a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Port



 

 Port

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorne
Liczba postów :
84
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Port   Nie Maj 12, 2013 12:01 pm



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Port   Nie Maj 12, 2013 1:21 pm

Podróż była długa i męcząca, ale czego można się było spodziewać po długim rejsie. Berenike i tak cieszyła się, że przyszło jej zaczynać swą wędrówkę w Volantis, a nie w oddalonym o kilkanaście dni drogi Asshai. Kobieta już w dniu wyjazdu poczuła ukłucie tęsknoty za swym domem. Mimo, iż urodziła się poza ojczystym miastem swych przodków, to czuła z nim silną więź. Często żałowała, że nie udało jej się odnaleźć swej matki i zwrócić jej wolności. Mogłyby wtedy wrócić razem do domu. R'hllor miał jednak dla niej inne zadanie, a jej jedyną rodziną pozostawali inni Kapłani. Kiedy Volantis zniknęła za horyzontem białowłosa jedynie zagryzła wargi. Taką ścieżkę sama wybrała i nie powinna smucić się wykonując rozkazy Pana Światła. Po raz kolejny miała coś ważnego do zrobienia, miała wskazać mieszkańcom Westeros jedyną słuszną drogę. Przez większość rejsu zaczytywała się w książkach w języku Siedmiu Królestw. Była pewna, że nie pozbędzie się nieco nietypowego akcentu, który zdradzał jej pochodzenie, ale miała nadzieję biegle władać językiem. Nie mogła przecież tłumaczyć ludziom prawd, jeśli nie umiałaby się poprawnie wysławiać. Tak jak podejrzewała podróż przebiegła bez żadnych zakłóceń w postaci piratów bądź sztormów. Pan Światła sprzyjał jej i nie pozwoli, aby stała się krzywda jego wiernej służce. Kiedy w końcu dopłynęli do brzegu Berenike odetchnęła z ulgą, ciesząc się w reszcie z możliwości stanięcia na stałym gruncie. Statki jednocześnie kojarzyły jej się dobrze i źle. To na jednym z nich wywieziono jej matka, ale również dzięki temu środkowi lokomocji trafiła do Asshai. Podeszła do kapitana i wymieniła z nim kilka uprzejmości. Był wyznawcą R'hllora i cieszył się z możliwości pomocy kapłance. W końcu opuściła statek, wiedząc, że nie ma już odwrotu. Jej nietypowa uroda oraz czerwona szata przyciągały wiele spojrzeń, jednak nie bardzo zwracała na to uwagę. Słoneczna Włócznia okazała się miejscem takim, jakim opisywali ją inni - gorącym, tłocznym i głośnym. Miała jasne zadanie - nawracać mieszkańców tego obcego dla niej miejsca. Czy powinna zacząć od prostych ludzi, którzy pewnie nie stanowiliby większego problemu, czy swe nauki miała raczej rozpocząć od wyżej urodzonych osób? To drugie wyjście wydawało się lepsze, jeśli uda jej się przemówić do rozsądku Lordom, to ich poddani najpewniej pójdą za swymi Panami. Ech, szkoda tylko, że nie bardzo wiedziała, gdzie powinna się udać. Powolnym krokiem ruszyła wzdłuż nabrzeża, przyglądając się uważnie mijanym ludziom. Czego tak właściwie szukała ciężko było powiedzieć. Zdążyła sobie już uświadomić, że R'hllor miał wobec niej konkretny plan i nieważne gdzie by się znalazła, on wciąż go realizował. Tak było, gdy jej matka wsadziła ją na jedyny statek, który mógł ją zabrać daleko od Qarthu i tak było, gdy została kapłanką w Volantis, a Pan Światła zdecydował się pozwolić jej na wymierzenie sprawiedliwości. Jeśli jej los został spleciony z losem innej osoby, to zapewne spotka ją już niedługo, wystarczyło jedynie chwilę poczekać. W pewnym momencie jej uwagę zwrócił stragan na którym sprzedawano owoce. Podeszła do niego i zakupiła jabłko.
- Poproszę jabłko.
Pierwsza próba użycia tutejszego języka zakończyła się sukcesem, choć jak zwykle słychać było w jej wypowiedzi egzotyczny akcent. Kobieta wgryzła się w owoc, którego skórka była tak samo czerwona, jak jej suknia.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorne
Liczba postów :
25
Join date :
05/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Maj 12, 2013 6:58 pm

