a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Balkon



 

 Balkon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Gość

avatar

PisanieTemat: Balkon   Nie Maj 05, 2013 11:29 am

Niedługo po złożeniu hołdu królowi i przyrzeczeniu wierności koronie przez ostatni z rodów, a także ogłoszeniu, że oto zaczyna się bal, Shaynah odłączyła się od swoich rodziców, by nie musieć znosić karcącego spojrzenia matki, nierzadko rozczarowanego ojca, a także by uchronić swe uszy od wysłuchiwania fałszywych uprzejmości, którymi obdarzali się niemal wszyscy tu zebrani. Wywróciła teatralnie oczami, przechodząc obok kolejnych niemalże wpadających sobie w ramiona dam, a także lordów, z których jeden zdawał się chętny nawet do wyczyszczenia butów tego wyżej urodzonego. Nie przypuszczała, że kiedykolwiek znajdzie się w miejscu, w którym będzie tyle nienawistnych spojrzeń i myśli, które nawet największego ze zbójców mogłyby przysporzyć o kompleksy.
Zatrzymała się na krótką chwilę przy długim stole syto zastawionym najróżniejszymi smakołykami, charakterystycznymi dla poszczególnych rejonów Westeros, ujęła w dłonie puchar z winem podstawionym jej przed nos przez jedną ze służących. Podziękowała niemrawym uśmiechem, a zaraz potem kontynuowała swój spacer pomiędzy tłumem ludzi, obserwując co barwniej ubrane damy i wbrew samej sobie wypatrując pośród mężczyzn swego narzeczonego. Nie miała okazji go dobrze poznać, a była niesamowicie zaintrygowana jego osobą. Ot, zwykła ciekawość dziewki, której przyszłość spoczywała w rękach dziedzica rodu Tyrrelów. Miała prawo wiedzieć, co ją czeka, prawda?
Odetchnęła z ulgą, czując na twarzy podmuch świeżego powietrza, a zaraz potem znalazła się na balkonie wolnym od ludzi, gdzie jej jedynym towarzyszem - na chwilę obecną - był szum fal uderzających o skały u podnóża klifu, na którym wznosiło się miasto. Dźwięk ten, jak i zapach morza oraz podmuchy wiatru przypomniały jej o Niedźwiedziej Wyspie, a także jej komnacie znajdującej się w jednej z wyższych wież zamku. W Królewskiej Przystani było jednak znacznie cieplej, za ciepło dla kobiety, która całe swoje życie spędziła na Północy, przyzwyczajonej do panujących tam chłodnych dni, a czasami również i mrozów.
Upiła łyk wina, skrzywiła się jednak, czując jego gorzki smak w ustach. Czy rzeczywiście nawet alkohol na południu był gorszy niż ten z północnych stron, czy to wydarzenia ostatnich godzin tak wpłynęły na jej zmysły? Wychyliła się przez barierkę i przekręciła puchar pełen czerwonego wina, wylewając całą jego zawartość. Z niejakim zafascynowaniem obserwowała wypływający płyn i barwiący na szkarłatno rosnące poniżej rośliny, niemalże tak samo jak krew oddających swe życia rycerzy za swych lordów.
Czy to w ogóle miało sens? Bezsensowne wojny, konflikty? Czasami Shaynah uważała, że rozwiązaniem problemu jest jedynie powstanie zbrojne, znała jednak historię, wiedziała, do czego to wszystko doprowadziło: do śmierci niewinnych osób, które jedynie walczyły w imieniu swych panów składających przysięgi wierności ważniejszym od siebie. Tak jak tego dnia niemalże wszystkie rody Westeros przyrzekły królowi Aerysowi swój majątek, swoje wojska, swój honor. To nie miało sensu, skoro nadejdzie w końcu dzień, kiedy część z Domów zdecyduje się na wymierzenie ciosu koronie i pozbawienie władzy Targaryenów. Jednakże... Czy nie byłoby to lepsze od pozwolenia Smokom na bezwzględne władanie Siedmioma Królestwami?
Mętlik, miała prawdziwy mętlik w głowie. Nie powinna niepokoić się takimi sprawami, to nie dotyczyło jej, była tylko kobietą, której jedynym zadaniem było ładne prezentowanie się u boku męża. Prawdziwą władzę w tym kraju dzierżyli mężczyźni. I tak być nie powinno.
To jednak nie powinno w tej chwili zaprzątać jej głowy. Odstawiła puchar na stojący nieopodal stolik, a potem uniosła się nieznacznie na palcach (jak dobrze, że była tak wysoką kobietą!) i usiadła na barierce, by po chwili z całkowitym brakiem gracji przerzuciła nogi na drugą stronę. Kogoś innego mogłoby przysporzyć to o zawroty głowy, Shaynah jednak podobne rzeczy robiła w zamkach należących i do Starków, i do Mormontów. Zamachała radośnie stópkami obutymi jedynie w cienkie pantofelki idealnie dopasowane do koloru narzutki i roześmiała się w głos.
Nie jestem szalona. Interesuje mnie wolność.
Powrót do góry Go down
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Pon Maj 06, 2013 11:02 am

/Stoły/
Musiał zapamiętać, by następnym razem sowicie wynagrodzić Bastianowi przytomność umysłu i to, że dał mu otwartą furtkę, jednocześnie pozwalając siostrze się uspokoić, jak i ostatecznie kończąc przedstawienie ku niezadowoleniu gawiedzi.
Kheelan również skorzystał z okazji i skierował się ku balkonowi, by ochłonąć oraz zaczerpnąć świeżego powietrza po sporej dawce emocji, których dzisiaj miał pod dostatkiem. Co prawda nie było najmniejszych szans, by udało mu się wymknąć z Czerwonej Twierdzy, jednak balkon stanowił kuszącą alternatywę i godną namiastkę wolności. Po drodze nie zabrakło oczywiście kilku przystanków i krótkiej wymiany zdań na tematy wszelakie. Nie mógł nie zaproponować dwóm damom tańca, a nawet trzech, gdy okazało się, że jedna z nich to wyborna tancerka. Sam nie był może wybitny w tej dziedzinie, jednak sprawiało mu to wiele radości, a ewentualne mankamenty tuszował ożywioną dysputą, którą zwykł toczyć podczas tańca.
W końcu jednak udało mu się dotrzeć do celu. Przystanął na chwile we framudze, lekko oślepiony zalewającą go jasnością. Tęczówki zdążyły się już zaadoptować do ciemnego oświetlenia sali balowej, więc istny spektakl kolorów na chwilę pozbawił go jednego zmysłu. Odruchowo przyłożył rękę do czoła, tworząc daszek, by zacienić oczodoły i zmrużył lekko oczy.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie jest sam. Po chwili wahania zbliżył się powoli do barierek i oparł się o nie dość swobodnie. Odgradzały go od dziewczyny, która swoim nieszablonowym zachowaniem już na wstępie kupiła sobie jego sympatię.
- Nie wiem, czy wolno mi pozwolić sobie na taką śmiałość, jednak byłbym rad, gdybym mógł dotrzymać Pani towarzystwa - powiedział na wstępie, tonem na tyle cichym, by nie zakłócać zanadto panującej w tym miejscu błogiej ciszy. Nie mógł jednak powstrzymać się przed zerknięciem w jej stronę, a gdy tylko zdał sobie sprawę, kim jest ta młoda dama, uśmiechnął się lekko pod nosem. Baczna obserwacja podczas ceremonii zdecydowanie się opłaciła. Wreszcie ktoś intrygujący i nieszablonowy. Ktoś, z kim można naprawdę porozmawiać, a nie wymienić tylko kilka frazesów. Nie chciał jednak naciskać, więc po chwili dodał jeszcze:
- Powiedz jednak tylko słowo, Pani, a oddalę się pospiesznie.


