a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Dziedziniec zamku - Page 3



 

 Dziedziniec zamku

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
126
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Dziedziniec zamku   Pon Kwi 29, 2013 1:35 pm

First topic message reminder :

***
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Sob Sty 03, 2015 12:40 am

Gdy Selyn Lannister wjeżdżał na dziedziniec Casterly Rock wszystkie wspomnienia z dzieciństwa wróciły. Docinki ze strony starszych braci, ich żarty, które czasami miały tragiczne skutki. Podejrzewał,  że jeżeli to nie jego ojciec, to właśnie któryś z nich stał za wypadkiem z lwem. W siedemnastym dniu swojego imienia wrócił do domu po służbie u lorda Clegane'a. Odbył wtedy kilka niemiłych rozmów z ojcem, który nie mógł znieść jego upodobań.  Wtedy to dziedzic Zachodu dał wybór synowi. Młodzieniec nie chcąc dalszych kłótni pozornie zgodził na warunki ojca, obiecując,  że zaprzestanie spotykania z innymi młodymi mężczyznami. Sytuacje na linii ojciec-syn zdawały się przenieść na neutralny grunt.
Z braćmi było jednak dużo gorzej. Od początku powrócili do strojenia sobie żartów mimo iż byli już dorosłymi ludźmi. Selyn postanowił jednak dzielnie znosić wszystkie drwiny aż do dnia gdy doszło do wypadku w podziemiach Casterly Rock. Jak powszechnie wiadomo Lannisterowie trzymają tam w ogromnych klatkach lwy. Trzy tygodnie po powrocie ojciec umówił się z nim właśnie w tamtym miejscu na poważną rozmowę. Gdy Selyn dotarł na miejsce czekała go przykra niespodzianka. Zamiast ojca ujrzał otwartą jedną z klatek i młodego lwa przechadzającego się w tę i z powrotem. Zwierzę szybko go dojrzało i od razu ruszyło do ataku. Z krzykiem przerażenia chłopak salwował się ucieczką. Jedna z łap potwora dosięgnęła go jednak i obaliła na ziemię. Uratowało go dwóch strażników,  którzy usłyszeli jego wołanie. Zdążyli na czas odciągnąć zwierzę i zabić. Jeden z nich przypłacił to jednak swoim życiem.
Rana na plecach Selyna goiła się długo jednak ta na sercu nie zagoiła się nigdy. Przekonany był bowiem, że klatka została otworzona specjalnie,  a  nie jak mówiła oficjalna wersja przez nieuwagę jednego ze sług,  który sprzątał klatkę. Głównym podejrzanym był jego ojciec. Lannister wątpił jednak by zrobił to samodzielnie. W grę wchodzili jego starsi bracia, którzy kręcili się tego dnia w podziemiach bądź jeden z wiernych słów jego rodziciela. Nie mając jednak dowodów postanowił przenieść się do Lannisportu by kontynuować leczenie. Poczatkowo sądził, że gdy już wyzdrowieje uda się na jakiś inny dwór i spełni swoje marzenie zostania rycerzem, jednak kłopoty finansowe zmusiły go do pozostania w mieście. Teraz jednak powrócił. Już jako rycerz.
- Panie? -  z rozmyślań wyrwał go głos chłopca stajennego.
Selyn Lannister zsiadł ze śnieżnobiałego konia i oddał wodze słudze, który oddalił się wraz ze zwierzęciem w stronę stajni. Nic się nie zmieniło. Pomyślał rozglądając się dookoła. Kątem oka zauważył, że od strony septu zbliża się ktoś w otoczeniu dwóch zbrojnych strażników. Jako że był późny wieczór nie od razu dostrzegł kto zmierza w jego stronę. Dopiero gdy podszedł on na odległość kilku kroków rozpoznał mężczyznę. Lorcàn Lannister, lord Casterly Rock,  jego dziadek. Ruszył w jego stronę, jednak jeden ze strażników zagrodził mu drogę.
- Przepuść go! - rozkazał pan Skały. - Nie poznajesz? To przecież najmłodszy z moich wnuków.
Selyn zbliżył się do mężczyzny w podeszłym wieku i skłonił głowę.
- Dziadku. - rzekł.  - Niezwykle miło widzieć cię w dobrym zdrowiu.
Lorcàn patrzył na niego przez chwilę z uwagą a potem chłodnym tonem rzekł:
- Po co wróciłeś?
- Ja... przybyłem prosić o zgodę mojego pana ojca na podróż do Królewskiej Przystani...
- Zgodę?! - przerwał mu lord. - Od kiedy potrzebujesz zgody swojego ojca aby czynić co Ci się podoba? Powiedz lepiej, że chodzi Ci o pieniądze.
- Owszem, to też jeden z powodów mojej wizyty. - starał się być opanowany.
- Jeden z powodów powiadasz... A jakiż był powód nieobecności na pogrzebie twojej siostry, hmm?
Maureen Lannister. Jego słodka siostra. Jako jedyna próbowała go bronić przed szykanami ze strony innych. Dlaczego w ogóle nie przybyłem na jej ostatnie pożegnanie? Ach tak, moja urażona duma. Pierdolona duma. "Bądź dumny niczym lew." Wpajano mu to gdy był małym chłopcem. Więc był.
- Nie chcę nawet słuchać co masz do powiedzenia. - rzekł władca Casterly Rock. - Gdybyś nie był mojej krwi...  - machnął ręką, odwrócił się po czym ruszył w stronę zamku.
Selyn Lannister patrzył jak oddala się wraz ze swoją eskortą.
Witaj w domu.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Pon Sty 12, 2015 8:25 pm

Idąc powoli korytarzem jeszcze raz przeżywała przykre chwile... i ani trochę nie obchodziło jej, że powinna być w zupełnie innej części zamku i robić coś zupełnie innego i bardziej "pożytecznego" aniżeli włuczenie się Skale. Czy naprawdę musiała siedzieć w ciemnej komnacie i szyć?
Znaleźli ją bez problemu. Pędzący Płotka zostawiał za sobą wyraźne ślady, wyrywając w szaleńczym   galopie fragmenty gleby. To miał być jej wielki dzień. Miała uciec od wszelkich lordów, rycerzy, ślubów i przyjęć, na których więcej było wymuszonych uśmiechów i wyuczonych formułek niż prawdziwej przyjemności. Tymczasem co? Czekali na nią. Dwóch lwich gwardzistów, wielce niezadowolonych z obowiązku doprowadzenia młodej Cleganówny do Casterly Rock. Reszta podróży minęła w atmosferze przygnębienia, które stało się nieodłącznym elementem życia dziewczyny. Na wszelki wypadek, jakby porażka była za małym upokożeniem, kategorycznie zabroniono jej jakichkolwiek wycieczek poza mury Skały. Od tamtej pory nie odzywała się do nikogo.
Nagle coś wyrwało ją z zamyślenia. Usłyszała jakieś zamieszanie na dziedzińcu. Zaciekawiona, wyjrzała przez okno. Zaraz... Znała tego młodzieńca! Przebywał w twierdzy jej ojca. Chyba nie należy do ulubionych potomków starego lwa... Nie miała nic lepszego do roboty, więc zeszła i korzystając z uwagi skupionej na lordzie, niezauważenie wyślizgnęła się na zewnątrz. Stanęła w cieniu, oparta plecami o chłodną ścianę. Najpewniej nikt jej nie zauważy. Szare odzienie i rozczochrana czupryna nie były typowymi atrybutami młodych dam.
I stało się tak, jak przewidziała. Lwy były zbyt zajęte swoimi sprawami, by chociażby spojrzeć na stojącą obok dziewczynę. Tak bardzo przecież przypominała służącą... Uśmiechnęła się triumfalnie i ruszyła za oddalającym się blondynem.
[z/tx2?]
Powrót do góry Go down

avatar
Zachód
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
80
Join date :
24/10/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Czw Gru 03, 2015 4:04 pm

