a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Port



 

 Port

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Port   Pon Kwi 29, 2013 7:20 pm

Prudence stała na pokładzie po którym kręciła się jej załoga. Posyłała uśmiech każdemu mijanemu mężczyźnie. Traktowała ich trochę jak rodzinę, co nie oznacza,że była miękkim kapitanem. Nauczyli się słuchać kobiety. Z początku miewała problemy z utrzymaniem autorytetu, wszystko jednak przychodzi z czasem. Teraz załoga Wschodzącego słońca nie śmiała nawet podważać zdania kobiety. Była dumna z tego, co udało jej się osiągnąć. Przed kilku dniami dziewczę wypłynęło z Żelaznych Wysp, uwielbiała wracać do miejsca, w którym się wychowała, czasem jej go brakowało. Gdzieś w sercu czuła tęsknotę za rodzinną krainą.
Podróż mijała jej spokojnie, nadzwyczaj spokojnie, żadnych losowych sytuacji, a nawet pogoda dopisywała. Aż dziwne.
Spoglądała na Królewską Przystań. Dawno jej tutaj nie było. Nie lubowała się jakoś specjalnie w atrakcjach typu bale, aczkolwiek wypadało się pojawić. Nie można tak sobie zignorować królewskiego zaproszenia. Wiedziała,że jej brat jest już w przystani, w pewien sposób ją to uspokajało, zawsze chociaż jedna osoba na którą może liczyć.
Będzie można posłuchać najnowszych plotek, kto z kim, gdzie i dlaczego.
Po dłuższej chwili przybili do brzegu, statek zacumował. Kobieta wraz z załogą zeszli na lą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Port   Wto Kwi 30, 2013 11:05 pm

Dzień jeszcze się nie zaczął, a już był nadto męczący. Przygotowania do wielkiej uroczystości na cześć nowego króla przeciągały się nieskończenie długo, zamieniając się w nieznośną udrękę. Do tego wszystkiego dzień był aż zanadto upalny, tworząc nieprzyjemne warunki do rozpoczęcia pracy. Cadean nie miał ni chwili wypoczynku. Teraz został, na domiar złego, wysłany do doków i portu, by przywitać wielmożnych gości i poprosić ich o szybsze pospieszenie do Twierdzy. Oczywiście, w sposób odpowiedni i wystarczająco dystyngowany. W końcu obraza co ważniejszej damy czy szlachcica skończyć by się mogła dla niego w dość nieprzyjemny sposób. Z drugiej strony najjaśniejszy władca nie należał do grupy tych cierpliwszych osób, a wiedział, że za każdą minutę wydłużonego oczekiwania na gości zostałby rozliczony on – nie ci wielcy i wspaniali lordowie. Którzy zresztą dzięki swym wpływom przynajmniej na razie byli na samym końcu listy nieprzyjaciół władcy. Tak więc nie mogąc sobie pozwolić na choćby jedną minutę zwłoki, pobiegł co tchu na wyznaczone miejsce, po drodze torując sobie drogę łokciami i nawoływaniem, że idzie z królewskiego rozkazu. Zresztą, nie dało to oczekiwanego skutku. W tej części Przystani żyli prości ludzie, którzy Aerysa II nie widzieli na oczy ni razu, mimo, że żyli pod samym jego nosem. Żadnych też dóbr od niego nie dostali, był im raczej obojętny.
Od razu po dotarciu do portu w oczy rzucił mu się statek. Nie zastanawiał się długo, podświadomie wyczuł, że przypłynęli na nim szanowni goście. Tacy, których na co dzień nie spotykało się w Królewskiej Przystani. Przystanął na chwilę, robiąc kilka głębokich wdechów, po czym prostując się, podszedł powoli do zacumowanego okrętu. Od razu skierował się w stronę stojącej na nabrzeżu kobiety o ciemnych włosach, przystrojonej w piękną suknię. Skłonił się przed nią głęboko – tak jak robił to przez ostatnie piętnaście lat – po czym wyrecytował, co idzie. Co prawda, tytułu jej nie znał, więc słowa dobierać musiał ostrożnie.
- Pani, czyż się nie mylę, żeś przybyła, by powitać na tronie nowo co obranego króla naszego, władcę szczodrego i mądrego? Przybyłaś pewnie z daleka. Jako królewski posłaniec zostałem wysłanym, by wskazać ci drogę do Twierdzy, o Pani! Lepiej nie podróżować po ulicach samotnie, różnych ludzi można spotkać – dokończył, podczas całej przemowy spoglądając pod nogi i nie podnosząc wzroku. Nie chciał, by wzięto go za zbyt śmiałego. – Zatem, jeśli byłabyś gotowa, moglibyśmy wyruszyć w drogę?
Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się na pięcie i wolno poprowadził swą ważną towarzyszkę.

/kierunek - Dziedziniec
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
114
Join date :
18/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Pon Maj 20, 2013 10:16 pm

Gdy do Portu wpłynął Potwór z Pyke fale odbijały się cicho od jego kadłuba, tak że niemal nie słychać było jak sunie po wodzie. Załoga na statku nie wydzierała się jak to mieli w zwyczaju pospolici marynarze z Królewskiej Przystani, ci tutaj dobrze wiedzieli co do nich należy - przychodzili na świat na morzu i na nim umierali. Gdy okręt miał już cumować spuszczono kotwicę, a chwilę później dwóch rosłych chłystków zeskoczyło na mostek. Panowie nie zaprzątając sobie głowy gapiami przywiązali łajbę do lądu grubymi żeglarskimi węzłami. Dopiero po tych ekscesach ustawiono pomost dla panicza. Młody nosił na sobie szaty egzekutora - czarny płaszcz z kolczugą i przytwierdzonym glifem kata oraz rodu, skórzane buty, pas ze srebrnymi obkuciami, a także ostrza, je również miał przy sobie. Zszedłszy na drewniany pomost wezbrał powietrza i rozejrzał ostrożnie. Wyglądał dobrze - jego skóra nie odznaczała się zmęczeniem, chorobą morską, czy lądową, był raczej... rześki, pobudzony. Trzy kroki za paniczem podążała jego służka. Nikt nigdy nie słyszał z jej ust ni słowa, a wizerunek kryła za białymi szatami, za których widać było jedynie parę ciemno brązowych oczu. Jej zadaniem była bezwarunkowa służba i nie było tu mowy o kwestii wyboru, a kwestii wychowania do bycia sługą. Kobieta przed sobą niosła oburącz skórzaną, ciemną torbę, ekwipunek mistrza.
- Flint! Jak wrócę łajba ma być gotowa, nie zagrzejemy tutaj długo! - rzucił do jednego ze swoich ludzi, a zaraz usłyszał krótkie potwierdzenie przyjęcia rozkazu. Młody wyciągnął za pazuchy jabłko i rzucił krótko jakby do siebie:
- Dalej, muszę znaleźć siostrę.
Nieśpiesznie odgryzł kawałek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Port   Pon Maj 20, 2013 10:35 pm

Prudence wiedziała, że jej brat nieco się spóźni. Nie byłaby sobą, gdyby nie przyjechała go przywitać. Była nieco zła na nich wszystkich, bowiem była jedyną osobą, która składała hołd sama, bez żadnego rodzinnego wsparcia, do tego była kobietą.. już widziała tą pogardę innych rodów. Z drugiej jednak strony miała świadomość, ze jej ufali, że wiedzieli, ze poradzi sobie sama, nie tak jak jedna z dam, która zlekceważyła króla. Jednak wiadomo, jakieś wsparcie by się przydało. Na balu zamieniła kilka słów z bękarcim bratem, to nieco dodało jej odwagi, plus fakt, że nie wszyscy chodzili z głowami nie wiadomo jak wysoko. Naprawdę nie spodziewała się, że dane jej będzie poznać kogoś aż tak szczerego, jak Aylward, jego towarzystwo nieco ją uspokoiło. Tak naprawdę nie do końca wiedziała, czy był z nią aż tak szczery, czy tylko udawał.. i w sumie jej to nie obchodziło.
Prudence bardzo ceniła sobie rodzinę. Była jedyną dziewczyną w rodzie, jednak jakoś specjalnie nie odstawała od braci, może dzięki temu wyrosła na tak silną kobietę. Nigdy nie marudziła, zawsze konkurowała z nimi na równi, nawet dostała również swój statek. To chyba świadczyło o tym, że specjalnie od nich nie odstawała, ba jako kobieta musiała jeszcze co chwila udowadniać swoją siłę, wiadomo bowiem, że mężczyźni rzadko kiedy potrafią przyznać, że kobieta potrafi być z nimi na równi. Nie czuła, że odstaje od swoich braci.
Dojechała do portu konno, na swojej białej klaczy- Lunie. Tak naprawdę nie było po niej widać, że jest kobietą z jakiegoś szanowanego rodu. Nie ubierała się jakoś specjalnie by wyróżnić się z tłumu. Ceniła sobie prostotę. Przystanęła gdzieś przy pomoście, no i zobaczyła.. Statek dopływał do portu. Nareszcie! Potwór z Pyke, na jej twarzy pojawił się ogromny uśmiech, stęskniła się za bratem. Żelazna Dama zeskoczyła ze swej klaczy, no i czekała aż zejdą na ląd. Od razu go zobaczyła.
- Czyżbyś mnie szukał?- Nie czekała specjalnie długo i rzuciła się na brata, musiała go mocno przytulić. Miała mu tyle do powiedzenia.. Dostrzegła kątem oka jego służkę, nadal nie potrafiła tego zrozumieć, no ale to jego sprawa..
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
114
Join date :
18/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Pon Maj 20, 2013 10:57 pm

