a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Sala turniejowa - Page 2



 

 Sala turniejowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Sala turniejowa   Sro Maj 01, 2013 8:22 pm

First topic message reminder :


Sala Turniejowa



To jedna z bardziej reprezentacyjnych sal na całym Południu - są nazwę wywodzi od olbrzymiej ilości wszelkiego rodzaju broni, wiszących na ścianach zarówno jako ozdoby, jak i ewentualna broń w razie ataku. Sala zdobiona jest również freskami z polowań oraz trofeami z wypraw łowieckich - i tak oto goście rodu mogą podziwiać imponujące jelenie rogi, łby olbrzymich dzików, niedźwiedzie skóry a także wypchane sokoły, które kiedyś wiernie towarzyszyły Baratheonom podczas polowań.







Ostatnio zmieniony przez Aylward Baratheon dnia Sob Paź 31, 2015 12:27 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Sro Lis 18, 2015 10:56 pm

| dwunasty księżyc 263 AL.

Otumaniająca woń ciepłych, parujących potraw rozlewała się po korytarzach zupełnie jak spokojna, morska fala uderzająca o skalisty brzeg wyspy – feeria zapachów przybierała coraz zmyślniejsze zestawienia, czasem znajome jeszcze z okresu dzieciństwa, innym razem zaś zupełnie obce, choć nie mniej kuszące.
Orys zatrzasnął opasłą księgę, przez dobiegającą z oddali woń nie mogąc skupić wzroku na drobnych, pochyłych słowach - toczona we wzory, skórzana oprawa opadła ciężko, wzbijając w powietrze drobinki kurzu. Spojrzenie dziedzica Burzy spoczęło na uchylonych drzwiach komnaty, zza których subtelnie nawoływały pierwsze oznaki zbliżającej się uczty. Zapach pieczonego dzika, intensywnych przypraw, smażonego na głębokim tłuszczu bażanta… Baratheon z trudem przełknął wzbierającą w ustach ślinę, bezwiednie wodząc palcami po tłoczeniach na skórzanej oprawie księgi. Słowa, pomyślał. Litery. Ileż zawierają w sobie emocji.
O wiele łatwiej przyszłoby mu przepisać kilka wersów z woluminu, sparafrazować zawarte w nim treści, pokusić się nawet o sięgnięcie pamięcią do innych, przeczytanych ongiś tekstów i być może to z nich wyciągnąć coś, co zawarłby w formie krótkiego listu. Coś podpowiadało mu, iż powinien posiłkować się na twórczości znacznie bardziej światłych od siebie – wszystko zaś w imię dobra młodszego brata.
A przynajmniej tak chciał to postrzegać.
Orys od blisko trzech miesięcy nie potrafił zrozumieć, co skłoniło Aylwarda do udania się na to nieszczęsne Pogranicze – wykluczając rzecz jasna potrzebę ujrzenia ziem, nad którymi sprawował wyłącznie tytularną pieczę. Znał go wszak dobrze (bądź tak mu się wydawało) i wiedział, jak bardzo Młody Jeleń oddany był temu, by utrzymać panujący na południu pokój. Dziedzic Końca Burzy miał całkowitą pewność, że gdzieś głęboko za tym kryła się inna, jeszcze nieznana mu motywacja, co w przypadku Aylwarda oznaczać mogło wyłącznie kłopoty - motywy młodszego Baratheona nie dawały się wszak łatwo przeniknąć. Był on jak odprysk chaosu, jak wicher, który nadejdzie niespodziewanie i zburzy budowlę, która zdawała się solidna jak sam Mur. Orys wcale by się nie zdziwił, gdyby dowiedział się, że Aylward postawił sobie za punkt honoru skłonić do buntu jeden z najbardziej oddanych Księciu Dorne rodów dla zwykłego kaprysu, czczej sztuczki spryciarza, do której prędzej czy później dopisałby własną filozofię.
Próbując oderwać myśli od brata, Baratheon przerzucił kilka stron powtórnie otwartej księgi – jego wzrok padł na przypadkowe zdanie. „Najgorsza z wojen ogarnęła świat, fundamenty nowego dzieła Siedmiu zbryzgała posoką tak wiernych, jaki zbuntowanych…”
Dziedzic Burzy przestał czytać, z niejakim niesmakiem na powrót zamykając wolumin. Zamyślony, wzrok skierował na okno – mrok gęstniał już ponad murami Końca Burzy i ześlizgiwał się w dół po ciemnych, mokrych od deszczu kopułach budynków, oplątywał wokół strzelistych wież i wdzięcznych wieżyczek, kładł się cieniem na balkonach, pełzał wśród dziedzińca i zakradał się aż ku zamkowym piwnicom. Okna twierdzy, jedne po drugich, zaczęły rozbłyskać światłami, a po chwili Koniec Burzy wyglądał jak lśniąca kolia na granatowej sukni nocy.
Orys jednak zdawał się nie dostrzegać czarownego widoku – zamyślony podniósł się zza dębowego stołu i skierował ku łożu, na którym spoczywał wams, zawczasu przygotowany przez służbę. W przyodziewku trudno było doszukiwać się zbędnego przepychu i zabawnej u mężczyzny strojności – ciemny, prosto skrojony materiał obszyty został złotą nicią wyłącznie na rękawach oraz kołnierzu, przerywając tym samym pozorną monotonię wamsu. Gdyby tylko mógł, narzuciłby na grzbiet zwykłą, lnianą koszulę, gdzieniegdzie najpewniej naruszoną przez ząb czasu i zbyt namiętne użytkowanie – nie był jednak na pokładzie swego okrętu... tylko w zamku przodków; zamku, nad którym w przyszłości sam obejmie panowanie – i już to zobowiązywało go do pewnych norm, których przestrzegał w milczeniu, choć z niewielkim oporem.
Gdy tylko opuścił własną komnatę, dobiegający z korytarzy zapach znacząco przybrał na sile – Orys uśmiechnął się mimowolnie, pośród feerii woni wyczuwając tę charakterystyczną, zapamiętaną jeszcze z czasów dzieciństwa: woń podsmażanej na tłuszczu kaszy. Jako młody chłopak zajadał się nią z pasją, opróżniając talerz swój… oraz Allyi, która była zagorzałą przeciwniczką występowania tego kulinarnego indywiduum na stole.
Co oznacza, że nie będzie dziś zadowolona.
Wkraczając do Sali Turniejowej, niemal natychmiast przekonał się, iż jego siostra będzie mogła wybierać spośród przynajmniej dwóch tuzinów innych potraw – podłużne, dębowe stoły już zastawione były niezliczonymi półmiskami z udźcami dzików w galarecie, drobnymi, solonymi rybkami, pajdami chrupiącego chleba ze smalcem, pieczonymi przepiórkami, kuropatwami oraz bażantami, karmelizowanymi jabłkami oraz zasmażaną kaszanką: jakby i tego nie było dosyć, służba wciąż uwijała się jak w ukropie, dodając do kulinarnego krajobrazu dzbany ciemnego ale oraz złotego, arborskiego wina.  Orys niemal potknął się o jednego z wyczekujących na przekąski hartów, kilka kroków dalej wpadł na kolejnego, omijając go w ostatniej chwili. Nie dziwił go fakt, że zjawił się w sali jako pierwszy – wrodzona zapobiegliwość niemal zawsze nakazywała mu przybywać przed czasem, głównie po to, by uniknąć natarczywych spojrzeń już zgromadzonych gości, choć i stara zasada pańskie oko konia tuczy miała niemały wpływ na jego przedwczesną obecność. Tym razem jednak nie mógł zarzucić służbie choćby najmniejszego niedopatrzenia, z niemałym uznaniem dostrzegając nawet paterę serów (mniej bądź bardziej smrodliwych), które jedynie dopełniały kompozycji suto zastawionego stołu. Orys bez zbędnej zwłoki zajął pierwsze miejsce na prawo od szczytu stołu, gdzie postawiono jedynie dwa rzeźbione krzesła, przeznaczone – naturalnie – dla lordowskiej pary.