Przyszło z cholernej, zapyziałej północy. Przyniosło ze sobą tylko chłód, goszcząc nie tylko na zewnątrz; pokrywając szronem zbutwiałe deski i wpychając swoje macki pod grube, wydawać się mogło - niezawodne - płaszcze. Ugościło też w sercach, wdzierając się tam siłą i zostawiając wielką, przynoszącą tylko ból i rozpacz, drzazgę. Drzazgę, która miała tam pozostać już na zawsze.
Smród złagodniał. Jednak Casterly Rock był najczystszym miejscem na zachodzie. Lannisport śmierdział. Śmierdział rybą, gównem i... swoim, wręcz charakterystycznym zapachem. To dopiero było. Dobrze, że Lamir jako-tako przygotował się na taką mieszankę...
Gówno prawda.
Nikt na to nie był przygotowany. Jednak na wycieczkę do rodziny panującej w mieście, ktoś udać się musiał. Młody Lew sam by nie puścił Lorda Lannistera, który swoją wypłowiałą i szczątkową grzywą, mógł - co najwyżej - dołączyć do strachów na wróble. Więc udać się musiał tam sam.
Przygotowań nie można było też zacząć przez jedną, zgoła nieważną, rzecz. Skarbiec Lannisterów wreszcie zaczął się zapełniać. Złoto, niemal znak rozpoznawczy Lwów z Casterly Rock, znowu wróciło na swoje prawowite miejsce. Jednak nawet ono nie mogło zapełnić starty, jakiej doznał Lamir.
Wieść rozniosła się szybko, niemal błyskawicznie dochodząc do każdego zakątku Zachodu. Przyszły dziedzic Lannisterów, najstarszy, żyjąc jeszcze wnuk lorda... nie żył. Czysty wypadek? A może kolejna, zaplanowana akcja oponentów? Tych wszakże Lwy miały dużo. Zaczynając od wrogów zza morza, którzy tylko czekali, aby zemścić się na porażki sprzed lat, kończąc na nicponiach krążących niedaleko Lwów. Zdrajców, którzy powinni zostać ukarania. No... ale musieliby najpierw się ujawnić. A to była kurewsko ciężka sprawa.
Straż stała niczym posągi z kamienia. Ciche, graniczące z szeptem, pozdrowienie i Lamir znowu był w domu. Rozejrzał się po dziedzińcu, mimowolnie marszcząc czoło. Mimo zimna, deszcz nie ustawał, a błoto które już dawno poznało zakamarki jego butów, szczęśliwie asystowało nieszczęściu. No cóż. Przynajmniej ta para zawsze była razem.
- Panie... - rozległ się młodziutki głos zza lewego ramienia Lwa. Oczywiście, to był koniuszy, niedoświadczony trudem życia i uradowany z tejże, jakże "wielkiej" pozycji w Casterly Rock.
- Ma być gotowy do jazdy, w każdej chwili.
Krótki cel, krótkie polecenie. Od kilku księżyców, Lamir nauczył się wydawać zwięzłe rozkazy. Nie miał po co strzępić języka. Już wystarczająco wyklinał całe życie w myślach, aby teraz robić to na zewnątrz. Do ludzi. Do przedmiotów... po prostu wszystkich.
Młodzik posłusznie wykonuje rozkaz. Co ma innego do roboty? Czekał przy cholernym kominku, tylko wyczekując kogokolwiek, aby móc znowu wyjść na pizgający wiatr, który wciskał się w każdy zakamarek ubioru, przywodząc na myśl pierdolonego, złotego krakena Grejyoyów.
Młody Lew, przyszły dziedzic Lannisterów, doprawdy nie rozumiał świata. Raz za razem musiał gdzieś wyjeżdżać, a kiedy wreszcie wracał - czekało go jeszcze więcej roboty. Jeszcze więcej obowiązków. Jeszcze więcej pracy, którą wykonywać miał jego brat, Aart.
Który, na ruchanych w rzyć Innych, nie żył. Został rozszarpany przez cholerne lwy. Cóż za ironia!
- Kurwa. Kurwa. Kurwa - mówił Lamir pod nosem, wyciągając  lewą stopę z wielkiej, pełnej lodowej wody, kałuży. Otrzepał ją jednym ruchem, wiedząc, że i tak na nic to się zda. To już było naturalne. Połamać ręce leżącemu, podciąć nogi stojącemu. Tak już było i już.
A to miał być dopiero początek.
- Panie! Ktoś zbliża się do zamku - zaczął jeden z gwardzistów, przekrzykując dźwięki dochodzące zewsząd. - To... to chorągiew Reyneów!
Lannister skinął głową z wdzięcznością, doprawdy, nie będąc w gorszym humorze. Co mogło być gorszego niż zimny, wdzierający się wszędzie deszcz, wiatr przynoszący tylko chłód i cierń utkwiony po wszech czasy w sercu? Zaraz...
Mogło być.
Cholernie bogaty chorąży, który wiedział o swojej wyższości i z premedytacją przyjeżdżał; kiedy chciał i gdzie chciał. Niczym prawdziwy Lew. A nie tylko jego marna podróbka z kilkoma ogonami i krwistym umaszczeniem.
Lamir mocniej okrył się płaszczem, mimowolnie sprawdzając swojego towarzysza - ostrze, siedzące grzecznie w jego pochwie.
A właściciel? Właściciel za tobył ubrany nadzwyczaj normalnie. Tylko złote nici na kaftanie i tegoż koloru lew na płaszczu, oznajmiały, że to jest Lew, a nie jakiś zwykły podróżnik. Takie sztuczki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Zachód
Skąd :
Castamere
Liczba postów :
54
Join date :
02/12/2015

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Nie Gru 06, 2015 4:36 pm

Podróż do zamku Casterly Rock była... Okropna. A to wszystko przez pogodę. Nie spodziewała się aż tak przerażająco zimnego wiatru oraz deszczu, który docierał do każdego zakamarka jej ciała poprzez ubranie - oczywiście prawie nie posiadające suchej nitki, prawie. Co prawda tak źle nie było, gdyż płaszcz narzucony na strój do jazdy konnej dziewczyny był nawet niezłej jakości i dosyć dobrze nie wchłaniający wilgoci, to i tak czuła dyskomfort. Nigdy nie lubiła takich deszczowych dni - a na słoneczne się nawet nie zapowiadało. Marianne była tym niesamowicie zdruzgotana - ona tak kochała ciepło! Żeby jakąkolwiek imitację ciepłoty odczuć chociażby na polikach, narzuciła kaptur od płaszcza, jaki to w sumie gówno pomógł, a jedynie ochronił jej włosy przez zmoknięciem. Tyle dobrze.
Ale wiecie co było gorsze? Nie pogoda, a ta zwykła podróż do zamku. Nie miała tego nawet w planach, nie widziała sensu, aby się pojawiać tam wraz z bratem, no ale... Tak, jak coś trzeba było zrobić dla tatulka, to nie ma dyskusji, ma jechać i tyle. To samo chyba się nawet tyczyło Elden'a, ale on tak bardzo nie protestował. Prawdę mówiąc on też nie miał co mówić i kłócić się, jest w końcu dziedzicem rodu Reyne. Musiał się jakoś prezentować, przedstawiać swoje zdanie, zbierać szacunek i jakiś rozgłos, by być tak dobrze znany jak ich ojciec. Castamere może nie jest aż tak ważny, ale jednym z najbogatszych, jak nie piastującym pierwsze stanowisko pod tym względem. Dlatego tak bardzo byli ważni, tym bardziej dla Lannisterów. Co prawda - Marianne się tak dobrze na polityce nie znała, ale widziała i łączyła fakty w jedną spójną całość, aby mieć w ogóle jakiekolwiek pojęcie na temat tego wszystkiego. Przecież nie chciała wyjść na idiotkę. Szczególnie przy jakimś Lannisterze.
Podróż odbywała na swojej klaczy. Po prostu kochała tą zwierzynę i nie powiecie, że nie jest z nią związana emocjonalnie. Potrafiła z nią spędzać wiele godzin, między innymi przeczesując ją dla zwykłej pieszczoty. Wydawało się jej nawet, iż odwzajemnia klacz jej odczucia, gdyż nawet podczas tej trasy starała się "na własną rękę" omijać niezbyt dobre położenie, by Marianna nie poczuła nieprzyjemności siedzenia na siodle. Niby nic, ale to było ważne dla dziewczyny, rozumiała jej intencje, choć nie czytała jej oczywiście w myślach, i była jej za to niezwykle wdzięczna. Przynajmniej dzięki niej dobrze się czuła na tym padole łez.
Znalezienie się na dziedzińcu Casterly Rock sprawiło, iż zatrzymała klacz i zsiadła z niej, by stanąć wreszcie pewnie swoimi stopami na ziemi. Poprawiła ubranie, widząc urodziwego mężczyznę, który z dumą prezentował swój ród - Lannister. Ukłoniła się do niego, postanawiając nie odzywać się, trzymając klacz za lejce. Dlaczego? Nie z racji braku szacunku - po prostu czekała na ewentualną swoją kolej, gdyż to brat tutaj miał więcej interesów do niego, niż ona sama. W sumie chyba miała mu tylko i wyłącznie towarzyszyć, co miała z resztą zamiar robić. I tak nie miała co mądrego do powiedzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Czw Gru 10, 2015 9:03 pm

