a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Loża królewska



 

 Loża królewska

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Loża królewska   Wto Maj 21, 2013 10:07 pm

Jak sama nazwa wskazuje - lożą królewską określa się najbardziej reprezentatywne miejsce na publiczności, przybrane w barwy rodowe Targaryenów, z którego roztacza się pełen widok nie tylko na pole bitewne... ale i całą widownię. Nic nie umknie wzrokowi zarówno króla, jak i towarzyszącej mu królowej. Parze władców dodatkowo towarzyszy najbliższa rodzina, członkowie Rady Królewskiej oraz straż przyboczna, naturalnie wzmocniona po ostatnich zajściach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
342
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Loża królewska   Pią Lut 21, 2014 5:51 pm

/Boży Gaj


Po drodze już wrzało, Rhaena jednak starała zamknąć się w sobie i nic nie słyszeć. Szła z uniesioną głową, musiała wyglądać na dumną i silną Smoczycę pogrążoną jednak w żałobie. To ostatnie doskonale podkreślała czarna suknia, z szerokimi, długimi do ziemi rękawami, wiązana ciasno gorsetem od bioder do samej góry. Cała Rodzina Królewska poruszała się pod eskortą straży... jej jednak była wyjątkowa... kobieta cierpiała na sam ich widok, ale już jakiś czas zaczęła godzić się z losem... była w przechlapanej sytuacji, na przegranej stronie... jej zwyczajowe sposoby walki nie były skuteczne, trzeba było wymyślić coś innego.
Tymczasem jednak, Młoda Smoczyca, w towarzystwie swoich trzech Gwardzistów wkroczyła na podwyższenie, by dostać się dalej do loży królewskiej. Niebawem powinni stawić się jej krewniacy - król ze swoim zacnym rodzeństwem. Rhaena minęła podwyższenie pary królewskiej i przeszła dalej, by zasiąść na wysokim krześle przeznaczonym dla niej. Usiadła powoli, wyprostowała plecy, poprawiła poły sukni i uniosła wzrok, by z podwyższenia, jak łucznik ze swej pozycji, móc obejrzeć okolicę... tu okolicą były inne loże, trybuny i sama arena turniejowa, teraz zamieniona na coś zgoła innego...
Westchnęła i odgarnęła białe pasmo z czoła patrząc jak pierwszy z Lannisterów zajmuje swoje miejsce...


Ostatnio zmieniony przez Rhaena Targaryen dnia Sob Lut 22, 2014 2:19 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Loża królewska   Pią Lut 21, 2014 8:33 pm

/ Wielka sala

Wciągnął do płuc haust ciepłego, zakurzonego jak stare woluminy powietrza i ruszył przed siebie, marszcząc jasne brwi w wyrazie niezadowolenia. Gładkie, wyślizgane kamienie dziedzińca pod stopami były twarde, pozwalały na pewne, sprężyste odbicie oraz bardziej stanowcze ruchy. Majaczące w oddali pole turniejowe, przerobione z rozkazu miłościwie panującego na tymczasowe miejsce kaźni, majaczyło w nieruchomym powietrzu jak posępny szkielet obżartego przez kruki mamuta. Maegor oddychał głęboko, starając się nie zwracać uwagi na połyskującą w słońcu złotą broszę w kształcie dłoni, jednak przemknięcie niezauważonym przez Czerwoną Twierdzę było wyczynem godnym osobnej ballady… a co za tym idzie - prawie niemożliwym oraz, rzecz zabawna, posiadającym w sobie coś z przygody. Choć kroki Targaryena stawały się coraz dłuższe, miarowe, pewne, a w sercu po kilku chwilach niczym niezakłóconej wędrówki narastało dobrze znane, niemal ekstatyczne uczucie wyzwolenia i szalonej radości, zapowiadające łatwe i owocne przejście, samo dotarcie do królewskiej loży oraz przetrwanie tam w milczeniu sądu nie mogło odbyć się w równie bezproblemowy sposób. Maegor doskonale wiedział, iż skupienie było gwarancją sukcesu, pozwolił więc sobie jedynie na lekki grymas niesmaku, gdy ujrzał, jak wiele osób zgromadziło się w lożach publicznych na przedstawienie zaserwowane im przez króla.
Czemu nie zajmą się własnymi sprawami, do diabła?
Pomyślał z dziwnym znużeniem, kierując kroki ku miejscom przeznaczonym dla rodziny królewskiej - i nim zdołał zauważyć, że jedno z nich już zajęte zostało przez członka smoczego rodu, było za późno na jakąkolwiek próbę taktycznego odwrotu. Rhaena Targaryen, najmłodsza siostra Jaehaerysa Drugiego, a nieco mniej oficjalnie - jedyna niezamężna ciotka, nadal młoda i, nie ukrywajmy, powabna Smoczyca zauważyła swego bratanka.
Nawet jeśli stoicie na środku pustyni, nie wolno wam nabrać pewności, że nikt was nie obserwuje.
Na ustach Maegora pojawił się lekki uśmiech, gdy omijając Białe Płaszcze, znalazł się tuż przy boku Rhaeny. Czerń była królującą, jeśli nie jedyną barwą jej stroju, co akurat dla samego księcia Smoczej Skały nie stanowiło niczego zaskakującego - sam na publicznie wystąpienie przywdział ciemne szaty, dzięki którym pod wpływem prażącego słońca czuł się jak pieczony w pomarańczach dzik.
- Ciociu… - Targaryen ukłonił się lekko, ujmując rękę Smoczycy i muskając bladą skórę wątłych kostek dłoni ustami. Jeśli ktoś miałby zostać mianowanym mistrzem osobliwych powitań, Maegor jak nikt zasługiwał na podobne wyróżnienie. - Dobrze Cię widzieć… całą i zdrową. - dodał po chwili, zajmując miejsce u boku Rhaeny, bliżej jednak podwyższenia, na którym zasiadać miał król. Nienawiść . Zawiść. Zazdrość. Poczucie krzywdy. Pragnienie niesienia śmierci i męki. Szaleństwo. Niszcząca, niekończąca się żądza zemsty. Czy lada moment właśnie tego świadkami staną się wszyscy zebrani na polu turniejowym?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
342
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Loża królewska   Sob Lut 22, 2014 2:03 pm

Długo sama nie musiała siedzieć nasz Smoczyca. Do loży wkroczył Maegor. Minął straże i przywitał się muskając ustami szczupłą, białą dłoń. Rhaena uśmiechnęła się lekko, a gdy ten był jeszcze skłoniony w powitaniu, wolną dłonią delikatnie poczochrała mu jasną czuprynę. -Ciebie też dobrze widzieć Meagorze. Tyle czasu Cię nie widziałam iż sądziłam żeś wyjechał ze Stolicy. - Odpowiedziała patrząc na bratanka. -Lękałeś się o moje zdrowie bratanku? Cóż mogłoby mi się stać? Od tygodnie nie odstępuje mnie trzech Gwardzistów. - Zaśmiała się gorzko i pokręciła głową w niemocy. Nie leżał jej ten stan rzeczy, ale cóż mogła biedna ona począć...? Nic. Wola króla.
Z lekkim opóźnieniem dziewczyna uświadomiła sobie, cóż zobaczyła na piersi mężczyzny. Szybko wzrokiem wróciła w tamto miejsce i wyciągnęła rękę do broszy. -Namiestnik? - Rzuciła w powietrze, bardziej stwierdzenie niż pytanie. Dreszcz przebiegł jej po plecach. -Ty... Co się stało z Daemonem? Był Królewskim Namiestnikiem przed Tobą Maegorze. Gdzie on jest, dlaczego Aerys odebrał mu funkcję? On prowadził poszukiwania gdy mnie uprowadzono. Co się z nim stało, mów Maegorze. - Rhaena wyglądała i była przerażona... czyżby ta zmiana stanowiska świadczyła o utracie innego członka rodziny? W takim tempie Smoki wyginą do zimy... -Nie waż się mnie kłamać... - Oczy dziewczyny zaświeciły się i zaszkliły, a zaciśnięta na przegubie namiestnika dłoń wbijała mu już niemal paznokcie w ciało.
Czekała na odpowiedź niemal drżąc widocznie. Wolała nie snuć domysłów, chciała uzyskać odpowiedź, potem będzie się zastanawiać, myśleć, albo rozpaczać... jakby wszystkich tragedii było mało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Volantis
Liczba postów :
12
Join date :
30/10/2013

