Leonard nasadził na głowę hełm… i ruszył ku wyjściu. Bez zbędnych pożegnań i górnolotnych obietnic – jeśli Bogowie pozwolą, po wszystkim wróci w to samo miejsce, żyw… choć wątpliwe, by w pełni zdrów.
- … gowie zdecydują o winie bądź niewinności. – pod wpływem dudniącej w uszach krwi Tyrell usłyszał jedynie końcówkę zdania wypowiedzianego przez króla – zaraz też doszedł do wniosku, że władca Siedmiu Królestw nie wyartykułuje niczego odkrywczego, pragnąc jak najszybciej postawić naprzeciwko siebie przeciwników. – Walka toczyć będzie się aż do śmierci jednego z reprezentantów, którzy dzierżyć mogą preferowany przez siebie oręż. Oddajmy głos i losy rywali w ręce Siedmiu! – spod zasłony Leonard ujrzał, jak Aerys Targaryen zajmuje najwyższe miejsce w loży królewskiej, z zimnym spokojem wypatrując zbliżających się ku sobie przeciwników – Tyrell podążył za spojrzeniem władcy, dostrzegając po przeciwnej stronie pola bitewnego swego rywala opuszczającego identyczny namiot, z którego przed momentem korzystał Leonard. Trystane Martell zbliżał się nieubłagalnie do swego stanowiska i Tyrell musiał wytężyć wzrok, by ujrzeć, iż jego reprezentant oskarżycieli nie zrezygnował z tak typowego dla Dorne ubioru, składającego się z lekkiej, skórzanej zbroi gdzieniegdzie jedynie przetykanej metalem… choć o wiele bardziej zastanawiająca była broń Martella – wbrew oczekiwaniom Leonarda, Trystane nie sięgnął po włócznię, na której użycie Tyrell przygotowywał rozliczne scenariusze minionej nocy. W dłoni przeciwnika posępnie błyszczało lekko zakrzywione ostrze o szerokim piórze, rozszerzające się ku swemu końcowi – krótki rekonesans wywołał u dziedzica Wysogrodu przyspieszone bicie serca… i przekleństwo wyrywające się z ust.
Bułat.
Nie pozostało wiele czasu na opracowanie nowej taktyki – dokładnie w chwili, w której Tyrell uniósł długi miecz, okrzyk herolda zwiastował początek potyczki. Leonard nie zamierzał przystępować do bezmyślnego ataku, doskonale wiedząc, iż przeciwnik będzie znacznie szybszy – dlatego też ruszył lekkim półokręgiem w prawo, uważnie przypatrując się Martellowi i jednocześnie próbując odnaleźć przynajmniej kilka, niewielkich uchybień, pozwalających na przypuszczenie ofensywy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Pole turniejowe   Wto Lut 24, 2015 10:29 pm

Próżny, próżny i żałosny fanfaron.
Wypuszczane z płuc powietrze zaświszczało cicho, gdy Martell zacisnął kurczowo zęby, nie przejawiając choćby cienia gotowości do współpracy ze spoconym jak mysz giermkiem , którego jako pomoc w przygotowaniu do pojedynku oddelegował Maegor Targaryen.
Wkrótce udławi się własnym dostojeństwem.
Kiedyś skazanemu przysługiwał przed śmiercią ostatni kielich wina. Dziś przed egzekucją piją tylko oprawcy. Po egzekucji też piją. Całe pole bitewne przesiąknięte jest zapachem cienkusza i czegoś, co tubylcy nazywają piwem, choć Trystane był niemal pewien, iż każdy z kufli zawiera wyjątkowy składnik prosto od browarnika.
Prawicakróla, na Rhllora…
Ciemne brwi zmarszczyły się gniewnie, gdy giermek nieudolnie zacisnął klamry skórzanej brygantyny tuż pod ramieniem Martella, przytrzaskując tym samym gruby materiał przeszywanicy o barwie dojrzałej pomarańczy.
Mam wrażenie, że proteza byłaby bardziej adekwatna.
Książę machnął niecierpliwie ręką, odganiając się od cuchnącego chłopaka niczym od natrętnej muchy – pachołek przez krótką chwilę sprawiał wrażenie gotowego do protestów, lecz nim z jego ust padło pierwsze słowo, Trystane ostentacyjnie odwrócił się doń plecami, całą uwagę poświęcając sprawdzeniu zapięć.
Jak przedstawiała się aktualna sytuacja? Po pierwsze i prawdopodobnie chwilowo najbardziej istotne – Martell nie ustawał w zaciekłym wyklinaniu na swego szwagra a Namiestnika Siedmiu Królestw. Przyczyna podobnego stanu rzeczy była sprawą prozaiczną i niemal trywialną – książę był wściekły na Targaryena z powodu… Orysa Baratheona. Czy też konkretniej: obecności dziedzica Końca Burzy na procesie w roli sędziego… a jeszcze bardziej precyzując – jego słów, które na oczach całego królestwa obciążyły winą Lynette Martell.
