a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Blackhaven



 

 Blackhaven

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Blackhaven   Sob Kwi 27, 2013 9:31 pm


Blackhaven to miasto rządzone przez Dom Dondarrion. Znajduje się w południowo-zachodniej części Ziem Burz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Blackhaven   Nie Wrz 22, 2013 8:54 pm

/ droga na południe

Nad ranem opadli z sił - miejsce ostatniego obozu od Blackhaven nie dzieliła zbyt wielka odległość, zaledwie kilka godzin drogi, jednak sama podróż pośród gór okazała się niezwykle wyczerpująca psychicznie. Na szczęście blisko stu rycerzy dotarło na miejsce zbiórki bez opóźnień, tak, by w okolicach Blackhaven zostać powitanym przez wschodzące słońce... i kilka tysięcy wojowników. Kolumnie jeźdźców przybywających z gór towarzyszyła postać, której nie można było pomylić z żadną inną - biały jak mleko rumak niósł na grzbiecie rycerza w pełnej zbroi, czarnej jak pochmurna noc, z hełmem, z którego w niebo strzelały dwa jelenie rogi. Jeden z nich, ucierpiawszy w bitwie o Dolinę, najwyraźniej został naprawiony ze sporą wprawą, bowiem nic nie wskazywało na niedawną usterkę. Napierśnik zbroi rycerza ozdobiony został złotym wizerunkiem jelenia Baratheonów, zaś wiszący u siodła obusieczny topór wyraźnie wskazywał na tożsamość jeźdźca. Sami żołnierze spod Blackhaven nie musieli czekać, aż mężczyzna podniesie przyłbicę, by natychmiast wysłać w jego stronę ludzi z meldunkami do dowódcy.
- Psy we wsi szczekają. To zły znak. Na pewno obcy ludzie. - rzucił pierwszy z wartowników, zatrzymując się naprzeciwko śnieżnobiałego rumaka. Tyle wie każdy głupi. Któż inny mógłby w tych okolicach i tak wczesną porą rozdrażnić wiejskie psy? Jeździec na śnieżnobiałym rumaku spiął konia ostrogami i ruszył powoli w stronę licznego obozu jeźdźców, już gotowego do wyjazdu. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że każdy z tych mężczyzn znał podstawową zasadę armii Baratheonów: wyobraźmy sobie, że trwa bitwa, która jest przegrywana. Dowódca zostaje ciężko ranny. Ciągnąć go ze sobą, to wyrok na armię, porzucić go, to samo. Nieprzyjaciel zmusi takiego do gadania, choćby miał mu wycinać wątrobę po kawałku. Co począć z rannym dowódcą, gdy klęska jest tuż-tuż? Każdy jeździec, każdy rycerz, każdy giermek, łucznik czy włócznik odpowie to samo: Błoga Śmierć. I bardzo dobrze. Na wojnie, pod rozkazami Aylwarda Baratheona, jedyny sposób przeżycia to - zabijaj swoich rannych własnoręcznie. Nikt nie chce wrócić przegranym.
Dlatego Burza nie toleruje klęski.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Blackhaven   Wto Paź 22, 2013 9:38 pm

Znalezienie winnego za całe zło tego świata wydaje się wspaniałym odkryciem, ale Aylward od zawsze wiedział, że takim nie jest. Wszyscy dookoła zawsze szukali kozła ofiarnego i zazwyczaj go znajdowali... Baratheon też miał kandydata, a nawet tysiące takich kandydatów, ujawniających i siejących w sercach jego ludzi zło. Od wielu dni pozwalał Martellom wyciągać z rycerzy Burzy zbrodnicze osady, bo doskonale wiedział, że gdy tylko te osiągną punkt kulminacyjny, zaleją wroga trującą lawiną. Dzięki przeciwnikowi wojsko jest nadziane wściekłością niczym kurczak przed pieczeniem. I to stanowi jego potęgę.
– Przyszedł wreszcie czas, żeby zniszczyć zło, wytrawić ogniem, zrównać jego ślady z ziemią!
Głos jednego z dowódców odbił się echem od tysiąca nieruchomych postaci, skupionych w czterech kręgach wokół... wroga?
Powykręcane gałęzie strzelają w niebo niczym palce umierającego starca - pozbawione liści, suche, zwiastujące rychły zgon. Zostały związane konopnymi sznurami w olbrzymie stosy, które przypominają raczej wezgłowie Żelaznego Tronu niźli proste, pionowe konstrukcje. We wszystkich czterech okręgach utworzonych przez wojowników, ustawiono po trzy drewniane struktury tyłem do siebie. Nie to jednak napawało grozą.
Do każdego ze stosów przywiązany był człowiek.
Jeszcze żywy.
Tylko głupcy powiadają, że twardy wytrzymuje na torturach, a słabeusz pęka. Bzdury. Po prostu są dobrzy kaci albo źli. Oprawcy Burzy zaliczają się do pierwszej grupy... jeżeli trafisz w ich ręce, przyznasz się do wszystkiego, łącznie z tym, czego nigdy nie było. A gdyby ktoś kiedyś zapytał, jaki gatunek ryb pływa w Zatoce Rozbitków obmywającej mury Końca Burzy, odpowiedź byłaby jednoznaczna: wyłącznie piranie.
- Oto on, wasz wróg! Największy! Większego nie ma! - donośny głos wciąż przemawiającego dowódcy rozdarł idealną ciszę, zakłócaną jedynie przez wyzwiska Dornijczyków. Niegdyś dumnych, wyniosłych i prężnych Dornijczyków, teraz dokładnie przywiązanych do stosów, z poobrywanymi paznokciami, odciętymi kciukami, ciałem nabrzmiałym krwią... - Patrzcie, jak dranie szczerzą zębiska! Lepka ślina wokół pyska - ani chybi wściekli! Jeszcze wiele wynajdą na nas chytrych sztuczek, ale pamiętajcie! Największy wróg zawsze pozostanie ten sam! Wielu mamy nieprzyjaciół, fakt. Przeciwko nam jest wczesny świt i późny zmierzch. Źle, gdy słońce bije w oczy, źle, gdy huragany niszczą plony. Niedobrze, gdy nasze serce galopują jak oszalałe. Zawsze jest, bracia, niedobrze. Ale bywa gorzej. Bywa całkiem źle! Tylko spójrzcie! - zapadający powoli zmierzch rozświetlił nagle błysk pochodni. Pierwszej, drugiej, trzeciej - jako ostatnia zapalona została ta, obok której pogrążony w milczeniu stał rycerz w doskonale znanej wszystkim, ciemnej zbroi ze złotym jeleniem na napierśniku. Płomienie odbijały się od czerni metalu, a jasny herb Baratheonów lśnił złowieszczo w blasku pochodni, która na przyzwalające skinięcie głową dowódcy została przysunięta do pierwszego ze stosów.
Przez chwilę nie działo się nic - tysiące oddechów zamarło w piersiach wojów i nawet jeńcy zdawali się być nieruchomi niczym posągi. Jeden z Dornijczyków zdołał nawet odetchnąć z ulgą…
… a później rozpętało się piekło.
Ogień muskał dolne gałęzie stosu niczym palce nieśmiałego kochanka. Ta powolna, prawie niegroźna pieszczota zaledwie po chwili zamieniła się w gwałt - niczym na rozkaz we wszystkich czterech okręgach drewno zajęło się błyskawicznie, będąc pożeranym przez płomienie nie tylko przy podstawie stosów - łakomie języki ognia strzeliły w górę, na krótką, króciutką chwilę pozwalając rycerzom Burzy zapomnieć, że oprócz gałęzi płoną też ludzie. Trwało to stanowczo zbyt krótko, by przynieść ukojenie skołatanym nerwom, bowiem wraz z gorącym oddechem śmierci, jaki wytworzyły cztery olbrzymie ogniska, przyszedł też wrzask. Ogień pożerał jeńców jakby od środka, biały blask, rozkładający się czasem na tęczowe barwy, czysty i jasny. Trawił ciało, przemykał po skórze, wpełzał przez rozwarte w krzyku usta do gardła. Odór palonego mięsa wymieszał się z wonią płonących gałęzi. Coś jeszcze ruszało się w płomieniach, któryś Dornijczyk próbował się wyrwać z gorących objęć śmierci, ale dla Burzy stało się jasne: skoro ich zbroje przez ogień skąpane były w czerwieni krwi…
… ze szpiegów wroga nie pozostało nic. Nawet nie zwłoki. Po prostu czarna, żarząca się dziura w ziemi.
- Mamy bardzo prostą zasadę: złoty smok za wejście, dwa za wyjście. - gardłowy ton głosu jednego z dowódców przerwał panującą wśród kompanii martwą ciszę. - To znaczy, że wypowiedzieć nam wojnę jest łatwo, ale znacznie trudniej ją wygrać.
Nic więcej. Żadnych przejść. Żadnych kompromisów. Pogrążony w milczeniu i gotowy do dalszej podróży rycerz w czarnej zbroi z jeleniem na napierśniku wydał rozkaz do wymarszu. Bowiem okrucieństwo to czasami jedyne rozwiązanie.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Blackhaven   

Powrót do góry Go down
 

Blackhaven

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy-