a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Wiszące ogrody - Page 2



 

 Wiszące ogrody

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Wiszące ogrody   Sob Maj 04, 2013 12:36 pm

First topic message reminder :


Jedno z przyjemniejszych miejsc w całym mieście - ze względu na wysokie temperatury i niewielką ilość opadów, znajdujące się tutaj rośliny nawadniane są specjalnym systemem irygacyjnym, dzięki czemu sam ogród to zacienione, ratujące przed upałem miejsce, dostępne wyłącznie dla rodu książęcego i ich najbliższych współpracowników.


Ostatnio zmieniony przez Edric Martell dnia Pon Maj 06, 2013 7:32 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Wiszące ogrody   Sob Sty 16, 2016 5:08 pm

Pierwsze noce w Słonecznej Włóczni dla Księżnej Smoczej Skały okazały się trudne i bezsenne.
Miała nadzieję wyspać się we własnej, dobrze sobie znanej komnacie, gdzie spędziła prawie życie, jak nigdy wcześniej, uprzednio nadużywając dornijskiego wina z ciotką, a zarazem młodszą siostrą jej zmarłego ojca, w towarzystwie lady Daeny, jednakże już pierwszy wieczór zweryfikował te plany.
Po uczcie powitalnej czuwała nad kołyską Aeriona, który wytrwale i nieprzerwanie płakał. Za dnia zmęczyły go wysokie temperatury, a gdy zapadł zmierzch płakał ze zmęczenia. Przez to błędne koło Dornijka umierała z troski. Kołysała go w ramionach, podawała wody i całowała w czoło, by ucichł i zasnął wreszcie, lecz dopiero późną nocą, gdy do wnętrzna spowitej ciemnością komnaty zakradł się chłodny wiatr, ciągnący znad morza.
Jej małemu chłopcu zajęło kilka dni, by przystosować się do nowych warunków – lecz później znosił je tak dobrze, jakby był w pełni rodowitym Dornijczykiem. Dopiero wtedy zdecydowała się powierzyć syna pod opiekę piastunek, a także Daerona Targaryena, aby odetchnąć – opieka nad tak małym dzieckiem nie jest wszak prosta, a księżniczka uparła się, że w głównej mierze sama będzie sprawować nad nim opiekę – i dokładniej obejrzeć stare kąty.
Z radością odkryła, że niewiele się tu zmieniło. Owoce z Cytrynowego Lasu wciąż były tak samo słodkie, dzieci w Wodnych Ogrodach biegały tak beztrosko, jakby świat poza murami tego pałacu nie istniał, nawet wszystkie jej koty się odnalazły, a poczucie humoru starszej ciotki wciąż pozostawało tak pikantne, jak papryczki, które miała na talerzu. Tylko swych braci nie mogła odnaleźć – Edric wyjechał do Yronwood jeszcze przed jej powrotem, o Quentylu nikt nie potrafił udzielić jej precyzyjnych informacji, zaś Trystane… miał dopiero powrócić do domu, a Ivory z zapartym tchem odliczała dni do momentu, kiedy zobaczy ich wszystkich – najlepiej przy wspólnym stole i pełnym dzbanie wina, by wyparowały wszelkie troski. Choćby na jeden wieczór.

Słońce górowało nad horyzontem wysoko, a żar lał się z nieba tak mocno, że gdy rozchylała powieki, wszystko zdawało się rozpływać. W rozgrzanym do granic powietrzu rozmazany obraz falował, drgał nieprzerwanie, zatracał swe kontury i kształty, do umysłu docierały jedynie plamy jaskrawych kolorów. Wystawiała twarz w stronę tego słońca, mrużąc oczy i uśmiechając się, pełna zadowolenia, podobna rozleniwionemu kotu. Z każdej strony uderzały weń cudowne zapachy: egzotycznych kwiatów, kwitnących w wiszących ogrodach, soczystych pomarańczy, które przed chwilą jeszcze rozrywała palcami i lepiły się jej od nich palce, a także pustynią – gorącym piachem i wiatrem. Oddychała głęboko, jakby chciała upić się tą wonią, zatracić w tej chwili – była tylko ona i dom.
Pierwszy raz od długiego, bardzo długiego czasu, dwóch lat niemal, czuła się tak dobrze.
Już w trakcie podróży, gdy dornijskie słońce zaczęło grzać nad ich głowami, a Ivory mogła wreszcie porzucić grube płaszcze, poczuła się dużo lepiej – jakby było jej lżej na duszy, lecz dopiero, gdy znalazła się na lądzie, w Słonecznej Włóczni, wśród ludzi, których znała od tak dawna, że nie pamiętała nawet odkąd tak naprawdę, poczuła, że teraz tę duszę mogłaby rozebrać do naga. Cudownie było znów rozkoszować się prawdziwym ciepłem, dornijskim winem, które poza Dorne jakby traciło swój cudowny smak i tutejszym jedzeniem. Kucharki w Czerwonej Twierdzy na jej specjalne prośby podejmowały próby odtworzenia dornijskich potraw, lecz z marnym skutkiem – dla księżniczki wciąż były zbyt mdłe. Teraz z rozkoszą próbowała wszystkiego, by paliło ją w język. To uczucie sprawiało, że jeszcze bardziej czuła się na swoim miejscu.
Z rozbawieniem obserwowała zmagania jej gości, którzy towarzyszyli jej w podróży, lady Daeny, księcia Daerona, a także i Watersówny, z dornijskimi temperaturami i jedzeniem – odczuwała wręcz wyrzuty sumienia, ze ściągnęła ich tu wszystkich, gdzie zdawali się być wyciągnięci jak z innej bajki. Tak jak i ona w Królewskiej Przystani. Sytuacja obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni – teraz podczas uczt, ciekawskie spojrzenia nie były utkwione w jej smagłej postaci, a ich – bladolicych, zimnych i z księżycem zaklętym we włosach. Oni byli tu obcy.
Ivory czuła się jak ryba wrzucona do wody, nim zupełnie zabraknie jej tlenu. Bez poczucia wyobcowania, odmienności i wiecznej nieufności, podszytej strachem – zaczęła wręcz przypominać samą siebie z czasów przed śmierci pana ojca i pani matki. Roześmiana i pogodna kręciła się po całym pałacu, aby wreszcie rozkazała strażnikom pozostawić ją w spokoju i pilnować, by w Wiszących Ogrodach nie pojawił się nikt niepożądany.
Nie robiła nic konkretnego. Nie snuła egzystencjonalnych rozważań, nie wspominała, nie zastanawiała się co będzie, gdy przyjdzie się jej z Dorne znów pożegnać – księżniczka obserwowała jedynie morze, ciekawiło ją, czy ojciec jej pani matki wciąż cieszy się dobrym zdrowiem.
Dopiero ciche Księżniczko wypowiedziane za jej plecami wyrwało ją ze stanu błogiego spokoju, prawie snu na jawie.
Cudownie znajomy i bliski głos sprawił, że po kręgosłupie przemknął jej dreszcz. Głęboko w duszy, w miejscu, gdzie nie chciała przyznać się to podobnego stanu rzeczy, od momentu wpłynięcia do portu Słonecznej Włóczni liczyła, że w końcu je usłyszy.
Odwróciła się gwałtownie, a na usta wychynął szeroki uśmiech – nie złościła się wcale, że zakłócił jej tę chwilę ciszy, w końcu sama kazała go przysłać, gdy wreszcie pojawi się w pałacu.
-Jezal!
Znalazła się przy bękarcie w jednym susie, bez zastanowienia zarzucając mu ramiona na szyję – tak cieszyła się że widzi go całego i w pełni zdrowia, czego nie mogła powiedzieć o drugim Sandzie, którego obecność przy jej starszym bracie, nigdy nie przestała Ivory zadziwiać.  Jezal był jednak inny - on nawiązał specyficzną, niepowtarzalną więź z prawie każdym z potomków księcia Quentyna.
Uściskała Sanda serdecznie, dopiero po chwili odsuwając się na długość ramion, by przyjrzeć mu się dokładniej – tak znajoma twarz mogła budzić wyłącznie ciepło na dnie serca, gdzie kłębiły się setki wspomnień. Wyłącznie dobrych wspomnień.
-Dobrze widzieć Cię zdrowego – cofnęła się jeszcze o krok, wygładzając materiał białej sukni, natychmiast przypominając sobie, co powiedziałaby damy w Królewskiej Przystani, a także…
… Maegor.
Oni nie mieli jednak pojęcia jak bękart był bliski rodzinie Dornijki - jak miałaby powstrzymywać podobne przejawy radości wobec kogoś, kto uczestniczył w jej życiu odkąd...
... odkąd pamiętała.
Jezal Sand zawsze był obecny, wpierw sprawując opiekę nad Trystanem, a później nad nią samą i Quentylem. Dopilnowywał, by nie zrobili sobie krzywdy, uczył pływać i pocieszał, gdy Edricowi wymsknęła się kolejna złośliwość, bądź pan ojciec skarcił Martellównę i jej młodszego brata za kolejne psoty. Siedział z nimi przy jednym stole, pił i jadł z nimi.
Coś jakby skrzydła ćmy zatrzepotało koło ciemnej głowy - drżącą dłonią wsunęła kosmyk włosów za ucho w roztargnionym geście. Nie widziała go prawie dwa lata. Dwa lata i wojna to wystarczająco wiele, by zmienić człowieka na dobre.
-Trystane do nas wróci - wypaliła bez zastanowienia, unosząc spojrzenie czarnych tęczówek na twarz bękarta.
Dwa lata, a zdawało jej się, jakby minął jeden dzień.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Sandstone
Liczba postów :
51
Join date :
03/03/2015

PisanieTemat: Re: Wiszące ogrody   Sro Sty 27, 2016 9:38 pm

Biegł prawie od godziny, ubijając stopami kurz poryty koleinami. W wypełnionych wodą długich i wąskich śladach kół odbijały się czarne  maszty zacumowanych w porcie statków oraz wyblakłe niebo. Szczęśliwe lustrzane światy, w których miał wszystko, na co zasługiwał, rozpadały się pod ciężkimi butami, spod których brudna woda bryzgała na jego osłonięte spodniami łydki.
Bieg w pełnej zbroi byłby szaleństwem, dlatego ciało osłaniała przepocona już, rozchełstana koszula oraz spodnie wykonane z ciemnego, miękkiego materiału, którego nazwy nie potrafił wypowiedzieć – wszystko przez handlarza z Essos, który warczał w swym niezrozumiałym dialekcie stanowczo zbyt zawyżone ceny i którego Sand zbywał machnięciem ręki; tolerowali się wyłącznie dlatego, że było to opłacalne – przybysz nie płacił podatku handlowego, o czym Jezal doskonale wiedział… i o czym całkowicie zapominał poinformować zarządców targowiska (ten zadziwiający przejaw demencji trwał już cztery lata) – w zamian mógł zaopatrywać się w przyzwoity przyodziewek po cenie nieco niższej niż reszta kupujących.
I niechże ktoś powie, że życzliwość ludzka nie popłaca!
Łaciaty pies biegł tuż obok, merdając ogonem w najczystszym przejawie bezinteresownej radości – różowy język wisiał z pyska, pod wpływem pędu powiewając na leniwym, rozpalonym wietrzyku; doskonałą ciszę panującą pomiędzy tym dość nietypowym duetem przerywał wyłącznie głośniejszy oddech Sanda i szczeknięcia ze strony Wojownika, który w ten sposób dodawał hartu ducha swemu właścicielowi. Jezal mimowolnie zerknął na wiernego kompana codziennych przebieżek, posyłając zwierzęciu uśmiech i przyspieszając znacznie… ku rozpaczy własnych mięśni. Przebiegł ledwie kilkanaście jardów, po czym w ostatniej chwili przeskoczył nad stertą starych ryb, których woń niemal wycisnęła mu kiszki przez tyłek.
Czy śmieci to jedyny trwały ślad, który pozostawimy w królestwie? Śmieci oraz nasze groby?
Wpadł do obozu Straży Miejskiej, rozległego płóciennego labiryntu pogrążonego w błogiej sennej ciszy. Pustynny kurz kleił się do pożółkłej, zdeptanej trawy, otulał najbliższe namioty, a odleglejsze zmieniał w widma. Stojące w rzędzie konie spoglądały ponuro znad worków z obrokiem. Samotny strażnik trzymał ogorzałe ręce nad niewielkim ogniskiem, nad którym powoli obracał się marynowany w ziołach pustynny lis. Żołnierz popatrzył z otwartymi ustami na Jezala, gdy ten go mijał.
Tutaj rozmawiano językiem wojny. Synchronizacja i posiłki. Pogoda i morale. Tempo marszu i porządek ćwiczeń. Dla Sanda nie była to obca mowa, a gdy dotarł bliżej serca oddziału, od razu zauważył błędy, przeoczenia i niedostatki. Poniekąd wychował się w koszarach, kantynach i kwaterach głównych, przebywał z wojownikami wszelkiej maści i pochodzenia dłużej niż większość oficerów i wiedział więcej o strategii, taktyce oraz logistyce. A z pewnością przewyższał wiedzą jednego z książęcych dowódców, który przed ubiegłym rokiem nie stał na czele niczego bardziej niebezpiecznego niż oficjalny bankiet.
Gdy Sand dotarł przed namiot służący za kantynę, Gurgen przyniósł wiadro i bękart zaspokoił pragnienie, a zimna woda pociekła mu na rozpaloną szyję.
Rytmiczne rozdzierający ciszę oddech, walące serce, dziki wysiłek. Pot wsiąkający w koszulę, łaskoczący skórę głowy, kapiący ze skroni. Pieczenie w każdym mięśniu, coraz gorsze, a zarazem coraz przyjemniejsze, jakby Sand mógł wypalić własne haniebne pochodzenie i ponownie się narodzić.
Sand nagle gwałtownie uniósł głowę. Lekki, rozkołysany od upału wiatr przyniósł ciche głosy, które, choć niezrozumiałe, wyraźnie pobrzmiewały rozpaczliwym podnieceniem.
Pewnie się oszukuję. Mam do tego talent. Tutaj, w Słonecznej Włóczni, nikt nie zdradzał podniecenia.
Rozproszeni żołnierze wylegiwali się w słońcu na południowym brzegu, podczas gdy ich konie z zadowoleniem skubały owies. Jeden z ludzi krztusił się, paląc ziele z Essos, kolejni siedzieli w milczeniu, podając sobie manierkę. A jednak, coś… coś, jakby…
- Sand! Jezal pierdolony Sand!
… nawoływanie dziwnie znajomego głosu, który…
- Wszędzie cię szukałem. Co za człowiek biega w taki dzień? Co za człowiek w ogóle biega, jeśli nie goni go stado rozwścieczonych kochanek?
- Właśnie na taką sytuację wolę być przygotowany – Sand uśmiechnął się w końcu, obserwując łysego, niskiego i zaskakująco okrągłego Dornijczyka, którego znał niemal od początków swego żywota – Yornick był koniuszym w książęcym pałacu i posiadał jeden, nieoceniony talent: pędził najlepsze wino w całym Dorne… co oznaczało niemały komplement. – O co chodzi, przyjacielu? Nie biegłbyś tutaj przez ćwierć miasta, by wyzywać mnie od pierdolonych Sandów, to czynisz bez większej okazji.
- Błyskotliwy jak nigdy – wymamrotał pod nosem Yornick, brudną jak Siedem Piekieł chustą ocierając czoło. – Jesteś pilnie wyczekiwany w pałacu, Księżna Ivory pragni…
… pragnie się z tobą spotkać, rozbrzmiało echo słów za plecami Jezala, gdy ten – nie zważając na rozlewające się po całym ciele zmęczenie, biegiem ruszył ku pałacowym murom, czyniąc to niezależnie od zdrowego rozsądku.

***

Nie cuchnął, co stanowiło niejaki sukces.
Zdołał znaleźć nawet czystą koszulę, co było już cudem.
Ale nade wszystko udało mu się okiełznać burzę stanowczo zbyt przydługawych włosów, które uparcie wpadały do oczu.
Przemierzał korytarze pałacu niezależnie od siebie, zdając się na wyrysowaną w pamięci mapę siedziby rodu Martell – spędził tu niemal całe swe życie, dorastając z obecnym Księciem Dorne i obserwując, jak jego młodsze rodzeństwo wyrasta z powijaków. Niemal stał się członkiem rodziny, choć – rzecz jasna – niepełnoprawnym.
Był jak pies – warował, dotrzymywał towarzystwa i wierności, dbał o bezpieczeństwo swych właścicieli.
Był kundlem, mieszańcem, zaprzeczeniem praworządności… a mimo to przygarnęli go i traktowali z szacunkiem, z otwartością, z życzliwością, z przyjaźnią.
Tak. Był psem – i nigdy nie ugryzłby ręki, która go karmi.
Skąd zatem to nagłe, przyspieszone bicie serca?
Ten ucisk w żołądku, pozornie bolesny, w rzeczywistości zaś niemal masochistycznie przyjemny, ta wzburzona krew, przelewająca się przez żyły z hukiem godnym morskiego sztormu?
Skąd dłonie – zaciskane i rozluźniane w rytm prędkich kroków?
Skąd…
- Księżniczko.
Zmysł percepcji drażni jasne, stanowczo zbyt jasne słońce – musi minąć kilka uderzeń serca, nim wzrok przyzwyczai się do zalanego złotym blaskiem ogrodu. Mruży mimowolnie oczy, dostrzegając cień sylwetki – smukła figura zafalowała tuż przed nim, nagle uderzając weń z impetem. Niewiele brakowało, by zachwiał się pod wpływem przejawu radości Ivory; ratując własną stabilność, niemal bezwiednie objął jej smukłą kibić własnym ramieniem, z dziecięcą niezdarnością wtulając nos w gęste fale ciemnych włosów. Na ustach Jezala zrodził się uśmiech, którego nie zamierzał ukrywać – radość ze spotkania była wszak obustronna, co przejawiało się w każdym geście: począwszy od uścisku, kończąc zaś na dziwnej opieszałości, z jaką Sand cofnął rękę, którą przyciągał ku sobie Ivory.
Lekkie ukłucie paniki zrodziło się w głębi umysłu, bękart jednak zepchnął je na dalszy plan, wpatrując się w promieniującą radością twarz Dornijki.
Miał wrażenie…
… nie, był pewien, że dostrzegł w niej tą nieobecną przed dwoma laty iskrę dojrzałości – nie była już młodziutkim dziewczęciem przemykającym z gracją po korytarzach pałacu. Sand miał przed sobą żonę oraz matkę – prawdziwą, nieocenioną kobietę, która należała do innego i która…
- Cóż, zdrowego, tak… – uśmiech roztargnienia przemknął po jego ustach, gdy opuszkami palców musnął całkiem świeżą bliznę ciągnącą się przez lewy policzek. Słowa bękarta brzmiały głucho, jakby stłumione przez narastającą w gardle kulę. – Wyglądasz niebiańsko, księżniczko.
… która nie jest już tą niewinną dziewczyną.
Tym razem uśmiech był szczery; Sand odgarnął za ucho kosmyk ciemnych włosów, poprawiając jasną, świeżą koszulę. Pomimo starań wyglądał przy Ivory niczym przybłęda, jednak nigdy nie wywoływało to w nim rozżalenia – musiał wszak różnić się od potomków książęcego rodu, nie tylko po to, by nie wprowadzać obcych w błąd, lecz również, by… znać swoje miejsce.
- Już wraca. Olyvar bez wątpienia popędzał rumaki do granic wytrzymałości – z gardła Jezala wyrwał się cichy śmiech, gdy dojrzał w oczach księżniczki (czy też raczej – już Księżnej) szczere iskierki szczęścia. Swobodnie wyciągnął w jej stronę rękę, ofiarując tym samym własne ramię, pod które to zwykli prowadzać się wielcy Lordowie tam, w stolicy (a przynajmniej tak Sand wyczytał w książkach).
- Przejdziemy się?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Wiszące ogrody   Pon Lut 22, 2016 5:00 pm

Dręczyła ją myśl, że żyje w pustej, pozbawionej prawdziwego powietrza bańce.
Była jak lodowata igła bólu ni stąd, ni zowąd nagle wbijająca się w kręgosłup. Dręczyło ją, że jej świat był bardzo ograniczony – kłóciło się z tym jej urodzenie, jako córka rodziny książęcej, miała dostęp do narzędzi ułatwiających ten świat poznać. Złoto, własnych nauczycieli, nawet statek nazwano na jej cześć i podarowano na własność. Cóż jednak z tego, skoro Dornijka miała wrażenie, że się dusi, że próżnia owija jej głowę i naciska, a coś w środku pęka.
Wcale nie chodziło o to, że nie odczuwała satysfakcji ze swego życia – przynajmniej do momentu opuszczenia Słonecznej Włóczni było ono tak usystematyzowane, spokojne i pełne harmonii, że byłaby niewdzięcznicą, gdyby narzekała na to co miała. A miała niemal wszystko, co mogłaby dziewczyna na jej miejscu zapragnąć – do pewnego momentu to w zupełności jej wystarczało. Skrzynie pełne drogocennych materiałów, ozdobne szkatuły z klejnotami, kilka ukochanych kotów, przede wszystkim rodzina – wtedy powtarzała, że nie ma dziewczyny szczęśliwszej od niej, z determinacją ignorując powiększająca się bryłę lodu w trzewiach. Później patrzyła w lustro i próbowała logicznie zdefiniować siebie – tak, jak większość ludzi, poprzez własne usposobienie, urodzenie, wykształcenie. Ale przecież nie była tylko jakąś tam definicją. Kto chciałby być jednym tylko, krótkim zdaniem?
Zdaniem, które przypadkiem (niezupełnym) odczytała w notatkach starszego brata. Trystane zwykł skrzętnie wszystko notować pochyłym, eleganckim pismem, zapełniając karty pergaminu od brzegu do brzegu, rozwodząc się nad wszystkim aż do przesady – te karty piętrzyły się nieustannie, często leżały wciąż nieuporządkowane na stole w jego komnatach, zaś jego młodsza siostra aż nazbyt często nie mogła wyzbyć się kobiecej ciekawości, gdy wyszedł, by z kimś porozmawiać – nachyliła się nad tym notatkami, szukając czegoś interesującego, aż w oczy wpadło jej własne imię.
Ivory, dziewczyna o złotym sercu.
Nic więcej i nic mniej.
Całe jej życie, skondensowane w kilku słowach, w jednym zdaniu, zaszufladkowana pod jedną, określoną kategorią. Przecież Trystane znał ją jak mało kto, a mógł powiedzieć o niej tylko tyle.
Ubodło ją to do głębi.
Pan ojciec powtarzał, że człowiek jest sumą swoich doświadczeń.
Ivory tych doświadczeń nie zdobywała. Żyła w tej pustej bańce, zamknięta w Starym Pałacu, pochylona nad księgami, nocami wpatrzona w cała niebieskie – wszystko poza Słoneczną Włócznią znała jedynie ze stronnic książek, z opowieści innych, nie mając pojęcia jak intensywne barwy mienią się na Sothoryos, jak piękne są Wolne Miasta, jak smakują owoce z odległego Essos. Obawiała się, że choć bez mrugnięcia okiem może skonsumować najostrzejszą papryczkę w Dorne, to sama pozbawiona jest smaku.
Teraz mogłaby dopowiedzieć, że człowiek jest sumą swoich doświadczeń i warstw funkcji innych ludzi, musi być taki, jakim widzą go inni. Jest stwarzany przez pojedynczego człowieka, inną osobę.
Ivory mogłaby więc wyliczyć kim jest – dornijską księżniczką, potomkinią Nymerii, córką swego ojca i swej matki, siostrą dla braci i sióstr, żoną dla Maegora Targaryena, matką ich syna. Każda warstwa przylega ciasno, tworzy twardą skorupę, spod której najczystsze, nagie istnienie nie ma szansy się wydostać.
-Księzniczko.
-Ivory – poprawiła Sanda bezwiednie, ginąc pośród silnych ramion.
Kim była dla Jezala Sanda?
Prawie siostrą, Księżniczką Dorne, której należało okazać szacunek, szczerą przyjaciółką?
Nie miała pojęcia, a nawet jeśli przywarła do niej tylko jedna warstwa, albo nawet wszystkie zarazem – nie czuła gniewu, ni żalu, ani do niego, ani do nikogo innego. Zwłaszcza do mężczyzny, którego przyszło jej poślubić.
Co gorsza, od momentu opuszczenia Słonecznej Włóczni, nie czuła się jedynie pustą skorupą, ale i marionetką w cudzych rękach. Pionkiem na planszy do cyvasse prywatnej rozgrywki swego starszego brata i Targaryena. To straszne uczucie, ta pustka w piersi pogłębiała się znacznie, za każdym razem, gdy mu towarzyszyła – a inni określali ją jedynie mianem jego małżonki, jakby szkoda było zachodu na przypomnienie sobie jej imienia.
Wcale nie było Ivory przy Maegorze źle, przynajmniej nie wtedy, gdy dawał jej się we znaki ciężki charakter Targaryena.
W jego dłoniach, przy cudownym dźwięku urywanych oddechów, w rozkosznej ciemności sypialni czuła się najpiękniejszą kobietą na świecie. Dał jej syna, który stał się powodem, dla którego otwierała oczy. Upiór, utkany z włókien lodowca, pomieszkujący w głębi piersi Dornijki, milczał, ucichł jakby, aż nie jej stopy nie dotknęły dornijskiego piachu.