Księżniczka Dorne z małpią łatwością przemieszczała się przez zatłoczone ulice zatłoczonej Słonecznej Włóczni. Ucieczka z zamku była łatwa i prosta. Wystarczyło odnaleźć wnękę w korytarzu tuż przy jej komnatach a później iść prosto przed siebie nie zważając na nic. Ubrana w odzież typową do miejskiego dziecka szła wydrążonymi korytarzami trzymając w ręku jedynie pochodnie. Na początku dziwiło ją, że istnieją miejsca do których nie dochodzą promienie słońca ale szybko przyzwyczaiła się do ciemnością która z czasem koiła jej smutki i nerwy. Wyszła tuż za murami pałacu gdzie oczy strażników jej nie dosięgały. Nawet gdyby któryś z nich dostrzegł tą małą istotkę trudno byłoby rozpoznać w niej młodą księżniczkę. Spacer dzielący zamek od miasta był krótki i przyjemny a gdy w końcu znalazła się wśród mieszańców poczuła się dziwnie swobodnie. Tak jak już wcześniej było pisane nie miała problemu z poruszaniem się po mieście. Ludzie zwykle nie zwracali na nią większej uwagi ale zawsze mogła spotkać na drodze któregoś z żołnierzy co na pewno skończyło by się katastrofą. Już i tak ojciec był na nią zły a teraz pewnie do ślubu nie wypuszczono by jej z wierzy. Wśród licznych przechodniów dostrzegła w końcu swoich małych przyjaciół. Większość z nich była sierotami nie mającymi pojęcia z kim mają do czynienia. Aida bardzo dbała o swoją przykrywkę. Dziś miała rozczochrane włosy, lekko pobrudzą twarz i prostą niebieską sukienkę z lekkiego materiału. Po krótkim przywitaniu zaczęła się zabawa polegając głównie na bieganiu między stoiskami na bazarze. W końcu mała grupka obdartusów zatrzymała się przed kramem z jedzeniem. Aida niemal słyszała muzykę wygrywaną przez puste brzuchy jej towarzyszy. Nie zastanawiając się długo postanowiła jakoś temu zaradzić. Mogła po prostu kupić jedzenie ale trochę się bała, że zostanie oskarżona o kradzież pieniędzy albo zostanie zdemaskowana. Wciąż nie bardzo wiedziała co było by gorszę. Nie widząc innego wyjścia po prostu kradła kiść Świerzych bananów gdy sprzedawca zajmował się kimś innym. Była szybka i cicha dla tego nie zdążył jej przyłapać. Rozdała banany sierotom po czym kazała im uciekać zanim ktoś ich złapie. Gdy została sama ponownie odwróciła się w stronę kramu z owocami. Nie myliła się…to była czerwona kapłanka. Pani matka wierzyła w Pana Świata i często opowiadała o nim swojej córce.
-Co czerwona kobieta robi w Dorne?- spytała w valirjańskim języku. To również była zasługa jej pani matki która bardzo naciskała na jej naukę. To było głupie posunięcie ale ciekawości była u Aidy dużo silniejsza niż zdrowy rozsądek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Port   Nie Maj 12, 2013 8:58 pm