Para trucicieli w rodzinie to o dwie żmije... i tuzin trupów za dużo.
Trystane nie miał wątpliwości, iż gdyby nie zaskakująca opieszałość Maegora w kwestii doboru trzeciego sędziego, sprawa mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej – naturalnie, Lynette spotkałaby zasłużona kara, lecz wszystko rozegrałoby się w samym Dorne, z dala od oczu postronnych i pod ścisłą kontrolą Edrica, który – nie ukrywajmy – z demoniczną precyzją zatuszowałby sprawę, zamykając ją w granicach Słonecznej Włóczni.
Ale teraz?
Teraz wiedzą wszyscy w Królewskiej Przystani i zapewne dwadzieścia mil w jej promieniu, za dzień lub dwa wieści dotrą do Dorzecza, Doliny, Reach i nim Martell wróci do Końca Burzy, nawet na Murze będą mówić o dornijskiej ojcobójczyni.
Pewnie suka doczeka się własnej pieśni, o słodka ironio świata doczesnego…
Książę poruszył energicznie prawą ręką, upewniając się, iż skórzana brygantyna nie blokuje swobody ruchów; materiał zaskrzypiał charakterystycznie, gdy Trystane przeciągnął po nim palcami, wycierając niewielką, czerwoną plamkę – nie wiedzieć… czy wina, czy krwi. Nabijane żelaznymi ćwiekami karwasze wykonane z dwóch warstw czarnej i brązowej skóry chroniły przedramiona oraz ręce aż po łokieć przed urazami… jednocześnie dodając zbroi choć namiastkę urody, czego dowodem były widniejące nań wzory smukłych żmij owijających się wokół nadgarstków. Nieco mniej kunsztowny okazał się szyszak, także wykonany z podbijanej żelazem skóry i przynitowanym doń nakarczkiem, policzkami oraz daszkiem z nosalem.
Martell z trudem powstrzymał się przed rozwiązaniem przeplatanych rzemieni – niejasne wrażenie niewygody uleciało dokładnie w momencie, w którym kątem oka wychwycił delikatny, metaliczny połysk po swej prawicy. Choć wzrok mimowolnie powędrował do źródła odblasku, Martell doskonale wiedział, iż ze zmysłami w podobny sposób igrać może wyłącznie broń.
Bułat nie należał do oręża używanego… i nawet akceptowanego przez rycerstwo – lekko zakrzywione, stosunkowo krótkie ostrze stanowiło dla nich jedynie namiastkę prawdziwego miecza, który z kolei nie sprawdziłby się w rękach Trystana. Książę musiał znaleźć złoty środek umożliwiający z jednej strony szybką, śmiercionośną walkę, z drugiej zaś stosunkowo skuteczną obronę… w panujących na polu turniejowym warunkach. Włócznia na podmokłym, zdradliwym terenie mogłaby paradoksalnie okazać się przeszkodą w pojedynku…
… tak jak to będzie miało miejsce z tą piekielną, trzeszczącą kupą żelastwa, w jaką ubrał się Tyrell. Zbroja płytowa zapewniała mu niemal całkowitą ochronę przed długimi atakami, jednak ceną za protekcję była szybkość i elastyczność ruchów. Wniosek?
Trzeba utopić Różę w błocie.
Gdy od strony pola turniejowego jął dobiegać coraz głośniejszy gwar rozmów, Martell był gotowy do… odkupienia swych win? Klęska w Wąwozie ciążyła nad nim zupełnie jak katowski topór i wydawało się, że jedynie pozbawienie Leonarda głowy oraz ostateczne pogrążenie Alysanne będą w stanie przywrócić księciu choć częściowo zaufanie pobratymców. Z drugiej zaś strony… najważniejsze w życiu to dobrze umrzeć. Pięknie umrzeć. Za sprawę, za górnolotne idee, w imię – dlaczego by nie – sprawiedliwości Siedmiu Bogów, choć sam Trystane dawno w nich zwątpił. Wszak każdy chciałby pięknie żyć, lecz inni nie pozwalają żyć tak, jak by się naprawdę chciało. Ale nikt nie przeszkadza ładnie umrzeć. Trzeba tylko umieć to wykorzystać. Prawdę mówiąc, rzadko komu się to udaje. Martell, opuszczając swój namiot i z zimną determinacją ruszając ku polu turniejowemu, właśnie podjął próbę pięknego odejścia ze świata.
Czas stanął w miejscu. Zamarł. A potem znów ruszył. Bardzo powoli, nieśmiało, przyspieszając dopiero w momencie, w którym książę dostrzegł swego przeciwnika. Zgodnie z przewidywaniami, okutego w zbroję, zgodnie z oczekiwaniami – uzbrojonego w długi miecz.
