a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Sala Słońca



 

 Sala Słońca

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Sala Słońca   Sob Lip 23, 2016 4:57 pm


Sala Słońca



Znajdująca się w Wieży Słońca sala jest jedną z najbardziej reprezentacyjnych w całej siedzibie rodu Martell - to potężna, przestronna komnata z wysokimi, łukowato sklepionymi oknami oraz smukłymi, wykonanymi z marmuru kolumnami. Sala Słońca wykorzystywana jest zwykle podczas dużych, choć nieszczególnie doniosłych uroczystości - może pomieścić blisko cztery setki biesiadników, którzy zasiadają przy długich stołach, prostopadle ustawionych do stołu prezydialnego, za którym ucztują członkowie książęcej rodziny oraz ich wybrani goście.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Sala Słońca   Czw Lip 28, 2016 9:53 pm

Lynette Martell, pierwsza córka zmarłego księcia Quentyna, siedziała na wysokim, cisowym krześle z dłońmi złożonymi na kolanach, i robiła co w jej mocy, by zachować godność. Skórę miała bladą i zatłuszczoną, oczy podkrążone, włosy straciły swój blask i zwisały matowe i splątane wokół twarzy. Wszystko to drastycznie kontrastowało z białymi, czystymi szatami, które ktoś na nią założył – drobne, błyszczące ametysty zdobiły długie, zwiewne rękawy i skromnie wycięty dekolt, zaś przewiązany w talii pasek połyskiwał złotem przy każdym ruchu dziewczyny. Wydawało się, że Lynette nie ma siły podnieść ręki, co jednak nieszczególnie interesowało siedzącego po jej prawicy Edrica. Byli pierwszymi gośćmi w Sali Słońca, zasiedli za pustym, prezydialnym stołem i w milczeniu obserwowali, jak służba w pośpiechu poleruje srebra, poprawia talerze i ustawia półmiski z owocami. Czas przelewał się leniwie przez gorące popołudnie – jego przemijanie wyznaczały kolejne dzbany wina ustawiane na blatach i łagodne, sprowadzane z Wolnych Miast kadzidełka, których zapach spowijał Salę ulotną wonią. Gdy w nozdrza wdzierała się woń lawendy i cynamonu, komnata w końcu rozbrzmiała głosami gośćmi – zjawiali się samotnie, w parach bądź małych grupkach złożonych ze szlachetnie urodzonych, kupców i bękartów, wkraczali do Sali Słońca z uśmiechami na ustach, które gasły w chwili, gdy ich wzrok napotykał siedzącą za prezydialnym stołem Lynette Martell.
Kurwę, zdrajczynię, morderczynię, ale nie księżniczkę.
Przez cały ten czas nie drgnęła, ze wzrokiem uporczywie wbitym we własne dłonie i z zaciśniętymi w wąską kreskę ustami; podobnie zachowywał się Edric, choć jego spojrzenie wbite było w drzwi i każdego z przybywających gości, zaś na powitania odpowiadał lekkim skinieniem głowy, wyjątek czyniąc wyłącznie dla tych, którzy mieli zasiadać z nim przy jednym stole – dla rodziny i narzeczonej. Wstawał wtedy bez słowa, dłonią wskazując przeznaczone dlań miejsca; po jego prawej stronie zasiąść miała Jeyne Yronwood, obok niej Ivory, dalej zaś Seyal – lewa strona przeznaczona była dla Lynette, obok której siedział Trystane, a następnie Quentyl. Gdy stół prezydialny był w całości zapełniony, salę wypełnił łagodny, dobiegający z boku komnaty dźwięk harfy oraz woń dań, która mieszała się z zapachem kadzideł. Niektórzy ze spóźnialskich gości wciąż wślizgiwali się głównym wejściem, gdy na książęcym stole wylądowała pierwsza potrawa, jednak sam Edric zdawał się nie zwracać na nich uwagi – zgodnie z prawem gościnności, uszczknął odrobinę tego, co podano mu na talerzu i na wpół sennym gestem nakazał służce, by zaoferowała jego danie Lady Yronwood. Dziewczyna skinęła nieznacznie głową, ledwie chwilę później serwując Jeyne jagnięcinę duszoną w glinianym naczyniu z morelami, szalotką, czerwonymi winogronami i migdałami. Przed resztą z zebranych gości postawiono tymczasem melona nadziewanego pistacjami, rodzynkami i jagnięciną – danie otrzymała nawet Lynette, która jedynie uniosła wzrok na talerz, patrząc nań z wahaniem.
- Jedz.
Pierwsze słowo, które  Książę Dorne wypowiedział od samego początku uczty, zabrzmiało jak trzask pękającego drewna – pod jego wpływem Lynette drgnęła lekko, ale nadal jedynie wpatrywała się w potrawę. Nos Martella zmarszczył się z wściekłości, ciemne brwi ściągnięte były w grymasie gniewu, oczy zwężone do wąskich, okrutnych szparek.
Musi umrzeć. Nie ma innego wyboru. Dorne żąda dotkliwej kary. Dorne żąda drastycznych działań dla przykładu. Dorne dopuszcza okazywanie litości tylko w wyjątkowych przypadkach.
- Już poczyniłem na twoją rzecz przeróżne ustępstwa. Zazwyczaj zdrady nie traktuje się tak łagodnie – talerz Edrica pozostawał pusty, w przeciwieństwie do kielicha, który – po napełnieniu przez sługę – powędrował do sztywnych z tłumionej wściekłości ust.
- Jak dotąd nikt cię nie tknął nawet palcem. Pozwoliłem ci zachować ubranie, godność, człowieczeństwo – odstawił naczynie z cichym szczękiem, choć nie na długo – nachylając się w stronę Lynette, starał się mówić cicho, choć siedzący z nim przy jednym stole siłą rzeczy musieli słyszeć każde, wypowiedziane słowo.
- Masz jedną szansę, by zacząć jeść. Jedną szansę, by okazać posłuszeństwo, całkowicie i bezwarunkowo – Edric nachylił się jeszcze bardziej i dźgnął palcem w stół, tuż obok talerza Lynette. – Jedną szansę. Potem cię rozbiorę i zacznę kroić na oczach wszystkich obecnych w sali.
Zdawało się, że dziewczyna w mgnieniu oka zapadła się w sobie. Jej ramiona się przygarbiły, głowa opadła, wargi zadrżały – ale w końcu sięgnęła po widelec, po chwili unosząc go do ust drżącą ręką. To wystarczyło, by Książę Dorne wyprostował się gwałtownie, ponownie sięgając po kielich i tym razem przenosząc spojrzenie na siedzącą po prawej stronie Jeyne.
- Podróż nie bardziej uciążliwa niż zwykle, pani?
Miał wrażenie, że w Sali Słońca panuje duchota i żar jak w piecu. Był mokry od potu i spragniony jak diabli, dlatego – wyłącznie dlatego – po raz kolejny uniósł do ust kielich, tym razem opróżniając go na dobre. Jeden gest wystarczył, by służący ponownie napełnił naczynie chłodnym, dornijskim winem, które przyjemnie ciążyło w drżącej dłoni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Sala Słońca   Nie Sie 07, 2016 8:52 pm

Nie pamiętała swej ostatniej wizyty w Słonecznej Włóczni. Była jednak przekonana, iż z całą pewnością wszystko musiało iść o wiele bardziej gładko. Bezproblemowo.
Ludzie Martellów towarzyszyli im jeszcze przed tym, jak przekroczyli bramy stolicy Dorne. Wszystko było… inne, zaś Jeyne czuła się obco. Zupełnie, jakby obserwowała kolejne wydarzenia z perspektywy kogoś znajdującego się z boku. Inne były spojrzenia, ukłony i słowa, jakie kierowano w stronę nowej Lady Yronwood. Sama Yronwoodówna nie potrafiła jednak zdecydować, czy chodziło o śmierć jej pana ojca oraz idące za nią konsekwencje, czy też o fakt umowy zawartej pomiędzy jej domem, a Martellami.
Choć Cassella Yronwood uważała, iż Jeyne nie jest gotowa na udźwignięcie podobnego ciężaru, nie mówiła o tym na głos. Być może obawiała się reakcji swej najstarszej córki. Według wdowy po Yestenie, Promykowi Yronwood brakło ogłady i umiejętności chłodnego osądu. Była zbyt nieprzewidywalna. Obawiała się, iż Jeyne jedzie do Słonecznej Włóczni tylko po to, by zerwać zaręczyny. Nie mogła przecież liczyć na to, iż jej własna córka raczy wyspowiadać jej się ze swych zamiarów. Wystarczającym pójściem na ustępstwo wydawało się bowiem już to, iż w ogóle poinformowała matkę o swej podróży.
Przemierzając ulice miasta, czuła na sobie zaciekawione spojrzenia. Wydawało się, iż był to pierwszy raz, gdy smagli, śniadzi Dornijczycy zdali się zauważyć, jak jasną skórę może posiadać ktoś, zdawałoby się, tutejszy. Częściowo odkryty powóz zapewniał jej ochronę jedynie przed bezlitosnymi promieniami słońca, nie wścibskimi, pełnymi zwierzęcego wręcz zainteresowania spojrzeniami. Mimo to, niebieskie oczy wydawały się nieobecne, wpatrzone w nieokreślony punkt w oddali. Żar lał się z nieba niby grad wystrzelonych przez armię strzał. Jasną, skrytą w cieniu twarz pokrywały coraz gęściej perlące się krople potu. Czasem - poruszone przez gwałtowniejszy ruch - spływały w dół, zatrzymując się gdzieś pomiędzy płynnymi żłobieniami żywego, oddychającego posągu.
Taką ją zapamiętają, pomyślał jadący obok Ashraf. Piękny, gładki posąg. Zbyt martwy jednak, zbyt cichy, zbyt nierzeczywisty, by zaskarbić sobie ich miłość. Szorstka dłoń wojownika odruchowo zsunęła się na rękojeść miecza, jakby chciał upewnić się, iż wierne ostrze wciąż tkwi tam, gdzie je pozostawił.
Nagłą tkliwością napełniła go myśl, iż przecież bez zastanowienia zginąłby za ten posąg. Nawet mordercy bywali sentymentalni.