Nie była ślepa, potrafiła też skupiać uwagę na wielu rzeczach w tym samym momencie. Kiedy była obsługiwana zauważyła grupkę dzieci. Jedno z nich zbliżyło się do straganu i zwędziło kiść bananów. Czy właśnie dlatego się tutaj zatrzymała, miała zobaczyć tą kradzież? Dziecko nieźle sobie poradziło, więc tylko obserwowała ją w milczeniu. Coś jej mówiło, że nie powinna wydać dziewczynki, a Berenike wiedziała, że ten cichy głosik zwykle radził jej dobrze. Tak jak się spodziewała, wystarczyło poczekać, aby Pan Światła skrzyżował jej drogę z kimś ciekawym. Odwróciła się od kupca w kierunku dziecka, a jej liliowe oczy wydawały się przeszywać je na wskroś. Znała valirjański, ciekawe. W tych stronach było niewiele osób, które mogłyby nim władać, a już na pewno nie powinno znać go dziecko, które wyglądało na sierotę. Ach, no i wiedział o Panie Światła, wspaniale! Zapowiadała się ciekawa konwersacja. Na ustach kobiety pojawił się delikatny, tajemniczy uśmiech. Aida mogła niemal wyczuć, że kobieta wie, iż przed chwilą została skradziona kiść bananów. Potwierdziły to w dodatku jej słowa.
- Wypełnia plany Pana Światła. A co dziewczynka, mówiąca w valirjańskim, robi w Dorne? - po chwili dodała. - Myślę, że powinnyśmy odejść kawałek na wypadek, gdyby ten handlarz umiał liczyć lepiej, niż pilnować swego towaru.
Jak miło, że mogły sobie pogawędzić w najlepiej znanym jej języku. Wciąż nieco obawiała się, że mowa Westeros może nie być tak prosta. Ruszyła wolnym krokiem, nie chcąc być w pobliżu straganu, gdy kupiec zauważy brak części swego towaru. Gdy już była dość daleko i tłum zupełnie oddzielił je od stoiska, zatrzymała się. Ech, miała nadzieję, że plotki na jej temat nie będą roznosiły się w błyskawicznym tempie. Czując na sobie wzrok setek par oczu czuła się dziwnie. Przyzwyczaiła się, że w Volatnis czerwona kapłanka była zupełnie normalnym widokiem, ba, inni darzyli ją szacunkiem. Tutaj stanowiła dziwadło, coś zupełnie nieznanego i możliwe, że niebezpiecznego. Każdy naród bał się wszystkiego, czego nie rozumiał, a mieszkańcy Siedmiu Królestw nie stanowili wyjątku od tej reguły. Berenike miała jedynie nadzieję, że ten lęk nie przerodzi się w agresję. Nie była przecież wojowniczką, a kapłanką i nie miałaby większych szans przeciwko wprawionemu w walce mężczyźnie. Powinna się wyzbyć tych obaw i zawierzyć, iż Pan Światła nie pozwoliłby nikomu, na zrobienie jej krzywdy, ale przecież byłą tylko słabym człowiekiem, którego wciąż wystawiano na próby. Wciąż zastanawiało ją skąd dziecko może znać język z tak dalekich stron. Gdyby wyglądała lepiej mogłaby być szlachcianką, ale która wysoko urodzona dama zdecydowałaby się ubrudzić i biegać z sierotami? Ciekawe czy ich losy zostaną splecione na nieco dłuższy okres czasu, aby kapłance dane było lepiej poznać tę dziewczynkę.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorne
Liczba postów :
25
Join date :
05/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Maj 12, 2013 10:02 pm