Ostatnio zmieniony przez Kheelan Frey dnia Pon Maj 06, 2013 1:31 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Pon Maj 06, 2013 12:43 pm

Odchyliła lekko głowę do tyłu, przymykając powieki. Przez chwilę wyobrażała sobie, jakby na powrót była w domu, którego nie widziała już od dwóch lat, w swojej komnacie, by zaraz potem wybiec z niej ze śmiechem i udać się na dziedziniec, gdzie razem z rycerzami i ich giermkami mierzyła się w pojedynkach na miecze dwuręczne i bastardowe, a także bronią jednosieczną jak szabla czy kord. Był czas, kiedy mężczyźni specjalnie pozwalali jej wygrywać w pojedynkach, kilka słów jednak wystarczyło, by zaczęli dawać z siebie wszystko. I chociaż na początku Shay poznawała gorzki smak porażki, nadszedł w końcu czas, kiedy i zrozumiała, czym jest zwycięstwo. Swoim obeznaniem z bronią białą zaczęła przewyższać niektórych z żołnierzy jej ojca, jednak nie zmieniało to faktu, że łuk był tym, co kochała najbardziej. I w strzelaniu z niego na Niedźwiedziej Wyspie nie było osoby, która dorównywałaby Shaynah poza lordem Mormontem i Terrynem, jego synem.
Rozmyślanie o rodzinnym domu przerwał jej męski głos, na dźwięk którego nieznacznie drgnęła. Powoli otworzyła oczy i przekręciła głowę, skupiając uwagę na młodym mężczyźnie. Uśmiechnęła się ciepło nie mając żadnych powodów, by okazać nieznajomemu (chociaż po hołdach wiedziała już, że to dziedzic Frey'ów) swoją niechęć czy nieufność.
- Nie powinieneś mnie tak straszyć, Panie, chyba że pragniesz mojej śmierci - zagadnęła, przez chwilę udając powagę, jakby pragnęła skarcić młodego lorda. W końcu jednak wybuchnęła śmiechem i ponownie zamachała nogami. Jedynie cudem udało jej się utrzymać na stópkach pantofelki, dlatego zdjęła je i rzuciła na podłogę balkonu za swoimi plecami.
- Będę jednak bardzo rada, Panie, mogąc korzystać z twojego towarzystwa. Lubię samotność, jednak mając przy boku drugą osobę czas płynie znacznie szybciej i przyjemniej - dodała jeszcze, na powrót przenosząc spojrzenie na horyzont, za którym powoli znikała okrągła tarcza słońca, barwiąc niebo na szkarłatny kolor.
Lubiła zachód słońca równie mocno, co wschód: to były pory, kiedy mierzyły się ze sobą dzień i noc, jasność i ciemność. Chociaż Shay zawsze znała wynik każdego z tych pojedynków, z zafascynowaniem obserwowała grę kolorów i światła na murach zamków, wśród drzew na gałązkach i liściach czy we włosach i oczach.
Czasami żałowała, że urodziła się jako córka lorda. Miała narzucone życie: masz godnie reprezentować nasz ród, wyjść za mąż, urodzić swemu małżonkowi dziedzica, być mu zawsze posłuszną. Wolałaby być wolna w każdym znaczeniu tego słowa. Móc podróżować po świecie, nie tylko po Westeros, a przepłynąć również Wąskie Morze i zwiedzić Pentos czy Myr. Wiedziała, że trudnym byłoby poznanie kultury Dothraków od nich samych, bo każda próba zdobycia ich zaufania mogłaby skończyć się śmiercią, chciałaby jednak mieć chociaż okazję ujrzeć khalasar przecinający Morze Dothraków.
Miała wiele marzeń. Żadne z nich jednak miało się nigdy nie spełnić, bo już wkrótce miała zostać małżonką Tyrella.
Powrót do góry Go down
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Pon Maj 06, 2013 6:03 pm