    Ze spraw technicznych: do wątku zaproszeni zostali wszyscy mieszkańcy Ziem Burzy, w rozpoczynającej się zaś turze odpisów nie obowiązuje kolejka, więc zachęcam zarówno rodzinę, jak i chorążych do rozgrywki! W trakcie gry dołączy MG, nastąpi to jednak za jakiś czas, więc póki co Wasze posty nie są niczym ograniczane ;)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
14
Join date :
11/01/2015

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Sob Lis 21, 2015 6:34 pm

Ostrze z cichym świstem przecięło powietrze. Cios został wyprowadzony niezdarnie, jakby od niechcenia. Brakowało mu finezji, a zwłaszcza prędkości. Nie napotkał żadnego oporu, swój impet wytracając dopiero na kukle. Leyton leniwie cofnął rękę i westchnął cicho. Bezmyślne okładanie manekina nie przynosiło mu przyjemności, nużyło go. Potrzebował prawdziwego, wymagającego przeciwnika. Zakręcił parę młynków mieczem, rozglądając się mimochodem po placu. Świecił pustkami. Każdy był zainteresowany przygotowaniami do uczty lub zajęty własnymi obowiązkami. Na ćwiczenia nikt nie miał ochoty bądź czasu. Całun nocy nakrył świat, pogrążając go w ciemności. W oknach twierdzy zabłysły światła, rozjaśniając nieznacznie obszary poza budynkiem. Dawało to niesamowity efekt. Koniec Burzy stał się samotną gwiazdą, której blask mocno odznaczał się na nieboskłonie Siedmiu Królestw.
Młody Baratheon wyprowadził jeszcze parę szybkich ciosów skierowanych w manekin. W jego naturze nie leżało zastanawianie się nad romantyczną naturą nocy czy symboliką światła w ciemności. Ograniczał się do prostoty, zaś trening stanowił jedyną formę sztuki, którą był w stanie się zachwycać. Dążenie do perfekcji nie miało końca. Ironicznie, syna lorda nie ograniczała charakterystyczna lekkość ducha lub wrodzone lenistwo. Problemem była jedynie niedoskonałość ludzkiego ciała. Pusty żołądek, za pomocą burczenia, zdawał się upominać o chociaż drobny posiłek. Mężczyźnie nie pozostało nic innego, niż odłożyć miecz na stojak i skierować się do swych komnat.
Dopiero przejście do budynku uświadomiło go o chłodzie panującym na zewnątrz. Jego palce przeszyło przyjemnie ciepło, rozluźniając powoli odrętwiałe kończyny. Prawdziwą przyjemność spowodowała jednak niesamowita woń, rozlewająca się niespiesznie po korytarzach, wypełniając je swoim kuszącym aromatem. Leyton wydał z siebie ciche jęknięcie, gdy bukiet zapachów dosięgnął jego nozdrzy. Głód po raz kolejny dał o sobie znać. Młodzieniec oczyma wyobraźni widział wszystkie te pajdy chleba, wszelakie rodzaje mięsa oraz dzbany pełne wytwornego wina. Przyspieszył kroku, jednakże od wizji wybornego posiłku oraz bogactwa łagodnych zapachów nie sposób było uciec. Bezlitośnie okupywały korytarze, zdobywając przy okazji kontrolę nad umysłem mężczyzny. Pragnął on znaleźć się już przy stole i wypełnić swój żołądek jednym z, bez wątpienia przednich, dań. Nawet liczne uwagi, jakie zapewne Pan Ojciec dla niego przygotował, nie wydawały się być tak irytujące przy szykującej się uczcie.
Sprzeciwiając się wszelakim pokusom, które oferowała Sala Turniejowa, Baratheon skierował swe kroki do komnat. Nie miał ochoty na kolejną kłótnię związaną z jego strojem. Wbiegł po schodach, w pośpiechu niemal potykając się o jeden ze stopni. Dopadł do metalowej klamki. Nawet krótkotrwały kontakt nie należał do najprzyjemniejszych. Chłód, którym nasycił się metal spowodował u niego drżenie. Szczerze nienawidził tego uczucia. Pchnął drzwi, momentalnie otwierając je na oścież. W pokoju panował półmrok, który rozjaśniał jedynie powoli wygasający ogień w kominku. Pomieszczenie wyglądało zupełnie inaczej, niż gdy je opuszczał. Ubrania i przedmioty nie leżały już na podłodze, niczym porzucone śmieci. Umieszczono je w odpowiednich kufrach. Przyczynić się musiała do tego służba (któż by inny) w trakcie jego ćwiczeń. Byli oni zainteresowani jego porządkiem zdecydowanie bardziej niż on sam. Takie mieli jednak obowiązki, Leyton zaś nie zwracał im uwagi, nie ważne jak bardzo ta interferencja w jego, jak mawiał, „chaotyczny porządek” go irytowała.
Zamknął za sobą drzwi i skierował się do stolika. Stała na nim niewielka misa z wodą, w której nieco bezmyślnie i gwałtownie zanurzył twarz. Ale zimna pomyślał jedynie, błyskawicznie wycierając się w najbliższy skrawek materiału. Obmył swą twarz z kurzu, jednocześnie przynosząc orzeźwienie. Taki substytut kąpieli musiał wystarczyć. W jego przypadku i tak była to więcej, aniżeli się spodziewano.  Poza tym, przeprowadzone przez niego ćwiczenia tego dnia nie były wymagające. Nie miał okazji porządnie się spocić. Tymczasem jego uwaga przeniosła się nie niepozorny wams, ułożony schludnie na łóżku. Najmłodszy syn lorda Końca Burzy nienawidził ozdobnych strojów, zwłaszcza gdy miał je nosić. Imponowała mu prosta i takie też ubrania wybierał dla siebie.  Jego ciemny wams tylko w kilku miejscach przeszyty został złotą nicią – kojarzoną od wielu lat właśnie z rodem Baratheonów. Zrzucił szybko aktualne ubranie, ciskając je na podłogę. Ubierając świeże i czyste ciuchy, wymruczał jakiś komentarz na temat ich niepraktyczności. Przed wyjściem z komnat poświęcił jedynie krótką chwilę na przejrzenie się w lustrze. Przewrócił oczyma, widząc siebie w eleganckim stroju. Zdecydowanie do niego nie pasował. Włosy na jego głowie żyły własnym życiem. Przeczesał je szybko ręką, polepszając ich stan tylko nieznacznie.
Leyton nie poświęcił jednak czasu na kolejne spojrzenie. Opuścił pokój, kierując się bezpośrednio do Sali Turniejowej. Z każdą chwilą przyjemna woń stawała się coraz bardziej wyrazista. Chłopak poczuł, jak ślina zaczyna intensywniej gromadzić się w jego ustach, zaś nieprzyjemny ucisk żołądka wzmaga się. Zręcznie ominął służkę, spieszącą zapewne po kolejny dzban wina. Zatrzymał się na parę sekund, aby objąć salę wzrokiem. Dostrzegł jedynie Orysa, lecz poza nim żadni goście nie zdołali dotrzeć. Tak wczesne pojawienie się najmłodszego z trzech braci mogło być zaskakujące. Punktualność nie zaliczała się z reguły do puli jego cech. Głód był wystarczającą motywacją, aby pojawić się o odpowiedniejszej porze.
- Witaj, bracie – rzucił, szczerząc zęby w uśmiechu. Zajął przynależne mu przy stole miejsce, porywając przy okazji ze stołu pajdę chleba ze smalcem. Nim ktokolwiek zdołał zwrócić mu uwagę, pochłonął już sporą jej część. Uczta nie zdążyła się tak naprawdę zacząć, ale to nie powstrzymało Leytona – Naszykowała się nasza służba. – dodał, gdy tylko zdołał przełknąć. Sala prezentowała się naprawdę niesamowicie. Wszystkie te bronie i trofea robiły wrażenie. Aż chciało się samemu wyruszyć na polowanie.
- Coś ciekawego słychać? – zapytał po chwili, aby jakoś rozpocząć rozmowę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
17
Join date :
01/05/2015

