a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Biblioteka



 

 Biblioteka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Biblioteka   Sob Maj 04, 2013 11:47 am

Zapewne zastanawiacie się - po co Baratheonom biblioteka? Jeśli tak rzeczywiście jest... mnie nie pytajcie. Miejsce to często odwiedza starsza z sióstr Baratheon, wraz se swoim potomkiem - znaleźć tu można chwilę wytchnienia od szczęku oręża na dziedzińcu i wybuchom śmiechu w damskiej części wieży.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
114
Join date :
31/05/2014

PisanieTemat: Re: Biblioteka   Wto Lip 01, 2014 1:28 am

Stopnie były zimne, to samo posadzka wykonana z jakiegoś drogiego kamienia, którego pamięć noszą ze sobą mury bez litości dla umysłów ludzkich. Niewiele światła dostawało się do tej części zamku. Miało wpadać przez wysokie, piękne okna, lecz ktoś postanowił inaczej. Z równym uwielbieniem rozpraszało się dzięki specjalnie przygotowanym złotym zasłonom rozpływającym się na ziemi. We wszystkich komnatach tego zamku nie czuła się tak dobrze jak tutaj. Czy to cisza? Ten uśmiech mógł mówić wszystko, tak trafione w dziesiątkę! Lecz… Nie, to raczej odosobnienie. Cisza była jedynie dodatkiem. Do biblioteki nie zaglądało wiele osób, może raz na jakiś czas pokusiła się postawić tutaj swoją stopę jakaś zbłąkana dusza pragnąca zasięgnąć wiedzy o czymś co akurat zaprzątało głowę. Była jeszcze najstarsza siostra, ale i dla niej ściany pomieszczenia wydawały się być ostatnimi czasy mniej przyjazne niż zazwyczaj. Ile to razy Orla siadała z nią na rozmowie, na nauce pozornie banalnych, dziecinnych rzeczy.
Tym razem, gołe stopy nie wydając dźwięku, powiodły dziewczynę w to samo miejsce. Stare drzwi skrzypnęły z niezadowoleniem wpuszczając przybysza w swoje progi. Zamknęła komnatę zagryzając dolną wargę w przestrachu, że ktoś jeszcze ją wyśledzi, wtargnie do krainy spokoju, zbezcześci chwile względnego zatrzymania się w czasie. Jedyną nadzieją było ciche schowanie się gdzieś w kącie. Wejście po drewnianych schodkach na górny panel umożliwiało znalezienie się w następnej części skąd już nikt nie powinien mieć szansy, aby wyrzuć młodą baratheonkę.
- Kto by pomyślał, że wróci panienka tak szybko. – rozległ się skrzekliwy głos. Z prawej? Z lewej? Rozglądając się wkoło musiała cofnąć się o krok, zejść z jednego stopnia drewnianego podestu. Szybkim, niedbałym ruchem zgarnęła brązowe kosmyki za ucho. Za chwilę i tak miały się rozplątać i uciec w swoją stronę. Położyła ręce na barierce, jakby właśnie teraz chowała coś za plecami. Zerknięcie za siebie nic nie dało, jedynie zaskoczenie kiedy głos rozległ się ponownie. –  Tęsknota za domem musiała być jednak większa. – Uniesienie głowy... teraz go zauważyła. Mężczyzna odziany w obwisłe szaty. Maester. Pierwszy raz go spotkała w tym miejscu. Miał swój zakątek, do którego nawet ona nie zaglądała jeśli to nie było wymagane. – W podróży człowiek się jednak czegoś uczy… - mruknął pojawiając się na szczycie schodów. Orla uniosła głowę wysoko w górę, po chwili skinęła nią w powitaniu.
- Ważne, że mam do czego wracać. – wzruszyła ramionami nie myśląc dłużej nad odpowiedzią. Zadarła głowę ponownie. Maester jakby jej nie słuchał. Pokręcił głową, wydawać się mogło chwilę wcześniej, że będzie chciał zejść ze skrzypiących pod jego ciężkimi stopami stopniach, lecz on machnął ręką i odwrócił się do brunetki plecami.
- Każdy ma jakichś bogów. Huh. – Przyprószone siwizną włosy skakały wokół jego głowy w zabawny sposób. Kręciły się i podskakiwały chociaż przyciął je po bokach. – Jednego, dwóch albo i więcej. Mówię jakbym był stary, a nie jestem. – oznajmił skręcając na prawo. Przeszedł pewną odległość, która nawet nie sprawiła mu kłopotu, sięgnął na najwyższą półkę przy jednym z regałów. Miał może sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, o posturze nie mogła powiedzieć nic, bo krył ją za potężną szatą. Orla oparła się o poręcz badając fakturę materiału z jakiego została wykonana. Ściągnęła łopatki i wzięła głębszy oddech pozornie nie interesując się słowami mężczyzny. Pośród tego jej milczenia w końcu przerwanego tymi samymi krokami, zwróciła uwagę na to co trzymał w rękach. Kompletnie nie rozumiała zamiarów, ale tytuł miał jej podpowiedzieć… właściwie to cokolwiek. Ludzie byli dziwni, naprawdę dziwni.  
Zeszła na dół przepuszczając maestra na schodach. Na dole oddał w jej ręce lekturę. Nie otworzyła jej od razu, zamiast tego po prostu weszła na górę i znalazła dla siebie wygodne miejsce. A tytuł…


Ostatnio zmieniony przez Orlaith Baratheon dnia Czw Lip 03, 2014 3:04 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Biblioteka   Wto Lip 01, 2014 11:11 pm

Otton wchodził po starych kamiennych schodach prowadzących do biblioteki. Jego żona poprosiła go, aby znalazł dla niej jakąś interesującą książkę dla wypełnienia wolnego czasu. Osobiście mężczyzna rzadko odwiedzał takie miejsca. Za czasów, kiedy to Otton był małym chłopcem przychodził tu z maesterem by się uczyć, lecz chłopiec zawsze wolał ćwiczyć na dziedzińcu, a teraz było tak samo: stukot mieczy, walka, krzyki i towarzystwo ludzi, których nie można było się spodziewać w bibliotece, to było coś, co uwielbiał natomiast tutaj panowała wieczna cisza, którą bardzo rzadko przerywał ktoś, kto pragnął sięgnąć po książkę.
Mężczyzna otworzył skrzypiące drzwi i tym samym znalazł się w bibliotece. Otton nikogo się nie spodziewał w tym miejscu szczególnie, że idąc tu spotkał maestera wracającego właśnie stąd. Kto inny mógł, więc przebywać w bibliotece? A jednak przy stole siedziała jego kuzynka Orlaith, której obecność tutaj nie powinna go w sumie dziwić. Dziewczyna od zawsze lubiła czytać i pewnie dla tego oboje nie mieli ze sobą zbyt wiele wspólnego oprócz tego, że byli Baratheonami. Ona wolała cichą bibliotekę, a on głośny dziedziniec. Otton pamiętał jak nieraz, gdy ćwiczył walkę bądź łucznictwo Orlaith przechadzała się trzymając w ręku lekturę. W młodości dziwiło go, co ludzie widzą w książkach? Nie lepiej było wyruszyć na własną przygodę zamiast o nich czytać? Kiedyś ktoś odpowiedział mu na to pytanie twierdząc, że książki to także wiedza. Chłopak stwierdził wtedy-Po, co czytać inne książki niż przygodowe skoro ma się maestera, który wie to za ciebie.- Teraz jednak wiedział, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej i nie wszystko, co w książkach dla wszystkich jest osiągalne, a wiedza też się przydaje nawet mając uczonego z cytadeli u boku.
Właściwie to dobrze, że tu jest. Mężczyzna nie pałał zbyt wielką miłością do książek, a jego kuzynka musiała ich przeczytać setki przez lata. Moja żona powiedziała, że ma być ciekawa i tylko tyle. Orlaith wydawała się być, więc wymarzoną osobą do pomocy w takiej sytuacji. Podszedł do dziewczyny szybkim krokiem i z uśmiechem na twarzy.
-Witaj droga kuzynko, co czytasz?-Tak naprawdę mało go to interesowało, lecz przez lata nauki kultury Otton wolał tak zacząć rozmowę, a następnie przejść do rzeczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
114
Join date :
31/05/2014

