a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Las na prawym brzegu



 

 Las na prawym brzegu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
465
Join date :
23/03/2013

PisanieTemat: Las na prawym brzegu    Sob Lis 19, 2016 8:31 pm


Las na prawym brzegu



Las na prawym brzegu Zielonych Wideł bezpośrednio sąsiadował z tymczasowym obozem władcy Siedmiu Królestw i wydawał się nieco bujniejszy od swego bliźniaczego brata na lewym brzegu. Ciągnął się przez sześć mil, by nagle przerzedzić się i wkrótce dotrzeć do Królewskiego Traktu - pośród drzew można było odnaleźć sporo niewielkich polanek, które przez panującą porę roku nieco straciły na uroku, lecz bez wątpienia były źródłem pożywienia oraz miejscem wypoczynku wielu dzikich zwierząt...



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Gwardia
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
101
Join date :
03/08/2014

PisanieTemat: Re: Las na prawym brzegu    Sro Lis 30, 2016 1:46 pm

Spod końskich kopyt umknęła zdumiewająca mieszanka żwiru, błota, rzęsy wodnej i leśnego mchu – równy tętent tłumiła rozmiękła, leśna gleba, w której rumaki pozostawiały wyraźne, głębokie ślady. Pół tuzina zwiadowców jechało w całkowitej ciszy, jedynie od czasu do czasu mąconej cichymi parsknięciami koni. Choć od pewnego czasu już świtało, pomiędzy drzewami wciąż zalegał mrok i Daeron wolał nie ryzykować, że któreś ze zwierząt skręci nogę jeszcze przed polowaniem.
Nie musieli się spieszyć – obóz najpewniej dopiero budził się do życia, wzniecając nad brzegiem Zielonych Wideł lekki rozgardiasz. Targaryen żywił cichą nadzieję, że pośród namiotów pozostawiono zbrojnych – choć od wczoraj wraz z pięcioma strażnikami dokładnie sprawdzał najbliższą okolicę i nie napotkał żadnych śladów ludzkiej bytności, coś podpowiadało mu, że powinni być ostrożni. Wieść o polowaniu rozniosła się po całym królestwie, w Westeros zaś nie brakowało ludzi, którzy woleliby, aby Aerys Targaryen nie powrócił z łowów…
… i właśnie dlatego miał u boku Daerona oraz dwa inne Białe Płaszcze. Gwardia Królewska spisywała się równie dobrze w Sali Tronowej, co pośród leśnych ostępów (a przynajmniej taką nadzieję żywił młody książę), nie oznaczało to jednak, że mieli bagatelizować stojące przed nimi wyzwania. Każda podróż władcy poza Czerwoną Twierdzę oznaczała cały szereg olbrzymich, pracochłonnych przygotowań, w trakcie których niezwykle łatwo było o niedopatrzenie.
I nikt nie wątpił w to, że jedno potknięcie w samym środku polowania mogło oznaczać jednocześnie ostatnie potknięcie w nagle zakończonym żywocie.
Targaryen spiął lekko konia, przeskakując nad zmurszałym, starym pniem drzewa – słyszał, jak za jego plecami pozostali uczynili dokładnie to samo, bez problemu omijając przeszkodę. Nie poruszali się szlakiem, którym miał wyruszyć król, nawet powrót w stronę obozu przeobrażając w dokładne sprawdzenie terenu – ich drogi miały skrzyżować się dopiero dwie mile w głębi leśnych ostępów, tam, gdzie tak naprawdę rozpoczynała się ta wyprawa. Choć Daeron poświęcał wszystkie siły, by skupić się na obowiązkach tu i teraz, jego myśli raz za razem umykały do dwóch odległych części królestwa – przyłapywał się na tym, że uparcie zastanawia się nad bezpieczeństwem królowej, z którą pozostali czterej Gwardziści… a także na tym, iż kieruje własną uwagę na Smoczą Skałę, gdzie przycupnął Maegor.
A wraz z nim Laena.
Nikt nie wiedział, jak będzie wyglądał kolejny krok Namiestnika Siedmiu Królestw – najpewniej na wyspę już dotarła wieść o wyruszeniu Aerysa do Dorzecza, co równie dobrze mogło oznaczać, iż ku Czarnej Zatoce płynęły cztery tysiące zbrojnych, którzy dotychczas stacjonowali na Smoczej Skale. Daeron nie potrafił jednak uwierzyć, że Maegor zwróci się przeciwko własnemu bratu – wciąż łudził się, iż kryzys pomiędzy jego rodzeństwem to nic więcej, jak tylko… utarczki.
Na skalę Siedmiu Królestw.
Jeszcze nim zauważył przemierzającą przez las wyprawę, do jego uszu dotarła charakterystyczna mieszanka złożona z ludzkich głosów, pojedynczych szczeknięć biegnących z przodu hartów oraz niespokojnych parsknięć koni. Daeron przyspieszył nieco, po ledwie kilkudziesięciu jardach wyjeżdżając zza ściany niewysokich krzewów oraz pochylonych drzewek na główną ścieżkę prowadzącą przez las. Jeden z psów umknął przestraszony w bok, ledwie uciekając przed pewnym krokiem rumaka Targaryena. Dziś Gwardzista nie miał na sobie zbroi oraz białego płaszcza – o przynależności do Gwardii dobitnie świadczyła jednak przewieszona przez koński bok tarcza, której biel odcinała się od ciemnego umaszczenia zwierzęcia.
- Mój Panie – Daeron skłonił lekko głowę przed Aerysem, dopiero po chwili podnosząc na własnego brata wzrok – jeśli czegoś nauczył się przez pięć lat spędzonych w Gwardii Królewskiej, to była to bez wątpienia neutralność wobec władcy. Powiązania rodzinne traciły znaczenie, gdy w grę wchodziło bezpieczeństwo króla – w tym względzie młodszy Targaryen był zdumiewającym służbistą. – Niecałe cztery mile na wschód kończy się linia drzew, jednak na północnym szlaku natknęliśmy się na ślady zwierzyny. Baldrick sądzi, że właśnie tam powinniśmy zapolować – tuż obok Daerona przystanął drugi jeździec, który – sądząc po głębokim skłonieniu głowy po usłyszeniu imienia – był wspomnianym Baldrickiem i jednocześnie zaprawionym kłusownikiem, dzięki któremu nie błądzili po lesie bez jakiegokolwiek planu… choć ostateczna decyzja i tak należała do Aerysa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
107
Join date :
07/04/2016