Lubił patrzyć na wszystko z różnych perspektyw. W gruncie rzeczy mieszkanie w Czerwonej Twierdzy mogło być interesujące. Przemykając niepostrzeżenie przez niekończące się korytarze, setki pustych komnat, nigdy nie byłeś pewien, gdzie dotrzesz. Zamek zawsze potrafił zaskoczyć, wprowadzić nieco zamieszania w twoim życiu, przypomnieć, że przecież jest niezwykły, że żyje swym własnym, odwiecznym tempem. Niezmierzenie od setek lat, obserwując ulotne chwile, miliony ludzkich istot, które przez ten cały czas naznaczały swój byt w jego murach. Coś się kończy, więc coś się zaczyna. Czymże była garstka lat postawiona na szali wieczności? Przemijanie, ludzka przypadłość, która nie dotykała uśpionego, monumentalnego dziedzictwa przodków.
Kheelan również potrzebował samotności, odgrodzenia się od wszędobylskiego tłumu, tętniącego życiem, naszpikowanego dziwnymi emocjami. Kolejna ucieczka, pragnienie ciszy, zatrzymania się czasu, marazmu. Twierdza oferowała miliony miejsc, w których zbłąkane dusze mogą znaleźć swój własny kąt, własny czas, samego siebie, jeśli tylko zapragną.
A jednak zawsze pozostawała ta myśl. Nigdy nie dało się jej całkowicie wyzbyć. Przecież wiesz, że jeśli tylko zechcesz, wystarczy krok i znowu znajdziesz się wśród innych. Przekroczysz próg, otworzysz drzwi, za którymi może i stoi kilka znaków zapytania, ale jest to ten rodzaj tajemnicy, który nie przeraża, lecz przyciąga, jak zakazany owoc, kusi odkryciem, pragnie tego, by zostać odkrytym.
Zmienność.
Wszystko zależy od Twojego wyboru. Czasem samotnia jest prostsza, nie musisz nic dawać, nie musisz troszczyć się o drugiego człowieka, nie musisz udawać. Czasem to wśród tłumu jesteś najbardziej samotny. Kiedy idziesz przez korytarz, mijając setki nieznanych twarzy, gubiąc się w ich rysach twarzy, odbywając wędrówkę w głębinę ich spojrzeń. Wiesz, że te spojrzenia nie są dla ciebie. Odkrywasz, że nikogo nie znasz. I znowu odczuwasz pustkę.
To właśnie balansowanie na granicy światów, nieustanne igraszki losu. Ty też nią jesteś.
I właśnie tutaj, teraz, zatarły się granice, mała prywatna przestrzeń przestała być samotnią. Frey zerknął ukradkiem w stronę dziewczyny. Ledwie chwila, muśnięcie wzrokiem wystarczyło, by podjąć decyzję.
Czasem ma się na tyle szczęścia, że gdy spotyka się kogoś na swej drodze, można już po kilku chwilach stwierdzić, iż tak właśnie nazywa się porozumienie dusz, zbłąkane 'alter ego'. Świat bywa na tyle okrutny, iż w większości przypadków okazuje się to zwykłą ułudą, piękną iluzją, która równie szybko, jak się pojawia, znika. Jednak Kheelan był w pewnych kwestiach niepoprawnym optymistą, co zresztą często przyczyniało się do powstawania prywatnych dramatów, których było co niemiara w jego krótkim życiu. W każdym razie, wiedziony impulsem, pozwolił sobie przeskoczyć przez barierkę i usadowić się tuż obok blondynki, na skraju balkonu.
- Nie śmiałbym, o Pani, nawet pomyśleć o czymś tak karygodnym. Byłaby to niepowetowana strata dla miłośników damskiego piękna, jak i tej części, która ponadto ceni sobie walory umysłowe - powiedział równie poważnym tonem, grając przez chwilę podług woli dziewczyny. Próżno doszukiwać się w tym zresztą kłamstwa, była przecież szczęśliwą posiadaczką intrygującej, niebanalnej, nieco efemerycznej urody. A i w spojrzeniu, którym go obrzuciła, dostrzegł błysk inteligencji, kiedy pozwolił sobie na kontakt wzrokowy. Biżuteria blondynki odbiła promienie słoneczne, błyskając dziwnym blaskiem, rozpraszając w powietrzu delikatne wiązki światła, zabarwione różnymi odcieniami burgundu.
- Doskonale Cię rozumiem, Pani - podjął rozmowę, uśmiechając się zachęcająco. - I choć skłaniałbym się ku temu, by wszelką politykę pozostawić za drzwiami, które dopiero co przekroczyłem oraz nie wspominać o naszym pochodzeniu, ignorując sztywne zasady zawierania znajomości, to nie mogę powstrzymać się przez wyznaniem Ci czegoś, Pani...
Zawiesił na chwilę głos, niepewny, czy zaraz nie zbłaźni się zupełnie. Jednak pocieszył się myślą, że nie byłby to pierwszy raz.
- Dawno temu usłyszałem występ trubadura, który opiewał niezwykłą urodę pewnej kobiety z rodu Mormontów. Wiadomo, jak to jednak bywa z takimi słowami - mają za zadanie połechtać próżność danej osoby i odpowiadać przyjętym przez większość społeczeństwa wymogom. Jednak historia miłosna, która została wpleciona pomiędzy wersami, urzekła mnie do takiego stopnia... - tutaj przerwał raptownie i dodał takim tonem, jakby zdradzał Shay wielką tajemnicę. - Pani, nigdy nie dawaj wiary słowom, iż mężczyźni nie wierzą w prawdziwą miłość i nie potrafią docenić jej artystycznej wizji - chwilę później kontynuował rozpoczęty wątek, jakby wtrącenie nie miało miejsca. - Więc właśnie ta historia urzekła mnie tak bardzo, iż przyrzekłem sobie w duchu, że gdy tylko spotkam przedstawicielkę tego rodu, skorzystam z okazji i zapytam o genezę utworu. Oczywiście ta pragmatyczna część mojej osobowości uznała to za zwykły, choć piękny, wymysł zdolnego śpiewaka, jednak odezwał się we mnie też romantyk, muszę to przyznać, i uznałem, iż nie przepuszczę okazji, by dowiedzieć się, czy chociaż część tego, co usłyszałem, była prawdziwa. Bo przecież ponoć w każdej historii kryje się choć ziarnko prawdy, nie zawsze jednak potrafimy je dostrzec. A jak to ktoś kiedyś pięknie powiedział, zobaczyć świat w ziarenku piasku jest jeszcze trudniej. Ale odbiegłem już zupełnie od tematu i obawiam się, że całkowicie Panią znudziłem... Niemniej jednak, pozwolę sobie zapytać, czy kojarzy może Pani tę pieśń?
Rzadko kiedy dostawał okazję, by rozgadać się aż tak bardzo, jednak na swoje usprawiedliwienie miał to, iż po prostu poczuł się swobodnie w towarzystwie dziewczyny. Miała oczy marzyciela - takie same, jak on, pochłaniające rozciągającą się przed nimi panoramę i błąkające się gdzieś w chmurach. Gdyby znajdowali się w innych okolicznościach i mieli więcej czasu na poznanie się, chętnie sprawdziłby, czy mogliby się ze sobą zaprzyjaźnić.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Wto Maj 07, 2013 3:53 pm

We współczesnym świecie Shay byłaby dziecięciem hippisów, czyli osobą, która ma "to coś", co powoduje, że absolutnie nie masz ochoty się z nią przespać; hipsterką od siedmiu boleści, czyli dzieckiem ubranym jak kretyn pod przywództwem kretyna ubranego jak dziecko; wredną wiedźmą, czyli kimś, kto pożyczy Ci swój parasol podczas pięknej pogody, natomiast kiedy zaczyna padać, natychmiast go odbierze. Jest niczym diabeł w ciele anioła, czyli kimś, kto potrafi powiedzieć spierdalaj w taki sposób, że poczujesz podniecenie w związku ze zbliżającą się wyprawą. Nie będzie z tobą dłużej prowadziła konwersacji, ponieważ nie stoisz w brodziku jej potrzeb intelektualnych, co koliduje z jej wysublimowaną wiedzą na każdy temat. Shaynah byłaby (a może i jest?) szczytem chamstwa i sadyzmu: przestań gadać, bo jeszcze ci mózg przez gębę wyleci, spadaj na drzewo wieśniaku z kompleksem źle powiązanego snopka siana, jesteś pociągający jak spłuczka od klozetu i nie przeklinam, ja tylko używam kolokwialnego słownictwa w celu wzmocnienia ekspresji mojej wypowiedzi.
Na szczęście - a może i nieszczęście - Westeros nie było współczesnym światem, a Shaynah nie była taka zła, jaka mogłaby się wydawać. Nie była wariatką, nie była masochistką, nie była chamska, ani w gruncie rzeczy taka zła. Była marzycielką, jak Kheelan zdążył zauważyć. Marzyło jej się szczęśliwe życie, prawdziwa miłość, ciekawe konwersacje, zero sztuczności, świat, w którym mogłaby być prawdziwą sobą bez zbędnego udawania kogoś, kim powinna być według innych: poukładaną damą ubierającą strojne sukienki i używającą ładnego języka. Ona chciałaby inaczej. Lepiej. Odważniej. Bez przymusu.
- Twe słowa są miodem dla mych uszu, Panie. Ale skończmy, proszę, z tą wymuszoną grzecznością, mam na imię Shaynah - poprosiła, uśmiechając się jakby była szalona. A to po prostu była ona. Nikt inny. Prawdziwa Shay. Trochę niezrównoważona według niektórych, trochę nadpobudliwa według innych, ale tak naprawdę to była tym, kim się urodziła: Shaynah Mormont, córką swego ojca i swej matki, ich odbiciem w skrzywionym lustrze.
- Kobiety z rodu Mormonów, Panie? - powtórzyła, upewniając się, czy rzeczywiście dobrze usłyszała. Nie czekała jednak na odpowiedź mężczyzny, tylko uśmiechnęła się, może nieco krzywo, na wspomnienie jednej z pierwszych lekcji z septą. - Kojarzę, a jakże. Gdy byłam młodsza kobiety z dworu raczyły mnie tą opowieścią, dając za przykład bohaterkę. Ciężko mi powiedzieć, czy pieśń jest prawdziwa, mój Panie, jednakże na Północy krążą pogłoski, iż kobietą, która zainspirowała trubadura do ułożenia o niej pieśni, była Naerys Mormont, moja prababka.
I Shay rzadko kiedy mówiła tak wiele. Rozmowy z jej braćmi zawsze były krótkie, chociaż treściwe, częściej milczeli w swoim towarzystwie, co było niezwykle przyjemną odskocznią od gwaru, jaki na co dzień panował na Niedźwiedziej Wyspie. Było to jednak przyjemne - móc mówić bez oporów, bez septy czy matki nad głową, które by tylko strofowały za niewłaściwy dobór słów, za złą pozycję, za... wszystko. Ona cała była niedoskonała. I to w sobie lubiła najbardziej.
Inność.
Powrót do góry Go down
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Sob Maj 11, 2013 11:01 pm