***

Głęboka, tłusta czerń aksamitów, w które była ubrana, zdawała się pochłaniać całe światło padające nań w momencie, w którym przekroczyła progi Sali Słońca. Złote ornamenty, niby pajęczyna próżności, okalały jej ramiona, nadgarstki  i szczątkowy dekolt, odsłaniający ledwie zarys kruchych, mocno wyciętych obojczyków. Nie kłamali mówiąc, iż nawet nie ubiera się jak pełnokrwista Dornijka.
Złotowłosa Lady zasiadła po prawicy Księcia Dorne, przez tę krótką chwilę zdając się skraść całą uwagę zgromadzonych. Długie, szczupłe palce obciążone kolejnymi, masywnymi pierścieniami splotła i ułożyła na podołku. Zadbane i czyste - po zadrapaniach i tkwiącej za paznokciami, zaschniętej krwi nie było już śladu - odcinały się na tle obsydianowego koloru. Podobnie próżno było szukać śladów zmęczenia, które jeszcze kilka księżyców temu odmalowywało się na jej licach wyblakłym, szarym cieniem. Promieniała. I choćby miał to być jedynie fałszywy, uzyskany kosmetycznymi i alchemicznymi sztuczkami blask, goście Edrica Martella nie mogli pozbyć się wrażenia, iż Lady Jeyne stanowi niemal niedorzeczne przeciwieństwo okutanej w biel Lynette.
Nie bardziej uciążliwa, niż zwykle. – Powtórzyła za Księciem, spojrzeniem wodząc po zapełniającej się sali. W końcu jednak stalowobłękitne spojrzenie spoczęło na ogorzałej twarzy Edrica. Zbyt długo zwlekała ze spoglądaniem w jego stronę. – Mawiają, iż jeśli cel jest tego wart, nawet najcięższa podróż mniej się przykrzy... Podobno.
Drgnął kącik bladoróżowych warg, ostatecznie jednak nie ułożył się w uśmiech - nie ułożył się też w grymas - zamiast tego, spojrzenie Lady Yronwood spoczęło na moment na znoszącej swe upokorzenie Lynette Martell. Bez obrzydzenia, ale i bez cienia współczucia.
Chłodne palce chwyciły w końcu szyjkę kielicha wypełnionego dornijskim winem, nim jednak zdążyła zwilżyć w nim usta, do uszu Księcia dotarły cierpkie słowa:
Piję twoje szczęście, panie. Wiele bym oddała za podobną sposobność.
Co miała na myśli? Upiła łyk, a następnie poruszyła palcami tak, by zawirowało znajdujące się w naczyniu wino. Przyglądała mu się przez kilka uderzeń serca. Jakby w nadziei, że wino zgęstnieje i ściemnieje przemieniając się w krew. Nie zgęstniało jednak i nie ściemniało. Pozostało jej mieć nadzieję, iż krew otrzyma innym sposobem. Jakby to cierpienie innych - jakby cierpienie Lynette Martell - miało być tym, co sprawi, iż podróż stanie się warta niewygody. Być może powód był inny, bardziej irracjonalny. Być może cierpienie Lynette miało ukoić świeże zadry, uspokoić kłębiące się w jej sercu robactwo. To samo, które poruszając kłującymi łebkami przypominało o stracie ojca.
Bardzo dobre. Z pewnością smakowałoby pani matce. Szkoda, iż musiała pozostać w Yronwood. – Zagadnęła lekkim tonem, zwracając się ku siedzącej obok Seyal.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Sala Słońca   Pon Sie 15, 2016 9:43 pm

Tamtej nocy bardzo długo nie mogła zasnąć.
Dzieci mają niezwykłą zdolność wyczuwania nastrojów dorosłych, a już zwłaszcza osoby, pod której sercem się zrodziły. Aerion przez śmiałą większość pobytu w Dorne podzielał więc nastrój swej matki – był pogodny i zadowolony jak kot wygrzewający się  na słońcu, rzadko płakał, a jeśli już, to tylko wówczas kiedy był głodny, bądź bardzo zmęczony. Tej nocy jednak było inaczej. Marudził i nie chciał zasnąć, roniąc łzy wielkie jak grochy raz po raz. Zdawał się wyczuwać niepokój i zdenerwowanie Ivory, przez które przez cały wieczór drżały jej dłonie.
-Ciii… cichutko… - drobna dłoń Dornijki z delikatnością godną skrzydeł motyla gładziła niemowlę po srebrnych włoskach w kojącym geście.
Leżeli w miękkiej pościeli, księżniczka trzymała syna w ramionach, kołysała i przytulała, lecz na nic się to zdało, bo sama była spięta i po prostu… przerażona.
Juro zabiją własną siostrę.
Nie tylko Edric, nie strażnik, lecz oni wszyscy.
Odkąd tylko Orys Baratheon udowodnił, że Lynette przyczyniła się do śmierci własnych rodziców byo pewne, że umrzeć musi. Umrzeć musi w Dorne i to boleśnie, bo zbrodnia jakiej się dopuściła była obrzydliwa.
Żmija zaatakowała własne gniazdo.
Ani przez moment Księżna nie wątpiła w słuszność tego wyroku. W listach błagała Edrica, by zaczekał jeszcze, by zaczekał aż w Słonecznej Włóczni będzie obecne każde z nich. Przez księżyce wyczekiwała tego momentu, a nienawiść do Lynette rosła z każdym dniem, z każdą minutą i sekundą, kiedy jej twarz pojawiała się w jej głowie.
-Był sobie sobie król, był sobie paź, i była też królewna. Żyli wśród róż, nie znali burz,rzecz najzupełniej pewna… – kojący głos Martellówny wzniósł się ponad szlochanie Aeriona, aż ucichł i tylko wpatrywał się w twarz matki wielkimi, fiołkowymi oczami.
Ivory winą obarczała Alysanne Tyrell. Nie ufała jej odkąd tylko pojawiła się na ich dworze, odkąd tylko dzieliła z nimi dach nad głową i siadała przy wspólnym stole. Ojciec był nieugięty i nie zgadzał się, by Tyrellównę odesłano tam skąd przybyła (najlepiej do siedmiu piekieł). Księżniczka musiała więc znosić jej obecność, a także to, że starsza siostra niebezpiecznie zbliżyła się do szatańskiego nasienia (bo tak właśnie o Tyrellównie myślała i niewiele się pomyliła). Tyrellównę i Martellównę połączyła rzekoma przyjaźń, którą Ivory się wręcz brzydziła. Nie mogła tego Lynette wybaczyć; oddalała się od własnej rodziny i spędzała czas z Alysanne.
Dornijka była pewna, że córka Lorda Wysogrodu musiała namieszać Lynette w głowie. Miała chory, ułomny umysł, o czym przekonali się wszyscy w królestwie, co widziała Królewska Przystań, była po prostu nienormalna.
Tak, to z pewnością to była wina Alysanne. Ivory nie chciała i nie potrafiła Wierzyć w to, by Lynette miała tak zepsutą duszę, by sama z siebie z zimną krwią zamordować własnego ojca i matkę.
Nieistotne były już przyczyny tego, co się stało. Lynette Martell musiała umrzeć.
- … tragiczny los, okrutna śmierć, w udziale im przypadła. Króla zjadł kot, pazia zjadł pies, królewnę myszka zjadła.
Uśmiech rozjaśnił zmęczoną twarz Dornijki, gdy patrzyła jak Aerion walczy z opadającymi powiekami, by wysłuchać kołysanki do końca, aż wreszcie poddał się i zasnął, drobną piąstkę zaciskając na palcu matki.

***
Nie dociekała dlaczego Lynette odziano w biel. Edric miał niebywałą tendecję o ironizowania. W przeciwieństwie do niej, a zarazem lady Jeyne obleczonej w czarne aksamity, dornijska księżniczka wybrała intensywne, rodowe barwy. Każdy detal podkreślał jej pochodzenie – jedwabna suknia miała kolor soczystej pomarańczy, nadgarstek spowijał złoty wąż, a na piersi lśnił wisior w kształcie słońca przebitego włócznią. Na ciemnych, splecionych włosach spoczywał rodowy diadem, połyskujący w blasku świec,  choć wątpiła, by odniosło to pożądany skutek i Lynette zastanowiła się choćby przez chwilę.
Ujrzała ją pierwszy raz, odkąd się rozstały na długo przed jej ślubem.
Przez tygodnie, jakie spędziła w Dorne, nie potrafiła się zmusić, by się z nią spotkać. Wielokrotnie planowała zejść do lochów i się z nią rozmówić, lecz w ostatniej chwili rezygnowała, znajdowała sobie wymówkę, uciekała.
Co miałaby jej powiedzieć? Jak bardzo jej nienawidzi?
Na szaleńcach nigdy nie robi to przecież wrażenia, a Ivory nie wątpiła w to, że szaleństwo Alysanne zagnieździło się również w umyśle starszej siotry.
Sądziła, że nie będzie potrafiła na nią spojrzeć przez własną ułomność, swoje miękkie serce, lecz teraz – gdy ich spojrzenia w końcu się spotkały…
…. Ivory nie poczuła nic.
Nic prócz nienawiści, która burzyła krew w żyłach. Zacisnęła usta w wąską kreskę i patrzyła na Lynette, dopóki nie odwróciła wzroku. Dopiero wówczas drgnęła i ruszyła dalej, by zająć miejsce pomiędzy Jeyne Yronwood, a Seyal. Nie potrafiła jednak zmusić się do niezobowiązującej rozmowy, zupełnie tak jakby nic się nie stało – jak gdyby nie brali udziału w wykonywaniu wyroku śmierci.
Ledwie tknęła to co miała na talerzu, zaciskając palce na kielichu z winem, od którego stroniła odkąd tylko dowiedziała się, że jest brzemienna. Sączyła je nieśpiesznie, uważnie przysłuchując się każdemu słowu, jakie Edric wypowiedział w stronę Lynette. Nie potrafiła zmusić się, by spojrzeć w ich stronę.
-Żałuję, że tak szybko musimy Was opuścić… Aerion… Aerion dobrze się tu czuje – wydusiła w końcu kilka słów do Seyal oraz Jeyne, choć miała wrażenie, że głos zaraz ugrzęźnie jej w gardle.
Świadomość, że nazajutrz musi służki zaczną pakować jej kufry, a gdy minie jutrzejsza noc, będzie musiała znów opuścić rodzinne strony działała nań bardzo przytłaczająco.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
30
Join date :
09/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala Słońca   Pią Sie 19, 2016 5:26 pm