Widok siostrzyczki sprawił, że Caster uśmiechnął się do własnych myśli. Teraz wiedział na pewno, że ani kaprysy morza, anie kaprysy dworu nie pożarły jej. W sumie tego właśnie powinien się spodziewać po kobiecie z wysp. Tuż po radości przyszło zaskoczenie, przełknięcie jabłka stało się nieco trudniejsze, zaraz po tym młody wyrzucił jabłko do morza i w tym samym momencie w jego ramiona wpadła Pru. Dał im chwilę na odwzajemnienie tęsknoty (Bez czułości! Chłopaki z łajby patrzą!), odpowiedział:
- Ha! Nie na salonach, nie na ulicy, a przy morzu znajdziesz Greyjoy`a, kto by pomyślał, że tyle w tym prawdy?! Pru niech ci się przyjrzę. - z miną eksperta młodszy brat ujął obiema dłońmi jej twarz i delikatnie obrócił najpierw w prawo, a potem w lewo - ...hmm, przykro mi. Na to wygląda, że niedługo całkiem zsiwiejesz od dworskiej etykiety i nocnych bali, haha. - zaśmiał się wesoło, najwyraźniej nie do końca świadom sytuacji w Królewskiej Przystani. Dziwne. Zazwyczaj to on najlepiej wiedział co ptaszki ćwierkają, a tym razem długa podróż sprawiła, że był odcięty od świata i jego zmartwień.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Port   Wto Maj 21, 2013 7:34 pm

Z twarzy Prudence nie schodził uśmiech. Była naprawdę bardzo szczęśliwa, że brat ze swoją załogą wreszcie przybyli do przystani.
- Czyżbyś zgubił trasę?- Widziała w porcie kilka znajomych statków. Nadal nie mogła zrozumieć, gdzie zaginął Hurley, ale z nim sobie jeszcze podyskutuje, oj biedni mężczyźni rodu Greyjoy, że zostawili swoją jedyną damę samą na tych wszystkich uroczystościach. Już ona im da popalić, w końcu nie bez powodu nazywała się Greyjoy.
- Po co masz się przyglądać, przecież to nie to, że nie widzieliśmy się wieki, lepiej żebyś miał dobry powód do usprawiedliwienia nieobecności na koronacji i na balu..- No i dopiero wpadła na to, że miała bratu wiele do opowiedzenia, wszystko go przecież ominęło.
- Żeby wszystkie bale były takie jak ten!- Odparła z entuzjazmem, był to chyba najmniej nudny bal na jakim się pojawiła. Ba, wręcz przeciwnie, wiele się działo.
- Był zamach na króla..- Szepnęła do niego. Nie chciała by wpadło to w te uszy, w które nie powinno, ktoś mógłby źle interpretować jej mówienie z entuzjazmem o tej sytuacji, nie to, żeby miała coś do króla.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
114
Join date :
18/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sro Maj 22, 2013 1:59 pm

Na dźwięk słów takich jak "nieobecność", "usprawiedliwienie", "koronacja" młody skrzywił się, a przez jego twarz przebiegł cień zniesmaczenia. Jakiego by nie użył teraz wytłumaczenia będzie to wymówka, a Caster nie tłumaczył się z błędów - przyjmował je, nie, oczywiście nie z pokorą, ale przyjmował i starał się nie popełniać tych samych po raz drugi. Nie uciekał wzrokiem spojrzał jej w oczy i odpowiedział:
- Wybacz, obiecuje nigdy więcej nie zawieść cię w potrzebie. - w jego głosie nie było zawahania, ale dało się wyczuć skruchę, chrypkę, zmęczenie. Kolejne słowa sprawiły, że zaczynał pogodnieć, ale Pru zawsze wiedziała jak budować napięcie i zaraz oczyma wyobraźni ujrzał próbę zamachu na królewską głowę. Przede wszystkim nie mógł odmówić zdziwienia, czuł, że niedługo coś pęknie, napięcie wisiało w powietrzu, ale żeby zamach? To była naprawdę poważna zbrodnia przeciw koronie. Najmłodszy z Greyjoy`ów nie kwestionował jej jednak pod kątem prawidłowości, te wnioski pozostawiał dla siebie. Półprzytomnym wzrokiem spojrzał na siostrę z niedowierzaniem, przetarł oczy krańcem rękawa. Wyraźniej już zmierzył ją od stóp do głów nie będąc wciąż pewnym czy to jedynie głupi żart, czy faktycznie ominęło go przednie show z pierwszego rzędu?
- Mów dalej, Pru. Muszę niedługo z kimś się spotkać, nie przybyłem tutaj z powodu koronacji. Tym bardziej widać wiele mnie ominęło. - skarcił się w myślach za nietakt nieobecności i braku wsparcia.

Służka cały czas nieruchomo czekała na rozkazy, pan po spotkaniu swojej siostry ruszył z nią powoli w kierunku, z którego przybyła ów żelazna pani. Wyglądało na to, iż po krótkiej rozmowie zamierzał się z nią rozdzielić, smutne poniekąd, ale teraz gdy niemal cała szlachta była w jednym miejscu nadarzała się okazja by przypomnieć o Greyjoy`ach, dowiedzieć się więcej o mieście i tym co może zaoferować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sro Maj 22, 2013 4:34 pm

Na jej twarzy widać było już nieco zrozumienia. Musiała wspomnieć o jego nieobecności, bo strasznie ją to zirytowało, że była tutaj sama. Nie należała do osób, które kryją to, co myślą. Dzięki temu, że powiedziała, co jej leży na sercu, było jej po prostu lżej.
- Mam nadzieję.. nie było to najprzyjemniejsze..- Tym bardziej, że Prue nie należała do tych kobiet, które lubią bale, czy inne takie oficjalne imprezy. Wolałaby już podbić jakąś wyspę, to co się tutaj działo było jak dla niej marnowaniem czasu. No, może poza turniejem,l na który zdążyła się już zapisać.. Żeby nie było, nikomu o tym nie powiedziała, bowiem już widziała jak wszyscy patrzą na nią z pogardą. Tak, to nikt nie będzie miał zielonego pojęcia, iż jest kobietą. A to chytry lisek z niej.
- Nie ma zbytnio o czym opowiadać, ponoć zamachowca został schwytany, tylko tyle wiem, poza tym, żadnych informacji, po ataku odesłali nas do komnat..- A szkoda, Prue bowiem lubiła wiedzieć, co się dzieje wokół niej. W takim wypadku jednak, była jedną z wielu dam, także nikt się nie przejmował tym, by wyjaśnić jej sytuacje.
- Z kim się spotkać?- Spojrzała podejrzliwie na brata, ciekawe, co ten znowu kombinował. Zapewne jej nie powie i dowie się o wszystkim po fakcie.. Takie życie.
- W takim bądź razie nie będę Cię opóźniać.. mam nadzieję, ze znajdziesz mnie na zamku, a i niedługo turniej, mógłbyś zaszczycić wszystkich swoją obecnością chociaż tam..- Odparła jeszcze, po czym pocałowała brata w policzek. Następnie wskoczyła na swoją klacz i pognała przed siebie.