Pamiętał doskonale swoją pierwszą styczność z tą niezwykłą twierdzą. Sale były dla niego jakby osnute jakąś delikatną pajęczyną mistycyzmu; wydawało mu się, że odkrył miejsce, w którym czas się zatrzymywał, w którym mimowolnie wstrzymywało się oddech, gdyż powietrze zdawało się zmieniać swój skład.
Wdychasz przeszłość, o słodko-gorzkim smaku, depczesz miliony marzeń, stąpając po nich ostrożnie, rozbijasz pragnienia na miliony kawałków, ostrych, boleśnie wbijających się w twe ciało i nieustannie przypominających to, czego mieć nie możesz. Są różne rodzaje potrzeb serca - on dzielił je na te możliwe i niemożliwe do spełnienia.
Wpatrywał się w morską toń odrobinę zbyt długo.
Brakowało mu tego ostatnio. Obraz powracał w snach, zdawał się być na zawsze utwierdzony po wewnętrznej stronie jego powiek, ale przecież teraz, tu było to namacalne. Prawie namacalne, prawie rzeczywiste. Jego pragnienie jak na wyciągnięcie dłoni.
Nie dane mu było zrozumieć, poczuć nim wszystko zostało stracone i smak życia stał się nie do zniesienia, że są rzeczy, dla których warto opuścić nieskazitelną biel i dla których warto porzucić samotność. Że są osoby, gesty, marzenia i sny, dla których warto wyciągnąć dłoń poza swój świat, na drugą stronę zwierciadła, w którym nie odbija się nic, i zamknąć oczy, lub chociaż je zmrużyć, wierząc, że sam dotyk wystarczy by dalej żyć. I że warto skoczyć w przepaść, głupio i uparcie iść pod wiatr i oddać wszystko, co się ma, za odrobinę nadziei, bo na końcu drogi można czasem znaleźć, całkiem niespodziewanie, pełnię szczęścia w raju pełnym wad. Że dla przyjaciół…
Ale przecież. Przecież nie było już odwrotu.
Papierowe uśmiechy, mechaniczne gesty i pozbawiona sensu konwersacja.
Droga przez krainę czarów?
To nie ta bajka.
Zaskoczony zauważył, iż milczy mu się w jej towarzystwie nadzwyczaj dobrze. Krępacja i zażenowanie nie miały tutaj racji bytu. Jej wyznanie skwitował tylko uśmiechem. Więc jednak miał rację, coś tak niezwykłego, jak tamta pieśń, nie mogło zostać stworzone z nicości.
Nawiązali rozmowę powoli, przedzierając się przez naturalne, ochronne bariery. Pod firmamentem coraz ciemniejszego nieba snuli dziwne wywody filozoficzne, przeplatane wtrąceniami o niemniej intrygujących historiach z własnego życia. Czas jednak ma to do siebie, że w takich właśnie chwilach płynie zbyt szybko. Nić porozumienia pękła szybko, gdy tylko Kheelan usłyszał jakieś niepokojące okrzyki w sali balowej. Poderwał się raptownie z miejsca, rzucając w stronę Shay jakieś przeprosiny, po czym bez chwili namysłu udał się w sam środek centrum zdarzeń. Epitafium katastrof wszelkich, można by rzec.
/środek sali/
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Wto Maj 14, 2013 6:16 pm

Twierdza była zagadką. Tak samo, jak ludzie. Prawdziwa tajemnica. Shay lubiła bawić się w odnajdywanie prawdy dopóki tylko było to zabawą. Bo potem już nie było tak fajnie, wszystko zaczynało robić się niezwykle poważne i jeden fałszywy krok mógł prowadzić do zagłady.
A zabawa... Była światem Shay. Chociaż i tak najbardziej umiłowała sobie swoje marzenia i las z Bożym Gajem na Niedźwiedziej Wyspie.
W Kheelanie znalazła swoją bratnią duszę. Miała wrażenie, jakby znali się całe życie, rozumieli się bez słów, podobało jej się to. Chyba nawet z braćmi nie czuła się tak swobodnie, jak z młodym Frey'em, co całkowicie ją dziwiło, bo dawniej myślała, że z nikim już nie będzie mogła mieć lepszych relacji, niż z Terrynem czy Eldenem.
Sielanka jednak została brutalnie przerwana przez zamieszanie na sali balowej, Kheelan odszedł, a potem na balkon wpadli rycerze króla, by odprowadzić ją do jej komnat. Od nich dowiedziała się, że był zamach na monarchę (i w duszy żałowała, że się nie powiódł), co mimo wszystko ją zaskoczyło, nie spodziewała się, że ktoś spróbuje odebrać Aerysowi II życie w dniu, kiedy na zamku będzie najwięcej osób.
Bezpiecznie dotarła do komnat oddanych Mormontom do użytku i pozostawało jej jedynie czekać na powrót rodziców i braci.

zt.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Czw Lut 18, 2016 8:42 pm


Stół Pary Królewskiej

Po odejściu od stołu królewskiej pary oraz złożeniu jej ślubnych życzeń, ciemnowłosa poczuła pewnego rodzaju ulgę. Nigdy wcześniej nie znalazła się tak blisko władcy całego Westeros. Mimo wszystko nie uważała tego za coś, czym powinna się szczycić. W jej mniemaniu król był człowiekiem z krwi i kości, a nie jakimś wszechmogącym bogiem, któremu powinno oddawać się najwyższą cześć. Niemniej nie zmienia to faktu, że należał mu się ogromny szacunek, a ten na szczęście panna Tyrell umiała okazywać na wiele różnych sposobów. Dorastanie na dworze lorda Wysogrodu jednak miało swoje plusy.
Znalazłszy się pomiędzy zupełnie obcymi ludźmi, kobieta rozejrzała się w poszukiwaniu swojego kuzyna, albo jakiejś innej znajomej twarzy. Niestety Elstan, jego narzeczona oraz Ismeyna zniknęli w tłumie gości lub zajęli miejsce przy stole, który znajdował się poza jej zasięgiem. Przebywanie w pobliżu Elstana pozwoliłoby pannie upewnić się, że wuj nie prosił go o rozejrzenie się za potencjalnym kandydatem na męża dla jednej ze swoich siostrzenic. Cóż, jakby nie patrzeć takie uroczystości bardzo temu sprzyjały, a Estelle już dawno powinna była wyjść za mąż i urodzić dwójkę dzieci.
O wiele łatwiej byłoby skupić się na zabawie wiedząc, że lord Randyll na razie nie ma wobec niej żadnych planów. Z drugiej strony... Kieliszek wina - lub dwa, trzy... - też stanowił jakieś rozwiązanie. Tymczasowe rozwiązanie.
Ciche westchnięcie - tylko tyle wydała z siebie ciemnowłosa niewiasta, która zaraz musnęła opuszkami palców klamrę od kremowej peleryny. Zapomniała ją zdjąć przed wejściem do sali balowej i teraz odczuwała tego skutki... Zaczęło jej się robić duszno. Zdecydowała, że musi się przewietrzyć. Tak więc po chwili ruszyła w kierunku wyjścia prowadzącego na jeden z balkonów, jednocześnie rozglądając się za członkiem służby, który mógłby uraczyć ją kielichem czerwonego wina. Zbliżywszy się do celu, w pewnym momencie "odbiła się" od czegoś, a raczej kogoś... Natychmiast cofnęła się o dwa kroki, po czym zerknęła na buty ów osobnika i lekko przygryzła policzek od środka.
- Wybacz mi Panie - powoli uniosła głowę, udając zakłopotanie. Krótki kontakt wzrokowy wystarczył, by spojrzenie nieznajomego mężczyzny oceniła jako zimne i ostre. Nigdy wcześniej się nie spotkali, to pewne. Panna Tyrell miała świetną pamięć i bez wątpienia zapamiętałaby te charakterystyczne, zaczerwienione oczy.
Kim był ten jegomość? Skąd pochodził? Kogo reprezentował? Póki co mogła się tego jedynie domyślać.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Czw Lut 18, 2016 10:53 pm

Stół Pary Królewskiej

Kamień spadł mu z serca, kiedy tylko dane mu było odwrócić się od królewskiej pary i odejść. Cudowne zapachy jedzenia nie robiły już na nim wrażenia. Czuł w żołądku tak wielki ścisk, że nie mógł oddychać. Odesłał swoją świtę, aby opuścili zamek i cóż… Bóg jeden wie, gdzie ich wieczór poniesie. Mirell musiał go spędzić na weselu. Opuścił salę, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Cały ten zgiełk i ceremonialność, przyprawiły go o nudności. Sam zamek go przytłaczał. Budowla była ogromna, solidna i czerwona. Niesamowicie kontrastowała z szarością Żelaznych Wysp. Królewska Przystań robiła na wyspiarzu wrażenie, choć widział nieznaczny kawałek miasta. W pośpiech nie mógł się dokładnie rozglądać, ale to co udało mu się zauważyć, zapamiętał. Było tu bardzo żywo i kolorowo. Nie znał tego.
Wyszedł na balkon, gdzie rozpościerał się widok na morze. To uspokoiło chłopaka w moment. Stał w przejściu, nie zdając sobie sprawy, że blokuje innym wejście. Wpatrzony w horyzont, starał się oddychać równomiernie i uciszyć walące serce. Nie udało mu się to, gdyż jego spokój został zakłócony.
Mirell zachwiał się nieco, gdy ktoś na niego wpadł. Nie stracił równowagi, ponieważ wbrew swej niepozornej aparycji, był bardzo silny. Odwrócił się natychmiast, wyrwany z przemyśleń, lub ich braku. Przed oczami ukazała mu się piękna kobieta, która najwyraźniej próbowała go przeprosić. Mężczyzna zlustrował wzrokiem jej twarz, po czym skinął głową, przypominając sobie odpowiedni frazes.
- Nie zdaje mi się, by sposób było Ci nie wybaczyć, Pani – odpowiedział spokojnie. Ton głosy miał zazwyczaj ostry i stanowczy, ale to nie, dlatego że był oschły. To z kapitańskiego przyzwyczajenia. Aby zapanować nad niesforną bandą korsarzy, trzeba trochę więcej niż tylko podnieść głos. Czasem należało biczować słowami, aby utrzymać porządek. Stąd, chłopak mógł czasem uchodzić za surowego.
- Czy nic Ci nie jest…? – zapytał, patrząc jej w oczy. Większość dam dwory, sprawiała wrażenie bardzo delikatnych, toteż lepiej było o to zadbać. W prawdzie miał na sobie strój wizytowy, więc nie powinna stać się żadna krzywda.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Pią Lut 19, 2016 1:47 am

Chwila. Jedna krótka chwila. Czasem tylko tyle wystarczyło, by wpakować się w mniejsze lub większe kłopoty. Do przyciągania tych pierwszych panienka Tyrell miała szczególne "szczęście". Niemniej była na tyle sprytna i zaradna, że zawsze umiała jakoś - i co najważniejsze, samodzielnie - z nich wybrnąć. Tych drugich zaś zwykle udawało jej się unikać. Nieostrożność wcale nie była jedną z cech ciemnowłosej niewiasty. To co miało miejsce w przejściu z sali balowej na balkon, nieczęsto jej się zdarzało. Można nawet powiedzieć, że prawie nigdy. Sama nie wiedziała, jak oraz dlaczego teraz wpadła na tego młodego mężczyznę. Czyżby zbyt wiele myśli kłębiło się w jej głowie? Czy po prostu jej wzrok powędrował tam, gdzie nie powinien? Ach, służący, przepyszne wino... Na wino jeszcze przyjdzie pora. Póki co musiała uporać się ze stojącym przed nią... problemem.
Moment niepewności, a potem wielka ulga. Estelle uwielbiała uczucie spadającego z serca kamienia.
Nieznajomy, choć nie sprawiał wrażenia miłego i towarzyskiego, zachował się tak, jak na wzorowego dworzanina przystało, a tym samym zaskoczył ciemnowłosą, która prawdę mówiąc spodziewała się ostrzejszej reakcji. Pozory mylą. Tak czy inaczej było zdecydowanie za wcześnie, by zacząć oceniać w pełni jegomościa.
Jedno krótkie pytanie sprawiło, że na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Sztuczny czy szczery? Nieistotne. Ważne, że był wiarygodny, przekonujący i poniekąd potrafił ocieplić atmosferę.
- Zapewniam, że nic mi się nie stało... - odpowiedziała bez zastanowienia, po czym oderwała wzrok od jego zimnych oczu. I tak zbyt długo się w nie wpatrywała. Prawdziwym damom nie wypadało tego robić. Ba! Niektórzy zarzuciliby jej bezczelność.  
- Dziękuję za twą troskę, Panie. Z pewnością na nią nie zasłużyłam - dodała spuszczając głowę, jakby chciała odpokutować zbyt długi kontakt wzrokowy. I przy okazji pokazać, że wcale nie jest nieskromna.
Poza tym wypadało się w końcu przedstawić.
- Estelle Tyrell, bratanica Lorda Randylla Tyrella, Władcy Wysogrodu - wyrecytowała to niczym znany na pamięć wierszyk, a następnie wykonała charakterystyczne dla dam dworu dygnięcie. Próbowała w ten sposób okazać szacunek.
O dziwo, Estelle nie przypominała typowej przedstawicielki rodu Tyrell. Kolor jej włosów był o wiele ciemniejszy, podobnie jak kolor jej oczu oraz skóry. Skóra na twarzy, szyi oraz dłoniach (reszta była zakryta) zdawała się być lekko opalona. A przecież nie od dziś wiadomo, że wysoko urodzeni z Reach  dbali o to, by zachować bardzo jasny odcień karnacji. Między innymi to właśnie to odróżniało ich od zwykłych chłopów...
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Pią Lut 19, 2016 6:03 pm

Mirell ściągnął brwi i wyprostował się. Stał przed damą dworu, więc nie mógł sprawiać wrażenia przygarbionego chuchra. Może nie był najbardziej postawnym mężczyzną, ale był dumnym kapitanem i człowiekiem z żelaza. Zawsze to powtarzał w trudnych chwilach. Ta może nie była do końca trudna, ale bardzo nietypowa i przez to problematyczna, bowiem Mirell bardzo rzadko ma okazję zamienić parę słów z prawdziwą Lady. Nie oznacza to, że dworzanki z Żelaznych Wysp były fałszywe. One po prostu miały werwę i brakowało im tej delikatności, jaką posiadały kobiety z kontynentu. Nie licząc północy.
On również wpatrywał się w oczy dziewczyny. Miały przyjemny, ciepły kolor, chociaż jej spojrzenie takie nie było. Patrzyła niesamowicie trzeźwo i świeżo, przez co sprawiała wrażenie spostrzegawczej. Nie znał jej na tyle, aby mieć ku temu pewność.
Uśmiechnęła się, co lekko rozpromieniło jej twarz. To musiał być ten kobiecy urok, że jeden gest potrafił tak przyciągnąć uwagę.
Na szczęście nieznajoma nie zrobiła sobie krzywdy. Nawet bez uzbrojenia, Mirell był jednak osobą kościstą, co oznaczało, że każde zderzenie było nieprzyjemne dla obu stron, stąd lepiej było się upewnić. Tego wymagało dobre wychowanie, którym katował go wuj.
- Cieszy mnie to – odparł, zachowując kamienną twarz, która w żadnym calu nie informowała o radości. Mówił szczerze, a sam fakt, że postanowił spokojnie z nią rozmawiać, świadczy o życzliwości.
Nieznajoma odwróciła wzrok, co w pierwszym momencie uznał za strach. Dopiero po chwili, przypomniał sobie, jak wuj tłumaczył mu, iż być ko¬bietą na dworze to strasznie trud¬ne zajęcie. Polega głównie na udawaniu łagod¬nej, czułej i uległej. Żeby ją zrozumieć - trzeba na nią patrzyć, a nie tylko słuchać. Z tego wynikałoby, że ciemnowłosa uznała swoje zachowanie za zbyt bezpośrednie.
- Mój ojciec mawiał, że odpowiedzialność, to cnota mężczyzny – przekrzywił głowę, szukając jej spojrzenia.
Uśmiechnął się w duchu, poznając jej imię. Wyglądało na to, że dzielą podobną pozycję w swoich rodzinach, chodź jego ród należał do podległych.
- Mirell Volmark, bratanek Lorda Volmark z Harlaw – skłonił się, jak nakazywał zwyczaj. Nie dodawał, że jest kapitanem, gdyż uznał to za oczywiste, bowiem jego pochodzenie na to wskazywało.
Estelle nie wyglądała na kobietę z Wysogrodu. W pierwszym momencie, Mirell uznał, iż pochodzi ona z południa. Zwłaszcza jej oczy przypominały mu o ludziach z Essos. Ciekawe dlaczego?
- Czy podobała ci się ceremonia, Pani? – zaczął grzecznie. – Niestety, morze nie pozwoliło mi być jej świadkiem.
Przed władcą musiał się kajać, jednak podczas rozmowy z resztą możnych, mógł mówić swobodniej. Zachowywał jednak dystans.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Sob Lut 20, 2016 12:34 am

Pomimo swojego nieco ponadprzeciętnego wzrostu, Estelle prawie nigdy nie wyróżniała się z tłumu. Na co dzień nosiła skromne, jak na damę z tak bogatego rodu, stroje i nie obwieszała się masą cennej biżuterii. Ponadto, w przeciwieństwie do wielu innych przedstawicielek płci pięknej, nie urzekała oryginalną urodą. Prościej mówiąc, była przeciętna. Jednak bycie przeciętnym też miało swoje plusy...
Nie lubiła uczestniczyć w wielkich, wystawnych uroczystościach. A jeśli już się na nich znalazła, to zazwyczaj stała na uboczu i dyskretnie przyglądała się gościom. Niekiedy nawet udawało jej się usłyszeć lub zaobserwować coś interesującego... Dzisiejszego wieczoru nie miała w planach nic innego. Niestety po raz kolejny w ciągu swojej krótkiej egzystencji przekonała się, że czasem nie wszystko idzie zgodnie z planem. Ale czy był to wystarczający powód, by się smucić lub wściekać? Oczywiście, że nie, bowiem pannie Tyrell często zdarzało się znajdować szczęście w nieszczęściu.
Kobiety z południa kontynentu rzeczywiście różniły się od kobiet z Żelaznych Wysp. Były po prostu delikatniejsze, bardziej... kobiece. Poza tym większość z nich, nie licząc zbuntowanych Dornijek, nie potrafiła się bronić. Mało tego, w rodzinnych stronach Estelle gardzono kobietami, które dzierżyły w dłoni miecz. Tak więc ich bronią często było coś zupełnie innego - charyzma, urok osobisty, spryt. Swoją drogą, wbrew pozorom kobiety nierzadko posiadały większą władzę od mężczyzn. Niektórzy twierdzili, że mężczyźni rządzą światem, a kobiety rządzą mężczyznami. Czy miało to odzwierciedlenie w rzeczywistości? Jakieś na pewno...
Zderzenie z Mirellem nie było na tyle mocne, by ciemnowłosej stała się jakakolwiek krzywda. Chociaż nawet, gdyby w jakimś stopniu ucierpiała w tym "wypadku", to najprawdopodobniej jej odpowiedź brzmiałaby dokładnie tak samo.
Dobre maniery. W miejscach takich jak to nie powinno się o nich zapominać... Pewne zachowania trudno było wybaczyć nawet wysoko urodzonym.
- Zapewne się nie mylił - wtrąciła.
Poznawszy imię kapitana, kobieta uniosła głowę, by ponownie nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Tym razem trwał on jedynie krótką chwilę - tak krótką, że można było poczuć lekki niedosyt.
Volmark - powtórzyła sobie w myślach. W przeszłości ojciec często zaganiał ją do nauki historii Westeors. Kiedyś nie rozumiała, dlaczego musi ślęczeć na zakurzonymi księgami. A teraz? Teraz wiedziała, że znajomość historii się przydaje, a czas poświęcony na naukę nie jest czasem zmarnowanym.
- Przykro mi to słyszeć, Panie - powiedziała cicho. - Nigdy nie byłam świadkiem tak wielkiej i wspaniałej uroczystości - odparła w końcu, by potem lekko unieść prawy kącik ust. Tak naprawdę nie czuła wielkiej ekscytacji z powodu uczestnictwa w ceremonii ślubnej króla. Niemniej pewne rzeczy wolała zachować wyłącznie dla siebie.
- Harlaw... Czy jest coś, co powinnam wiedzieć o tej wyspie, Panie? - zapytała z czystej ciekawości, tym samym dając jegomościowi do zrozumienia, że jest to dlań obce miejsce. Następnie spojrzała w kierunku balkonu, by zaraz wyminąć swojego towarzysza i wyjść na zewnątrz. Odwróciwszy głowę, zerknęła na niego, jakby liczyła, że ten zechce się zbliżyć i opowiedzieć jej o miejscu, które nazywa domem.
Na balkonie było o wiele przyjemniej i spokojniej niż wewnątrz sali balowej, gdzie panował spory tłok, a w powietrzu unosił się zapach jedzenia.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Sob Lut 20, 2016 5:55 pm