-Och, przestań – zaśmiała się z nieprzewrotnym uśmiechem, ze zadowolonym spojrzeniem kota, który pragnie by podrapać go pod brodą raz jeszcze.
Cudownie było tu wrócić, naprawdę. Dawno nie oddychała z taką ulgą, od dawna nie dręczyły ją w nocy koszmary. Potrzebowała chrzęstu piachu pod nogami, słońca parzącego jej mocno jej skórę, spierzchniętych z pragnienia ust. Jakże mogłaby poczuć się źle wśród przychylnych jej ludzi? Ludzi, dla których była jedynie księżniczką o dobrym sercu. Co o ni naprawdę o niej wiedzieli, zwłaszcza teraz? Uśmiechała się do nich. Uśmiechała się tak, jakby ktoś naciągnął jej kąciki ust i związał ciasno rzemieniem.
-Myślałam, że sir Jordayne dawno już znalazł inny obiekt westchnień.. – rzuciła swobodnie, prychając śmiechem na myśl, że jeszcze przed dwoma laty istniał cień szansy, że na ślubnym kobiercu stanęłaby właśnie z dziedzicem Tor – czy mogłoby być coś bardziej dla kobiety żenującego, niż małżonek, który dałby się pokroić, byleby w noc poślubną, w łożu mieć twego starszego brata? To był jeszcze jeden powód, dla którego naprawdę lepiej było poślubić Maegora Targaryena. – Qoren Sand wciąż tu jest?
Znów zapragnęła odnaleźć Zuurę.
Gdy była małą dziewczynką matka często czytała jej do snu. Największą ciekawość księżniczki wzbudziła dornijska legenda o zaginionej oazie, podobnież gdzieś w górach. Wieść głosiła, że była tak oddalona i tak dobrze ukryta, że tylko jej mieszkańcy mogli ją odnaleźć, a oni zazdrośnie strzegą sekretu jej położenia i nigdy nie pokazują się obcym. Inna wersja mówiła, że mieszkańcy tego miasta zostali przemienieni w kamień przez zaklęcie. Wystarczyło odnaleźć drogę, gdzie u kresu czekała brama z wyrytym nań ptakiem. W jego dziobie spoczywał klucz otwierający bramę, a za nią miasto białe jak gołąb – w dziecięcych marzeniach Martellówna zostawała tam na zawsze.
-Tak, przejdźmy się – odparła, bez wahania wsuwając dłoń pod ramię Jezala i ruszając wraz z nim ogrodową ścieżką. Wiszące Ogrody, nasycone smugami promieni słońca, były bukietem i świetlistą lampą, barwną od kwitnących kwiatów i dojrzewających cytrusów. Milczała.
Miała śmiałość jedynie Jezalowi opowiadać o pragnieniu odnalezienia tej oazy, a on  jako jedyny nie zbywał jej półsłówkami – czasami aż nazbyt często dręczyła go opowieściami, próbując zwrócić na siebie jego uwagę – nie było w tym nic dziwnego, absolutnie.
Jezal Sand był jej pierwszym zauroczeniem.
Nie mogłaby nazwać tego inaczej, tak było to naiwne i niedojrzałe uczucie – teraz mogłaby wyśmiać samą siebie sprzed kilku lat. Ilekroć zdarzało jej się spojrzeń na niego w momentach, gdy, będąc zajęty czym innym, nie odpowiadał jej spojrzeniem na spojrzenie, czuła się jakby popełniała podłość – on również stawał się podły. Siedział tam zawsze długo, gdy go zostawiała.
Było w tym coś naprawdę dziwnego. Jako dziecko traktowała bękarta Lorda Qorgyle jak brata, może nawet serdeczniej niż Edrica, który zawsze odnosił się doń z chłodnym dystansem. Później, patrząc na niego spod zmrużonych powiek, dostrzegając silny kark i profil twarzy, z ostro zarysowanym nosem, poczuła coś dziwnego – Jezal Sand był przystojnym młodzieńcem. Zaczęła wstydzić się i odmawiać, gdy pływał wraz z Quentylem w sadzawkach Wodnych Ogrodów i prosili, by dołączyła do zabawy.
Teraz przyglądała mu się ukradkiem, uśmiechnięta jak rozleniwiony kot, naprawdę spokojna, że widzi go zdrowego – przystanęła pod rozłożystym figowcem, w jego cieniu, próbując odetchnąć, gdy morska bryza popieściła ich łagodnym szeptem.
-Czy to… to Starfall? – cichemu pytaniu towarzyszyła uniesiona dłoń księżniczki, gdy odgarnęła materiał czystej koszuli bękarta i opuszkami palców dotknęła świeżej, mocno zaróżowionej blizny na męskiej piersi. Na twarzy Ivory pojawił się wyraz szczerego zmartwienia, a nawet troski, gdy pomyślała o krwi i bólu, jaki musiał tej bliźnie towarzyszyć – nagle, znów po nastoletniemu zawstydzona cofnęła dłoń, opuszczając spojrzenie na nie w pełni sprawną dłoń Jezala.
Wysmukłymi palcami objęła ę dłoń, tak delikatnie jak się obejmuje jesienny liść, jak się wącha zwiędnięty kwiat.
-Teraz wszystko będzie już dobrze, prawda?
Z Dorne, z Trystanem, ze mną, z Tobą, ze wszystkim.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Sandstone
Liczba postów :
51
Join date :
03/03/2015

PisanieTemat: Re: Wiszące ogrody   Sob Kwi 02, 2016 7:34 pm

Srogi wiatr wiał znad morza tego wieczoru, gdy Jezal Sand dowiedział się, że Ivory Martell zaręczona została z Księciem Smoczej Skały.
Sierotami znad Zielonej Krwi nazywały taki wiatr szukającym, bo znajdował każdą szczelinę i dziurkę od klucza, z jękiem zaganiając drobinki piasku oraz woń morskiej soli do ludzkich siedzib, nawet gdy w paleniskach buzował ogień, a domownicy siedzieli zbici w gromadę. Szarpał okiennicami wąskich okien w komnatach i stukał okutymi żelazem drzwiami o framugę. Drażnił płomienie, które syczały i trzaskały ze złością, rzucając szponiaste cienie wiązek ziół na ściany i oświetlając migotliwym blaskiem korzeń w sękatych palcach Gundring, u której w owym czasie przebywał bękart.
Czasami nazywał ją matką, by oszukać pustkę w piersi, jaka towarzyszyła mu od długich lat. Blask ognia podkreślił zmarszczki wokół oczu Gundring, gdy się uśmiechnęła na wieść o zaręczynach – ten sam uśmiech jednak zgasł dość prędko, gdy ujrzała zasępiony wyraz twarzy Jezala.
Nie smucił się na wieść, że księżniczka wkrótce poślubi innego mężczyznę – smucił się, bowiem tym mężczyzną był Maegor Targaryen.
Słyszał o nim wystarczająco wiele, aby już same opowieści wzbudzały w bękarcie brak sympatii do Namiestnika Siedmiu Królestw – było to na wpół irracjonalne, niczym nieuzasadnione, ale zadziwiająco palące uczucie, które zamieniało wyborne wino w ustach w kupkę gorzkiego popiołu. Sand przez blisko dwa tygodnie boczył się na Edrica, raz za razem powtarzając, że to zła decyzja – choć podskórnie doskonale wiedział, iż była to najlepsza decyzja, jaką w tamtym momencie mógł podjąć Martell.
Od tamtego momentu upłynęło półtorej roku – wystarczająco wiele czasu, aby wyzbyć się niechęci wobec człowieka, którego nigdy się nie spotkało i którego nigdy się nie spotka, jednakże…
… jednakże Jezal Sand bywał upartym głupcem. Kimś, kto nie zmienia zdania bez wyraźnych przesłanek – zaś Maegor Targaryen żadnych mu nie przysporzył (choć nie z własnej winy, nie wiedział wszak, że gdzieś w Dorne istnieje bękart, który z zasady za nim nie przepada).
W obecnej chwili jednak cień Księcia Smoczej Skały wydawał się równie realny, co pustynne miraże w samym środku upalnego, letniego dnia – Sand potrafił skupiać swą uwagę wyłącznie na Ivory, która wbrew własnej woli i przy całkowitej niewiedzy o stanie rzeczy, nagle stała się centrum malutkiego wszechświata, jakim było życie Jezala Sanda. Sama jej obecność – już nie małej, roześmianej księżniczki przemykającej boso między basenami w Wodnych Ogrodach, lecz dorosłej, pięknej i świadomej swej urody kobiety – stanowiła dla bękarta z Piaskowca uhonorowanie, na które niczym nie zasłużył. Po prostu zjawił się na jej wezwanie i, nie będąc przygotowanym na to, co go czeka, padł ofiarą własnej słabości.
Zawsze była piękna – choć dotychczas było to nieosiągalne, czyste piękno, do którego Sand nie śmiał zbliżać się ze swym plugawym ciałem i jeszcze plugawszymi myślami. Było to piękno młodej, zadziwiająco mądrej dziewczyny, której Jezal strzegł niczym własnej siostry i po siostrzanemu traktował. Z biegiem czasu ich relacje uległy naturalnej degradacji, którą narzucił natłok innych obowiązków, wyjazdów i zmian, jakie zachodziły zarówno u Sanda, jak i dornijskiej księżniczki. Gdy zaś wyjechała do Królewskiej Przystani, by poślubić Maegora Targaryena, dla bękarta było to niczym podróż do zupełnie innego świata – do świata, gdzie nie mają wstępu ludzie jego pokroju, świata dworskiej etykiety, blichtru i wszechobecnej zawiści.
Jezal nie chciał pozostawiać Ivory samej w stolicy Siedmiu Królestw – otoczonej przez obcych, nieżyczliwych, niejednokrotnie niebezpiecznych ludzi. Osamotnionej, bez wątpienia tęskniącej do rodzinnych stron, całkowicie bezbronnej.
Błagał Edrica, by pozwolił mu udać się do Królewskiej Przystani na pierwsze miesiące pobytu księżniczki… i to było błędem.
Książę Dorne nigdy nie wysłuchuje błagań. Uzasadnionych próśb – owszem, lecz aktów desperacji i egoizmu…?
- Księżniczko Ivory – poprawił samego siebie z lekkim uśmiechem. Ten ulotny, na swój sposób mistyczny moment wybaczał wszelkie pomyłki – wybaczał drobne potknięcia i uchybienia, na które zawsze skazani są ci, którzy napotkali długą (zbyt długą) rozłąkę na swej drodze. Tak, jak Ivory nie była wyłącznie księżniczką, tak Jezal nie był wyłącznie jej bratem – bądź też kimś, kto doskonale odgrywał tę rolę. Tamte czasy padły ofiarą przeszłości, stały się ledwie przyjemnymi, chętnie przywoływanymi wspomnieniami, które jednak nie mają żadnego odzwierciedlenia w teraźniejszości.
Być może dlatego, że Sand nie chciał, by powróciły.
Oboje przeszli zbyt długą i zbyt wyboistą ścieżkę, aby porzucać zdobyte doświadczenie w imię cieniów przeszłości. Musieli żyć tym, co tu i teraz.
Musieli żyć sobą.
- Mam przestać? – przekorny błysk w oku, niby zbłądzona iskra, która wyrwała się ponad trzeszczące ognisko i swobodnie uleciała w ciemność nocy – właśnie ona towarzyszyła uśmiechowi Jezala, gdy wyciągał ku księżniczce dłoń. Jego palce natychmiast zetknęły się z miękką, czarną kurtyną włosów, okręcając jeden z kosmyków wokół kciuka – pod wpływem tej drobnej, niezobowiązującej pieszczoty Sand uśmiechnął się szerzej, kiwając lekko głową. – Są równie jedwabne, co Twój głos i skóra… nadal chcesz, bym przestał? – posłał jej krótkie, rozbawione mrugnięcie, swobodnie cofając własną dłoń i unosząc nieznacznie głowę – ponad ich głowami, między niepewnymi konarami cyprysów błyskało nieskazitelnie błękitne, czyste niebo. Dokładnie takie, jakie uwielbia się nad Dorne – choć potrafiło być śmiertelnie niebezpieczne.
