a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Środek Sali - Page 2



 

 Środek Sali

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Środek Sali   Sob Maj 04, 2013 8:47 pm

First topic message reminder :


Środek Sali



Środek Królewskiej Sali Balowej jest przestronnym, jasno oświetlonym miejscem, gdzie znaczna liczba gości może oddać się tańcowi oraz zabawie podczas wyprawianych w Czerwonej Twierdzy uczt, balów i biesiad.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
342
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Wto Maj 14, 2013 3:41 pm

M G

Noc była jeszcze tak młoda. Tyle wina miało jeszcze popłynąć, tyle muzyki miały wysłuchać uszy gości, tyle zabaw było przewidzianych po przemowie władcy. Grajkowie już czekali. Nikt jednak nie doczekał się części dalszej. tragiczne wydarzenia przerwały radosną uroczystość. Zamachowiec zbiegł goniony przez straż, a chaos na sali stopniowo zaczynał być opanowywany. Targaryenowie, Strakowie, Lannisterowie, Reedowie, Martellowie, Tyrellowie, Greyjoyowie, Baratheonowie, Freyowie, Arrynowie, Boltonowie... wszystkie większe rody Siedmiu Królestw, które hołdowały i wielu pomniejszych gości zostało odnalezionych i zebranych. Może to nie był najbardziej kulturalny sposób - zgromadzenie wszystkich i ustawienie - ale okoliczności tego wymagały. W ten sposób każdy nestor rodu, albo jego tu przedstawiciel, mógł upewnić się czy członkowie jego rodziny są cali i zdrowi, czy nikogo nie brakuje, czy nikt nie zaginął, albo nie zginął. To była chwila na rozkazy do swoich rycerzy domowych, łzy radości na widok młodszych sióstr i starszych, wojowniczych braci.
to był też czas, w którym otrzymano pierwsze meldunki i takim też sposobem doniesiono, że na sali balowej jak i w Czerwonej Twierdzy nie można odnaleźć Nestora Przeprawy, Lorda Walderwa Freya, który podobno opuścił uroczystość jakiś czas temu tłumacząc się złym stanem zdrowia. Rhaeny Targaryen też nie było wśród rodziny królewskiej, która powoli opuszczała salę pod największą strażą. Zanotowano tez brak obecności kilkunastu innych gości.. mniej znaczących. Oczywiście straże od razu wysłano by przeszukały zamek i okolice.
Część rodów opuściła salę pod własną strażą, części przydzielono strażników, takim też sposobem sala balowa opustoszała... zostały tylko niedojedzone potrawy, ślady stóp i plamy krwi...


Wszyscy opuściliście Salę Balową. Jesteście wolni, możecie zacząć w swoich komnatach, czy gdzie tam wolicie. Rannymi się zajęto, tak samo jak biednym ciałem Beth. Dziękuję za udział i przepraszam za to jak wyszło. Miało być lepiej, ale nie zawsze wszystko da się tak jak się chce. Pomimo kilku zgrzytów ja bawiłam się dobrze, do następnego, nie czujcie się zbyt pewnie.
KONIEC


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Sob Maj 31, 2014 8:35 pm

Ostre światło słoneczne było oślepiające. Ivory zamrugała kilkakrotnie, próbując przyzwyczaić doń oczy, gdy przekraczała próg Wielkiego Septu, aby przyjąć życzenia przedstawicieli mieszkańców stolicy Królewskiej Przystani, jednakże to, co ujrzała – przerosło jej najśmielsze oczekiwania. Ich było tysiące, a nawet więcej. Tysiące różnych wiwatujących głosów, dziesiątki różnych melodii, setki dziwnych woni. Wszystko to uderzyło w Ivory niczym piorun, paraliżując ją na moment. Przymrużyła oczy, próbując złapać oddech. Zamknąć je można jednak jedynie na rzeczywistość, a nie na wspomnienia. Powracały one teraz z podwojoną niemal siłą, okrutne i pełne szyderstwa, chcąc z niej zakpić, zranić, a ona nie mogła tego powstrzymać.
Dornijska żmija!
Policzek, w który wymierzyła cios jedna z mieszkanek Końca Burzy, gdy Ivory siłą ciągnięto ku twierdzy, aby zamknąć ją tam na wiele następnych tygodni, zapiekł boleśnie. Do serca wkradł się bolesny zgiełk i trwożliwy żal, kiedy wraz z obrazem rozwścieczonego tłumu z otchłani pamięci wyłonił się obraz brata, wydającego jej się być martwym za życia. Nie próbowała nawet spojrzeniem odnaleźć Edrica, wiedząc, że znów poczułaby doskwierające uczucie żalu, kładące się cieniem na relacji rodzeństwa. Musiała zatrzymać napływające wspomnienia i przeżywać je po raz kolejny, wciąż i wciąż. Nie powinna ich przywoływać późną nocą, gdy leżała w chłodnej pościeli ze wzrokiem wbitym w nicość. To była jedynie droga donikąd, lecz Trystane była coś winna. Ona odzyskała wolność, on nie. Pozostawiła go za sobą, pędząc ku innemu życiu. Jak mogłaby strącać obraz jego oblicza w odmęty niepamięci?
To koszmar z którego nigdy się nie obudzę.
Miękkie płatki kwiatów opadały na jej ramiona i włosy, a Ivory roześmiała się radośnie do sept oraz skandującego tłumu, unosząc złączoną jedwabnym węzłem z dłonią męża swą dłoń. Promienna, radosna, której żadna troska z powiek nie kradła snu –taka miała pozostać w pamięci tych ludzi, po których twarzach przesuwała spojrzenie. Wszystkie wydawały jej się takie same, mdłe i bez wyrazu, niegodne zapamiętania. Pospolite. Nie przejawiła jednak choćby przez moment niechęci, czy irytacji, którą odczuwała coraz mocniej. Wszystko to starannie ukrywała za swym murem, za swą zbroją z uśmiechu i czułego spojrzenia, które posłała stojącemu obok mężowi, a gawiedź stała się jeszcze głośniejsza.
Wnet podeszli przedstawiciele miasta, gnąc się w ukłonach, a usta jednego z ich wypowiedziały starannie ułożone życzenia. Słowo potomek wywołało mimowolny dreszcz, który przeszył ciało młodej księżnej. Ta nieprzyjemna myśl jęła tłuc się po głowie, niosąc za sobą echo obowiązku, który przyjdzie jej spełnić. Była jak natrętny owad, bzyczący gdzieś koło ucha i umykający zręcznie dłoniom, czekający jedynie na to, aby zrodziła się furia. Kolejne minuty mijały powoli, dłużąc się niemiłosiernie, a Ivory skupiła spojrzenie na podarku. Na pozór nie miały w sobie nic wyjątkowego, ot złote brosze o kształcie smoka, jednakże było to jedynie złudzenie, które roztarło się, gdy księżniczka przypatrzyła się ozdobom. Powiadają, że harpie porywają dusze i dzieci, przemknęło jej przez myśl. Zdusiła przekleństwo, cisnące się na usta, posyłając mężczyznom łagodny uśmiech w ramach podziękowania.
Podążyła wraz z Maegorem ku czekającemu nań powozowi. Dręczyła ją myśl, że straciła drogę odwrotu, że wszystko już przepadło. Oddalało się z każdą sekundą, znikało za mgłą dawne życie, a Ivory miała wrażenie, że znów błądzi w ciemności, nie wiedząc co powinna teraz uczynić. Dłonie małżonków rozłączyły się w końcu, gdy Maegor pomógł jej wsiąść do środka powozu. Dornijka miała ochotę wcisnąć się w sam kąt siedziska, jak najdalej od Targaryena, który, mimo jej obaw, zasiadł naprzeciw. Rozległ się tętent końskich kopyt, a powóz ruszył powoli w stronę Czerwonej Twierdzy, gdzie odbyć się miała huczna weselna uczta.
Ivory milczała, lecz nie spuszczała wzroku z twarzy swego pana męża. Nie wydawała się zlękniona, czy onieśmielona – nie. Może bardziej zaciekawiona, tak jak zaciekawione były małe dzieci, wpatrujące się w coś nowego, ale jednocześnie budzącego niepokój. Nie ulęknę się Ciebie, myślała ponownie dopatrując się tlącego płomienia w fiołkowych tęczówkach mężczyzny. Mijały minuty, a milczenie stawało się co najmniej doskwierające. Nienaturalne, dziwne, nieprzyjemne.
-Powinienem być Ci wdzięczny. Za postawę… i godność, z jaką zniosłaś to przedstawienie. Edric nieczęsto ma rację, lecz w stosunku do Ciebie jego słowa okazały się trafne. Uroda nie jest Twym jedynym atutem… pani żono.
Ivory parsknęła cicho śmiechem, które mogło wydawać się rozbawionym prychnięciem. Zgoła nierozsądnym w zaistniałej sytuacji. Zdecydowanie nierozsądnym i nieprzemyślanym. Kącik ust Ivory uniósł się mimowolnie w nieprzewrotnym uśmiechu, gdy spojrzała prosto w oczy swego męża, jakby chcąc przeniknąć jego duszę na wskroś, dowiedzieć się więcej. Jak mam postępować? Drażniło ją jego spojrzenie. Złościło. Budziło irracjonalny niepokój, ale własnego nie odwróciła. Miała wrażenie, że powietrze stało się jakby gęstsze, a atmosfera gęstniała, gdy siedzieli naprzeciw siebie, niemal sztyletując się spojrzeniami.
Małżonkowie. Przed zaledwie kilkoma chwilami wypowiedzieli sobie przysięgę miłości.
-Obawiam się, że jesteśmy w miejscu, gdzie wdzięczność jest co najmniej niewygodna – powiedziała cicho, niemal sennym szeptem, a głos miała ciepły jak pustynny podmuch wiatru – Ale to rozkosz słyszeć z Twych słów tak miłe słowa… panie mężu. Przed nami jednak kolejna część naszego przedstawienia, a potem następna, którą będą… wsze czasy.
-Smok nie jest taki straszny, jak go malują – odpowiedział Maegor, lecz Ivory miała wrażenie, że jego spojrzenie mówi kompletnie coś przeciwnego.
Nie straszny, znacznie gorszy.
Nie odpowiedziała, uśmiechając się jedynie enigmatycznie i sycąc się słodkim zapachem kwiatów, na które odwróciła spojrzenie. Było ich zdecydowanie zbyt wiele, a wśród ich woni przebijała się jedna. Zapach róż. Mdły zapach róż, przyprawiający ją o nagłe uczucie złości. Dostrzegłszy czerwony płatek w swych włosach, ujęła go palcami i uniosła. Przez promienną i radosną dotąd twarz przemknął cień. Cień tego, co starannie ukrywała za wybudowanym wokół siebie murem. Wyrzuciła płatek przez okno, a jej spojrzenie znów stało się jakby… beznamiętne. Obojętne.
Powóz zatrzymał się na dziedzińcu Czerwonej Twierdzy. Namiestnik wydostał się z jego wnętrza pierwszy, a zaraz za nim Ivory. Była tu zaledwie przed godziną, a wszystko wydawało się jej już inne. Ona była inna i nie tylko dlatego, że służka, która znalazła się przy niej, aby odebrać płaszcz żony, tytułowała ją Księżną, bądź dlatego, ze od dnia dzisiejszego zwać ją będą Ivory Targaryen. Płomień zawsze zostawia po sobie ślad, lecz… na razie nawet jej nie musnął, a ona już czuła się obco.
Młódka podała dłoń swemu małżonkowi, po czym oboje ruszyli ku Królewskiej Sali Balowej, gdzie czekali zgromadzeni już goście. Szła wyprostowana i dumnie, pewnie stawiając kroki i zerkając ukradkiem na idącego obok Maegora. Milczała, lecz nie można było mówić o ciszy. Słodkie dźwięki muzyki stawały się coraz głośniejsze, zwiastowały wirujące w tańcu spódnice i śmiech ginący w chaosie woni perfum oraz rozmów.
Strażnicy dostrzegłszy ich, już otwierali drzwi, za którymi czekali weselnicy…
Ucztę czas zacząć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Sob Maj 31, 2014 10:37 pm

/ Wielki Sept

Było zbyt jasno, zbyt głośno, zbyt tłoczno. Zbyt pod każdym względem, a jednak musiał zachować kamienny wyraz twarzy, nie zdradzić się żadnym gestem, grymasem, nawet najmniejszym skrzywieniem ust. Targaryen wkroczył mężnie na szczyt marmurowych schodów, zupełnie jakby zmierzał na niezwykle ważne spotkanie, nie zaś tylko po to, by znużonym wzrokiem wodzić po wiwatującym tłumie - w podobnych sytuacjach zwykle najlepiej sprawdzała się ignorancja. Ignorancja połączona z łaskawym obdarzaniem uśmiechem najważniejszych, najbardziej istotnych gości. Owi szczęśliwcy, na których nie spoczął wzrok Maegora, zwykle odprowadzali go promiennym spojrzeniem, zadowoleni, że tym razem ich nie zauważył. Jednak w okoliczności, jaką była kolorowa, rozkrzyczana, falująca masa ludzka, podobna taktyka nie wchodziła w grę - na dobrą sprawę wcale nie musiała być wykorzystywana. Wzrok ślizgał się po bezimiennych twarzach, przypadkiem zahaczał o widniejące w oddali czubki głów i ponownie wracał na zgromadzonych najbliżej. Dzień wbrew porannym obawom był bardzo gorący, prażące bez litości słońce pokrywało plac przed Wielkim Septem Baelora plątaniną cieni, zaś panujący upał stawał się gęsty niczym gulasz.
Wszystko sprowadza się do graczy... i nie ma nic wspólnego z kartami.
Dziwne znużenie przebrzmiewające w myślach nie zostało wymazane nawet przez smukłe, gładkie septy, które drobnymi dłońmi wyrzuciły w powietrze płatki kwiatów. Wzrok Targaryena przez chwilę śledził ich lot, szczególną uwagę przykładając do jednego z nich, na swój sposób szczególnego - tego, który opadł na ramię Ivory, intensywną czerwienią przywodząc na myśl otwartą ranę.
Żeby tylko nie była za brzydka. Maegor uśmiechnął się lekko pod nosem, ostrożnie ściągając płatek z czarnego płaszcza, okrywającego plecy Dornijki. Samo wspomnienie myśli, które towarzyszyły mu tuż po wyjeździe Orysa Baratheona z Królewskiej Przystani, budziły u Targaryena rozbawienie. Oby tylko nie była zbyt brzydka. Ani zbyt głupia. Wszystko, byle nie życie zmarnowane na głupią dziewczynę.
Gdy tylko dziedzic Burzy wyruszył, by uwolnić Ivory Martell, Maegor z jakichś powodów spodziewał się zobaczyć coś w rodzaju niższej, grubszej wersji Edrica, tyle że w sukni. Dzisiejszego dnia przekonał się, w jak ogromnym błędzie był. Jego małżonka odznaczała się być może pełniejszą figurą niż nakazywałaby to moda, gdyż chude panny w Królewskiej Przystani cieszyły się ostatnio powodzeniem, ale nikt nie nazwałby jej otyłą. Jej ciemna skóra, nieco zbyt ciemna, by można było uznać ją za idealną, budziła największe kontrowersje w stolicy, gdzie przyjęło się, że dama powinna w miarę możności unikać słońca… lecz Ivory nie była zwykłą damą. Nie była nawet zwykłą kobietą, co w pełni odzwierciedlały jej oczy - niemal czarne, tego Maegor był pewien. I choć jego uwagę zwykle przyciągały niebieskie tęczówki, dostrzegał we wzroku Dornijki coś, co nawet on musiał docenić… nieposkromiony, może zbyt odważny błysk, najlepiej widoczny w przyćmionym świetle.
Targaryen nie zauważył, gdy pojawili się przed nim delegaci, rzucający górnolotne słowa o wkraczaniu na nową drogę życia, szczęściu i pomyślności.
Szczęście… tak, ono będzie niezbędne.
Skinął lekko głową w podzięce za podarek i gestem nakazał jednemu ze strażników odebrać kuferek. Czas naglił, nie pozwalając młodej parze na dalszą zwłokę i nim przedstawiciele mieszkańców stolicy zniknęli na powrót w tłumie, nowożeńcy już wsiadali do powozu. Sama podróż do Czerwonej Twierdzy, przerywana jedynie nielicznymi słowami, z perspektywy Maegora wyglądała jak szczególnie… nużące polowanie. Zwierzyna w klatce, harde spojrzenia i słowa.
Słowa prowadzące do pierwszego konfliktu.
Ivory uśmiechała się, słysząc słowa Targaryena. Był to dziwny uśmiech, jeden kącik ust podnosił się nieco wyżej od drugiego, zupełnie, jakby wiedziała o czymś zabawnym, o czym Smok nie miał pojęcia.
- W Królewskiej Przystani niewygodna jest wyłącznie prawda.
Maegor poczuł, jak rodzący się w piersi gniew ulatuje szybko. Uśmiechać się w takiej chwili... jak wiele wysiłku musiało ją to kosztować, jak wiele odwagi, hartu ducha, walki z samą sobą? I co istotniejsze - jak długo będzie potrafiła odgrywać tą rolę? Wiele wskazywało na to, iż pośród ostrożnego tańca, który prowadziła w rozmowie z Targaryenem, raz za razem ulatywała jej uniwersalna prawda.
Wszystko ma swój kres, moja miła. Wiecznym można być tylko dzięki swym czynom, nie pustym przysięgom.
Łagodnie krytyczne spostrzeżenia mimo wszystko były godne pochwały. Zabawne, by się tak wyrazić, co też należy uznać za plus Dornijki. Szczere, czyli krzepiące, i niezwykle pochlebne w stosunku do Maegora, czyli doskonałe. Odrobinę późno wyartykułowane, ale, ogólnie rzecz biorąc, warto było zaczekać. Gdy dotarli do Czerwonej Twierdzy, Targaryen jako pierwszy opuścił powóz tylko po to, by pomóc Ivory z niego wysiąść. W dalszej podróży, czyli ku Królewskiej Sali Balowej, niezmiennie porażającej wielkością, prowadziła ich muzyka, z każdym krokiem wzbierająca na sile. Gdy zaś, lawirując pośród zebranych gości, udało im się dotrzeć na środek komnaty - nie pozostawało nic innego, jak pozwolić wydarzeniom obrać znany jedynie bogom tor.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Nie Cze 01, 2014 1:45 am

//Wielki Sept Baelora

Niezwykle zdumiało go pojawienie się Allyi w sepcie. Musiał ukryć to zaskoczenie, żeby przypadkiem jego młodsza kuzynka nie poczuła się obrażona. Przecież powinien się jej tu spodziewać. Cały ród Baratheonów musiał z siebie wylać żółć, jaka nagromadziła się po wojnie. Allya miała do tego szczególne prawo - nie znał dwóch osób mocniej ze sobą związanych niż jego bliźniacze kuzynostwo. Aylward zrobiłby wszystko dla swojej siostry, a ona dla niego. Po bitwie w wąwozie on też się denerwował. Jego ludzie czekali w obozie, a Derek chodził od swojego namiotu, do namiotu kuzyna, by dowiedzieć się, czy jego stan przypadkiem się nie pogarsza. Listy posyłał wtedy młody Dondarrion, a on musiał zajmować się swoimi ludźmi oraz jeńcem. Jak miał patrzeć Dornijczykowi w twarz? Gdyby tylko spojrzał, pewnie by w nią napluł. Musiał się powstrzymywać, zachować odrobinę godności dla każdej ze stron. Nie dać ponieść się emocjom. Wystarczyła mu utrata kilku ludzi na polu bitwy... Zawsze największe straty towarzyszyły piechocie. Pamiętał krzyki Aylwarda, w noc, w dzień, gdy pożerała go trucizna. Wyobrażał sobie trwogę Allyi, kiedy otwierała każdy z listów wysłanych przez Dondarriona. A teraz, Allya stała tutaj, razem z Derekiem. Stała przed Maegorem Targaryenem i jego młodą żoną ze Słonecznej Włóczni. Nieco bał się jej reakcji. Nie zdziwiłby się, gdyby puściły jej nerwy. Równocześnie wolał do tego nie dopuścić. Droga od septu do sali balowej wydawała się ciągnąć w nieskończoność, szczególnie, gdy bratanek lorda Baratheona czuł niepewność, jeśli chodziło o zamiary jego drogiej kuzynki. Lady Rhaelle zdawała się nie przejmować tym faktem, krocząc dostojnie w procesji prowadzącej do Czerwonej Twierdzy. Derek naprawdę ją podziwiał.
Podczas samej ceremonii młody mężczyzna nie mógł uspokoić głowy. Całość działała tak silnie na jego wyobraźnię, że nie mógł nie zacząć fantazjować na temat własnego ożenku. Pewnie wszystko odbyłoby się w sepcie w Końcu Burzy, uroczystość nie byłaby zbyt wielka. Tylko ich rodziny i bliżsi chorąży. Dużo białych kwiatów, szkarłatny dywan ciągnący się od wejścia aż do figur Ojca i Matki. Światło południa przebijające się przez niewielkie okienka septu migotałoby na pamiętających najdawniejsze lata rzeźbach Siedmiu. W pierwszej ławie po jego stronie siedzieliby lord Baratheon, lady Rhaelle, jego rodzice, jego rodzeństwo, Orys, Aylward i Allya. Pod drugiej stronie matka panny młodej i jej bracia. Derek stałby pod figurą Ojca, wyczekując niecierpliwie nadejścia bohaterki tego dnia. Patrzyłby to na wejście, to na septona, który pewnie uśmiechałby się do niego z jakąś dziwną dozą zrozumienia. Aylward, Orys i Allya z pewnością stroiliby sobie z niego żarty - tacy już byli, szczególnie, gdy wszyscy razem mogli obserwować "uwięzienie" swojego kuzyna w życiu małżeńskim. Dla niego z pewnością nie byłoby to więzienie, a życie w raju. U boku takiej kobiety, to mogło być jedynie życie w raju... Pewnie stałby tak cały czas, wyjątkowo się denerwując, aż nie nastałaby całkowita cisza i do septu u boku swego pana ojca weszła Ona. Na pewno nie zwróciłby nawet uwagi na suknię, patrzyłby tylko na jej twarz. Twarz jaśniejącą niczym słońce. Niczym to samo słońce, które dwukrotnie pojawia się w jej herbie. Jej ojciec odprowadziłby ją do ołtarza, a Derek ująłby delikatnie jej dłoń. Zrobiłby to tak, jakby za chwilę miała się rozpłynąć, jakby byłą jedynie delikatną mgiełką, wytworem jego wyobraźni. Pewnie posłałby jej jeden z tych nieśmiałych uśmiechów, które jeszcze posiadał w zanadrzu. Ona też by się uśmiechnęła i to najpiękniej, jak potrafiła. Bratanek lorda Baratheona na pewno byłby onieśmielony. Starałby się patrzeć w jej przepiękne, szafirowe oczy, co z pewnością należałoby do trudniejszych zadań. Tak, żeby nie pokazać po sobie tego wybuchu euforii i onieśmielenia jednocześnie... Potem septon rozpocząłby uroczystość.
- Odziej pannę młodą w swój płaszcz i weź ją pod swoją opiekę - Jego łagodny głos roztoczyłby się po cichym sepcie, nie tworząc echa. Derek nie czekałby ani sekundy - rozpiąłby swój złoty płaszcz z wyszytym nań czarnym jeleniem i delikatnie narzucił na ramiona swej przyszłej małżonki. Widziałby pewnie jej nieśmiałe spojrzenie spod półprzymkniętych powiek. Najpierw pewnie patrzyłaby na swoje stopy, a dopiero po chwili zwróciłaby z powrotem uwagę na mężczyznę stojącego naprzeciw niej. On sam pewnie zamarłby po tym geście, a septon, widząc to zmieszanie, kontynuowałby bez chwili czekania.
- Powtarzajcie za mną - zwróciłby się do Dereka. - Tym pocałunkiem ślubuję Ci miłość i biorę sobie Ciebie za panią i żonę.
Derek powtórzyłby formułkę septona, zaś jego przyszła pani zmieniłaby fragment na "pana" i "męża". A potem... potem pewne wydarzenie nie trwałoby sekund, ale całą wieczność. Dowódca piechoty Burzy pewnie z początku nieśmiało nachyliłby się do panny młodej, a ta równie nieśmiało przybliżyłaby się ku niemu. Ich usta zetknęłyby się na chwilę, ale dla niego to byłaby wieczność.
- Na oczach bogów i ludzi uroczyście ogłaszam, że Derek z rodu Baratheonów i Sybille z rodu Tarth są mężem i żoną, jednym ciałem, jednym sercem, jedną duszą, teraz i na wieki, i niech przeklęty będzie ten, kto stanie między nimi.
Potem zawinąłby ich dłonie w materiał i ozwał się po raz kolejny:
- W imię Siedmiu, biorę wasze dusze i wiążę je w jedną po wsze czasy! A teraz spójrzcie sobie w oczy i przysięgnijcie przed bogami.
Musieliby spojrzeć sobie w oczy. Ona w jego nieprzebrany błękit, a on w jej głęboki szafir. Pewnie kolejna część, która trwałaby wieczność. Mówiliby w tym samym tempie, niby cicho, ale tak, że każdy by słyszał:
- Ojcze, Kowalu, Wojowniku, Matko, Dziewico, Starucho i Nieznajomy. Należę do niego, a on do mnie - W pewnym momencie Derek nie słyszałby, co sam mówi. Skupiłby się jedynie na słowach Szafirowej Damy. Po nich rozbrzmiałaby niezwykła wrzawa, a Derek wciąż czułby przyjemne palpitacje serca. Patrzyłby w szafirowe oczy swej małżonki.
Sybille Baratheon.
Pewnie przez pewien czas nie mógłby się otrząsnąć, ale ona złapałaby go pod ramię i ruszyła po schodach, ciągle patrząc mu w oczy. Ruszyliby razem, by udać się na ucztę. Już jako mąż i żona.