Ciekawości to pierwszy stopień do piekła. Tej lekcji Aida nigdy nie chciała przyjąć a mogło jej to oszczędzić wielu cierpień. Gdyby nie nieustający głód wiedzy i ciekawość dziewczynka biegała by dalej po ulicach zostawiając kobietę samotnie. Ale to była Aida tak rzadkiego okazu jak czerwona kapłanka nie mogła zostawić w spokoju.
-Mieszkam, jak wszyscy ludzie tutaj.- wskazała ręką rozwrzeszczane miasto. Tutaj mogła zapomnieć o etykiecie, do której musiała się dostosować za murami zamku I tak mi nic nie zrobi. Pomyślała ze śmiechem spoglądając na sprzedawcę. Mógł ją zaprowadzić jedynie do pałacu by ukarano złodzieja a tam wręczono by mu kilka miedziaków i odesłano z powrotem. Przynajmniej taką nadzieję miała Aida. Tak czy siak zgodziła się z kobietą kiwnięciem głowy i poszła za nią. Za nim się zatrzymała Aida przyglądała się mijającym je ludziom. Nie mogła się powstrzymać od uśmiechu widząc ich zszokowane spojrzenia. A w końcu była to tylko kobieta odziana w czerwone szaty. Ich septon wyglądał dużo bardziej idiotycznie w swoich nakryciach głowy, ale Aida nigdy by nie powiedziała tego głośno. Zrobiło się jej żal biednej kobiety. Ona najlepiej wiedziała jak uparty i nieustępliwy potrafi być lód Drone. Czekało ją ciężkie zadanie ale na pewno ciekawie będzie patrzyć na jej poczynania. Z drugiej strony Drone było bardzo otwartą krainą. Uwielbiającą to co dobre i piękne. Więc może nie wszystko stracone.
-Czemu tutaj?- spytała wciąż tym samym języku, choć słychać było w nim lekką niepewnością. Aida nie opanowała go tak dobrze jak tego pragnęła, ale była młoda a praktyka czyni mistrza. Przez wzgląd na to, że sama wierzyła w siedmiu nigdy nie zagłębiała się dalej w religię światła niż podczas opowieści pani matki. Pamiętała jednak, że Pan Światła wyraźnie przemawiał do swoich kapłanów. Tak przynajmniej twierdziła jej rodzicielka. Przez chwile zastanawiała się czy to ona ją tu sprowadziła, ale o tym na pewno by wiedziała. Usiadła na drewnianych skrzyniach przyglądając się to kobiecie to przechodnią. Musiała przyznać, że nieznajoma była naprawdę piękna kobietą, od której ciężko było oderwać oczy. Cóż był to z pewnością plus.
-Jestem Aida- nie wiedział czy rozważnie jest wymawiać swoje prawdziwe imię ale nie wiedziała też czemu miała by tego nie robić. Kapłanka nie napawała jej strachem co to, to nie. . - Moja pani matka urodziła się za morzem i to ona nauczyła mnie tego języka – nie kłamała tak nieświadome życia dzieci jak Aida kłamały jedynie wtedy, gdy było to konieczne. Wiedziała też, że prędzej czy później padnie pytanie o jej umiejętności językowe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Port   Wto Maj 14, 2013 2:51 pm

To prawda, Berenike nie uważała swego stroju za dziwnego. Było to jakby nie patrzeć tylko prosta czerwona suknia. Nie było w jej odzieniu nic wyzywającego, dekolt miał absolutnie przyzwoite wymiary, a materiał nie prześwitywał w żadnym miejscu. Miała już okazję zobaczyć kilka sept i uważała ich stroje za co najmniej nieprzyjemne. Zwykle miały chłodne barwy, a ukryte włosy nadawały tym kobietą nieludzkiego wyrazu, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Oczywiście to było tylko jej zdanie, zapewne tutejsza kultura aprobowała zarówno taki sposób życia, jak i ich nieciekawe szaty. No cóż, tak czy siak była przygotowana na zdziwienie tutejszych, więc nie zwracała większej uwagi na spojrzenia. Niektórzy zerkali na nią z zaciekawieniem, a w innych wzbudzała niepokój i wrogość. To będzie trudna misja, ale przecież Pan Światła jest po jej stronie. Czemu akurat tutaj miała przybyć Berenike? R'hllor często przemawiał do swych kapłanów poprzez ogień, ale nawet ona nie zawsze była w stanie odczytać jego zamysły. Nie zdziwiłaby się również, gdyby nie miał zamiaru poinformować jej o wszystkich planach. Swój wzrok utkwiła w jednym z odpływających statków. To nie był ten, którym tu przypłynęła, ale i tak czuła się, jakby nie mogła już zawrócić z obranej drogi. Kości zostały rzucone.
- Nawet dla mnie część planów Pana Światła pozostaje zagadką, ufam jednak wskazówką jakie mi daje.
Kiedy rozpoczynała nauki w Asshai miała wybór - zaufać R'hllorowi, oddać się mu bez reszty i zrezygnować z innego życia lub wycofać się i zostać jedną z sierot. Ta decyzja wydawała się łatwa dla małego dziecka, ale z każdym dniem Berenike była poddawana próbie. Kapłani mogą się wycofać, nikt nie trzyma ich siłą, nic im nie grozi za odejście od Pana Światła. Zaskakujące było jednak, że większość, pomimo częstych trudności, zostawała na dobrej drodze i służyła dalej jedynemu, prawdziwemu Bogu. Kiedy wreszcie poznała imię dziewczynki uznała, że i ona powinna się przedstawić. Mimo, iż była przez pewien czas niewolnicą, to nie obce jej były zasady dobrego wychowania. Kobieta wciąż uśmiechała się przyjaźnie. A więc jej matka nie pochodzi stąd. To wyjaśniało skąd Aida zna język z tak odległych krain, no i wie też o tym kim jest R'hllor. Kto wie, może w Dorne jest więcej osób, którym nieobca jest religia kapłanki i z ich pomocą skuteczniej uda się nawrócić pozostałych dornijczyków.
- Zwą mnie Berenike. Powiedz proszę, czy twa matka zna równie dobrze wiarę w Pana Światła?
Być może, skoro urodziła się za Wąskim Morzem, to nie tylko nie wyznaje Siedmiu, ale również wierzy w R'hllora. To byłby wspaniały obrót spraw. Berenike z chęcią zamieniłaby parę słów z osobą, która znałaby zarówno tutejsze realia, jak i religię kapłanki.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorne
Liczba postów :
25
Join date :
05/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Wto Maj 14, 2013 5:06 pm