Elden od początku miał mieszane uczucia, co do tej całej podróży do Casterly Rock. Droga nie była zbyt przyjemna, ciągły deszcz i głębokie błoto tylko wszystko wydłużały. Jednak głównym powodem do zmartwień był jego ojciec, który na szczęście został w Castamere. Lord Reyne miał dość chłodne stosunki z Lannisterami, a kiedy bogactwo jego rodu rośnie, a skarbiec Lannisterów nie jest w najlepszej kondycji, wszystko może się zaostrzyć.
-Nawet tutejsza pogoda za nami nie przepada. - Zaśmiał się, spoglądając na swoją straż przyboczną, widocznie gwardziści nie byli w humorze na słuchanie jego uwag odnośnie pogody.
Ciekawiło go jak wygląda sytuacja u Lannisterów. Wieści niosły, że poszukują złóż złota, których na szczęście jego rodzina miała pod dostatkiem, ale widmo konkurencji nie przypadało mu do gustu.
Jechał na przodzie kolumny na swoim starym, białym ogierze, który od błota zaszedł już trochę na brązowo. Miał na sobie długi czarny płaszcz z kapturem, z początku osłaniał go przed deszczem, ale teraz mógłby z niego wycisnąć dobre wiadro wody.
Czuł się bardzo pewnym siebie. Podobała mu się idea tej wizyty, przynajmniej z jego perspektywy było wiele możliwości. Liczył, że po mimo ewentualnych uwag ojca, uda mu się nieco polepszyć stosunki między rodem Reyne i Lannisterów. W końcu brak Lorda Reyne w okolicy dawał mu większe pole do rozmów.
Wjeżdżając na dziedziniec zdjął kaptur z głowy, a jego ciemne blond włosy opadły na ramiona. Całkiem okazały zamek, ale do Castemere trochę brakuje. - Pomyślał, rozglądając się po dziedzińcu.
Na miejscu czekał już na nich komitet powitalny, złożony z Lamira Lannistera i kilku innych osób. Siadł z konia, po czym zdjął z siebie swój płaszcz, który podał jednemu ze służących, zaś kolejnemu, skinieniem palca, kazał odprowadzić konia.
Ubrany był w długą jedwabną koszule, z bogatymi zdobieniami i rodowym herbem, wyszywanym złotymi i białymi nićmi. Ruszył w kierunku Lannistera, rozglądając się jeszcze chwile po dziedzińcu. Na jego twarzy zaczął malować się uśmiech.
-Witaj Ser Lamirze, miło mi Cie poznać. - Wysunął dłoń w kierunku Lannistera, przyglądając się jemu i jego ludziom.
Powrót do góry Go down

avatar
Zachód
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
80
Join date :
24/10/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Nie Gru 13, 2015 12:40 pm

Kropla deszczu. Niby rzecz niezbyt ważna. Błahostka. Spadająca z nieba, lecąc na spotkanie z losem. Z jej przeznaczeniem. Rozbijając się o pukle jasnych włosów, przyprawiając je raczej, o wygląd łusek, niźli pięknych, jaśniejących nawet w mroku - włosów.
A Lannister nienawidził takiej pogody. Nienawidził niespodziewanych gości. Ogólnie to wszystkich i wszystkiego nienawidził.
Herb Reyneów przez murami Casterly Rock, mógł wydawać się w najlepszym wypadku - bardzo dziwny. Młodociany Lew już raczej sądził, że prędzej zobaczyłby chorągiew jego przyszłych współziomków na polu bitwy, rzucając czerwonego lwa, wprost do paszczy - może ospałego - ale wciąż groźnego, złotego króla. Króla Skały.
Gówniana pogoda w akompaniamencie wątpliwych sojuszników, mogła spędzić z powiek każdą radosną chwilę. A takich Lamir nie miewał już  od dawien dawna.
Sytuacja wydawała się patowa. Lannister za nic w świecie nie chciał przyjąć Reyneów. Wolał już znaleźć i oskórować lwa, który zabił jego brata, godząc się tym samym na dni w błocie i mrozie. Niestety, ale też musiał przyjąć na swoje barki coś zupełnie innego. Coś, czego nigdy w życiu nie miał. Ciężar, który przeszedł z jego dwóch, byłych braci. Dlatego zamiast wydać rozkaz do zamknięcia bram, spróbował wymusić na swojej twarzy coś na kształt uśmiechu, mówiąc:
- Burza jest zwiastunem Reyneów? Cóż za nowość - zaczął mówić Lamir, krzywiąc się mimowolnie, kiedy woda wesoła chlupnęła w jego bucie - niestety, do przewidzenia.
Nie miał zamiaru udawać kogoś, kim nie był. Nie chciał też ułatwić zadania Czerwonym Lwom. Skoro tutaj przybyli, mieli ku temu jakiś powód. Bo przecież nie przyjechali, w ten piękny dzień, na kufel ale, wspominając przy nim dawne czasy.
- Pani - powiedział sucho Lannister, zwracając swe spojrzenia na nieskalane, młodziutkie lico córki Pana Castemere. - Jakże dobrze w taki gówniany dzień, widzieć światełko rozjaśniające ciemność kłębiącą się od dawna wokół nas.
Splunął na ziemię, wskazując koniuszemu, aby znowu podszedł. Nie musiał rozkazywać. Po prostu skinął głową, a chłopak, oczywiście - za pozwoleniem gości - zajął się kobyłami, ciągnąc je powoli w stronę stajni. - Eldenie - przemówił Lannister - mi również jest niewątpliwe miło, gościć was osobiście w Casterly Rock.
Nie było co oszukiwać. Lamir nie powiedział, że jemu również było miło. Bo niby czemu? Nie lubił kłamać, a wrogów też nie miał zamiaru sobie dorabiać. Wszakże Lwy ze Skały miały ich wystarczającą ilość. Prawda?
Kiedy Reyne ściągnął płaszcz osłaniając go przed siekącym z góry deszczem, atakującym każdego, wciskając się w nawet najgłębsze zakamarki; i porywistym wiatrem, starającym się niby rozwalić mury twierdzy, Lannister najzwyczajniej na świecie pomyślał, że gość oszalał. Musiało mu być przecież cholernie zimno, gdyż Lamir - będąc w grubym, wełnianym płaszczu - starał się nie drżeć z zimna.
Zima nadchodziła. I on dobrze o tym wiedział.
- Wybaczcie za przerwanie tej zacnej chwili, jednakże gówno spływające z nieba i wiatr pizgający zewsząd, skutecznie uniemożliwiają mi napawanie się z powodu tego spotkania.  Możemy kontynuować rozmowę wewnątrz zamku? Nie martwcie się o służbę, zajmiemy się nimi.
Propozycja była luźna, wszakże: - Oczywiście, możemy dalej stać na tym placu, który niechybnie niedługo zmieni nazwę na rzekę.

Wybaczcie za gówno, a nie post. Ayy.