To byłoby piękne, gdyby mogło okazać się prawdziwe. Ale prawdziwe nie było.
Derek w ponurym nastroju przebył drogę od septu do Czerwonej Twierdzy. Dary w sali balowej już na nich czekały, a on wiedział, że nie może zawieść oczekiwań swojej ciotki i kuzynki. No właśnie, Allya była o tyle nieprzewidywalna, że całe odium składania darów Dornijce i Maegorowi spadło na niego. Lady Rhaelle też za bardzo nie chciała mieszać się w tę sytuację. Miała zamiar głównie spotkać się z rodziną, a nie rozdawać majątek Końca Burzy w postaci prezentów. Cóż, rzecz stać się musiała i Derek zauważył, że nadeszła ich kolej. Tuż przed tym zawołał swoich ludzi, by pomogli przenieść oba podarki przed troje Baratheonów. Podziękował im skinieniem głowy. W tym wypadku nie zachowywał się jak wielu lordów. To zresztą nie była służba, a jego podwładni, mężczyźni, którym mógł zawierzyć własne życie. Po wykonanym obowiązku oddalili się na zewnątrz, z dala od szlacheckiej zabawy. Tego dnia jedli z dala od swego przełożonego.
Gdy znaleźli się tuż przed państwem młodym, lady Rhaelle dygnęła, a Derek ukłonił się typowo po wojskowemu. Uniósł wzrok, zastanawiając się, czy spotka się jeszcze ze wzrokiem Ivory, czy też ta postara się skupić jedynie na swym małżonku, by ominąć spojrzenie pewnie nie bardzo lubianych przez nią błękitnych oczu. Starał się też odszyfrować emocje Maegora, co mogło okazać się trudniejszym zadaniem. Mężczyźni z natury lepiej ukrywają swoje odczucia.
- Lordzie Namiestniku, jego szanowna małżonko, ród Baratheon pragnie pogratulować wam zawarcia małżeństwa i życzyć szczęśliwego małżeńskiego pożycia - Czuł się sztywno, mówiąc te wszystkie formułki. Jakby ktoś związał mu ręce na plecach i kazał gadać coś, co akurat znał na pamięć. Miał jedynie nadzieję, że zostanie to wzięte raczej za wojskowy dryl niż niepewność. - Z uwagi na tę niezwykłą uroczystość, przywieźliśmy dla was dary.
Derek cofnął się nieco i sięgnął po przykrywającą pierwszą, dość sporą rzecz, płachtę.
- Chciałbym rozpocząć darem dla Lorda Namiestnika - rzekł już z większym spokojem i płachta zafurkotała w powietrzu, ukazując to, co znajdowało się pod nią. - To... dość spore naczynie, to nic innego jak wanna poczyniona ze złota. Sprowadzono ją z Pentos, gdzie nawet tamtejsze bogate mieszczaństwo nie może sobie na takie pozwolić. Kto inny mógłby zażywać w niej kąpieli, jak nie Lord Namiestnik Siedmiu Królestw?
Pozostało mu jedynie czekać na reakcję Maegora, na następnie kontynuować wręczanie darów. Drugi prezent stał na stołeczku. Miał zakrzywioną górną część, wyglądał jak jakaś dziwna kopuła. Tym razem Derek zwrócił się do Ivory, tym razem musząc już napotkać jej spojrzenie.
- Drugi dar pragnęliśmy podarować tobie, księżniczko. Od dziś zaczynasz nowy rozdział w swoim życiu, wstępujesz do nowej rodziny. Pragnęlibyśmy podarować ci coś, co być może za dnia zajmie nieco twojego czasu - rzekł bratanek lorda Baratheona, sięgając po płachtę. Ta tym razem zsunęła się powoli, ukazując całkiem sporą klatkę, a w niej przepięknego ptaka. - To gatunek gołębi zamieszkujących Norvos. Ptaki te są niezwykle łagodne i ufne, ale też niezwykle rzadkie.
Derek otworzył klatkę, ostrożnie wyjmując z niej ptaka.
- Lepiej, żeby nie znajdował się w klatce - stwierdził, po czym pomógł zwierzęciu wzbić się w powietrze. Gołębica zrobiła jedno okrążenie po sali, po czym usiadła na szczycie klatki. Jej czerwono-białe pióra wyglądały nasycone były swoimi barwami. Stworzenie rozglądało się po zebranych. Derek wiedział, że musi teraz czekać na decyzję Ivory w sprawie ptaka. Z powrotem zamknąć go w klatce, czy też dać mu więcej przestrzeni?
Po oddaniu darów, obawiał się jedynie reakcji Allyi. Lady Rhaelle nie reagowała. Jedynie dygała spokojnie, gdy trzeba było to uczynić. Co mogła jednak zrobić jej córka? Tego nie wiedział nikt. Jeśli nic się nie stało, Derek postanawia oddalić się wraz z kuzynką i ciotką, a jeśli Allya jednak postanowi uczynić coś niestosownego, postara się zareagować. Miał nadzieję jednak, że do tego nie dojdzie. Chciał jak najszybciej się stąd oddalić. Wrócić do Końca Burzy. Tam wreszcie będzie mógł liczyć na chwilę spokoju, a także nadzieję, że zostanie JĄ. Tak właściwie dziwił go fakt, iż Sybille nie pojawiła się przy boku Allyi. W końcu były przyjaciółkami, prawie nierozłącznymi. Co się teraz stało?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
153
Join date :
16/11/2013

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Nie Cze 01, 2014 2:04 am

formalnie: z Dziedzińca
fabularnie: z Wielkiego Septu


Drzwi do Sali Balowej rozwarły się z niemałym impetem. Poczęli wlewać się do niej przedstawiciele Północy, zaproszeni na uroczystość ślubną. Kiedy już wkroczyli wszyscy, ustawili się w półkolu naprzeciwko pary młodej. Stali naprzemiennie - kobieta, następnie mężczyzna, później znowu kobieta i tak dalej. Tak jak na rozkaz dyrygenta orkiestra zaczyna grać, tak też oni na rozkaz niewidzialnej dłoni synchronicznie skłonili się Namiestnikowi Siedmiu Królestw i małżonce. Następnie utworzyli w szyku przerwę, z której wyłonili się Starkowie wraz z najbliższą rodziną.
Diryan szedł pewnie, z wysoko uniesioną głową. Dokładnie tak, jak przystało na dziedzica Północy. Kolejność nie grała tu już większej roli. Miał reprezentować tu swego pana ojca, więc robił to, jak najlepiej potrafił. W głębi duszy trochę się jednak obawiał. Nigdy nie występował przy jakimkolwiek członku rodziny królewskiej. A zwłaszcza przed tak wysokim dostojnikiem państwowym. Nerwowo szarpał palcami koronkowe mankiety swojej koszuli. Początkowo irytował go ten czysto południowy fason. Miał jednak swoje plusy - można było zając nim trzęsące się dłonie, a rozmówca nie mógł tego dostrzec bez przyglądania się. Wyjący o Świcie, wraz z resztą delegacji, stanął naprzeciw małżonków. Uśmiechnął się do obojga i skłonił.
- Niechaj wszyscy bogowie tego świata błogosławią związek Namiestnika Siedmiu Królestw i nadobnej Ivory z Martellów.
Tak jak się spodziewał - zaczął mówić i cały stres odpłynął daleko, poza granice jego świadomości. Rozpłynął się w umyśle, tak jakby w ogóle go tam nie było. A może całkowicie uleciał?
- Doprawdy, piękna ceremonia. Północ chciałaby życzyć wam wiele miłości i rozlicznego potomstwa, które zagwarantują ciągłość rodu. Ponadto, niechaj obowiązki związane z tak wysoką rangą w Westeros - jako małżeństwo Namiestnika, członkowie rodu dynastycznego i członkowie najpotężniejszego oraz najbardziej rozpoznawalnego rodu Siedmiu Królestw - nie przeszkodzą wam w pielęgnowaniu waszego osobistego pożycia i rodziny, którą zapewne stworzycie już niebawem - uśmiechnął się przyjaźnie i ledwie dostrzegalnie skinął dłonią w stronę ludzi stojących za nim i resztą reprezentantów Północy.
Z szyku wystąpił młodzieniec i dziewczyna. Oboje mieli maksymalnie po siedemnaście lat. Do Ivory postąpiła młoda dama. Odziana była w prostą, lecz bardzo elegancką suknię o specyficznym północnym kroju. Była w kolorze stłumionego pomarańczu, który doskonale współgrał z brunatnymi, falowanymi włosami.
Dziewczę było bardzo zmieszane. Miało bowiem świadomość, iż występuje naprzeciw kogoś o wiele wyżej sytuowanego i - zapewne - urodzonego niż ona sama. Dopiero gdy oddaliła się nieco od reszty gości można było dostrzec, iż za nią wiernie kroczy jakieś zwierzę. Był to pies. O silnej budowie do złudzenia przypominającą wilczą. Nawet z różowym jęzorem zwisającym z pyska wyglądał niezwykle godnie i książęco. Szyję opasaną miał obrożą z wysokiej jakości skóry i kamieniami szlachetnymi. Młoda kobieta podeszła z psem do Ivory i dygnęła, wyciągając ku księżnej otwarte dłonie, na których spoczywała smycz. Tak długo trwała w geście uniżenia, aż w końcu dziedziczka Martellów prezent jej odebrała - bądź zleciła zrobić to służkom.
- Jest to krzyżówka wilka i brytana. Samica. Mimo iż niebywale groźna, była szkolona od urodzenia posłuszeństwa. Jest jeszcze młoda, lubi zabawę i pieszczoty. Tresowano ją tak, aby nie przyzwyczajać jej do jakiegokolwiek imienia. Możesz jej więc nadać takie, jakie ci się podoba, pani.
Tymczasem do Maegora podszedł chłopak.
Ostrze, jakie spoczywało na poduszce nie było byle robotą jakiegoś tam kowala. Rękojeść wykonana była ze specyficznego stopu metali wytrzymałych i szlachetnych. Była srebrno-metalicznej barwy. Gdzieniegdzie wtopione zostały rubiny. Zrobiono to jednak tak, aby nie przeszkadzały one w walce. Obok miecza leżała pochwa. Z ciemnej - niemal czarnej - skóry. Skuta czystym srebrem i złotem. Upstrzona klejnotami. Pomimo tych wszystkich rubinów, szmaragdów, ametystów i tak dalej, nie miało się wrażenia, że miecz, czy pochwa wykonane są z przepychem. Tymczasem widać było na nich niemal surowość właściwą Północy.
- Mam nadzieję, że posłuży ci jedynie za ostrze reprezentacyjne, tudzież ozdobne, panie. Wykonywali go najlepsi kowale i złotnicy z całej Północy, mam nadzieję, iż trafia on w twe gusta - delikatny, choć niepewny uśmiech rozświetlił fizys Starka.
Do sali balowej wjechała platforma pchana przez sześciu rosłych mężczyzn. Na niej widać było jakąś bryłę przykrytą białym materiałem. Kiedy płyta znalazła się niedaleko pary młodej, Diryan gestem ręki nakazał ściągnąć zasłonę. To, co znajdowało się pod nią zaparło dech w piersiach niejednemu.
Rzeźba z czarnego marmuru przedstawiała dwugłowego smoka o oczach z rubinów. Stał on na tylnych łapach. Jedno skrzydło miał rozpostarte, druga łapa wsparta była o włócznię odlaną z czystego złota. Piedestał był w kształcie słońca, którego promienie również wzbogacono domieszką metalu, z którego wykonano broń gada.
- Mam nadzieję, że interpretacja artysty nie odbiega zbytnio od ich rzeczywistego wyglądu - młody Stark zaśmiał się, pozwalając sobie na odrobinę luzu.
- Północ raduje się waszymi zaślubinami. Mamy więc nadzieję, że nasze podarunki będą przez was przyjęte z przyjemnością - wypowiedź zwieńczył uśmiechem po raz setny chyba w przeciągu tej rozmowy. - Gratulujemy z całych serc i wierzymy, że będziecie razem szczęśliwi w kolejnym rozdziale waszego wspólnego już życia.
„Przedstawienie chyba się udało...” - zaśmiał się w duchu. Jedna z podstawowych zasad, jakie przez lata wpajano mu do głowy - „grunt to dobre pierwsze wrażenie i godna autoprezentacja”.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
40
Join date :
17/05/2014

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Nie Cze 01, 2014 12:57 pm

W milczeniu i być może niejakim zamyśleniu, Daella obserwowała uroczystości bądź co bądź piękne - łączono dwie dusze, nadawano im nowe obowiązki, ale również i zobowiązania. Od czasu do czasu jej fiołkowe spojrzenie uciekało na osobę siedzącego w bliskim sąsiedztwie Aerysa. Jego niewzruszona mimika twarzy i kąciki ust, które drgały zapewne w odpowiedzi na kłębiące się w jego głowie myśli, wydawały się być... niepokojące. Ale dziś mała księżniczka postanowiła nie koncentrować się na zmartwieniach i lękach od zawsze obecnych na dworze. Choć na jeden wieczór w Czerwonej Twierdzy nastrój miał być radosny, hulaszczy. I być może wszystko to miało być umiejętnie wyreżyserowanym przedstawieniem, nie mniej Daella zamierzała odetchnąć.

Słowa przysięgi, węzły, symboliczne gesty. Kiedy wszystko to się skończyło, a Ivory i Maegor ruszyli do wyjścia jako żona i mąż, cicho westchnęła. Miała nadzieję, że Dornijka nie będzie traktować Królewskiej Przystani jako kolejnego, bardziej bogatszego więzienia. Wielce prawdopodobne, że w Daelli odzywała się jeszcze dziecięca naiwność, wierząca, że można choć w małym stopniu wieść życie takie, jakie by się chciało bez względu na pozycje, jak i rodowe zobowiązania.