PisanieTemat: Re: Las na prawym brzegu    Sro Lis 30, 2016 4:26 pm

Każdy kolejny jard w głąb lasu utwierdzał go w przekonaniu, że jest najbardziej niewłaściwą osobą w najbardziej niewłaściwym miejscu królestwa o najbardziej niewłaściwym czasie, jaki tylko mógł sobie wyobrazić. Czysta przezorność, próba uniknięcia jakiejkolwiek styczności z innymi członkami wyprawy bądź zwykła, przesycona rozpaczą chęć ucieczki spowodowała, że obrał strategicznie najmniej narażone na kontakty międzyludzkie miejsce w tym dość nietypowym orszaku – co oznaczało mniej więcej tyle, iż jechał z samego tyłu, ignorując zaczepki ze strony siedzącego mu na ramieniu białozora. Popiel raz za razem chwytał w dziób ciemny kosmyk włosów Starka i pociągał za niego lekko, najprawdopodobniej próbując tym samym dodać Edwynowi otuchy – choć dla postronnego obserwatora mogło wyglądać to swoiście rozkosznie, dziedzic Winterfell marszczył jedynie brwi w przejawie najwyższego niezadowolenia i raz za razem mamrotał pod nosem niewyraźne, jednak stanowcze zostaw. Drapieżnik niewiele robił sobie ze słów swojego dwunożnego przyjaciela, o czym świadczyły kolejne pociągnięcia za zmierzwione, być może nieco zbyt przydługie kosmyki włosów. Stark sądził, że nic nie zdoła uczynić jego sytuacji jeszcze gorszą, jednak dość prędko przekonał się o naiwności własnych myśli – do tej pory do jego uszu dobiegały wyłącznie przyciszone rozmowy prowadzone między jego własnymi ludźmi, jednak w pewnym momencie ten doskonale znany rytm dialogów przerwał głos, którego Edwyn nie potrafił dopasować do żadnego z imion. Wystarczyło, by wsłuchał się w treść padających słów, aby zrozumieć swój błąd: mógł unikać innych…
… ale to inni nie unikali jego.
Nie zdołał przygotować się na powitanie, które rozbrzmiało po jego prawej stronie – choć ciche i uprzejme, było dla Starka równie gwałtowne, co jesienny sztorm na morzu. Musiał mocniej chwycić za skórzane lejce, by upewnić się, iż nie spadnie z siodła na oczach dziedzica Końca Burzy oraz dwudziestu innych świadków.
- Wybacz, ser, nie… nie spodziewałem się towarzystwa.
Czy aby na pewno? Czego innego mógł się spodziewać, jeśli nie tej rozmowy? Dotychczas Winterfell oraz Koniec Burzy łączyły przyjacielskie stosunki, wszystko za sprawą kontaktów Aidana z Aylwardem Baratheonem, który na dodatek miał poślubić Aryanę, ale…
Teraz oboje nie żyją. Zostaliśmy tylko my i zjawy przeszłości.
Podciągnął się nieznacznie na siodle, trzymając twarz zwróconą w kierunku jazdy, zupełnie jakby wpatrywał się w drogę przed nim. Znacznie bardziej ciekawski okazał się Popiel, który chwilowo pozostawił Starka we względnym spokoju, obracając głowę ku niespodziewanemu towarzystwu – paciorkowate, czarne oczy wpatrywały się w Baratheona tak, jak gdyby oceniały dziedzica Burzy. Wynik obserwacji był najwyraźniej korzystny dla samego Orysa, bowiem białozór klapnął jedynie dziobem, po czym schował głowę pod lewe skrzydło, tracąc zainteresowanie otaczającym go światem. Edwyn dopiero po chwili skierował twarz ku dziedzicowi Końca Burzy, przywołując na usta lekki, roztargniony uśmiech, który zniknął wraz z pierwszymi słowami Starka.
- Mam nadzieję, że podróż przebiegła bez większych przeszk… - milczenie spłynęło na niego wraz z dobiegającym z przodu okrzykiem o powrocie zwiadu – mało istotne, jak mocno wyczulałby (z zasady wyczulony) słuch, do jego uszu i tak dobiegły jedynie strzępki słów, które padły w stronę władcy Siedmiu Królestw. Stark miał wrażenie, że do króla przemawiał nie kto inny, jak jego brat – przez chwilę Edwyn próbował wyłowić z pamięci wszystko, co wiedział na temat najmłodszego z targaryeńskich książąt w pierwszej linii, ale umysł spłatał mu nieznośnego figla: o Daeronie Targaryenie nie wiedział niemal nic.
- … większych przeszkód, ser – zakończył niespodziewanie, uśmiechając się ponownie pod nosem. Grymas rozbawienia był o tyle przekorniejszy, bowiem towarzyszyły mu kolejne słowa, które Stark skierował do – tutaj nie miał żadnych wątpliwości – kolejnego z gości króla, jadącego nieco z przodu.
- Dla ciebie najpewniej to jedynie sąsiedzka wycieczka, pani – dziedzic Winterfell sprawiał wrażenie kogoś, kto dokładnie wie, gdzie znajduje się Lelia Mallister – przez krótki, ulotny moment można było zapomnieć o jego dolegliwości, wszystko przez spokój, w jaki spoglądał na bratanicę Lorda Seagardu. Było to jednak wrażenie równie ulotne, co letni śnieg – jego wzrok natychmiast przetoczył się dalej, dostrzegając to, co zwykli dostrzegać niewidomi lub pesymiści (a w szczególności niewidomi i pesymiści w jednym): pustkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Las na prawym brzegu    Sro Lis 30, 2016 6:01 pm