Odrzuciła na plecy grube pasma ciemnych, gęstych włosów, wypełniając panującą w komnacie ciszę łagodnym dźwiękiem dzwoneczków. Nigdy nie widziała żadnego Dothraka – ba! – usłyszała o nich zupełnym przypadkiem od starszego brata i nie sprawiała wrażenia szczególnie zainteresowanej tym tematem, jednak wzmianka o wplątywanych we włosy dzwonkach mimochodem zaszyła się w jej pamięci, by niespodziewanie powrócić dzisiejszego poranka.
Miała ich ledwie dwa – malutkie, wielkości paznokcia, wykonane ze srebra i zgrabnie wplecione w cieniutki warkocz, który opadał na gładką zasłonę rozpuszczonych pasm wraz z jedwabną wstążką barwy malinowej pomarańczy.  Dzwoneczki podzwaniały cichutko przy każdym ruchu, przeganiając ciężką atmosferę wczesnego popołudnia; pomimo nadchodzącej uczty odczuwała napięcie, które zagnieździło się pod jej sercem i nie zelżało nawet po wypiciu kilku łyków mocnego wina. Próbowała stłumić niepokój na pół setki różnych sposobów – nic nie skutkowało, nic nie potrafiło zmazać gorzkawego posmaku strachu z języka.
Dlaczego się tak bała?
Dlaczego?
Przecież to nie na nią czyhała dziś śmierć – to nie ona wyda ostatnie tchnienie w sposób na tyle okrutny i teatralny (choć nie pozbawiony sprawiedliwości), na jaki tylko stać Edrica. Nigdy nie próbowała zanurzać się w sprawy własnej rodziny, obierając bezpieczną, obiektywną pozycję obserwatora  - tak długo, jak nie wchodziła nikomu w drogę, tak długo nikt nie wchodził w drogę jej. Życie na uboczu miało więcej zalet niż wad, co Seyal – jako ktoś z natury ceniący własną prywatność – potrafiła docenić. Takie okazje jak dzisiejsza – te wymagające publicznych wystąpień u boku rodziny – przyjmowała z uśmiechem na ustach i pełną świadomością subtelnej odmienności. Nie stroniła od uczt, uczty zaś nie stroniły od niej – wykorzystywała każdą okazję do pokonania nudy książęcego dworu i wszystko wskazywało na to, że dzisiejszy dzień będzie miłą odskocznią od stabilizacji ostatnich tygodni. A jednak…
Pokręciła lekko głową, wprawiając dzwoneczki w drżenie i wypełniając wnętrze własnej komnaty słodką muzyką. Przepędzanie obaw wychodziło jej znacznie lepiej niż walka z nimi, dlatego pełnię uwagi poświęciła samodoskonaleniu tego, co już teraz mogło uchodzić za doskonałe – przynajmniej wedle niektórych. Na szyi Seyal spoczęła ciężka, srebrna kolia wysadzana drobnymi kamieniami onyksu – srebro i czerń były dziś motywem przewodnim, choć jaskrawe akcenty w formie pomarańczowej wstążki we włosach rozpraszały to na wpół ponure wrażenie. Pomagał w tym również cieniutki pasek z pereł, którym księżniczka ściągnęła szatę w pasie, choć jego obecność zdawała się zbyteczna – podobnie jak zbyteczna jawiła się sama szata, czyniąca Seyal bardziej nagą, niż byłaby w nią pozbawiona przyodziewku.
Czarny materiał był tak zwiewny, delikatny i prześwitujący, że nie zasłaniał niczego powyżej pasa – przylegał do ciała swobodnie, oferując swobodę ruchów, której najwyraźniej nie mogła skrępować ta niemal-nagość. Ciemne sutki drobnych piersi napierały na materiał, czyniąc się jeszcze bardziej widocznymi, zaś głęboki dekolt sięgał niemal pępka, co akurat było najmniej skandalicznym aspektem przyodziewku – perłowy pasek opadający delikatnie na biodra jedynie podkreślał lekki, falisty ruch bioder, które przy każdym kroku sprawiały wrażenie wprawionych w taniec. Materiał sukni przestawał całkowicie prześwitywać dopiero na linii podbrzusza, łagodną falą opadając do kostek – choć i tu czasami można było odnieść wrażenie, że spod materiału błysnęło nagie, ciepłe udo. Podobny strój nawet w Dorne zakrawał o skandal, jednak Słoneczna Włócznia zdołała nie tyle przywyknąć, co przygotować się na prezentowany przez księżniczkę Seyal styl. Kiedy zatem wkraczała do Sali Słońca – pozbawiona obaw, które towarzyszyły jej jeszcze w komnacie – nie kuliła się pod spojrzeniami, nie próbowała czym prędzej dotrzeć na swe miejsce i skryć się za stołem, nie sprawiała wrażenia choćby odrobinę zainteresowanej uwagą, jaką ją obdarzono. Lekkim, pozbawionym pośpiechu krokom towarzyszył cichutki dźwięk dzwoneczków, które zamilkły dopiero, gdy Seyal ze swobodą opadła na swe krzesło, najwięcej uwagi poświęcając nie niemal martwej Lynette, lecz kobiecie, która wkrótce zadomowi się w Słonecznej Włóczni… lub będzie próbowała to uczynić. Od bezwstydnego wpatrywania się w Jeyne Yronwood odwiódł ją dopiero dźwięk głosu Edrica, który dziś wino cenił znacznie wyżej od wykwintnych potraw.
- Musicie? – księżniczka jak echo powtórzyła słowa starszej siostry, przenosząc spokojne spojrzenie na Ivory; wyglądała na zmęczoną, choć nikt nie odmówiłby jej urody, którą jedynie podkreślał na wskroś rodowy ubiór. Seyal uśmiechnęła się delikatnie – nie wiedzieć, czy do siostry, czy do własnych myśli, po czym skubnęła widelcem to, co postawiła przed nią służba. – Małżeństwo zatem w rzeczy samej jest tragiczną instytucją, skoro po jego zawarciu kobieta cokolwiek musi – ciemne brwi uniosły się nieznacznie w grymasie najwyższego zdumienia, zupełnie jakby Seyal – na wskroś przesiąknięta ideą wolnej, dornijskiej kobiety – próbowała wyobrazić sobie podobną sytuację ze sobą w roli głównej.
- Gdyby jednak choć mała część twojej jaźni pragnęła wrócić do męża, pożegnanie nie byłoby tak tragiczne na jakie się zapowiada – znad kielicha popłynął do Ivory uśmiech – tak delikatny i ulotny jak szata, którą młodsza z księżniczek miała na sobie; Maegor Targaryen nie mógł być aż tak straszny, skoro za pomocą jego lędźwi – być może rzeczywiście nieco starszych niż chciałaby tego kobieta w wieku Ivory – spłodzone zostało równie rozkoszne dziecko, co Aerion.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Sala Słońca   Sob Wrz 03, 2016 10:04 am

Ucisk w żołądku był jak zaciśnięta, okuta w stal pięść. Drżenie placów, skryte przed światem pod warstwą białego materiału sukni, stanowiło namacalną oznakę porażki. Wąska, blada linia ust miała nadać twarzy hardości, ale niewielu dało się nabrać – już dawno spisano Lynette Martell na straty.
Zdołała przetrwać w bezruchu całe południe, nie drgnęła choćby o cal, gdy w Sali Słońca jęli zjawiać się goście, jej wzrok – martwo utkwiony w tylko sobie znanym punkcie – nie spoczął na twarzach najbliższej rodziny.
Na twarzach morderców.
Nie potrafiła odczuwać gniewu – wściekłość wygasła w niej przed miesiącami, podobnie zresztą jak strach; nic nie wyzuwało człowieka z uczuć równie skutecznie, co całkowite osamotnienie w pałacowych lochach. Lynette nie myślała dzisiaj o nieuchronnej śmierci – zdołała oswoić się z tą myślą dawno temu, prawdopodobnie dnia, gdy dotarła do niej wieść o ścięciu Alysanne Tyrell. Teraz całą swoją energię, te tragicznie marne resztki własnej zawziętości, ostatnie krople jadu pragnęła nakierować na swojego kata – wrodzona przekora nakazywała jej opór, choć nie posiadała ku temu siły, nakazywała jej także zemstę, choć nie miała ku niej sposobności. Co zatem mogła uczynić – wystawiona na ludzką pogardę, osaczona nienawiścią i zdana na niełaskę własnego brata?
To, co uczynić może ktoś, kto nie ma już niczego do stracenia.
Kiedy Edric nakazał Lynette jeść, nawet się nie poruszyła – przygotowała się na jego gniewne słowa, doskonale wiedząc, że padną, że będą zawierać wypowiedzianą wprost groźbę, że w końcu będzie musiała przed nimi ustąpić i ująć w dłoń widelec. Jej umysł był w tym momencie płochym zwierzątkiem, które potrafiło zastanawiać się wyłącznie nad jednym.
W jaki sposób umrę? Jak mnie zabiją?
Podejrzewała wszystko – zatrute jedzenie, wbity w serce nóż do ryb, dopuszczała do siebie myśl o całkowitym zhańbieniu; czyniła to po to, by przygotować się na własny koniec… i po to, by ten sam koniec jak najbardziej uprzykrzyć.
Lynette uniosła do ust widelec, bez cienia wahania kosztując potrawy, którą przed momentem zaserwowano – nie spodziewała się szybkiej i bezbolesnej śmierci, wiedziała, że jeśli jedzenie zatruto, będzie konać w konwulsjach… chyba, że zje odpowiednio wiele, by dawka trucizny zabiła ją szybciej. Pochyliła się nieznacznie nad talerzem, wsuwając do ust kolejne kęsy, jeden za drugim, słodki sok owoców mieszał się z dobrze wypieczonym, jagnięcym mięsem, Lynette nie czuła jednak wybornego smaku – rozpaczliwie poszukiwała pośród tej syntezy choćby cienia podejrzanej gorzkości, czegoś, co nie pasował do całości potrawy i jasno wskazywało na truciznę. Księżniczka doskonale znała tajemnicę starszego brata – widziała smukłą fiolkę z bezbarwnym, bezwonnym płynem przechowywaną w komnacie, wiedziała również, że – pomimo wszelkich podobieństw – nie były to lyseńskie łzy.
Usta wypełniała kolejna porcja jagnięciny, Lynette nawet dobrze jej nie przegryzła, gdy poczuła, że musi ugasić pragnienie i pomóc osłabionemu żołądkowi w trawieniu. Wyciągnęła wychudłą, kościstą dłoń po kielich, zacisnęła palce na jego nóżce i już podnosiła ze stołu, gdy…
Nie daj im tej przyjemności.
W oczach dziewczyny zagościł cień podejrzliwości, kiedy skierowała spojrzenie na gładką taflę ciemnobordowego trunku.
Czyż nie byłaby to boska sprawiedliwość?
Kąciki ust dziewczyny drgnęły, kiedy uniosła nieznacznie kielich – nie skierowała go jednak do swych ust. Nie wylała również jego zawartości na posadzkę, co uczyniłby najpewniej każdy na jej miejscu.
Lynette Martell wiedziała, że musi dziś umrzeć – jedyne, czego w tym momencie pragnęła, to pociągnięcia za sobą jak największej liczby osób… bądź tej najważniejszej osoby.
- Chętnie wypiję za twoją narzeczoną, bracie – wino zakołysało się w kielichu, gdy Lynette wyciągnęła dłoń z naczyniem w stronę Edrica. – Za piękną i – miejmy nadzieję – szlachetną lady Jeyne, która wkrótce będzie mogła mianować się Księżną Dorne – kąciki ust Martellówny uniosły się w prawdziwie niewinnym uśmiechu, kiedy przysunęła kielich jeszcze bliżej ust brata.
- Nie odmówisz takiego toastu, prawda? Byłoby to afrontem wobec lady Yronwood, dodatkowo tradycja nakazuje, by wznieść go z jednego kielicha… bracie.
Tym razem w oczach Lynette nie było rozbawienia – wpatrywała się w Edrica nieruchomym, szklistym spojrzeniem, z którego można było wyczytać wyłącznie determinację… i gotowość na śmierć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Sala Słońca   Sob Wrz 03, 2016 2:21 pm