// karczma
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
114
Join date :
18/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sro Maj 22, 2013 5:57 pm

Przez dłuższy czas Caster milczał znacząco, słuchał, przynajmniej tak mógł pomóc jej... i sobie. Nie było po nim widać, czy był bardziej skupiony, czy rozgoryczony, ale z pewnością jego mina zdradzała konsternację i napięcie. Zamach? Czy to była tylko samobójcza próba, czy też zaplanowany atak - o tym ciężko powiedzieć, jednak ten, który postawił "ten" krok naprzód musiał mieć swoje pobudki. Młody wiedział, że koronowana głowa miała zawsze najwięcej wrogów w królestwie, w tym przypadku Aerys zdenerwował kogoś kto nie zamierzał podkulać ogona, ciekawe. Chaos to zawsze jakaś miła odmiana.
- Nie wiem, czy zostanę na turnieju, żaden ze mnie wojak, dwóch naszych zapija się w tawernie znając życie. Gdyby nie fakt, że kobiety zachodu krew widzą tylko między między swoimi nogami, może król pozwoliłby stawać w szranki żelaznym kobietom, ha! Już widzę jak stajesz się postrachem siedmiu krain, hahaha! - zażartował, wiedział jak Pru od bali wyżej wyceniała turnieje i zapasy rycerskie, ale jeśli jakikolwiek Greyjoy miałby kiedyś zasłynąć mieczem to raczej nikt z tego pokolenia. Caster czuł jak nagroda dla zwycięzcy omija go, bezsilność denerwowała bardziej niźli cokolwiek innego, ale w zestawieniu ze stratą ręki lub nogi nie czuł już aż takiego braku.
Czas naglił, a czekała go jeszcze audiencja u pana tego domu, nieodpowiednio będzie kazać mu dłużej czekać.

[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
10
Join date :
04/06/2013

PisanieTemat: Re: Port   Wto Cze 04, 2013 9:26 pm

Zdecydowanie nie powinno go tutaj być. Zamiast beztrosko - czy też niemal beztrosko, bo przecież mimo wszystko ciągle pamiętał o tym, by się pilnować - spędzać czas w Królewskiej Przystani, powinien właśnie wypełniać swoje obowiązki na Murze. Obowiązki, które najpierw pod wpływem idiotycznego pomysłu sam na siebie nałożył, a które następnie, przez jeszcze bardziej idiotyczny pomysł, porzucił. Miał ku temu wymówkę, oczywiście. Ratował przecież swoją głowę, walczył o życie, a bogowie w swojej przychylności pozwolili mu je zachować i odzyskać wolność. Przynajmniej w pewnym sensie, jeśli tylko dostatecznie długo próbowało się nie dopuszczać do siebie faktu, że przez swoją ucieczkę, jednocześnie wydał na siebie wyrok śmierci. Co prawda już całkiem długo odwlekany, ale jednak wciąż prawdopodobnie bardzo aktualny, gdyby tylko do niepowołanych uszu dotarła wieść, że Vilihame Arryn żyje i ma się całkiem dobrze.
Jeśli zaś nie na Murze, to powinien być przynajmniej w Orlim Gnieździe, biorąc czynny udział w konflikcie. Tego pewnie można byłoby wymagać od wciąż żyjącego Vilihama i to właśnie powinien mu podpowiadać honor, czy zwykła troska o dobro rodu. Zresztą, niewykluczone, że rzeczywiście przynajmniej tę powinność z ochotą by spełnił, gdyby tylko nie incydent związany z jego dezercją. Póki co znacznie lepiej było i dla niego, i dla jego rodziny, kiedy dla nich także pozostawał martwym.
Tymczasem przebywał więc w Królewskiej Przystani, pchnięty tutaj przez zwykła ciekawość i wieści, jakie do niego dotarły. Któż bowiem oparłby się pokusie choćby chwilowego przyjrzenia się przebiegowi turnieju? Oczywiście Arryn nie brał w nim czynnego udziału - bo niby jakże miałby się przedstawić? Jednak nic nie stało przecież na przeszkodzie, by wcielić się w biernego obserwatora. Zwłaszcza, że wszelkie okoliczności wskazywały na to, że raczej żaden przedstawiciel jego rodu nie zechce się pojawić w tym miejscu, a dzięki temu malało również ryzyko, że ktoś miałby go rozpoznać. Zawody łuczników nie interesowały go jednak aż w takim stopniu, by ryzykować wmieszanie się w największy tłum. Czas ten wolał spożytkować na przechadzkę, w pobliżu placu bitewnego planując pojawić się nieco później, by zobaczyć walkę na miecze, być może również zwieńczenie turnieju, jakim miałyby być walki na kopie. Choć chyba aż tak bardzo w przyszłość bezpieczniej było nie wybiegać - nie wiedział przecież, czy aby przypadkiem już za moment nie będzie musiał jak najszybciej się ulotnić, znikając niepożądanym sprzed oczu i powracając do trzymania się swojej niewidzialności. Jakkolwiek ta byłaby wyjątkowo uciążliwa dla kogoś, kto przywykł do ciągłego, niekiedy wręcz natarczywego rzucania się w oczy i zwracania na siebie uwagi. Teraz coś podobnego zakrawałoby chyba na skrajną głupotę.
Uważnym spojrzeniem omiótł przycumowane w porcie statki, rozważając w duchu, na ile prawdopodobne mogłoby być dołączenie do załogi jednego z nich i wypłynięcie gdzieś, gdzie nikogo nie powinna interesować jego zdrada przysięgi złożonej wśród braci na Murze. Może to wcale nie byłby aż taki zły pomysł? W końcu jak na razie i tak uporczywie starał się omijać swoje rodzinne strony i nijak nie liczył na to, że w najbliższym czasie mógłby w nie powrócić jako cudownie ożywiony syn lorda i lady Arryn. Choć może rozważy to, kiedy uzna, że głowa mu już dłużej nie potrzebna, a droga na północ miałaby być zbyt wielkim wyzwaniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Port   Wto Cze 04, 2013 10:13 pm

Zmagania łuczników dłużyły się Shaynah w nieskończoność. Nie mogąc już dłużej usiedzieć spokojnie w namiocie, który dzieliła razem z Aryaną i Nadirą, jako że oficjalnie były braćmi z rodu Crey, narzuciła na koszulę jedynie czarną kamizelkę wyszywaną zieloną nicią, wciągnęła męskie buty, do pasa przytroczyła sztylet i, pod nieuwagę tymczasowego giermka, opuściła namiot. Dłuższy czas wędrowała ulicami Królewskiej Przystani, na każdym kroku zastanawiając się, co ludzie widzą takiego w tym ogromnym mieście, gdzie biedniejsze dzielnice walczą o swoje miejsce, a niższe warstwy społeczne ścierają się z wysoko urodzonymi lordami.
Nie zauważyła nawet, kiedy nogi zaprowadziły ją do portu, od razu jednak poczuła się lepiej, gdy wiejąca znad morza bryza rozwiała jej jasne loki. Uśmiechnęła się mimowolnie i ruszyła wybrzeżem, nie rozglądając się, gdzie idzie, nie zważając na mijanych ludzi. Przez chwilę wyobrażała sobie, jakby znów była małym dzieckiem, z powrotem na Niedźwiedziej Wyspie, nieświadoma i beztroska, kiedy ganiała się z dziećmi sług, wygłupiała się, czasami nawet taplała w morzu tuż przy brzegu. Żałowała, że to wszystko minęło i na jej głowę spadały nowe obowiązki i ograniczenia: bądź dobrą damą, wyprostuj się, uśmiech, gdzie są twoje maniery, niedługo masz zostać żoną, zachowuj się.
Nie nadawała się do pełnienia roli damy. Jednak była jedyną córką lorda Mormonta. Tego od niej wymagano.
Zatrzymała się w miejscu, skąd rozciągał się najlepszy widok na przycumowane statki, zgadując, do którego z rodów należy każdy z nich. Udało jej się rozpoznać dwa będące z całą pewnością własnością Greyjoy'ów z Pyke, po rodowym krakenie na dziobie. Dopiero po dłuższej chwili zauważyła, że przystanęła obok jakiegoś mężczyzny.
- Interesuje cię któryś z tych statków, panie? - zapytała, nie myśląc wcześniej za wiele. Septa zawsze uczyła ją, by trzymała język za zębami, w niczym to jednak nie pomogło. Charakterku Shaynah nie dało się utemperować, była równie gwałtowna i niebezpieczna, a już na pewno nie do obłaskawienia jak niedźwiedzie, zwierzęta z herbu Mormontów. Uśmiechnęła się niemrawo nawet nie zastanawiając się, czy nieznajomy nie poczyta sobie tego za bezczelne.
Wymagano od niej, by była damą. Ona jednak na zawsze miała pozostać dzika, jak mawiano o ludziach z Północy.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
10
Join date :
04/06/2013