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Nie Lis 22, 2015 2:25 pm

Jeśli na świecie istniało coś, czego Rilla nienawidziła bardziej od wystawnych przyjęć, było to przygotowywanie sukni na te właśnie przyjęcia.
Miękki materiał z cichym szelestem przesunął się po rozgrzanej i pachnącej jeszcze po kąpieli skórze, gładko otulając biodra i ramiona, kryjąc plecy przed zimnym podmuchem powietrza wpełzającego poprzez szczeliny wokół okiennic, plącząc się wokół drgających nerwowo nóg i ściśle przylegając do nieładnie odznaczających się pod skórą obojczyków i linii płaskiego brzucha. Ciemnozielony jedwab był co prawda piękny i szykowny, ale Rilla znienawidziła go już od chwili, w której go ujrzała. Na tle jej niemalże skośnych oczu i poważnej twarzy każdy materiał wydawał się jej jedynie błazeńskim strojem, kolejnym pretekstem do obrzucenia jej przez inne damy szykownymi formułami wyrażającymi pełen słodyczy podziw, który tak naprawdę miał za zadanie jedynie grzecznie zamaskować zawiść co do stroju i pobłażanie co do jej prezencji.
Rilla poczuła nagle lekkie ukłucie w okolicach żeber.
-Wybacz mi, pani- jęknęła natychmiast starsza kobieta, natychmiast kurcząc się w sobie i pospiesznie odrywając obie ręce od pracy. W jednej z nich trzymała szpilkę; chwila nieuwagi najwidoczniej pokierowała tą właśnie drżącą dłoń nie w tą stronę, w którą należało. Rillę ubodło jednak nie samo ukłucie, chwilowe, bezbolesne i niewarte uwagi, które z pewnością umknęłoby jej świadomości, gdyby nie reakcja starej szwaczki. Pozwoliła sobie na lekkie zmarszczenie brwi; jeden drobny gest, burzący na chwilę gładkość czoła jak poruszenie tafli wody, dotychczasowo trwającej w niewzruszonym bezruchu. Czyżby prostaczkowie odczuwali przed nią aż tak znaczący respekt? Czy był to podświadomie zakorzeniony strach przed najbardziej niedostępną i odległą z rodu Baratheonów?
Rilla odetchnęła głęboko i wraz z wydechem wyrzuciła z siebie nagromadzone w mięśniach napięcie. To nic nie znaczyło. Czym była dla niej opinia ludzi dookoła? Mogła, jak powiew wiatru, zachwiać jej wewnętrzną równowagą, nie mogła jej jednak z niej wytrącić. Czoło ponownie wygładziło się, ciemne brwi ze skośnych linii przeobraziły się ponownie w dwa nieco ostre łuki, pąsowe usta wygięły się w nieznaczny uśmiech.
-To nic takiego.- I niech piekło pochłonie twoją tchórzliwość, kobieto.- Kontynuujmy, proszę.
Staruszka odetchnęła i szybko pokiwała siwą głową, powracając do przerwanej uprzednio pracy. Rilla zamknęła zaś jedynie oczy i lekko odchyliła głowę do tyłu, próbując zachować całkowity spokój. Kotłujące się wokół niej ręce i krępujący ją materiał sprawiał, że czuła się osaczona i z trudem powstrzymywała naturalny odruch ucieczki, buzujący pod skórą i pulsujący w żyłach wraz z krwią. Gorąco powoli spłynęło z jej głowy do piersi, nóg i rąk, wprawiając je w mimowolne drżenie i przyspieszając pracę szwaczki. Miękki jedwab owinął się wokół ciała młodej lady jeszcze dwukrotnie, zanim finalnie zdjęto miarę i w pośpiechu opuszczono jej komnatę. Z korytarza napływały już odgłosy krzątaniny między służbą i zapachy szykowanej uczty; ciężka woń aromatycznego mięsiwa, słodki zapach miodu i korzenne nuty przypraw. Rilla najbardziej jednak spragniona była wina; oby mocnego. I oby w godnych ilościach.
Jej skóra zdążyła już całkowicie ostygnąć po kąpieli, a aromatyczne olejki już dawno wsiąkły w czyste ciało. Pospiesznie wsunęła na siebie prostą suknię, odprawiając niedbale służące, która chciały jej w tym pomóc. Pozwoliła im jedynie ułożyć pachnące czystością włosy w miękkie fale, które odebrały jej twarzy odrobinę surowej ostrości upodabniającej ją do polującego drapieżnika. Dyskusyjna uroda była jej jedyną bronią... jedyną, którą mogła posługiwać się w miejscu publicznym, rzecz jasna. Jedynie Siedmiu wiedziało, jak sprawnie dzikie dziecko drugiego lorda posługiwało się myśliwskim nożem czy też nieco bardziej kobiecym zdobnym sztyletem.
Z cichym westchnieniem Rilla opuściła wreszcie własne komnaty, szybkim krokiem kierując się do sali turniejowej. Przybierający na sile bukiet zapachów mimowolnie przyspieszył jej krok; młoda lady obojętnie mijała kłaniającą jej się służbę, wyjątkowo nie zaszczycając uwagą również znajomych i od zawsze kochanych zamkowych ścian, obrazów i arrasów. Na większą jej atencję nie zasłużyli również strażnicy, którzy otworzyli przed nią wrota do sali, przez które weszła wyprostowana, już wolniejszym i bardziej dostojnym krokiem.
Pospiesznie omiotła wzrokiem wszystkie kąty pomieszczenia. Mimowolnie wygięła usta w pełnym wdzięczności uśmiechu, kiedy minęła ją służba niosąca dzbany z winem. Z równie wielką radością powitała pełne półmiski i talerze z mięsem i rybami, które kusiły już z daleka i sprawiały, że miała ochotę odrzucić wszelkie wpojone z wysiłkiem przez septę maniery, aby jak najszybciej opróżnić swój talerz i napełnić żołądek. Powstrzymała się jednak, przełykając jedynie gromadzącą się w ustach ślinę, i uśmiechem powitała dwójkę kuzynów. Zarówno dostojny Orys jak i nieco nieokrzesany Leyton tkwili jak cierń gdzieś w głębi jej duszy; oboje stali w końcu wysoko ponad nią w kolejce dziedziczenia, nie sprawiało to jednak, że kochała ich choć odrobinę mniej. Jeśli w całym Westeros istniało coś, co Rilla kochała ponad wolnością własną, był to jej ród i Ziemie Burzy.
-Dość skromny to początek jak na Twój apetyt, kuzynie- rzuciła cicho w stronę Leytona, w dalszym ciągu uśmiechając się delikatnie. W ciszy zajęła przydzielone jej miejsce i skinęła głową, kiedy podeszła do niej służąca dzierżąca dzban ze złotym arborskim. Nakazała spiętym mimowolnie mięśniom się rozluźnić i wzięła głęboki wdech.
-Jak miło jest Was widzieć- dodała, przemilczając fakt, że ich rzadkie widywanie się było zasługą głównie jej zamiłowania do samotności przeżywanej w lesie lub własnych komnatach. Upiła pierwszy łyk wina, mimowolnie uśmiechając się i z rosnącym zainteresowaniem oczekując na rozpoczęcie spotkania, które mogło rozstrzygnąć również o jej dalszych losach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Czw Gru 03, 2015 12:12 am

Naszedł dzień w którym cała rodzina Baratheonów miała w wspólnym gronie spotykać się w Sali Turniejowej. Na zewnątrz panowała już ciemność i tylko światło wydobywające się z komnat Końca Burzy dawało w okolicy jakiekolwiek oświetlenie. W komnacie Ottona panowało przyjemne ciepło które gwarantował ogień palący się w kominku. Zbliżał się czas rozpoczęcia uczty, więc Otton musiał się przygotować. Założył wams, ten sam który miał jakiś czas temu w Królewskiej Przystani, za to jego małżonka założyła suknię w barwach żółci i pomarańczy łącząc tym samym kolory rodu Baratheonów i Ashfordów. Uczta miała na celu także zebranie członków rodu by omówić sytuację i plan na zbliżającą się zimę. Pewnie będzie trwała aż do rana, a może i dłużej. Na szczęście ten rok minął na tyle spokojnie że można było przygotować się na nadchodzące mroźne dni. Najgorzej i tak będą miały rody z Północy i Dorzecza. Ziemie Burzy znajdowały się w południowej części królestwa i zima nie dawała w tym regionie o sobie aż tak wielkich znaków.
Przez jakiś czas Otton czuł w sobie radość z faktu iż na nowo będzie mógł ujrzeć twarze swoich kuzynów i kuzynek, a także rodzeństwa przy jednym stole. Przypominało mu to dawne czasy, kiedy to jeszcze nikt z nich nie przejmował się na zbytnio polityką. Wtedy nie było w Końcu Burzy miejsca które mogłoby się uchować przed gromadą młodych Baratheonów. Nie trzeba było być odpowiedzialnym za wszystkie czyny, a za karę najwyżej Pan ojciec spuszczał srogie lanie i na tym się kończyło, czego z resztą Otton nie raz doświadczył. Niestety obecnie pawie wszyscy musieli podróżować po Westeros w sprawach dalszej przyszłości silnej pozycji rodu.
Kiedy wraz z małżonką wszedł do Sali Turniejowej znajdowało się już tam dwójka jego kuzynów w raz z jego siostrą. Obecność Orysa nie zdziwiła go w najmniejszym stopniu, a wręcz był pewien że dziedzic zjawi się przed resztą członków rodu, ale tak wczesne przybycie Leytona było już pewną niespodzianką. Najmłodszy kuzyn Ottona nie traktował nigdy nazbyt poważnie takich spotkań, czemu z resztą Baratheon niezbyt się dziwił, każdego w młodości nie obchodziły sprawy tak nudne jak polityka, a raczej przygody i pełne korzystanie z darów życia. Bratanek lorda Końca Burzy też miał w przeszłości podobne odczucia, ale z wiekiem przyszły obowiązki i trzeba było zmienić swe podejście. To co jeszcze niedawno podczas wyprawy do stolicy mężczyzna odbierał jako jednorazowe poświęcenia chłopaka dla ojca było widocznie pierwszym krokiem do zmian w dojrzałego mężczyznę.
Adrilla natomiast była dla Ottona zawsze pewną zagadką. Już od najmłodszych lat był ciekawy co jego starsza siostra może robić w lesie bez wszelakiej ochrony. Przecież wszelkie polowania były zadaniem mężczyzny, a damy wolały jeździć z silnymi rycerzami którzy je bronią albo czytać nudnawe romanse… tak przynajmniej kiedyś sądził, ale wraz z wiekiem zrozumiał, że niektóre kobiety potrafią obejść się bez pomocy ochroniaży. Jego siostra na pewno byłą taką osobą, za co Otton zawsze cicho ja podziwiał. Była też ona pewnym zastępstwem za Dereka, który wcześnie opuścił Koniec Burzy udając się na wychowanie do lorda Evenfall Hall.
Miał nadzieję zobaczyć także Alwarda i Allyię oraz swego starszego brata – Dereka. Kuzyn Ottona raczej nie tracił okazji na których mógł popić i pojeść. Skoro miał się tu pojawić Aylward to było prawie pewne że wraz ze soją bliźniaczką, z którą od dziecka trzymali się razem.
Relacje Ottona z Derekiem natomiast zawsze były specyficzne. Starszy z braci od dziecięcych lat był na dworze lorda Tartha, ale Otton jako mały pięcioletni szkrab widział w bracie wzór, chociaż nigdy nie wiedział dlaczego tak go zapamiętał, zawsze tłumaczył to sobie, że starsze rodzeństwo z natury jest postrzegane jako jakiś przykład i symbol dojrzałości. Były to co prawda bzdury, ale jako dziecko myślało się w inny sposób. Otton dodatkowo zawsze czuł potrzebę zastąpienia brata, który przebywał w Evenfall Hall. Jego Pan ojciec pokładał w nim nadzieję i nie chciał posyłać kolejnego syna na inny dwór. Plotki jakie krążyły o matce Ottona i Dereku zawsze były drażliwym tematem i nie jeden nos został z tego powodu złamany.
- Witajcie, drodzy kuzyni! - powiedział zbliżając się do stołu, po czym podszedł do Adrilli – Oraz kochana siostro. – uściskał ją z uśmiechem na twarzy. Usiadł przy stole razem z małżonką i nałożył sobie pierwsze lepsze danie stojące najbliżej. Po chwili miał także kielich pełen pysznego arborskiego wina. Nie chciał najeść się zbytnio przed przybyciem reszty uczestników. Odnośnie jedzenia było go naprawdę sporo i nie wyglądało na to by z kuchni wyszły wszystkie potrawy. Otton spodziewał się że całego jedzenia starczy na całą noc, która nie była  o tej porze roku już najkrótsza. Przed opuszczeniem komnat liczył że wszyscy zbiorą się jak najszybciej, by przedyskutować naglące sprawy i móc wrócić do swoich sypialni, ale teraz mógł porzucić wszelkie myśli o wcześniejszym zakończeniu uczty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Sob Gru 05, 2015 12:50 am