PisanieTemat: Re: Loża królewska   Sob Lut 22, 2014 2:41 pm

Odwlekała chwilę, w której zmuszona będzie opuścić mury czerwonej twierdzy i dziedzińcem udać się na miejsce ostatniego pożegnania. Kiedy jednak jej osoba pojawiła się na podwyższeniu, nie było już odwrotu. Zbyt wiele par oczu zwróciło na jej osobę swoją uwagę. Minęło tyle lat, a Soviria nadal budziła wątpliwości związane z tym jak ona, kobieta nie pochodząca z żadnego, szlachetnego rodu Siedmiu Królestw, zdołała utrzymać się tak długo w Radzie Królewskiej. Być może właśnie w tym tkwił cały sekret oraz była to jej największa zaleta - nie wplątana w żadną politykę rodową, nie obciążona historią. Uśmiechnęła się w myślach sama do siebie. Smok był nikim, jeśli nie zionął ogniem. A ona była po prostu tym ogniem. Dosłownie oraz w przenośni.
Nie czuła się komfortowo w czarnej sukni, choć zmuszona była zagryźć wargi i ignorować uczucie jakby była żywcem gotowana. Lekkim krokiem pokonała ostatnią odległość, dzielącą ją od loży królewskiej. Naturalną rzeczą był fakt, że oczy kobiety dyskretnie zatrzymało się na osobie nowego namiestnika, ciekawe tego, jak bardzo różnić się on będzie od swoich poprzedników. Ambitny Maegor Targaryen wydawał się niewątpliwie... intrygującym pionkiem w tej całej rozgrywce władzy.
- Pani. I Ty, Panie - Skinęła z szacunkiem głową zarówno ciotce króla, jak i jego bratu. Dopiero po chwil podniosła spojrzenie, uznając, że ceregiele zostały dopełnione. Sovirisa zajęła miejsce przeznaczone dla członka Rady Królewskiej. Nie widziała potrzeby wtrącać się w rozmowę, która jej osoby po prostu nie dotyczyła. Wielu żyjących na dworze miało brzydką manierę wpychania swojego nosa tam, gdzie nie powinien. A ona, która spędziła w Czerwonej Twierdzy większość swoje życia, doskonale wiedziała czego unikać, aby się nie sparzyć i móc liczyć na w miarę święty spokój.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Loża królewska   Sob Lut 22, 2014 4:19 pm

Słońce, choć już dawno opuściło zenit i rzucało coraz dłuższe cienie, nadal paliło żywym ogniem. Upał, jedynie sporadycznie zakłócany nieśmiałymi podmuchami wiatru, nie był jednak przeszkodzą dla samych Targaryenów. W ich żyłach płynie ogień, są smokami z krwi i kości… cóż, przynajmniej w większości przypadków. A jak wiadomo, gorące słoneczne promienie nie są w stanie przerazić Smoka… co najwyżej oślepić go na krótką chwilę.
Zapomniany powiew wiatru znad zatoki dotknął dokładnie ogolonych policzków Maegora, gdy ten wpatrywał się w Rhaenę wzrokiem, którego nie sposób było jednoznacznie określić. W spojrzeniu lawendowych oczu było coś z napięcia, dziwnej, wytężonej uwagi, namysłu, który zwykle dotykał Targaryena podczas samotnie spędzanych na Smoczej Skale dni. I gdy już wydawało się, że Namiestnik zapomniał o obecności swej ciotki, jakiś cierpiący na brak wyczucia czasu gołąb zagruchał na gzymsie, zaraz jednak umilkł, może czując, jak głupio i nie na miejscu jest drzeć dzioba w podobnych okolicznościach. Maegor uśmiechnął się z lekkim roztargnieniem, prostując na zajmowanym miejscu lekko i przesuwając wzrokiem po gęstniejącym tłumie.
- Cóż, nie pomyliłaś się w swych domysłach. Przez pewien czas… byłem w drodze. - odparł lakonicznie książę Smoczej Skały, powstrzymując wyraz rozbawienia, jaki pragnął wtargnąć na jego twarz. Jak inaczej mógłby określić swą podróż do Reach…?
Znów zrobiłem coś za was, przyjaciele, pomyślał z odrobiną drwiny. Znów przyczyniłem się do waszego spokoju, bogactwa, do waszej beztroskiej gnuśności, do nudy waszego dworskiego, skisłego istnienia. A kiedy dowiedziałem się, że muszę sprzedać samego siebie za ostatnie mdłe światło, ten chorowity i blady promyk nadziei na pokój, nie zawahałem się ani chwili. I co otrzymałem w zamian? Złotą broszę wpiętą w koszulę. Oczekiwania. Oraz żądania. Żądania. Żądania…
- W równie niespokojnych czasach i cała Gwardia Królewska mogłaby okazać się bezradna. Wszak…- Maegor zawiesił głos na moment, sycąc się głębokim spokojem, jaki panował w targaryeńskiej loży. Najpewniej nie na długo. - … sama królowa miała znacznie pilniejszych strażników. A teraz Milczące Siostry przygotowują drobne, pogruchotane ciało do godnego pochówku. - dokończył spokojnie, starając się zignorować ukłucie bólu, zjawiające się za każdym razem, gdy tylko odważył się przywołać w myślach obraz młodszej siostry. Nawet książę Smoczej Skały, pomimo swej niekwestionowanej oschłości w okazywaniu uczuć, nie mógł wyprzeć z umysłu świadomości, że Ravath zginęła w sposób niegodny Smoka. Niegodny… także w oczach bogów, choć ci stanowią dla Maegora najmniejszy problem. Choć działają dokładnie tak, jak sam Namiestnik - poprzez stwarzanie okazji.
- Mój młodszy braciszek jest cały… choć nie do końca mam pewność, czy zdrowy. Aerys pozbawił go zajmowanego stanowiska, gdy wykazał się znikomym zainteresowaniem wobec konfliktu na południu. - Targaryen odchylił lekko głowę do tyłu, ignorując dłoń Rhaeny zaciśniętą na przegubie.  - O królu można powiedzieć wiele, lecz na pewno nie to, że z własnej woli pozbawia życia członków rodu. - … lub przynajmniej naiwnie sądzę, iż tak jest. Pomyślał z niechęcią Maegor, ujmując w końcu dłoń Rhaeny i zamykając smukłe, blade palce kobiety w lekkim, uspokajającym uścisku.
- Ja i kłamstwo? Skąd ten pomysł? - uśmiech księcia Dragonstone był wybitnym zaprzeczeniem słów, które właśnie padły z jego ust. Najpewniej pragnął dodać coś jeszcze, lecz w tej samej chwili lożę królewską zaszczycił kolejny gość… kobieta, z którą lada dzień Maegor zasiądzie na spotkaniu Małej Rady. Soviria, szczególnie lubiana przez alchemików w Wolnych Miastach… a co za tym idzie - być może przez samego Targaryena?
- Witaj, pani. - Namiestnik skłonił lekko głowę, odrywając wzrok od Starszej Nad Monetą dopiero w chwili, gdy zreflektował, że nazbyt długie wpatrywanie się w tą konkretną kobietę może zostać odebrane jako… nachalność? Maegor uśmiechnął się lekko, przenosząc spojrzenie na ciotkę, której dłoń wciąż trzymał w uścisku. Jasne brwi księcia Smoczej Skały podjechały nieznacznie do góry, gdy cofnął rękę i czym prędzej zajął palce  najbliżej stojącym przedmiotem - czyli pustym pucharem. Lekkim kiwnięciem głowy Targaryen nakazał służce napełnienie kielicha winem, skupiając tym razem uwagę na drewnianym podeście.
Niechże ta farsa czym prędzej dobiegnie końca...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Loża królewska   Pią Lut 28, 2014 10:21 am

/ Czerwona Twierdza

Już dawno minęło południe, gdy Aerys wraz z czterema swymi Gwardzistami oraz kilkoma dworzanami opuścił zamek i ruszył ku polu turniejowemu, odziany w ciemne szaty oraz równie ponury wyraz twarzy. Czarna koszula, wyszywana na mankietach niewielkimi rubinami, wykonana została z lekkiego materiału, dzięki czemu król nie odczuwał przykrości związanych z wysoką temperaturą w dusznej jak zwykle stolicy. Choć Czerwona Twierdza od kilku dni pogrążona była w żałobie oraz nienaturalnej ciszy, niewątpliwie wciąż zachwycała architektonicznym rozmachem i stylistyczną różnorodnością, a także górowała rozmiarem nad wszystkimi budynkami Królewskiej Przystani wziętymi razem. Jednocześnie stanowiła teraz jakby miniaturkę siebie z dawnych lat, przypominała pamiątkowe modele budowli zamknięte w szklanych kulach z Wolnych Miast. Być może była to konfrontacja napęczniałych wspomnień z suchą rzeczywistością, ale raczej chodziło o to, że jeśli ktoś – jak Aerys – widział choć raz w życiu Braavos, żadne inne miasto na świecie nigdy już nie wydało mu się dość duże, kulturowo zróżnicowane i niezwykłe.
Już dziś, jeżeli nie byłeś arystokratą, poruszanie się po mieście wymagało ciągłego życia w strachu. Nie trzeba było wiele – wystarczyło, że ktoś nie wziął ze sobą sakiewki na spacer albo okazał się zbyt pyskaty wobec niewłaściwej osoby, i już nieszczęście gotowe. Mało kto jednak interesował się maluczkimi z dołu, gdyż już od pierwszej chwili w Królewskiej Przystani całą uwagę zajmowała korona stolicy i stojący na niej wspaniały zamek rodu Targaryen. Nieważne, ile razy go widziałeś, widok strzelistych wież, czerwieni budulca, kamiennych smoków czy tarasów wychodzących wprost w powietrze każdorazowo robił wrażenie. A niejeden wiedział przecież, że to, co na zewnątrz, było ledwie namiastką tego, co znajdowało się w środku...
- Prędzej czy później ktoś postanowi zakosztować słodkiego owocu. - wymamrotał pod nosem Aerys, pokonując prędko ostatnie kroki dzielące go od loży królewskiej.
- Wasza Wysokość coś mówił? - zainteresował się idący obok młody szlachcic. Targaryen nie potrafił skojarzyć jego twarzy, umiejscowić jej w tłumie ludzi ubiegających się o jego względy, ale winna mogła być temu jego paradna zbroja, jedna z tych, w których nawet hodowca kóz wyglądałby jak przystojny i waleczny mąż stanu. Władca pokręcił jedynie głową, zauważając z zadowoleniem, iż większość trybun została już zajęta, zaś na samym podeście wyczekuje sam Lord Raventree Hall. Aerys pochylił lekko głowę, by ukryć drwiący uśmiech. Dopiero po ujrzeniu Maegora oraz Rhaeny w loży, zmarszczył delikatnie czoło,  karcąc się w myślach za nieuwagę. Przez tyle dni studiował pilnie wieści docierające z wszystkich zakątków Siedmiu Królestw, marzenia, obawy i cele wielkich oraz pomniejszych rodów, a zapomniał, że choć jego strażnicy, gdy wstępowali w królewską służbę, przyjmowali zbroję gwardii, to przecież nie wyrzekali się swego pochodzenia. Mógł mieć tylko nadzieję, że takich przeoczeń nie było więcej… Targaryen zajął miejsce na podwyższeniu, delikatnym skinięciem głowy witając członków swej rodziny oraz Starszą Nad Monetą. Najwyraźniej pragnął jak najprędzej odrobić pracę domową i udać się do swych komnat.
- Miłościwie nam panujący, król Aerys Drugi Tego Imienia! - zakrzyknął stojący na polu turniejowym herold, wnet skupiając uwagę widowni na ubranej w czerń i szkarłat loży królewskiej. Władca uniósł blada dłoń w geście powitania, skupiając jednocześnie całą swą uwagę na stojącym pośrodku terenu Edmundzie Blackwoodzie.
Podest był dobrym wyjściem.
Pomyślał spokojnie Targaryen, zaciskając lekko palce na oparciu potężnego krzesła, wyrzeźbionego na kształt smoczego pyska. Król powoli przygotowywał się do zabrania głosu, budując jednocześnie napięcie, gdy nagle powiało od zawietrznej. Aerys skrzywił się nieznacznie, marszcząc nos
- Ależ ten sztandar cuchnie... - rzekł na tyle cicho, by usłyszeli go wyłącznie siedzący najbliżej członkowie rodu oraz sami Gwardziści. Dopiero po chwili wyprostował dumnie plecy, wodząc wzrokiem po zapełnionym polu. - Sprawiedliwość…! Sprawiedliwość jest cechą, którą winien odznaczać się każdy władca. Sprawiedliwość stanowi jedyny gwarant pokoju, bowiem to właśnie s p r a w i e d l i w o ś c i powinni obawiać się ludzie pokroju stojącego przed wami Lorda Raventree Hall. - fiołkowe oczy Targaryena zabłyszczały niezdrowo, gdy przyszpilił wzrokiem nonszalancko spokojnego Maegora. I choć spojrzenie trwało nie dłużej niż jedno uderzenie serca, nie mogło umknąć uwadze… Namiestnika. - Winy Edmunda Blackwooda nie ulegają wątpliwości. Na jego rękach znajduje się krew setek ludzi, zarówno zwykłych poddanych króla, jak i walecznych wojów, którzy ponieśli śmierć w bezmyślnej, samowolnej wojnie wywołanej przez tego człowieka! Dopuścił się on nie tylko morderstwa, ale i złamania królewskiego pokoju nałożonego na osłabione Dorzecze! Wypowiedział posłuszeństwo zarówno Lordowi Doliny, jak i mnie, władcy Siedmiu Królestw! Pozbawił chłopów domów, odebrał matkom synów i pozwolił, by ojcowie patrzyli, jak ich dzieci toną we własnej krwi! Sprzeniewierzył się wszystkim prawom Siedmiu, powołując na zadawniony konflikt z Lordem Brackenem oraz podpierając swe decyzje wolą szerzenia wiary w Starych Bogów! - Aerys urwał swą tyradę, pozwalając, by jego słowa rozniosły się echem po polu turniejowym. Milczał, budując napięcie. Wpatrywał się w Blackwooda, nie próbując nawet szukać w nim niewinności. A gdy w końcu ponownie zabrał głos - brzmiał jak inny człowiek. - Ani starzy, ani nowi Bogowie nie pragną, by wiarę w nich wpajać żelazem oraz pożogą… tak jak i ja nie pragnę, by sąd mój kierowany był chęcią zemsty. Twe przewinienia, Lordzie Blackwood, nie ulegają najmniejszej wątpliwości. Zatem i mój wyrok musi być ich pozbawiony. - Targaryen wyprostował się nieznacznie i kiwnął lekko głową w stronę ser Meryna, stojącego do tej pory poza podestem. Królewski kat, uzbrojony w wielki, połyskujący ponuro w promieniach słońca topór, niespiesznie wspiął się na drewnianą kondygnację i oparł narzędzie swej pracy o drewniane deski.
- Czy pragniesz zabrać głos, Lordzie Blackwood? - Aerys uniósł lekko jasne brwi, wbijając spokojne spojrzenie w skazańca, który nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo decyzja króla zależy od jego słów…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Loża królewska   Sob Mar 08, 2014 7:57 pm

Koniec tego dnia zapowiadał się wspaniale. Wspaniale oraz wesoło, oferując cały asortyment nowych możliwości. Zaś Aerys miał zamiar wykorzystać je wszystkie.
Wykorzystać bez litości.
Król wpatrywał się w skazańca beznamiętnym spojrzeniem liliowych oczu. W jego wzroku nie było nic z dezaprobaty, ani nawet ze szczerego, naturalnego znużenia. Próbował odnaleźć w Blackwoodzie człowieka, który doprowadził do kolejnego konfliktu w Dorzeczu, jednak pomimo wszelkich starań dostrzegał jedynie ludzki wrak. Brudnego, ześwirowanego męża. Wcale nie Lorda. Nie dzielnego, niezłomnego, choć nad wyraz głupiego i wydającego pochopne rozkazy wojownika. Ani dumnego, ironicznego dziedzica Raventree Hall, który objął władzę nad rodową siedzibą tylko po to, by utracić ją w tak idiotyczny sposób.
Na dobrą sprawę miał w sobie coś ze ściuchranego, ale groźnego i niepoczytalnego człeka.
Edmund Blackwood, boży szaleniec. Wariat.
Aerys widział to w oczach więźnia, gdy ten wstępował na deski podestu i słuchał przemówienia władcy Siedmiu Królestw.
Lęk. Lęk i odrazę.
Był oszołomiony i zdruzgotany. Wszystko, co zobaczył, odkąd pojmano go pod Stone Hedge, najpewniej wydawało mu się obrzydliwe i przerażające. Król też. Też, bo jest główną częścią rzeczywistości, która jawi się jako koszmar. Sen zbyt straszny dla człowieka, który miał ongiś wszystko. Na dźwięk głosu Edmunda Blackwooda, wargi Targaryena skrzywiły się nieznacznie, jednak w fiołkowych oczach nie było nawet najmniejszego przebłysku emocji. Wyprany z uczuć, pozbawiony sympatii i antypatii. Idealny twór, równie bezuczuciowy, co Żelazny Tron. I równie śmiercionośny, co ostrza, z którego wykonane zostało siedzisko…
Zapomnij o swych uprzedzeniach.
Na małym palcu zaciśniętej na balustradzie prawej dłoni zalśnił złoty sygnet, gdy Aerys w milczeniu wysłuchiwał słów Lorda Raventree Hall. Wzrok władcy jednak utkwiony był nie w poddanym pod osąd więźniu, lecz katowskim toporze. Światło dzisiejszego dnia było takie doskonałe. Łagodne i ciepłe, ślizgało się srebrem po nienagannie wypolerowanej powierzchni szerokiego ostrza...
- Królewski sąd zawsze stanowić miał synonim sprawiedliwości… ja zaś nie mam zamiaru odstępować od tej zasady. - przemówił spokojnie Targaryen, przenosząc wzrok z katowskiego topora na zebrany tłum. Twarze, ściągnięte w napięciu, z niecierpliwością wyczekujące przebiegu wydarzeń oraz wyroku władcy dla wielu mogłyby być czynnikiem napędzającym decyzje… lecz nie dla Aerysa. Być może to jego szaleństwo, być może żałoba lub zwykła przekora - nie miał jednak zamiaru pozwolić, by dzisiaj tłum podejmował decyzje za niego.
- Mając wzgląd na wolę Siedmiu oraz prawa bogów i ludzi, mocą przyrodzonego mi prawa, ja, Aerys z Domu Targaryen, Drugi Tego Imienia… - podjął donośnie władca, zatrzymując spojrzenie na Blackwoodzie. Smok wiedział, że dzisiejszy dzień jest zaledwie początkiem. Początkiem prawdziwej walki nie tylko o władzę, nie tylko o sławę… ale o ideę. - … Król Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi, skazuję Cię, Edmundzie Blackwood, synu Bryndena… - Aerys zawiesił głos na kilka uderzeń serca, sycąc uszy ciszą, jaka zapadła na polu turniejowym. Władca czuł na sobie dziesiątki, jeśli nie setki pełnych napięcia spojrzeń, jednak to jedno, należące do stojącego na podwyższeniu człowieka, przewyższało po stokroć emocjami całą resztę. - … na przywdzianie czerni. Zostajesz pozbawiony wszelkich przyrodzonych oraz zdobytych tytułów,  wyrzekasz się prawa do ziemi, pochodzenia oraz nazwiska. Bracia z Nocnej Straży będą Ci rodziną, Czarny Zamek domem a ciemne odzienie ozdobą. Złożysz przed bogami przysięgę i poprzez służbę w szeregach tej starożytnej formacji zmażesz swe winy. Twe życie oraz honor należą od dziś do Nocnej Straży. Aż po kres Twych dni. -  powiedziawszy te słowa, Aerys zamilkł raptownie, wpatrując się w ludzi. Zdezorientowane twarze. Twarze, które zamiast bezmyślnego gniewu króla ujrzały jego nieprzewidywalność, niezdrową wręcz zdolność zaskakiwania… i niepohamowanie w podejmowaniu decyzji.
- Za pięć dni wyruszysz na Mur. - dodał ostro Targaryen, zatrzymując na pół uderzenia serca wzrok na królewskim kacie. Fiołkowe tęczówki zamigotały szaleńczo, gdy kącik ust władcy uniósł się nieznacznie w grymasie rozbawienia. - Nim jednak udasz się do lochów, czas na ostateczną lekcję. Ser Merynie, sięgnij po sztylet… - władca zamilkł na moment, wychwytując zdziwione spojrzenia członków swej rodziny. Tak, tak... dziwcie się. Bójcie. Analizujcie. - ... i pozbaw Edmunda Blackwooda przyrodzenia. Wszak podczas służby w Nocnej Straży będzie mu ono zbędne. - dodał ze spokojem w głosie Aerys, po czym bardzo powoli opadł na miejsce. Wyglądał jak starzec. Jak wrak niegdysiejszego władcy. Nim zdołał sięgnąć po kielich z winem, by zwilżyć spierzchnięte usta, królewski kat już podjął się wykonywania rozkazu - stal wyszarpniętego z pochwy ostrza zalśniła złowrogo i nie trzeba było być zbrojmistrzem, by poznać w nim valyriański kunszt… na spowitym w ciszy polu turniejowym dźwięk rozcinanego materiału brzmiał jak pomruk nadchodzącej burzy. Jeśli nawet sam Blackwood krzyczał, gdy dwaj pomocnicy kata przytrzymywali jego ciało, zaś sam ser Meryn z wprawą godną rzeźnika wykonywał ostrym sztyletem zamaszyste cięcie, Aerys nie słyszał wrzasku - fiołkowe oczy wbite były w nieruchomą taflę ciemnego, dornijskiego wina, gęstego niczym krew.
Żadnej litości. Żadnego pobłażania. Śmierć byłaby łaską… a on o nią nie prosił.
Pomyślał leniwie Targaryen, podnosząc wzrok znad kielicha i ze zdumieniem dostrzegając, iż przedstawienie dobiegło końca. Ser Meryn jak zwykle popisał się precyzją, po jego zabiegu na podwyższeniu pozostała jedynie smuga krwi, nierówna oraz wesoło lśniąca w promieniach słońca. Królewski kat wraz ze swymi ludźmi sprowadził już ze sceny głównego aktora, o ile sprowadzeniem nazwać można było usilne włóczenie osądzonego po gruncie. Widownia także sprawiała wrażenie, jakby pragnęła czym prędzej umknąć sprzed oblicza króla. Aerys potarł brodę w roztargnieniu, odstawiając nienaruszony kielich z winem na stolik i podnosząc się z miejsca.
To dopiero początek.