Aide zawsze dziwiła i jednocześnie ciekawiła ludzka wierność. Poddani byli wierni swym lordom i septonom . Ci zaś wierni byli królom lub swoim bogom. Choć wiele osób próbowała wpoić ją dotyczące tego nauki dziewczynka wciąż nie mogła ich przyswoić. Wychowując się w domu szeptów i niejasnych spojrzeń Aida podskórnie wiedziała, że nikomu nie wolno ufać. A czym rzesz jest zaufanie jak nie podstawą wierności. Mawiał jej dziadek, gdy brał ją na kolona siadając na wielkim złotym tronie na którym któregoś dnia miała zasiąść i ona.
-Idziesz za światłem choć nie wiesz gdzie cię zaprowadzi? - spytała wpatrując się w kapłankę. Znów zapomniała o dobrym wychowaniu. Jednak miała przed sobą niesamowitą okazję do nauczenia się czegoś zupełnie nowego i nie zamierzała tego przepuścić. Aida przeniosła wzrok z kobiety na odpływający statek. Odpłynęła na chwilę wyobrażając sobie, dokąd płynie i jakie niezwykłe rzeczy zobaczy. Odkąd zaczęła chodził i mówić chciała wsiąść na jeden ze statków i opuścić Dorne. Zobaczyć nowe piękne miejsca i poznać ich kulturę i świat. Będą kiedyś z septą w porcie schowała się w beczce z fasolą, którą ładowano na statek płynący do Pentos. Niestety beczka okazała się za ciężka i wypadła z rąk marynarzy. Cały prowiant wraz z dzieckiem wysypał się na drewniane deski. Dobrze pamiętała jak wylądowała po nogami wściekłej septy która krzyczała na nią niemal całą drogę powrotną. Miała nie dostawać słodyczy w ramach kary jednak kucharki zawsze coś dla niej przemycały. Było to zarazem smutne i wesołe wspomnienie. Wesołe, ponieważ była to jej pierwsza próba ucieczki a smutne, ponieważ się nie udało. Aida uśmiechnęła się po nosem i lekko potrząsając głową wróciła do świata żywych. Słysząc jej pytanie trochę się zlękła, ponieważ nie wiedziała co powiedzieć. Czuła, że kobieta będzie chciała się spotkać z jej rodzicielką a przecież nie mogła jej od tak zabrać na pałacu. Zresztą nie mogły wejść do pałacu główną bramą, straże na pewno by ich wpuściły a wejście tunelami było zbyt niebezpieczne. Lecz, może gdyby opowiedziała o wszystkim pani matce ta z chęci przyjęłaby ją na dworze. Jednak teraz i tak nie było jej w Dorne, więc ten pomysł musiał zaczekać. Dla bezpieczeństwa postanowiła jednak skłamać mając nadzieję, że będzie to na tyle skuteczne, że kapłanka w to uwierzy.
-Tak Pani, znała. Często opowiadała mi o tym bogu jednak pan ojciec zabronił twierdząc, że zbaczam przez nią na złą drogę.- mówiła to, co ślina przyniosła jej na język ale wcale nie było to takie całkowite kłamstwo. Choć nigdy nie słyszała podobnych słów od pana ojca nie zdziwiłoby ją to zbytnio. Wystarczyła chwila nieuwagi by strażnik wyrósł jak z pod ziemi. Nie musiał nic mówić. Aida dobrze wiedziała, że już nie ucieknie. Chciała po prostu odejść ale nie mogła jej tak zostawić.- Jeśli będziesz czegoś potrzebować przyjdź do pałacu. Powiedz strażnikom że przychodzisz na zaproszenie księżniczki Aidy a na pewno cię wpuszczą. Ja zaprowadzę cię do mojej pani matki-uśmiechnęła się na pożegnanie i zniknęła gdzieś w tłumie razem ze strażnikiem.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Port   Pon Maj 04, 2015 11:38 pm