Ostatnio zmieniony przez Lamir Lannister dnia Pon Gru 14, 2015 12:59 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Zachód
Skąd :
Castamere
Liczba postów :
54
Join date :
02/12/2015

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Nie Gru 13, 2015 11:35 pm

Oczekiwanie. Tak, jedynie to jej pozostało na obecny moment, widząc obojga mężczyzn. Jeden był pokojowo nastawiony, drugi od początku z niejakim dystansem do tego całego niespodziewanego spotkania. Równie dobrze Marianne mogła sobie teraz odjechać i pozostawić brata na pastwę losu Lannisterowi, ale w sumie - co miała innego do roboty w swoim zamku? Wszakże nic na nią nie czekało ani tym bardziej nikt. Poza tym, jeszcze nie miała okazji odwiedzić Casterly Rock, a ona chce zwiewać? A jakżeby inaczej! Toż to nie miała co do powiedzenia i do poczynienia, jedynie będzie stała jak niejaki debil i się wpatrywała to na jedną osobę, a zaraz potem na drugą. Logiczne, czyż nie? Mus ojca jest jednak zazwyczaj dziwny i aż się obawiała tego co będzie, gdy zostanie obiecana jakiemuś mężczyźnie. Na pewno będzie to niespotykanie, nieprzewidywanie obłąkany mężczyzna, którego w stu procentach nie pokocha. Po co ma się w sumie zakochiwać w kimś, kto jest jej tylko przyrzeczony i nie ma obowiązku do czegokolwiek więcej oprócz zgody na usprawnienie politycznych zapotrzebowań dla Reynerów.
ZARAZ! Nie teraz o tym mowa przecież. Miała "ważniejsze" rzeczy teraz na głowie, jak własnie obcowanie wraz z bratem z przedstawicielem Lannisterskiego rodu. Który to w sumie zdobył się aż na... Komplement? Wszystko byłoby pięknie i ładnie, gdyby nie to określenie "gówniany dzień". Co prawda te dzionek był faktycznie gówniany, ale żeby go tak konkretnie nazywać przy mówieniu tak pięknego komplementu?! Och, Panie Lamirze, proszę następnym razem o więcej delikatności w mówieniu takich oszałamiających rzeczy do kobiety. Wszak - kobieta jest niczym kwiat, trzeba go starannie pielęgnować i dotykać, by poczuć się docenionym. Ale, zaraz, znowu mówię nie o tym, o czym trzeba w tym momencie. Ech.
Gdy tylko usłyszała uprzejmy i miły komplement z jego strony, delikatnie się ukłoniła, dziękując w ten sposób za tak hojne słowa, których to się ani trochę nie spodziewała. A już na pewno nie na początku owego spotkania. Marianne była zszokowana i to można było zauważyć na jej twarzyczce. - Dziękuję Ci, Lamirze. Dla mnie to również miła okazja do ujrzenia Twojej przystojnej i dostojnej twarzy przedstawiciela rodu Lannister, o jakiej to ciągle słychać plotki. - rzekła niezwykle urzekająco po czym uśmiechnęła się w jego stronę. Nie, nie miała zamiaru go podrywać, choć i na to mogłoby się wydawać. Po prostu chciała się odwdzięczyć za miłe słowa skierowane do niej. Czemu by nie miała zrobić tego samego dla niego? Nie widziała przeciwwskazań, a przecież nie odda mu swojego łona natychmiastowo, bo również mu powiedziała taką, a nie inną, rzecz. Po za tym - nie kłamała. Naprawdę wiele mówiono o Lamirze Lannisterze na Zachodzie i już nasłuchała się dość, by móc stwierdzić, że ma to głęboko w dupie. Jednakże plotkowanie nie było bezpodstawne, o czym mogła powiedzieć potem niejednej niewieście, choć wolała utrzymać taką informację tylko i wyłącznie dla siebie. Czy podobał jej się Lamir? Nie miała zdania, gdyż nie widziała wielu mężczyzn w swoim życiu, a na dodatek nie miała jakiegoś ukochanego typu mężczyzn, mówiąc o wyglądzie - nigdy na to nie patrzyła, gdyż i tak i tak nie było jej dane móc poślubić kogoś z miłości.
Zanim tylko oddała swoją klacz w opiekę wskazanego człowieka przez Lamira, Marianne pogłaskała zwierzynę i wyjęła z sakwy kawałek jakiegoś tam przysmaku, który zdążyła porwać ze swojego pokoju. Poklepała ją delikatnie po pysku, by poczuła dodatkową miłość z jej strony, po czym posłusznie przekazała lejce i obejrzała się za siebie odprowadzając chłopaka z końmi wzrokiem. Westchnęła ciężko z lekka obawą o swoją ukochaną klaczynę, jednakże uważała, że nie ma się czego przecież obawiać. Długo tutaj nie "zabalują", taką miała w sumie nadzieję gdyż czuła się skrępowana, lecz tylko odrobinę.
Oczywiście pozbycie się przez Elden'a płaszcza było dla jego siostry czymś cholernie dziwnym i popatrzyła się na niego większymi oczyma, niczego nie komentując. Skąd mogła wiedzieć o co może chodzić? W sumie w ogóle nie ingerowała w ich rozmowę, bo kobieta zawsze miała mniej do powiedzenia, nie ważne jakiego tytułu. - Tak, to bardzo dobry pomysł. - odparła, słysząc tą luźną sugestię rozmowy już wewnątrz Casterly Rock. Była zadowolona ze zmiany położenia geograficznego jej ciała, gdyż marznięcie na tym okropnie lodowatym wręcz powietrzu było katorgą i obawiała się nawet tego, iż przeziębi się lub będzie z nią o wiele gorzej. A tego na pewno nie pragnęła. Wspomnienie o placu, który miałby stać się rzeką przez te opady jeszcze bardziej napawało ją strachem. Zdawała sobie sprawę z tego, iż Zima przybywa. Ba, wszędzie jest to mówione w obecnych czasach, ale... Nie chciała sobie wyobrażać jak to wtedy będzie. I nie mowa już teraz o przenikliwym zimnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Wto Gru 22, 2015 9:05 pm

Deszcz niemiłosiernie podtapiał i tak już przesiąknięte ubrania Eldena. Zapewne na powrót pogoda będzie już piękna i słoneczna. - Pomyślał Elden. Jazda w takich warunkach tylko pogłębiała jego ponure myśli co do tej wizyty.
-Również nie widzi mi się zostawanie na zewnątrz. Z chęcią pójdziemy już do środka, jeszcze trochę i dostanę choroby morskiej od tego deszczu. - Dwie rzeczy za którymi nie przepadał zmówiły się, zła pogoda i Lannisterowie. Ale starał się myśleć pozytywnie o tej wizycie, chociaż póki co wszystko spoczęło na samych staraniach.
Po chwili przekonał się, że nie potrzebnie zdejmował płaszcz tak szybko. Wystarczyła krótka chwila stania na dziedzińcu, przed wejściem do zamku, a zimny deszcz zrobił swoje.
Na szczęście to jeszcze nie Zima, jeszcze. Elden pamiętał, że Zima tuż za rogiem, a może trwać i trwać jak w starych historiach. Nie to jednak zakrzątało jego myśli. Ciekawiło go jakie Lannisterowie będą mieli podejście do Reyne'ów. Rody te nigdy nie były w większym konflikcie, ale zbyt pozytywnych relacji również nie mieli.
Nie spodobała mu się mała wymiana zdań między jego siostrą, a Lamirem. Uważał, że Lannisterów trzeba trzymać na dystans i to sporty dystans. Pod ich komplementami zawsze może się coś kryć.
Powrót do góry Go down

avatar
Zachód
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
80
Join date :
24/10/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Sro Sty 20, 2016 2:01 am

Powiadają, że tylko na Północy ludzie byli twardzi jak stal i niegroźne im były złośliwe macki lodowatych wichrów. Stojąc tu teraz, Lamir hamował się od drżenia. Więc pojawiało się jedno, zasadnicze pytanie: jakimi musieli być skurwielami, żeby nie czuć tego gówna.
Lannister odgarnął kosmyk włosów, który niczym niechciana kochanka, przyległ do jego czoła, zapuszczając się na lewe oko Lwa. Denerwowały go one. Czasami miał myśli, żeby po prostu wziąć nóż i ściąć je całe. Uciąć jasne pukle, pozbywając się raz na zawsze problemu. Oczywiście, po chwili się opamiętywał, jednak te krótkie chwile konsternacji, przerażały go. A co jeśli będzie miał taki moment podczas bitwy? Wtedy nie będzie miejsca na wahanie. Dziecko, czy też stary, spróchniały dziad - każdy mógł zatopić szpony śmierci w jego ciele, wykradając z nań życie. Nawet ta, z pozoru, niewinna pani. Marianne. Urodą nieustępująca innym damom obnoszącym się w Królewskiej Przystani, lecz bez porównania, bardziej niewinna. Nieskalna piętnem oszustwa i intrygi. Jej usta były czyste, nie widniały na nich krople jadu, który uporczywie sączyłby się z nich, mamiąc i wabiąc, a następnie wbijając sztylet prosto w serce.
Albo to była gra pozorów.
Dziedziniec pokazywał po sobie tylko żal połączony z bezsilnością. Bezsilność i żal. Żal i bezsilność. Bo przecież co mógł zrobić zwykły człek, kiedy Bogowie szczali na wszystko z góry, a złośliwe, arktyczne chochliki, zaglądały w każdą szczelinę ubrań.
Lannister nie lubił cholernych protokołów i obrzędów. Kiedyś, jazda konna nie była dla niego godnym zajęciem, a fechtunek - tylko stratą czasu. Interesowały go tylko kolejne, spasłe tomiszcza, które zajmowały go bez reszty, wypełniając luki w marnej imitacji wolnego czasu. Oczywiście, podróże z panem dziadkiem, też robiły swoje. Zaszczyt, szczypta dumy i arogancji - te uczucia przez wiele lat dominowały w małym, nieco przemarzniętym sercu Lamira. Dorastającego u boku swych starszych braci, czerpiąc marną satysfakcję z tego, że tylko jego najmłodszy brat będzie mieć gorzej, bo przecież był ostatni i najmniej ważny. Teraz - z perspektywy czasu - bawiły go te myśli, doprowadzając nawet do uśmiechu na ustach. Kto by pomyślał, że on, trzeci wnuk Lorda Skały, Namiestnika Zachodu, Tarczy Lannisportu i głowy rodu Lannisterów, będzie zmuszony w przyszłości objąć władzę. Że to on będzie wydawać rozkazy. On będzie miał swoich chorążych, którzy będą go słuchać i wykonywać rozkazy. Nawet Reyne.
Te cholerne, szkarłatne kocięta z Castemare.
- Pani - mówi cicho Lannister, przebijając swoim głosem kurtynę deszczu. Podaje rękę Marianne i wraz z nią, rusza na przeprawę krótką, aczkolwiek wymagając wielkiego zachodu. Nie baczy na Eldena. To jego kolejna próba. Może ruszyć za przewodnikiem i przetrwać albo rzucić się wpław i utonąć w odmętach bezlitosnych wód dziedzińca Casterly Rock.
Szacunek to kwestia nadrzędna. Jednak jest coś, co winno być ważniejsze. To strach. On trzyma żołnierzy na murach, mimo totalnej klęski pod nimi. On czyha przy wartownikach wiedzących, że każdy więzień może im wydłubać oczy i zjeść trzewia. On pozwala przeć naprzód podczas, z pozoru, skazanej na porażkę bitwy. Jednak to nie strach przed wrogiem.
To strach przed władcą. Dlatego też, kiedy drzwi się otwierają, zanim jeszcze Lamir w towarzystwie Reyneów do nich dotrze, przechodzi go ciepły, przyjemny dreszcz.
Witajcie w paszczy lwa.
- Ser Eldenie, lady Marianne, wybaczcie mi na parę chwil. Służba doprowadzi was do głównej sali.
Zanim ostatnie słowa wypłyną z jego ust, jedna ze służek już czeka, z szacunkiem pochylając głowę i czekając na ruch Reyneów. Lamir za to puszcza delikatną dłoń córki Lorda Castamere, kiwając głową. Nie żegna się, jak to robią przestraszone wszystkiego lordziątka. Wie, że niedługo się zobaczą, a on sam nie jest wielbicielem marnowania czasu. Ba, jest jego koneserem. Uwielbia to uczucie, kiedy wie, że wszystko idzie zgodnie z planem, a żadna, choć najmniejsza chwila, nie jest zmarnowana. Zupełnie tak jak teraz.
I nie może mu tego przerwać nawet woda, która dalej chlupocze w jego cholewie, szyderczo wyzywając go do z góry skazanej na porażkę walki.

zt x3
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Zachód
Skąd :
Castamere
Liczba postów :
24
Join date :
06/05/2016

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Sob Maj 14, 2016 5:59 pm

| Początek.

Podmuchy wiatru niosły ze sobą woń morskiej soli, rozmiękłej ziemi i ludzkiej bytności – zapach fal mieszał się z dymem ognisk i jakby do smaku doprawiony został ostrym aromatem gliny; płytki, równomierny oddech sprawiał, że mieszanka nie była szczególnie uciążliwa, wystarczył jednak jeden, głębszy wdech a nieszkodliwa woń zamieniała się w gryzący smród.
Taki, do którego doszedł zapach końskiego potu i ludzkiego zmęczenia, czyniąc go jeszcze bardziej nieznośnym.
Podróż z Castamere nie była szczególnie ciężka, choć jednocześnie nie zasługiwała na miano letniego spacerku brzegiem spokojnego morza – rozmiękły od zimnego deszczu trakt równie dobrze mógł służyć jako kąpiel błota dla prosiaków, a dmący z północy wiatr zaszczycał podróżnych podmuchami tak potężnymi, jakby pragnął wywietrzyć ich ze wszystkich grzechów. Othell Reyne nie zwykł narzekać na warunki pogodowe – od kilku lat na dobrą sprawę nie narzekał wcale; zdawał się niepodatny na ukąszenia wichury, pryskające spod końskich kopyt błoto, zesztywniałe z zimna dłonie, które nieruchomo zastygły na wodzach. Udając się do Casterly Rock sądził, że zdoła wyrwać się z marazmu codzienności, że ucieknie przed własnymi demonami, że na Skale będzie – choćby przez chwilę – mniej niebezpieczny niż zwykle. Rzeczywistość jednak dość szybko zweryfikowała te przekonania, skazując dziedzica Castamere na nierówną, z góry przegraną walkę o własne przetrwanie – walkę o tyle trudniejszą, że toczył ją z samym sobą.
Reyne bywał w Casterly Rock wcześniej – spędził tu dwa lata jako giermek, po pasowaniu zaś trzy bądź cztery razy odwiedził siedzibę Lannisterów – jednak każda z tych wizyt miała miejsce przed tym, co go spotkało: przed przekroczeniem rozedrganej granicy między życiem a śmiercią, przed  pocałunkiem Nieznajomego, przed całkowitym zaprzedaniem własnej duszy za…
… właściwie za co? Za parodię egzystencji, w której utknął? Za możliwość wegetowania w tym przeklętym przez Bogów ciele?
Kąciki ust drgnęły lekko w gorzkiej parodii uśmiechu, gdy Reyne wraz z czternastoma swymi ludźmi
których nie darzę zaufaniem – tak, jak oni nie darzą mnie nim, ale zdołaliśmy odnaleźć wspólny język: sakwa pełna złota to uniwersalny sposób komunikacji
przekroczył mury Casterly Rock, kierując się ku dziedzińcowi rodowej twierdzy Lannisterów.
Gdzieś w głębi swej przewrotnej podświadomości żywił nadzieję, że wizyta w miejscu, które odwiedził kilkakrotnie, zdoła przywołać wspomnienia dawnego siebie. Były to jednak płoche i naiwne nadzieje kogoś, kto doskonale wiedział, że nic podobnego nie nastąpi, że nic podobnego nie może nastąpić. Wszak od kilku lat wciąż i wciąż nawiedza mury, w których się wychowywał i w których dorastał – te miejsca, z którymi powinny wiązać się jakiekolwiek wspomnienia, były wyłącznie zmyślnie połączoną stertą kamieni, ładnymi ogrodami bądź pustymi, obcymi pomieszczeniami. Nic do niego powracało, nic nie odbiło się czkawką pamięci – nawet intensywna, na swój sposób przyjemna woń morza oraz świeżego, chłodnego powietrza dla Othella miała ostry zapach palonego drewna i głęboką nutę czegoś, co ze sporą dozą ostrożności mógłby nazwać zgnilizną.
W końcu całego jego życie
to nowe życie
cuchnęło trupem. Gdyby zamiast Casterly Rock odwiedził Wysogród, woń kwiatów przywodziłaby Reyne’owi na myśl słodkawy odór rozkładających się ciał; gdyby udał się do Królewskiej Przystani, prawdziwej kurwy spośród wszystkich miast Siedmiu Królestw, stolica rzeczywiście miałaby dla dziedzica Castamere woń kobiety lekkich obyczajów – tyle tylko, że od przynajmniej kilku dni martwej. Ani olejki z Wolnych Miast, ani perfumy z Myr, ani wonności z Zatoki Niewolniczej, ani wiatr, ani morze, ani kwiaty – nic nie pachniało sobą.
Nic, poza trupami.
Ostre uderzenia podków o kamienny bruk dziedzińca były dźwiękiem, który wyrwał Reyna zza kurtyny własnych myśli – wokół koni przybyłych z Castamere gości natychmiast zakrzątali się stajenni, zaś dotychczas łopocząca na wietrze chorągiew z czerwonym lwem na kamienno-szarym polu spoczęła nieruchomo ponad głowami mężczyzn, którzy przy akompaniamencie szczęku zbroi oraz oręża zeskoczyli z siodeł. Sam Othell nie zdołał całkowicie wyrzec się zbrojnego przyodziewku – spod grubego, czarnego płaszcza obszytego sobolim futrem błyskał napierśnik o intensywnej, rubinowej barwie, zaś nienaturalne wybrzuszenie u pasa, które unosiło poły ciężkiego materiału, jasno wskazywało na przytroczony miecz. Trudno było winić Reyna o równie dosadne środki ostrożności – dziedzic Castamere miał pełne prawo przypuszczać, że w razie napotkania problemów na szlaku, nie będzie miał na tyle szczęścia, by ponownie przeżyć poderżnięcie gardła.
Choć to coś całkiem w jego stylu.
Othell wiedział, iż gospodarze nie każą na siebie długo czekać i lada moment na dziedzińcu zjawi się jeden ze złotych lwów, by móc powitać gościa – wiedział również, że do tego czasu powinien zdjąć skórzane, nieporęczne rękawice, które zresztą już zsuwał z dłoni, jakby od niechcenia rozglądając się wokół. Mury zamku budziły w nim ambiwalentne uczucia – z jednej strony nie potrafiłby powiedzieć, jak trafić do biblioteki, septu bądź głównej sali, z drugiej zaś nie były tak obce, jak się tego spodziewał. Dwa lata, które tu spędził, powinny odsłonić przed nim większość tajemnic Skały, i być może kiedyś rzeczywiście tak było, ale teraz…
… teraz był wyłącznie obcym człowiekiem na obcym podwórku.
I jedynie uczucie pragnienia zdawało mu się nad wyraz znajome.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Zachód
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
4
Join date :
10/05/2016

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Sob Maj 14, 2016 9:31 pm

Marnowała czas. Myśl ta towarzyszyła jej od momentu, gdy otworzyła powieki i nie zamierzała najwyraźniej zniknąć. Przeświadczenie, że spędza ten dzień na mało produktywnych rzeczach, wgryzało się w umysł i zmieniało każdą czynność w wieczną męczarnie. Śniadanie, które miało stanowić podstawę jej dnia, zostawiła niemal nietknięte. Nawet mleko z miodem nie było w stanie osłodzić jej poranka. Zachowywała się jak rozpieszczona pannica i z pewnością nie umknie to uwadze służby. Albo gorzej, uznają jej postępowanie za objaw złego samopoczucia. Ta informacja szybko znalazłaby drogę do uszu jej ojca i popsułaby również jego nastrój.
Im dłużej myślała, tym gorzej się czuła, a im gorzej się czuła, tym bardziej była skłonna do rozmyśleń. Często zdarzało jej się wpadać w to błędne koło i pomimo bycia kobietą zaradną do tej pory miewała problemy z jego przerwaniem. Najłatwiej było jej po prostu skupić uwagę na czymś zajmującym zarówno umysł i ciało. Sparing z drewnianymi mieczami, strzelanie z kuszy albo szaleńcza przejażdżka po okolicy na końskim grzbiecie – w skrócie wszystko, co nie przystało dobrze urodzonej panience. Choć te tęsknoty wynikały bezpośrednio z faktu, iż jej pan ojciec zdecydował się zaznajomić swą córkę z typowo męskimi zajęciami, nigdy nie miała do niego pretensji. Zawsze pragnął jej dobra, nawet jeśli czasem w rezultacie doprowadzało to do rozczarowania Andriny rzeczywistością.
Mogła się spodziewać, iż zostanie jej przydzielone jakieś godne zadanie. Choć zwykle mogła cieszyć się dużą swobodą w wykorzystaniu wolnego czasu, co oczywiście również zawdzięczała ojcu, to musiała od czasu do czasu przynieść nieco chluby rodzinie. Dziś miała witać gości, co w praktyce sprowadzało się do ładnego wyglądania i unikania wywołania skandalu. Miała w tym spore doświadczenie, w końcu w ten sposób spędziła całe swoje życie. Uśmiechała się, pozwalała ładnie ubierać i czesać, a także trzymała język za zębami, gdy rozmowa schodziła na kontrowersyjne tematy. A przyszłość malowała się tylko nieco inaczej. Wraz ze zmianą nazwiska dochodziło tylko jedno nowe zadanie – miała sprowadzić na ten świat rumianą gromadkę dzieci. Być może któreś z nich zabije ją już w czasie połogu, a w innym wypadku zapewne stanie się szczebioczącą karykaturą swego ojca. Oczywiście, kochała go niezmiernie, nie była jednak ślepa, ani głucha – miłość jaką ją darzył mocno nadszarpnęła jego reputację.
Rzeczywiście nie kazała na siebie długo czekać. Obserwowała dziedziniec z jednego z licznych okien i przy pierwszych oznakach poruszenia, wywołanego przybyciem gości, ruszyła ku wyjściu. Szczelniej owinęła się płaszczem, doskonale zdając sobie sprawę z wyjątkowo niesprzyjających warunków atmosferycznych. Był przynajmniej jeden plus tej sytuacji – dzięki ukryciu pod grubą warstwą materiału nie musiała zakładać ogromnej ilości biżuterii. Nigdy nie rozumiała czemu odpowiednia ilość złota, w postaci bransolet i wisiorków, miałaby zwiększyć jej atrakcyjność. Każdy i tak wiedział z kim ma do czynienia, nawet bez obwieszania jej rodowymi świecidełkami. Gdy szła w kierunku nowoprzybyłych wszyscy usuwali się z drogi, nie próbując nawet zwrócić na siebie jej uwagi. Mogła nie mieć wybuchowego charakteru, ale wystarczyło jej jedno chłodne spojrzenie, by dreszcz przebiegł po plecach stajennego. Parę razy zdarzyło jej się też doprowadzić młode służące do płaczu. Oczywiście nie czerpała przyjemności ze znęcania się nad biednymi dziewczynami, czasem po prostu musiała zwrócić im uwagę w dość dosadny sposób. Jej chłodne spojrzenie i obojętny ton działały skuteczniej niż krzyki.
- Ser Othell Reyne. – ni to zapytała, ni stwierdziła. - Mam zaszczyt powitać w Casterly Rock.
Przez jej twarz przemknął uśmiech, który jednak nie dosięgnął oczu. Ich tęczówki przywodziły na myśl raczej niezbadaną morską otchłań, niż wiosenny błękit nieba. Kilka kosmyków rozpuszczonych włosów zagubiło się na twarzy kobiety, jednak nie zadała sobie trudu ich okiełzania. Po pierwsze nie były warte tego trudu, a po drugie północny wiatr i tak za chwilę znów zniszczyłby jej fryzurę. Ta z kolei nigdy nie była zbyt misterna, Andrina preferowała nosić włosy rozpuszczone.
Stojąc przed gośćmi czuła się swobodnie, co też dało się od razu wyczuć. Kilka lat temu mogła być nienawykłą do towarzystwa dziewczyną, która zdzierała kolana w czasie zabaw i obijała stajennym nogi za pomocą drewnianego miecza. Teraz częściej miała okazję do słownych przepychanek, niż do luźnych przepychanek z bronią w ręku. Ponadto nie potrzebowała pogardliwego tonu, ani spojrzeń pełnych wyższości by zaznaczyć swoją pozycję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Zachód
Skąd :
Castamere
Liczba postów :
24
Join date :
06/05/2016