PisanieTemat: Re: Port   Wto Cze 04, 2013 10:58 pm

Również on początkowo nie zwrócił uwagi na to, że ktoś zatrzymał się tuż obok niego. Mało to bowiem ludzi kręciło się dookoła, by każdemu z osobna poświęcać jakąś część swojego zainteresowania? Oderwał spojrzenie od morza i statków dopiero w momencie, kiedy ktoś zwrócił się bezpośrednio do niego. Albo raczej: kiedy dotarło do niego, że najwyraźniej to właśnie on był adresatem tej wypowiedzi.
Obdarzył dziewczynę uważnym spojrzeniem, nawet nie starając się przy tym ukryć nieco pobłażliwego uśmiechu, jaki pojawił się na jego twarzy. Najwyraźniej swojej potencjalnej rozmówczyni nie potraktował zbyt poważnie, jak zresztą nie potraktowałby zdecydowanej większości kobiet, próbujących mówić o czymś, na czym nie powinny się znać. I na czym w większości kompletnie się nie znały. Statki, walki, jeździectwo... to wszystko nie leżało w obowiązkach kobiet i chyba nikt nie potrafiłby wmówić Arrynowi, że mogłoby być inaczej. To znaczy owszem, niektóre przedstawicielki słabszej płci roiły sobie, że takie innowacje są jak najbardziej na miejscu, jednak... No tak, to wciąż zostawało tylko kwestią tego, co się niektórym wydawało.
- A czy zainteresowanie którymkolwiek z nich mogłabyś uczynić bardziej realnym, pani? - odparł pytaniem na pytanie, przy tym odrobinę mocniej akcentując tytuł, jakim ją obdarzył i również w wypowiedzi nie kryjąc nieco kpiącej nuty. Powiedzmy sobie bowiem szczerze, że na jakąkolwiek panią Niedźwiedzica w tym momencie nie wyglądała. Znacznie łatwiej można było wziąć ją za pierwszą lepszą dziewkę, której zdecydowanie żadne tytuły nie przysługiwały. Inna sprawa, że przynajmniej w tej kwestii pierwsze wrażenie musiałoby Vilihama zawieść. Nad tym akurat nie miał zamiaru się zastanawiać, raczej nie widząc w tym żadnego sensu.
- I, co istotniejsze, dlaczego mam wrażenie, że twoją uwagę też przyciągnęły? - o, oczywiście, że swoich wątpliwości w tej kwestii nie miał zamiaru sprowadzać jedynie do pobłażliwych uśmieszków i swego rodzaju drwiny w głosie. Warto było wyrazić to również nieco bardziej bezpośrednio, na głos. Co chyba naprawdę nie było niczym niespodziewanym nawet dla dziewczyny, która wbrew powszechnym opiniom na temat swojej płci, zainteresowała się statkami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Port   Sro Cze 05, 2013 3:20 pm

Była przyzwyczajona do tego, że ludzie - a w głównej mierze mężczyźni - nie traktowali jej poważnie. Nie wyglądała tak, jak powinna wyglądać kobieta, Starzy Bogowie, mimo wielu modlitw lady Mormont, poskąpili jedynej córce lorda kobiecych kształtów. Nawet twarzyczka Shay, mimo iż całkiem przyjemna dla oka z okalającymi ją jasnymi lokami, nie dodawała dziewczynie powagi, a wręcz przeciwnie. Nie dostrzegano w niej również wojownika, jakim niewątpliwie była - wychowanie się w towarzystwie trzech starszych braci, zimny klimat Północy i dobra, a raczej ich brak, jakie oferowała Niedźwiedzia Wyspa zahartowały ją, była twardsza i silniejsza niż niejeden mąż Południa, jednak nikt albo tego nie zauważał, albo robił wszystko, by o tym zapomnieć.
Była zwykłą dziewką. I tak naprawdę nie przeszkadzało jej to, dopóki miała spokój i nie musiała czynić tego, czego wymagała od niej jej matka i septa.
Nie zmienia to jednak faktu, że nie spodobała jej się ironia w głosie mężczyzny, tak jak i jego pobłażliwy uśmiech. Mimo wszystko jednak nie pozwoliła, by gniew nad nią zapanował, uniosła jedną brew do góry, rozglądając się po statkach, i gdy zauważyła ten, który ją najbardziej interesował - uśmiechnęła się.
- To zależy. - Wskazała dłonią jeden z okrętów: - Ten należy do królewskiej floty. Tamte dwa, o ile się nie mylę, przynależą do władców z Dorne. Natomiast tamten... - kiwnęła głową na łódź, która wywołała wcześniej uśmiech na jej ustach - ...możliwe, że tamten należy do mnie. - Tak naprawdę wskazana łajba była własnością Mormontów, czemu jednak Shaynah miałaby nie naginać nieco prawdy?
Gdyby się bardziej postarała, to może nawet udałoby jej się rozpoznać wśród statków kupieckich te, które miały wypłynąć na zachód, przez Wąskie Morze, aż do Wolnych Miast.
Wywróciła oczami, jakby doskonale wiedziała, o czym myśli mężczyzna. Jej wygląd rzeczywiście mógł sugerować, że pochodzi z ludu: ciemnozielone spodnie wciągnięte w czarne buty, biała koszula i narzucona na to kamizelka, a także rozwichrzone przez wiatr włosy. Żadna z niej dama. Ani rycerz.
Ale to nie ważne. Przynajmniej nikt nie postrzegał jej przez pryzmat nazwiska.
- Fascynuje mnie morze - wzruszyła ramionami. - A ty? Planujesz jakąś podróż? - zapytała jeszcze, zakładając ręce na piersi i może nieco wyzywająco spoglądając na mężczyznę.
W Shay budził się niedźwiedź.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
10
Join date :
04/06/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sro Cze 05, 2013 4:25 pm

Rozpoznanie statków należących do znanych rodów, raczej nie wydawało się być zbyt trudnym zadaniem. Przynajmniej dla kogoś, kto posiadał choćby minimum wiedzy na temat poszczególnych herbów, czy obowiązujących barw. W takim przypadku rozpoznanie nawet kilku z nich przez dziewczynę, mogło już sugerować Arrynowi, że najwyraźniej przynajmniej w jednej kwestii zwiódł go jej wygląd - w końcu prosta dziewka z gminu nie powinna raczej posiadać podobnej wiedzy. A przynajmniej nie było to aż tak powszechne, jak wśród osób "lepiej urodzonych". Zdecydowanie jednak nie dałoby się powiedzieć, by jakkolwiek zminimalizowało to pobłażliwą postawę Vilihama. Wręcz przeciwnie - na jego twarzy można było dość wyraźnie dostrzec szczere rozbawienie, kiedy jeden z okrętów dziewczę nazwało swoim.
- Niesamowite, przez chwilę byłem nawet skłonny w to uwierzyć - stwierdził, nie zamierzając kryć się ze swoim powątpiewaniem. - To pewnie przez te wcześniejsze trafienia. Chociaż to akurat niewielkie osiągnięcie, w końcu znane rody tak bardzo lubią otaczać się swoimi symbolami, że chyba tylko ślepiec by ich nie dostrzegł i nie odgadł, do kogo te okręty należą.
Mógłby uwierzyć, gdyby dziewczyna oznajmiła, że rzekomo jej łódź należy do jej rodziny. W końcu zdarzały się przecież przypadki, kiedy damy ze znanych rodów pod wpływem własnych fanaberii starały się w jak najmniejszym stopniu rzeczone damy przypominać. Ba, jego samego nikt by chyba aktualnie nie wziął za przedstawiciela Arrynów, co także było przecież zabiegiem całkiem celowym. I przynajmniej bardziej zrozumiałym, jeśli chodziłoby o jego prywatną opinię na ten temat. Nijak jednak nie był skłonny uwierzyć w to, że jakikolwiek okręt mógłby być prywatną własnością dziewczyny, która na pierwszy rzut oka ledwie osiągnęła dorosłość. Stąd też jego rozbawienie i niezmienny, nieco kpiący ton.
- Nie, pani... Powinienem zacząć tytułować cię kapitanem? - w odpowiedzi zrobił krótką pauzę, by wtrącić własne pytanie i zerknąć na moment na Shay. - Nieistotne. W każdym razie nie, nie wydaje mi się, żebym wybierał się dokądś w najbliższym czasie. Nie wszystkim poszczęściło się na tyle, by dysponować własnym statkiem.
Fakt, prawdopodobnie kpiąc sobie w najlepsze z dziewczyny, mógł sprawiać wrażenie wyjątkowo nieuprzejmego. Z drugiej jednak strony... dlaczegóż niby miałby się o to martwić, czy jakkolwiek przejmować się tym? Zresztą, gdyby to był pierwszy raz, kiedy Vilihame zapominał o tym, że czasami warto byłoby powściągnąć język. To akurat zdarzało mu się nagminnie, także i tym razem nie zamierzał zwracać na to zbytniej uwagi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Port   Pią Cze 07, 2013 8:17 pm

Maester z Niedźwiedzich Wysp bardzo dobrze przygotował Shay do bytowania wśród wysoko urodzonych. Dziewczyna na dodatek interesowała się polityką w przeciwieństwie do wielu kobiet, stosunki między rodami, herby, dewizy, członkowie rodzin, wszystko to ją pasjonowało, pochłaniała tony książek dotyczących historii Westeros.
Shaynah nigdy nie uważała, że jest w jakiś sposób wyjątkowa. Prawda, była najmłodszym dzieckiem i dodatkowo jedyną córką lorda i lady Mormontów, co czyniło z niej niejakie oczko w głowie rodziców, jednak ona nigdy nie myślała o sobie w kategoriach damy. Może i była lepiej urodzona, ale nie sprawiało to, by traktowała zwykłych mieszczan jak "podgatunek". Wręcz przeciwnie - wśród służby swojej rodziny niekiedy czuła się lepiej niż w wielkiej komnacie lorda. Nie musiała udawać kogoś, kim nigdy nie była.
- Nie mam zamiaru się z tobą spierać, byś tylko zmienił zdanie - wzruszyła ramionami, jednocześnie wykrzywiając usta w grymasie niezadowolenia. - Ty na pewno doskonale rozpoznałeś wszystkie herby rodowe, żaden z nich nie sprawił ci żadnego problemu. Gratuluję. Król powinien wiedzieć, jakie mamy wybitne jednostki, taki talent nie może się zmarnować... Wykształcony i wygadany! Słyszałam, że Aerys szuka kandydatów do Małej Rady, może powinieneś zaistnieć na dworze, byś został wzięty pod uwagę? - Obudziłeś niedźwiedzia krzyczała postawa i sposób mówienia Shaynah. Mężczyzna wyprowadził ją z równowagi i chociaż nie było widać tego na pierwszy rzut oka, to w środku cała się gotowała. Przez chwilę miała nawet ochotę podnieść na nieznajomego rękę, powstrzymała się jednak, by nie ściągnąć na siebie kłopotów.
A wszystko przez turniej i wszelkie problemy, jakie się z nim wiązały. Przesunięto jej walkę na dzień następny i na dodatek okazało się, że miała zmagać się z Nihil, która w rozpisce turniejowej widniała jako trzeci z braci Cray. Nie wiedziała, kto dobierał uczestników w pary do walk, nie podobało jej się to jednak. To finał miał należeć do niej i do Starkówny, nie ich pierwsza - i dla jednej z nich również ostatnia - walka w turnieju.
- Tytułuj mnie, jak ci się podoba - odwarknęła, by za chwilę uśmiechnąć się ze współczuciem. - Bardzo mi przykro, miałam nadzieję, że ktoś cię, panie, wywiezie na wschód i już więcej nie będziesz zabawiał mnie swoim towarzystwem. - Shay przejęła pałeczkę ironii, teraz to ona kpiła sobie z mężczyzny. Nie miała zamiaru pozwolić mu w najlepsze traktować jej jak dziecka, kiedy tak naprawdę sam nie był wiele starszy. A nawet i gdyby był - nie znał jej, może i na pierwszy rzut oka Shaynah wydawała się być nieco niemiła, może trochę przemądrzała, na pewno wybuchowa, nie zmieniało to jednak faktu, że wymagała chociaż odrobiny szacunku i cierpliwości. Przy drugim poznaniu już nie była taka zła.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
10
Join date :
04/06/2013

PisanieTemat: Re: Port   Pią Cze 07, 2013 9:45 pm

Bawiła go. Naprawdę całkiem szczerze bawiło go to dziewczę, zaś jego rozbawienie zdawało się rosnąć wprost proporcjonalnie do jej irytacji. Uśmiechu z jego twarzy nie przegoniła nawet sugestia, jakoby na dworze królewskim powinno się usłyszeć o jego domniemanych talentach. To znaczy owszem, do chwalenia się czymkolwiek Jego Miłości jakoś niespieszno mu było, ale też byle kpina jakiejś dziewuchy nie była powodem, by natychmiast darować sobie naigrawanie się z niej i zabierać swój szanowny zadek w troki. Wręcz przeciwnie, w myśl zasady, że im mniej poważnie podchodziło się do jakiegoś tematu, tym mniejsze podejrzenia się wzbudzało. Dlatego też Vilihame pokusił się nawet o wymuszenie skromny ukłon, mający być zapewne podziękowaniem za ten komplement.
- Oczywiście, nie mam najmniejszych wątpliwości, że tak właśnie wkrótce się stanie. Mam nadzieję, że wiele satysfakcji przyniesie ci twoja jakże udana sugestia, kiedy już będziesz miała okazję usłyszeć o mnie za jakiś czas - na przykład kiedy królewski kat zetnie Arrynowi głowę przez jego zuchwałą nieostrożność. O to jednak w tym konkretnym momencie Vilihame niezbyt się troszczył, porzucając jakiekolwiek szczątki ostrożności na rzecz całkiem udanej zabawy, jaką była wymiana uprzejmości z przypadkową dziewczyną. Tym bardziej interesująca z jego punktu widzenia, że najwyraźniej o ile jej słowa nijak nie trafiały do niego, to jednak w drugą stronę te zdawały się działać nawet skutecznie. Nawet, jeśli zdecydowanie brakowało w tym jakiegokolwiek celu. Bo i cóż niby miałoby mu przyjść ze zirytowania rozmówczyni? Prawdopodobnie nic. A już na pewno nic dobrego. Problem jednak tkwił w tym, że jeśli już się jakąś farsę zaczęło, to wyjątkowo trudno było ją zakończyć.
- Racz zauważyć, moja pani, że nie miałem w planach zabawiać nikogo swoim towarzystwem - zauważył wyjątkowo uprzejmym tonem, jednocześnie chyba dość wyraźnie sugerując, że to nie on pierwszy się odezwał. Ba, nawet nie kłamał. Naprawdę nie miał do tej pory zamiaru wdawać się w jakiekolwiek dyskusje. I doprawdy zupełnie nie jego winą było to, że tak szybko jego plany uległy diametralnej zmianie. W przeciwieństwie do jego postawy względem dziewczyny. Chociaż kto wie? Może i to dałoby się jednak w jakiś sposób zmienić? Nawet, jeśli nic tego nie zapowiadało.
- A cóż sprowadza cię do Królewskiej Przystani? Czyżbyś poza żeglugą interesowała się także królewskim turniejem, pani kapitan? - zapytał tonem swobodnej pogawędki, przy tym jednak nie mogąc sobie podarować dodania tego właśnie tytułu. I w zasadzie, to rzeczywiście podsunięty przez niego powód wydawał się być najbardziej prawdopodobnym. W końcu nie było niczym dziwnym to, że na czas turnieju do Królewskiej Przystani ciągnęło niemal wszystkich, którzy węszyli w wydarzeniu jakiś zysk lub choćby odrobinę rozrywki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Pią Cze 14, 2013 8:16 am

MG


Port tętnił życiem. Statki przypływały i odpływały. Kupcy rozładowywali swoje towary i pakowali nowe. Wykłócali się o ceny. Biedota kręciła się w pobliżu, licząc na okazję do podkradnięcia czegoś, co będzie można podkraść i sprzedać za bochen chleba.
Oczywiście Shaynah nie miała takich problemów. Urodzona w wysokim rodzie, nigdy nie musiała się martwić o to, co włoży do przysłowiowego garnka. Mogła beztrosko zabawiać się rozmową z nowopoznanym mężczyznom. Tymczasemw jej stronę zmierzał strojnie odziany mężczyzna. Z daleka przypominał kupca z Essos. Żywe kolory aksamitnych szat zdały się połyskiwać przy każdym ruchu mężczyzny. Szmaragdowa zieleń lekkiej tuniki wyszywana była srebrzystą nicią. Na stopach mężczyzny spoczywały lekkie trzewiki o długich nosach. 
Mężczyzna jednak nie był kupcem, jeno posłańcem. Był wysoki i atletycznie zbudowany, a poruszał się niezwykle żwawo, jakby niewidzialne nici jego pana dodawały mu chyżości. Na jego gładkim licu pojawił się uprzejmy uśmiech, gdy stanął przed panną Mormont oraz jej towarzyszem. Skłonił się w głębokim ukłonie. Widać, że był zaznajomiony z etykietą.
- Pani - przywitał się miękkim głosem, robiąc dwa kroki do przodu. 
- Przybywam z rozkazu mego pana, Veryliana z Essos - przemówił z namaszczeniem akcentując ostatnie słowa. Widząc, że imię nie zrobiło na nikim wrażenie, odchrząknął i kontynuował. - Verylian, oby żył długo i dostatnie, jest jednym z najmożniejszych kupców w Wolnych Miastach Essos. Chciałby nawiązać przyjazne stosunki z możnymi rodami Westeros - znów skłonił głowę - a że zasłyszał iż Niedźwiedzi Ród wyróżnia się męstwem w Siedmiu Królestwach, przesyła ów skromny podarunek.
Posłaniec wyciągnął do przodu ręce z niewielkim podarunkiem, przykrytym szkarłatną chustą.