Prześwidrował towarzyszkę wzrokiem od stóp do głów. Nie mylił się, co do różnic i tego, jakie trudności miał, ma i będzie miał ze zrozumieniem niektórych ludzi. Uprzejmość Estelle odbierał jak oczywisty, dworski obowiązek. Jedyne, co go zastanawiało w tej kwestii, to jej skromność. Słyszał wiele opowieści na temat Wysogrodu i był tam tylko raz, na bardzo krótko. Wiedział jednak, że to miejsce bardzo urodzajne, a jego mieszkańcy nie znali biedy. Przez jego myśl przemknęło wyobrażenie, jak spokojne i beztroskie życie muszą prowadzić ci wyżej postawieni, którzy pławią się nie tylko w pieniądzach, ale też luksusach, bankietach i dobrym jedzeniu. Panna Tyrell nie dawała tego po sobie poznać. W prawdzie, to nic w jej prezencji nie poświadczało pochodzenia. Już mu się to nie podobało. Może i nie był ufny, ale miał ku temu powody. Wbił wzrok w twarz dziewczęcia, jakby nie mógł z niej czegoś wyczytać. I nie mógł.
Gdy uniosła głowę, znów mógł spojrzeć w jej oczy. Istotnie spojrzenie mogło zgrywać główną rolę, jeśli chodziło o pierwsze wrażenie. I tak jak ona ograniczała kontakt wzrokowy do minimum, Mirell pozostawał wpatrzony w kobietę od początku. Nie chodziło o to, że nie mógł oderwać od niej wzroku, bo mu się podobała, czy też o tę sławetną męską dominację. Tam skąd pochodził były inne zasady. To właśnie spojrzenie, twarde i niezłomne, oznaczało szacunek. Do tego też dochodziła kapitańska czujność. Za to mu płacili i taka była jego rola. Obserwował wszystko i wszystkich, a zwłaszcza tych, którzy budzili jego podejrzenia. Chodzi o przyzwyczajenia. Oczy mówiły wiele, ale tylko nieliczni umieli z nich czytać. Jeśli zbyt długo się w czymś siedzi, to potem trudno zmienić tryb życia. Czasem nawet się nie da…
Mirell zastanowił się nad jej słowami. Ciekawiło go, czy rzeczywiście mówi to, co inni chcieliby usłyszeć, czy to może jej prawdziwe słowa? Na Żelaznych Wyspach, ludzie nie szczędzili szczerości. Tutaj, wszystko zdaje się mieć drugie dno. Bardzo go to niepokoiło.
Wielka i wspaniała uroczystość. Tak z pewnością powinna brzmieć odpowiedź, nie było ku temu żadnych zastrzeżeń, co budziło kolejne pytanie. Czy będzie w stanie wyciągnąć z tej kobiety cokolwiek autentycznego?
Gra słów nie była jego mocną stroną, ale postanowił iść w zaparte.
- Jakby to ująć, Pani… - ruszył za nią. – Wszystko jest takie jak tu tylko, że odwrotne. Miast lądu, mamy wodę, zamiast zamków, łodzie. Plony zbieramy pod ziemią, w kopalniach. To zwyczajna wyspa.
Rozejrzał się dookoła. Na ten widok czekał. Bezkres morza roztaczał się na wszystkie strony. Jego serce odetchnęło z ulgą, choć sam nie stracił czujności. Woda miała tę niesamowitą moc uspokajania go. Panowało również przekonanie, że jak człowiek zazna życia na morzu, nie sposób mu wrócić na ląd. Nie odnajdzie się tam. Morska toń będzie go wołać, aż nieszczęśnik powróci na pokład, albo oszaleje.
Mirell podszedł do końca balkonu i oparł dłonie na galeryjce. Zerknął na Estelle.
- Czy dane ci było zasmakować morskiej podróży, Pani? – zapytał spokojnie.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Nie Lut 21, 2016 4:49 pm