/zt, myślę, że to odpowiednia pora dla każdego z obecnych na polu turniejowym do okazania wrażeń, odnośnie przesuniętego pogrzebu - proszę oczekiwać posta od MG w sepcie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Loża królewska   Nie Mar 09, 2014 8:58 pm

Siedząc nieruchomo na swym zaszczytnym miejscu, doskonale czuł każde wgniecenie w obiciu ławy. Dla rzemieślnika wykonującego mebel niepojętym było, aby członkowie rodziny królewskiej siedzieli na zwykłym drewnie, dlatego też postarał się o puchową wyściółkę… w swym kunszcie oraz misternych obliczeniach nie wziął jednak pod uwagę kształtu siedziska i dlatego, po blisko godzinie nieruchomego trwania w miejscu, Książę Smoczej Skały oraz Namiestnik Królestwa od dłuższego czasu nie do końca czuł tylną część swego ciała. Na dobrą sprawę…
… nie czuł jej wcale.
Maegor pogrążony w rozmyślaniu nad tym, co dokładnie każe zrobić ze stolarzem w ramach nauki rzemiosła, dopiero po chwili zauważył przybycie swego królewskiego brata. Z wyrazem twarzy, którego nie powstydziłby się portowy rzezimieszek z trzydziestoletnim stażem, skłonił lekko głowę przed Aerysem, z niezadowoleniem stwierdzając, iż ten ma znacznie wygodniejsze krzesło.
I znacznie bardziej poobijany od Żelaznego Tronu tyłek.
Pocieszył się w myślach młodszy Targaryen, przesuwając spojrzeniem po loży lordowskiej. Edmund Blackwood nie okazał się rozrywką na tyle interesującą, by w sądzie wzięła większa liczba lordów, ku swemu zaskoczeniu jednak Maegor dostrzegł tam dziedzica Skały. Trwał wyprostowany i nieruchomy na swoim miejscu. Był wysoki, chudy, o pozornie surowej powierzchowności, jasne włosy opadały falami mu prawie do ramion. Ludzie z jego eskorty byli równie schludni, ogoleni, wypolerowani i posępni niczym grupa żałobników. Nieco dalej, po lewej stronie, rozwalał się Lord Rykker, rumiany człowiek o okrągłej twarzy ozdobionej ogromnymi wąsami. Jego wielki i sztywny od złotych nici kołnierz sięgał mu niemal do wielkich różowych uszu. Przyboczni Lorda Duskendale siedzieli na krzesłach jak na siodłach, ich chabrowe szaty były ciężkie od sznurów, górne guziki rozpięte, plamy błota przypominały medale. Kąciki ust Maegora uniosły się w lekkim uśmiechu. Czy nie na tym właśnie polegały różnice pomiędzy nim a Aerysem? Dla króla istotna była czystość, wyrzeczenia i ścisłe przestrzeganie zasad. Dla Namiestnika życie było kwestią ekstrawagancji i starannie dawkowanej odwagi. Gdy tylko nie widzieli ich postronni, spoglądali na siebie z wyniosłą pogardą, jakby każdy z nich uważał, że zdobył sekret skutecznej walki, a ten drugi, pomimo usilnych starań, nigdy nie będzie niczym więcej jak zawalidrogą.
Maegor odwrócił się w stronę służącej, niecierpliwym gestem nakazując jej napełnić kielich. W gardle czuł nieprzyjemną suchość. Król najwyraźniej od samego początku wiedział, co ma powiedzieć, musiał to tylko zrobić możliwie jasno i usiąść. Książę Smoczej Skały pozwolił sobie skupić większą uwagę na winie, które aktualnie spijał, niż na słowach swego brata, zaciekle opowiadającego o sprawiedliwości, woli bogów, potrzebie szerzenia pokoju i miłości do bliźnich. Czyli o czymś, co było mu zupełnie obce. Namiestnik ożywił się dopiero, gdy Aerys udzielił głosu Lordowi… nie - byłemu Lordowi Raventree Hall. Lawendowe oczy zalśniły z zainteresowaniem znad pucharu wina, gdy Edmund Blackwood zabrał głos. Maegor w duchu liczył na soczystą obelgę skierowaną pod adresem króla, kilka niewybrednych określeń, może nawet próbie zaprzeczenia swej winy lub żałosnemu skomleniu o litość… lecz nic z tego. Wypowiedź skazańca była na tyle poprawna politycznie, monotonna i zupełnie niezaskakująca, iż Książę Dragonstone westchnął pod nosem z niekrytym zawodem, doskonale wiedząc, jak mile połechtany został Aerys. I dopiero, gdy miłościwie panujący po raz kolejny przemówił do swego ludu, Namiestnik chwilowo przestał zwilżać gardło ciemnym trunkiem, uważnie wsłuchując się w każde słowo wypowiedziane przez króla.
Sprawiedliwość. Wola Siedmiu. Prawa bogów.
Maegor zmarszczył jasne brwi, przenosząc wzrok z Blackwooda na Aerysa.
Skazuję Cię na przywdzianie czerni. Przywdzianie czerni. Czerni…
Targaryen zacisnął palce na nóżce pucharu, wpatrując się w swego brata z niedowierzaniem.
Wysłać go na Mur, by zmazał swe winy. Jakże miłościwym władcą jesteś.
Pomyślał dokładnie w momencie, w którym wszystkim wydawało się, iż król skończył wydawać swój wyrok.
Jak okazało się zaledwie chwilę później - on dopiero zaczynał.
- Aerysie. - warknął cicho Maegor, pochylając się w stronę władcy. Do tej pory znużony, kpiący wyraz twarzy Namiestnika ustąpił napięciu, którego nijak nie dało się zamaskować. - Zanim będzie za późno, zaklinam Cię, nie prób…
"… sięgnij po sztylet…"
On mnie nie słyszy nie chce słuchać nie ma zamiaru oszalał.
Pomyślał chaotycznie Książę Dragonstone, kątem oka dostrzegając ruch na podwyższeniu.
"… i pozbaw Edmunda Blackwooda przyrodzenia. Wszak podczas służby w Nocnej Straży będzie mu ono zbędne…"
To, co zaszło chwilę potem, wyglądało jak zawieszone w gęstym płynie - sztylet kata, nieruchoma twarz Aerysa, pierwsze wrzaski, ni to przerażenia, ni dopingu z widowni, kurczowo wciągane powietrze przez jedną ze służek…
- … kurwa. - wyrzucił z siebie bezskładnie Maegor, czując narastającą w piersi wściekłość. Zacisnął dłoń na oparciu krzesła, wpatrując się w swego brata jak w najbardziej plugawą pośród wszystkich istot, które kiedykolwiek stąpały po ziemi. W umyśle rodziły się dziesiątki, jeśli nie setki przekleństw, którymi pragnął zarzucić Aerysa, zamiast tego jednak…
… podniósł się z miejsca, jeszcze nim król na dobre nasycił się swym czynem.
Zgrabnie, jak dobra robota igłą. To trzeba przyznać ser Merynowi, temu łajdakowi. Zna się na robocie.
Złota brosza w kształcie dłoni zalśniła w promieniach słońca, gdy Maegor bez słowa wyminął Aerysa i każdym gestem, każdym energicznym krokiem, którym pokonywał odległość dzielącą go od zejścia z trybun, prezentował swój stosunek do decyzji władcy.
Potępienie. Brak akceptacji. Niech cały dwór widzi.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Volantis
Liczba postów :
12
Join date :
30/10/2013