Las zawierał w sobie pierwsze ślady zimy, choć ta wciąż nie zagościła w Dorzeczu na dobre – konie stawiały ostrożnie każdy krok, jakby w obawie przed czyhającą pod zbutwiałymi liśćmi pułapkę, a jeźdźcy, nadal rozgrzani po nocy spędzonej w ciepłych namiotach, już wkrótce mieli odczuć pierwszy chłód zimowego, słonecznego dnia. Orys oddałby wiele za możliwość pozostania w obozie, jednak nie po to przebył tyle mil, by uniknąć… cóż, obowiązku.
Niewielu mogło powiedzieć, że udało się na to polowanie wyłącznie z czystej przyjemności.
Dziedzic Końca Burzy przez ledwie milę zdołał zachować dość powściągliwości, by bez słowa trzymać się z samego tyłu wyprawy i obserwować mijane drzewa – to zajęcie okazało się jednak na tyle nużące, że natychmiast zaczął szukać okazji do skupienia się na czymś innym.
Lub kimś innym.
Wzrok Bartheona przeczesał plecy jadących z przodu, na moment zatrzymał się na pannie Mallister i przez krótki moment Orys rozważał nawet możliwość dialogu, uznał jednak, że bratanica Lorda Seagadu nie będzie mogła narzekać dziś na zainteresowanie mężczyzn – odpuścił jej więc własne towarzystwo, ponownie skupiając się na leśnej florze, ale…
Dwadzieścia jardów później ponownie wpatrywał się w plecy jeźdźców, dopiero po chwili pojmując, że jego wzrok szczególną uwagę poświęca dziedzicowi Winterfell oraz przyszłemu Namiestnikowi całej Północy. Edwyn Stark sprawiał równie nieobecnego, co Orys ledwie moment temu, o czym najdobitniej świadczył ptak skubiący jego włosy z filuternością zwierzęcia, które wie, że nic mu nie grozi – kąciki ust Baratheona powędrowały mimowolnie ku górze, zaś sam dziedzic Burzy spiął lekko konia, by ledwie chwilę później zrównać się z młodszym mężczyzną.
- Rześki poranek, prawda?
Słowa przecięły powietrze nim Orys zdołał zastanowić się nad tym, jaki mogą przynieść efekt – Stark nie zauważył
nie mógł zauważyć, na Bogów
zjawienia się Baratheona i przez moment sprawiał wrażenie zaskoczonego… a przynajmniej mocno zdezorientowanego – dziedzic Końca Burzy uniósł mimowolnie brwi, nie do końca potrafiąc dobrać odpowiednią reakcję do zaistniałej sytuacji. Złapać Starka za rękaw, nim ten straci równowagę? Przeprosić za tak niespodziewane pojawienie się? Czy…?
- To moja wina, ochota na niezobowiązujące pogawędki zawsze pojawia się u mnie niespodziewanie – zaśmiał się cicho, na swój sposób przepraszająco, posyłając w chłodne powietrze poranka siwe obłoczki pary. Orysowi mogło się tylko wydawać, lecz miał wrażenie, że im bardziej zagłębiali się w las, tym chłodniej było – w pewnym stopniu odpowiedzialne było za to zmęczenie podróżą oraz wydarzeniami ubiegłej nocy, lecz wszystko pomiędzy konarami drzew zalegały spłachetki śniegu, dobitnie świadcząc o tym, że na otwartej przestrzeni byłoby o wiele przyjemniej. Dziedzic Końca Burzy zerknął przelotnie na to, co działo się z samego przodu i co stanowiło bezpośrednią przyczynę przerwania przez Starka wypowiedzi – pomiędzy jeźdźcami dostrzegł charakterystyczną, wysoką sylwetkę Daerona Targaryena, który przemawiał do prowadzącego orszak władcy. Obecność młodego Gwardzisty dodawała Baratheonowi irracjonalnej otuchy – Orys niejednokrotnie widział swego smoczego kuzyna w trakcie pojedynków oraz treningów… i musiał przyznać, że ten otrzymał Biały Płaszcz za faktycznie umiejętności, nie zaś łączące go z Aerysem pokrewieństwo.
- Królewski Trakt zaprowadził nas niemal na miejsce, pokonaliśmy drogę szybciej, niż się tego spodziewałem – każde słowo Baratheona okraszone było uśmiechem, który wciąż kierował do dziedzica Winterfell – Stark nie mógł dostrzec rysującej się na twarzy Orysa łagodnej sympatii, lecz bez wątpienia słyszał ją w jego tonie głosu. Coś podpowiadało dziedzicowi Burzy, że Edwyn – choć pozbawiony daru wzroku – na każdym innym polu nie ustępował kroku najbystrzejszym umysłom Siedmiu Królestw.
Elstan by cię polubił, pomyślał z zaskakującą pewnością, przenosząc wzrok tam, gdzie twarz kierował Stark. Niespecjalnie zaskoczyło go nawet to, że centrum uwagi dziedzica Winterfell stanowi jedyna kobieta w szlachetnym gronie – prędzej czy później wszyscy musieli skupić myśli na Lelii Mallister, której osoba dodawała temu polowaniu czegoś na wzór… domowego ciepła? Jak gdyby sama obecność kobiety stanowiła otuchę tego zimowego poranka.
Słysząc słowa Edwyna, Baratheon uśmiechnął się mimowolnie, nie potrafiąc odmówić mu racji – bratanica Lorda Seagardu w rzeczy samej miała najkrótszą drogę do przebycia, jednak w trakcie swych wojaży mogła napotkać ludzi, którzy nieco uprzykrzyliby jej podróż, zwłaszcza po dość odważnych działaniach Freya oraz Whenta w stosunku do Doliny Arrynów.
- Lady Mallister sprawia wrażenie kogoś, komu niestraszne sąsiedzkie wycieczki i żądni smaku dziczyzny kłusownicy – dodał z zaskakującym spokojem Orys, skłaniając lekko głowę przed samą zainteresowaną, która najpewniej ani myślała odpuścić zamykającym orszak mężczyznom tych drobnych uwag – w końcu była z Dorzecza!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Zachód
Skąd :
Castamere
Liczba postów :
24
Join date :
06/05/2016

PisanieTemat: Re: Las na prawym brzegu    Sro Lis 30, 2016 6:25 pm

Chłód przemknął po jego karku niespodziewanie. Zimny język nadciągającego z północy wiatru liznął dziedzica Castamere niespodziewanie, wywołując na jego ustach ledwie zauważalny grymas – dłoń Othella natychmiast powędrowała pod szyję, poprawiając obwiązany bordowy szal, który okrywał skórę, chronił przed otarciami od skórzanki i…
Bardzo skutecznie skrywał równą, zaczerwienioną od mrozu bliznę.
Wiele oddałby za spędzenie kolejnej nocy we własnej komnacie – Castamere było jednak równie odległe, co wspomnienie upalnego lata. Ciągnący się przed nimi, wąski szlak wiódł przez obce lasy, pośród obcych drzew, pod obcym niebem. Nawet blade słońce wydawało się inne, jakby przysłaniała je maska marazmu i niewyjaśnionej, brudnej ulotności.
Byle wrócić do domu.
Nie sądził, że polowania okażą się równie nużące – kiedyś chyba za nimi przepadał, z lubością ugadania się za jeleniami, pozwalał, by ptaki pikowały w dół i porywały w górę zające, a psy ścigały rude lisy. Te czasy minęły jednak bezpowrotnie, pozostawiając dziedzica Castamere z gorzkawym uczuciem rozczarowania błąkającego się w ustach.
Byle wrócić do domu.
Powstrzymał się przed westchnięciem, które pragnęło wyrwać się z piersi – wiedział, że musi zająć myśli czymś innym, nim na dobre zniechęci się do tej wyprawy… do czego przecież nie mogło dojść. Nie teraz. Nie, póki nie wypełni właściwego celu, dla którego się tu zjawił.
Kątem oka zauważył, że część z królewskich gości obrała bezpieczną odległość i dość wygodne miejsca z tyłu – przez moment wizja spędzenia łowów na niezobowiązujących rozmowach, oddalonych na dodatek od uszu władcy, wydawała mu się wyjątkowo kusząca; stłamsił jednak własną próżność w zalążku, przenosząc wzrok na mężczyznę, który dzisiejszego poranka opuścił namiot jako jeden z pierwszych i który również teraz trzymał się z przodu kolumny.
Eorlund Bolton przywodził Reynowi na myśl gotowego do skoku drapieżnika – choć z twarzy bratanka Lorda Dreadfort nie można było wyczytać zbyt wiele, jego zachowanie jasno wskazywało na determinację oraz przygotowanie na większość czyhających na nich ewentualności. Jego obecność z samego przodu była wywołana najpewniej przezornością – Othell zauważył, że ludzie Starka oraz Boltona starają się zachować największy możliwy dystans, co znalazło praktyczne zastosowanie także teraz.
Reyne niemal uśmiechnął się na myśl, że wystarczyło tak niewiele, by to właśnie w trakcie tego polowania rozgorzała wojna pomiędzy dwoma najpotężniejszymi rodami Północy.
- Masz nadzieję upolować coś dużego, panie? – nie wiedzieć kiedy, dziedzic Castamere znalazł się tuż obok Boltona, jednym szarpnięciem uzdy wyrównując chód własnego rumaka – nieruchome spojrzenie Othella spoczęło na Eorlundzie tak, jak gdyby Reyne gotów był wyczytać odpowiedź z jego warg na długo przed tym, nim dotrą do niego słowa wypowiedziane przez Boltona. – Najpewniej masz znacznie większe szanse ode mnie, polowania na Północy wymagają znacznie większych umiejętności niż łowy na Zachodzie – zalążek rozmowy – tak niezobowiązujący, jak to możliwe i tak infantylny, jak tylko dopuszczała to godność Reyne’a – stanowił idealny pretekst do nawiązania nici porozumienia z bratankiem Lorda Dreadfort. Othell nie miał na myśli (póki co) niczego konkretnego, kierowała nim raczej potrzeba rozeznania się w ludziach, z którymi przyszło mu spędzać czas – to zaś możliwe było wyłącznie wtedy, gdy zaistniał między nimi choćby najbardziej cienki nurt dialogu. Gdzieś za ich plecami rozmowy już podjęli pozostali goście, dziedzic Castamere nie miał zatem zamiaru tracić czasu na milczenie oraz uporczywe powtarzanie w myślach tego jednego, przeklętego zdania, które na swój sposób napawało go obrzydzeniem.
Byle wrócić do domu.
Pytanie tylko: z czym?
Najpewniej jako jeden z pierwszych miał okazję zauważyć, że tuż przed nimi zaszła diametralna zmiana; nagle na szlaku pojawiła się sylwetka królewskiego Gwardzisty, który wyłonił się z zarośli porastających brzeg ścieżki. Reyne mimowolnie nadstawił uszu, bez problemu wsłuchując się w krotki, treściwy raport Daerona Targaryena - wszystko wskazywało na to, że już wkrótce będą mogli zająć się czymś znacznie bardziej konkretnym, niż rozmową.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Las na prawym brzegu    Sro Lis 30, 2016 7:57 pm