Wraz z rodziną królewską wróciła do Czerwonej Twierdzy, słuchając wrażeń swojego kuzynostwa, lecz samej nie komentując. Droga powrotna dłużyła się nie mniej, co wcześniejsza podróż do Wielkiego Septu. Kiedy w końcu więc znaleźli się w Sali Balowej, zapełniającej się powoli kolejnymi, szlachetnymi gośćmi, Daella pozwoliła sobie zaczekać, aż Ci wszyscy zniecierpliwieni jako pierwsi złożą życzenia oraz dary nowożeńcą. Cierpliwie czekała na swoją kolej, nie traktując jego jako konieczności wynikającej z dbałość o ceregiele bądź odgórnie narzuconej woli lorda chcącej przypodobać się namiestnikowi. Stąd też na jej ustach gościł szczery, ciepły uśmiech, kiedy podchodziła do pana młodego i pani młodej, a za nią szła karnie służba, niosąca drobne podarunki od serca.
- Maegorze, Moja Pani...
Dygnęła dworsko, chcąc mieć za sobą jak najszybciej oficjalną etykietę. Kiedy więc wyprostowała się, chwyciła dłonie brata i lekko je ścisnęła.
- Mam nadzieję, że zapamiętasz ten dzień jako jeden z najpiękniejszych w swoim życiu, a Twoja małżonka będzie potrafiła przywołać szczery, niewymuszony uśmiech na Twojej twarzy bez względu na siłe wzburzenia, która może Cię zżerać od środka.
Kończąc, ucałowała smoczy policzek. Przeniosła spojrzenie na Ivory, która nie spotkała się z uprzedzeniem bądź zniesmaczeniem ze strony młodej księżniczki, jako iż nie jest jedną z królewskich córek bądź kuzynek. I jej dłonie pozwoliła sobie lekko ścisnąć, jakby tym prostym, naturalnym gestem, chciała dodać Dornijce nieco otuchy.
- Oby mój brat był dla Ciebie oparciem i sprawił, że będziesz potrafiła traktować to miejsce jako swój drugi dom a nas jako swoją rodzinę. Gdybyś potrzebowała towarzystwa, chciała porozmawiać... znajdziesz mnie na pewno.
O ile Ivory pozwoliła, także ucałowała jej policzek. Młoda księżniczka, jeszcze nie przesiąknięta goryczą dojrzałości, wydawała się być jedną z nielicznych nie grających tutaj żadnej swojej roli. Lekkim skinięciem zachęciła służbę, aby ta podeszła bliżej. Pierwszy dar został złożony Ivory. Były to dwa puzderka ręcznie zdobione. W pierwszym, o znacznie mniejszych gabarytach, znajdował się komplet biżuterii wykonanej z prawdziwego złota i zdobionej krwistymi rubinami. Subtelne, ale przyciągające oko dzieło wyjść musiało spod ręki mistrza, który pozwolił sobie na wodzę fantazji, bowiem przeplatał się motyw krwistego słońca. W drugim, większym, tkwiły woluminy oraz skrypty służące do nauki języka ojczystego Targarynetów. Z kolei Maegorowi został podarowany wykonany na zamówienie łuk oraz komplet strzał w kołczanie przeznaczony głownie do polowań, choć nie ulegało wątpliwości, iż bez trudu przeszyłby na wylot także istotę ludzką. A że każde polowanie kończy się biesiadą, w jego ręce również trafiła szklana butla wina sprowadzona z Wolnych Miast, a konkretniej z tych, gdzie spędził kilka lat swojego życia i być może zatęsknił za smakiem tamtejszych trunktów. Raz jeszcze  spojrzała na namiestnika i jego żonę. Naprawdę życzyła im szczęścia, a już na pewno dojścia do porozumienia, co by wspólne życie nie stało się nieznośne. I nie musiała tego mówić na głos, widzieli to w jej oczach. Daella oddaliła się z wolna, nie chcąc nadszarpywać cierpliwości pozostałych gości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Nie Cze 01, 2014 3:47 pm

Daemon przyglądał się całej ceremonii z narastającym uczuciem znudzenia. Przepych towarzyszył mu całe życie, więc nie robił na nim wrażenia. Książę także za dobrze wiedział, w jaki sposób zawiera się małżeństwa, że niezbyt często pojawia się w nich uczucie wykraczające poza zwykły obowiązek. Oglądanie więc spektaklu, którego każdy akt znał niemalże na pamięć było nieco nużące. Nie dał jednak po sobie niczego poznać. Wyprostowany, dumny, z błyskiem w oczach obserwował młodą parę, która składała przysięgi, wiążące ich życia w jedno. I za pomocą wstążki i płaszcza ze smokiem Daemon zyskał kolejną siostrę. Zabawne. Tak niewiele trzeba było, by skończyć z byciem Martellem i zacząć być Targaryenem. Jego zdaniem trochę za łatwo. Nagle to, kim Ivory się urodziła przestało mieć znaczenie, więzy krwi zostały postawione na równi z jedwabiem. Jednak nie da się zmienić woli bogów, żona namiestnika nigdy nie będzie wyglądała jak Targaryenka, zawsze będzie w niej widać urodę Dorne. I słusznie. Pewnie źle byłoby jej w srebrzystych włosach, a fioletowe oczy nie pasowałyby do jej cery. Chociaż dalej należałaby do grona najpiękniejszych kobiet w Westeros. Mężczyzna uśmiechnął się lekko, ciekawe, kogo przypominać będą dzieci. Oby dziewczynki odziedziczyły figurę po matce, gdyby wyglądały jak Maegor, pewnie zrobiono by z nich kowali.

Wreszcie ceremonia dobiegła końca i młoda para ruszyła w kierunku Czerwonej Twierdzy. Daemon podążał zaś z resztą ważnych gości z krukiem, który ciągle siedział mu na ramieniu. Przez cały czas trwał on nieruchomo obserwując wnętrze septu i ludzi, którzy go wypełniali, kiedy jednak znalazł się na dworze zakrakał z radością. Jego głos utonął jednak w hałasie.
- Leć, będziesz na miejscu szybciej, a nie chciałbym, żeby prezent przybył spóźniony - książę mruknął do ptaka, który spoglądał na niego inteligentnymi oczami. Wykonał ruch, jakby skinął głową i odleciał.

Kiedy przyszedł czas wręczania prezentów Daemon obserwował, co gościom udało się wymyślić. Rzeźba smoka robiła wrażenie, podobnie jak biżuteria i ptaki przeznaczone dla Ivory. Złota wanna wywołała u Daemona uśmiech. Niewątpliwie oryginalny podarunek. Kiedy to jemu przyszło wręczyć coś bratu i jego żonie, podszedł z uśmiechem na odpowiednią odległość i skłonił się przed młodą parą.
- Bracie, - rzekł, a następnie spojrzał na kobietę, na której trochę dłużej zatrzymał spojrzenie swoich fioletowych oczu nim kontynuował z naturalnym uśmiechem - siostro. Cieszę się waszym szczęściem i mam nadzieję, że zagości ono na długo w Waszym życiu, które dzisiaj stało się jednością.
Skinął na trzech służących, którzy podeszli niosąc podarunki w trzech szkatułkach, z których każda była innego rozmiaru, ale ozdobiona była w ten sam sposób. Z jednej strony w drewnie wyrzeźbiony był trójgłowy smok ziejący ogniem, z drugiej słońce przebite włócznią, z którego spływały płomienie. Oba strumienie zwrócone były do dołu, jednak pod takim kątem, że łączyły się tworząc jedną strugę.
- Ivory Nymerio Targaryen, księżniczko z Dorne, pragnę podarować Ci coś, co będzie stanowiło piękny początek twego nowego życia, jednak nie pozwoli zapomnieć o starym. - Pierwszy służący podszedł ze swoją szkatułką, którą Daemon otworzył, ukazując światu biżuterię, która znajdowała się wewnątrz. Cała wykonana została z lśniących szmaragdów, które, gdy igrało na nich słońce, wyglądały niczym zielony ogień. Srebrne elementy nadawały płomieniom wygląd smoków. Wiszące kolczyki wykonano w taki sposób, by wyglądało, jakby te olbrzymie gady wisiały na uchu noszącej go osoby. Bransoletka sprawiała wrażenie, jakby miniaturka jednej z bestii z dawnych czasów owijała się o czyjąś dłoń. Kolia zaś składała się z licznych, małych smoków zwiniętych w kulki, wyglądających jakby spały, na samym jej dole jednak znajdował się spory, ryczący smok. Kiedy Daemon uniósł kolię i chwycił jego paszczę dwoma palcami naciskając na górną i dolną szczękę, wizerunek smoka odskoczył, ukazując ukryty za nim rysunek Słonecznej Włóczni. Po dokładnym przyjrzeniu się, można było zauważyć, że wszystkie zapięcia mają kształt herbu Martellów.
- Dla Ciebie, Maegorze także mam biżuterię - powiedział i skinął na drugiego służącego, który otworzył dużą szkatułkę, w której spoczywała piękna pochwa na miecz.
- Tylko, że taką, która pasuje wojownikowi zwanemu Szmaragdowym Płomieniem.
Podarunek został wykonany specjalnie na oręż namiestnika. W miejscu, w którym należało włożyć ostrze znajdowała się pozłacana głowa smoka, dzięki czemu można było odnieść wrażenie, iż broń wyciąga się z paszczy bestii. Dół zaś wysadzono szmaragdami, które podobnie jak biżuteria żony przywodziły na myśl zielony ogień.
- Mój ostatni prezent jest dla Was, jako małżeństwa, dwóch osób, które są jednym.
Ostatni służący otworzył również niemałą szkatułkę, która mogła z powodzeniem kandydować do miana skrzyni. Znajdowała się w niej sporych rozmiarów księga, na której okładce widniał podobny obraz, jak na drewnianych opakowaniach na podarunki.
- Jest to historia obu rodów, Targaryenów oraz Martellów. Opisane są dokładnie wspólne losy naszych przodków. Spisana przeze mnie, na podstawie innych ksiąg historycznych znajdujących się w Królewskiej Przystani, a także Cytadeli. Jak zapewne zauważycie na końcu sporo jest pustych stron. Czekają one na Wasze losy oraz opowieść o Waszych dzieciach. Mam nadzieję, że będziecie mogli je wypełnić jedynie szczęśliwymi wydarzeniami, wygranymi wojnami oraz narodzinami licznych potomków.
Kiedy skończył, ukłonił się ponownie przed Ivory oraz Maegorem i oddalił się, robiąc miejsce dla kolejnych gości, którzy pragnęli wręczyć swe prezenty i najlepiej jak to możliwe wkupić się w łaski namiestnika. Już nawet ślub był czystą polityką. Choć z drugiej strony, czy kiedyś wśród rodów królewskich było inaczej?
Powrót do góry Go down

avatar
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
93
Join date :
18/05/2014

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Nie Cze 01, 2014 5:02 pm

Ceremonia odbyła się bezproblemowo. Ophelia w z uprzejmym wyrazem zainteresowania na twarzy obserwowała, jak narzeczeni podają sobie ręce, jak wypowiadają słowa przysięgi. Podziwiała spokój dornijki, która wydawała się niewzruszona. Czy ona też byłaby tak w stanie się zachować? Na chwilę obecną, nie wyobrażała sobie, aby z spokojem przysięgła wierność obcemu mężczyźnie pod posągiem Ojca i Matki. Mogła obiecać to swojej rodzicielce, ale z jej strachem przed małżeństwem... nie. To było niemożliwe.
W pochodzie do Czerwonej Twierdzy, czuła pewne osamotnienie. Nie miała z kim wymienić poglądów, zwierzyć się z swoich obaw, wysłuchać co ma do powiedzenia. Nie. Musiała iść w milczeniu, wśród obcych jej ludzi. Jeszcze bardziej odkryła wrogość i surowość tego miejsca, choć teoretycznie nie mogła mu nic zarzucić.
Spokojnie czekała, aż rody pana i panny młodej wręczą prezenty świeżo upieczonym małżonką. Nie spieszyło jej się, a wręcz zwlekała na swoją kolej. W końcu jednak została zmuszona do stanięcia przed parą, dygając najbardziej uroczyście jak potrafi, unosząc opuszkami palców materiał sukni do góry.
- Książę Namiestniku - skłoniła głowę przed Maegorem, nie podnosząc nawet wzroku. - Księżniczko - ukłoniła się także kobiecie z Dorne. Dopiero po tym wyprostowała się, na twarzy przybierając jak najbardziej łagodny uśmiech. - To zaszczyt być tutaj, w tak ważnym dla was dniu. W imieniu rodu Tully, mojego ojca, pragnę wam złożyć serdeczne gratulacje, płynące prosto z serca. A także podarki, przybyłe wraz ze mną z Riverrun. - Uśmiechnęła się szerzej, przełykając jednocześnie ślinę. Nie była dobra w przemówieniach, życzeniach, nie była w gruncie rzeczy dobra w niczym. Miała tylko nadzieje, że żadne z młodego małżeństwa nie zauważy jej trzęsących się rąk i głosu, czy też ogólnego stresu schowanego za uprzejmym uśmiechem. Wpierw obróciła się do Smoka, a tuż za nią zjawiła się służka z srebrną tacą, na której znajdowały się szklane bądź kryształowe naczynia, ciężko było to teraz określić. Ophelia nie chwyciła mężczyzny za dłoń, nie zbliżyła się bardziej. Najwyższym aktem odwagi było to, że teraz była w stanie patrzeć jasnowłosemu w oczy, a następnie przemówić.
- Maegorze Targaryen, książę Smoczej Skały i Namiestniku Królestwa. Lord Tully przesyła Ci w podarku beczkę stuletniego wina, pochodzącego z najlepszej winnicy w Dorzeczu. Mamy nadzieję, że umili ci czas u boku małżonki. - Wskazała dłonią pokaźną beczkę pod ścianą, czekającą u boku strażnika i służącego na dostarczenie w odpowiednie miejsce. - Także - tu odsunęła się, a przed Maegorem pojawiła się służka z tacą. Teraz można było dokładnie zobaczyć co na niej się znajdowało: Kryształowa karafka, opleciona smokiem ze srebra, którego pysk zasłaniał szyjkę butelki. Obok znajdowały się dwa srebrne kielichy ozdobione smoczym ornamentem. - do wina dołącza specjalnie wykonane na tą okazję naczynia.
Teraz zwróciła się w kierunku panny młodej.
- Ivory Nymerio Targaryen, księżniczko Dorne i księżno Smoczej Skały. - Na ustach Ophelii wciąż tlił się ciepły uśmiech, choć w oczach widoczne było... współczucie? Można było to zauważyć tylko przez chwilę, powiem zaraz potem w dłoniach brunetki pojawił pakunek zawinięty w krwistoczerwony materiał, związany złotą wstęgą. Gdyby Ivory go rozpakowała, w środku ujrzałaby suknię z delikatnego materiału, gdzie góra była wyszyta złotą nicią na półprzeźroczystym materiale. - Lady Tully pragnie podarować Ci tą suknie, szytą na niepoznaną Ci jeszcze modę. I choć zapewne nie będziesz w niej wyglądać tak pięknie jak dziś, ma nadzieję, że swym kolorem i krojem podkreśli twoją niezwykłą urodę. Również i ja życzę Ci, aby z czasem ta sukienka - jak i to miejsce - z obcych stały się tobie bliskie, a Królewska Przystań stała się twym ukochanym domem. - Wręczyła spokojnie kobiecie pakunek, uważając, aby go przy tym jeszcze bardziej nie pognieść. Po tym skłoniła się im ponownie i oddaliła się, rada, że ma już to za sobą.
Wątpiła, aby ktokolwiek uznał jej słowa za szczere, a Ivory uznała Czerwoną Twierdzę za miejsce bliską jej sercu. Jednakże, powiedziała wszystko, co matka i ojciec kazali jej powiedzieć i teraz - z poczuciem spełnionego obowiązku, poczęła szukać sobie miejsca, na przesiedzenie uczty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Nie Cze 01, 2014 7:59 pm

Goście kłębili się wokół młodej pary, obdarowując ich coraz to większymi bądź bardziej ozdobnymi podarunkami. Niektóre pokazywały charakterystyczną cechę danego rodu, bądź krainy, z której pochodzili darczyńcy. Inne z kolei były stonowane jeżeli chodzi o szczególne znaczenie, ale wciąż pozostawały w dobrym guście. Powiedzmy...
Gdy Emery obserwowała każdy kolejny dar, a później przypatrywała się reakcji panny młodej - tak to głównie ją obserwowała - to sympatyzowała z nią coraz bardziej. Księżniczka, choć każdy dar przyjmowała z delikatnym uśmiechem, niby promiennym, pełnym wdzięczności i satysfakcji, to jednak panna Stark dostrzegała tą pustkę. Fasada uśmiechu i "radości" było świetnie wypracowana, księżniczka Dorne była mistrzynią w budowaniu dobrego wrażenia i bardzo przekonującym pokazywaniu swego "zadowolenia". Zapewne nikt z obecnych gości wcale nie zwracał na to uwagi, wszyscy podziwiali piękno dziewczyny i dostojeństwo jej małżonka, widząc szczęśliwie zaślubioną parę.
Emery potrafiła dostrzec, kiedy  nawet perfekcyjny uśmiech przesłaniał inne,  niezbyt radosne uczucia...znała to zbyt dobrze, wszak sama przez lata szkoliła w sobie tę umiejętność oraz uważne oko. Rodzina martwiła się o jej stratę głosu i uważała za kompletną dziwaczkę, przez lata kryli się za uśmiechem, za zapewnianiem że to nic nie znaczy, że może żyć tak jak wybrała. Em ich kocha, na prawdę, ale doskonale wie że wszystko co mówią to największa bzdura w siedmiu królestwach. Kochają ją, ale w ich oczach dziewczyna nie jest normalna, nigdy nie była i nie będzie...ale mimo to, każdy podarek z ich strony, choć bezużyteczny, przyjmowała z delikatnym uśmiechem, zupełnie tak jak Ivory w tej chwili.
Wkrótce przyszła kolej na dary od rodów z północy. Diryan, jako przedstawiciel rodu Stark wyszedł na środek i w modelowy sposób, z pełną gracją oraz godnymi dla Starków manierami przekazał w ręce młodej pary miecz, a także pupila dla księżniczki. I znów ten sam uprzejmy, delikatny uśmiech...Dziwnie było na to patrzeć i nic nie robić. Właściwie, Em miała ze sobą jedną rzecz, którą planowała dać księżniczce Dorne, lecz kuzyn już odstąpił ze swej pozycji, zatem przegapiła swoją szansę, czyż nie? Nie mogła tam przecież teraz wypaść i zlekceważyć fakt, że nie jest przedstawicielką rodu, prawda? Poza tym, jak właściwie miała jej to przekazać, nie wypowiadając słowa, lecz zachowując dobre maniery i nie stracić głowy?
Pewnie wycofałaby się z tego pomysłu, przycisnęła prezent zawinięty w płótno do piersi i po prostu zabrała go ze sobą do domu...ale kiedy kolejny raz ujrzała to radosne i wdzięczne oblicze Iv, znów widziała ją jako przepiękną istotę w tej złotej klatce, którą była Królewska Przystań. Wiedziała jak to jest, gdy ludzie nie widzą prawdziwego "Ja", kiedy sądzą że wszystko jest w porządku, że jesteś szczęśliwa gdy masz te wszystkie drogie rzeczy i pałace. Pożyczyła od jednej ze służek pióro (towarzysząca jej służba musiała mieć coś do pisania) i napisała szybko kilka słów na luźnej kartce.
Wzięła głęboki wdech, po czym wystąpiła na środek z tłumu gości, krocząc delikatnie w kierunku nowożeńców. Patrzyła wprost na nich, dopóki nie podeszła na tyle blisko, by móc przekazać dar. Wtedy jej wzrok spoczął na Ivory.
Pięknie. Tylko niczego nie zawal. Dir mnie przecież zabije...Stop! Nie myśl o tym teraz! Musisz po prostu dać co masz dać, teraz nie możesz stchórzyć i się wycofać. No dalej... - powtarzała sobie w myślach.
Miedzianowłosa wykonała bardzo poprawny i stosowny do okazji ukłon, zupełnie milcząc. W sali na tą chwilę zapadła cisza...chociaż nie, dało się słyszeć kilka szeptów w stylu "Dlaczego ta panna nic nie mówi? Powinna ich powitać...cóż to za wychowanie". Nie mogła się jednak wycofać...
Oczywiście ukłon przekazujący jej respekt był skierowany zarówno do pani jak i pana młodego. Później natomiast, jej złote tęczówki z nutą szmaragdu spoczęły na kobiecie. Podeszła ostrożnie i wyciągnęła do niej ręce, w których trzymała niewielki pakunek w płótnie z niewielką kartką papieru. Kiedy przekazała prezent, odstąpiła ponownie kilka kroków wstecz, znów delikatnie wykonała ukłon, a następnie zniknęła w tłumie, idąc na tyły.
Księżniczka mogła przeczytać zapisane na kartce słowa:
"Podróż nasza nieprzywiązana jest jedynie do ziemi,
Umysł nieustannie jest w drodze,
Gdy pragnie, gdy tęskni, gdy łaknie wiedzy...
Serce, co chce być tam gdzie dom,
A dom, wszak tam będzie, gdzie serca kawałki wymienimy z umiłowanymi,
Oni poczekają na odzyskanie swej części."


Gdy rozwinęła pakunek, mogła w środku odnaleźć księgę, która była kompilacją mitologicznych opowieści związanych z gwiazdami i konstelacjami. Małym skrawkiem papieru zaznaczono jedną z nich, opowiadającą o niebiańskich kochankach imieniem Vega i Altair, którym dane było się spotkać tylko raz do roku, kiedy niebiańskie ptaki budowały dla nich most na gwiezdnej rzece. Ta historia była dla niej szczególnie piękna...ten motyw oczekiwania na ukochaną osobę, pomimo dzielących ich lat świetlnych. To stare opowieści, zawierające nazwy gwiazd, które czasem były inne od powszechnie znanych, co czyniło ją unikatową. Poza tym, miała okazję dowiedzieć się, że i Ivory darzyła sympatią czytanie, zgłębianie wiedzy na różne tematy, szczególnie astronomię. Cóż, co prawda podarek nie był lekturą czysto astronomiczną, naukową, ale miała nadzieję, że księżniczka obdarzy księgę równie ciepłym uczuciem co ona sama.
Powrót do góry Go down

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Wto Cze 03, 2014 6:30 pm

Ten świat pławił się w kłamstwach. Na dworach było ono równie naturalne co oddychanie, a wręcz – wskazane. W Królewskiej Przystani niewygodna jest wyłącznie prawda. Ta krótka prawda, wygłoszona przez małżonka, zajęła myśli młodej Dornijki, gdy wkraczała do Królewskiej Sali Balowej. Nie zastanawiała się dotychczas nad zgromadzonymi gośćmi, będąc zbyt skupioną na własnej rozpaczy i rozgrzebywaniu swoich ran, a przede wszystkim – na ukrywaniu tego przed całym światem. Nie przywiązywała uwagi do mijanych twarzy, nie spoglądała w ich oczy, doszukując się szczerości. Wiedziała, że jej tam nie odnajdzie
Kłębowisko żmij. Większość wypchnęłaby mnie z wieży, gdyby tylko było im to na rękę, myślała przyjmując życzenia od szlachetnych gości i każdego z nich obdarzając promiennym uśmiechem. Była świadoma, że w głębi ducha szlachetni goście mogą uważać, iż jej skóra jest zbyt ciemna, a oczy przypominają czarną otchłań nicości miast błękitu nieba, bądź zieleni wiosennej trawy, co wpisywało się w tutejsze kanony urody. Mogą szeptać, że suknia odsłaniająca linię smukłych pleców jest nazbyt odważna, a jej akcent irytujący. Niech szepczą. Ivory odpowiadała z najwyższą uprzejmością i radością, tak jak przystało damie i świeżo upieczonej żonie.
Twarz Dornijki stężała minimalnie, gdy podszedł doń Derek Baratheon, a jego błękitne spojrzenie starannie omijało jej własne. Na karminowe usta przybłąkał się irytujący uśmiech, gdy syn rodu władającego Ziemiami Burzy życzył im szczęśliwego życia. Najchętniej wbiłbyś mi sztylet w serce, przedtem każąc patrzeć na agonię Trystane, tak jak reszta Twojej rodziny. Ivory trwała w bezruchu milcząc i przysłuchując się słowom młodzieńca, a spojrzenie czarnych oczu podążyło za gestem Dereka i napotkało  dziwnie duży przedmiot okryty suknem. Cóż to mogło być?  Gdy Baratheon poderwał materiał, a oczom małżonków ukazała się… złota wanna, Ivory z ledwością powstrzymała cisnący się na usta śmiech. Przedmiot z pewnością przywołał uśmiech na twarze wielu gości, budząc jednako zdziwienie i zachwyt swym misternym wykonaniem oraz… oryginalnością. Dornijka nie spodziewał się, aby Derek Baratheon zwrócił się ku niej z podarunkiem, czarne zawiniątko otrzymane bowiem od jego najstarszego kuzyna wciąż tkwiło w kufrach Ivory z całą swą tajemnicą zawartości. Brwi uniosły się nieznacznie, gdy ujrzała, że Baratheon wskazuje na kolejne sukno skrywające prezent… Gołębia w klatce. Usta zacisnęły się w wąską kreskę, a serce zabiło niespokojne. Złota klatka, cóż za kontekst!
-To niezwykle uprzejme z Twej strony, ser – odparła, uśmiechając się delikatnie, gdy jej małżonek wypowiedział słowa uprzejmego podziękowania, a gołębica szybowała w powietrzu. Twarze gości zwróciły się ku niej, podziwiając niezwykłą barwę piór niemal mieniącą się w świetle wpadającym przez ogromne okiennice. Dornijka gestem wskazała jednej z czekających służek, aby zajęła się ptakiem. Zgodnie z zaleceniem młodzieńca nie zamknęła go w klatce, lecz opuściła salę balową trzymając go na ramieniu.
Baratheon oddalił się, a jego miejsce zajął następny gość, na którego Ivory przeniosła wzrok. Stark. Nigdy w swym krótkim życiu nie miała okazji spotkać mieszkańca tak odległej krainy jaką była Północ, choć słyszała o niej wiele opowieści. Podobno nawet latem padały tam śniegi, a mieszkańcy nie rozstawali się z ciepłym odzieniem. Wszystko to było dla niej, wychowanej pośród piachu i żaru nieba, niemal nie do wyobrażenia, przede wszystkim jednak – sztywność w trzymaniu się konwenansów. W Dorne opowiadano, że Północ pogardza bękartami, a namiętność to rzecz hańbiąca. Nie był to jednak czas, ani miejsce, aby Ivory mogła rozwodzić się w myślach nad zachowaniem mieszkańców dalekiej Północy. Wysłuchała składanych życzeń, trwając u boku swego małżonka, starając się nie zwracać myśli ku licznym potomkom, których każdy z gości nie omieszkał im życzyć.
Pies, góra półroczny, o szaro-czarnej sierści i oczach przypominających lśniące bursztyny, przywołał na twarz pustynnej księżniczki wyraz zgoła rozbawiony. Miłości choć jednej istoty w tym pomieszczeniu mogła być już pewna. Służąca chwyciła za smycz wedle wskazania Ivory i wyprowadziła zwierzę z pomieszczenia, a Maegor wraz ze swą małżonką uprzejmie wyraził wdzięczność za ślubne podarunki , tak jak nakazywała dworska etykieta.
Nigdy nie będziesz moją rodziną.
Gorycz stawała się coraz bardziej uciążliwa, a kąciki ust unosiła z trudem. Czerwona Twierdza nigdy nie będzie jej domem. Wierzyć w to mogła jedynie tak młoda dziewczynka jaką była Daella, pełna jeszcze młodzieńczej naiwności, której Ivory zdawała się być już pozbawiona. Została wręcz wyrwana z rodzinnego domu przez wojnę, informacja o zaślubinach spadła nań niczym grom z jasnego nieba, pozbawiając ją możliwości zastanowienia się, przyzwyczajenia do myśli, że musi opuścić ukochane Dorne… Wszystko było nieludzkie. Wiedziała o tym Ivory, wiedział także Edric oraz Maegor. Gdy patrzyła na smoczą księżniczkę, w jej oczach pojawiło się coś na kształt… Politowania? A może nawet współczucia, że wierzy jeszcze w podobne rzeczy. Uśmiechnęła się jednak promiennie i nachyliła nad Smoczycą, pozwalając jej ucałować swój policzek. Podziękowała uprzejmie i zwróciła się ku starszemu bratu dziewczyny, który znalazł się przy nowożeńcach, aby również złożyć swe życzenia. Słowo siostra padające z jego ust, było niczym sztylet wbijający się płytko w jej skórę raz za razem. Wszystko były to puste słowa, wypowiadane z przymusu, lecz przedstawienie musiało przecież trwać. Aż do świtu.
-Jest przepiękna, pani. Nie potrafię słowami wyrazić swej wdzięczności – wyrzekła Ivory, gdy urocza córa lorda Riverrun stała przedeń, a w jej oczach nie można było dostrzec choćby krzty kłamstwa. Uciekaj stąd, póki możesz. Suknia, choć szyta na obcą księżniczce modłę, olśniewała swym pięknem i miękkością materiału.
Jednym z największych dotychczas zaskoczeń była panna Stark, która milcząc podarowała jej niewielki pakunek. Ivory przyjęła prezent i podziękowała uprzejmie, po czym ujęła w palce maleńką karteczkę, czytając napisane nań słowa, nim podszedł następny z gości.
Moja podróż dobiegła już końca.
Nie rozwinęła jednak pakunku, a oddała go w ręce następnej służki, która miała za zadanie odnieść podarunek do komnat księżniczki, gdzie miały czekać nań do dnia następnego. Ivory jednak rzuciła pannie Stark pełne przychylności i ciepła spojrzenie, nim ta zniknęła w tłumie, po czym wyprostowała się z godnością i zwróciła ku następnym z weselników, czekającym, aby złożyć parze młodej szczere życzenia szczęśliwego pożycia.