Czas mijał nieubłaganie. Zdawało się, że tak niewiele czasu upłynęło od turnieju w Harrenhall i jego... następstw. Zaręczyny z Ophelią Tully były faktem, ale zaślubiny odwlekały się w czasie, Sybille stała się już w ogóle odległym wspomnieniem, do którego trudno było Derekowi wrócić. Żeby oczyścić umysł postanowił udać się w długą i, prawdę powiedziawszy, męczącą podróż. Rodzina niezbyt była z tego faktu zadowolona, ale cóż począć, gdy serce rwie, a podłamany Baratheon nie nadawał się do niczego poza sprzątaniem końskiego łajna w stajni. Zdawało się, że nie tylko umysł, ale też fizyczne sprawy dolegały młodemu Jeleniowi. Szczęka obita przez Freya czasem dawała o sobie znać i ni stąd, ni zowąd, przeskakiwała jak na żądanie. No, bardzo śmieszne, panie, bardzo śmieszne. Uśmiechanie się też nie dawało mu tyle, co dawniej, choć zębów podczas wspomnianego pojedynku nie utracił. Może trochę rozumu, ale jego nigdy nie miał jakoś specjalnie wiele. Inna sprawa, że po prostu musiał się nieco podszkolić w opanowywaniu swojej brawury, która kilkukrotnie omal nie doprowadziła go do utraty zdrowia, życia lub honoru (ewentualnie wszystkiego naraz, zważywszy na choleryczne usposobienie naszego bohatera). Czas więc, by zaczerpnąć nieco innego powietrza, który być może oczyści umysł, ducha i ciało.
Jego wybór padł na Braavos. Wolne Miasto słynące ze wspaniałego kolosa i rozwijającego się handlu, a także dość interesujących tradycji poruszało wyobraźnię. Czuł, że gdy tam odpłynie, będzie miał trochę czasu na bezpieczne ułożenie myśli. Poznawanie miasta z perspektywy szlachcica było jednak w jakiś sposób niepełne. Derek ustalił ze swoimi przybocznymi, że tym razem da się ponieść tłumowi i stanie się jednym z prostych ludzi, którzy przybyli do Braavos. Wmieszanie się w tłum nie zawsze szło dobrze z mieszkiem pełnym jeleni i smoków, więc znaczna część znalazła się w depozycie Żelaznego Banku. Tak na wszelki wypadek, gdyby nagle zechcieli sobie stąd odpłynąć. Odpoczynek od bycia Baratheonem dał mu trochę czasu na odseparowanie się od nękających go myśli. Mógł zająć się zwykłą pracą i odwiedzaniem zakamarków, które w pewnych warunkach byłyby nie do odkrycia. Przy okazji uczył się starovalyriańskiego - mowa powszechna, choć dość częsta w tych kręgach, nie dawała pełni możliwości. Z początku Derek, Felix i Remus udawali marynarzy, tym bardziej, że mieli już doświadczenie z okrętami - tamci dwaj nieco większe niż młody Baratheon, ale ten był chętny do nauki i pogłębiania wiedzy dotyczącej tej dziedziny. Liznął wszystkiego po trochu. Potem po prostu zajęli się ochroną jednego z kupców, aż, po skończonej robocie i nudzie, jaka doskwierała im u boku jednego tylko pracodawcy, zostali najemnikami. Kręte uliczki Braavos wciąż kryły przed nimi szereg tajemnic, ale nie wydawały się one już tak niedostępne, jak na początku wyprawy. Czy zabijali ludzi? Niekoniecznie. Trudno być najemnikiem i zawsze trzymać się prawa, czasem więc obijało się czyjeś lica, by potem samemu dostać po fizys.
Dlaczego wracał, skoro tam było mu tak dobrze? Sam zadawał sobie pytanie, gdy wracał na łódź płynącą w kierunku Królewskiej Przystani. Stamtąd Derek zamierzał udać się konno do Końca Burzy i wreszcie zobaczyć z bliskimi. To prawda, że wszyscy Baratheonowie byli ze sobą mocno związani. Gdyby nie to, że los rozsiał ich po różnych krańcach Westeros i Essos, pewnie mogliby przebywać ze sobą przez cały czas. Ileż to już czasu nie widział się z Orysem, Ottonem, Aylwardem, Leytonem, Allyą i wreszcie swoją ukochaną siostrą Adrillą? Z jednej strony spotkanie z krewnymi dawało mu radość lecz z drugiej przypominało o przykrym obowiązku, który nałożył na niego lord, jego stryj. Miał służyć rodzinie, tak go uczono i zamierzał wypełnić powierzone mu zadanie. Zarówno Felix jak i Remus mówili, że przecież nie może być tak źle. Panna Tully pewnie bała się tak samo, jak on i pewnie przy bliższym spotkaniu okaże się ciepłą, dobrą kobietą. Szkoda tylko, że nie była Sybille Tarth. Na to żaden z nich nie mógł nic poradzić. W czasie gorszych dni Derek rozważał, czy nie powinien sprzeciwić się woli rodziny i ogólnego porządkowi, czy nie powinien porwać Szafirowej Damy i zachować ją dla siebie. Potem jednak nadchodził czas opamiętania - skalałby jej honor. Nie obchodziło go to, co mogło stać się z nim, ale fakt ewentualnego skrzywdzenia tej kobiety równał się dla niego z odrzuceniem wszystkiego, co było w nim jeszcze dobre. Z odrzuceniem samego siebie. Życzył jej w końcu jak najlepiej i miał nadzieję, że będzie szczęśliwa. Skoro on nie mógł tego szczęścia jej dać, liczył na starania kogoś innego.
Przybycie do Końca Burzy z dwojgiem kompanów obyło się bez zbędnej pompy. Po prostu wjechali, jak gdyby nigdy nic, zsiedli z koni, oddali je służbie pod opiekę, Derek pożegnał się ze swoimi kompanami i ruszył czym prędzej do sali turniejowej. Listy wysłane do Braavos mówiły jasno - zjaw się jak najprędzej, dołącz do nas. Zastanawiał się, jak długo leciał kruk i czy przypadkiem rzekome spotkanie już się nie odbyło. Na dziedzińcu działo się niemało ze względu na przyjazd chorążych. Sam Derek zastanawiał się, po co wszyscy mieli się zebrać, co za tym stało. Czyżby Ziemiom Burzy znów coś groziło? Czy nadchodziła kolejna wojna? A może po prostu wszystkim zaczął doskwierać dojmujący chłód, zapomniany w tych stronach? Może Starkowie chociaż raz będą mieli rację. Nadchodziła zima.
Nie było czasu nawet, by się przebrać. W takim stroju, w jakim zsiadł przed kilkoma chwilami z konia, ruszył przez korytarze Końca Burzy. Znał to miejsce jak własną kieszeń, teraz jednak zdawało mu się dziwnie obce, nieprzyjemne, jakby odrzucało jego obecność. Może ten rok nieobecności sprawił, że miał się już czuć jedynie jak gość w twierdzy, którą kochał całym sercem? Część służby patrzyła na niego z nieukrywanym zainteresowaniem. Nie widziano go tu wszak już przez bardzo długi czas. Derek nie mógł powiedzieć, że lubił czuć na sobie wzrok kogokolwiek. Wciąż miał wrażenie, że jest nieustannie oceniany za to, jak wygląda i jak się zachowuje. Braavos dało mu trochę okazji do tego, żeby "zdziczeć" - tam nikt go nie poznawał, mógł stać się kompletnie innym człowiekiem. I troszkę się stał; być może dlatego teraz nie czuł się zbyt dobrze w murach rodzinnego zamku Baratheonów.
Miał nadzieję, że do sali wejdzie niezauważony. Może większość lordów już się zebrała i stworzy coś na zasadzie sztucznego tłoku w komnacie. Zawsze można było chociaż mieć taką nadzieję. Tymczasem, gdy otworzył bramę, okazało się, że na sali znajdują się głównie Baratheonowie - Adrilla, Otton, Leyton i Orys. Cóż, niezbyt wielu, ale przecież mieli czas. Nagle Derek poczuł jednak w swoim gardle gulę, która wędrowała powoli do góry. Narastający strach. Przed czym? Sam nie potrafił ocenić. Dlaczego bał się w najbezpieczniejszym miejscu wśród bliskich mu ludzi? Być może był to strach przed niespełnionymi oczekiwaniami. Czasem mówił sam do siebie, że uciekł do Braavos przed odpowiedzialnością. Uciekł przed spoglądającymi na niego oczyma, które na pewno żądały od niego prędkiej odpowiedzi oraz odpowiedzialności. Miał również wrażenie, że nie minęło przecież tak dużo czasu, a każdy ze zgromadzonych tu Baratheonów wydawał mu się inny od osoby, którą pamiętał sprzed podróży. Z drugiej strony mogła to być jedynie ułuda, wszak nie widział ich przez spory kawał czasu, mógł zapomnieć, jak wyglądali. Teraz patrzył na nich trochę jak wystraszone zwierzę, ale siedzący w nim Jeleń nakazał mu zwalczyć zwątpienie i jak najszybciej się przywitać.
- Wróciłem - mruknął pod nosem. Więcej śmiałości, gamoniu, to ludzie, którzy zrobiliby dla ciebie wszystko. - O niczym tak nie marzę jak o kielichu pełnym wina i czymś zjadliwym. Myślałem, że podróż z Królewskiej Przystani tutaj trwała wieki.
Przez moment zastanawiał się, czy w ogóle pytać, po co się tu właściwie cała ta gawiedź zebrała, ale chwilowo sobie tego oszczędził. Wiedział, że ten temat prędzej czy później zostanie podniesiony. Derek postanowił jeszcze przywitać się z każdym z osobna. Najpierw podszedł do swojej siostry, Adrilli, i ucałował ją w dłoń. Wypiękniała. Z każdym dniem stawała się coraz piękniejsza. Dziwił się, że żaden kawaler jeszcze nie okazał się na tyle odważny, by poprosić ją o rękę... z drugiej strony jednak młody Baratheon mógł być mocno nie na czasie z takimi wieściami. Potem wymienił uścisk dłoni ze swoim bratem, a także młodszym kuzynem, Leytonem. Na koniec został mu w tej chwili Orys, którego również przywitał uściskiem ręki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Sob Sty 02, 2016 5:48 pm