PisanieTemat: Re: Biblioteka   Czw Lip 03, 2014 3:30 pm

Nie od razu zdarzy się przecież wszystko o czym ludzie mówią. Ha, nawet czasem kłamią jeśli się tylko nastanie jakaś okazja wyciągnięcia dla siebie jakiejś korzyści, jakiegoś wniosku. Może nie od razu. W zaciszu biblioteki, dotykając stopami drewnianych elementów stolika uśmiechnęła się do swoich myśli. Książka wybrana przez obcą osobę tak ją pochłonęła, że nie widziała poza nią reszty świata. Dopiero teraz uświadamiała sobie, że jednak tęskniła za domem chociaż podróż nie należała do najdłuższych. Osunęła się na siedzeniu już dawno, teraz wsparta na podłokietnikach unosiła się w górę chrząkając przy tym jakby kogoś przepraszała. Miała podsuwać nogi pod brodę kiedy…
- Kuzynie! – uśmiechnęła się ślicznie, chyba nerwowo. Ściągnęła nogi na dół, przytrzymała się stołu, ale żeby uratować sytuację przyprawiającą ją o czerwone policzki, wykonała bliżej nieokreślony ruch dłonią. To znaczyło bliżej lub dalej, propozycję zajęcia miejsca naprzeciwko. Ta sama dłoń wylądowała w książce, na akurat czytanej stronie.
- Bzdury dla dziewcząt, jak zwykle zresztą ostatnimi czasy. – wzruszyła ramionami podpierając się na drugiej ręce. Błąd. A raczej malutkie kłamstwo. Przynajmniej zdawała sobie sprawę z tego, że Ottona mało to interesuje. Czytała książkę o ludziach. O ich zachowaniu, zdaniu o własnej osobie. Skuliła nogi tak, żeby kuzyn ich nie zobaczył. Kiedy się mu przyglądała z tej odległości potwierdzała pewne swoje obawy z wcześniej. Kiedy była małą dziewczynką Otton wydawał się być takim rycerzem, o którym myśl sprawia, że na ciele pojawia się gęsia skórka. Nie z uwagi na dokonania, na pewno słuszne i piękne. Była to chyba jakaś nierozwiązana jeszcze przez dziewczynę tajemnica. Zajęło jej chwilę nim zorientowała się, że powinna w jego towarzystwie zachowywać się jak przystało. Nie od razu, ale z odpowiednią sobie starannością i gracją wyprostowała się i przeniosła ręce przed siebie splatając później dłonie.
- Drogi kuzynie… pomóc ci w wyborze lektury? – zapytała celowo zmienionym głosem. Zamknęła swoją książkę pozostawiając ją ostatnią stroną do góry.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Biblioteka   Pią Lip 04, 2014 11:36 pm

Orlaith najwyraźniej zdziwiła się obecnością mężczyzny w bibliotece (co było zupełnie zrozumiałe), ale również była zadowolona z owego faktu. Otton widocznie przerwał jej stan, w którym znajduje się człowiek ogarnięty rządzą czytania, co mężczyzna widział już wielokrotnie u swej kochanej małżonki. Dziewczyna z wygodnej pozycji szybko dostosowała swe zachowanie do poziomu godnego damy prostując się na krześle i spuszczając nogi pod stół.
- Spokojnie nie musisz przy mnie zachowywać się tak oficjalnie w końcu jesteśmy rodziną.-Mężczyzna usiadł naprzeciw kuzynki opierając się łokciami o stół i składając ręce w koszyczek. Po chwili Orlaith zadała pytanie, a Otton pochylił głowę w jej stronę.
- Nie zupełnie dla mnie, lecz dla mojej żony. To ma być coś interesującego…- Mężczyzna wspomniał lata nauki z maestrem w nadziei, że przypomni sobie tytuł jakiejś książki o historii, ale bezskutecznie.- …może coś podobnego do tego, co teraz czytasz? No wiesz, coś, co kobiety z reguły lubią.- Nie wiedział, jakie książki czyta jego żona, więc pomyślał, że może coś w tym rodzaju będzie odpowiednia. Ach…, dlaczego ta kobieta chce żebym jej przyniósł książkę przecież wie, że się na tym nie znam.- Ty z pewnością znasz ich setki Orlaith, jeżeli nie tysiące, a ja no cóż… prawie żadnej.- Mężczyzna ostatnią książkę przeczytał jakieś 3 lata temu i nie pamiętał nawet, o czym była czy jaki nosiła tytuł.
Otton wiedział ze dziewczyna na pewno znajdzie coś odpowiedniego. Mężczyzna podejrzewał kuzynkę nawet o to, że czyta więcej niż maester uczący się w Cytadeli. Orlaith wyraźnie zaczęła się zastanawiać nad prośbą krewnego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
114
Join date :
31/05/2014