Morderstwo nieszczególnie różniło się od oczyszczania trawnika z chwastów. Podobnie jak plewienie ogrodu wymagało odpowiedniego narzędzia oraz niezwykłej uwagi zdeterminowanej wiedzą, że roślina nieopatrznie wyrwana z ziemi zwiędnie w przeciągu dwóch dni. Nie było to zajęcie, w trakcie którego należy zadawać pytania. Nie było to zajęcie, które powinno napawać wątpliwościami – jednak w końcu nadchodzi moment, w którym niepewność zaczyna jątrzyć się jak źle oczyszczona rana i niestrudzenie daje o sobie znać tępym pulsowaniem tak długo, aż w umyśle pojawia się myśl. Krótki przebłysk skruchy, obaw, świadomości popełnianego czynu.
Nagle przychodzi do głowy pytanie, przed którym nie ma ucieczki, pytanie, z którym należy się zmierzyć – i z którym trzeba zwyciężyć.
Czy dobrze robię?
Chwastem nazywamy to, co w rzeczywistości jest walczącym o przetrwanie gatunkiem. To zasiana w wielu miejscach roślina, która ma większe szanse przetrwać do następnej wiosny – gdyby wyrosła wyłącznie w jednym miejscu, mogłaby paść ofiarą roślinożernych zwierząt, wody, ognia albo suszy. Tymczasem cały ten wysiłek, by przetrwać, idzie na marne w zetknięciu z narzędziem, bezlitośnie wyrywającym ją z ziemi. Porażająca alegoria odbierania ludzkiego życia, które – trwając dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt lat – gaśnie równie prędko, co zdmuchnięta świeca. Pytanie zatacza koło, wraca po raz kolejny w odmienionej formie, ale z tym samym, ponurym sednem.
Dlaczego to robię?
Gdyby Książę Dorne zechciał pokusić się o ubranie własnych myśli w wygodny symbolizm, mógłby nazwać własne dziedzictwo – tytuł, pałac, miasto, całą pustynną, niegościnną krainę – ogrodem, który istniał na długo przed jego urodzeniem i który będzie trwał po jego śmierci, ogrodem, nad którym całe pokolenia długo pracowały, sadząc rośliny według planu i z namysłem, pielęgnując je przez kolejne zimy i wiosny. Kiedy Edricowi przekazano schedę, trawnik był w idealnym stanie – teraz jego zadaniem jest kontynuowanie tej pracy. Wyrywa więc niechciane rośliny, rzuca na stos, który potem podpali, czasami może zbyt długo zastanawia się nad sprawami, które nie mają wiele wspólnego z myśleniem, raczej z działaniem – wie jednak, że każdy ludzki czyn jest ważny, pociąga za sobą jakieś konsekwencje, i to właśnie skłania go do zastanawiania się nad tym, co właściwie robi. Siedmioramienna Gwiazda w jednym ze swych wersetów wspomina o wyrywaniu chwastów, by nie mieszały się ze zbożem. Jednak – z religijnym cytatem czy bez – Książę Dorne stanął przed problemem natury etycznej, z którym ludzkość boryka się od zarania dziejów: do jakiego stopnia może ingerować w przyrodę?
- Podobno – tym razem to Martell powtórzył słowa Jeyne – mimowolnie i wbrew własnej woli, która skupiała się na poczynaniach Lynette – nawet nie próbując zgłębić ich tajemnicy; pomiędzy ciemnymi brwiami zagościła głęboka zmarszczka, gdy w Sali Słońca zjawiła się Ivory i ledwie chwilę później obdarta ze wszystkiego, zwłaszcza zaś skromności, Seyal. – Mawiają również, że nie cel podróży jest istotny, lecz efekty, jakie przyniesie.
Tym razem ciemne spojrzenie spoczęło na Lady Yronwood i zatrzymało się tam aż do momentu, w którym nie przebrzmiały jej kolejne słowa. Kielich Martella spoczął na stole, równie nieruchomy i pusty, co wzrok Księcia. Bariera milczenia przerwana została dopiero w chwili, w której usta Jeyne dotknęły brzegu pucharu.
- Nie zwykłem zawodzić nadziei pięknych kobiet.
Lekki ruch po lewej stronie wystarczył, by Edric skierował całą uwagę na Lynette – w chwili, w której sięgnęła po kielich z winem, Książę zmuszony był przeprowadzić pobieżny rachunek sumienia. Musiał chwilę pomyśleć, miał bowiem w rękach władzę nad życiem i śmiercią oraz ostatnią okazję, by zapobiec śmierci – być może dlatego nie zauważył wahania Lynette, pojmując jej intencje dopiero w chwili, w której unosiła kielich i wypowiadała podszyte jadem słowa.
Nie odmówisz takiego toastu, prawda?
Równy rytm serca był wyłącznie niemrawym wspomnieniem – potężne, stanowczo zbyt prędkie łupanie w piersi stanowiło najbardziej dobitne świadectwo tego, co lada moment miało nastąpić. Wahanie ustąpiło pod szarą mgłą strachu, który rozlewał się po ciele i zaciskał lepkie, drobne palce na umyśle Martella. Z pomocą – jak zwykle niespodziewanie – przyszedł Czerwony Bóg, sprowadzony na książęcy dwór przez Mellarie i gorliwie czczony przez Trystana. W jednym z proroctw zapisano słowa, które Książę wbrew własnej woli zapamiętał zbyt dokładnie.
Nikt sam nie zabija i nie umiera z własnej woli.
Niespodziewane pokrzepienie sprawiło, że chwycił za motykę, rzucił się na chwast, którego  nikt nie zapraszał do jego ogrodu. Morał był boleśnie oczywisty: jeśli na horyzoncie wyrastało coś niedobrego, powinien odnaleźć w sobie odwagę, by wyrwać to bez litości.
- Podobne toasty wznoszę z przyjemnością, siostro.
Kiedy palce objęły brzegi pucharu, Książę powstał z zajmowanego miejsca, gestem nakazując to samo Lynette – nagle spojrzenia wszystkich obecnych zwróciły się ku prezydialnemu stołowi, szczególną uwagą obdarzając wciąż żywą Martellównę.
- Księżniczka pragnie wznieść najważniejszy toast w swym życiu i wypić za zdrowie oraz niewątpliwą szlachetność Lady Jeyne! Jakże wyrodnym byłbym bratem, gdybym odmówił wychylenia kielicha w równie słusznej sprawie, zwłaszcza zaś kielicha, który w swej wspaniałomyślności ofiarowała mi Lynette – dłoń z naczyniem uniosła się nieznacznie, gdy na ustach Martella zawitał cień uśmiechu – ten gest powtórzyli niemal wszyscy w Sali Słońca, co stanowiło nieme przyzwolenie na
egzekucję?
Trzy łyki wystarczyły, by opróżnić naczynie do połowy – wino miało intensywny, bordowy kolor i równie mocny smak, pośród którego tańczyła nuta słodyczy; trunek był przyjemnie chłodny, przynosił ulgę dla spragnionych ust i rozpływał się leniwie po ciele, ale…
- Reszta dla ciebie, siostro – wypełniony w połowie kielich znalazł się w dłoni Lynette, która – najwyraźniej zbyt pochłonięta swym ostatnim triumfem – przyjęła go bez oporów. Unosząc naczynie do ust, nie spuszczała spojrzenia z Martella, podobnie jak on nie spuszczał spojrzenia z niej; stali w całkowitym milczeniu do momentu, w którym Lynette całkowicie nie opróżniła pucharu. Dźwięk pustego, odstawianego na stół naczynia był najbardziej wymownym świadectwem swego rodzaju… końca.
- Seyal, czy stałoby się coś złego, gdybyś choć raz założyła suknię zamiast firany?
Opadł na krzesło z cichym westchnieniem zawieszonym pomiędzy poirytowaniem a rezygnacją – tym razem do kielicha wina dołączył plaster miodu, który rozlał się płynnym złotem po gładkiej tafli talerza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Sala Słońca   Sob Wrz 03, 2016 4:49 pm