    Wszystkich, którzy pragną parze młodej złożyć życzenia oraz podarować ślubne prezenty, proszę o dodanie postów do piątku, a uściślając - godziny 13. Wtedy też pojawi się post o oficjalnym wzniesieniu toastów w temacie Stół reprezentacyjny, po czym rozpocznie się prawdziwa zabawa i każdy będzie mógł pisać z kim tylko zapragnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Sro Cze 04, 2014 11:08 pm

Jeszcze w Wielkim Sepcie, gdy z zachwytem obserwowała przebieg ceremonii, przyszła jej do głowy pewna myśl... A czy ta piękna Dornijka w ogóle chce wyjść za Namiestnika? Patrząc na radość malującą się na twarzy Ivory, bliska była zwątpienia w nową teorię. Gdy jednak jeszcze raz się zastanowiła i przypomniała sobie o niedawno zakończonej wojnie, doszła do wniosku, że najprawdopodobniej ma rację. O ile na początku zazdrościła kobiecie, tak teraz zaczynała jej współczuć. Maegor, choć przystojny, wciąż pozostawał smokiem. A Lydia słyszała, że z nimi różnie bywa.
Siedząc w swojej ławce i słuchając pieśni sept, zdała sobie sprawę, że nigdy nie chciałaby znaleźć się na miejscu pani Martell... A niedługo pani Targaryen. Ledwo dotrwała do końca nabożeństwa, które nagle straciło całe piękno.

Gdy jechała do Czerwonej Twierdzy, nie mogła przegonić natrętnych myśli. Nie chciała być na tej uczcie. Nie chciała stawać przed parą młodą, składać im życzeń i dawać prezentów. Chciała... Wracać do Casterly Rock? Na pewno?
Po raz ostatni spojrzała na zapełniający się ludźmi dziedziniec, zanim zniknęła za wrotami smoczego zamku.

Czekała, aż co bardziej niecierpliwi goście złożą swoje dary i życzenia, by teraz spokojnie móc zbliżyć się do nowożeńców. Nie spodziewała się, że prezenty które ze sobą przywiozła, mogły konkurować ze złotą wanną Baratheonów lub pomnikiem Starków, miała jednak nadzieję, że nie okażą się najgorsze.
Skinęła głową na Lannisterskich strażników, dając im tym samym znak, że nadeszła ich kolej. Odwróciła się i spokojnym krokiem ruszyła w stronę podwyższenia. Szła może spokojnie, ale denerwowała się jak nigdy w życiu. Świadomość, że reprezentuje nie tylko swoją rodzinę, ale również swych panów, promieniowała z głowy do wszystkich członków jej ciała, sprowadzając na nie dziwne odrętwienie. W pewnym momencie potknęła się o coś i mało brakowało, by wylądowała na podłodze. Poczuła, że płoną jej policzki. Zagryzła jednak zęby i znalazłszy się w odpowiedniej odległości od młodego małżeństwa, dygnęła. Czuła, że wyszła żałośnie.
- Lordzie Namiestniku, księżniczko, w imieniu rodu Lannisterów oraz rodu Clegane pragnę złożyć wam najszczersze życzenia... - bogowie, co ja tu robię? "Ktoś z góry" pewnie miał niezłą rozrywkę gdy obserwował męczarnie młodej "damy". - Oby Siedmiu miało was w opiece.
Pierwszy sługa podszedł do Maegora. W rękach trzymał szkarłatne zawiniątko, które wręczył smokowi. W paczuszce tej kryła się przepiękna czarna peleryna z drogiego materiału. Wyszyta złotą nicią, z krwistoczerwonym herbem Targaryenów, robiła niemałe wrażenie. Drugi sługa podszedł do Dornijki i wręczył jej (lub jej służce) proste drewniane pudełko, w środku wyściełane miękkim materiałem. Po uniesieniu wieczka, oczom otwierającego ukazałby się przepiękny, misternie wykonany złoty diadem, wysadzany drobnymi diamentami. Na jego środku z rubinów stworzone zostało słońce, mające za zadanie przywodzić na myśl Dorne. Gdy dary zostały złożone, Lydia ukłoniła się delikatnie i odeszła z wyraźną ulgą.
Koniec. Zatańczyłam jak mi kazano... Nie licząc drobnego potknięcia, dzięki któremu stała się najpewniej pośmiewiskiem niejednego uczestnika uczty.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Czw Cze 05, 2014 6:03 pm

Michael oczywiście był zaskoczony, że jedna z pierwszych ważniejszych misji, które dostał w swoim życiu została za niego wykonana. Prudence od tak odnalazła się sama i wprawiła Greyjoya jednocześnie w złość, jak i ulgę. Z jednej strony nie odpowiadał mu fakt, że nie będzie mógł udać się na misje i znowu powróci do swojej życiowej rutyny. Z drugiej jednak wiedział, że to zadanie mogło zakończy się źle dla niego jak i jego brata. Obaj domyślali się, że zadanie to nie było proste skoro ich samych lord chciał wysłać. Ta dziewczyna narobiła pełno kłopotów, z których na szczęście Michael nie musi już jej wyciągać. Nie było mu dane jej poznać, a on sam póki nie pozna danej osoby, czy to obcej czy to z rodzinny, nie ocenia jej. Choć zdarza mu się być brutalnym żelaznym człowiekiem, to wie, że mimo tak złej opinii o tej dziewczynie, nie może pozwolić sobie na tak pochopną ocenę jej. W końcu może kiedyś być użyteczna, w jakimś zadaniu, w którym będzie akurat Michael? Kto wie.

Niewiele osób wie o tym, że bracia Greyjoyowie, Michael i Lionel to mimo wszystko oparci ludzie. Nie zważają na to, że każda dłuższa wyprawa, może dla nich skończyć się źle. Tym bardziej, że ich młodszy od nich o parę dobrych lat Savaric wlókł się za nimi, na swoim statku, którego zwał Niezłomnym Cerberusem. Michael sam do końca nie wiedział co oznacza to drugie słowo, ale musiało mieć szczególne znaczenie dla dziedzica. Bracia nie do końca lubili prowadzić kogoś za sobą po swoich wodach... No, ale cóż poradzić, rodzina to rodzina, a jej nie można pozostawiać na pastwę potworów morskich, choćby nie wiem co. Podróż ciągnęła się, bo cała trójką Greyjoyów za wszelką cenę chciała dostać się na miejsce na swych statkach. Zabrali ze sobą służbę wraz z prezentami. Oczywiście nie można także zapomnieć o jedzeniu czy piciu. Żelaźni ludzie mimo swoich twardych charakterów, potrafią się napić i to czasem za bardzo. Kto by pomyślał, że podczas tak długiej podróży na dwóch statkach mogło dojść do tak hucznej zabawy, że prawie każdy zapomniał o tym gdzie właściwie płyną. Bo przecież ich celem jest wesele, a nie zrobienie go na swych statkach. Odległość nie była już tutaj problemem, a raczej to jak oni sobie poradzą z tak wielkim kacem.

Kiedy już tylko znaleźli się na lądzie, dalsza podróż wydawała się być prostym zadaniem... gdyby nie ten uciążliwy ból głowy. Ale przecież oni są zbudowani z żelaza, poradzą sobie... powiedzmy. Michale mimo tego, że w tym momencie cierpiał, nie chciał dawać po sobie tego poznać, dlatego też utrzymywał dosyć poważaną minę, a tylko na zawołanie potrafił się uśmiechnąć. Chciał również pokazać odrobinę klasy i ubrać się jak przystało na doświadczonego wojownika (klik). Czarna koszula, na to kolejna jednak skórzana, czarne skórzane spodnie i czarny płaszcz. Na jego plecach oczywiście można było odnaleźć znak rodowy. Nie mogło się bez tego obyć. Michael nie mógłby być sobą jakby nie szczycił się tym z jakiego rodu on pochodzi. Nie zapomnijmy o fryzurze. Długie czarne włosy związane w luźny kucyk, kosmyki odrzucone na boki czoła, tak by komponowały się z resztą jego męskich rysów. Ostateczną sprawą w tym wszystkim było wejście na swojego czarnego konia Rewersa, który nie mógł się doczekać jak w końcu będzie mógł zejść z pokładu. Na takie okazję Michael nie mógł wyruszyć bez swojego ukochanego konia. Na całe szczęście nie tylko on był w posiadaniu konia, jego brat jak i Savaric również zabrali je ze sobą. Teraz tylko załoga obu statków musiała zadbać o bezpieczeństwo zawartości ich tak by nikt nic nie ukradł. Dlatego też z dwójką braci poszła cała służba, a z uzbrojonej załogi tylko czterech ludzi. Niestety nie mogli polegać tylko na swoich ostrzach. Czas najwyższy był wyruszyć do Czerwonej twierdzy. Dwóch ludzi z załogi trzymało po jednym dużym sztandarze, z herbem Greyjoyów. Przecież każdy musiał rozpoznać kim są. Michael i Lionel jechali na swych koniach po środku. Na przedzie właśnie dwójka ze sztandarami. Po bokach obu braci, uzbrojeni żelaźni wojownicy. A tuż za nimi cała służba wraz z prezentami i całą resztą. Byli gotowi na wejście do Czerwonej twierdzy.

Michael był całkiem zadowolony, że będzie mógł spotkać się z kimś od Targaryenów, za to przejście obok jakiegokolwiek Lannistera, doprowadzało go do czerwoności. Nie mógł patrzeć na ludzi z tego rodu, obrzydzali go, ale mimo to musiał się powstrzymać dla swojego dobra jak i tego całego wydarzenia - Muszę powstrzymać swoje ostrzę chociaż na czas wesela... - powtarzał sobie w myślach mężczyzna spoglądając na negatywnie nastawione wobec niego rody. Kiedy jednak znaleźli się już na środku sali, wiedział, że musi chociaż przez chwilę zacząć się uśmiech, bo to czas na podarowanie prezentów.
- Lordzie Namiestniku, jego jak zawsze wyglądająca pięknie małżonko. Jestem zaszczycony reprezentować Ródy Greyjoyów w tak cudownym dniu. Wszyscy Żelaźni ludzie, w tym ja, pragniemy pogratulować wam zawarcia małżeństwa. Niech szczęście wam w sprzyja - mówił pokazując swój niepewny uśmieszek. Kac męczył go i to bardzo, nie chciał być nie miły wobec szczęścia tych dwóch ludzi. Uśmiech wcale nie był fałszywy, oczywiście, że cieszył się ich szczęściem, najzwyczajniej w świecie nie miał na niego w tej chwili ochoty. Kiedy postanowił odpuścić swój ukłon z ich strony, skinął ręką do jednego ze sług, a ten wyjął miecz, który był schowany w czarnej skórzanej pochwie.
- Miecz ten zostały wykonany na Żelaznych wyspach, dlatego też Lordzie możesz być pewien, że jest on najwyższej jakości. Gdy go wyciągniesz z pochwy, ujrzysz napis, który świadczy o chęci zachowania przyjaźni między naszymi rodami - mówił zachowując mały uśmieszek, a gdy sługa zaprezentował piękne ostrze, można było dojrzeć napis, o którym wspominał Michael "Smok i Kraken". Skromny, ale znaczący.
- Dla Ciebie, moja Pani mamy również coś specjalnego. Jakoż jesteśmy Żelaznymi ludźmi nie prędko nam do odnalezienia czegoś bardziej kobiecego niż prezent, który mamy dla Ciebie - mówił, a sługa wyjął mały sztylet, również schowany w czarnej pochwie. Jego rękojeść była pokryta ozdobnymi diamencikami. Nic bardziej kobiecego nie dało rady stworzyć na żelaznych ziemiach, nie ma co się oczywiście temu dziwić.
- Obyś nie musiała go nigdy używać, moja Pani - powiedział nie ukrywając tym razem swojego szczerego niewielkiego uśmiechu.
Kiedy już tylko mu pozwolono odszedł wraz z całą swoją świtą. Ciekawiło go jak zareaguje Lionel i Savaric. W końcu nie konsultował z nimi jaki prezent podarują tej parze, całkowita samowolka ze strony Michael. Jednak mimo to zrobił to jak na niego przystało, z klasą, której tak wielu mu zazdrościło. Co teraz? Czy będzie mógł wrócić na Żelazne Wyspy, aby w końcu podjąć się jakiegoś poważnego zadania? Miał przynajmniej taką nadzieje.
Powrót do góry Go down

avatar
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
153
Join date :
16/11/2013

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Czw Cze 05, 2014 7:06 pm

Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Dary dla książęcej pary zrobiły niemałe wrażenie zarówno na Ivory i Maegorze, jak i na pozostałych gościach. Emery nieco zaskoczyła Diryana. Nie uzgadniała z nim bowiem, że wręczy księżniczce coś od siebie. Niemniej jednak kuzynka Wyjącego o Świcie stanęła na wysokości zadania. Może i lubiła biegać po drzewach jak małpa i wywijać mieczem na prawo i lewo, ale jako dama również spisywała się bardzo dobrze. Krew Starków to jednak krew Starków. Mówi się, że niedaleko pada jabłko od jabłoni i coś chyba rzeczywiście jest w tym na rzeczy.
Wszystkie podarunki przeszły w posiadanie pary młodej. Pora, aby się wycofać. Nie trzeba było dawać znaku dworzanom z Północy. Tak jak weszli, tak synchronicznie rozeszli się po sali. Dokładnie jakby wszystko to było zaplanowane i misternie ćwiczone od kilku tygodni przed tym dniem.
„W sumie trudno im się dziwić” - pomyślał mężczyzna. „W końcu nie codziennie bywa się na ślubie Targaryenów w Królewskiej Przystani...”
Skinął głową do kuzynki na znak, że może już zająć sie tym, co jej się podoba, po czym sam odszedł na bok sali, poszukując jakichś znajomych twarzy.

|zt|
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Czw Cze 05, 2014 9:17 pm

/ Wielki Sept

Świat się nie skończy, jeśli postoję tu jeszcze chwilę. Nie ma pośpiechu. Absolutnie.
Ceremonia ślubna przypominała  spoglądanie na okropną ranę: im większe Allya odczuwała obrzydzenie, tym trudniej było jej odwrócić wzrok od pary młodej. Zamążpójście w wyobraźni Baratheonówny zwykle przybierało formę katastrofy, która przyczyniała się do całkowitego zniweczenia życia, pozostawiając po dawnej egzystencji jedynie dymiące pogorzelisko. Niezaprzeczalna i uniwersalna prawda - po ślubie śmiech zamiera w gardle, radość usycha… i jedynie wino ma swój dawny smak. Allya przechyliła ostrożnie głowę na zesztywniałej szyi w jedną stronę, potem w drugą, nasłuchując znajomych trzasków i czując, jak dobrze znane sznury bólu napinają się w powęźlonych mięśniach między łopatkami.
Po co to robię, skoro zawsze przy tym cierpię?
Lekki grymas niezadowolenia przemknął po jej ustach, gdy wspomniała moment, w którym Maegor oraz Ivory wypowiedzieli przysięgę przed obliczem Siedmiu. Każdy, kto przez chwilę łudził się, iż ceremonii towarzyszyło gorące uczucie między parą narzeczonych, popisał się naiwnością godną dziecka. Bardzo głupiego dziecka. Choć sam ślub, zaskakująco spokojny i uroczy jak na Targaryenów, był zaledwie preludium do właściwej części obrządków, Allya miała dość czekających ją uroczystości jeszcze nim opuściła Wielki Sept Baelora. Ani obecność Dereka, ani nawet twarde niczym stal spojrzenie Pani Matki nie było w stanie uchronić jej przed mimowolnym zmęczeniem ogarniającym ciało po każdej, dłużącej się w nieskończoność minucie, która musiała upłynąć od podróży ze świątyni do Czerwonej Twierdzy. Kogoś naturalnie musiała obarczyć winą za skuteczne popsucie nadchodzących dni - i w tym wypadku ciężar odpowiedzialności spadł na Aylwarda. Od początku podróży z Winterfell, poza nieustannym, irytującym wręcz milczeniem, popisywał się głównie zaskakującą umiejętnością narzucania bliźniaczej siostrze swej woli, co - bądźmy szczerzy - mogło udać się tylko jemu. Przeklętego dnia, gdy dotarła do nich informacja o książęcych zaślubinach, spojrzał na Allyę zmęczonym wzrokiem starca, który przeżył niejedną, srogą zimę i nawet nie próbując zawoalować swych zamiarów, powiedział wprost: Potrzebuję kogoś, kto pomoże mi uporządkować sprawy. Kogoś, kto nie boi się zdrajców ani sprzedawczyków, ani nawet samego króla. Kogoś, na kim można polegać, jeśli chodzi o subtelność działania, dyskrecję i bezwzględność. Kogoś, kto odznacza się niekwestionowaną lojalnością wobec rodu… ale jednocześnie nie ma przyjaciół w stolicy.
Czy w Siedmiu Królestwach mógł istnieć lepszy kandydat od Allyi?  
Nawet nie kryjąc swego nikłego entuzjazmu, niechętnie wyruszyła do Królewskiej Przystani, jeszcze w Dorzeczu rozstając się z bratem. Ze zdziwieniem stwierdziła, że tak naprawdę wcale nie ma ochoty zostawać w stolicy na dłużej, wznosić toasty z obcymi jej ludźmi, kręcić się w blasku spojrzeń mężczyzn, w hałasie i chaosie. A choć ów blask, hałas i chaos były jej towarzyszami z wyboru w ciągu ostatnich lat życia - teraz czuły się pewnie trochę opuszczone.
Wkraczając do Królewskiej Sali Balowej, nawet nie próbowała przywołać na usta sztucznego uśmiechu, który dla wielu zebranych okazał się niezbędnym dodatkiem do sukni i połyskującej w świetle kandelabrów biżuterii. Błękitne spojrzenie obojętnie przesuwało się po kolejnych gościach bez cienia zainteresowania, zaś usta, z kącikami opadającymi delikatnie w dół, nadawały bladej twarzy Baratheonówny wyraz, który bez problemu mógł stanowić odzwierciedlenie stanu duszy panny młodej.
A zatem potrzebowałeś, kochany bracie kogoś, kto jest nienawidzony przez wszystkich?
Przemknęło jej gniewnie przez głowę, gdy w towarzystwie Dereka oraz Lady Rhaelle podeszła do młodej pary, by obdarować nowożeńców prezentami oraz słowami… w jej wykonaniu zapewne nieszczególnie ciepłymi.
Kogoś, kto weźmie na siebie skutki katastrofy, jeśli sprawy nie ułożą się pomyślnie? Kogoś, kogo na pogrzebie będą opłakiwać tylko nieliczni?
Zatrzymała się tuż obok swej Pani Matki, jedynie częściowo wsłuchując w życzenia składane zarówno przez nią, jak i Dereka. Niebieskie spojrzenie, do tej pory zadziwiająco obojętne, spoczęło na Ivory. Błękit nieba, tak charakterystyczny dla tęczówek Baratheonówny, w tej konkretnej chwili przywodził na myśl raczej burzowe chmury gromadzące się nad głową niczego nieświadomej ofiary. Kąciki ust pociągniętych czerwonym barwnikiem z Wolnych Miast, opadły nieznacznie w dół, nadając twarzy Allyi wyraz godny głodnego drapieżnika, który jedynie czeka na okazję, by nasycić nieposkromiony głód.
W takim razie świetnie trafiłeś, braciszku.
Zakończyła z dziwnym spokojem Baratheonówna, postępując krok w stronę nowożeńców, gdy tylko Derek zademonstrował swe podarunki - choć wanna u wielu gości, nawet samego Maegora wywołała uśmiech, a rzadko spotykany gatunek gołębia swego rodzaju zachwyt, Allya nie zdawała się zaskoczona podarunkami. Gdy Derek komuś ufał, nie potrafił dotrzymać tajemnicy. Zwłaszcza takiej, która wkrótce i tak miała ujrzeć światło dzienne.
- Szlachetny kuzynie, Książę Smoczej Skały oraz jego… - Baratheonówna urwała na moment, przenosząc wzrok z Targaryena na Dornijkę. Po raz pierwszy od wkroczenia do Sali Balowej, ba - od opuszczenia Septu - na jej ustach pojawił się delikatny grymas jedynie naśladujący uśmiech. Allya nawet nie starała się, by robił to udolnie. - … miła małżonko. Słowa nie są w stanie oddać wagi uroczystości, którą wszyscy mamy większą… bądź też mniejszą przyjemność świętować. Często również podarunki, jakie otrzymujecie, wydają się nader nieadekwatne do uczuć tlących się w Waszych duszach. Będę zapewnie jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym gościem, który swój prezent podaruje nieco później, gdy wesele na dobre się rozpocznie a goście odetchną z ulgą po pierwszym łyku schłodzonego wina. Nim jednak to nadejdzie, zechciejcie przyjąć skromne życzenia. - z jej piersi wyrwało się ciche westchnięcie, gdy zwróciła całą swą uwagę na Ivory-już-nie-Martell… lecz na pewno ciągle nie Targaryen. Choć początkowo wydawało się, iż odległość między kobietami nie zostanie zniwelowana, Allya nagle przysunęła się do Dornijki, ujmując zimnymi palcami ciepły nadgarstek panny młodej.
- Życzę Ci cierpliwości, Księżno. To jedyna zaleta sytuacji, w której każdy krok jest męczarnią. Człowiek szybko się uczy ostrożnie stawiać stopy. - w jasnym spojrzeniu zalśniła niepokojąca iskierka, gdy Baratheonówna musnęła ustami policzek Ivory. - Królewska Przystań nie wybacza błędów. Zwracaj uwagę na szczegóły, w tym miejscu niezwykle łatwo zapomnieć o drobnostkach… zaś bez wiosła każda łódź jest bezużyteczna. - Allya odsunęła się od Dornijki, unosząc delikatnie ciemne brwi. Na gładkim policzku panny młodej widniał lekki odcisk ust Baratheonówny, przez swą intensywną czerwień wyglądający niczym otwarta rana. - Policzek, moja droga. Radziłbym go szybciutko wytrzeć, inaczej zostanie plama… a niektóre plamy nigdy nie schodzą. - na wargach Allyi zaigrał lekki uśmiech, gdy zwróciła się ku Maegorowi, nie zbliżając się do niego jednak choćby o cal. Jasne spojrzenie przez chwilę odpierało lawendowy wzrok Targaryena, by w końcu przerwać panujący impas spokojnymi słowami.
- Książę… sądzę, że człowiek na takim stanowisku będzie miał wielu wrogów i tylko jednego przyjaciela - swą małżonkę. - Baratheonówna przechyliła delikatnie głowę, mrużąc lekko oczy. - I że na tym przyjacielu nie można polegać bez zastrzeżeń. Póki jednak ufasz swej żonie, ona będzie ufać Tobie. Nie próbuj zachwiać kruchą równowagą, bowiem upadek może okazać się niezwykle bolesny… dla obojga z Was. - Allya ujęła delikatnie poły sukienki, dygając lekko. Czas dobiegał końca, należało jedynie się pożegnać… i rozkoszować słowami, które padły. - Zgodnie z obietnicą, w odpowiedniej chwili poproszę podczas wesela, byście zechcieli udać się ze mną ku spokojniejszemu miejscu, podarunki będą czekać. - powiedziawszy to, panna Baratheon wyprostowała się dumnie, całkowicie wyzuta z obojętności, która towarzyszyła jej podczas wkraczania do Sali Balowej - teraz błękitne spojrzenie tchnęło determinacją i co gorsza - wręcz rzucało wyzwanie każdemu, kto zechciałby zakłócić spokój Allyi, kierującej obecnie myśli wyłącznie ku schłodzonym dzbanom z winem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Pią Cze 06, 2014 5:44 pm

Bycie Maegorem miało swoje plusy. I chyba to właśnie było w tym wszystkim najgorsze. Gdyby cierpiał, dusił się w swej nowej roli, czuł na plecach śmierdzący cebulą oddech śmierci, Targaryen z pewnością byłby ostrożniejszy. I bardziej stanowczy w działaniach.  Zamiast tego jednak, pod pozorem gromadzenia wiadomości, budowania siatki sojuszników i przygotowywania planów, Książę Smoczej Skały siedział i pierdział w stołek, czy też raczej - w poduszki. Wszak Namiestnikowi pieprzonego królestwa nikt nie podstawiłby zwykłego stołka.
Obrządek obdarowywania młodej pary, zaplanowany w każdym, nawet najmniejszym aspekcie, jął przebiegać zgodnie z planem, co poza nużeniem Maegora stanowiło dlań mimo wszystko dobry znak. Nikt nie spił się złotym arborskim, nie obnażał ani ostrz, ani tym bardziej własnego ciała i wiele wskazywało na to, że do pierwszego dania nie padnie ani jeden trup. Targaryen powiódł wzrokiem po zgromadzonym wokoło tłumie, skupiając się tym razem nie tylko na twarzach lordów i ich córek, lecz także na ich służbie, pomniejszej szlachcie i parobkach wciskających się wszędzie jak słoma. Czy wyglądali na usatysfakcjonowanych ślubem?  Każdy gest, każdy uśmiech, każde kichnięcie wskazywało na to, że jak najbardziej… a choć czyny nie odzwierciedlały kołatających się w głowach myśli, podobny obrót spraw w zupełności wystarczał Namiestnikowi. W końcu nie zebrali się tu, by uzewnętrzniać prawdziwe uczucia, czego wybitny i niezaprzeczalny przykład stanowi para młoda.
Poza tym – pomyślał Maegor spokojnie, obserwując, jak ku niemu zmierza delegacja z Końca Burzy – przecież to nie ostatnie starcie, jakie mam im dzisiaj do zaoferowania.
Gdy Baratheonowie zatrzymali się, z właściwą sobie gracją kłaniając się spokojnie, Targaryen uśmiechnął się lekko do Lady Rhaelle, naiwnie sądząc, że nadal bliżej jej do Jelenia, niźli Smoka. I choć pod względem urody, ubioru, chłodu, a nawet dystyngowania było jej do panieńskiego rodu, serce już dawno oddała swemu mężowi oraz dzieciom. Fiołkowe oczy zalśniły zimno, udzielając niemego pozwolenia Derekowi do zabrania głosu. Namiestnik przeniósł wzrok na lordowskiego bratanka, wysłuchując spokojnie życzeń mężczyzny, który - spójrzmy prawdzie w oczy - wyglądał jak zupełne zaprzeczenie Baratheona. Książę Smoczej Skały uśmiechnął się lekko na samą myśl, iż stojący przed nim dowódca piechoty Burzy mógłby być… bękartem? Maegor nie miał jednak czasu na dalszą wizualizację tego pomysłu, bowiem wraz z kolejnymi słowami odsłonięty został prezent.
Prezent, cóż tu wiele mówić - równie nietypowy co darczyńca.
Przez pół uderzenia serca Targaryen sądził, iż wybuchnie śmiechem na widok złotej wanny, stojącej pośrodku Królewskiej Sali Balowej niczym pradawny artefakt. Nawet nie zauważył, że kolejnym prezentem było przeklęte ptaszysko, które zapewne nie raz zaszczyci komnaty namiestnika swym egzotycznym gównem - wzrok Maegora prześlizgiwał się po wannie to w jedną, to w drugą stronę, zupełnie jakby nie do końca potrafił przyjąć do świadomości, że rzeczywiście, niezaprzeczalnie i bezapelacyjnie jednym z pierwszych podarków okazała się…
- Piękna… piękna wanna. - odparł ostrożnie Książę, jakby w obawie, że ton jego głosu może zdradzić prawdziwe uczucia. Skinął lekko głową w podzięce Derekowi i przez chwilę walczył z ochotą podejścia do prezentu, jednak w miejscu skutecznie usadził go ostatni członek delegacji Końca Burzy.
Allya Baratheon.
Uśmiech, cisnący się na usta Targaryena, zniknął bezpowrotnie, gdy bliźniacza siostra Aylwarda zbliżyła się do Ivory z wyrazem twarzy, który nie zwiastował szczególnie… miłego powitania? Jeśli Baratheonówna odziedziczyła coś po swej smoczej matce, mogła to być wyłącznie nieprzewidywalność. Lub szaleństwo… albo jedno i drugie. Maegor zacisnął mimowolnie lewą dłoń w pięść, obserwując, jak Allya przysuwa się do jego żony i pozostawia na jej policzku krwawy ślad ust. Napięcie nie zeszło z Namiestnika nawet wtedy, gdy Baratheonówna zwróciła się do niego, nie czyniąc nikomu krzywdy… poza tą wywołaną słowami, rzecz jasna. Te bowiem w wykonaniu młodszej siostry Orysa nigdy nie były pochlebne, miłe czy uspokajające.
- Dziękuję, moja droga. Nie musiałaś się… fatygować. - Maegor w końcu uśmiechnął się lekko, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co Allya pragnęła powiedzieć.
Sądzę, że człowiek na Twoim stanowisku nie wytrwa długo, kuzynie.
Niemal słyszał jadowity ton jej głosu, połączony z kpiącym uśmiechem na pełnych ustach. Książę Smoczej Skały podejrzewał, że prezent Baratheonówny nie będzie… rzeczą materialną, a przynajmniej nie taką, którą mógłby postawić w komnacie sypialnej. Jakiekolwiek były jej zamiary, Maegor nie miał okazji, by się na nich skupić - ku młodej parze zmierzała kolejna delegacja, tym razem z dalekiego Winterfell. Targaryen nie do końca był pewien, co mogliby podarować mu goście z Północy - prezent charakteryzowałaby jednak rzecz typowa dla Starków. Coś chłodnego, minimalistycznego, ale funkcjonalnego.
Namiestnik miał jedynie cichą nadzieję, że nie będzie to wychodek.
Jak się wkrótce okazało - oczekiwania odzwierciedliły rzeczywistość jedynie w połowie. Pierwszy podarek, przeznaczony dla Ivory, wzbudził u Maegora jedynie mimowolne drgnięcie kącików ust, nie wiadomo, czy w uśmiechu, czy wyrazie dezaprobaty. Pies, choć urodziwy… przynajmniej jak na psie standardy, wymagał opieki. Przestrzeni. Żywienia. A Królewska Przystań zapewniała te przyjemności wyłącznie nielicznym. Książę Smoczej Skały skinął lekko głową, przenosząc wzrok na kolejny podarunek, tym razem przeznaczony dla niego. Odsłonięte ostrze w rzeczy samej charakteryzowało się tym, czego po Północy mógłby spodziewać się Targaryen. Surowa uroda oraz funkcjonalność, wszystko to zaś zawarte w mieczu. Ręka Maegora powędrowała powoli w stronę rękojeści oręża, obracając ją dwukrotnie w silnej dłoni.
- Wasi kowale zasługują na uznanie, panie. - odparł Namiestnik, wsuwając ostrożnie ostrze do pochwy i przekazując podarek służącym.
Wanna i miecz, zaczyna być coraz weselej.
I w rzeczy samej - było. Spora platforma, także będąca prezentem od Starków, po odsłonięciu ukazała imponującą rzeźbę smoka. Dwugłowego smoka. Targaryen zmrużył lekko oczy, przechylając głowę, zupełnie jakby podziwiał dzieło - i być może rzeczywiście to robił, jednak nieruchome, lawendowe spojrzenie nie wyrażało zachwytu, którego początkowo można by oczekiwać.
- Majstersztyk. - usta Maegora rozchyliły się w lekkim uśmiechu. - Jestem pełen podziwu, ród Stark po raz kolejny pokazał nie tylko serce do podobnych uroczystości, ale również niepowtarzalny gust. Wraz z umiłowaną małżonką jesteśmy wam wdzięczni za pokonanie tak długiej drogi i żywimy szczerą nadzieję, że w progach Czerwonej Twierdzy odnajdziecie godziwy wypoczynek oraz właściwą obchodom wesela radość. - Namiestnik skinął lekko głową, nakazując przetransportować platformę ku prawej części sali. Nie zdążył nawet westchnąć, gdy ku niemu zmierzała już Daella oraz Daemon. Targaryen uśmiechnął się na widok swego rodzeństwa z dziwnym przekonaniem, iż ich prezenty nie będą tak… nietypowe? Z niejaką ulgą zauważył, iż najmłodsza siostra postanowiła podarować Ivory coś innego niż żywą istotę. Subtelna biżuteria, choć nie tak wystawna jak inne podarki, była w pełni adekwatna do uroczystości. Podobnie sprawa miała się z łukiem oraz kołczanem strzał, które dla samego Maegora mogły już wkrótce okazał się nader… przydatne. Zwłaszcza z gołębiem latającym po komnacie. Książę Smoczej Skały uśmiechnął się lekko do Daelli, zaraz też przenosząc wzrok na Daemona, jak zwykle przygotowanego na każdą ewentualność - w tym wypadku na obdarowanie swego starszego brata oraz jego żony prezentami, które odzwierciedlą ich… zróżnicowane charaktery. Kolejna szkatuła z biżuterią dla samej Ivory musiała stanowić zapewne obiekt cichego westchnięcia, zupełnie tak, jak z Maegorem uczyniła to pochwa na miecz - Namiestnik przesunął ostrożnie opuszkami palców po szmaragdach, uśmiechając się lekko do swych myśli.
Płomień, tak…
- Dziękuję, bracie. - Targaryen przeniósł wzrok na Daemona, potem zaś na księgę, którą przekazał jako ostatnią. Maegor był niemal pewien, iż uzupełnianie kolejnych stronnic przypadnie w roli Ivory, choć wolał zapoznać ją z tym faktem… za jakiś czas, w okolicznościach bardziej sprzyjających - obecnie bowiem ku parze młodej zmierzała przedstawicielka rodu Tully, również niosąca ze sobą podarki oraz ciepłe słowa. Gdy młoda panna z Riverrun wspomniała o beczułce stuletniego wina, na ustach Księcia Smoczej Skały pojawił się zaskakująco ożywiony uśmiech.
Wino i wanna, czekają mnie urocze chwile.
- To niezwykle uprzejmie ze strony Lorda Tully. Przekaż mu słowa wdzięczności za hojność oraz szczere pozdrowienia, zarówno dla niego, jak i szlachetnej Lady. - Maegor skłonił lekko głowę, gestem nakazując, by wino oraz naczynia znalazły się w bezpiecznym miejscu, z dala od spragnionych gardeł. Panna Tully jeszcze nie zdążyła odejść na dobre, gdy pojawiła się kolejna młoda kobieta, tym razem reprezentująca Zachód. I choć Lannisterowie nie odwiedzili Królewskiej Przystani, by wziąć udział w książęcych zaślubinach, przesłali podarunki… co było nader zaskakującym, acz miłym gestem. Targaryen obrócił w dłoniach zawiniątko podarowane mu przez delegatkę Cleganów, dostrzegając czarny, lśniący  materiał.
Ledwo pozbyłem się jednego płaszcza, a już dają mi kolejny.
- Dziękujemy, pani. Wielka to i nieodżałowana szkoda, iż nikt z Casterly Rock nie mógł przybyć na uroczystości, lecz zapewne istniały ku temu ważne powody. Przekaż proszę zarówno Lordowi Skały, jak i Twemu Panu Ojcu pozdrowienia. - Maegor przekazał podarunek służącym, z trudem przełykając ślinę w zaschniętym gardle. Z niejaką ulgą zauważył, iż jedynie nieliczni goście oczekiwali na swą kolej, a wśród nich - przedstawiciele rodu Greyjoy z Żelaznych Wysp. Targaryen z niejakim zaskoczeniem zreflektował, iż podarunki od Krakenów wywołują u niego prawie dziecięce zainteresowanie. Ciekawość dość szybko miała być zaspokojona… i to w sposób sycący smocze pragnienie. Miecz, kolejny, lecz bynajmniej w niczym nie ustępujący wcześniejszym podarkom doskonale leżał w dłoni Księcia Smoczej Skały, co ten sprawdził osobiście. Oręż był surowy, zupełnie jak Żelazne Wyspy… i dokładnie tak jak one gwarantujący skuteczność w zadawaniu ciosów.
Smok i Kraken.
- Jeśli to ostrze jest równie doskonałe, co wasze drakkary… i nie mniej szybki w walce, już wkrótce znajdzie miejsce u mego pasa. - Targaryen skinął głową z niekrytym zadowoleniem, oddając podarunek pod opiekę służby. - Mam nadzieję, że zaszczycicie nas swą obecnością podczas wesela, podobny grawer na mieczu wymaga przełożenia we wznoszeniu toastów. - wyrzekł spokojnie Maegor, spuszczając wzrok z Żelaznych Ludzi dopiero, gdy musieli ustąpić miejsca kolejnym gościom. Dalszy obrządek przebiegł bez problemów i już wkrótce wszyscy mogli udać się do Królewskich Ogrodów, by w końcu rozpocząć prawdziwą ucztę.



    Zapraszamy wszystkich do stołów w Królewskich Ogrodach. Jutro wzniesiony zostanie oficjalny toast i zabawa rozpocznie się na dobre!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Wto Mar 08, 2016 11:58 pm

Obserwowanie królewskiej pary i całego zamieszania, które się wokół niej zrodziło, sprawiało, że Derek zaczynał im współczuć. Zdawał sobie sprawę z tego, że większość tej całej uroczystości, było jedynie pokazem siły. Czy piękni Targaryenowie od zawsze byli uczeni, że właśnie tak będzie wyglądało ich życie? To pewne, że musieli oddać się dynastii i sprawom państwa, ale...
...jakie masz "ale", Dereku Baratheonie? Spójrz na siebie i swój ród. Czy szczęśliwie będziesz spędzał wesele z Ophelią Tully? Blondyn odetchnął głęboko, starając się odpędzić niezbyt przyjemne myśli. Skupić się na przyjemnych aspektach tego wesela - takie miał zadanie. Zarówno Adrilla jak i Leyton gdzieś zniknęli, a lady Rhaelle postanowiła chyba zażyć nieco towarzystwa osób, których już bardzo dawno nie widziała. W ten oto sposób Derek został przez moment sam ze swoimi myślami. Zaraz, zaraz. Sam?
Przyjechał tu przecież z damą, która wciąż nie dawała mu o sobie zapomnieć.
Przez dłuższą chwilę obserwował jej delikatną sylwetkę znad kielicha wypełnionego winem. W końcu trunek zaczął znikać i ukazywać mu dno naczynia, a on miał czas na to, by pomyśleć i wreszcie się zdecydować.
Wszyscy siedzą, nikt nie tańczy, jak to tak? Kątem oka udało mu się uchwycić również Sybille, która zdawała się nie robić nic poza spoglądaniem na kielich i uśmiechaniem się do towarzystwa. Teraz albo nigdy. Derek odstawił trzymany w dłoni przedmiot i ruszył pewnym krokiem ku grajkom. Ci uradowali się możliwością zagrania czegoś żwawszego, obdarzyli go więc uśmiechem i zabrali się do roboty. To był czas dla Baratheona. Sprężyste stopy poprowadziły go do panny Tarth. Skłonił się lekko i wyciągnął otwartą dłoń ku damie:
- Zaszczycisz mnie tańcem, pani? - spytał, uśmiechając się promieniście.
Niewiele zostało mu już okazji do obcowania z tą nieziemską istotą.
Musiał je wszystkie wykorzystać.
Do cna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Środek Sali   Nie Kwi 03, 2016 9:45 pm


Przeniesienie fabuły



Każdy z gości przebywających w Królewskiej Sali Balowej bądź tematach znajdujących się w subforum Sali przeniesiony został do tego tematu. Po wprowadzającym poście Mistrza Gry pojawi się post Aerysa Targaryena, później zaś kolejność pisania będzie dowolna.
Posty dodawać można do 7 kwietnia, później ponownie zainterweniuje MG, który zastrzega sobie prawo do wspomnienia również o tych postaciach, które do tego czasu nie napiszą posta w Ogrodach.





Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Środek Sali   

Powrót do góry Go down
 

Środek Sali

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Stoliki w głębi sali
» Kosmiczna sala
» Sala treningowa
» Środek kręgu
» Klasa eliksirów

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Królewska Sala Balowa-