PisanieTemat: Re: Biblioteka   Sro Lip 09, 2014 1:22 am

Nie musieli mówić do siebie zgodnie z kanwami jakich uczyli się od małego. Byli rodziną, a przecież takie więzi są najważniejsze. Mimo handlu godnością na rzecz udanej dyplomacji, zakrapianych mocno alkoholem imprezach, mimo oddalenia o tyle ziem, lasów i wód. Rodzina była rodziną. Pierwsze słowa, zachowania, przyzwyczajenia narodziły się pośród tych murów.
Młódka zadarła głowę rezygnując chyba z poprzedniej, lekkiej zaczepki. Zapatrzona w jeden punkt, jakiś element na ubraniu swojego kuzyna uśmiechnęła się lekko żeby zaraz poprawić się na swoim siedzeniu.
- Rozmawiałam z nią ostatnio... o jednej dłuższej balladzie. Zaraz ci ją szybko podam. - Dłoń pozostawała na książce, po chwili przesunęła ją w swoją stronę jakby okazanie tytułu było rzeczą nie tyle złą co objętą jakąś najciemniejszą tajemnicą. Wspięła się na palce i przeszła tak kilka kroków nim nie przeniosła się na drabinkę. Wychyliła się w prawą stronę sięgając po odpowiednią pozycję. Było to trochę z jej strony nierozsądne, trzymać już jedną książkę w ręce i tąż samą ręką bronić się przed upadkiem.
- Widziałeś dziś kuzynie Ayla? - zapytała schodząc na ziemię. Schowała swoją lekturę w jedną ze szpar między starymi tomiskami o sztuce wojskowej. Podchodząc do Ottona wyciągnęła doń rękę, nie zaś książkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Biblioteka   Sob Lip 12, 2014 5:30 pm

Otton czekał aż młodsza kuzynka odszuka wspomnianą przed chwilą balladę, lecz zamiast tego Orlaith odłożyła wcześniej czytana książkę na półkę i podeszła do niego. Mężczyzna przymrużył oczy zastanawiając się nad zadanym mu pytaniem. Aylward. Zmierzał dzisiaj na plażę i to nie sam.
- Widziałem go jakiś czas temu jak szedł w stronę plaży, ale teraz powinien chyba już wrócić.-Dziewczyna chciała się widocznie spotkać ze swoim bratem.- Jeżeli chcesz to możemy go razem poszukać…- Otton dawno nie zamienił słowa z Aylwardem, więc pomyślał, że dobrze byłoby go spotkać i porozmawiać z nim w towarzystwie Orlaith. Dziewczyna była zadowolona z propozycji mężczyzny i z chęcią ją przyjęła. -…tylko proszę daj mi książkę dla żony, a powiem służbie by zanieśli ją do mojej komnaty.- Nie chciał opuszczać biblioteki bez lektury dla żony, po którą tu z resztą przyszedł. Orlaith podała mu książkę, a następnie wyszli razem z pomieszczenia w poszukiwaniu Aylwarda.