Pan Światła…
Głos władcy Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi docierał do Trystana jakby zza grubego muru, niemal z innego, prawdopodobnie wymarłego świata smoków – słowa sprawiały wrażenie zniekształconych i niemal karykaturalnie poprzestawianych. Książę, prawdopodobnie na swe szczęście, nawet nie dosłyszał wieści o Lynette… którą najchętniej zamordowałby po Leonardzie.
… musi nade mną czuwać.
Pierś powoli unosiła się i opadała w spokojnym, stonowanym oddechu odciętym od gęstego kłębka strachu rodzącego się w żołądku.
Róża to nie Jeleń, łatwiej ją zdeptać.
Wystarczył lekki ruch nadgarstka, by wprawić broń w ruch – bułat zatańczył w powietrzu z charakterystycznym, przejmującym świstem, wycinając w nim równą ósemkę i zamierając dopiero na wysokości biodra Martella. Rozruszany nadgarstek niemal wyrywał się do walki, lecz zimna kalkulacja nakazywała zachowanie pozornej stagnacji. Książę zajął swe miejsce na polu, niemal czując, jak zapada się w podmokłą, nieprzyjemną ziemię – w innej sytuacji zapewne przekląłby pogodę z zeszłej nocy… lecz teraz dostrzegał wyłącznie jej pozytywy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Pole turniejowe   Sob Lut 28, 2015 2:51 pm

Zmysły tuż przed starciem uległy wyostrzeniu – po lśniącej, matowej powierzchni zbroi Tyrella pełgały mdłe ogniki promieni słonecznych. Na mokrej ziemi rodziły się i umierały fantastyczne cienie. Gdzieś bardzo, bardzo daleko słychać było kapanie wody. A może to krew?
Leonard odliczał w myślach uderzenia serca, które dzieliły go od przystąpienia do walki – gdy tylko nad polem bitewnym zapadło milczenie wywołane ostatnimi słowami władcy Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi, czas zaczął nieubłagalnie przeciekać przez palce, oznaczając przybliżające się starcie. Co w obliczu podobnego biegu wydarzeń mógł zrobić Tyrell? Poddać się, póki może? Złożyć broń, odwrócić się od Alysanne i uratować własną skórę? Nie! Nigdy! Nigdy, choćby przyszło mu tu zdechnąć. Nie ukorzy się przed tą ogorzałą gębą szaleńca, przed tymi zdradzieckimi, trucicielskimi palcami, które nigdy nie trzymały porządnego miecza, które nigdy nie dotkną słowa “honor”. Lekkie, białe machnięcie, zgrzyt – Leonard w milczeniu obserwował ostrze Martella przecinające z sykiem powietrze.
Krwawy sukinsyn!
Tyrell nie mógł pozwolić sobie na bezczynność – im dłużej trwał nieruchomo w miejscu, tym ciężej przychodziło mu poruszanie się w zbroi. Póki był rozgrzany, póki ruchy napędzała wrząca, gorąca krew nie zaś zakrzepły, zsiadły budyń, siła uderzeń stanowiła największy atut. A co byłoby, gdyby pogrążył się w stagnacji?
Nad tym nawet nie miał zamiaru się zastanawiać. Wszystkie dźwięki zaczęły z wolna cichnąć, a potem Leonard usłyszał wielkie dzwonienie ciszy… i już wiedział. Wiedział, że nastał najwyższy czas na stawienie czoła demonowi, który ani myślał przystąpić do ataku jako pierwszy. Tyrell ruszył półkolem, powoli, z ostrożnością godną adepta, który dopiero uczy się walczyć – każdy krok mlaskał niemiłosiernie w płytkim błocie ścielącym się po polu bitewnym, Leonard jednak nie słyszał niczego poza biciem własnego serca i chrapliwym, z trudem opanowywanym oddechem. Tyrell zacisnął palce na rękojeści miecza i poczuł, jak zimny metal napiera na jego dłoń. Jego dotyk dodał mu pewności siebie oraz otuchy.
Na Siedmiu Bogów, do jakiej tragedii doprowadził ten głupi wybryk Alysanne! Tyrell przecież nie przypuszczał, że zwykła, co tu kryć, szczeniacka próba zwrócenia na siebie uwagi zakończy się wojną na skalę niemal połowy królestwa. A potem… potem już nie potrafili się wycofać. Było za późno na skruchę.
Każdy krok zmniejszał odległość pomiędzy Leonardem a Trystanem; Tyrell podchodził do swego przeciwnika tak, jak uczyniłby to każdy na jego miejscu – do Dornijczyka należało się zbliżać niczym do jadowitego węża, który nie potrafi odczuwać niczego… poza swą złością, swą jadowitą nienawiścią do wszystkiego, co mu zagraża.
Wszyscy – pomyślał z dzikim niepokojem Leonard – Alysanne, Lynette, Lorent, ja, wszyscy powinniśmy umrzeć ze zwykłej przezorności, gdy tylko dowiedzieliśmy się, że spisek wyszedł na jaw. Czemu tak się nie stało? Czyżbyśmy mieli serca z kamienia?
To, co nastało później, przypominało makabryczny żart. Ale nim nie było.
A pomyśleć, że Tyrell niejednokrotnie rozważał, czy nie wyrzec się szermierki i nigdy więcej nie wziąć stali do ręki. Co jednak powiedzieliby ludzie? Gdyby Leonard przed laty porzucił swe zajęcie, to zawiódłby straszliwie ojca, mógłby też pożegnać się z awansem, z wynagrodzeniem, z ambicjami. Do tego Lord Randyll zawsze był z niego taki dumny, zawsze wychwalał synowskie umiejętności przed każdym, kto chciał tylko słuchać. Pragnął z całego serca ujrzeć, jak jego syn walczy na turnieju przed rozwrzeszczanym tłumem widzów…
… i jego pragnienie się spełniło, jednak zamiast w rycerskich potyczkach, Leonardowi przyszło pojedynkować się w próbie walki. Tyrell wiedział, iż twarde słowa kierowane wobec przeciwnika były dobre dla głupców i tchórzy. Jeśli chcesz zabić, to lepiej od razu weź się do roboty, zamiast o tym gadać. Gadanie tylko pozwala drugiemu człowiekowi się przygotować, a to ostatnia rzecz, jakiej można pragnąć. Więc Leonard się nie odezwał. Trystane mógł wziąć to za objaw słabości, jeśli mu się podobało; tym lepiej. Walki i pojedynki przytrafiały się Tyrellowi przygnębiająco często, choć sam już dawno ich nie szukał.
Gdzieś z oddali, zupełnie jakby zza ciężkiej kotary, Tyrella dobiegł ochrypnięty wrzask Alysanne, która już dawno pożegnała się ze zdrowymi zmysłami, choć wciąż usilnie próbowała zachować pozory… jak robiła to przez całe życie.
- Nacieraj na niego, Leo, nacieraj! Nie bój się!
Leonard nie zamierzał robić nic innego, jak tylko słuchać. Rzucił się do przodu, uderzając prawą – zgodnie z przewidywaniami, Martell za wszelką cenę pragnął unikać bezpośredniego starcia, będąc zdolnym tylko do parowania ciosów krótką stalą.
- O tak, daj mu popalić! Uderzaj, uderzaj, Leonardzie! Uderzaj, uderzaj!
Trystane wykonał niezgrabne cięcie, ale Tyrell dostrzegł je w porę i odbił ostrze, wciąż napierając na przeciwnika, atakując bezlitośnie. Ciął lewą, potem jeszcze raz. Dornijczyk zablokował desperacko ten atak i cofnął się aż pod drewnianą ścianę loży lordowskiej. Leonard przyparł go wreszcie do muru. Zachichotał radośnie, uderzając ponownie długim mieczem…
… lecz jego oponent ożył znienacka i zaskakująco. Trystane wymknął się i sparował atak z zadziwiającym zdecydowaniem i pewnością. Żelazo wystąpiło przeciw żelazu, rozpoczęło swój krwawy taniec. Martell odskoczył zgrabnie przed kolejnym cięciem Tyrella, który nawet nie zauważył, gdy przeciwnik znalazł się tuż za jego plecami, nagle odwracając zaistniałą sytuację – teraz to Dornijczyk napierał na Leonarda, próbując zepchnąć go w stronę drewnianego sklepienia.
Reprezentant Alysanne zachwiał się, stracił równowagę i wydał z siebie pełne zdumienia sapnięcie, gdy czubek jego miecza natrafił na szczelinę między deskami loży; siła zetknięcia z nagłą przeszkodą wyrwała mu ze zdrętwiałej dłoni stal, która, kołysząc się, utkwiła w drewnianej ścianie. Trystane ani myślał zwlekać - skoczył na przeciwnika dokładnie w momencie, gdy ten wyrwał broń ze szpary; miecz Leonarda z sykiem przeciął powietrze tuż koło ucha Martella - Dornijczyk uchylił się przed drugim ostrzem i uderzył ramieniem w Tyrella, obracając jednocześnie w dłoni bułat i kierując go ostrzem ku dołowi.