Obiecała sobie, że się nie zawaha.
Śmierć miała być jej wyborem, nie zaś odgórnie narzuconym wyrokiem – musiała poświęcić resztki energii, by odnaleźć w sobie dość odwagi, aby nie zwątpić w kluczowym momencie. Do końca, do ostatniego oddechu pragnęła być tym, kim była przez całe życie – bądź tym, za kogo jedynie się postrzegała.
Edric miał wszelkie podstawy by sądzić, że Lynette nie wypije podanego jej kielicha – jakaś część jej umysłu właśnie tego pragnęła i niemal doszła do głosu, podpowiadając, by chlusnęła resztką wina w twarz brata, lecz księżniczka pozostała głucha na ciche podszepty. Nie miała najmniejszych szans na przeżycie, zaś oferowana jej dzisiaj śmierć mogła być najłagodniejszą spośród tych, które czekałyby na nią po próbie ucieczki. Wzrok Lynette łapczywie śledził dłoń Księcia Dorne – dłoń unoszącą do ust kielich i wlewającą w gardło trzy potężne łyki – przez chwilę Martellówna nabrała podejrzeń, że wino wcale nie było zatrute, że tak naprawdę dzisiaj nie czeka jej śmierć, że być może wszystko to sobie uroiła bądź przyśniła.
Tyle, że słowa Edrica były prawdziwe. Dotyk chłodnego puchary był prawdziwy. Spojrzenia – gniewne i przesycone nienawiścią – były prawdzie. Ciężar trunku, jego zapach i nęcąca głębia barwy również były prawdziwe. Dlaczego więc śmierć miałaby nie być?
Dłoń Lynette drżała, gdy ujęła naczynie w palce, za wszelką cenę próbując zachować obojętny wyraz twarzy – jej wzrok zamarł na gładkiej tafli wina, którego kolor i zapach nie zdradzały żadnej tajemnicy. Miała jedyną i ostatnią szansę, aby zademonstrować własny opór, ale…
Po co?
Po to, by ponownie trafić do celi? Po to, by czekać w nieskończoność na kolejną okazję do śmierci – najpewniej po stokroć bardziej brutalnej?
Skoro zdołała oswoić się ze śmiercią, powinna spojrzeć jej w oczy – powinna unieść kielich do ust, wychylić jego zawartość i przekonać się, czy wino było zatrute. To nie wymagało wielkiego wysiłku – wystarczyło spojrzeć na Edrica, który nawet nie pobladł, wciąż żył, oddychał i wpatrywał się w Lynette czarnym jak u drapieżnego ptaka wzrokiem.
Zęby stuknęły lekko o brzeg pucharu, gdy Martellówna prędko uniosła do ust naczynie. Pragnęła mieć to za sobą, zakończyć jak najszybciej ten zakrawający o farsę festiwal niechęci – przechyliła kielich, wlewając w usta jego pozostałą zawartość i, podobnie jak przy jedzeniu, za wszelką cenę próbując wyłowić ze smaku jakąkolwiek oznakę bytności trucizny.
Jednak nie poczuła niczego.
Trunek miał intensywny, barwny bukiet z wyraźną nutą słodkości, która wzbijała się ponad cierpkość winogron. W ustach Lynette nie zatańczył żaden posmak gorzkości, nic, zupełnie nic, co wskazywałoby na nadchodzącą śmierć – wprawione w szaleńczy rytm serce zamarło na krótki moment z radości, by ponownie podjąć prędką muzykę dla ciała. Skoro Edric wciąż żył i nie wzywał naprędce maestra, mogło oznaczać to wyłącznie jedno – wino nie było zatrute.
Martellówna usiadła za stołem lżejsza o kilka głazów, które spadły jej z serca. Zaczęła odczuwać nawet głód, owo delikatne ssanie w żołądku domagającego się kontynuacji przerwanego posiłku. Ustąpiło nawet drżenie dłoni – bez obaw sięgnęła po widelec, całą uwagę skupiając na owocach oraz mięsie. Wciąż jakaś część jej jaźni z przestrachem poszukiwała oznak zatrucia, jednak nie odnalazła żadnych niepokojących oznak. Na ustach Lynette pojawił się początkowo niepewny, po chwili jednak nabierający pewności uśmiech, zza którego spozierała jawna bezczelność – nawet w obliczu śmierci zawiodła się na własnej rodzinie. Nie potrafili wymierzyć sprawiedliwości, nie potrafili odebrać jej życia, wciąż byli grupą słabych owiec, które…
Widelec zamarł w połowie drogi do ust pod wpływem śmiechu, który dobiegał z prawej strony, z miejsca, gdzie przed momentem zasiadł Edric. Wzrok Martellówny natychmiast powędrował na starszego brata – sam fakt, że nie tylko się uśmiechał, lecz śmiał w głos stanowił tak rzadkie, tak unikatowe zjawisko, iż samo w sobie budziło w Lynette zdziwienie… choć nawet ono było niczym w obliczu przerażenia, które zacisnęło dłonie na jej sercu.
Wąska, rubinowa strużka z mozołem przedzierała się przez delikatny ślad ciemnego zarostu tuż pod nosem Księcia Dorne  – jedna z gęstych kropel krwi zdołała skapnąć na szatę Edrica, kolejna właśnie docierała do ust, podkreślając bladość rozciągniętych w uśmiechu warg.
Dłoń Lynette mimowolnie powędrowała do nosa, choć dziewczyna już wiedziała, że pod palcami poczuje gęstą lepkość krwi. Dwie ciemnoczerwone krople splamiły biel sukni, a ssanie w żołądku – początkowo wzięte za oznakę głodu – gwałtownie nabrało na sile. Serce, wprawione w szaleńcze bicie, rozprowadzało po ciele truciznę, która z każdą kolejną chwilą coraz mocniej oddziaływała na organizm. Lynette odsunęła się gwałtownie od stołu, poddając uczuciu strachu – pragnęła poderwać się z miejsca i zniknąć, uciec jak najdalej, lecz…
- Będziemy świadkami twojej śmierci.
Uścisk Edrica był zaskakująco silny – położył dłoń na ramieniu Martellówny, przycisnął ją krzesła, zmusił do pozostania na miejscu, nie zważając na płynącą z nosa krew ani na kilka okrzyków przestrachu dobiegających z sali.
- Otrułeś mnie.
Głos Lynette drżał, podobnie jak przerażone ciało – próbowała wyrwać się z uścisku brata, był to jednak próżny trud. Ogarnęło ją trudne do wytłumaczenia zmęczenie, które ustąpiło pod nagłym ukłuciem bólu kłębiącym się w brzuchu.
- Ty… otrułeś mnie…
Niedowierzanie w oczach Martellówny pogłębiało się z każdym momentem – szklistym spojrzeniem obserwowała, jak przez Salę Słońca spieszy maester, jak Edric drżącą dłonią ociera krew, jak ktoś poderwał się z miejsca. Czas zgęstniał i spowolnił, i w obecnej chwili liczyła się jedynie śmierć – ta z kolei była coraz bliżej, ból stał się nie do zniesienia, nawet wzrok odmówił posłuszeństwa, pogrążając się w mroku. Ciepłe popołudnie zamieniło się w chłodny, ciemny moment, który wypełniało wyłącznie głuche echo słabnącego śmiechu Księcia Dorne – co dalej?
Dalej nie było niczego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Hellholt
Liczba postów :
87
Join date :
15/10/2014

PisanieTemat: Re: Sala Słońca   Wto Wrz 13, 2016 10:18 pm

Powietrze było gęste, gorące i przesycone duszną wonią. W przeciwieństwie do wina nie przynosiło wyczekiwanej w trakcie podobnych dni ulgi – dni gorących jak ciało kochanki o zmroku, choć po stokroć mniej przyjemnych w swym przebiegu.
Harmen Uller sprawiał wrażenie człowieka znużonego upałami. Słoneczna Włócznia stanowiła ledwie przedsionek rozpalonego piekła, jakim było Hellholt, jednak lejący się z nieba skwar skutecznie zaburzał właściwe osądy – schronienia nie zapewniały nawet mury książęcego pałacu, które zanurzyły się w gorącym powietrzu i trwały pośród niego jak zanurzona w smole mewa. Duszny dzień był wystarczająco dobrym powodem, by wzbudzić w Ullerze niechęć, zaś ponurego efektu dopełniała trwająca u boku Harmena małżonka. Dziedzic Hellholt lubił mawiać, że jego żona jest pusta jak pustynia, płaska jak pustynia i jałowa jak rozpalone jej piaski – zadziwiające, ile było w tym prawdy, choć spośród dwóch tych zjawisk, Uller większym poważaniem darzył rozpalony bezkres pustkowia. Jakiś pierwiastek jego umysłu – ten nie dość przegniły, dzięki czemu wciąż mógł przejawiać jakikolwiek cień sympatii – tęsknił za gładkimi wydmami i falującym od żaru powietrzem, gdzie nie było żon, książąt, obowiązków i pałacowych murów. To było Dorne węży, skorpionów, nielicznych studzien, przy których można ugasić pragnienie, karawan wolno pokonujących przestrzenie i rzadkich oaz. Żar z nieba i żar z ziemi. Parzący przez obuwie rozpalony piasek. Mordercze słońce, pęd piaskowego rumaka, a ponad tym wszystkim świadomość własnej bezkarności.
Z odrętwienia wyrwał go cichy dźwięk sztućców – wciąż trzymał w dłoni kielich, wciąż zasiadał za jednym z kilku stołów w Sali Słońca, wciąż miał u swego boku małżonkę i wciąż nie mógł zginać palców lewej dłoni po ciosie, który przed kilkoma dniami zadał swemu bękarciemu bratu.
Powinienem go zabić, pomyślał z zaskakującą jasnością umysłu, mechanicznie unosząc do ust naczynie z gęstym, ciemnym trunkiem. Ciemne, ociężałe spojrzenie Ullera spoczęło na stole, za którym zasiadała książęca rodzina – wzrok obojętnie prześlizgnął się po wciąż zbyt szczenięcym Quentylu, z niejaką paniką uciekł przed twarzą Trystana, by w końcu spocząć na Edricu oraz Lynette – Książe Dorne nachylał się w stronę tej zdradzieckiej suki, wyrzucając z siebie ciche, choć gniewne sylaby. Efektu tej rodzajowej scence dodawała świeżo upieczona Lady Yronwood, która przejawiała równie wiele emocji, co zamkowy gargulec, ale z dwojga złego Harmen wolał ją od Ivory – małżonka Maegora Targaryena była przed dwoma laty na tyle ładna, by przykuwać spojrzenia, jednak stolica skutecznie pozbawiła ją resztek świeżości, a syn – jędrności cycków. Zgromadzone za prezydialnym stołem towarzystwo uświetniała Seyal, która z właściwą sobie swobodą (lub, jak mawiał sam Edric, odwagą zawodowej kurwy) pokazywała to, co posiada najlepsze – czyli z grubsza wszystko. Uller kilkakrotnie przyłapał się na wyjątkowo zaciekłym wypatrywaniu piersi Martellówny, by za każdym razem narazić się na spojrzenie własnej żony – ciężko powiedzieć, czy bardziej smutne, czy zrezygnowane. Nic nie wskazywało na to, by dzisiejsza uczta stanowiła miłą odmianę spośród dziesiątek, jeśli nie setek jej podobnych, choć sam Harmen w jakimś stopniu podejrzewał Księcia Dorne o ukryte zamiary. Edric Martell należał do grona ledwie kilku osób w królestwie, które zasługiwały na miano nieprzewidywalnych i choć daleko było mu do Aerysa Targaryena…
jest wystarczająco szalony, by zrobić coś prawdziwie głupiego.
Kielich Harmena stuknął cicho o blat stołu dokładnie w momencie, w którym Lynette oraz Edric powstali ze swych miejsc – dziedzicowi Hellholt umknęła dalsza część ich wymiany zdań, po minie tej małej suki zdołał jednak wywnioskować, że jest zadowolona z przebiegu wydarzeń. W przeciwieństwie do niej, Martell nie zdradzał żadnych emocji, nawet ton jego głosu pozostawał jednostajny i matowy. Uller od niechcenia ponownie sięgnął po naczynie z trunkiem, kiedy tylko wzniesiono toast – wino, choć cieplejsze niż przed chwilą, wciąż posiadało przyjemny, kwaśny posmak. Tym razem Harmen nie odłożył kielicha, w kilku potężnych łykach opróżniając go do końca – pełen dzban kusił go bardziej niż stygnące na talerzu danie, jednak dziedzicowi Hellholt nie było dane ponownie napełnić pucharu.
Ktoś po lewej stronie wydał z siebie zduszony okrzyk, do którego po chwili dołączyło kilka kolejnych – przez Salę Słońca przetoczyła się wzbierająca fala wrzawy, blaknąca w obliczu narastającego śmiechu kogoś, kto nie zwykł śmiać się bez dobrego powodu. Wzrok Ullera ponownie powędrował ku prezydialnemu stołowi, powoli, z wahaniem kogoś, kto obawia się tego, co może ujrzeć. Ciemne tęczówki natychmiast spoczęły na bladej, przerażonej twarzy Lynette – dwie szkarłatne strużki krwi powoli pełzły z jej nosa ku wargom, co stanowiło wystarczająco dobry powód, by dziedzic Hellholt się uśmiechnął, lecz wtedy Harmen zauważył coś jeszcze.
Jakby lustrzane odbicie tego, co ujrzał u tej małej suki – niemal bliźniacze, rubinowe ślady płynącej z nosa krwi, dwa intensywnie czerwone szlaczki, które dotarły do ust i powoli, ospale skapywały na koszulę.
Głuchy, metaliczny dźwięk uderzającego o posadzkę kielicha był jedynym dźwiękiem zwiastującym nagły ruch Ullera, który w paraliżującej ciszy poderwał się z miejsca, wypuszczając z dłoni naczynie i – ze wzrokiem utkwionym w Księciu Dorne – biegiem pokonując kilkanaście stanowczo zbyt długich kroków, które dzieliły go od prezydialnego stołu. Półmisek z owocami przewrócił się do góry dnem, rozsypując po obrusie figi i malinowe pomarańcze, a wysoka, zastawiona słodkościami patera runęła na ziemię, kiedy Harmen potrącił ją butem – wspinając się na stół i przeskakując go nie zważał ani na zastawę, ani tym bardziej na potrawy, których dziś już nikt nie tknie. Palce Ullera zacisnęły się na moment na ramieniu umierającej Lynette tylko po to, by gniewnie odepchnąć ją na bok – dziedzic Hellholt natychmiast nachylił się nad Księciem Dorne i oplótł go ramieniem w pasie, jakby to miało w czymkolwiek pomóc.
- Gdzie maester?!
Pytanie zostało wykrzyczane w głuchą próżnię niezrozumienia i narastającej paniki – sam Harmen nie oczekiwał odpowiedzi, wzrokiem przeczesując Salę Słońca, wszystko zaś po to, by w końcu odnaleźć wsparcie znacznie bliżej.
- Trystane, pomóż mi, trzymaj go! – Edric osunął się nieco na krześle, czym zasłużył sobie na ponowne szarpnięcie w górę – tym razem Uller sięgnął po jedną z wielu zapomnianych serwetek i otarł nią krzepnącą strużkę krwi, głośnymi przekleństwami odliczając bezwzględnie upływający czas.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Sala Słońca   Czw Wrz 15, 2016 11:40 pm