/zt Otton i Orlaith
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Biblioteka   Czw Lut 18, 2016 9:08 pm

Była pełnia, ale tuż po zmierzchu gęste chmury zakryły księżyc, jakby niebiosa – z żalu albo przeciwnie, obojętności – chciały zasłonić wszechogarniający wzrok. Za dziesięć godzin ciemności ustąpią, skończy się wyczekiwanie. Wschodzące słońce obleje czerwienią plażę, zatokę i sam Koniec Burzy, rozświetlając go w akcie łaskawości.
- Nie smuć się, pani.
Dopiero teraz do Orysa Baratheona dotarło, jak prozaicznie musi wyglądać w lnianej koszuli i z lirą w dłoni – był niczym opętany duchem poezji bard z Pogranicza o marzeniach niespełnionych niczym przepowiednie leśnej wiedźmy. Lekki uśmiech, który zbłądził na usta i tam postanowił pozostać, dodawał poszarzałej ze zmęczenia twarzy delikatnej iskry życia, nie zdołał jednak dotrzeć do skupionych, błękitnych oczu dziedzica Końca Burzy.
Pogrążony w bezradnym milczeniu od dobrych kilku chwil po prostu stał i przyglądał się panience Yvienne, zupełnie jakby była rzadkim, niezwykle ciekawym okazem domowego kota. Już w chwili, w której stanęła na dziedzińcu Końca Burzy musiał przyznać, że była ładna. Może nawet piękna. Patrzył na nią i wyraźnie widział, że taka jest - kształt głowy, twarz, oczy, bogowie wszechmocni, jakie ona miała oczy…! Tęczówki zmiennego koloru od jasnozielonego do prawie brązowego, gęste, długie, rude włosy, zawinięte leciutko rzęsy, śliczny nos, śliczne usta, piękną figurę i piękne długie nogi.
Nic dziwnego, że Aylward ją posiadł.
- Jesteś bardzo młoda, ale z czasem pojmiesz, że życie ludzkie to pasmo nieustannych rozczarowań – uśmiech stał się nieco weselszy, zupełnie jakby ta świadomość bawiła Orysa – z cichym westchnieniem ujął proste, dębowe krzesło za oparcie i obrócił je tak, by po chwili móc usiąść tuż naprzeciwko panienki Yvienne.
- Są takie dni, gdy nic ci się nie układa. Wstajesz z łóżka i noga zamiast na kapeć trafia na grzbiet ukochanego kota, który ze strachu drapie cię w łydkę; nalewasz soku, ale zamiast do kielicha, lejesz prosto na świeżą koszulę; docierasz na targ i uświadamiasz sobie, że zostawiłaś w komnacie wszystkie pieniądze, a po powrocie do zamku odkrywasz, że wcale nie zostawiłaś, tylko zgubiłaś. Razem z pierścieniem – dziedzic Burzy uniósł dłoń na wysokość oczu, spokojnie poruszając długimi, pokrytymi siateczką niewielkich blizn palcami. – Dlatego żadnego nie noszę.
Dotychczas pochylona, opuchnięta od płaczu twarz uniosła się nieznacznie, aż spod długich, wilgotnych rzęs rzucone zostało niepewne spojrzenie – pomimo tej nieufności, usta rozchyliły się w delikatnym uśmiechu, po raz pierwszy od poranka rozświetlając twarz Yvienne Swann malutką namiastką radości.
Orys Baratheon odetchnął z ulgą, czując kiełkującą w piersi satysfakcję – w końcu udało mu się osuszyć łzy rozpaczy.
- Nie smuć się, pani – te słowa mimowolnie wydzierają się z jego ust, gdy sięga po prostą, haftowaną czarną nicią chustkę – Lady Rhaelle od maleńkości wpajała wszystkim swym synom, że prawdziwy mężczyzna zawsze powinien mieć przy sobie chustkę.
Choćby z uwagi na takie okoliczności… jak ta.
- Prawda jest taka, że czasami wszystko dzieje się na odwrót. Wstajesz wypoczęta, z przyjemnym wspomnieniem o miłym śnie. Wczorajszy katar minął bez śladu, jajka ugotowały się idealnie, z ust najbliższych przez cały dzień nie znika życzliwy uśmiech – długie, stwardniałe od trzymania galerowych lin palce postukały niepewnie w delikatne, polerowane drewno liry, którą Orys wciąż trzymał pod pachą. Prawda była taka, że właśnie takich dni obawiał się najbardziej. Przodkowie mieli rację – nie należy kusić losu nadmiernym szczęściem. Jeśli nie jesteś w czepku urodzony, jeśli nie idziesz przez życie lekkim krokiem próżniaka, strzeż się szczęśliwych dni! Życie przypomina plecy złodziejaszka po biczowaniu – jeśli dzisiaj miałeś pecha, jutro nadejdzie sukces.
- Niechże się panienka tak nie martwi, nie byłoby panny tutaj, gdyby nie wierzyła, że wszystko się jakoś ułoży – dziedzic Burzy rozparł się nieznacznie na chybotliwym, starawym krześle, z uwagą obserwując pannę Swann – Mogę coś zagrać. Od razu mi się z panienką skojarzyło.
Nim zdołała paść odpowiedź, palce dziedzica Burzy uderzyły w struny liry, wydobywając zeń czysty, wibrujący dźwięk. Stwardniałe opuszki muskały napięte chordy, zaś cichy, głęboki pomruk rodzący się w piersi Baratheona, w końcu znalazł ujście w melodyjnych słowach popularnej ostatnimi czasy ballady.