- Olyvar to tragiczny romantyk, nie dzieli swych uczuć niby żołdu – Sand zerknął na rozbawioną księżniczkę, mogąc jedynie domyślać się, co właśnie nawiedziło jej myśli – nawet Jezala bawiła wizja małżeństwa Ivory oraz Jordayne’a, jednakże w przeciwieństwie do księżniczki wychodził z założenia, iż dziedzic Tor – pomimo swego oddania księciu Trystanowi (a może właśnie dzięki temu oddaniu?) – stanowił dla Dornijki znacznie lepszą partię od szalonego Targaryena.
- Cóż, wbrew wszelkim pozorom Olyvar i Qoren choć w jednym się zgadają… - kąciki ust bękarta zadrgały w przejawie lekkiego uśmiechu, kiedy ponownie zerknął w stronę bezkresnego błękitu. – … w kwestii tęsknoty za Twym bratem są niczym bliscy współpracownicy – uśmiech Sanda poszerzył się znacznie, gdy tylko dotarło doń, od jak dawna nie mógł pozwolić sobie na taką szczerość – w obecności Ivory zrzucał z barków niemal każde przemyślenie, pomijając rzecz jasna te, które stanowiły ścisłą tajemnicę. Wymieniali się spostrzeżeniami niby niewielkimi sekrecikami – nieszkodliwymi, choć pikantnymi pogłoskami, plotkami bądź zwykłymi wieściami, do których dopisywali kolejne teorie.
Gdy zaś księżniczka ujęła Jezala pod ramię, ten nie mógł oprzeć się wrażeniu, że pomimo upływu blisko dwóch lat wciąż mogą prowadzić swobodne, niezobowiązujące rozmowy, dzięki którym prędko mija im gorące, pustynne popołudnie. To było dobre, ta świadomość bezwarunkowego bezpieczeństwa, zupełnie jakby oboje stanowili dla siebie gwarant zachowania całkowitej tajemnicy. Sand niemal natychmiast zapragnął podziękować Ivory za ten niepowtarzalny grunt, na jakim przed laty osiadły ich relacje, za tę jedyną w swoim rodzaju syntezę przyjaźni, zaufania i obopólnej fascynacji, którą okazywali w mniej bądź bardziej jawny sposób… choć nie, to nie do końca jest prawdą.
Jezal nigdy nie okazał fascynacji wobec księżniczki – choć jął odczuwać ją, gdy tylko Ivory ukończyła szesnasty dzień imienia. Uważał to za wysoce niestosowne, zupełnie jakby pod wpływem kaprysu zapragnął zaskarbić sobie wszystko, co Dornijka pragnęła mu ofiarować. Dlatego milczał jak zaklęty, bez problemu odgrywając swą dotychczasową rolę.
Tyle tylko, że od tamtej chwili minęły lata, oni zaś byli zupełnie innymi ludźmi.
Być może dlatego obserwował dłoń księżniczki bez jakiejkolwiek reakcji i zwyczajnie pozwolił jej, by dotknęła blizny na piersi – choć był to ledwie wierzchołek góry.
- Nie walczyłem w Starfall – wypowiedział te słowa, choć brzmiały one obco – jakby wypowiedział je ktoś stojący obok. Jezal Sand w obecnej chwili był zbytnio skupiony na palcach Ivory, które przeniosły się z blizny na uszkodzoną dłoń. W pierwszym odruchu zapragnął wyrwać rękę z jej delikatnego uścisku i ukryć ją za plecami – tak, jak robił to setki razy przy innych.
Tyle tylko, że przy niej nie musiał niczego ukrywać.
Zupełnie niczego.
Gdy pochylał się w jej stronę, w powietrzu unosiła się błoga, subtelna cisza – liśćmi figowca nie poruszył nawet najdrobniejszy podmuch wiatru, kiedy Sand uniósł do podbródka księżniczki drugą dłoń i gdy – ze spokojną, choć stanowczą determinacją – ujął go w palce, unosząc nieco twarz Ivory.
- Obiecuję – ciche, ciepłe słowo przerwało ciszę, torując tym samym drogę dla warg Jezala, które złożyły na miękkich, pełnych ustach Dornijki niespieszny pocałunek.
Smakowała tak, jak tylko potrafił sobie wyobrazić – delikatnym winem i słońcem. Dlatego zapragnął więcej, znacznie więcej, wystarczyłaby krótka chwila, by móc nasycić zmysły, by zapamiętać ten moment i pielęgnować go przez kolejne lata, by…
Palce z podbródka przesunęły się na ciepłą, łabędzią szyję, później zaś na kark, pod kurtynę ciemnych włosów i tam zamarły, gdy Jezal przywarł mocniej do ust Ivory, wypuszczając przez nos stanowczo zbyt długo wstrzymywane powietrze i czując, jak wszystko w jego ciele – każdy narząd, każda kropla krwi, każdy włosek – drży niby w febrze. Nawet nie zauważył, gdy druga z dłoni – ta, którą ujęła wcześniej księżniczka, ta, której tak rozpaczliwie się wstydził – zwarła się w uścisku z drobną dłonią Dornijki. Złączone, przeplecione, zaciśnięte palce, między którymi próżno było szukać wolnej przestrzeni już po chwili były jedynym świadectwem tego, co właśnie zaszło. Jezal – z trudem, który sprawiał mu fizyczny ból – odsunął się od Ivory, wciąż czując jej wilgoć i smak na ustach, wciąż odczuwając niedosyt i trawiący głód… i wciąż zdając sobie sprawę z tego, że nie miał prawda. Zwolnił z lekkiego uścisku jej kark, przesunął czubkiem języka po dolnej wardze, zupełnie tak, jakby pragnął zagarnąć smak pocałunku, i…
- Wybacz, ja…
… od tak dawna tego chciałem.
- … nie powinienem.
… robić tego tutaj, gdzie ktoś mógł zauważyć.
- Wybacz, księżniczko, najwyraźniej wszystkie bękarty w Dorne to istni szaleńcy.
ze mną na czele.
- Mogę odejść, jeśli sobie życzyć.
proszę, nie każ mi tego robić. Nie teraz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Wiszące ogrody   Czw Cze 30, 2016 12:21 pm