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Sob Maj 21, 2016 1:06 pm

Lubił ten moment, kiedy rzeczywistość weryfikowała jego przypuszczenia i rozsądzała o nieomylności bądź – wręcz przeciwnie – błędnym toku myślenia. Zderzenie domysłów ze stanem faktycznym zwykle odbywało się zgodnie z oczekiwaniami dziedzica Castamere, który od pewnego czasu nie przepadał za niespodziankami – stąd też brała się jego chorobliwa potrzeba wyprzedzania innych o dwa, trzy, cztery kroki. Czasami była to kwestia tylko i wyłącznie racjonalnego toku myślenia: przybywając na dziedziniec Casterly Rock doskonale wiedział, że na powitanie wyjdzie mu jeden ze złotych lwów – była to wszak oznaka długiej i szerokiej na Siedem Królestw kurtuazji, wiedzionej (najpewniej uzasadnionym) szacunkiem wobec chorążego. Dokładnie na tym polegało życie szlachetnie urodzonych – balansowali pomiędzy domysłami a rzeczywistością, za nic mając własne pragnienia i chęć wyrwania się z duszącego gorsetu odgórnie narzuconego zachowania. Z zadziwiająco głębokimi pokładami cierpliwości i świadomością, że dziś wyjątkowo nigdzie się nie spieszy, Othell Reyne obserwował krzątających się po dziedzińcu koniuszych, własnych ludzi rozprostowujących kości po intensywnej podróży oraz – co stanowiło ukoronowanie tych kilku momentów oczekiwania – niewielkie zamieszanie wywołane zjawieniem się reprezentanta
nie, reprezentantki
rodu Lannister. W mdłym świetle zimowego słońca nic nie mogło wyglądać dobrze – ani dumna potęga zamku na Skale, ani bogate stroje, ani nigdy nie wyglądający dobrze dziedzic Castamere… a jednak złote włosy powoli zmierzającej przez dziedziniec kobiety zdawały się jedynym jasnym punktem pośród szarości dnia. Istniały jakby poza przestrzenią i poza czasem, niezależnie od ponurych warunków atmosferycznych i słabego światła – złote refleksy, zaklęte pośród gęstych pasm, wyławiały z pamięci Othella cień odległych, na wpół rzeczywistych wspomnień. Tych, które wiązały się z zapomnianą przeszłością, okresem spędzonym w murach Casterly Rock jako prosty, wtedy jeszcze naiwny giermek. Musiała minąć długa, przesycona ciężkim milczeniem chwila, nim Reyne przypasował imię do twarzy – rozedrgany miraż dawnego życia podszepnął odpowiednie wskazówki, nakazując dziedzicowi Castamere, by skłonił się lekko i przywołał na blade usta uśmiech, znacznie mniej szerszy od tego na szyi, jeszcze skrytego pod materiałem ciężkiego płaszcza.
- Lady Andrina Lannister – pomimo włożonych starań, jego głos przywodził na myśl osełkę przesuwającą się po ostrzu miecza bądź suchy syk pustynnego węża – w każdym razie nic przyjemnego, nic, w czego obecności chciałoby się przebywać.
Przynajmniej z własne woli.
Reyne wyprostował się spokojnie, rozluźniając nieznacznie spięte mięśnie pleców; minęła dłuższa chwila, nim oderwał wzrok od wyzutych z pozornego uśmiechu oczu dziewczyny - przeniósł ciężkie, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu spojrzenie na twarz, którą powinien pamiętać sprzed lat. Tyle, że wtedy było to oblicze dziewczynki, stającej w szranki na równi z chłopcami, choć pod względem umiejętności pozostającej nieco w tyle.
Powinien pamiętać również zapał, z jakim panna Lannister oddawała się dziecięcym zabawom, jak niejednokrotnie grała na nerwach zbrojmistrzowi, jak szybko przemykała korytarzami Casterly Rock. Powinien pamiętać, że był na swój sposób zauroczony jej zwinnością i oddaniem, z jakim traktowała swego ojca. Powinien pamiętać – i wstydzić się – własnych, nieudolnych zalotów, tych pokracznych ukłonów piętnastoletniego giermka, zrywanych przy drodze chwastów, które miały odgrywać rolę kwiatów, i palących rumieńców, kiedy dokładnie dwukrotnie zmierzył się z Andriną na polu ćwiczebnym – i dwukrotnie przegrał, oddając ciosy opieszale, jakby w obawie przed zostawieniem na jej ciele choćby najmniejszego siniaka.
Powinien pamiętać to wszystko – tyle, że wspomnienia, nawet jeśli okazjonalnie powracały do umysłu Reyne’a, zwykle pozostawały rozproszoną, rozmazaną mgłą bez jakiegokolwiek konkretnego kształtu i wyrazu. Mógł jedynie domyślać się ich wspólnej przeszłości, tego, że przed laty mieli ze sobą styczność – szczegóły pozostawały jednak dla Othella tajemnicą… choć on sam nie wątpił, iż z biegiem czasu zdoła ją odkryć, złożyć w całość ze szczątkowych wzmianek ze strony panny Lannister.
-To ja mam zaszczyt być waszym gościem, Pani. Ile lat minęło odkąd widzieliśmy się ostatnio?
Gładkie frazesy bez jakiejkolwiek wagi – ich konsekwencją mogła być wyłącznie kurtuazyjna rozmowa w drodze do wnętrza zamku, kilka słów wypowiedzianych wyjątkowo uprzejmym tonem. Nie mogli winić się za tę sztuczność – była wszak nierozerwalnie związana z ich życiami, równie ulotnymi, co rzucane na wiatr słowa. Reyne w kilku krokach pokonał krótki odcinek, który dzielił go od lady Andriny i, swobodnie oferując jej własne ramię, ponownie przywołał na usta lekki uśmiech, znacznie łagodzący bladą martwotę twarzy.
- Będę zaszczycony, jeśli pozwolisz, bym towarzyszył Ci w drodze z dziedzińca, Pani.  
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Zachód
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
4
Join date :
10/05/2016

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Wto Maj 24, 2016 7:49 pm

Miała wrażenie, że wzrok niemal każdej osoby na dziedzińcu zwrócony jest w ich stronę. Dziesiątki par oczu wwiercały się w jej kark, czekając na choćby jedną nieopaczną czynność, która dałaby im powód do plotek. Nie powinna im mieć tego za złe, prawda? Od tej rozmowy mogły zależeć losy ich oraz ich rodzin. Każde spotkanie, rozmowa czy nawet korespondencja mogła wywołać, w najlepszym wypadku, skandal, a w najgorszym wojnę domową. A ta ostatnia nigdy nie kończyła się bez zebrania odpowiedniej ilości ofiar. Nawet ci niezdolni do walki ginęli w wyniku konfliktów – czy to w wyniku niezbyt cnotliwych czynów walczących, czy też zwyczajnie z biedy, gdy cały ich majątek konfiskowany był na cele wojenne. Stajenni i służba mogli więc choć przez chwilę nacieszyć oczy widokiem ludzi o wiele od nich ważniejszych, zanim ci skryją się poza ich zasięgiem, by omawiać sprawy, na które prosty lud nie miał najmniejszego wpływu. Tak długo jak odwracali wzrok gdy jej spojrzenie omiatało ich sylwetki była ich w stanie tolerować.
Oczywiście, że wiedziała kto ma przybyć – wizyta dziedzica Reyne'ów była już od dawna szeroko omawianym tematem. A jednak gdy patrzyła na niego nie znajdywała osoby, którą pamiętała. Bo oczywiście jego wspomnienie było dla niej równie świeże, co wszystkie związane z najweselszym okresem dzieciństwa. Przeszłość wydawała jej się tak kolorowa i niewinna, a on do niej należał. Czego się więc spodziewała? Czy naprawdę była aż tak naiwna, by mieć nadzieję na rozmowę z tym zauroczonym jej osobą giermkiem, którym był kiedyś? Nie, to nie o to chodziło. Po prostu kolejna osoba przypominała jej, jak wiele się zmieniło. Patrząc na jego pozbawianą wyrazu twarz, wydawało jej się, że patrzy na samą siebie. Można jej było zarzucić użalanie się nad sobą, w końcu porównując ich doświadczenia, nie była jednak w stanie poradzić nic na trapiącą ją znieczulicę i wypalenie. A przecież nie była nawet na półmetku swojego życia.
- To byłby zapewne dzień Twego pasowania na rycerza, Ser. Około siedmiu lat?
Sama zdawała się nie być pewna co do dokładnego czasu, jaki minął. Wydarzenia z jej wspomnień zdawały jej się nie układać w racjonalny porządek. To nie były koraliki nawleczone na sznurek, ale paciorki wrzucone luzem do worka. Mogła je wyjmować i oglądać, ale nie ustawić w chronologicznej kolejności. Tuliła do piersi ten zbiór wspomnień, często do niego wracając i traktując jako swój największy skarb, na równi z rodziną. Gdyby jej to odebrać zniszczeniu uległyby wszystkie uczucia, którymi darzyła najbliższych, a wraz z tym ona sama. Jeśli spotkałoby ją to co jej rozmówcę zapewne nie byłaby w stanie dalej funkcjonować. I choć złamałaby w ten sposób serce ojca i rozczarowała otoczenie, to podjęłaby tę decyzję bez wahania. Czy to czyniło ją słabą? Cóż, jeśli bycie silnym oznaczało pogodzenie się z utratą najważniejszych w jej życiu rzeczy, to nie chciała być silna.
- Z przyjemnością skorzystam z tej propozycji.
Ujęła jego ramię, jednak nawet na ten zwyczajny gest miał wpływ jej charakter. Nie uwiesiła się na swym rozmówcy, jak to zwykły czynić niektóre kobiety. Nie próbowała też na siłę jeszcze bardziej zmniejszyć dzielącego ich dystansu. Kiedyś było im ze sobą wygodnie... On starał się uważać w walce na jej delikatnie ciałko, ona mogła sobie pozwolić na bezlitosne okładanie go drewnianym mieczem. Później tego samego dnia otrzymała dość długi wykład od septy, która wyjaśniała jej jak bardzo nieprzyzwoite było jej zachowanie. Niemal wywołała w Anridinie poczucie winy, ale później pojawił się ojciec i poklepał ją z uznaniem po głowie. Tylko ze zniknięcia jednej rzeczy dziewczyna była całkiem zadowolona – nie groziły jej już raczej zaloty ze strony Othella, w końcu ich spotkanie było czystą formalnością. Panna Lannister należała do tej części żeńskiej populacji Westeros, która romantyczne gadanie uznawała za bzdury i wyjątkowo bezsensowną stratę czasu. Choć nie wielu o tym wiedziało, o wiele lepiej bawiła się w rozmowach na nieprzyzwoite tematy, niż wyznaniach uczuć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Zachód
Skąd :
Castamere
Liczba postów :
24
Join date :
06/05/2016

PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   Nie Cze 12, 2016 10:15 pm

Wrażenie panny Lannister nie było wyłącznie urojeniem, igraszką zmysłów czy nader nieudanym żartem Bogów – każda żywa, posiadająca zmysł wzroku istota na dziedzińcu Casterly Rock patrzyła w ich stronę. Nie było w tym nic niezwykłego, nie było w tym nic niesamowitego, nie było to niczym nowym – nie dla Andriny, nie dla Othella. Nie dla ludzi, którzy urodzili się, dorastali, żyli, jedli i umierali pod ostrzałem postronnych, pod tą ciągłą obserwacją niżej, gorzej, mniej istotnie urodzonych. Jedni patrzyli z zawiścią, drudzy z oddaniem, trzeci z zazdrością, ale najpewniej nawet Siedmiu nie wie, co tak naprawdę sobie myśleli. To i tak nie miało w obecnej chwili szczególnego znaczenia – przynajmniej nie dla tej dwójki, której dziś daleko było do rozważań na temat wysokości podatków, polityki rolnej czy budowy kolejnego burdelu. Zwykłym, kurtuazyjnym wizytom daleko było do pompatycznych spotkań, na których decydowano o przyszłości poddanych, na których targowano ich życiem tak, jak gdyby byli beczkami wina zasilającymi lordowską piwniczkę, jednak nawet tak pospolita, zdawałoby się niezobowiązująca wizyta niosła ze sobą pewien ciężar odpowiedzialności.
Czy ukłon nie był za słaby? A uścisk dłoni aby nie za mocny? Czy podróżny płaszcz gwarantuje odpowiednią prezencję, czy buty nie za bardzo ubłocone, czy uśmiech nie wygląda na zakłamany? Każde z takich spotkań oznaczało dla szlachetnie urodzonych jedno – czekał ich spektakl, w którym wyłącznie pozornie mogą decydować o własnych ruchach, w którym nie ma miejsca na szczerość, dobrą wolę i chwilę swobody. Byli jak pionki do cyvasse, poruszane niedostrzegalną gołym okiem siłą – siłą praw, siłą kurtuazji, siłą dworskiej etykiety. Wystarczyło jedno potknięcie, jeden moment zawahania, by misternie utkany miraż odsłonił prawdziwe oblicze tej karykatury wolnej woli – a przecież na to nie mogli sobie pozwolić. Nie, kiedy znajdowali się w samym sercu obserwacji, jak nader ciekawe istoty sprowadzone z Essos do królewskiej oranżerii. Nie pozostało więc innego jak niema obserwacja: wpatrywanie się w siebie i zauważanie tych wszystkich zmian, które zdołały w nich zajść przez blisko dekadę. Gdzieś ulotniły się dziecięce twarze i niezdarność młodzieńczych ruchów, bezpowrotnie uleciała swoboda i odrobina bezkarności, jaką posiadali. Dziś pozostało im wyłącznie zmęczenie, poczucie przytłaczającego obowiązku i świadomość, że pomimo wspólnej historii… są sobie zupełnie obcy.
Jakby spotkali się po raz pierwszy – i jedynie dziedzic Castamere wiedział, jak wiele w tym prawdy.
- Siedem lat… wystarczająco wiele czasu, by świat runął i odrodził się na nowo – nawet nie próbował przywołać na usta uśmiechu – wolał nie ryzykować wykrzywieniem warg w upiornym grymasie czegoś, co miałoby być radością, skupił zatem uwagę na gorzkawym smaku prawdy, która rozpływała się w jego ustach niby nadgryziony owoc. Jego świat zdołał runąć, odrodzić się na nowo, zachwiać w posadach i w końcu osiąść na stabilnym gruncie – Reyne nie potrzebował ku temu siedmiu lat, wystarczyło pięć. Pięć lat, podczas których zdołało umrzeć dwóch królów, trzy królowe, przynajmniej kilkunastu lordów i całe tysiące bezimiennych ludzi.
A jednak on wciąż żył, choć nie powinien. Żył i stał tutaj, bardziej materialny niż zwykle, zmęczony, choć nie padający z wyczerpania – stał, wpatrywał się w Andrinę Lannister i zastanawiał, dlaczego Bogowie po raz kolejny skrzyżowali ich ścieżki. Oczekiwali nagłego powrotu przeszłości, spodziewali się, że ta zapuka do wrót pamięci Othella niby powracający po latach syn marnotrawny? Pomimo swego wątpliwego rozsądku i jeszcze bardziej wątpliwego istnienia nie mogli być aż tak naiwni – zarówno Reyne, jak i panna Lannister zdołali osiągnąć sam wierzchołek neutralności. Nawet, gdyby Andrina miast ująć ramię dziedzica Castamere, ugryzłaby je z impetem – on i tak zbyłby ten dość nietypowy (choć nie mniej bolesny od kiedyś zadawanych uderzeń) gest uniesieniem brwi. Gdyby bowiem obojętność miała oblicze, najpewniej prezentowałaby się podobnie do Othella – cóż, może byłaby odrobinę bardziej nadobna. Tymczasem to doskonale wyćwiczone ujęcie ofiarowanego ramienia stało się pretekstem do ucieczki przed coraz intensywniejszymi spojrzeniami zebranych – gdzieniegdzie rozpoczynały się pierwsze, jeszcze nieśmiałe szepty, które jeszcze tego samego popołudnia eskalują w plotki, choć to nie będzie zmartwieniem żaden ze stron. Mimo wszystko Reyne ochoczo ruszył za służką, która stała się dlań drogowskazem prowadzącym do sali jadalnej Casterly Rock – miejsca, gdzie Othell najpewniej niejednokrotnie biesiadował, a jednak komnata – jak wszystko z tamtego okresu – miało mleczną barwę rozproszonej mgły.
- Żywię szczerą nadzieję, że opowiesz mi o tych siedmiu latach swego życia, Pani – towarzyszące słowom kroki nie były jedyną oprawą kurtuazyjnej formułki; do równomiernego stukotu kilku par butów dołączył cichy syk, z jakim podróżny płaszcz poluźnił swe pęta, uwalniając to, co od początku podróży piekło niby ugryzienia skorpiona – służka najwyraźniej jako pierwsza kątem oka uchwyciła szeroki uśmiech blizny oplatającej szyję dziedzica Castamere i, bledsza niż przed momentem, rozpaczliwie wbiła wzrok w tylko sobie znany punkt przed sobą.
Nie winił jej za to – pięć lat to również wystarczająco wiele czasu, by przywyknąć do podobnych reakcji.

/zt - sala jadalna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Dziedziniec zamku   

Powrót do góry Go down
 

Dziedziniec zamku

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

 Similar topics

-
» Dziedziniec
» Krużganki
» Dziedziniec z wiaduktem
» Dziedziniec
» Dziedziniec

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Zachód :: Casterly Rock-