PisanieTemat: Re: Loża królewska   Wto Mar 11, 2014 12:24 pm

Nie pojawiła się tutaj po to, aby nasycić swoje oczy jakimkolwiek widowiskiem. Sovirie, trochę wbrew jej woli, kierowało poczucie obowiązków i szacunek wobec samego króla. Jego Rada winna przecież popierać decyzje korony, okazywać solidarność. Zmusiła się więc, aby cierpliwie wysiedzieć te dłużące się niemiłosiernie dla niej samej minuty.
Z pokorą pochyliła głowę, kiedy w loży pojawił się monarcha oraz przechodził obok. Ostatnimi czasy, zapewne przez te mnożące się kontrowersyjne decyzje Aerysa, zaczęła łapać się na tym, że coraz częściej porównuje króla do jego poprzednika. Mówiono, że rzeczą królów jest chwała a nie długi żywot. Soviria podparła policzek na dłoni, mimochodem kierując swe oczy na Edmunda Blackwooda. Zaślepiony nie wiadomo czym ubzdurał sobie słuszność swoich decyzji. Czy tak właśnie teraz mieli prezentować się Ci wszyscy rzekomo szlachetnie urodzeni? Nie dziwiła się frustracji króla, który musiał niańczyć własnych możnowładców. Głos, który oznajmił sąd nad byłym lordem, wyrwał ją skutecznie z własnego potomku myśli. Mur? Czy taki szaleniec w ogóle godzien był Muru? Zmrużyła oczy, gdyż to nie był koniec. Słysząc o kastracji, Sovirii ciężko było powstrzymać uczucie niesmaku. Odwróciła grzecznie wzrok, nie chcąc nawet patrzeć na to, jak pozbawiają mężczyznę jego męskości. Jej spojrzenie spotkało się ze śmieszącym do wyjścia Maegorem, otwarcie potępiającym tym samym decyzje Aerysa. Namiestnik przeciw władcy. Coś jej podpowiadało, że kolejne dni tylko spotęgują chaos w Królewskiej Przystani, a konkretnie za zamkniętymi drzwiami Czerwonej Twierdzy. Odgłosy wyraźnie uradowanego tłumu przyjęła z dezaprobowanym milczeniem. Odmówiła wina, które jej po raz enty ofiarowano. Na szczęście król nie katował ich dłużej, samemu udając się do wyjścia, toteż Soviria również wstała, aby czym prędzej opuścić to miejsce maskarady.

z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Loża królewska   Sro Lut 25, 2015 1:41 pm