Niewielu było ludzi takich jak Jezal Sand.
Takich, na których można było polegać.
Ivory wiedziała, miała niezachwianą wręcz pewność, że może zaufać mu w całości, tak kompletnie. Był gdzieś obok odkąd tylko sięgała pamięcią. Mogła z łatwością cofnąć się w przeszłość i znów była mała i bezpieczna, bezpieczna tak bez reszty – znów miała go przed oczami, gdy ciemny kształt jego sylwetki pojawiał się w drzwiach, by wpuścić do komnat Dziewicę.
Obecność Jezala Sanda w pewnym momencie stała się dla nich niezbędna – nie tylko dla niej, lecz i dla każdego z gromadki Księcia Quentyna. Traktowali go niczym brata i darzyli przyjaźnią, bardzo silną więzią, która rozwijała się wraz z nimi – na tyle silną, że dziś, po przeszło dwóch latach rozłąki, miała takie uczucie, jakby widzieli się wczoraj, jakby nic się nie zmieniło. Sand zyskał sympatię nawet Księżnej Dorne, która chętnie zapraszała go do wspólnego stołu i oddawała pod opiekę najmłodsze ze swych dzieci.
Przeniknął do ich życia bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, stając się powiernikiem Edrica, przyjacielem Trystana, strzegąc młodszej Ivory, Quentyla i Seyal. Uczył ich pływać, wytresował jednego z siedmiu swych psów tak, by nie dopuszczał do nich nikogo prócz piastunki i septy, wysłuchiwał żali, które mnożyły się jak grzyby po deszczu w Dorzeczu przez zachowanie Edrica.
Ivory bardzo długo traktowała go jak starszego brata, choć na krawędzi świadomości zawsze migotała myśl, że tak naprawdę nie łączą ich przecież więzy krwi: dlatego jako kilkuletnia dziewczynka śmiało oświadczała, że poślubi właśnie jego.
Dziś mogła prychać śmiechem, lecz kiedy wkroczyła w najgorszy dla każdego wiek, a mianowicie kilkunastu dni imienia, zaczęła się… wstydzić. Odmawiała pływania w basenie w Wodnych Ogrodach nawet w najgorętsze dni, nakładając na ramiona delikatną chustę i jeszcze bardziej chowając to, czego nie można było jeszcze nazwać piersiami.
Prawdę mówiąc wspominała to z lekkim zażenowaniem.
Najpierw unikała z nim spotkań jak ognia, a później patrzyła z balkonu w którą idzie stronę, albo na kogo spogląda – i jeśli była to piękna kobieta, to później była na niego śmiertelnie obrażona. Następnego dnia zaś siadała obok niego podczas kolacji i dopytywała, czy nie chce czasem sosu. Wydawało jej się wówczas, że to coś więcej, lecz przecież – nie było to nic ponad nastoletnie zadurzenie. O tyle przykre, iż Jezal był od niej przecież starszy i nie patrzył na nią inaczej, niż na młodszą siostrę, więc nawet nie dostrzegał jej maślanych oczu – a nawet jeśli, to udawał że wcale tego nie widzi.
Na pewno dostrzegał to Trystane.
A on – jak to on – nie potrafił darować sobie kąśliwego komentarza pod adresem jej niemądrego zachowania. Ivory czerwieniła się wówczas mocno, przybierając barwę dojrzałego granatu, a jedyne co potrafiła wyburczeć w odpowiedzi to: sam jesteś głupi. Wtedy miała szczerą ochotę go udusić we śnie, lecz kilka lat później była pewna, że jej wdzięczność będzie dozgonna za to, że przechwycił liścik – jeszcze bardziej niemądry niż zachowanie – i wyśmiał w obecności najstarszego brata.
Edric kazał mu jednak zamilknąć i był to jeden z nielicznych momentów, kiedy naprawdę go lubiła.
Trystane zjawił się u niech kilka dni później z przeprosinami oraz – a jakże – kotem na zgodę. Nic bowiem wtedy nie mogło udobruchać jej bardziej niż słodka, puchata kuleczka, która mruczała przy każdym dotknięciu.
Niedługo po tym, kiedy Ivory ukończyła już szesnasty dzień imienia, wrócili do naturalnych zachowań i relacji, choć czasami uśmiechała się do niego, gdy dostrzegała jak nią patrzy znad dzbana wina podczas kolacji i lubiła sobie wyobrażać, że właśnie o niej myśli.
Musiał przecież myśleć – inaczej wcale by jej teraz nie pocałował, prawda?
Wyobrażała sobie to naprawdę wiele razy. W jej marzeniach jednak miało to miejsce na długo wcześniej, kiedy nie była jeszcze żoną i matką syna innego mężczyzny.
Nie potrafiła jednak
wcale nie chciała
się odsunąć. Sand ujął jej podbródek, a księżniczka nie mogła oderwać wzroku od ciemnych oczu bękarta.
Poczuła nagą falę gorąca, a jednocześnie dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Drżąca i niepewna przylgnęła do ciała Jezala odwzajemniając pocałunek. Bez udziału wolnej wolna dłoń przesunęła się na potężną pierś, opuszkiem palca dotknęła tej blizny, która – dzięki Siedmiu – nie była pamiątką po Starfall. Zakręciło się jej w głowie. Na chwilę stanął w miejscu czas, ta chwila była poza nim, zawieszona w gorącym popołudniu, oślepiającym blasku słońca, nierealna, ale konieczna. Nieuchronna. Język przesunął się po wardze bękarta w delikatnej pieszczocie, całe ciało krzyczało, by ta chwila trwała dłużej, lecz…
… to nie było odpowiednie miejsce.
Tylko i wyłącznie rozsądek nakazał jej się odsunąć, gdy i Jezal zwolnił ją z uścisku. Spojrzała na niego rozpaczliwie, cofnęła się o krok i uniosła dłoń. Opuszkami palców dotknęła własnych warg, jakby chciała empirycznie sprawdzić, czy ten pocałunek rzeczywiście miał miejsce i…
Uśmiechnęła się tak promiennie jak dawniej, jakby wszelkie troski i zmartwienia naprawdę odeszły w niepamięć.
-Nie mam czego Ci wybaczać.
Wyciągnęła dłoń i ujęła jego, tę niesprawną po raz wtóry, gładząc odznaczające się nań żyły.
-W takim razie masz szczęście. Dornijki są przecież równie szalone, nie słyszałeś? – mówiła łagodnie i tak cicho, że głos jej przypominał westchnienie liści figowca, które poruszyły się na wietrze. – Życzę sobie, abyś zjadł ze mną i Seyal kolację. Mam wam tak wiele do opowiedzenia.


/zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Wiszące ogrody   

Powrót do góry Go down
 

Wiszące ogrody

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Ogródek różany
» Ogrody Północne
» Ogrody japońskie
» Ogrody
» Wodne Ogrody

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne :: Słoneczna Włócznia :: Pałac rodu Martell-