Zaułek tuż przy zewnętrznym murze miasta wychodził na pierwsze (bądź – w zależności od strony, z której patrzeć – ostatnie) wrota Potrójnej Bramy. Niewielki, gliniany dom stał ostatni na końcu zaułka, w miejscu, gdzie kończyły się w dzielnica, i miasto, a zaczynała się prażąca pustynia ciągnąca się aż do Wodnych Ogrodów. Zaraz za domem licha szosa przechodziła w kamienistą ścieżkę opadającą niezdecydowanie ku wydmom, gdzie zaczynała się wić zakosami, jakby żałowała, że biegnie na to pustkowie, i chciała zawrócić w stronę zamieszkanych okolic. Znad wierzchołków nierównych dachów na wschodzie dochodziło już światło świtu, łagodne i kuszące jak piękny zapach. Sam dom wydał się Trystanowi na poły sutereną, leżał poniżej poziomu ulicy, jakby zanurzony niemal po okna w ubitym gruncie pokrytym piachem i kurzem. Od strony zaułka dom przypominał krępego, barczystego człowieka w ciemnym kapturze, szukającego na klęczkach w błocie jakiejś zguby. Oba skrzydła zardzewiałej żelaznej bramy wypaczyły się już dawno na zawiasach i pogrążyły pod własnym ciężarem w ziemi, jakby zapuściły korzenie. I tak stała ta brama, ani zamknięta, ani otwarta. Odstęp między zaklinowanymi skrzydłami ledwie starczył, by przejść, nie ocierając się o nie ramionami.  Od bramy Martell zszedł po sześciu nierównych rozmiarami, płaskich i spękanych kamiennych stopniach na niewielkie podwórze. Urzekło go ono od pierwszego spojrzenia i wywołało ukłucie tęsknoty ku miejscu, którego w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć – przed oczami zamajaczył mu niewyraźny cień wspomnienia sprzed wielu dni, tajemnicze odbicie innych podwórzy, o których nie wiedział, gdzie się znajdują ani kiedy je oglądał, ale przeczuwał niejasno, że nie były skąpane w letnim słońcu jak to, lecz przeciwnie, zimowe i chłodne. To wspomnienie wprawiło go w uczucie między smutkiem a rozkoszą: jak samotny dźwięk harfy w nocnej ciemności.
Całe podwórze okolone było kamiennym murem na wysokość człowieka i wyłożone kamiennymi płytkami, które czas gładko wypolerował, nadając im różowy połysk przetykany siatką szarych żyłek. Gdzieniegdzie na tych kamiennych płytkach lśniły krążki światła niby monety. Sędziwy figowiec i opleciona bujną winoroślą pergola ocieniały całe podwórze. Ich gałęzie były tak gęste i tak ze sobą splątane, że nawet teraz, gdy zrzucały liście, jedynie garść roztańczonych monet światła sypała się przez ich baldachim, migocząc tu i ówdzie na płytkach. Jakby to nie było podwórze, lecz ukryta sadzawka, a jej powierzchnię marszczyły krocie drobnych rozbieganych fal. Wzdłuż muru i u stóp domu, a także na parapetach, małe ogniska pelargonii płonęły czerwienią, bielą, różem, fioletem i purpurą. Nad tym wszystkim zalegała cisza lekko chłodnego, rześkiego poranka. Nie była to cisza w rodzaju tych przezroczystych, wzywających, by przyjść i pomilczeć razem z nimi, lecz cisza obojętna, starodawna, taka, co leży odwrócona plecami. Dach domu składał się z pochyłych połaci dachówek. Pośrodku, od strony frontu, wyrastała z niego facjata, trójkątny domek, który przypominał księciu kształt ściętego namiotu. Naraz Trystane bardzo zapragnął zamieszkać tam na poddaszu, zagrzebać się w stercie książek, z butelką czerwonego wina, piecykiem, grubym, wełnianym kocem i nigdzie się stamtąd nie ruszać. Ani na posłuchania, ani na dyskusje, ani do miłości. Pozostać na nim i nigdy nie wychodzić, przynajmniej dopóki świat na zewnątrz trwa i posiada wobec Martella plany.
Książę przeszedł przez podwórze, zatrzymał się, by zgarnąć wzrokiem świetliste monety drgające na powierzchni płyt i siatkę szarych żyłek rozpiętą na czerwonawym kamieniu. Stał teraz przed żelaznymi, dwuskrzydłowymi drzwiami pomalowanymi na zielono, z których wystawała rzeźbiona głowa ślepego węża w roli kołatki. Z jadowych kłów rozwartego pyska opadała obręcz kołatki – Trystane zaraz zresztą zacisnął na niej palce i zapukał trzykrotnie w równych, krótkich odstępach.

***

Zechce pan pójść prosto. A potem skręcić w prawo. Proszę iść naprzód w stronę źródła światła i tak dotrze pan do mnie, powiedział do niego głos starszego mężczyzny z głębi snu. Był to głos głęboki, nieco rozbawiony, jak gdyby przewidywał nadejście tego, a nie innego gościa, o tej, a nie innej godzinie, i teraz świętował swoją słuszność, delektując się spełnieniem własnych przewidywań. Trystane nie pojmował znaczenia tych słów aż do dzisiaj.
Aż do teraz.
Gdzie maester?!
Świat ucichł raptownie, jak gdyby ogrodzono go bardzo grubym i bardzo wysokim murem – puchowa wata zniekształcała dźwięki, wypaczała rzeczywistość, nadawała nierealnemu biegowi wydarzeń jeszcze większej nierealności. Trystane z nieprzytomnym spokojem obserwował, jak krew plami nieskazitelną biel sukni Lynette – być może pragnął się uśmiechnąć, lecz w tym samym momencie jego spojrzenie napotkało bliźniaczo czerwone krople na koszuli Edrica.
Trystane, pomóż mi, trzymaj go!
Śmiech Księcia Dorne roznosił się echem w zadziwiającej pustce, jaką młodszy z Martelli odczuwał w całym ciele – Trystane przeniósł uprzejmie zdziwiony wzrok na Harmena, który znalazł się przy prezydialnym stole tak prędko i niespodziewanie, że książę nie miał wątpliwości – to był tylko sen.
Uller, przecież to nie dzieje się naprawdę.
Na jego ustach zawitał niepewny uśmiech, gdy dostrzegł, że Lynette osunęła się z krzesła bezwładnie, a Edric zaczynał podążać w jej ślady – dopiero wtedy Trystane zmarszczył brwi, pochylając się w stronę brata i…
- Przecież byś tego nie zrobił. Dlaczego miałbyś to robić? – pomimo spokojnego tonu głosu, palce Martella kurczowo zacisnęły się na nadgarstku Księcia – szare tęczówki wpatrywały się w ciemne spojrzenie, za wszelką cenę pragnąc uniknąć widoku płynącej z nosa krwi i tej nienaturalnej, chorobliwej bladości, która wpełzła na ogorzałą od słońca twarz.
- Nie możesz umrzeć – krzesło zaskrzypiało żałośnie, kiedy Trystane podniósł się z miejsca, zbyt dobitnie czując, jak pod zaciśniętymi na nadgarstku palcami słabnie braterskie tętno. – Nie możesz umrzeć, słyszysz? Nie możesz, nie... – dotychczasowy spokój ulotnił się bez śladu – książę obserwował Harmena, który uparcie podtrzymywał Edrica, obserwował spieszącego przez Salę maestra, obserwował umierającą w milczeniu Lynette i pojął, że najstarszy spośród Martellów naprawdę może to zrobić.
Bo chciał coś udowodnić. Bo jest upartym głupcem. Bo…
- … przyniosłem rano odtrutkę, gdzie ona jest? Edric, gdzie ona jest?! – w przeciągu tej krótkiej, przebrzydłej chwili książę pojął, że jego brat zrobił to naumyślnie – posłał go po antidotum, po czym odebrał całość, doskonale wiedząc, że kiedy będzie musiał je zażyć, Trystane mu go nie poda, że nie sięgnie natychmiast po odtrutkę, że nie wleje jej siłą do ust Lorda, że nie zażegna zagrożenia tak prędko, jak tylko będzie mógł.
Dlaczego?
Co tym razem chciał udowodnić... i jakim kosztem? Własnej przyszłości, władzy, zdrowia? Własnego życia? I wszystko to wyłącznie za cenę uporu - uporu i przeświadczeniu o zbyt dosadnej... nieomylności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Sala Słońca   Sob Wrz 17, 2016 5:49 pm