Estelle różniła się od wysoko urodzonych ludzi z Reach  pod wieloma względami, a co za tym idzie z początku niełatwo było uwierzyć, że jest przedstawicielką wielkiego rodu, który rządził tamtym regionem królestwa. Już sam wygląd mógł budzić pewne wątpliwości. Niemniej wystarczyło poznać jej matkę, by domyślić się, po kim odziedziczyła kolor oczu oraz włosów. Jeśli zaś chodzi o nieco ciemniejszą karnację... To zdecydowanie była wina słońca, na którym lubiła przebywać, oraz którego w Wysogrodzie zazwyczaj nie brakowało. Cóż, w przeciwieństwie do siostry, nie smarowała się "wybielającymi" olejkami i balsamami.
Skromność? Z pozoru rzeczywiście wydawała się skromna, niewinna... Ale czy właśnie taka była naprawdę? A może po prostu udawała pragnąc, by inni postrzegali ją tak, a nie inaczej? Mirell pewnie nie zdołał wyczytać tego z jej czekoladowych oczu. Tym bardziej, że zaczęła ograniczać kontakt wzrokowy do minimum. Istniało co najmniej kilkanaście powodów, dla których mogła to robić.
Królewska Przystań była miejscem, gdzie wielu ludzi nie pokazywało swojej prawdziwej twarzy, ani swoich słabości. Niekiedy warto było brać z nich przykład.
Panna Tyrell spędziła na dworze prawie całe swoje życie, gdzie słuchając, obserwując i dyskutując, nauczyła się więcej, niż ktokolwiek przypuszczał. Jednak sama wiedza była niczym, jeśli ktoś nie umiał jej wykorzystać. Podobnie z resztą było z bronią... Na co komu miecz, skoro nie potrafi go używać? Estelle, choć nie miała ogromnego doświadczenia, umiała, w większym lub mniejszym stopniu, wykorzystywać swoją wiedzę.
O żelaznych ludziach słyszała sporo, aczkolwiek osobiście poznała bardzo niewielu. I nie można tutaj mówić o jakiś bliższych relacjach z nimi, czy nawet utrzymywaniu kontaktów. Zdaje się, że nawet sam Lord Randyll nie utrzymywał z tamtejszymi lordami żadnych bliższych kontaktów. Swoją drogą, ciemnowłosa nie wiedziała nic na temat obecnych relacji pomiędzy rodem Tyrell a Volmark, czy Greyjoy. Może takowe wcale nie istniały?
Rozmowa z Mirellem nie musiała być pusta i bezcelowa. Kobieta widziała w tym wszystkim pewną szansę... Szansę na poszerzenie swojej wiedzy na temat jego rodzinnych stron oraz ludzi, którzy je zamieszkiwali. Wiedza przekazywana z pierwszej ręki zawsze była cenniejsza od tej podawanej z drugiej, trzeciej... i tak dalej. Pod warunkiem, że osoba przekazująca informacje nie mijała się z prawdą. Czy Volmark minął się z prawdą, kiedy pokrótce opowiedział o Harlaw? W sumie nie było sensu się nad tym zastanawiać. W końcu rozmawiali o rzeczach prostych, acz interesujących.
- Zawsze wydawało mi się, że Żelazne Wyspy są... bardzo ponure - słowa te wypowiedziała cichym tonem, ale mimo to dotarły one do swojego odbiorcy.
Wziąwszy głębszy wdech, popatrzyła na rozciągające się przed nią, piękne morze. Po chwili jednak przeniosła wzrok na plecy swojego towarzysza, który postanowił stanąć na końcu balkonu i oprzeć się o kamienną balustradę.
Uśmiechnęła się pod nosem, po czym wsunęła futrzany kaptur na głowę i zbliżyła się do mężczyzny, również stając przy balustradzie, ale nie opierając się o nią. Cicho przełknęła ślinę.
- Tak, Panie - odparła zgodnie z prawdą. - Jednak nie taką, o której zawsze marzyłam... - dodała, by potem przekręcić głowę w stronę Mirella i spojrzeć na niego spod wachlarza ciemnych rzęs. O dziwo, tym razem trochę dłużej i odrobinę pewniej.
Zastanawiała się, czy rozmówca zapyta o "podróż jej marzeń". Ludzie z natury byli istotami ciekawskimi, więc wcale nie zdziwiłaby się, gdyby ten pociągnął temat podróży.
Co do samych statków, Tyrellowie mieli ich prawie tak dużo, jak Greyjoy'owie, ale Estelle nie posiadała wystarczającej wiedzy na ich temat, bowiem bardziej interesowały ją konie, aniżeli statki.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Balkon   Pon Lut 29, 2016 10:40 pm

Być może była to kolejna cecha, którą dzielili. Wszak, patrząc na Mirella można się spodziewać bardzo wiele, ale na pewno nie tego, iż mężczyzna dowodzi okrętem. A jednak. Nie przejmował się jednak tym niepozornym faktem. Wręcz przeciwnie, nawet mu to odpowiadało. Co to za zabawa, jeśli od razu odsłania się wszystkie karty? Ciekawsza jest odrobina tajemnicy. Nie tylko profesja wydawała się złudna, jeśli patrzyć na powierzchowność. Bowiem, Mirell wcale nie wyglądał na młodzieńca, lecz to również działało na jego korzyść. O wiele wyraźniej widział to w Królewskiej Przystani, gdzie gra pozorów jest niesamowicie istotna. Na Żelaznych Wyspach prezencja nie podlega takiej uwadze jak w stolicy. Bynajmniej. Sama nazwa na to wskazuje. Nikt nie oczekuje, aby żelazo było ładne, a jeśli nawet komuś przyszłoby to do głowy, uchodziłby za okropnego głupca. Żelazo ma być twarde, niezłomne i skoncentrowane. Tacy byli ludzie z tych wysp.
A dlaczego? Z tegoż powodu, o którym wspomniała Estelle. Kobieta miała absolutną rację – wyspy były niesamowicie ponure. Dominowała tam szarość i wilgoć. Z każdej strony, gdzie nie spojrzeć. Ci lądowi posiadali ten luksus, że mogli się skryć przed zimnem i wodą. Na statku nie było takiej szansy. Wilgoć gryzła aż do kości. Prawie jak mróz na północy. Nie sposób zadać głębszej rany.
-  Nie widzę w tym nic złego – odpowiedział obojętnie i może zabrzmiało to trochę chłodno. Tym razem patrzył zmieszany na Estelle. Mimo rodowodu, nie był typem człowieka, który zwykł opiewać strony, z których pochodził. Mirell stąpał twardo po ziemi, o ile tylko znalazła się pod jego stopami. Nie przywiązywał się do ludzi, a już tym bardziej do miejsc. To życie i te czasy są dzikie, nieprzewidywalne. Dziś kogoś znasz, a jutro już go nie ma.  – Mało kto potrafi tam wytrzymać.
Odwrócił się, by znów spojrzeć w stronę wody. Zrozumiał, że niezwykle trudno jest opisać komuś coś, o czym ta osoba nie ma najmniejszego pojęcia. Jak wyobrazić sobie emocje, które towarzyszą załodze, kiedy podczas sztormu nie ma już ratunku i trzeba odciąć maszt? Jak opisać spokój, kiedy po burzy następuje pierwsza cisza na wodzie? Jak przekazać uczucie, kiedy chwilę po zejściu na ląd, znów tęskni się za wodą? Nie sposób ubrać to w słowa.
Podróż marzeń? Czyżby Panna Tyrell była sentymentalistką? Wiele pieśni i bajek ukazuje żeglugę w sposób wyidealizowany i zupełnie nieprawdziwy. Czekał, aż kobieta rozwinie tę myśl, ale spotkała go jedynie cisza. Wobec tego zerknął w jej stronę, ciekaw z jakiego powodu zamilkła.
- Jeśli to drażliwy temat, Pani, nie oczekuję go usłyszeć – powiedział spokojnie. Nie interesowały go fantazje dworskich panien z Wysogrodu, więc nie naciskał. Cała ta rozmowa miała raczej charakter ugrzeczniony, bowiem rozmówcy nie znali się, nie pałali do siebie sympatią, a już na pewno nie dzielili interesów. Próżny trud, oczekiwać tu jakiejś ciekawej wymiany zdań, bądź dysputy, wszak nie tego wymagano od obojga.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Balkon   Nie Kwi 03, 2016 9:45 pm


Przeniesienie fabuły



Każdy z gości przebywających w Królewskiej Sali Balowej bądź tematach znajdujących się w subforum Sali przeniesiony został do tego tematu. Po wprowadzającym poście Mistrza Gry pojawi się post Aerysa Targaryena, później zaś kolejność pisania będzie dowolna.
Posty dodawać można do 7 kwietnia, później ponownie zainterweniuje MG, który zastrzega sobie prawo do wspomnienia również o tych postaciach, które do tego czasu nie napiszą posta w Ogrodach.





Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Balkon   

Powrót do góry Go down
 

Balkon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Balkon księżycowy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Królewska Sala Balowa-