Mówisz uczenie i elegancko,
słowa jak liście w powietrzu tańczą,
a ja ocieram łezkę ukradkiem
i chyłkiem wbiegam na marzeń kładkę.


Biblioteka – zwykle pogrążona w najgłębszej ciszy – dziś okazała się najdonośniejszym miejscem w całym Końcu Burzy, wszystko zaś za sprawą Orysa, który – nie podnosząc wzroku znad palców tańczących na strunach instrumentu – uśmiechał się lekko, mogąc jedynie żywić nadzieję, że panna Swann w końcu przegna demony smutków.

Tam rój pomysłów kłębi się dziki,
jak się już tobą nie dzielić z nikim,
zwłaszcza z tym podłym dornijskim stworem,
co się pojawia zawsze nie w porę.

Tak mnie ta dama mierzi szalenie,
ze się z tej złości chyba w ćmę zmienię,
a jak się zmienię to najzwyczajniej
wlecę przez okno do twej sypialni.

W spokojną, cichą melodię nie zdołał wkraść się choćby jeden, fałszywy akord – dziedzic Burzy trwał w skupionej pozycji, nie mając odwagi, by podnieść wzrok znad strun liry – być może obawiał się, że jego wysiłki nie przyniosły zamierzonych skutków, a panna Swann wciąż zalewała się rzewnymi łzami.

Wlecę i dotknę łapką kosmatą
lekko, leciutko, jak babie lato
i snów skrzydłami takich napędzę,
że się obudzisz miły czym prędzej.

Struny umykały pod delikatnymi szarpnięciami palców, zaś Orys w końcu uniósł głowę, ze spokojem obserwując córkę Lorda Stonehelm.
Przestała płakać… i chyba to było najistotniejsze.

Prędzej niż zwykle lampę zapalisz
i mrukniesz - diabli tę ćmę nadali,
ja zaś odfrunę w przestrzenie mroku,
ale zostanie po mnie niepokój
.

Dłoń zamarła nagle, urwana w pół wersu – Baratheon przyłożył palce do strun liry, uśmiechając się spokojnie. Jego wzrok, choć usilnie pragnął pozostać niewzruszony, mimowolnie powędrował na skryty pod materiałem sukni brzuch panny Swann.
- Zapomniałem ostatniej zwrotki – kąciki ust dziedzica drgnęły w przejawie szczerego rozbawienia, gdy odłożył lirę na dębowy stolik i splótł ze sobą szorstkie palce dłoni.
Postąpił właściwie, zachowując powody wizyty Yvienne Swann wyłącznie dla siebie?
Być może… być może, zamiast udawać barda, powinien właśnie rozmawiać z Lordem Harbertem?
Bądź, na Bogów, słać kruka na Pogranicze, by Aylward czym prędzej wracał do domu…?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Stonehelm
Liczba postów :
259
Join date :
07/09/2014

PisanieTemat: Re: Biblioteka   Nie Lut 21, 2016 9:07 pm

Dobrzy ludzie zazwyczaj biorą się za czynienie dobra pod wpływem emocji. To – według Yvienne – było na swój sposób daremne… i żałosne (słowo mocne niczym uderzenie młota. Nie lubiła takich słów. Nie lubiła ich wydźwięku i brzmienia, unikała równie twardych stwierdzeń. Nie lubiła siebie za to, że nie lubi czegoś, co właściwie niczym jej nie zawiniło. Zadziwiające, jak pełna była braku sympatii).
Dobru należy służyć tak, jak Orys Baratheon. Szorstko. Wręcz obcesowo. Głosem ochrypłym od niewyspania. Nie zważając na włosy zlepione błotem, pogniecioną, przeżartą przez morską sól koszulę i spływającą z nosa strużkę krwi, zabrudzonej kurzem. Gdy Yvienne Swann po raz pierwszy spotkała dziedzica Końca Burzy, ten miał plamy kwaśnego potu pod pachami, zmieszany z brudem pot ściekał mu z czoła na szyję. Minęło już kilka lat, a ona nie mogła zapomnieć tej szczególnej mieszanki oschłości i szlachetności. Wciąż posiadała nadzieję, że będzie służyć dobru w sposób, jakiego nauczył ją Orys Baratheon: bez egzaltacji, za to z najwyższą precyzją. Służbiście, na granicy grubiaństwa. I pewną ręką. Ręką maestra.
Gdzie zatem świecić mamy, i komu potrzebny nasz blask? Słowa wyczytane w jednej z ksiąg nieodmiennie kojarzyły jej się z dziedzicem Burzy, były jakby przypisane jego osobie, stanowiły idealny odlew charakteru.
To dobry człowiek, powtarzała z histerycznym uporem, kiedy wyruszyła ku siedzibie rodu Baratheon. Dobry, szlachetny człowiek i tylko on może mi pomóc. Tylko on zechce mi pomóc.
Yvienne czuje nieprzyjemny ucisk w gardle, pieczenie w oczach, drżenie ramion, przerażony trzepot serca. Skulona w miękkim fotelu stara ukryć się przed światem, zniknąć na zawsze, nie pozostawić po sobie choćby najdrobniejszego śladu – wysiłki zdają się jednak na nic, a panna Swann, niby zaciśnięty w dłoni kanarek, wyczekiwała na ostateczny wyrok losu. Chwile zwątpienia przeplatały się ze szczerym przekonaniem o własnej racji, po czym z uporem powracały do wyłącznie jednego: być może powinna wrócić do Stonehelm, gdy tylko dowiedziała się o…
Nie.
Nie czas na wahania – nawet, jeśli wciąż była wyłącznie stłumioną i wystraszoną, posłuszną dziewczyną, której buzia – kiedy się nie uśmiecha – wygina się w podkówkę jak do płaczu. Nawet, jeśli była tą dziewczyną, która blednie i wzdryga się cała, kiedy ktoś zada jej pytanie, na które nie potrafi odpowiedzieć. Jeśli miała kimś pogardzać, mogła pogardzać wyłącznie sobą; własnymi słabościami, chwilą zadziwiającej bezmyślności, tej żałosnej (twarde słowa powracają po raz kolejny) postawie, przez co znalazła się w budzącej grozę sytuacji bez wyjścia.
Orys Baratheon z uporem powtarzał, by przestała się smucić – w tonie jego głosu pobrzmiewał spokój, którego tak brakowało Yvienne. Był to spokój człowieka świadomego własnych decyzji, człowieka nieobawiającego się jutra. Człowieka o stabilnej pozycji i silnej woli.
Człowieka, który przed dwoma dniami nie musiał pisać listu do Pana Ojca, drżąc od tłumionego płaczu i z najwyższym trudem utrzymując pióro w ręce. Skapujące z policzków łzy padały na pergamin, rozmazując ciemny atrament i czyniąc niektóre ze słów niemal nieczytelnymi. Yvienne była przerażona swym stanem i sytuacją, w której się znalazła – większe obawy budziła w niej jednak myśl o Panu Ojcu.
Myśl o jego reakcji.
I świadomość, że złamała mu serce.
Ucisk w gardle się nasilił, zaś drobnym ciałem wstrząsnął kolejny, przesycony żałością szloch – panna Swann zbyt długo wstrzymywała się od otwartego płaczu, by teraz, w zaciszu biblioteki Końca Burzy, dalej odgrywać rolę niewzruszonej damy. Mokre od łez policzki były zaczerwienione i gorące, zaś oczy przywodziły na myśl wąskie szparki – zapuchły od płaczu i piekły niemiłosiernie, gdy Yvienne pospiesznie wycierała je chusteczką Orysa Baratheona.
- Gdzie zatem świecić mamy, i komu potrzebny nasz blask? – szczupłe palce mięły nerwowo materiał podarowanej chusty, gdy panna Swann podjęła próbę uśmiechnięcia się – kąciki ust uniosły się delikatnie, po czym – wraz z kolejną łzą spływającą aż na podbródek – opadły bezradnie, zupełnie jak dłonie dziewczyny. – Kiedy kilka lat temu przybiłeś do portu w Stonehelm, właśnie o tym pomyślałam. Gdzie mógłby świecić dziedzic Burzy i komu potrzebny jego blask? Kto dozna tego szczęścia i zaszczytu, komu będzie dane zaznać ukojenia?
Materiał chusteczki zatańczył między palcami, gdy Yvienne uniosła ostrożnie wzrok, przez łzy z najwyższym trudem dostrzegając twarz Orysa.
- Można powiedzieć, że dziś ja… miałam to szczęście. Szczęście w nieszczęściu, najokrutniejszy paradoks znany ludzkości – tym razem uśmiech nie wypadł tak blado – panna Swann wyprostowała się niepewnie w głębokim fotelu, dostrzegając gotowość dziedzica Burzy do śpiewu.
Zupełnie, jakby pragnął zrobić wszystko, by tylko ją rozweselić. Przybrał wcześniej rolę gospodarza i powiernika, nadeszła zatem pora na barda. Yvienne uniosła niepewnie chusteczkę do policzka, zupełnie jakby spodziewała się kolejnej salwy płaczu – zamiast tego, przyszło jedynie skupienie… i oddanie muzyce.
Dźwiękom.
Słowom.
Melodii.
I zaklętej w pieśni prawdzie – prawdzie brzmiącej jak samotny, niski dźwięk harfy, która sprawiła, że Yvienne poczuła ukłucie stłumionego bólu.
W dziecinnych, niebieskich oczach Orysa Baratheona błyszczał wstydliwy uśmiech nieśmiałego człowieka, którego coś ucieszyło, ale już nie pamięta co. Spokój na twarzy dziedzica w jakiś niepojęty sposób delikatnie owijał pannę Swann, niby ciepły, gruby koc podczas deszczowego wieczoru. Ta zaklęta w murach biblioteki chwila była na swój sposób piękniejsza bardziej niż wspaniała tkanina, bardziej niż jednodniowy kwiat, bardziej niż klejnot z twardego metalu. Nie groziło jej zużycie, nie zżerały mole ani czas.
Po prostu trwała.
- Powiesz, że jestem jedynym cudem, że ćmy uwielbiasz, a zwłaszcza rude. Ja zaś przy swoim zdaniu zostanę, że nie są rude, ale… miedziane – chusteczka uniesiona do twarzy tym razem nie musiała ocierać łez – przyłożony do ust materiał skrywał delikatny uśmiech, który pojawił się na twarzy panny Swann z lekkim niedowierzaniem.
- Sir, masz głos urodzonego śpiewaka. Tylko pamięć nieco gorszą – przechyliła głowę w bok ostrożnie, niby sowa z zainteresowaniem obserwująca przypadkowego jeźdźca. Jej dłoń – jakby w wędrówce za spojrzeniem Baratheona – spoczęła na niewielkiej wypukłości brzucha, który skrzętnie skrywała pod trzema warstwami materiału.
- Nie wysłałam listu na Pogranicze. Nie… nie mogłam. Nie potrafiłam. Nie uwierzyłby.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Biblioteka   

Powrót do góry Go down
 

Biblioteka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Kawiarnio-biblioteka "Bookszpan"
» Biblioteka
» Biblioteka w zamku Bestii
» Wielka Biblioteka
» Wielka biblioteka

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy :: Koniec Burzy :: Siedziba rodu Baratheon-