Jako Lord Baratheon występuje Elstan Tyrell!

Czas w Końcu Burzy płynął powoli – przetaczał się przez zamkowe mury leniwie niczym potężna rzeka tuż przed ujściem do słonych wód morza. Choć wojna z Dorne dawno dobiegła końca, złotymi zgłoskami zapisując na kartach historii zwycięstwo rodu Baratheon, nadchodząca zima stanowiła kolejny czynnik, który mógł spędzać sen z lordowskich powiek. Dni stawały się coraz krótsze, na morzu jesienne sztormy od tygodni utrudniały żeglugę, ostatnie plony zaś nie były tak bogate, jak początkowo zakładano. Nic nie wskazywało jednak na to, by Lord Harbert Baratheon miał powód do szczególnych zmartwień – wszak w zamku od dawien dawna gościły niemal wszystkie jego dzieci, podobnie jak równie bliscy lordowskiemu sercu bratankowie oraz bratanica. Dzisiejszy dzień należał do szczególnie spokojnych, co zdawała się potwierdzać nawet pogoda – za oknem przez ciężkie chmury nieśmiało przebijało się słońce, barwiąc zamkowe mury głębokim złotem.
Serce Lorda radością wypełniała myśl o wieczerzy, którą spożyje wspólnie ze swymi najbliższymi – i choć myśli uciekały ku nieobecnemu w zamku Aylwardowi, nic nie mogło zakłócić tego szczerego, ciepłego uradowania. Późnym popołudniem, gdy powoli przewracał karty starej, nieco zakurzonej księgi traktującej o tradycjach Lorath, w dzień Harberta Baratheona wkroczyła jego małżonka: Lady Rhaelle wtargnęła do komnaty Lorda i niemal natychmiast uderzyła w niego zaskakującym pytaniem.
Jaką suknię powinnam dziś ubrać?
Powstrzymując rodzący się w piersi śmiech, Lord Końca Burzy uniósł wzrok znad księgi, najwyraźniej nie robiąc sobie nic z faktu, iż sam odziany był jedynie w starą, wygodną koszulę i bawełniane spodnie. Spojrzał na swą małżonkę ciepło, ufnie, jak patrzy się czasem na dziecko, które twierdzi, że już umyło ręce. Uwierzyć? Czy użyć władzy rodzicielskiej? Żołnierski, wypielęgnowany wąs drgnął w grymasie niedowierzania czy też ironii, po czym Lord odparł:
- Nadobnej kobiecie we wszystkim do twarzy
i powrócił do lektury, jedynie kątem oka zauważając, jak Rhaelle Baratheon opuszcza komnatę z dumnie wyprostowanymi plecami… oraz mimowolnym uśmiechem w kącikach ust. Harbert pokręcił głową delikatnie, przez te kilka chwil czując się niczym liczący dwadzieścia dni imienia młodzieniaszek, gdy to niepewnie smolił cholewki do córy Lorda Conningtona (cóż to było za dziewczę, płomień, nie kobieta!). Ostatnimi czasy coraz częściej rozpamiętywał przeszłość, z niejakim trudem odnajdując się w teraźniejszości – mógł dziękować jedynie Bogom, iż przy jego boku czuwał najstarszy syn, który z cierpliwością godną jedynie ojców po raz kolejny tłumaczył aktualnie omawiany problem.
Dziś jednak nie mieli zajmować się polityką – przynajmniej zaś nie tą zakrojoną na olbrzymią skalę, ciężką niczym głaz i oślizgłą jak ostryga. Dziś, właśnie dziś, Koniec Burzy wypełnić miał się ciepłem promieniującym z kominków i rozkoszną wonią unoszącą się znad gorących potraw. Już późnym popołudniem Lord wezwał do siebie służbę, by odziała go w zawczasu przygotowany strój: na jasny wams zarzucony został czarny płaszcz z sobolej skóry, pierś zaś zdobił złoty łańcuch zwieńczony medalem w kształcie jelenia. Poza tą ozdobą, Harbert nosił jedynie rodowy pierścień na serdecznym palcu prawej dłoni, co i tak jawić mogło się jako zbędna (zwłaszcza w tym wieku) strojność. Przemierzając korytarze rodowego zamku, Lord dokładnie odliczał kroki – pomimo upływu lat rachunek pozostawał nierozstrzygnięty: było ich dwieście piętnaście, dwieście szesnaście czy dwieście siedemnaście? Tym razem Lord doliczył do dwustu, gdy otworzony przed nim drzwi sali turniejowej i kolejne szesnaście, nim dotarł do szczytu stołu, gdzie też od blisko trzech dekad zajmował honorowe miejsce.
- To zbyt piękny wieczór, by nie napić się wina – rzucił z głębokim westchnięciem Lord Harbert, zasiadając na rzeźbionym, obitym atłasem krześle. Sługa, który napełniał kielich Baratheona seniora, nie mógł powstrzymać uśmiechu – dokładnie tymi słowami Lord rozpoczynał każdą ucztę, na której dopisywał mu wyjątkowo dobry humor. – Czegóż stoicie, dzieci? Ładnie to wypominać mi w ten sposób wiek? – Harbert uśmiechnął się zawadiacko, zupełnie tak, jakby ponownie liczył dwadzieścia pięć dni imienia i w każdej chwili miał ruszyć na podbój królestwa. Po jego prawicy wciąż pozostawało puste miejsce Lady Rhaelle, która doskonale wiedziała, iż najlepsze wrażenie wywrze, jeśli odrobinę się spóźni.
- Dereku, jak minęła droga ze stolicy? – Lord uniósł kielich do ust, kierując jasnoniebieskie spojrzenie na najstarszą latorośl swego brata – pytanie, choć zadane nagle, zawierało w sobie wyraźną nutę życzliwości, którą dodatkowo przyprawił kwaśny, wyborny smak wina. – Czy w okolicach Haystack Hall wciąż działa karczma „Pod Kłem Dzika”? Pieką tam najlepsze pasztety z zajęcy w całym królestwie, Bogowie, oddałbym rękę Allyi za tamtejszy przysmak! – Harbert zaśmiał się cicho, dostrzegając zaskoczenie na twarzy Orysa, nikomu nie dał jednak szans na kontratak, bowiem kolejne uderzenie spadło równie niespodziewanie, co pierwsze. – Chleb ze smalcem też mają niczego sobie, posmakowałby Ci, synu – tym razem wzrok Lorda padł na najmłodszym owocu jego lędźwi – Leyton wciąż trzymał w dłoni dowód swego drobnego występku, wywołując na ustach ojca uśmiech.
- Adrillo, powinnaś wziąć przykład z kuzyna, każdego dnia jawisz mi się coraz szczuplejsza – Lord Baratheon zmarszczył nieznacznie brwi, niby to w grymasie nagany, pod którym krył się cień niemal ojcowskiej troski – tym samym spojrzeniem obdarzył młodą małżonkę Ottona, który również nie zdołał uniknąć lordowskich spostrzeżeń.
- Co prawda smalec nie wzmaga płodności, ale któraż kobieta lubi kochać się, gdy jest głodna? – Harbert uśmiechnął się lekko, doskonale wiedząc, iż właśnie tego się po nim spodziewano: napomknięcia o przedłużeniu linii rodu… z prawego łoża, należy dodać. - Rhaelle potwierdziłaby me słowa… gdyby tylko już do nas dołączyła, co uczyni z pewnością, bez obaw! Nim jednak do tego dojdzie, proponuję, byśmy się w końcu napili.
Ot, właśnie tak rozpoczął się ten wieczór – z delikatną, cichą muzyką bardów tle, rozkoszną wonią potraw w powietrzu oraz smakiem złotego, arborskiego wina na języku.