Czas płynął i wszystko ulegało zmianie, a miała wrażenie, że stoi w miejscu podczas gdy reszta świata jest pochłonięta nieustannym pędem ku przyszłości. Sądziła, że zdążyła już przywyknąć do braku rodziców, do tego, że starsza siostra opuściła Dorne by zamieszkać w Królewskiej Przystani u boku męża i nowo narodzonego synka...Myślała, że wkrótce i ona znajdzie swoją drogę, przestanie być zagubionym dzieckiem. Oh jakże się myliła. W tej chwili czuła się chyba bardziej bezsilna i osamotniona niż kiedykolwiek. Kochała Dorne, wszak był to jej dom, lecz ostatnio nic nie dawało jej radości życia...gorące słońce nie grzało przyjemnie skóry, pędząc na grzbiecie swego wierzchowca nie czuła wolności i ciepłego wiatru, pływając w umiłowanych, dornijskich wodach nie odżywała na nowo.
Obserwowała jak jej rodzeństwo rozchodzi się po świecie, każde w swoją stronę, każde z jakimś nowo-odnalezionym celem. No właśnie...obserwowała - sama nie mogła wpasować się w tą rzeczywistość, nawet nie mogła wyobrazić sobie dnia, w którym ktoś zdecyduje o jej losie, o poślubieniu kogoś kompletnie obcego, kto przybędzie z bogowie wiedzą jak daleka i zabierze ją ze sobą. Jej umysł nadal postrzegał tą wizję jako coś zupełnie odległego, nierealnego. Jednak kiedyś to się wydarzy...czyż nie?
Westchnęła głośno, idąc spokojnym krokiem wzdłuż portu otulonego mrokiem nocy i girlandą świateł ze statków i pobliskich budynków. Tuż obok niej posłusznie szedł Antares, natomiast z tyłu, zachowując odpowiednią odległość, podążali gwardziści, których wyznaczono na jej przyboczną straż. Szczęśliwie nie musiała się męczyć z całym oddziałem, jedynie z dwójką strażników, więc nie czuła się tak silnie stłamszona.
- Ileż czasu minęło od powrotu z Królewskiej Przystani...tak długo się nie widziałyśmy. Chyba jest zdrowa i szczęśliwa hm? Jak myślisz? - spojrzała na swego konia. Cóż, nawet jeśli ktokolwiek spojrzał na nią jak na dziwaczkę, która rozmawia ze zwierzęciem jak z człowiekiem, ba, nawet zadaje pytania jakby koń potrafił jej odpowiedzieć...to niekoniecznie się tym przejmowała. Odkąd ona i jej rodzeństwo wyrośli z dziecinnych psot, wchodząc w tzw. "świat dorosłych", niewiele mieli czasu na to by jak za dawnych lat spędzać czas na zabawie czy rozmowach o ich osobistych sprawach, ważnych i mniej ważnych. Kiyana tak czy inaczej nigdy nie była najlepsza w zawieraniu jakichkolwiek przyjaźni...cóż, bycie szlachetnie urodzoną miało swoje negatywne strony, szczególnie na polu towarzyskim i szczególnie dla niej - po pierwsze, pod nieustannym okiem straży raczej nie można poczuć pełnej swobody, po drugie nie interesowały ją znajomości "na pokaz" z gośćmi, jak to mówią, z tej samej klasy społecznej. Pominąwszy fakt, że okropnie nie lubiła całej tej hierarchii, a zwłaszcza tego teatrzyku jakim bywały przyjęcia w pałacu, przepełnione ludźmi z poprzyklejanymi, fałszywymi uśmieszkami. Na pierwszy rzut oka potrafiła powiedzieć czy uśmiech jest szczery czy kryje się za nim jakiś wąż.
Przystanęła na brzegu portu, wpatrując się w bezkresne wody, poszukując dalekiego horyzontu...myśląc o siostrze i o miejscach, które niegdyś wskazała jej na mapie znanego im świata.
Po długich godzinach plątanie się po porcie, w końcu wsiadła na wierzchowca i pojechała w znanym jedynie sobie kierunku.