- Kurw… - wyrzucił z siebie Leonard, nawet nie dokańczając przekleństwa; zatoczył się do tyłu i wtem poczuł, jak zdradzieckie błoto ucieka spod jego stóp. Nim zdołał podeprzeć się o drewnianą ścianę…
… upadł, szukając rozpaczliwie miecza, który wypadł z jego dłoni - ostrze potoczyło się po podmokłej ziemi i znieruchomiało dopiero, gdy Martell przytrzymał je zgrabnie podeszwą buta. Tyrell wierzgnął wściekle, odsuwając się zaledwie o kilkanaście cali od Trystana… i napotykając przeszkodę w formie drewnianej zbitki desek. Nad jego głową zasiadający w loży lordowskiej widzowie szaleli, oto bowiem cała scena rozgrywała się tuż na ich oczach: Dornijczyk kocim ruchem przystąpił do swego przeciwnika…
… i zaledwie strzępki chwil dzieliły zebranych od definitywnego końca pojedynku, z czego zdawali sobie sprawę wszyscy… wszyscy poza Alysanne, która wciąż wrzeszczała:
- Wstawaj, Leo! Zabij tą żmiję, ZABIJ GO!
I jedynie od woli Martella zależało, czy zrobi to szybko…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Pole turniejowe   Sob Lut 28, 2015 6:06 pm

Czasem, kiedy ktoś żyje zbyt długo w ciągłym niebezpieczeństwie, uważa, że żyje naprawdę tylko wtedy, gdy czuje na ramieniu oddech śmierci.
Kiedy Trystane szykował się przed walką, która oznaczała zapewne jego rychłą i niekoniecznie szybką śmierć, wyglądał tak, jak wyglądał kiedyś Edric, ubierając się przed nocną wędrówką po tawernach Słonecznej Włóczni. Stalowe oczy lśniły, pełne podniecenia w przyćmionym półświetle, jakby Martell nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie się zacznie. Książę wiedział, że walka jest ryzykowna. Może i był na wpół oszalały przez trawiącą żądzę zemsty, ale niekoniecznie chciał, by jego twarz zamieniła się w jedną krwawą miazgę. Nie chciał być przebity mieczem, mieć pogruchotanych kolan i odłupanej w połowie głowy.
Nie pragnął tego za żadne skarby świata.
Przed wkroczeniem na pole turniejowe w oczach Ivory dostrzegł coś, co w myślach określił jako zaufanie. Zupełnie jakby jego siostra nie tyle wierzyła… co była pewna, iż Trystane odniesie zwycięstwo w walce i pomści rodziców, wymierzając tym samym sprawiedliwość ich morderczyni.
A przynajmniej jednej z morderczyń.
Martell z kolei nie do końca był pewien swego tryumfu – doskonale wiedział, iż zaufanie było słowem dobrym dla głupców. Ludzie posługiwali się nim, kiedy chcieli kogoś zdradzić. Wiedział też, że kolejny moment trwania w bezruchu może mieć słoną cenę… i że gdyby wojny wygrywała strona bardziej błyszcząca, Tyrell już dawno sprawiłby Dornijczykowi cięgi.
Na całe szczęście to tak nie działa.
Martell wypuścił cicho powietrze z płuc, ważąc w dłoni bułat. Ktoś postronny mógłby sądzić, że to dziwna broń; zarówno rękojeść, jak i ostrze, lekko zakrzywione, grubsze przy końcu niż przy uchwycie, ostre tylko po jednej stronie, na dobrą sprawę pozbawione czubka. Na dodatek charakteryzował je osobliwy ciężar, bardziej pasujący do topora niż miecza – wystarczyło jednak wprawić oręż w ruch, by złudne poczucie umknęło, pozostawiając wrażenie lekkości i prędkości. Trystane z niejaką ulgą zmiarkował, iż to Leonard jako pierwszy porzucił dotychczasową pozycję, ruszając lekkim półkolem - żaden z rywali nic nie powiedział. Nie było ostatnich słów. Zwięzłych sentencji. Niczego, co wyrażałoby gniew, wyrzuty sumienia, poczucie zwycięstwa czy porażki. Książę zrobił jeszcze jeden niespieszny krok, prześlizgując się półokręgiem, nisko pochylony, z dłonią na rękojeści zakrzywionego miecza, szybki i bezgłośny niczym wiatr nad równiną. Dopiero po chwili zdecydował się na oderwanie wzroku od rywala i rozejrzał się raptownie wokół dzikim wzrokiem, czując, jak obcasy butów ślizgają mu się w błocie – podstawowym zadaniem osaczania było opracowanie dobrej pozycji wyjściowej i ewentualnej drogi wycofania się…
… lecz nim Dornijczyk zdołał wykreować w myślach plan działania, powietrze rozdarł wyraźny krzyk Alysanne, która zagrzewała brata do walki – Leonard nie pozostał dłużny na podobne wezwanie i niemal natychmiast przypuścił szarżę na Martella, najwyraźniej z zamiarem wystosowania pierwszego, potężnego ciosu. Tyrell ruszył wściekle, choć z niepokojącym chłodem, który znacznie ułatwiał mu racjonalne ocenianie sytuacji. Trystane oczyma wyobraźni zobaczył jego obnażone w furii zęby… po czyż już całkiem realnie ujrzał, jak tamten odchyla się do tyłu, ujrzał, jak bierze potężny zamach. Książę zrobił coś absurdalnie prostego - odsunął się błyskawicznie na bok, a ostrze przecięło powietrze tuż obok niego z mrożącym krew w żyłach świstem.
Nadchodził czas, by uderzyć, nie oglądając się za siebie.
Martell instynktownie wykonał szybki ruch krótkim ostrzem i przeciął nim powietrze na wysokości napierśnika a szerokiego pasu na biodrach Tyrella, dokładnie pod ostatnim żebrem – Leonard z niepokojącą, niemal dziecinną łatwością odparował atak, przechodząc do gwałtownej kontrofensywy. Trystane jednie cudem uskoczył przed mieczem Leonarda wymierzonym na wysokości swej szyi, po czym nie mógł zdobyć się na nic innego… poza unikaniem kolejnych ciosów.
Bitwa. Chaos. Przypominam sobie teraz. Jakim cudem mogło mi się to kiedykolwiek podobać?
Coś stuknęło głucho za jego plecami, gdy wykonał kolejny krok w tył.
Na Pana Światła, co to takiego?
Umysł Dornijczyka wypełnił rechotliwy śmiech Tyrella, dłoń w rękawicy przesunęła się po chropowatych deskach loży, pod którą Trystane został zepchnięty…
… i wtedy się stało – dojmujący ból rodzący się w piersi zastąpiony został potężną dawką wściekłości; Martell zacisnął boleśnie zęby i wiedząc, że nie ma nic do stracenia, obrócił się błyskawicznie w prawo, trzymając broń w pogotowiu. Bułat podskoczył stanowczo, odbijając kolejne cięcie Tyrella i odpychając go w końcu na odległość ramienia – Martell czuł, jak spod nóg uciekała mu błotnista ziemia, ale to Leonard zdawał się mieć większe problemy z poruszaniem po podmokłym terenie.
Koniec tego, koniec!
Książę dopadł do swego przeciwnika niczym wściekły pies, który wywęszył zdrową ofiarę – powietrze raz za razem świszczało złowrogo, gdy Trystane spychał Leonarda do tyłu, jeszcze dalej, jeszcze kilka kroków, kolejne cięcie, i już, prawie…
Usta miał pełne krwi. Słyszał wrzask, który rozsadzał mu uszy, ale liczyło się tylko to, by zaciskać szczęki, mocniej, coraz mocniej, żeby atakować bez wytchnienia i zmusić Tyrella do…
Głuchy dźwięk przerwał tą chorobliwą kaskadę – Martell zamarł w pół uderzenia, jak przez krwawą mgłę dostrzegając, że Leonard chwilowo stracił kontakt z bronią, która utknęła w drewnianych dechach loży. Czy Trystane mógłby wyobrazić sobie bardziej stosowny moment do zakończenia tej farsy? Nie, na pewno nie, dlatego bez cienia zbędnego wahania doskoczył do Tyrella i dał kolejny cios, który o niecały cal rozminął się  z celem – wtedy miecz Leonarda powrócił do właściciela, po czym przeciął powietrze tuż obok ucha Dornijczyka, który i tak nie usłyszał przejmującego świstu - w głowie szumiała mu krew, z góry zaś, prawdopodobnie od strony widowni, dobywały się niezrozumiałe dźwięki. Przekleństw… bądź dopingu. Martell odbił się od błotnistego gruntu ze sprężystością godną atakującego gada, rzucając się na Tyrella całym ciałem – cios ramieniem chwilowo wytrącił z równowagi Leonarda…
… pod którym ziemia zakotłowała się niczym w kance – dwa uderzenia serca od zachwiania, reprezentant Alysanne leżał w błotnistej mazi, pociągnięty ku dołowi przez ciężar własnej zbroi. Jedynie długi miecz Leonarda zdawał się wymykać wszelkim prawidłom i zatańczył na powierzchni ziemi, przygnieciony doń dopiero przez but Martella – w zaistniałej sytuacji najbardziej irracjonalnie postępował jednak Tyrell, który starał się uciec spod zasięgu Dornijczyka… i tym samym oddalił się od własnej broni.