Rzec można, iż nawet groteskowo powyginane pyski zamkowych gargulców potrafiły przekazać sobą więcej emocji, niż stężała w zobojętnieniu twarz Lady Yronwood.
Blade, długie palce zajmowały się posiłkiem z wprawą medyka obeznanego w zszywaniu okaleczonych po bitwie żołnierzy. Kolejne płaty kruchej, ale wciąż soczystej jagnięciny odnajdywały swą drogę ku szlachetnemu podniebieniu złotowłosej córki Yestena, która z właściwym sobie, niedorzecznym wręcz opanowaniem brała udział w martellowskiej szopce.
Wydawało się, że nawet najwykwintniejsze jedzenie i najlepsze, dornijskie wino nie były w stanie wykrzesać z Yronwoodówny czegoś więcej od cienia wyuczonego, lecz niezbyt przekonującego uśmiechu. Ten stan rzeczy uległ jednak zmianie w momencie, w którym głos zabrała jedna z głównych bohaterek przedstawienia - jeśli nie wręcz najjaśniejsza jego gwiazda - Lynette.
Chmurne, błękitne spojrzenie zastygło na moment na błyszczących, ciemnych tęczówkach skazanej. Chwila mogąca trwać zaledwie kilka przyśpieszonych uderzeń serca, rozciągnęła się w nieznośną nieskończoność, przerwaną dopiero przez słowa Edrica.
Podobne toasty wznoszę z przyjemnością, siostro.
Spojrzenie Jeyne padło na podany Księciu kielich, chwilę później raz jeszcze prześlizgując się w górę, ku twarzy zdrajczyni. To wtedy, gdzieś z tyłu głowy zakołatała myśl, iż Lynette Martell obawia się zaprawionego trucizną wina. Czy słusznie...? Czy Edric Martell uczyniłby coś podobnego? Przygotowana przez Księcia uczta miała być co prawda ostatnią w życiu jego siostry, nie było to jednak równoznaczne z tym, iż Lynette miała ponieść śmierć tu i teraz.
Drażniąca suchość w gardle zmusiła Jeyne do sięgnięcia po kielich z winem akurat w momencie, w którym czyniła to reszta zgromadzonych, sprawiając, iż świeżo upieczona Lady piła swe zdrowie. Łyk okazał się jednak nazbyt łapczywy i gwałtowny; zakrztusiła się trunkiem. Wcześniej zasłoniła usta dłonią, nie uchroniło to jednak jasnego obrusu, który chwilę później pokrył się rzeszą malutkich, nieregularnych kropeczek wiśniowej, szybko jednak niknącej w oczach barwy.

To, co wydarzyło się niedługo po tym, wydawało jej się później ledwie migającym kolażem niepowiązanych ze sobą, drżących obrazów. Wszystko działo się... tak szybko. Pierwsza krew - ta leniwie płynąca, gęsta strużka na twarzy Lynette. Druga krew - ta, która sprawia, iż silny, stalowy uścisk Księcia Dorne lżeje, zaś sam Edric chwieje  się na swych nogach, niczym kolos chylący się ku upadkowi. Ktoś podrywa się z miejsca. Ktoś krzyczy na przeciskającego się przez salę maestra, chcąc zmusić przygarbionego, grubawego człeka do tego, by ten przyśpieszył kroku.
Zachwiała się, nieopatrznie potrącona przez biegnącego ku Księciu Harmena Ullera. Nie uderzenie było jednak tym, co wyrwało ją z otępiałego stuporu. Nie uderzenie, nie ból pulsujący na całe ramię i nie kobiece, piskliwe krzyki, docierające do niej, jakby znad powierzchni wody, w której miałaby być wbrew swej woli zanurzona.
…przyniosłem rano odtrutkę, gdzie ona jest? Edric, gdzie ona jest?!
Słowa docierają do niej nagle, niby wymierzony niespodziewanie policzek. Zbyt wprawny, by była w stanie przed nim uskoczyć, zbyt silny, by nie wywołał na jej twarzy żadnej reakcji. Wszystko... wszystko nabiera nagle sensu, choć ciężar odkrycia zdaje się przytłaczać wątłą, okutaną  w czerń sylwetkę.
...Pani, trzymaj ją przy sobie.
Jedna z rąk staje się nagle nieznośnie ciężka, zupełnie, jakby oplatające ją bransolety wcale nie wykonane były ze rżniętego cienko złota, a z topornie wylanego brązu.
Jeyne Yronwood wystarczy ledwie jedno spojrzenie, by wiedzieć, iż Trystane Martell nie wie. Nie wie nikt, oprócz niej i gasnącego Edrica Martella. Dlaczego...? Niewypowiedziane pytanie zastyga na lekko rozchylonych, pobladłych wargach w momencie, w którym błękitne spojrzenie prześlizguje się na twarz Księcia. Rusza niepewnie w kierunku Harmena i Trystana, zaś każdy krok zdaje się przybliżać ją do świadomości, iż została wystawiona na próbę.
Mogłaby... mogłaby przyglądać się jego śmierci. Temu, jak kona przez własną głupotę i naiwność. Ashraf Ghazali miał jak zwykle rację. Nawet mordercy bywali sentymentalni.
Spojrzała ku zbliżającemu się maestrowi i na zwijającą się w konwulsjach, pozostawioną samą sobie Lynette.
Panie. Panie. Odsuńcie się, panie. Uczyńcie mi miejsce – Własny głos brzmiał dziwne obco i nie na miejscu. Wysmukła niczym trzcina postać potrafiła jednak utorować sobie miejsce, nawet, jeśli Książe wydawał się być teraz otoczony ciasnym pierścieniem zaniepokojonej rodziny.
Przepuśćcie mnie.
Uniosła dłoń. Spomiędzy złotej plecionki na nadgarstku wysunęła się znajoma fiolka.
Wszystko dzieje się szybko. Nie pamięta już, jak udaje się jej dotrzeć do Edrica. Czy dociera tam sama, czy pomaga jej czyjeś ramię. Choć spogląda w ciemne, matowiejące oczy Księcia, zdaje się nie dostrzegać jego twarzy. Rękawem sukni ściera niedbale zasychającą na licach krew. Drżące palce trucicielki wiedzą, jak poradzić sobie z zamknięciem buteleczki. Czy nie jest już za późno? Zawartość flakonu znika w gardle Księcia Dorne...
...próżnego głupca roszczącego sobie prawo do igrania ze śmiercią.
Nie pamięta, czy odsuwa się od niego sama, czy może ktoś odpycha ją na bok. Czuje jedynie mięknące kolana. Dwie pulsujące plamy czerwieni wykwitają na jej pobladłych policzkach. Czuje nacisk z tyłu głowy, zaś wcześniej spożyty posiłek zdaje się pragnąć wrócić na podłogę bądź kogokolwiek, kto znajdowałby się wystarczająco blisko.
Chwiejnym krokiem rusza w kierunku przeciwnym do tego, w który podążają wszyscy inni, chcący upewnić się, iż Książę nie straci przytomności i wstanie o własnych siłach. Mija zdyszanego maestra, który chwilę później dopada oddychającego ciężko, lecz wciąż żyjącego Edrica.
Czuje jak obraz wokół rozmywa się i wibruje. Dusi się i wie, że musi czym prędzej opuścić salę.
Udaje jej się przekroczyć próg o własnych siłach, jednak już chwilę później musi wesprzeć się o ramię wykwitłego obok Ashrafa.
Muszę... odpocząć. Zaprowadź mnie do mojej komnaty.
Gęste powietrze wibruje. Wokół unosi się słodki zapach duszonej jagnięciny oraz skradzionego Lynette Martell życia. Czas nie zatrzymał się w miejscu. Czas nigdy nie zatrzymywał się w miejscu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Sala Słońca   Pią Wrz 23, 2016 5:24 pm