/zt/
Powrót do góry Go down

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Lis 22, 2015 4:59 pm

/z Królewskiej Przystani

Drewniany pomost skrzypiał pod jej stopami, a ostry, słony zapach morskiej bryzy wdzierał się brutalnie w nozdrza, tym samym zastępując w znacznym stopniu smród Królewskiej Przystani, który jeszcze przed chwilą towarzyszył jej na każdym kroku. Starała się zachować równowagę, jedną dłonią zasłaniając oczy przed ostrym światłem wschodzącego słońca, a drugą ręką przytrzymując niemowlę, wyjątkowo rozbudzone jak na tak wczesną godzinę i jeszcze bardziej niezadowolone z podobnej pobudki.
-… będziecie tam bezpieczni.
Tak, tak, mówisz to już po raz setny.
Nie pozwoliła sobie jednak na wygłoszenie tej uwagi na głos.
-Gdy wrócicie, popłyniemy na Smoczą Skałę.
Obiecanki-cacanki. Ivory powstrzymała się od przewrócenia oczyma i udała, że z wyjątkową uwagą słucha mężowskich słów, co stanowiło pewien paradoks – zazwyczaj to Maegor udawał, że przysłuchuje się jej wywodom, chociaż po nieobecnym spojrzeniu wiedziała, że duchem jest gdzieś daleko i z pewnością nie nad talerzem pełnym dobrego gulaszu.
-Tak, oczywiście. – łagodny uśmiech pojawił się na ustach Dornijki, gdy mocniej przytuliła do siebie syna, który wyciągał pulchne rączki w stronę ojca.
Tym razem to ona myślami była daleko, wiele mil stąd. W miejscu, gdzie pustynia patrzyła nań żółtawą pustką wyschniętej, piaszczystej ziemi. Stojący przed nią Targaryen, jej małżonek, nie miałby czego tam szukać. Podniosła głowę i stanęła na palcach, by ucałować go na pożegnanie w policzek, a potem odwróciła się i odeszła, by z pomocą kapitana znaleźć się na pokładzie Słońca Dorne.
I wrócić do domu.

***

Podróż statkiem do Dorne mogła nie być najlepszym pomysłem. Wąskie Morze jesień dręczyła sztormami potężniejszymi, niźli podczas letnich burz. Aerion źle znosił rozłąkę z ojcem i nocami często płakał, uspokajając się dopiero wówczas, gdy Ivory ułożyła obok siebie na miękkim posłaniu. Nieustanne kołysanie i szum morskich fal z pewnością nie najlepiej oddziaływał na błogosławiony stan towarzyszki jej podróży, Daeny Velaryon, który w pierwszych miesiącach zawsze daje się kobiecie we znaki. Dornijka klepała ją wówczas po dłoni i obiecywała, że to minie. Ją samą przez pierwsze noce spędzone na pokładzie dręczyły koszmary, związane z jej ostatnią morską podróżą, która zakończyła się… długim pobytem w celi Końca Burzy.
Zdecydowanie nie był to najlepszy pomysł, lecz ze względu na wiek Aeriona, który liczył sobie zaledwie kilka księżyców, podróż drogą lądową była wykluczona.
Gdy przeprawili się przez Stopnie – niepokój ustąpił miejsca radości i ekscytacji. W Dorne wciąż nie myślano o jesieni, a Ivory z chęcią zrzuciła z ramion grube płaszcze, które chroniły ją przed zimnem na północy, zastępując się białymi, powłóczystymi sukniami i chustami, którymi okrywała głowę – po tak długiej rozłące, ostre, dornijskie słońce mogło okazać się zdradliwe.
Niezliczoną ilość czasu spędziła stojąc na pokładzie, nerwowo zaciskając dłonie na poręczy i po prostu patrząc na majaczący w oddali ląd. Piaszczysty, suchy i, zdawałoby się, pozbawiony życia. Każdy Dornijczyk wiedział, że to nieprawda. Tam, w głębi półwyspu, kryły się niemal rajskie oazy, a pośród piasków żyły węże, maleńkie jaszczury, pustynne lisy i sępy. Tylko najsilniejsi mogli tu przetrwać.
Nieuchronnie zbliżali się do portu Słonecznej Włóczni, a księżniczka wyczekiwała tego momentu w kajucie, gdzie promienie słońca nieśmiało próbowały spenetrować wnętrze, ślizgając się po ciemnych deskach ścian, gdzie w środku królowała leniwa senność. Wiedziała, że wychodząc na zewnątrz czas będzie się jej dłużył, a Słoneczna Włócznia zamiast się przybliżać, zacznie się oddalać.
-Legenda głosi, że pierwszą krainą, do której dotarli Pierwsi Ludzie, było Dorne, przez lądowy most, który łączył nasz kontynent z Essos, lecz niewielu z nich się tutaj osiedliło… To miejsce jest gorące i okrutne, nie dla wszystkich, lecz piękne. Przepiękne. – mówiła cicho, nie wiedząc komu to opowiada, Aerionowi, czy też Daenie, która musiała przecież znać tę opowieść. – Kiedy Dzieci Lasu zaczęły z nimi walczyć, w akcie desperacji zwróciły się ku czarom, błagając zielonych jasnowidzów, by powstrzymali falę najeźdźców. Setki jasnowidzów zebrało się podobnież na Wyspie Twarzy, a swych starych bogów przywołali pieśnią, modlitwą i… makabrycznymi ofiarami. Bogowie się przebudzili, podobnie jak śpiące w ziemi olbrzymy, a cały kontynent zatrząsł się i zadrżał. W ziemi pojawiły się ogromne szczeliny, które pochłonęły wzgórza i cłe góry, a potem wypełniło je morze i Ramię Dorne złamało się pod naporem wód, aż wreszcie ponad powierzchnią pozostała tylko garstka jałowych wysepek. Morze Letnie połączyło się z Wąskim Morzem, a most zniknął na zawsze. Tak przynajmniej głosi legenda.
Dornijska księżniczk
a uśmiechnęła się pod nosem, podnosząc spojrzenie z Aeriona leżącego na brzuszku i machającego rączkami, na towarzyszącą jej valyriańską piękność, Daenę. Velaryonówna za każdym razem wzbudzała weń zachwyt, nie tylko za sprawą godnej zazdrości urody - alabastrowej, gładkiej skóry i włosów, w których zaklęto najpewniej księżycowy blask, lecz i bystrego umysłu – co Martellówna ceniła najbardziej. Wspólna pasja – ślęczenie nad księgami do późnych godzin i katowanie oczu – sprawiła, że Ivory szukała jej towarzystwa i rozmowy, odkąd małżonka dziedzica High Tide przybyła do Królewskiej Przystani. Dzięki niej tę podróż łatwiej było znieść.
Zachodni horyzont płonął barwami czerwieni i pomarańczy, gdy Słońce Dorne dobił do portu Słonecznej Włóczni, a dornijska księżniczka wraz z Daeną Velaryon mogły opuścić jego pokład po raz pierwszy od niemal dwudziestu kilku dni. Ivory nieustannie trzymała w ramionach syna, jakby bała się z nim rozstawać, choć schodząc na ląd odzyskała to ciepłe poczucie w sercu – poczucie bezpieczeństwa.
- Jesteśmy. – wyszeptała dziecku do ucha, nie kryjąc uśmiechu i całując go w srebrzyste włoski.
Podniosła głowę i przymknęła powieki. Wiatr się wzmagał. Niósł z rozpalonego wnętrza kontynentu drobiny piasku. Można było się nim upić, tym wiatrem. Zachłysnąć, oszołomić, do głębi nałykać zwierzęcym szaleństwem, zapomnieć. Nafukać lepiej niż tymi ziołami z Essos, które niegdyś wraz z Quentylem podkradła Trystanowi.
-Mam nadzieję, że lubisz ostre jedzenie. – rzuciła pogodnie do Velaryonówny. –Czeka nas prawdziwa uczta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Port   

Powrót do góry Go down
 

Port

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Biały Port
» Peron 9 i 3/4
» Port turystyczny

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne :: Słoneczna Włócznia-