Trystane natychmiast ruszył w jego stronę, całkowicie ignorując dojmujące wrzaski Alysanne, która jeszcze nie wiedziała, że…
- Bardzo się od siebie różnimy, my dwaj. Pod każdym względem. – teraz to Martell miał ochotę wybuchnąć rechotliwym śmiechem, lecz wtedy do głosu doszła jego broń – bułat zatańczył w powietrzu dokładnie w momencie, w którym książę obszedł półkolem Tyrella, zbliżając się doń z lewej strony. Jeśli Leonard bądź ktokolwiek z zebranych sądził, iż Trystane wygłosi długą przemowę, musiał się gorzko rozczarować, gdy Dornijczyk bez cienia wahania dopadł do przeciwnika, doskonale wiedząc, że do dyspozycji ma ułamki chwil – zaraz po tym wydarzyło się kilka rzeczy na raz; Martell uchwycił lewą dłonią zasłonę hełmu rywala, gwałtownie odchylając jego głowę do tyłu i…
- Bo widzisz, ja jestem żywy… - blade promienie słońca zaigrały w ostrzu oręża, które z dzikim świstem przecięło powietrze…
… po czym zniknęło w szczelinie odsłaniającej oczy Tyrella. Ciche, mokre mlaśnięcie dobitnie świadczyło o ostrym końcu stali zagłębiającym się w jednym z… oczodołów? - …  a ty… ty wręcz przeciwnie. – Martell naparł na bułat całym ciałem, aż broń napotkała opór, zaś w powietrze wytrysnęła ciemna krew niczym czarne plamy na tle białego nieba. Wszystko podrygiwało przed oczami Trystana i chwiało się gwałtownie, jego własny oddech brzmiał mu w uszach jak burza. Pochyloną nad Leonardem twarz obryzgała krew, książę cofnął się z odrazą, splunął, zamrugał, poślizgnął na błocie - głowę rozsadzało mu wycie i wrzask, zgrzyt metalu i trzask kości. Łoskot uderzeń. Łoskot cięć. Głuche warczenie emocji, które nagle zostały uwolnione. Martell szarpnął gwałtownie broń i wyszarpnął ją z nagle znieruchomiałego niczym porzucona kukła ciała Tyrella; Trystane popatrzył zdziwiony na czerwień, którą ubroczone było długie ostrze. Potem spojrzał z takim samym zdziwieniem na trupa – na swoje własne dzieło. Niemal bez udziału myśli zabił człowieka. I wiedział, doskonale wiedział, że powinien mieć wyrzuty sumienia… ale nie czuł nic.
Nie, nieprawda.
Odczuwał dumę. Odczuwał radość! Odczuwał…
- Zetnijcie ją. – zakrwawione, lśniące od juchy ostrze przecięło powietrze z sykiem, rozchlapując kilka rubinowych łezek – bułat zamarł w poziomie, celując prosto w Alysanne Tyrell, znieruchomiałą, pobladłą… zdziwioną? – Zetnijcie zdradziecką kurwę!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Pole turniejowe   Nie Mar 01, 2015 2:31 pm

Nie. Nie. NIE!
Wszystko, co zaszło na polu turniejowym przypominało koszmar, z którego Alysanne Tyrell nie mogła się wybudzić. Zgrzyt broni, przeszywające krzyki, wrzawa na trybunach, w końcu… w końcu ten okropny, głuchy łoskot zbroi mknącej na spotkanie z ziemią…
… i dźwięk ostateczny: zetnijcie ją.
ZETNIJCIE JĄ.
- Czas iść. - powiedział jeden z czterech eskortujących strażników i lekko popchnął dziewczynę w plecy. Alysanne nawet nie poczuła, gdy żelazne, silne dłonie uchwyciły ją za ramiona i siłą ściągnęły z podwyższenia, z którego obserwowała próbę walki – jej pusty, zatrważająco wyzuty z uczuć wzrok wciąż utkwiony był w nieruchomej sylwetce brata. Leonard Tyrell w ubłoconej zbroi wyglądał, jakby wypił stanowczo zbyt wiele złotego arborskiego i w akcie dekapitacji zasnął w pierwszym, lepszym miejscu – o rozmiarach tragedii świadczyła wyłącznie smuga czerwieni ciągnąca się od połowy hełmu aż do napierśnika zbroi; krew szeroką strugą rozlewała się po lśniącym rynsztunku i zamierała dopiero na złotej róży widniejącej na piersi…
Nie przewrócę się. Nawet się, kurwa, nie potknę! Powtarzała sobie dobitnie Alysanne Tyrell, żeby rozkaz dotarł do plączących się nóg. Siedmiu, jakżeż to daleko!
Szafot sterczał jak pokryta czerwonym i czarnym suknem wyspa na zachodnim końcu ogromnego pola bitewnego. Tam, gdzie ongiś sądzono Edmunda Blackwooda, już wyczekiwał królewski kat, z zimnym spokojem wpatrujący się w zbliżającą do miejsca kaźni dziewczynę. Dzięki lokacji ścięcie oglądać mogli wszyscy – poczynając od prostaczków szerokim szpalerem rozciągających się za szafotem, a kończąc na szlachetnie urodzonych, którzy z loży mieli perfekcyjne miejsce do ujrzenia…
… toczącej się głowy.
Blask słońca oślepiał Alysanne, której oczy przywykły do ciemności, więc mimo że wytężała wzrok, mogła dostrzec na trybunach tylko zamazane plamy.
Sam Aerys II Targaryen spoglądał z wyżyn loży na pole z miną wyniosłą i srogą, nie dając po sobie poznać zadowolenia. Zarówno próba walki, jak i sam moment prowadzenia osądzonej na kaźń – wszystko to wyglądało imponująco. Król Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi napawał się triumfem. Napawał się władzą. Zerknął na siedzącego po lewej stronie Orysa Baratheona. Jego twarz była spokojna i właściwie pozbawiona wyrazu, choć zdawała się emanować wielką dobrocią. Dziedzic Końca Burzy pokornie przyjął przyznane mu przez Aerysa zaszczytne miejsce, nawet nie zaprotestowawszy. Targaryen z niejaką ulgą uznał, że niepotrzebnie się go obawiał. O wiele większy problem znajdował się po prawicy - tuż obok siedział jego brat, zacięty i chmurny Maegor, rzucający co pewien czas pełne niechęci spojrzenia w stronę władcy, który zwlekał z egzekucją… lecz akurat nim Aerys nie zamierzał się przejmować.
Alysanne ze wszystkich sił walczyła, żeby się nie potknąć. Wyglądała strasznie z bladą, pustą twarzą i zmierzwionymi włosami – gdy zaś zaczęła wspinać się na podwyższenie szafotu, przez tłum przebiegł szmer podobny do westchnienia. Jej nienawiść i niszczące szaleństwo były niemal namacalne. Tyrellówna w ostatnim czasie tak wiele razy stawała naprzeciw śmierci, że właściwie przestała się jej bać. Niemal.
Tłum, widziany z góry, przypominał wiosenny klomb, na którym dopiero zaczynały kiełkować i kwitnąć najwcześniejsze rośliny, gdyż kolorowe szaty lordów i ich małżonek rozmywały się wśród popielatych i burych tunik co skromniejszych kupców. Alysanne odczuła ulgę, że udało jej się bez pomocy pokonać schody. Ktoś mógłby pomyśleć, że straciła siły ze strachu, a ona po prostu była…
… była bardzo zmęczona.
Pole bitewne nigdy nie wydawało jej się tak szerokie. Zdawała sobie sprawę, że w środku, w niej, niby rój zdenerwowanych os, huczy ból. To powinno znacznie bardziej ją obchodzić, ale jakoś nie mogło. Wszystko wokół wyglądało, jakby zostało wycięte z papieru. Nie sposób przejmować się dwuwymiarową dekoracją. Alysanne spojrzała w stronę loży królewskiej, lecz dostrzegała tylko zamazane kontury.
Onyksowa rękojeść dwuręcznego, potężnego miecza spoczywała pewnie w silnych dłoniach Mordreda, który nigdy przez całe swe życie nie czuł się tak… szczęśliwy. Kat spojrzał na smukłą, nieruchomą postać Alysanne. Jedno, stanowcze cięcie. Jedno cięcie!
Tyrellówna odetchnęła głębiej. Dziwne oszołomienie powoli mijało. Dopiero teraz dostrzegła Mordreda, w oczach na chwilę zapłonął jej wilczy blask, lecz po chwili przymknęła powieki, dając się popchnąć w kierunku stojącego pośrodku podestu dziwnego rusztowania z belek. Pozwoliła przykuć sobie ręce, choć pod czaszką eksplodował jej snop iskier. Herold monotonnym głosem odczytywał listę zbrodni oraz orzeczenie sędziów. Przynajmniej się starałam, pomyślała z goryczą. Umrę jako ktoś, kto naprawdę się starał.
Alysanne zacisnęła zęby. Skończże wreszcie! - warknęła w myślach do herolda. Ten zaczął jednak odczytywać tytuły Aerysa Targaryena, więc Tyrellówna skonstatowała z ironią, że jeszcze jakiś czas to potrwa.
Wtem pojawiła się przed nią blada, okrutna twarz Mordreda; w jego nieugiętych, szyderczo zmrużonych źrenicach Alysanne dostrzegła własne odbicie - obraz słabej, podłej dziewczyny, która zawsze drżała z lęku przed kimś potężniejszym. Jej głowa pochyliła się nieznacznie, zaś oczy utkwione zostały w deskach podestu.
Kat postąpił dwa kroki w tył. Zobaczymy, pomyślał tępo, wypatrując znaku od Aerysa. Już za chwilę.
I zgodnie z jego przewidywaniami król skinął spokojnie głową – dokładnie w tym momencie powietrze przeszył donośny furkot ostrza przecinającego powietrze i Alysanne Tyrell zdołała pomyśleć wyłącznie jedno:
Witaj, niebycie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Pole turniejowe   

Powrót do góry Go down
 

Pole turniejowe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Pole turniejowe - walka na miecze
» Pole biwakowe
» Wielkie Pole Kurkurydzy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Pole Bitewne-