Zdarza się, że bieg życia zwalnia, blokuje się, jak struga wody wypływająca z rynny i żłobiąca sobie koryto w ziemi na podwórzu. Strumyk napotyka wzgórek, wyhamowuje, zbiera się na chwilę w małą kałużę i z wahaniem, po omacku wgryza się w zagradzające mu drogę wzniesienie albo stara się je podmyć od spodu. Natrafiając na przeszkodę, woda niekiedy rozdziela się i płynie dalej trzema albo czterema cienkimi nitkami. Albo daje za wygraną i wsiąka w ziemię.
Edric Martell nie sądził, że jego śmierć będzie smakować winem, krwią i rozbawieniem. Posiadał wszelkie przesłanki ku temu by nadać swemu odejściu posmak żelaza, dymu, strachu, błota bądź piachu – czemuś, o co nietrudno na polu bitwy lub w trakcie zdobywania miasta. Miał prawo uważać, że zginie od ostrza skrytobójcy; głownia sztyletu błyskawicznie wejdzie w ciało aż po rękojeść i tak samo szybko się cofnie, szybka i śmiercionośna niczym błyskawica. Książę Dorne zdołałby dobyć z siebie jedynie suchy skrzek, zanim padłby twarzą na posadzkę. Śmierć w mgnieniu oka. Martell nie byłby w stanie zaczerpnąć tchu. Nie byłby w stanie myśleć. Jedynie krew - kap, kap - skapywała ze sztychu sztyletu, wygrywając pożegnalne werble. Była to świadomość ponura, choć prawdopodobna, na swój sposób tragiczna i teatralna – zupełnie w stylu Edrica.
Nie sądził jednak, że może umrzeć otruty przez samego siebie. Czaiłaby się w tym jakaś sprawiedliwość, pierwiastek boskiej ironii i jednocześnie bezbrzeżna głupota, na którą człowiek pokroju Martella zdobywał się wyłącznie w sytuacjach bez wyjścia, co z kolei przeczyłoby wrodzonemu pragmatyzmowi Księcia Dorne, który uważał, że zawsze jest druga opcja.
Choć czasami nie warto jej szukać.
Świat, myśli i płynąca w żyłach krew – wszystko zwolniło, nabierając leniwego, gęstego tempa, jak gdyby rzeczywistość zanurzono w złotym miodzie. Edric miał niejasne wrażenie, że powinien się bać, bać niemal tak samo jak wtedy, gdy stał twarzą w twarz z maestrem, który poinformował go o śmierci ojca. Strach jednak odmówił posłuszeństwa i ustąpił pola…
Śmierć czeka wszystkich, zgrzytliwy głos Aerysa Targaryena dotarł do niego z pogłosem, jak gdyby monarcha stał nad studnią, w której Książę Dorne tonął, mądry władca przemawia ogniem. Celuje w serce. Naciera z zaskoczenia i krzyżuje plany wroga. Najlepszą odpowiedzią jest ogień. Zawsze.
Edric Martell zacisnął na poręczach potężnego, dębowego krzesła pobielałe palce, jak gdyby unosiły go fale wzburzonego morza. Z półmrocznej głębi Sali Słońca dryfowały ku niemu gniewne twarze, lecz nie był w stanie ich rozpoznać, nie potrafił nadać rozmytym, ciemnym plamom odpowiednich rysów, którym mógłby przypisać imiona. Powinien w nich czytać, odkrywać wątpliwości, nadzieje i tajemnice, szukać czegoś, co mógłby wykorzystać, ale…
Mądry władca nie gna bez zastanowienia prosto w objęcia śmierci. Nie zapomina o zasłonie. Zwabia wroga na swoją ziemię, a potem go miażdży, mocniej wpił w poręcz dłoń, wielką i bladą, ze szramami kreślącymi zygzaki w poprzek palców. Dłoń, której naturalnym kształtem była pięść – pragnął coś powiedzieć, lecz sine usta rozchyliły się bezgłośnie i żałośnie, jak u wyrzuconej na brzeg ryby. Docierały do niego głosy – jeszcze bardziej nierzeczywiste i odległe od głosu króla – w których tonie czaił się niezrozumiały niepokój, z trudem zduszone przerażenie. Miał krew na twarzy, krew w ustach, krew z zacięciem wojennych bębnów dudniła mu w uszach. Ból był czymś nierzeczywistym, zalągł się w trzewiach i powoli pełznął ku gardłu, by zacisnąć na nim cieniutkie, silne palce, by wpić w napiętą skórę szyi paznokcie i jednym, potężnym szarpnięciem rozerwać ją na strzępy.
W umieraniu nie było dumy. Ani heroizmu. Nawet pewność siebie opuszczała człowieka, pozostawiając go zupełnie samego w obliczu śmierci, która nie tyle zbliżała się do dębowego krzesła w Sali Słońca, co już stała obok – jej  twarz kojarzyła się Edricowi z brzoskwiniami, które dawniej rosły w ogrodzie Słonecznej Włóczni: jasna, delikatna, z kremowymi żyłkami biegnącymi pod miękką skórą i z ustami, które zapomniały – bądź nigdy nie wiedziały – czym jest uśmiech. Śmierć otarła z twarzy Księcia krew i uniosła smukłą dłoń z fiolką; Martell przymknął oczy na krótki moment, w którym ktoś szarpnął go do góry, zaś gęsta, chłodna ciecz spłynęła do gardła, pozostawiając na języku cierpki posmak życia. Dwa, trzy, cztery, pięć leniwych uderzeń serca później rozchylił ciężkie powieki – dotychczas pogrążony w gęstej, ciemnej mgle świat nabrał jaskrawych, wulgarnych barw, które odciskały na źrenicach bolesne pręgi. Silny uścisk na plecach nie zelżał nawet wtedy, gdy Książę sam - wciąż ociężale, z jawnym wysiłkiem - podźwignął się na krześle, spojrzenie natychmiast kierując ku nieruchomej postaci, odzianej w skalaną krwawymi kroplami biel.  
Nieruchoma, martwa Lynette Martell wciąż trzymała dłoń na stole, jakby ostatkiem sił pragnęła sięgnąć po kielich, który okazał się sprawcą zamieszania. Bladość skóry ujawniała wszystkie niedoskonałości zepsutego ciała, uwypuklała cienie pod oczami i krwawe pręgi pod nosem – na ich widok Książę Dorne mimowolnie uniósł palce do warg, jednak pod opuszkami nie napotkał lepkich skrzepów.
Dopiero wtedy jakaś część jego umysłu ocknęła się gwałtownie, uświadamiając mu pełnię tego, co zaszło – zaczął zauważać zgromadzonych wokół ludzi… i nieobecność tych, których spodziewał się ujrzeć.
Brzoskwinia? Prędzej zimny marmur.
W nienaturalnej, wypaczonej, śmiertelnej ciszy dźwięk przesuwanego po stole kielicha brzmiał jak oddział szarżującej konnicy, szum nalewanej do niego wody jak huk wodospadu, a ciche westchnienie ulgi – jak krzyk zmartwychwstałego.
- Wracajcie na miejsca. Wkrótce podadzą baraninę.
Nie były to słowa, których można było spodziewać się po kimś, kogo od śmierci dzieliło pół kroku w przepaść. Dziś jednak nic nie było takie, jakim powinno być – nic, poza zdaniem, które Edric Martell posiadał na temat Lady Jeyne Yronwood… i jakie po dzisiejszym wieczorze miało posiąść całe Dorne.
Czasami rzeczywiście nie warto szukać drugiej opcji. Wystarczy dać szansę tej pierwszej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Sala Słońca   Nie Wrz 25, 2016 5:02 pm

W Sali Słońca podczas dzisiejszej uczty było zaledwie kilka osób, które trafnie oceniły zamiary Księcia Dorne – w rzeczy samej, chciał pozbawić Lynette Martell życia. W rzeczy samej, chciał zrobić to dzisiejszego dnia. W rzeczy samej, gotów był ziścić swój plan za wszelką cenę.
W rzeczy samej – uczynił to.
Nikt nie spodziewał się jednak, że Edric Martell nie tylko zatruł wino w kielichu swej siostry, ale również – doskonale wiedząc, co czeka go po skosztowaniu trunku – bez wahania pociągnął z naczynia kilka łyków, podjętą decyzją zdając się na łaskę i niełaskę… Jeyne Yronwood. W trakcie tych kilku, zatrważająco krótkich chwil w rękach Lady Yronwood spoczywał nie tylko los całego Dorne, ale ład znacznej części królestwa – któż to bowiem może wiedzieć, jak na śmierć Edrica Martella zareagowałaby Królewska Przystań, Smocza Skała bądź Wysogród? Kilka łyków zatrutego wina mogło przesądzić o kolejnej wojnie na południu królestwa, zaś Jeyne – najpewniej wbrew własnej woli – stała się jedyną osobą, która mogła zapobiec najtragiczniejszemu obrotowi spraw.
Podjęta przez nią decyzja nie mogła zostać niezauważona; w tamtej chwili, w której w jej dłoni znalazła się fiolka z odtrutką, została jednym z głównych – o ile nie najistotniejszym – aktorów za stołem prezydialnym. Przedstawiciele rodów z niemal każdego zakątka Dorne stali się tego wieczora świadkami sprawiedliwej śmierci Lynette Martell, niemal niedoszłej do skutku śmierci Edrica… i uratowaniu jego życia przez kobietę, która wkrótce miała być tytułowana Księżną Dorne. Nie trzeba było zastanawiać się zbyt długo, by dojść do wniosku, że posiadanie przez Lady Yronwood odtrutki nie mogło być szczęśliwym zbiegiem okoliczności bądź zwykłym przypadkiem – oznaczało to z kolei, iż Martell sięgał po zatruty kielich z pełną świadomością czyhającego nań niebezpieczeństwa oraz trwającego tuż obok wybawienia.
Czy mógł mieć jednak pewność, że narzeczona wybawi go od śmierci?
Wszystko, co zaszło dziś w Sali Słońca, miało prowadzić ku prostemu testowi, na jaki Książe Dorne wystawił Jeyne Yronwood – stawiając na szali własne życie wystawił na próbę jej lojalność bądź zwyczajnie doszukiwał się w kobiecie namiastki poczucia obowiązku, co miałoby stanowić podstawę dla przyszłego małżeństwa. Ryzykując życiem, pragnął udowodnić zarówno sobie, jak i całemu Dorne, że Lady Yronwood zasługuje na podstawny szacunek.
I wiążący się z ożenkiem tytuł.
Choć nawet wśród najbliższej rodziny Księcia Dorne można było odnaleźć sceptyków tego mariażu, dzisiejszego wieczora nie mogli negować faktów – Edric powierzył życie Lady Jeyne, ona zaś wywiązała się ze swego zadania, co w oczach przyszłych poddanych czyniło z niej kogoś więcej, niż tylko niedostępnego, zdystansowanego przybysza z Yronwood.
Tego dnia niektórzy zaczęli postrzegać ją jako Księżną.


    Ucztę oficjalnie uznajemy za zakończoną, pamiętajcie, by w kolejnych postach wziąć pod uwagę jej następstwa.
    Wasze kolejne posty związane będą z epidemią i wynikami rzutów, które wykonaliście - pamiętajcie, że nieleczona choroba prowadzi do pogorszenia stanu, dlatego też nie wahajcie się już w pierwszych postach prosić MG o wątek. Jeśli ktoś wykonał rzut, a nie napisze do 2.10. posta opisującego stan zdrowia postaci, jego choroba automatycznie postąpi o jedno stadium.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Sala Słońca   

Powrót do góry Go down
 

Sala Słońca

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Sala Wejściowa
» Sala lustrzana
» Sala Przyszłości
» Kosmiczna sala
» Sala treningowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne :: Słoneczna Włócznia :: Pałac rodu Martell-