    Kolejność odpisywania wciąż pozostaje dowolna – poinformuję Was, gdy kolejka się ustabilizuje, tymczasem miłej zabawy ciąg dalszy! (do czasu, do czasu)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Nie Sty 31, 2016 6:48 pm

Wino jest obdarzone mową. Przecież każdy o tym wie. Wystarczy rozejrzeć się wokół. Spytać wyroczni na rogu ulicy; nieproszonego gościa na przyjęciu weselnym; świętego szaleńca. Winobgada. Niczym brzuchomówca. Przemawia milionem głosów. Rozwiązuje języki, radośnie wyciąga z ciebie tajemnice, których nigdy nie zamierzaliśmy nikomu zdradzić, których istnienia nawet nie byliśmy świadomi. Wino krzyczy, peroruje bombastycznie, szepcze łagodnie i słodko. Opowiada o wielkich sprawach, cudownych planach, tragicznej miłości i straszliwej zdradzie. Zaśmiewa się do nieprzytomności. Cicho chichocze pod nosem. Szlocha w konfrontacji z własnym odbiciem. Przywraca do życia dawno minione gorące, letnie miesiące i wspomnienia, o których najlepiej byłoby zapomnieć. Każda butelka to delikatny aromat innych czasów, innych miejsc; każda – od najbardziej plebejskiego do arystokratycznego z Arbor, rocznik 242 – jest pokornym cudem. Magią dnia powszedniego, jak zwykł mawiać Aylward. Transmutacją podstawowego, organicznego surowca w tkankę, z której utkane są marzenia. Alchemią dla laika.
Orys Baratheon często zamykał się w świecie posępnych rozmyślań i o jakimkolwiek temperamencie nie było już mowy. Nigdy nie działał pod wpływem impulsu. Nigdy nie okazywał gniewu, nie tracił nad sobą panowania. Jego wypowiedzi nie cechowała ani nad wyraz błyskotliwa inteligencja, ani intrygująca szorstkość. I nawet nadmierne picie alkoholu – jedyny wybryk, który się jeszcze ostał z przeszłości – wydawało się teraz śmieszne w jego wydaniu; przypominał w tym człowieka obsesyjnie upierającego się przy noszeniu groteskowo niemodnych ubrań z okresu swej młodości. Większość czasu spędzał pochylony nad księgami bądź zbyt zajęty rozplątywaniem grubych, marynarskich splotów na pokładzie własnej galery – jawił się wtedy jakoby zamknięty w zaklętym kręgu swego życia. Choć oczywiście, przychodziły momenty, gdy wychylał się niepewnie ze swej skorupy morskiego małża i rozglądał po otaczającym go świecie z nieodmiennym zdziwieniem.
Czasami sądził, że nie powinien pić tak wiele.
Innym razem uważał, że pije za mało.
Fakt pozostawał jednak faktem – nawet tutaj, w gronie najbliższej rodziny, musiał rozważnie brać kolejne łyki złocistego, arborskiego trunku, uśmiechając się lekko do najmłodszego brata, do umiłowanych kuzynów i nareszcie do kuzynki, która z każdym dniem jawiła mu się coraz piękniejsza (bez względu na to, co mówił jego ojciec). Nawet Harbert Barateon – ostatnimi czasy szczególnie odczuwający choroby wieku starczego, dziś zdawał się pełen wigoru, tej pierwotnej żywotności, jakie posiadać może wyłącznie…
Wino jeżynowe.
Zuchwałe, pełne treści, radosne i odrobinę zawadiackie, z pikantnym posmakiem czarnej porzeczki – tak określał je w myślach Orys i właśnie takim jawił się dziś Lord Końca Burzy. Choć, oczywiście, pod wieloma względami pan ojciec znacznie różnił się od alkoholowego trunku (Bogom niech będą dzięki). Zajmując swe miejsce, dziedzic Burzy wpatrywał się w rodziciela, choć jego wzrok raz za razem uciekał w stronę kielicha, który lśnił zachęcająco w blasku licznych świec oraz kandelabrów. Słowa Lorda odbijały się od jego umysłu niczym od kamiennej ściany, zaś myśli już wymykały się poza salę rycerską, choć uczta jeszcze nie rozgorzała na dobre. Słowa o Allyi co prawda wywołały na ustach Orysa uśmiech, mimo to nie potrafił wyzbyć się wrażenia, że w powietrzu wisi coś ciężkiego, na swój sposób niepokojącego – zupełnie jak unoszący się znad płonącego, mokrego drewna sosnowego gryzący dym.
Przez krótką, irracjonalną chwilę dziedzic Burzy pomyślał, że dornijski książę postanowił pożegnać się z rodem Baratheonów w tak właściwy sobie sposób – sposób, który Aylward dotkliwie odczuł na własnej skórze i który niemal nie doprowadził do jego śmierci.
Trucizna?
Na Bogów, dorosły mężczyzna obawiający się skrytobójstwa w murach zamku, który od trzydziestu lat jest jego domem i tym samym najbezpieczniejszym azylem? Komedia sama w sobie.
Orys pokręcił lekko głową, podnosząc wzrok na Dereka – doskonale wiedział, że spośród wszystkich obecnych przy stole to właśnie z nim najprędzej odnajdzie tę niewerbalną, niemal mistyczną nić porozumienia, dzięki której będzie mógł rozwiać własne wątpliwości…
… choć mogło to nastąpić w znacznie mniej sprzyjający sposób, niż tego pragnął – Lord Baratheon bowiem już unosił kielich w górę, wznosząc toast. Orys bezwiednie podążył za jego przykładem, podrywając puchar ze stołu i przysuwając go do ust – chwila wahania w tym wypadku mogła okazać się kroplą, która przeleje przysłowiową czarę… zaś na to dziedzic Burzy nie mógł pozwolić.
Upił łyk z niemal desperacką determinacją.
Było w tym coś heroicznego, zupełnie jakby w kielichu miał smołę, nie zaś wyborne, złote wino z Arbor – przez kilka pierwszych uderzeń serca w napięciu czekał na choćby najmniejszą oznakę złego samopoczucia, ale…
… nic takiego nie nastąpiło.
Nie było trucizny. Nie było iście dornijskiego pocałunku śmierci. Nie było najmniejszych powodów do obaw. Jedyne, co mogło czekać Orysa w tej sali, to upragniona obecność bliskich i… niemal paraliżujące, nieprawdopodobne poczucie bezpieczeństwa, które spłynęło na niego błogą falą wraz z rozlewającym się w żyłach alkoholem.
Świat nie zna wspanialszego uczucia!
- Kuzynie – dziedzic Końca Burzy pochylił się nieznacznie ku Derekowi, za wszelką cenę starając się zignorować niebiańską woń pieczonej w jabłkach kaczki. – Jak się mają sprawy w Riverrun? Nie mieliśmy ostatnio wieści o Oph… o Twej narzeczonej. – lekki grymas przemknął po ustach Orysa, gdy wypowiedział ostatnie słowo – zdawało się, iż temat ożenku jest dla niego poniekąd tematem tabu, wszystko zaś przez powstałe na Zachodzie komplikacje. Zdawało się, iż Casterly Rock po śmierci Maureen Lannister wystąpi z kolejną propozycją mariażu, jednak Lwy ze Skały milczały jak zaklęte, w jednych budząc zwątpienie, w innych zaś… poirytowanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Wto Lut 02, 2016 12:02 am

Braavos nauczyło go paru rzeczy. Między innymi pokazało, że Koniec Burzy naprawdę szanował wina znajdujące się w jego piwnicach. Wspominał dobrze ich smak, kojarzący się z przyjemnym, rześkim powietrzem krain jego dorastania. Dość ciekawym było, że trunek, który pochodził z Arbor czy Dorne, nabierał w zamkowych piwnicach posmaku charakterystycznego dla miejsca jego aktualnego przebywania. Ciekawe, czy znawcy winnic z całego Westeros potrafili ocenić te niuanse podczas kosztowania alkoholu. Może tak naprawdę niespecjalnie obchodziło ich to, o czym myślał aktualnie Derek, wpatrując się w przechylany dzban, z którego popłynął gwałtownie strumień złotego arborskiego. Kielich zapełnił się do połowy, kiedy jego właściciel pokazał, że na razie wystarczy. Chciał posmakować znów Ziem Burzy. Nie ohydnego, deszczowego Braavos, ani kwaśnej królewskiej domeny.
Derek zajął miejsce obok Orysa, gdy wszyscy zasiedli już do stołu. Lord Harbert wydawał się emanować dobrym humorem. Możliwe, że radość sprawiło mu któreś z jego dzieci, nikt jednak o niczym nie mówił. Poza tym... gdzie Aylward? To pytanie wciąż krążyło w głowie Dereka. Allyi też ni widu, ni słychu. Czyżby bliźniaki szykowały dla nich jakąś niespodziankę? Z jednej strony brzmiało to niedorzecznie, z drugiej jednak, Derek zdawał sobie sprawę z możliwości tych dwojga. Nie widział ich już tak długo, że odnosił wrażenie, jakby zaraz mieli wyskoczyć zza któregoś gobelinu, krzycząc jakieś niedorzeczne rzeczy lub ogłaszając, że on jest w ciąży, a ona właśnie wychodzi za mąż za jakiegoś szacownego lorda. O ile Allya i zamążpójście nie były zbyt prawdopodobną parą, o tyle Aylward w ciąży... stop, dziewczyna w ciąży z Aylwardem na pewno należała do tej bardziej prawdopodobnej części niespodzianki. Nie należał jednak już do tego zestawienia usidlony Aylward. Niegdyś krążyły plotki o jego romansie z królewską żoną, potem miał nastąpić ślub z Aryaną, ale Starkówna zmarła szybciej niż dane było jej stanąć na ślubnym kobiercu. W każdym razie brakowało tych dwojga na sali.
Lord Harbert, wyraźnie ucieszony jednak obecnością tak licznej familii, postanowił zabrać głos i uświadomić Dereka, że powinien opowiedzieć co nieco o swojej podróży. Przynajmniej tej od Królewskiej Przystani do Końca Burzy. Braavos powinien sobie darować, przynajmniej na razie, kiedy nie mieli długich godzin na omawianie jego przygód. Uśmiechnął się, słysząc wspominki dotyczące pewnej karczmy w okolicy Haystack Hall.
- Podróż na szczęście spokojnie, stryju. Nikt niepowołany nas nie zatrzymywał, a moi ludzie powstrzymali swoje zapędy zaglądania do każdej przydrożnej karczmy. Inaczej wróciłbym tu dopiero za kilka księżyców - oznajmił żartobliwie. - Zdaje mi się, że przejeżdżaliśmy obok, ale, niestety, nie udało mi się skosztować pasztetów, o których wspominasz. Mam nadzieję, że Siedmiu pokieruje mnie jeszcze kiedyś w tamte strony i wtedy chętnie przekonam się o ich wybornym smaku.
Kiedy lord Harbert wspomniał o szczupłości jego siostry, przyjrzał się jej uważnie. Owszem, może nie była pulchna, ale nie wydawała się być też chuda... choć może jego standardy przez ostatni czas uległy mocnej zmianie. Cieszył się za to, że widzi swojego brata i kuzynów w dobrym zdrowiu. Orys może z początku wydawał się być nieobecny duchem, jednak w końcu dołączył do towarzyskiego kręgu, zadając pytanie, którego tego dnia Derek miał nadzieję uniknąć. Niepotrzebnie się jednak łudził. Jeśli nie Orys, to zapytałaby o to Adrilla lub stryj. Długa nieobecność pozwoliła mu na pogodzenie się z losem lub raczej na odesłanie w niepamięć wszystkiego, co kojarzyło mu się z ożenkiem. Awanturnicze życie bardzo sprzyjało podobnym rozwiązaniom. Zastanawiał się czasem, czy nie dołączyć do Aylwarda na Pograniczu, tym samym odpychając wizję zaślubin o kilka księżyców dalej. Blednące wspomnienie o Sybille Tarth wciąż dawało mu jakiś cień nadziei, ale zadawało również ból. Podtrzymywanie tego płomienia nie było trudne, ale z pewnością bolało ze względu na rzeczywistość. O dziwo, nie otrzymał chyba żadnych listów z Riverrun. Miał wrażenie, że powinny pojawić się jakieś wieści dotyczące choćby zapowiedzi ślubnych, nic takiego jednak się nie wydarzyło. Możliwe, że Pstrągi zajmowały się teraz poważniejszymi problemami niż wydanie za mąż starszej córki.
- Również nie mam żadnych wieści - odparł, starając się zachować spokój, który przecież powinien go cechować po tak szalonej podróży. - Moje wojaże skutecznie odgraniczyły mnie od Westeros i tutejszych spraw. Chciałem jakoś wykorzystać ostatnie dni wolności, zdziwiony jednak jestem brakiem listów z Riverrun. Sam napiszę w dogodnym momencie.
Zastanawiał się, czy Orys także nie dostał może w międzyczasie jakiejś propozycji. Bardziej jednak interesowała go inna rzecz, o którą musiał zapytać.
- Trystane Martell jest już na wolności? - Pochylił się nieco, żeby dokładnie widzieć fizys swojego kuzyna. Truciciel, ta wstrętna żmija mogła znajdować się już poza ich zasięgiem, ale taka chyba była umowa i nie można było nic na to poradzić, nieprawdaż? Upił łyk wina, rozprowadzając je potem po całym kielichu. Czuł lekki głód. Przydałoby się coś przekąsić. Takie małe co nieco.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
17
Join date :
01/05/2015

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Nie Lut 07, 2016 2:01 pm

Niepokój.
Niepokój lub coś niezwykle do niego zbliżonego; coś, co sprawiało, że puchar w jej dłoni drżał nieznacznie, wywołując cichy chlupot wina o jego brzegi. Coś, co jak setki, ba!, tysiące igieł tkwiło tuż pod powierzchnią jej skóry, będąc nieznośnie lodowatym kontrastem w stosunku do przepływu gorącej krwi i wywoływało uporczywe swędzenie, na które nie istniało żadne remedium. Coś, co czyniło jedwabną suknię możliwie bardziej niewygodną, a jej gorset jeszcze ciaśniejszym. Z trudem łapała powietrze; nieelegancko i w sposób wybitnie nieprzystający damie czerpała je jak ryba przemocą wyciągnięta z wody na nieprzyjazny brzeg. Zagubiona i obca, miotała się na obcej mieliźnie, próbując uspokoić szalejące myśli zwyczajowym, bezpiecznym chłodem, który pojawiał się w niej znacznie częściej niż dobre i kojące ciepło.
Wystarczyło przecież oddychać. Wystarczyło nie myśleć o niczym, tylko o trzymanym kielichu wina i o wypolerowanej starannie powierzchni talerza, w którym odbijała się jej zniekształcona, pobladła twarz. Tylko tyle i aż tyle, a potem już spokojnie, spokojnie. Nie istniały wszakże żadne powody do lęku, była bezpieczna we własnym rodzinnym gronie, we własnym stadzie, które witała z promiennym uśmiechem. Uścisk Ottona, Ottona o dobrym sercu i szczerych intencjach, sprawił, że pozwoliła sobie na rozluźnienie napiętych nerwowo mięśni. Podobnie uspokajający był zresztą widok drugiego z braci.
Pozwoliła sobie zapomnieć na chwilę o wymogach etykiety, jakie obowiązywały damę (ha!, Bogowie; zupełnie tak, jakby wymogi etykiety kiedykolwiek wzbudzały w niej większe zainteresowanie niż rozgniatany czubkiem pantofelka robak), i podniosła się z miejsca, z uśmiechem igrającym na ustach pozwalając ucałować się w rękę.
-Wróciłeś- potwierdziła mimowolnie, przechylając lekko głowę. Zmienił się, i niech Matka ma go w swojej opiece; coś w jego rysach się zmieniło, wyczuwała tę zmianę tak wyraźnie, jakby pojawiła się na jej własnej twarzy. Nie różnili się wszakże od siebie tak znacząco; ciemnowłosi, jasnoocy i o regularnych rysach twarzy.- Braavoski Tytan musiał Ci sprzyjać.
Tylko i aż tyle; najczulsze słowa powitania, jakie była w stanie wypowiedzieć bez wzbudzania w sobie wewnętrznego sprzeciwu. Tylko i aż tyle. Niewielki wysiłek, bo przecież za nim tęskniła, tego jednego była pewna. Być może lwy były domeną dumnych Lannisterów, ale nie była w stanie odmówić im racji, szczególnie lwicom, które z tak wielką czcią dbały, aby ich stado bezpiecznie powróciło do domu.
Ostatecznie atak w grupie był skuteczniejszy niż atak samotnej jednostki.
Uśmiechnęła się również do wchodzącego stryja, prawie całkowicie beztrosko, a przynajmniej zupełnie szczerze, choć wraz z jego wejściem dziwny niepokój powrócił. Jak gorzkie zioła niszczył subtelny posmak wina, który próbowała zatrzymać na skrzywionych lekko wargach; subtelny aromat słodkich winogron i rozkosznie pikantnych przypraw niknął jednak, rozpływał się na języku już w momencie, w którym się na nim pojawił. Zmarszczyła gniewnie brwi, rozczarowana samą sobą, próbując odnaleźć w sobie źródło złego samopoczucia i zabić je, zdusić, zgnieść, dokładnie tak, jak przywykła czynić ze wszystkimi nieproszonymi emocjami. Źródło niepokoju ulatniało się jednak równie szybko, jak smak wina, wymykając się spoza jej zaciskanych gniewnie palców, i pozostawiając jej jedynie pogodzenie się z faktem jego istnienia. Czy powodowała go nieobecność Allyi, czy nieobecność Aylwarda, czy niespodziewana żywotność stryja lub wyczekiwanie na nagłe wieści?... Nie wiedziała.
A niewiedza ta doprowadzała ją niemalże do skraju wytrzymałości.
-Ty zaś, stryju, jawisz mi się każdego dnia coraz bardziej łaskawym- odparła jedynie cichym głosem, odnajdując wzrokiem spojrzenie ciepłych, mądrych oczu lorda Baratheona. Kącik jej ust zadrgał, lekko unosząc się do góry, kiedy postanowiła uznać uwagę za komplement.- A moje szwaczki coraz dokładniejszymi. Na tyle dokładniejszymi, żeby zaszywać moje suknie coraz to ciaśniej, aby ukryć to, co po każdej uczcie ukryć należy.
Zaraz po tym opuściła wzrok, zawieszając spojrzenie gdzieś w okolicach złotej ramy wiszącego naprzeciwko niej obrazu, żeby ukryć lekkie, mimowolnie jakby zmarszczenie brwi. Jej szwaczki stawały się być może nie dokładniejszymi, lecz bardziej uważnymi, strofującymi ją niemalże matczynie, kiedy jej talia stawała się coraz węższą i kiedy obojczyki wyraźniej zarysowywały się pod jasną skórą. Nie przykładała jednak większej wagi do ich słów; wędrówki po lesie i jazda konna nie mogły wszakże sprawić, żeby nabrała tych przyjemnie okrągłych kształtów, na widok których stajenni z podziwem wytrzeszczali oczy. Nie pragnęła tego zresztą, bo i nie miała dla kogo pragnąć. Nie była bowiem zamężna, ba!, nie była też zaręczona, więc nikt nie oczekiwał od niej rodzenia dzieci ani nienagannej prezencji w sukni oblubienicy. Nie umykało już jej uwadze, z jakim pobłażaniem spoglądały na nią starsze i zamężne damy; w duchu współczuły jej samotności. A ona, całkiem otwarcie, gardziła nimi aż do cna.
Z nieskrywaną ciekawością wysłuchała słów Dereka; ogólnikowych i oszczędnych, choć przecież musiał mieć znacznie więcej do opowiedzenia. Zazdrościła mu gdzieś w głębi serca, doskonale wiedząc, że nigdy nie miała wydostać się poza cztery strony Westeros, aby odwiedzić któreś z Wolnych Miast. Koniec Burzy stanowił jednak mimo wszystko dość kojącą rekompensatę.
Odwróciła się w stronę Ottona i jego żony, postanawiając zezwolić bratu na rozmowę z kuzynem.
-Lubisz polować z sokołami, pani?- Zwróciła się do małżonki swego brata, przywołując na twarz grzeczny, uprzejmy uśmiech, który przy rozmowach przywołać należało. Przynajmniej tę naukę septy postanowiła, ku uciesze i uldze własnej matki, wykorzystywać, kiedy nadchodziła takowa potrzeba.- Wieczory robią się co prawda krótsze i znacznie chłodniejsze, jednak nazwałabym kłamcą każdego, kto powiedziałby, że istnieje na świecie coś przyjemniejszego, niż polowanie w rześki wieczór, aby potem wrócić do komnaty i wypić przy ogniu kielich doprawionego szafranem wina.
Odwróciła od niej wzrok, tym razem spoglądając w stronę brata. Tak naprawdę wolała polować sama, i była pewna, że o tym wiedzieli, że wyczuwali jej zamiary... nie było to jednak w żadnej mierze przeszkodą.
Nawet jej wszakże zdarzało się odczuwać ckliwą, wstydliwą tęsknotę za czasami dzieciństwa, kiedy przebywali wszyscy razem, aż do zmierzchu śmiejąc się i ścigając wśród wiecznie zielonych drzew.
-Jestem pewna, że mój brat zgodzi się ze mną, i pozwoli ci wybrać się ze mną do lasu, pani. Lub też, jeśli lęka się o twoje zdrowie...- uśmiechnęła się, szczerze, niespiesznie, zachęcająco.-... wybierze się wraz z nami. Nawet pomimo tego, że musi wiedzieć, że mój sokół jest znacznie szybszy od jego, więc wygrana jest z góry przesądzona.
Pozwoliła sobie na zaczepkę, mając cichą nadzieję, że odrobina rywalizacji zdoła skłonić Ottona do wybrania się z nią na przejażdżkę. Mieli tak mało czasu, tak mało wspólnych dni, które mogli sobie poświęcić. Gorzko krzywiła się na samą myśl o tym, jak bardzo zmieniła ich dorosłość; mieli wszakże własną politykę, własne zgryzoty, musieli dbać o dobro rodu i mnożenie zawartości skarbca. Czas dzieciństwa już minął.
Nawet, jeśli uporczywie nie chciała dopuścić do siebie tej myśli.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Czw Lut 11, 2016 2:23 pm

Biesiada w Końcu Burzy – znając wszak możliwości niemal wszystkich członków rodu Baratheon –mogłaby trwać przez następne dwa tygodnie. Było tak wiele tematów, które należało poruszyć, tak wiele pytań, które chciano zadać, tak wiele anegdot, które z całych sił pragnięto opowiedzieć – czas jednak płynął nieubłaganie, z nim zaś rodziły się kolejne obowiązki.
Jednym z nich był list, który nadleciał do Końca Burzy od północnej strony – choć obawiano się, że frazes czarne skrzydła, czarne słowa po raz kolejny może okazać się prawdą, maester nie wahał się ani chwili z przekazaniem wiadomości Lordowi Harbertowi. Wystarczyło, by zobaczył czerwony lak oraz pieczęć trójgłowego smoka i bez cienia wahania porzucił dotychczasowe zajęcia, w wielkim pośpiechu kierując się ku sali turniejowej. Z chwilą, w której uczony starzec wkroczył do komnaty, w zebranych na uczcie uderzył podmuch świeżego, chłodnego powietrza – zdawało się jednak, iż nikt nie zauważył tak nagłej wizyty maestra. Dopiero gdy ten zbliżył się do Lorda Harberta, uginając w lekkim, choć wymagającym wielkiego wysiłku oraz zaparcia ukłonie, wszystkie pary oczu zebranych przy stole Baratheonów spoczęły na cicho rozmawiającej u szczytu stołu dwójce. Zaraz też Lord Końca Burzy podważył nożem lak, rozprostowując zwinięty pergamin i w najgłębszym skupieniu wczytując się w zapisane na nim słowa. Minęła jedna chwila, później zaś kolejna – czas dłużył się nieubłagalnie i zamarł wraz z wyczekującymi na wyjaśnienia członkami rodu. Te zaś pojawiły się dopiero wtedy, gdy szeleszczący papier opadł na blat stołu razem z dłońmi Lorda Harberta. Senior rodu Baratheon potoczył jasnym spojrzeniem po zebranych, wzrok zatrzymując dopiero na skupionym, nieruchomym niczym skała Orysie.
- Z Królewskiej Przystani nadeszło zaproszenie na ceremonię ślubną króla Aerysa Targaryena oraz jego kuzynki Rhaenys… - głos Lorda rozbrzmiał w ciszy sali rycerskiej, dolatując aż do uchylonych drzwi komnaty. Harbert wygładził palcami pergamin, zmarszczył ciemne, krzaczaste brwi i kiwnął lekko głową. – Musimy wysłać godną reprezentację. Z Wysogrodu najpewniej wyruszy Allya wraz z ser Elstanem… Aylward nie zdąży dotrzeć z Pogranicza, Orys zaś musi zostać w zamku ze mną, byśmy mogli… - Lord Końca Burzy zawiesił głos, nie dokańczając rozpoczętego zdania – jego dłoń powędrowała w stronę kielicha, uniosła go do ust i wlała weń zbawiennie zimne, czerwone wino. Dopiero, gdy Harbert Baratheon przepłukał krtań, był w stanie na przywołanie lekkiego uśmiechu.
- Lady Rhaelle uda się do stolicy z wszystkimi, którzy będą pragnęli jej towarzyszyć i wziąć udział w ceremonii. Wiem, że mieliśmy odpocząć w rodzinnym gronie, jednakże… polityka – tutaj Lord rozłożył bezradnie ręce. – jest niewdzięczną kochanką. Wyruszycie jutro w południe, a teraz… - głowa rodu Baratheon skinęła zachęcająco w stronę służki – młoda dziewczyna podeszła i usłużnie nałożyła Lordowi kawałek pieczonego udźca dzika. - … wracajmy do zabawy! Przed nami długa noc!


    Zgodnie z zapowiedzią – wszyscy pragnący wziąć udział w evencie ślubnym gracze są zwolnieni z wątku i mogą już pisać w stolicy. Tylko bądźcie tam grzeczni, Lady Baratheon patrzy! ;)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   

Powrót do góry Go down
 

Sala turniejowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Sala turniejowa
» Sala operacyjna
» Sala lekcyjna nr 2
» Sala segregacji
» Neuschwanstein - Sala Tronowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy :: Koniec Burzy :: Siedziba rodu Baratheon-