Potworny ból rozsadzał czaszkę. Usadowił się gdzieś za oczami i promieniował stamtąd, obejmując całą głowę, przewiercając się przez żołądek, sięgając aż do czubków palców. Namiestnik zamrugał kilkakrotnie, zupełnie jakby pragnął odegnać sprzed oczu poranne mroczki, jednak zabieg nie przyniósł pożądanych skutków, na zatrważającą chwilę pogarszając samopoczucie Targaryena. Świat wokół wirował, kołysał się, pełen jaskrawych kolorów i dziwacznych kształtów, jak wielka, obłędna kometa dryfujący w nieznane. Maegor przymknął powieki i pozwolił sobie posiedzieć w milczeniu jeszcze przez parę sekund. Natychmiast zapadł w ciemność pozbawioną czasu i przestrzeni, więc gdy znowu otworzył oczy nie wiedział czy minęła chwila, czy kilka godzin. Książę Smoczej Skały miał kłopoty z ostrością widzenia, małe przedmioty, na które patrzył, nagle olbrzymiały, duże wydawały się maleńkie albo bardzo odległe. Oblizał suche usta, spróbował splunąć, żeby pozbyć się obrzydliwego posmaku, jaki towarzyszy zawsze porannej niedyspozycji po alkoholu, lecz nie znalazł ani odrobiny śliny. Niech Inni porwą całonocne obrady.
- Ładnie cię urządzili, staruszku. – wychrypiał do siebie, chwytając drżącymi, mokrymi od potu palcami krawędź stołu, żeby się na nim oprzeć… i wtedy usłyszał brzęk tłuczonego szkła. Książę w porywie zaskakującej irracjonalności przycisnął palec do ust, próbując uciszyć drobne odłamki rozpryskujące się po posadzce, prawdopodobnie dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że po prostu strącił z blatu kielich z winem. Plamy rozlanego na podłogę trunku przypominały kałuże krwi, które Maegor w najwyższym skupieniu (i z nieopisanym trudem) starał się ominąć. Ostry, nieprzyjemny zapach, choć drażnił nozdrza, odrobinę Targaryena otrzeźwił… cóż, przynajmniej na tyle, by Namiestnik mógł dostrzec parę onyksowych oczu wpatrujących się w niego z poziomu łóżka z kłującym niczym sztylety zniecierpliwieniem. Książę pod wpływem tego spojrzenia poczuł się bardzo zmęczony, chory i wcale nie najmłodszy, bolała go głowa, co chwila męczyły mdłości… a na dodatek musiał stawić czoła własnej żonie.
- Śpij, śpij. – zarządził cicho, z najwyższym trudem zwalczając chęć powrotu do łóżka głównie po to, by dotknąć pełnych piersi Ivory  i położyć się obok, przyciskając własną żądzę do jej ciepłego biodra. Miast tego podjął próby odnalezienia wamsu oraz spodni… bądź chociaż jednej z części przyodziewku porzuconego wczesnym rankiem w bliżej nieokreślony kąt komnaty.
Bezskutecznie.
- Inni kuśką nakryli… - wymamrotał pod nosem Namiestnik Siedmiu Królestw i - z zaskakującą swobodą jak na całkiem nagiego - skierował się do wyjścia, nie wiedzieć, czy w poszukiwaniu ubrań.. czy w próbie ucieczki przed palącym spojrzeniem Ivory.
W kilka godzin później, gdy słońce wspięło się niemal na sam szczyt nieboskłonu a ciężkie chmury po całonocnej ulewie odpłynęły znad Królewskiej Przystani, nieco bardziej dyspozycyjny (i już ubrany) Książę Smoczej Skały zmierzał ku polu turniejowemu w towarzystwie władcy Siedmiu Królestw oraz dziedzica Końca Burzy – cała trójka sędziów po ubiegłej nocy nie przejawiała szczególnej ochoty do konwersacji, ograniczając się jedynie do kilku grzeczności… i zaciekłej próbie uchronienia oczu wyjątkowo wrażliwych na blade promienie słoneczne. Maegor miał wrażenie, że dzisiejszy dzień był niczym poranek na pobojowisku. Jednym przynosił radość, innym rany po mieczu i choć do próby walki wciąż pozostawało dużo czasu, Targaryen doszedł do zaskakująco prostej konkluzji: czasem weselej być wierzchowcem niż księciem.
Gdy sędziowie dotarli do loży królewskiej, słońce kładło się złotymi plamami na podmokłym terenie pola turniejowego, lśniąc w płytkich, wilgotnych kałużach zalegających w nierównościach terenu. Promienie rozpalały wielobarwne ognie na gzymsach, dachach i kopułach budynków, oślepiając jednocześnie coraz liczniejszą widownię w lożach publicznych – Maegor miał wrażenie, iż dzisiaj cała Królewska Przystań zaniechała swych obowiązków tylko po to, by stać się świadkami próby walki… i by nasycić wzrok śmiercią, która dzisiaj bez wątpienia zawita do stolicy. A cóż zabawniejszego mogło być dla gawiedzi, jeśli nie szlachetnie urodzeni wyżynający się nawzajem?
- Wina. – Książę Smoczej Skały potoczył wzrokiem po loży w poszukiwaniu służki, która bezzwłocznie wykona jego polecenie – lawendowe spojrzenie dość prędko napotkało smukłą, rudowłosą dziewczynę liczącą nie więcej niż osiemnaście dni imienia i jedynie okoliczności nie pozwoliły Namiestnikowi na próbę zgłębienia jej talentów oraz sprawdzenia kompetencji. – Najlepszego. Cały dzban. – kąciki ust drgnęły nieznacznie, gdy dziewka sięgnęła po naczynie, napełniając nim kielich Targaryena i – najpewniej niechcący – ocierając się o jego ramię. Maegor natychmiast sięgnął po puchar, dwoma porządnymi łykami gasząc trawiące go pragnienie, które w niepamięć odeszło wraz z ostatnimi słowami Aerysa skierowanymi do zebranych na polu turniejowym. Głos władcy jeszcze nie zdążył przebrzmieć, gdy namioty na dwóch krańcach polany opuścili przeciwnicy – dokładnie w chwili, w której zarówno Trystane Martell, jak i Leonard Tyrell znaleźli się na tyle blisko siebie, by dostrzec każdy szczegół w uzbrojeniu rywala, tuż po prawej stronie Maegora coś cichutko zaszeleściło. Książę Smoczej Skały z trudem oderwał wzrok od stających do walki mężczyzn i przeniósł go na źródło dźwięku, niemal natychmiast napotykając spojrzenie Ivory. Targaryen powoli obrócił w palcach kielich i dopiero po chwili zdecydował się, by odłożyć go na niewielki stolik – nie minęły dwa uderzenia serca, a dłoń Maegora już spoczywała na skrytym pod materiałem sukni kolanie Dornijki. Książę popisał się przy tym niezwykłą podzielnością uwagi, bo choć wzrok ponownie skupił na gotowych do walki przeciwnikach, jego kciuk zataczał delikatne kręgi, milimetr po milimetrze wędrując w górę nogi i zatrzymując się dopiero w połowie jędrnego uda. I choć Targaryen najchętniej przeniósłby dłoń na wyraźnie zaznaczony pod sukienką brzuch, wewnętrzne przeczucie ostrzegało go przed zbytnią wylewnością  w obecności Aerysa, którego uwagę dodatkowo odwrócił od Ivory, pochylając się w stronę króla.
- Pół tysiąca złotych smoków na Martella, bracie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Loża królewska   Sro Lut 25, 2015 8:50 pm

Od momentu opuszczenia Sali tronowej Ivory miała wrażenie, że wszystko jest ukryte za gęstą mgłą.
Kontury straciły ostrość, kształty i barwy rozmazały się, tworząc niejednolite plamy. Zamrugała kilkakrotnie i uderzyła się lekko w policzek, by się otrzeźwić i odzyskać zmysł wzroku. Na dnie serca osiadł pulsujący, kłujący ból, przez który ledwie wspięła się po schodach prowadzących do jej komnat. Nogi miała jak z ołowiu, a maleństwo w łonie wcale nie pomagało, w przypływie energii (lub dzielonego z matką niepokoju) co rusz wymierzając kopnięcia. Dornijka zacisnęła zęby z bezsilności. Kto powiedział, że brzemienność to jeden z najpiękniejszych okresów w życiu kobiety?
Stęknęła z bólu, stojąc już przy okiennicy własnej komnaty i próbując dopatrzeć się w szalejących na wietrze jesiennych liściach, kroplach deszczu bębniących o szybę czegoś więcej, niż cień smutku.
-Trystane. – powiedziała po chwili, przenosząc zmęczone od płaczu spojrzenie na dornijskiego księcia. –Do jakiego stopnia można być wypaczoną żmiją?
Po chwili znalazła się przy starszym bracie, wplatając dłoń w jego i opierając czoło o jego ramię.
-Nawet żmija nie atakuje własnego gniazda. – ciągnęła dalej, mówiąc coraz ciszej i więcej, milczenie brata przyjmując jako coś naturalnego i niemal kojącego. Ivory dostrzegała w nim największe podobieństwo do Edrica – naturę słuchacza i obserwatora. Obaj nie mówili więcej, niźli było potrzeba, w przeciwieństwie do niej i Quentyla, lecz jednocześnie – pozwalali im mówić.
A kiedy znalazła się w komnacie sypialnej – zamiast męża, zastała zimną pustkę i coraz głośniejsze dudnienie kropel deszczu o okiennicę.  Nawet kot zamilkł koło kominka, siedząc w bezruchu na parapecie.  Padła na łoże, zmęczona, tak potwornie zmęczona, nieopisanie wycieńczona tym dniem. Miała wrażenie, że ból rozsadzi jej czaszkę, dziecko nieustannie przeciągało się w jej łonie, a zaniepokojone serce biło szybko i boleśnie, czego nie ukoiła miękka pościel, ani chłodna ciemność. Nie znalazła w sobie siły na więcej łez, co był chyba jeszcze gorsze, nie pozwalało oderwać się od myśli, które wbijały księżniczkę w łoże jeszcze mocniej, uniemożliwiając na najmniejszy ruch, czy sięgnięcie po kielich z wodą. I nie było dla niej żadnego ratunku. Nie mogła zasnąć, nie mogła się podnieść – po prostu trwała nieruchomo, z szeroko otwartymi oczyma. Złość, na przemian z bólem, wbijały się w każdą tkankę jak sztylety, atakując nienaturalnie wyostrzone zmysły. Słyszała tupanie kota, cichą rozmowę strażników za drzwiami, prychnięcie śmiechem jednego z nich i zawodzenie wiatru. Zasłoniła uszy, błagając, by ta noc wreszcie się skończyła, by świt przyniósł wytchnienie, a kiedy było już do tego momentu blisko drzwi skrzypnęły potępieńczo, a komnatę wypełniło ciche jęknięcie Maegora, zdejmującego z siebie spodnie. Zbliżył się i opadł na pościel obok niej, szarpiąc lekko za materiał nocnej koszuli, a woń alkoholu drażniła jej zmysł powonienia.
-Jesteś pijany. – chyba nawet nie usłyszał niezadowolonego syknięcia Dornijki, tego zaskakującego odkrycia, bo zaraz zasnął.
A dzięki temu i jej udało się przymknąć oczy, miała wrażenie, ze na moment, trwający krócej niż sekundę, ale… gdy huk tłuczonego szkła sprawił, że zerwała się z łoża, oddychając szybko, czując się jeszcze bardziej zmęczona, niż wcześniej. Zmierzyła Smoka spojrzeniem pełnym dezaprobaty, ale zaraz serce jej zmiękło, jak zawsze, gdy tak na nią patrzył, odwróciła się do męża plecami i udawała, że nic się nie stało. Bastet, zachęcona nieobecnością wrogiego jej mężczyzny, wskoczyła miękko na pościel, wciskając się pod pachę księżniczki i pieszcząc skórę miękkim futerkiem.
Brzask łagodnie rozsupłał ciasny węzeł umysłu Dornijki, która prędzej niż inni, znalazła się na polu bitewnym, by nim zacznie się walka ująć twarz starszego brata w dłonie i ucałować go w czoło.
-Jestem pewna, że zwyciężysz. – wyszeptała z niezachwianą wiarą, że spełnią się jej słowa, po czym prędko opuściła namiot księcia. Brzmienna siostra bardziej by mu zawadzała, niźli w czymkolwiek pomogła.
Z wściekłością wodziła spojrzeniem po wypełniających się lożach lordowskich i publicznych, ciskając spojrzenia jak błyskawice tym za nadto radosnym i podekscytowanym. Sama miała zamiast żołądka supeł, a w gardle kość zamiast powietrza. Ręce jej drżały ze strachu, a skóra pobladła z niepewności, czy Siedmiu nie zechce zrzucić jeszcze większego ciężaru na barki. Nie potrafiła nawet silić się na spokój. Nerwowo mięła materiał skromnie skrojonej sukni o barwie intensywnego pomarańczu i czerwieni, z wyszytymi słońcami na górnej części stroju; bądź obracała w palcach rodowy medalion, ze szlifowanego rubinu, z wygrawerowanym nań pozłacanym słońcem przebitym włócznią. Uparcie wpatrywała się w pole walki, jakby intensywność jej spojrzenia, miała przyśpieszyć przebieg wydarzeń, bądź zapewnić bratu pomyślność. Dopiero pojawienie się władcy Siedmiu Królestw, oraz ich Namiestnika, odwróciło uwagę Iv od nerwowego oczekiwania.
Serce jej niemal stanęło, gdy Trysane oraz przeklęty Tyrell na siebie ruszyli, by w końcu dokonać nieuniknionego starcia. Poruszyła się niespokojnie i na ułamek sekundy zwróciła spanikowane spojrzenie na swojego męża. Jego dłoń na jej kolanie, delikatny dotyk ukoił nieco nerwy. Wzięła spokojniejszy oddech, nim nakryła swoją dłonią męską, splatając ich palce. Uwagę księżniczki całkowicie pochłonęła walka, a pierwszy ryk tłumu zagłuszył słowa Maegora, skierowane do miłościwie panującego…
… na jego szczęście.

Przerażone spojrzenie Ivory nie odrywało się od Trystane oraz Tyrella, zbliżających się do siebie, każdy z nadzieją, że to on zejdzie z tego pola żywy. Gdzieś w tle wrzeszczała Alysanne, jej piskliwy, denerwujący głosik wwiercał się w mózg Ivory, jakby nie istniały żadne dźwięki poza tym wrzaskiem. Dornijka mimowolnie jęła drżeć na całym ciele, nie zwracając nawet uwagi, że coraz mocniej ściska dłoń męża i wbiła w jego skórę paznokcie, gdy brzęk uderzenia stalą o stal po raz pierwszy wybił się ponad głos Alysanne.
Czy kiedyś bała się bardziej?
Miała wrażenie, że strachu, jaki miała w sercu na statku Orysa Baratheona, albo noc, poprzedzającą moment zaślubin - nic już nie może przebić. Dopiero teraz, gdy spoglądała na brata, który w każdej chwili mógł paść martwy na ziemię, bez życia, bez oddechu. Na jej oczach.
A ona nie mogłaby uczynić nic, by mu pomóc.
W grę nie wchodził brak wiary w umiejętności księcia, nic z tych rzeczy. Ivory była ich pewna, doskonale pamiętając chwile, gdy obserwowała jego pojedynki w Słonecznej Włóczni i nie mogła się nadziwić zwinnością brata. W takich chwilach, jak nigdy przypominał jej węża, śmiertelnie niebezpiecznego węża, gotowego, by bezwzględnie ukąsić.
Jednak nawet ona wiedziała, że nawet mistrzowie fechtunku ginęli nieraz z błahych powód, nieuwagi, nieodpowiednich warunków - a podmokłe podłoże i błoto nikogo nie nastrajały optymistycznie.
Serce podeszło jej do gardła, gdy Trystane znalazł się przy murze, a Tyrell napierał na niego z wściekłością. Wydała z siebie zduszony okrzyk, wolną dłonią zasłaniając usta i pochylając się do przodu, by lepiej widzieć. Nawet nie mrugała, nie chcąc przegapić ułamka sekundy pojedynku.
Wszystko działo się coraz szybciej i szybciej, wszystko poza polem bitewnym się zatrzymało i ucichło. Ivory słyszała tylko stal, wrzask Alysanne i szum własnej krwi w uszach. Tyrell padł na ziemię, a Dornijka wiedziała, po prostu wiedziała, że to ten moment. Trystane przydeptał jego ostrze, zbliżał się do niego jak ten wąż, by wreszcie ukąsić.
Oddech Księżnej przyśpieszył, kącik ust uniósł się w uśmiechu, gdy posłała prędkie spojrzenie Maegorowi, pełna nadziei, że wszystko zakończy się dla nich pomyślnie...
... i zakończyło. Wciągnęła głośno powietrze, gdy krew Tyrella trysnęła jak z fontanny. Zamarła w bezruchu, oniemiała i zdziwiona, że to wreszcie stało się prawdą. Puściła dłoń męża i zerwała się z miejsca, zachwycona i oszołomiona.
Zaraz ją zetną.
ZARAZ. JĄ. ZETNĄ.

Miała ochotę zbiec z loży królewskiej, rzucić się bratu na szyję i krzyczeć. Krzyczeć z radości, że tego dokonał, że pomścił rodziców i wdeptał trujące róże w błoto.
Odwróciła się szybko (tak szybko, jak mogła to uczynić z wielkim brzuchem), pragnąc ze szczęścia wpić się w jego usta, ująć dłońmi szorstkie policzki, ale obecność władcy, jego czujne spojrzenie za nadto jej ciążyło, nie pozwoliło na taką wylewność. Ucałowała więc jedynie policzek Smoka i odwróciła się w stronę pola, chwiejąc się na nogach z emocji, tak upojona zwycięstwem, które mąciło imię Lynette, brzęczące gdzieś na dnie umysłu.
Była gotowa, by ujrzeć głowę tej suki w błocie.
Nie. Pragnęła ją martwą. Teraz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Loża królewska   

Powrót do góry Go down
 

Loża królewska

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Droga Królewska
» Królewska Szkoła Baletowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Pole Bitewne-