Mógł wsłuchiwać się w miarowy chrzęst kopyt na ścieżce i zupełnie zapomnieć o otaczającej go rzeczywistości. Mógł wyobrazić sobie, że otacza ich mgła, w której czają się zwierzęta po stokroć bardziej niebezpiecznie od dzików czy jeleni. Mógł manipulować rzeczywistością w sposób, w jaki nie potrafili robić tego inni – i niejednokrotnie właśnie to czynił, korzystając z władzy, jaką ofiarował mu los. Mógł zadecydować o życiu lub śmierci, o powrocie do obozu bądź pozbawionej sensu wędrówce. Mógł to wszystko, a nawet więcej, jednak nie uczynił nic.
Nie musiał – sami wędrowali prosto w ramiona nieznanej, choć bardzo bliskiej przyszłości.
Koń władcy Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi z majestatem godnym królewskiego rumaka przestąpił szarą granicę światów i wkroczył na dość wąską drogę ciągnącą się pod pochylonymi, ogołoconymi z liści gałęziami. Rosnący po obu stronach traktu gęsty las przywitał Aerysa Targaryena cichym westchnieniem i błyskiem kropel na liściach skąpanych w jasnej poświacie bladego, zimowego słońca. Król zwalczył w sobie ochotę uśmiechnięcia się samymi kącikami ust – zbyt wiele par oczu kierowało się ku niemu, by miał okazywać jakiekolwiek uczucia poza tym jednym, tak dla niego charakterystycznym.
Bycie brutalnie obojętnym od zawsze wychodziło mu najlepiej.
Zza zakrętu ścieżki wyjeżdżali kolejni jeźdźcy, wszyscy po czterech lub dwóch, niektórzy ze zwieszonymi głowami, jakby pogrążeni w płytkiej drzemce, inni pogrążeni w cichych rozmowach. Władca zerknął do tyłu jedynie dwa razy, jakby pragnął upewnić się, że wszyscy za nim podążają – te dwa spojrzenia wystarczyły, by zapamiętał, kto z kim rozmawiał. Była to wiedza mimowolna, lecz na swój sposób przydatna – być może już wkrótce te pozorne znajomości zaważą na efekcie łowów? Po dłuższej chwili, podczas której dało się słyszeć jedynie miarowy stukot kopyt na zasłanym liśćmi trakcie oraz szumiące jak leśny strumyk rozmowy, gdzieś z samego przodu kolumny zamigotał zupełnie inny, niespodziewany bodziec. Szelest gałęzi, stłumione, końskie parsknięcia i dźwięk kopyt uderzających o miękki bruk były wystarczająco wyraźnymi sygnałami świadczącymi o tym, że z głębi lasu ktoś się zbliżał. Królewscy strażnicy zareagowali natychmiast – wokół Aerysa krąg zacieśnił się bez choćby jednego rozkazu, dłonie zaś powędrowały do skrywanych pod płaszczami broni. Nim którykolwiek ze strzegących władcy mężczyzn zdołał wyciągnąć broń, na ścieżce przed kolumną pojawiła się postać zbyt doskonale znana skumulowanym z przodu jeźdźcom, by można było pomylić ją z kimkolwiek innym.
Powrót Daerona oznaczał dla Aerysa całkowite zaburzenie porządku, który król wypracował od chwili wyruszenia z obozu – było to na swój sposób kojące, jak gdyby destrukcja stanowiła przyjemną alternatywę dla cichej stagnacji. Krótkie mój panie wypowiedziane przez młodszego brata władcy wystarczyło, by ciasny krąg wokół Targaryena poluźnił się nieco. Aerys bez słowa wyminął jednego ze strażników i zminimalizował odległość, która dzieliła go od Daerona – wpatrywał się w swego brata w całkowitym milczeniu, wysłuchując tego, co pragnął mu przekazać i wraz z każdym jego słowem snując w myślach konkretny, sprecyzowany plan dalszej drogi.
- Skoro tak sądzi Boldrick… - ciemnofiołkowe spojrzenie władcy spoczęło na mężczyźnie, który wyłonił się zza linii krzewów ledwie chwilę po Daeronie i aktualnie zajmował miejsce u boku młodszego Targaryena. - … to oznacza, że właśnie tak powinniśmy spróbować swoich sił.
Zmiana tonacji w głosie Aerysa była wręcz namacalna – początkowo mówił cicho, z powątpiewaniem, jednak teraz zabrzmiał niemal wesoło, jak gdyby wizja zbliżających się łowów wyjątkowo poprawiła mu nastrój. Nim trwający za nim strażnicy zdołali wymienić spojrzenia, król Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi ruszył przed siebie, gestem nakazując Daeronowi, by trzymał się u jego boku.
- Gdyby miało się jednak okazać, że we wskazanym miejscu nie odnajdziemy zwierzyny, ta pomyłka Boldricka będzie ostatnią w jego życiu – władca uniósł nieznacznie brwi, nawet nie spoglądając w stronę mężczyzny, na którego połowicznie podpisał wyrok śmierci.
Wszak król nie byłby sobą, gdyby nie okrasił nawet tak błahej sprawy odrobiną – jakby nie spojrzeć – jedynego w swoim rodzaju humoru.
Nie czekając, aż dowcip zostanie doceniony, spiął rumaka, narzucając kolumnie szybsze niż dotychczas tempo - wszak teraz doskonale znali cel podróży.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
16
Join date :
16/10/2016

PisanieTemat: Re: Las na prawym brzegu    Czw Gru 01, 2016 8:51 pm

Był jednym z pierwszych, którzy wystawili się zza namiotu, przygotowując się do polowania. Ból głowy, spowodowany nocną biesiadą, nie był na tyle intensywny, by nie mógł myśleć logicznie i sensownie. Trochę inna sytuacja była z jego ludźmi – często ludzie północy nie znali takiego terminu jak wstrzemięźliwość, przynajmniej jeśli chodzi o alkohol. Dwoje z jego ludzi w ogóle się nie obudzili na dźwięk rodu, dopiero wylanie na nich wiadra chłodnej wody pomogło im wstać na nogi. Eorlund w takim wypadku nakazał im zostać, pilnując obozu, zostawiając jeszcze jednego człowieka, który w razie czego pilnowałby porządku między tamtą dwójką. Reszta jego świty przygotowała się do wyprawy błyskawicznie, tak samo jak on – nie strzępił języka na niepotrzebne rozmowy, tak samo nie wdawał się w dyskusję z nikim innym spoza jego towarzyszy. Po prostu nie było na to czasu.
Gotowy już, ruszył na koniu z przodu kolumny, od razu za królem, wyprzedzając przy tym resztę rodów, które wolały pozostać lekko w tyle. Jego wzrok sporadycznie spoglądał na innych przedstawicieli rodów, głównie zwracając uwagę na Edwyna Starka, do którego nie czuł no to przyjemnych relacji, ni negatywnych. Tym także różnił się od swojego kuzyna, który w jego mniemaniu, obwiniał ślepego Starka za śmierć jego brata. Również interesował się jedyną panną w ich orszaku, która wydawała się dla niego tak bardzo… delikatna i pogodna, za bardzo na polowanie? Nie odezwał się ani słowem, ani też nie pokazał tego żadnym gestem, że jej obecność w pewnym sensie go intrygowała. Inni potomkowie lordów nie rzucili mu się w oczy, nie zainteresowali go w samym sobie niczym szczególnym. Wiedział jednak, że wygląd jest niepozorny i wszystko okaże się wkrótce, na polowaniu.
Gdy wgłębiali się coraz to dalej, w las, wydawało się, że lekko się oziębiła, Eorlundowi natomiast to nie przeszkadzało. Od urodzenia żył na surowej i zimnej Północy, klimat w Dorzeczu wydawał mu się nieznośnie ciepły i lekki chłód, jego zdaniem dobrze mu zrobi.
Dopiero po chwili podjechał do niego dziedzic Castamere, Othell Reyne. Tak samo jak Eorlund, był z przodu ich kompanii. Bolton nawet nie próbował odgadnąć dlaczego się do niego odezwał, tłumacząc to jedynie tym, że mężczyzna potrzebował z kimś wymienić kilka słów.
Eorlund przeniósł wzrok na Othella, studiując każdy szczegół jego ubioru, jego fizjonomii, jakby starając się w ten sposób przedrzeć się przez cienką warstwę skóry i kości i dostać się do jego duszy, w której zawarte jest wszystko o jej osobie. To brataniec lorda Dreadfort miał do siebie, że jeśli nie musiał, nie interesował się ludźmi względnie nie wyróżniających się niczym specjalnym. Aczkolwiek, kiedy taka osoba spróbuje swoich sił w dialogu z Eorlundem, musi mieć na uwadze to, że mężczyzna wtedy zechce poznać o tobie wszystko. Zanim się odezwał, spoglądał prosto w oczy Reyne’a.
- Zależy co masz na myśli mówiąc o dużej zwierzynie… – urwał, dopiero po chwili przypominając sobie o zasadach dobrego zachowania, którego się oczekuje od członka wielkiego rodu –…panie. – Rzadko zdarzało mu się bywać poza północą, a co za tym idzie, zdarzało mu się zapomnieć o pewnych kanonach będących chlebem powszednim u znaczniejszych rodzin.
Na drugą wypowiedź dziedzica Castamere miał już odpowiedzieć, kiedy usłyszał z przodu szelest liści i w jednej chwili chwycił za kuszę, spoglądając uważnie kto przybywa. Okazał się to orszak Daerona Targaryena, brata króla Andalów, Rhonyarów i Pierwszych Ludzi. Posiadanie wiedzy o rodzinie władcy należał do jego obowiązków, jako jeden z pięciu przedstawicieli rodów, które miały się zjawić przed monarchą. W noc przed wyjazdem dopytywał się maestra o szczegóły, które zdążyły wyparować z głowy Eorlunda przez wszystkie te lata.
Niepozornie przysłuchiwał się rozmowie rządzącego z Białym Płaszczem, który przekazywał mu informację o miejscu, w którym mięli polować. Słyszał wiele historii o samozwańczym królu, dlatego odpowiedź króla nie zdziwiła go, ani nie zaskoczyła. Wiedząc przynajmniej gdzie będą polować, z całych sił ze swoimi ludźmi będzie się starać, by Boldrick nie skończył jako ich „zwierzyna”.
Wracając dopiero po chwili do rzeczywistości, zauważył, że Othell wciąż oczekiwał odpowiedzi. Odchrząknął i przybrał zimny i surowy ton, pasujący do przedstawiciela Boltonów.
- Cóż, zasada polowań wszędzie jest identyczna, więc nie sądzę byś nie poradził sobie z tym zadaniem, panie. – Normalnie ktoś by się uśmiechnął, lub cokolwiek, jego mimika jednak wyglądała jak kamienna maska, bez jakichkolwiek uczuć. Jedynie przez jego ruchy można było wyczytać, że nie może się doczekać polowania i nie na rękę jest mu czekanie. Był cierpliwym człowiekiem, natomiast sama obecność monarchy tak jakby wytrącała go ze skupienia, zdawało mu się zbyt często myśleć o Jego osobie.
Uznając, że zanim dojadą do miejsca spotkania, przyda mu się rozmowa z Reynem, dlatego ponownie się do niego zwrócił:
- Bywałeś kiedyś na Północy? – Spoglądał na niego, studiując każdą jego reakcję. Widząc jego, Eorlund uznał, że Reyne skończył dwadzieścia pięć dni imienia.
Po chwili skupił się jedynie na podróży obserwując otaczający ich las. Nie spodziewał się w tej chwili ujrzeć jakiejkolwiek zwierzyny, do tego jeszcze dotrą. Ale chciał być przygotowany na wszystko. Czy sam wiedział na co dokładnie? Nie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze - Seagard
Liczba postów :
92
Join date :
25/05/2016

PisanieTemat: Re: Las na prawym brzegu    Pią Gru 02, 2016 1:08 am

Błysk metalu. Tchnienie zimy wymieszane z charakterystycznym aromatem wyprawionej skóry. Białe, niewyraźne obłoczki pary dobywające się spomiędzy ust. Nieśmiały, na wpół senny ptasi śpiew. Parskanie koni, psi jazgot, kopyta chrzęszczące na ścieżce, wiatr przemykający między liśćmi. Przyćmione światło poranka oraz długie cienie zalegające między niezliczonymi konarami drzew. I te milczące, zdawałoby się że pogrążone w cichej zadumie - a może było to li jedynie znużenie? - sylwetki jeźdźców, nadające otoczeniu niemalże nierealnej aury. Zupełnie tak jakby uczestnicy polowania nie byli ludźmi z krwi i kości, a zaledwie posępnym widmem - echem przeszłości zmierzającym na zatracenie, o którym legendy snute są jedynie drżącym z niepokoju szeptem nad kuflem ciepłego ale. Niedostrzegalne oraz jakże ulotne zjawy przemieszczające się tylko w sobie znanym kierunku, skazane na tułaczkę po wieki póki...póki...Och. Zaskoczenie zadrgało w nieprzeniknionej czerni spojrzenia, kiedy to zabarwione ogromnym wysiłkiem sapnięcie wyrwało ją ze swoistego rozmarzenia. Misternie budowany przez - stanowczo zbyt bogatą zdaniem co po niektórych - wyobraźnię obraz rozpadł się na tysiące elementów, przywołując szarą rzeczywistość do skąpanego w letnich promieniach słońca umysłu Lelka. Serce zamarło zdjęte nagłym lękiem, zaś oddech wstrzymywany był dopóty dyskretne zerknięcia nie upewniły dziewczęcia, iż nikt ze szlachetnych gości nie zauważył jej chwilowej niedyspozycji. Zbyt łatwo potrafiła się rozproszyć, wystarczył byle szmer by artystyczna dusza zdołała przypisać doń opowieści tak nieprawdopodobne, że wstydem byłoby się nawet zająknąć o nich. Lecz czy naprawdę było to jej winą? Krajobraz, choć niewątpliwie cieszący oko nie potrafił przepędzić niechcianych uczuć, gotowych przerodzić się w podszyte jadem teorie - pośród poruszającego się niestrudzenie naprzód orszaku dało się wyczuć wyraźne napięcie oraz nieznaczne zniechęcenie, zupełnie tak jakby każda osoba biorąca udział w królewskich łowach została przymuszona do uczestnictwa weń, a ich pragnienia oscylowały głównie wokół powrotu do domu. To zaś wywoływało mimowolne wyrzuty sumienia u Lelii, która reprezentując Dorzecze powinna w jakiś - nie do końca wiedziała w zasadzie w jaki - sposób sprawić, aby ta wyprawa we wspomnieniach wywoływała delikatne uśmiechy błąkające się na wargach, nie zaś zirytowane westchnienia oraz chęć natychmiastowej zmiany tematu.
Ulga nadeszła jednak niespodziewanie, gdy podniosły się głosy dające początek wciąż jeszcze wymuszonym rozmowom. Ramiona rozluźniły się i chociaż plecy wciąż pozostawały nieznośnie proste, to jednak powoli zaczynała czerpać przyjemność z jazdy. Tylko kolejne sapnięcia septy znajdującej się tuż przy jej prawym boku nieco umniejszały tą radość, kobieta wyglądała na niezadowoloną iż przyszło jej podróżować nie w wygodnej karecie a na końskim grzbiecie i między Siedmioma a prawdą, panienka Mallister była święcie przekonana iż gniady wierzchowiec Veviny żywi podobne zdanie co jego tymczasowa Pani. Wierzchem dłoni starała się stłumić cichy śmiech, a rozbawienie zdawało się już na stałe zagościć w hebanowych tęczówkach, no przynajmniej do czasu gdy temat rozmowy między rycerzami Północy oraz Końca Burzy nie zaczął dotyczyć bezpośrednio jej jakże skromnej osoby. Ostrzegawcze spojrzenie prześlizgnęło się między Seagardzkimi wysłannikami, zasłony ich hełmów były uniesione do góry dzięki czemu doskonale mogła widzieć jak na ich lica wkrada się zaskakująca wesołość. Zapewne nie jeden z nich mógłby zdradzić, iż polowanie z mężczyznami to nie jedyna rzecz na którą ośmieliła się w swym jakże krótkim żywocie ptaszyna - ba! Była to jedynie błahostka w morzu nieszkodliwych, acz nieprzystających dobrze wychowanej damie wybryków bratanicy Lorda. Nie uczynili tego jednak, może przez litość dla biednego dziewczątka postawionego w tak trudnym dla siebie położeniu, a może woleli zatrzymać co ciekawsze kąski na wspólną wieczerzę przy upolowanej dziczyźnie. Dranie! Aż chciało się rzec z lekką urazą, lecz pragnienie to ustąpiło gdy w zasięgu wzroku pojawił się brat Króla niosący wieści odnośnie zwierzyny, a sam dziedzic Winterfell odezwał się do niej.
Uda zacisnęły się mocniej na bokach klaczy, zaś wodze poluzowały się nieznacznie dając tym samym Szarlotce więcej swobody, gdy sama odwróciła się w stronę mężczyzn jadących nieco z tyłu. Kasztanka zwolniła kroku, pozwalając by gniadosz septy ją wyprzedził a wierzchowce - jeśli taka była wola ich właścicieli - zrównały się z nią krokiem.
- Nie określiłabym mej podróży mianem `jedynie` wycieczki ser, acz sam fakt iż przyszło nam przemierzać tereny Dorzecza jest mi wyjątkowo miły - odpowiedziała łagodnie Lelia, wzrok odrobinę dłużej niż wypada zawieszając na twarzy przedstawiciela rodu Starków. Nie dało się ukryć, iż w ich gronie był najbardziej intrygującą personą wzbudzającą nieprzyzwoite pokłady ciekawości u niektórych i chociaż większość mogła się głowić co takiego pił - a czego oni stanowczo nie powinni - Lord Brandon, iż uznał za doskonały pomysł wysłać swego ślepego syna na polowanie, to dla Mallisterówny bardziej zastanawiającym było, co jest wyjątkowego w osobie Edwyna że z miejsca wywoływał on sympatię u swego rozmówcy. Czy to przez jego ułomność? Nie, nie było w tym żadnej litości, czy też współczucia. Może to przez niebywały spokój młodzieńca oraz niezwykłą naturalność jaką sobą reprezentował, przez co sztywność etykiety nie doskwierała aż tak mocno? Tak, to chyba było to. Zaraz padły jednak słowa od strony Baratheona, a uwaga Lelka skierowała się na Orysa który został obdarzony lekkim uśmiechem, w którego kącikach czaiła się iście dziecięca psota - Ach! Niestraszne są mi i te bliskie i te dalekie wyprawy, ani żądni mięsa kłusownicy, ani ci spragnieni choć kropli napitku dzielni wojowie. Gorące piaski Dorne, czy też mroźne puszcze Północy. Ni wywerny, hrakkary czy same olbrzymy...choć ze wstydem przyznam mój Panie, że odwagę tą odnajduję w większości na kartach ksiąg - zakończyła pogodnie swój wywód, opuszkami palców zakrywając usta jakby z obawy że zaraz bez pozwolenia cichy śmiech wymknie się spomiędzy jej warg i zburzy senną aurę lasu. Zaraz też pospieszyła klacz, widząc jak większość zebranych zwiększa tempo podróży. Nie mogła być wszak gorsza, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Las na prawym brzegu    Nie Gru 04, 2016 8:46 pm

W jednostajnym, leśnym krajobrazie ciężko stwierdzić, jak długo trwa pokonywana droga – czas zlewa się w ciąg mijanych drzew, krzewów oraz nadmurszałych pni, zaś rozmowy toczone pomiędzy łowcami płyną niczym delikatny strumyk.
Decyzja Aerysa o udaniu się we wskazane przez zaprawionego kłusownika miejsca jedynie podkręciła tempo ruszających na polowanie – konie wybijały na wilgotnym podłożu takt o wiele raźniejszy niż dotychczas, zaś w każdego z gości jęły powoli uderzać pierwsze fale podniecenia. Ogólna atmosfera zdawała się udzielać również chartom, które nagle wyrwały się do przodu i ruszyły w pogoń za niewielką zwierzyną – psiarczyk gwizdnął przeciągle, dając tym samym swym podopiecznym znak, by nie traciły energii na mierne zdobycze, wszak niecałe dwie mile dzieliły ich od celu wyprawy.
Nie wiedzieć kiedy czas skurczył się i wypaczył, ukrócając tym samym oczekiwanie łowców. Jadący z samego przodu Daeron oraz Aerys jako pierwsi ujrzeli [You must be registered and logged in to see this link.], wciąż skąpaną w gęstej, porannej mgle, która zalegała nad powoli żółknącymi źdźbłami trawy. W oddali majaczyły niewyraźne zarysy drzew, przybierające we mgle fantastyczne kształty – jak gdyby były legendarnymi bestiami kryjącymi się w mlecznej zawiesinie. Drzewa okalały łąkę z każdej strony, co jedynie nadawało temu miejscu niezwykle intymny wyraz.

Podobny obraz niedługo po Targaryenach ujrzeli także Othell oraz Eorlund, którzy jechali z przodu kolumny – każdy, kto wjeżdżał na brzeg polany, nie wyrywał się przed władcę, przez co konni rozjeżdżali się na boki, czekając, aż to król powiedzie ich dalej. Podobna taktyka utrudniła nieco Lelii oraz Orysowi dojrzenie tego, co widzieli pierwsi z gości na łące – dopiero, gdy wraz z Edwynem odjechali nieco na prawą stronę, mogli ujrzeć skąpaną w gęstej mgle polanę.

Na pierwszy rzut oka wydawała się ona cicha i pusta tak, jak tylko mogą być ciche i puste dziewicze, nadrzeczne tereny. Jedna tam, gdzie zawodził zmysł wzroku, nieodzowne były inne zmysły, o czym jako pierwszy przekonać mogły się jedynie charty, które rozpoczęły nagle ujadać…
… oraz Edwyn Stark – człowiek, który od chwili narodzin zdany był na potęgę własnego słuchu. Do uszu dziedzica Winterfell tuż przed podniesioną przez przy wrzawą dotarł cichy, głęboki pomruk, najbardziej przywodzący na myśl burczenie w żołądku głodnego żołdaka – było to jednak zwodnicze wrażenie, bowiem dźwięk ten szedł w parze z głuchymi, ciężkimi stąpnięciami, które zdawały się przybliżać; tego jednak Stark nie zdołał usłyszeć, ponieważ charty rozpoczęły swą pieśń i nie reagowały nawet na uciszenia psiarczyka.
Dopiero po chwili reszta zebranych na brzegu polany pojęła przyczynę tak gwałtownej reakcji psów.
Z gęstej, mlecznej mgły powoli i statycznie wyłonił się kształt przerastający wszelkie wyobrażenie na temat zwierzyny, którą pragnęli dzisiejszego dnia upolować łowcy. Choć obraz wciąż pozostawał niewyraźny, nadając poruszającym się konturom monstrualnych wymiarów, chyba nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to, co wyłaniało się z mgły, nie było jeleniem.
Nie było także dzikiem.
Ani niedźwiedziem.
Świat zamarł na kilka uderzeń serca, zaś jedynymi dźwiękami przerywającymi ciszę były histeryczne szczeknięcia psów, które po raz pierwszy miały styczność z podobnym zapachem, oraz głośne, ciężkie sapnięcia zwierza czającego się pośród mlecznobiałej mgły.
To, co dotychczas powoli przemierzało polanę, zamarło nagle, jak gdyby dopiero teraz dostrzegło półokrąg złożony z jeźdźców, koni oraz psów. I gdy wydawało się, iż nic nie może zakłócić tej stagnacji, z czyichś ust padło słowo, które podświadomie znał każdy.
- Tur…
Wilgotna mgła bezszelestnie osiadała na ubraniach, zaś olbrzymi ssak, mający w kłębie ponad sześć stóp, wydał z siebie jeszcze jedno, głębokie sapnięcie i zrobił to, czego nie uczyniłoby żadne inne, dzikie zwierzę na widok myśliwych.
Tur odwrócił się… i zaczął powoli znikać we mgle, odchodząc tam, skąd przybył ze zdumiewającą, niemal ludzką stagnacją.
Jeśli polowanie miało zakończyć się sukcesem, nie było nawet chwili do stracenia - dlatego donośny, przeraźliwy dźwięk rogu po raz drugi dzisiejszego ranka przerwał ciszę, dobitnie świadcząc o rozpoczęciu obławy.

    Na posty macie 72 godziny. Kolejność wiadomości jest dowolna, pamiętajcie jednak, iż jeśli ktoś napisze przed wami, musicie logicznie nawiązać do jego działań.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Las na prawym brzegu    Pią Gru 16, 2016 4:28 pm

Zalegająca nad łąką mgła była jak rozlane mleko – musiał wytężyć wzrok, by stwierdzić, że i tak nie jest w stanie dostrzec niczego w promieniu najbliższych kilku jardów. Jednak władcy Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi nieszczególnie przeszkadzały podobne warunki, niemal czuł w ustach smak dziczyzny, którą zdołają upolować w trakcie wyprawy. Słyszał też swój własny głos, opowiadający, jakim sposobem jednym strzałem powalił wielkiego jelenia – nie omieszkałby przy tym znacząco spojrzeć na dziedzica Końca Burzy, jak gdyby pragnął się upewnić, czy aluzja była dość czytelna.
Jednak do biesiady i sławienia odwagi było jeszcze daleko – najpierw należało upolować zwierzynę, po której ślad, wbrew zapewnieniom kłusownika, wciąż pozostawał niewidoczny. Aerys uniósł nieznacznie brwi, gdy jako jeden z pierwszych zatrzymał się na brzegu zamglonej polany i ponowił ten grymas w chwili, w której ostatni z jeźdźców zdołali dotrzeć na miejsce chwilowego odpoczynku. Cisza, która przez kilka momentów panowała między polującymi, zdawała się wręcz namacalna – zwłaszcza w mlecznobiałej mgle, która oblepiała ich ubrania jak śmietanka. Targaryen miał wrażenie, że czas zastygł w miejscu i nie chce drgnąć choćby o cal – odrealniona rzeczywistość z jednej strony zapierała w piersi dech, z drugiej zaś budziła pewien irracjonalny, nieuzasadniony niepokój.
Aerys pojął, iż ma tu miejsce coś zdumiewającego na chwilę przed wściekłym ujadaniem psów, które rozszczekały się z dziwną zajadłością. Władca zerknął w stronę opętańczo wznoszących skargi zwierząt, jak gdyby samym spojrzeniem chciał nakazać im milczenie – zaraz jednak zrozumiał swój błąd.
Charty szczekały, ponieważ we mgle coś było. Szczekały, bo w powietrzu – poza gęstą mgłą – unosił się jakiś ospały, ciężki dźwięk, którego Targaryen nie mógł przypisać niczemu, co dotychczas znał. Kto wie, jak daleko zabrnęłaby wyobraźnia władcy, gdyby nie kolejny bodziec, który dotarł do zebranych na polanie – nagle przed ich oczami zamajaczył ciemny, masywny kształt, wyłaniający się z mgły z dostojeństwem i ospałością obcą jakiemukolwiek innemu zwierzęciu, poza…
Tur.
Jedno krótkie, wypowiedziane z nabożną czcią słowo stanowiło dla Aerysa potwierdzenie tego, w co nie chciał uwierzyć umysł – to, co przed momentem pojawiło się przed ich oczami i co ledwie chwilę później zaczęło się wycofywać, musiało być tym na wpół legendarnym zwierzęciem. Żaden dzik, niedźwiedź, jeleń, nic nie reagowało na ludzką obecność równie spokojnie, co bestia, która dotychczas nie miała styczności ze zbrojnymi.
Takiej okazji nie można było przegapić.
Targaryen wyszarpnął zza pledu siedzenia niewielki, pozłacany róg i zadął w niego raz, potężnie – echo przenikliwego dźwięku wciąż rozchodziło się po zamglonej polanie, gdy władca, nie czekając, aż ktoś go uprzedzi, spiął rumaka i runął w ślad za masywnym zwierzęciem. Zbyt dokładnie wyobraził sobie potężny łeb tura nad łożem królewskiej sypialni, by teraz rozminąć się z taką okazją – dlatego popędził przed siebie, nie wyczekując obecności swych strażników. Wiedział przecież, że ruszą za nim, że wszyscy potoczą się w ślad za władcą jak górska lawina – ale to on miał zamiar upolować zwierzynę… a przynajmniej twierdzić, że właśnie tak zrobił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Las na prawym brzegu    Pią Gru 16, 2016 4:48 pm

Leśna polana była na swój sposób piękna. Otulona powłoczką mgły, dziwnie eteryczna, posiadająca w sobie coś z ulotnego mistycyzmu – mógłby zatrzymać się w miejscu i z zapartym tchem obserwować, jak wstaje nad nią jasny, wczesnozimowy świt. Mógłby podziwiać naturę taką, jaką była w tym momencie – z jednej strony dziką, z drugiej zaś dziwnie oswojoną, jakby przygotowaną na to, że wkrótce w jej łonie pojawią się kolejni, kolejni i jeszcze jedni jeźdźcy pragnący uśmiercić zwierzęta, które sama wykarmiała.
Toczona jeszcze przed momentem rozmowa z dziedzicem Winterfell oraz bratanicą Lorda Segardu była dla niego dziwnie nierealnym wspomnieniem w obliczu potęgi przyrody, którą mieli okazję obserwować z samego skraju leśnej polany. Dziedzic Końca Burzy, choć dotarł na miejsce jako jeden z ostatnich, był najpewniej jedną z niewielu osób, która czuła się urzeczona rozciągającym się przed jej oczami widokiem – nieczęsto człowiek ma okazję podziwiać świat równie spokojnym, co w osamotnionych spłachetkach Dorzecza. Potrafił docenić łagodność, z jaką Bogowie utkali tę polanę i jednoczesną swobodę jej bytności, jak gdyby od zawsze przygotowana była na dzisiejszą wizytę. Baratheon sądził, że dla takich momentów warto żyć – dla takich ulotnych, na wpół realnych chwil warto brnąć przez trud życia. Nie sądził, by mieli napotkać tu zwierzynę, jednak choć przez krótki moment mógł nasycić oczy pięknem, z którym nie ma się zbyt często do czynienia.
I dopiero wtedy, gdy charty rozszczekały się zajadle, pojął, że mógł źle ocenić sytuację.
Polana w rzeczy samej zdawała się spokojna, dziewicza i eteryczna – lecz to właśnie w takich miejscach, wedle podań starych nianiek, żyły istotny o wiele groźniejsze od rozjuszonych niedźwiedzi i broniących swych młodych dzików. Zabrnęli w wyludniony, nienawykły do ludzkiej obecności teren, cóż więc dziwnego w tym, że przez moment czuli się pionierami?
Nie powinni zapominać jednak przy tym o czyhających w mlecznobiałej mgle niebezpieczeństwach, o zagrożeniach, na które nie dało się przygotować.
W momencie, gdy w siwej zawiesinie zamigotał jakiś niewyraźny, olbrzymi kształt, dłoń Baratheona mimowolnie powędrowała do rączki długiego noża, który trzymał skryty pod płaszczem; celność z łuku w podobnych warunkach była znikoma, a chłodny dotyk broni pod palcami zwykle dodawał trudnej do wyjaśnienia otuchy. Dziedzic Końca Burzy wytężył wzrok w milczeniu, robiąc dokładnie to, co wszyscy zebrani na polanie – czekał.
Czekał na moment, w którym będzie dane im zrozumieć, czym było to, co zamajaczyło we mgle. Niedźwiedziem? Wyjątkowo dużym wilkiem? A może…
Gdzieś z boku padło słowo, którego nigdy nie słyszał – tur widniał jedynie w opasłych księgach i legendach, nie należał do rzeczywistości, nie był częścią świata znanego przez dziedzica Końca Burzy, a jednak… jednak teraz wydawał się bardziej prawdopodobny od czegokolwiek innego.
To naprawdę mógł być tur – pojawił się na krótki moment, wyłonił z mgły dosłownie na chwilę i nagle zawrócił, nadal spokojnie, nadal z dziwnym dostojeństwem, nadal tak, jak gdyby władał tymi okolicami niepodzielnie.
Aerys Targaryen był chyba innego zdania, bowiem nagle dźwięk królewskiego rogu rozdarł powietrze brutalnie, a sam władca ruszył przed siebie z gwałtownością, o którą nikt go dotąd nie podejrzewał – sam Orys, nim na dobre pojął, co czyni, zrobił dokładnie to samo. Spiął konia i krótkim okrzykiem wezwał swych ludzi, by ruszyli za nim – jednak w przeciwieństwie do władcy nie pędził wprost w miejsce, w którym pojawił się zwierz, tylko ruszył brzegiem polany, jak gdyby chciał odgrodzić bestii ucieczkę do lasu; półokrąg znacznie wydłużył drogę Baratheona, Orys miał jednak pewność, że dzięki temu unikną poniżającej ucieczki zwierzyny sprzed nosa – zresztą, by oddać strzał z łuku, na dobry początek musiał widzieć swój cel.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Las na prawym brzegu    

Powrót do góry Go down
 

Las na prawym brzegu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Rozłożyste drzewo nad jeziorem
» Pomost, na północnym krańcu jeziora
» Brzeg jeziora

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze :: Zielone Widły-