- Racz go przyjąć na znak pokoju, pani - powiedział.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
177
Join date :
13/06/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Cze 16, 2013 3:51 pm

Wojna w jego krainie, a on zamiast pędem jakby na skrzydłach zmierzać do domu to cumuje przy Królewskiej Przystani. Niestety sprawa nie była taka prosta. Warunki atmosferyczne oraz brak zapasów zmusił Damona i jego załogę, aby wpłynęli na wody Zatoki Czarnego Nurtu i dobili do brzegu przy Królewskiej Przystani. Z jednej strony może to i dobrze, bo dawno się nigdzie nie zatrzymywali i część załogi miała już zwyczajnie dosyć tego ciągłego kołysanie na morzu. W końcu spora część załogi to byli zwykli żołnierze, którzy nie byli żadnymi marynarzami, ani nawet żeglarzami. Byli jedynie strażą przyboczną młodego Arryna i mieli mu pomóc w razie jakichś problemów na lądzie. Tutaj jednak, w Królewskiej Przystani nie potrzebował żadnej armii, gdyż wiedział, że potrafi sobie sam poradzić. Nie spodziewał się, że nagle kilku bądź kilkunastu zbirów zaatakuje go. W końcu był biały dzień, a w dodatku masa ludzi przewijała się przez port.
Młody Arryn zszedł z pokładu statku, przez ramię rzucił tylko, że oczekuje pełnej mobilizacji o zmierzchu. Bowiem chciał dostać się do Gulltown jeszcze przed świtem. Marzył, aby jak najszybciej dostać się do Orlego Gniazda i zatopić swój miecz w piersiach Tullych. Nie interesowało go z jakich przyczyn zaatakowali jego krainę. Sam fakt takiego zuchwałego ataku zasługuje na potępienie. No, ale wracając do sytuacji w porcie.
Damon zaczął spacerować między kupcami sprzedającymi prawie wszystkie towary. Dosłownie. Niektórzy utrzymywali, że sprzedają miecze z valyriańskiej stali. Inni trzymając ładnie wyszlifowane kamienie nazywali je jajami smoka. Mężczyzna tylko pokręcił głową. Zastanawiał się czy są jeszcze na tym świecie ludzie, którzy uwierzą w takie bajki. Ale cóż... Najważniejsze, że on i jego ludzie byli przeczuleni na tym punkcie i nie wierzyli kłamcom nazywanym przez siebie kupcami. Jednak takie coś zdarza się wszędzie, również w Essos. Tam też kilka osób próbowało mu wcisnąć jaja smoka. Jednak już od początku nie dał się omamić. Słuchał jednego z wynajętych tam przewodników, który przestrzegał przed takimi praktykami.
W pewnym momencie młody Arryn przystanął i spojrzał przed siebie. Zmarszczył brwi, przetarł oczy ze zdziwienia. Na siedmiu, zaklął w myślach. Czyżby to nie był Vilihame? Jego starszy brat, który wstąpił do Nocnej Straży. A przecież dostał wiadomość o jego zaginięciu i rzekomej śmierci. Jakim cudem zginął za murem, a teraz przebywa w Królewskiej Przystani? W dodatku nie wygląda na martwego. Damon wprawdzie nie był detektywem, ale musiał rozwiązać tą zagadkę. A może to jest ktoś podobny? Mężczyzna stanął trochę z boku, ukrywając się, tak, aby domiemany Vilihame nie zauważył jego obecności. Wprawdzie było to trudne, bo mały nie był, a w dodatku był w zbroi na której widniał herb Arrynów. Damon nie był zbytnio cierpliwy, ale teraz musiał się nastawić na czekanie. W dodatku zauważył, że ów mężczyzna tak bardzo podobny do Vilihame'a rozmawia z jakąś kobietą. A może uda mu się coś usłyszeć. I jeszcze jakiś posłaniec w ich towarzystwie? Co u licha tam się dzieje?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
10
Join date :
04/06/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Cze 16, 2013 6:48 pm

Co mogło być interesującego w pojawieniu się wystrojonego posłańca z Essos? Całkiem sporo, począwszy od faktu, że właśnie zostało Arrynowi przedstawione nazwisko jego rozmówczyni. W końcu sformułowanie "Niedźwiedzi Ród" było chyba wystarczająco dosłowne. Zakładając, że ta informacja byłaby mu jakkolwiek potrzebna, można byłoby uznać ją za całkiem ciekawą. Poza tym jednak nieszczególnie mieściły się w obszarze zainteresowania Vilihama jakiekolwiek podarki od kupców, których imiona i tak nic mu nie mówiły. A przynajmniej nie, jeśli te nie dotyczyły bezpośrednio jego samego. Owszem, można byłoby liczyć na jakąś próbę targnięcia się na życie panny Mormont, podarunek z kategorii tych niebezpiecznych lub wręcz przeciwnie, wyjątkowo cennych, który można byłoby sobie przywłaszczyć, gdyby tylko Arryn chciał zniżać się do tak absurdalnej kradzieży. 
Zamiast jednak niepotrzebnie zaprzątać sobie głowę posłańcem, Vilihame całkiem odruchowo, niezbyt zainteresowanym spojrzeniem powiódł dookoła. Chwilowo nie miał ochoty wtrącać się posłańcowi w słowo, ale też nie doszukiwał się niczego ni nikogo szczególnego wśród otaczających ich ludzi. Zresztą, czegóż tu było się spodziewać? Gdzieś przewinął się herb jakiegoś rodu, gdzieś przemknęła znacznie bardziej ubogo odziana kobieta, tam pojawił się sokół i księżyc... No tak, nie od razu Vilihame zarejestrował ten fakt - prawdopodobnie przez to jedynie, że ktokolwiek z Doliny byłby ostatnią osobą, którą spodziewałby się tutaj spotkać. Ledwie kilka sekund wystarczyło jednak, by ze znacznie większym zainteresowaniem powrócił spojrzeniem do miejsca, w którym herb Arrynów się pojawił. W końcu zawsze mógł mieć nadzieję, że to po prostu ktoś, kto mimo konfliktowej sytuacji zdecydował się wziąć udział w turnieju, a kto niekoniecznie musiał jakkolwiek kojarzyć jego samego. Zdecydowanie jednak miał rację każdy, kto kiedykolwiek doszedł do wniosku, że bogowie bywają cholernie złośliwi. Takie samo bowiem twierdzenie mógł wysnuć Vilihame, kiedy już przekonał się, że herb na piersi nosił nikt inny, jak jego młodszy brat.
Nic dziwnego, że w tym momencie na dobre odechciało mu się jakiegokolwiek wtrącania się w paplaninę posłańca, czy nawet dalszych docinek pod adresem dotychczasowej rozmówczyni. W zasadzie nie miałby chyba zupełnie nic przeciwko, gdyby właśnie teraz mógł na chwilę lub dwie zapaść się pod ziemię - to w końcu wydawało się być nieco bardziej komfortową opcją niźli ewentualne tłumaczenie Damonowi, jak to się stało, że właśnie ucinał sobie zupełnie beztroską pogawędkę z nieznajomą. Jeszcze mniej zachęcającą wizją wydawało się być to, że w najbliższym czasie młodszemu Arrynowi mogłoby wyrwać się zupełnie przypadkiem, że całkiem niedawno widział cudownie ożywionego brata. 
Niewiele myśląc, nawrócił się w miejscu, nie racząc przy tym jakkolwiek pożegnać panny Mormont. Ruszywszy przed siebie, starał się iść względnie spokojnie, jednocześnie jednak mając zamiar jak najszybciej zniknąć gdzieś pomiędzy ludźmi i oddalić się od brata. Innymi słowy... no tak, stchórzył i miał w planach zwyczajnie zwiać. Po cóż jednak niepotrzebnie dodatkowo kusić los i porywać się na zbędną w tym momencie rozmowę? Pomysł tym bardziej kiepski, jeśli jego realizacja miałaby przebiegać w obecności niepotrzebnych świadków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
177
Join date :
13/06/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Cze 16, 2013 8:07 pm

Damona nie interesował zbytnio co ma do powiedzenia posłaniec, ani kobieta do której przyszedł. No może pośrednio jedynie. Najbardziej jednak zastanawiało go co tu robi jego brat, ten który nie żyje lub zaginął za murem. A teraz sobie gawędzi z jakąś damą dworu. Krew go zalewała, że coś takiego się dzieje. Podczas, gdy rodzina na pewno jakiś czas temu go opłakiwała. Damon niestety nie mógł przy tym być, bo długi czas przebywał w Essos.
Mężczyzna nie spuszczał wzroku ze starszego brata. Nie mógł go przecież w takiej chwili zgubić. Był tak zaciekawiony czemu Vilihame tutaj jest, że gdyby go stracił z oczu to chyba by zjadła go ciekawość. Jaki mógłby być powód, że wszyscy myśleli że nie żyje? Czyżby zdezerterował? A może zwyczajnie uciekł, gdy ktoś go napadał za murem? Damon nie wiedział i właśnie to go ciekawiło. Chciał się dowiedzieć teraz, zaraz. I wtedy ewentualnie podjąłby działania. Czy zabrać brata do Orlego Gniazda? A może zostawić go i niech nadal istnieje w kartotekach jako nieżywy? Właśnie dlatego chciał porozmawiać z bratem.
Po kilku chwilach przyglądania się bratu zauważył, że go spostrzegł i jakby nigdy nic obrócił się na pięcie i ruszył w dal, chcąc zapewne zgubić Damona. Na takie coś był przygotowany i od razu ruszył za bratem przyspieszając tempa. Może i starszy Arryn był lepiej ubrany na uciekanie. Bo w końcu żelastwo, które miał na sobie Damon bynamniej nie pomagało mu w pościgu za bratem w który mógł się zamienić aktualnie powolny truchcik. Jednak nie było tak źle, bo ilość osób, która tutaj występowała skutecznie uniemożliwiała nawet krótki sprint. O tej porze było ich zwyczajnie za dużo. Także to była tylko kwestia czasu jak Vilihame trafi na jakąś ślepą uliczkę i Damon go "dopadnie". Oczywiście nic mu nie będzie robił. Wszakże są braćmi i nawet takie coś co zrobił Vilihame nie sprawi, że Damon będzie miał ochotę mu cokolwiek zrobić złego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
10
Join date :
04/06/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Cze 16, 2013 8:48 pm

O ileż łatwiej żyłoby się niektórym, gdyby inni potrafili sobie w odpowiednim momencie odpuszczać... Bo czy nie byłoby starszemu Arrynowi o wiele bardziej na rękę, gdyby młodszy darował sobie dociekanie czegokolwiek i po prostu przekonał samego siebie, że zwyczajnie dopadły go omamy wzrokowe? A pewnie, że byłoby. Nie musiałby przynajmniej lawirować pomiędzy ludźmi, starając się jak najlepiej wtopić w tłum. Przy tym zaś niewykluczone, że rzeczywiście liczył na to, że Damonowi zwyczajnie zbrzydnie w końcu takie kluczenie - choćby ze względu na nadmiar żelastwa można byłoby uznać za wygodniejsze rozwiązanie przyjęcie wersji ze zwidami w roli głównej i o tym drobnym epizodzie zapomnieć. 
Niestety, kiedy Vilihame zerknął przez ramię, mógł jedynie przekonać się, że najwyraźniej żadnych omamów jego brat nie zamierzał sobie wmawiać. I tyle by w zasadzie było, jeśli o te prostsze rozwiązania chodziło, na co uciekinier jedynie zaklął pod nosem, na szybko starając się przemyśleć możliwe rozwiązania. Nieszczególnie uśmiechało mu się uganianie się po całym porcie i bogowie wiedzą, gdzież jeszcze. Coś takiego pewnie prędzej czy później zwróciłoby uwagę kogoś jeszcze i tyleż by wyszło z powstrzymywania się od wzbudzania niepotrzebnego zainteresowania. Z drugiej strony, gdyby naprawdę miał ochotę tłumaczyć się komukolwiek z rodziny, to prawdopodobnie już znacznie wcześniej darowałby sobie omijanie Doliny szerokim łukiem i trzymanie się z daleka. Co właściwie całkiem nieźle mu wychodziło i pewnie wychodziłoby nadal, gdyby przeklęty Damon nie zjawił się nagle tuż obok. A przecież Vilihame naprawdę był niemal pewny, że jego beztroska w tym miejscu, w tym czasie jest jak najbardziej uzasadniona i że nic nie powinno tego stanu rzeczy zmieniać.
Być może właśnie złość wywołana tym, że młodszy Arryn pojawił się w bardzo nieodpowiednim miejscu, pozwoliła mu podjąć decyzję co do tego, co powinien zrobić. A może raczej przyczynił się do tego fakt, że za cholerę nie przychodziło mu w tym momencie na myśl żadne miejsce, gdzie mógłby się spokojnie zaszyć, zniknąwszy wcześniej bratu z oczu. Zatrzymał się dość nagle, w chwilę później odwracając się w samą porę, by zdążyć usunąć się z drogi jakiemuś kupcowi, który akurat szedł do tej pory za nim. 
- A niech cię, cholera, Inni porwą - warknął, przez moment naprawdę zastanawiając się, czy aby przypadkiem nie powinien sięgnąć po broń. I nie, nie powstrzymał go fakt, że miał przed sobą rodzonego brata. Bardziej chodziło o to, że wśród tych wszystkich ludzi miecz i tak byłby zwyczajnie nieporęczny, a jeśliby o sztylet chodziło... no, tym to mógłby spróbować na przykład wyryć coś w zbroi. A to chyba nie zwiększałoby wcale jego skuteczności.
- Długo jeszcze masz zamiar za mną leźć? Mało ci ciekawszych zajęć? - pewnie trochę nie na miejscu było posługiwanie się w tym przypadku tonem wypowiedzi, jasno wskazującym na to, że to tylko i wyłącznie ten młodszy zachował się bardzo nie w porządku. Tyle, że to przecież rzeczywiście właśnie jego winą było to, że zjawił się akurat tutaj i teraz. Vilihame domagał się tylko świętego spokoju i w tym momencie chyba naprawdę był w stanie uwierzyć w to, że ten jak najbardziej się mu należy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Port   Nie Cze 16, 2013 8:58 pm

Dziewuchy, też mi coś. Jej irytacja rosła głównie z powodu jego kpin, jakoby była jakimś dzieckiem! Oparła dłonie na biodrach, jednocześnie dyskretnie sprawdziła, czy sztylety, które przytroczyła do pasa przed opuszczeniem pola bitewnego, nadal były na swoim miejscu. Odetchnęła z ulgą, gdy wyczuła chłodny metal pochew - automatycznie poczuła się bezpieczniejsza, gdyby okazało się, że mężczyzna jest jakimś zbójem.
Wygięła wargi w półuśmiechu.
- A zatem nie będę musiała długo czekać, by o tobie usłyszeć, panie. Król z pewnością z chęcią przyjmie każdą twoją sugestię odnośnie zmiany ustroju kraju. - Kiwnęła głową, na znak przyjęcia "podziękowań" mężczyzny. Oczywiście nie omieszka dodać jakiemuś lordowi (swojemu ojcu, lordowi Frey'owi - posłyszała plotki, jakoby miała wpaść w oko panu na Bliźniakach - czy przyszłemu mężowi), że napastował ją jakiś nieokrzesany nieznajomy, próbował okraść ją, a nawet pokusił się o zaatakowanie jej. Nikt przecież nie musiał wiedzieć, że nie było to prawdą, a ona osiągnęłaby swój cel (nie pozwoli, by wyprowadzał ją z równowagi jakiś włóczęga, ot co).
- Ach, rzeczywiście - westchnęła z rozczarowaniem. - To ja zaszczyciłam cię swoją obecnością. Powinieneś więc dziękować Starym Bogom, że masz możliwość prowadzić ze mną konwersację, mój panie - dodała jeszcze ze złośliwym uśmieszkiem, zgrabnie ukrywając swoje zdenerwowanie.
- Cóż mnie sprowadza? Nowy król, turniej, przygoda - odparła krótko, sztywniejąc nagle, gdy zauważyła zmierzającego w ich stronę mężczyznę, wyglądającego na kupca z Essos. Z uwagą obserwowała jego zachowanie, nie wiedząc, czego nieznajomy może od niej chcieć.
Kiwnęła jednak mężczyźnie głową, gdy ten zwrócił się do niej per pani, jakby doskonale wiedział, kim ona jest. Wielkie było jej zdziwienie, gdy usłyszała nieznajome imię kupca zza Wąskiego Morza, jeszcze większe, gdy okazało się, że ów mężczyzna przesyła podarunek dla Mormontów.
Niepewnie przyjęła prezent, w całej sytuacji wyczuwając podstęp.
- Przykro mi, panie, lecz nie znam nikogo o imieniu Verylian pochodzącego z Essos - zaczęła ostrożnie, nie do końca wiedząc, czego może spodziewać się po przybyszu. - Zdradź mi, proszę, czymże jest ów podarunek! - poprosiła jeszcze. Jeżeli nie był to żaden podstęp, mężczyzna powinien wyjawić, co kryje się pod szkarłatną chustą. Miała nadzieję, że w ten sposób odkryje prawdziwe zamiary przybysza.
Gdy pojawił się obok kolejny mężczyzna, jedynie obrzuciła go niepewnym spojrzeniem nie wiedząc, czy powinna go skądś kojarzyć. Nieważne. Jak będzie potrzeba, to się przedstawi.


Ostatnio zmieniony przez Shaynah Mormont dnia Nie Cze 16, 2013 9:21 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
177
Join date :
13/06/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Cze 16, 2013 9:19 pm

Niestety nie może być tak łatwo. Prawie nigdy nie zdarza się tak, że coś dzieje się po czyjejś myśli. Zwłaszcza w takim momencie. Można sobie też do tego dodać fakt, że Damon jest nieprzewidywalny. Owszem mógł sobi odpuścić i zostawić brata. Mógł również zwalić to na omamy wzrokowe. Przecież przez długi czas był na morzu i mogło się mu poprzestawiać we łbie. Ale czy, gdyby coś takiego się stało to Damon myślałby rozsądnie? Absolutnie nie, jeszcze bardziej chciałby rozwiązać tę sprawę.
Szedł tak powoli, co jakiś czas przyspieszając kroku, próbując dostosować swój chód do tempa brata. Pościg nie mógł trwać zbyt długo, bo przecież wystarczył tylko moment, że Vilihame się pomyli i on go dogoni. Albo to Damon się pomyli i brat zniknie mu ze oczu.
Jak widać to jednak starszy z rodu Arryn się pomylił, a drugi z nich skrzętnie to wykorzystał i zbliżył się w taki sposób, aby mu już nie uciekł. I tak się spotkali oko w oko. Bardzo długo się nie widzieli, można było jednak zauważyć, że Vilihame nie jest zadowolony z tego spotkania. Nie dziwiło to jednak młodszego brata. Jeżeli uciekł z Nocnej Straży to zbytnio nie stawiło go w dobrym świetle i generalnie Damon to rozumiał. Oczywiście wiedział, że to nie jest jego wina co do znalezienia brata. Skoro chciał uciekać to mógł chociaż robić to tak, żeby nikt go nie zauważył. A pojawianie się w stolicy nie było chyba rozsądnym wyborem skoro odbywał się tutaj turniej rycerski. Mimo, że jest wojna, to jednak ktoś z Orlego Gniazda mógł się tutaj pokazać. A jeżeli byłby blisko rodziny Lorda to byłaby duża szansa, aby rozpoznano Vilihama. Może z uciekaniem u niego dobrze, ale czasem chyba brakowało mu zdrowego rozsądku. A skoro miał nadzieję na to, że Damon odpuści po zobaczeniu go to niestety trochę, albo bardzo nie myśli.
Damon puścił to co powiedział jego brat mimo uszu. Nie miał zamiaru się z nim przekomarzać czy coś w ten deseń. On tu przyszedł, żeby z nim porozmawiać i dowiedzieć się prawdy. O ile nie będzie problemu z rozmową.
- Vilihame... - Powiedział podchodząc do niego i kładąc mu rękę na ramieniu. Wskazał mu głową pustą uliczkę, która teraz się ukazała. Nie chciał z nim rozmawiać tutaj, bo przecież to miasto ma uszy i oczy. Dopóki nie wie co się dzieje to wolałby nie rozgłaszać tego, że jego brat jednak żyje. Potoczyło by się to szerokim echem i mogłoby doprowadzić do niechcianych przez niego skutków. Gdy już znaleźli się na miejscu to młodszy z Arrynów postanowił prosto, bez zbędnych słów zapytać o to co tutaj robi.
- Może powiesz mi. Co ty do cholery tutaj robisz? Czyżbyś powstał z martwych? - Zapytał, a na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek. W końcu chyba miał prawo usłyszeć co też jego brat ma na swoją obronę. Oby miał jakąś dobrą wymówkę, bo zapewne będzie miał przekichane i to nieźle. Damon na początku nie chciał spłoszyć brata, ale co by powiedział, to jednak zamierzał go zabrać ze sobą. Miał tylko nadzieję, że nie będzie zbytnio ciężko. W końcu to, aby się wszyscy dowiedzieli nie było w interesie żadnego z nich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
10
Join date :
04/06/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Cze 16, 2013 10:09 pm

Bez wątpienia, pojawienie się w Królewskiej Przystani było jednym z mniej rozsądnych pomysłów Vilihama. Tym bardziej zaś nieudanym, że ten akurat - wyjątkowo! - przemyślał wcześniej, doszedłszy ostatecznie do wniosku, że odrobina lekkomyślności i beztroski nikomu jeszcze nie zaszkodziła. No, prawie nikomu. Właściwie... och, no dobrze, szkodziła ciągle, wyjątkowo często i wiele osób prawdopodobnie miało już okazję się o tym przekonać. Szczerze powiedziawszy jednak, wymaganie od Vilihama, by ciągle podejmował tylko te rozsądne decyzje, byłoby takim samym absurdem jak wymaganie od Damona, żeby po zobaczeniu brata w porcie, odpuścił sobie chęć zaspokojenia ciekawości. W końcu gdyby ten starszy Arryn należał do osób, które wyjątkowo długo i wnikliwie rozważały swoje zamierzenia, to prawdopodobnie z jego przeszłości można byłoby śmiało wyrzucić wszelkie wzmianki tyczące się Nocnej Straży. I całej masy innych mniej i bardziej nieprzemyślanych pomysłów.
Nawet teraz mógł przecież zastanowić się odrobinę dłużej i zamiast zwyczajnie uciekać, od razu udać, że obecność brata nie robi na nim absolutnie żadnego wrażenia. Później musiałby już tylko iść w zaparte, trzymając się uparcie swojej roli człowieka, który nie ma absolutnie nic wspólnego z jakimkolwiek znaczącym rodem. Kwestia przypadkowego podobieństwa, nic poza tym.
Niestety, stało się inaczej. A umiejętnością cofania czasu chyba jeszcze nikogo bogowie nie zechcieli obdarzyć. Nic zresztą dziwnego, coś takiego znacznie zubożyłoby efekty ich złośliwości.
- Dokładnie tak. A drugi raz może się to już nie udać - rzucił w odpowiedzi, kiedy już wleźli w tę uliczkę i kiedy już minęła mu chęć, by jednak spróbować nieco skuteczniej zniknąć Damonowi sprzed nosa. - Nie chcę być nieuprzejmy, ale skoro w tej kwestii już wszystko jasne, to może po prostu się wynoś? Możesz się bardziej przydać gdzie indziej, a ja wspaniałomyślnie daruję sobie pytanie, po jaką cholerę bogowie przygnali cię właśnie tutaj.
Pewnie zastosowanie się do jego sugestii i natychmiastowe ulotnienie się Damona byłoby kolejnym rozwiązaniem z serii tych najłatwiejszych i niemających większych szans na powodzenie. A szkoda. Chociaż przy okazji poirytowanie i zdecydowanie niezbyt przyjazna postawa Vilihama mogła stanowić odpowiedź na płonne nadzieje, jakoby zabieranie go ze sobą miało szansę się ziścić. Nie, zdecydowanie jeśli miałby się gdziekolwiek wybierać, to stanowczo w stronę przeciwną, niźli jego brat. Nawet teraz skinął przecież sugestywnie głową w stronę, z której przed momentem weszli w uliczkę, jakby w ten niemy sposób miał zamiar młodszego popędzić do szybszego zastosowania się do wcześniejszej sugestii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Cze 16, 2013 10:23 pm

MG


Posłaniec uśmiechnął się.
- Verylian to najznamienitszy i najbardziej majętny spośród elity Wolnych Miast, Pani - powtórzył z przekonaniem. Cóż, jeśli pozwalał sobie na tak strojnych posłańców, zapewne nie należał do biedaków.
Gdy Shayah poprosiła go, by powiedział czym jest podarunek, posłaniec uśmiechnął się szeroko i odsłonił  chustę skrywającą prezent. Spod materiału wydobył się piękny zapach, a oczom Shaynah ukazał się najpiękniejszy bukiet róż jaki widziała w życiu. Z pewnością kwiaty nie były żadnym podstępem.
Posłaniec wręczył bukiet Shaynah, skłonił się ponownie i odmaszerował w swoją stronę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Port   

Powrót do góry Go down
 

Port

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Biały Port
» Port turystyczny

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań-