a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Sybille Tarth i Derek Baratheon



 

 Sybille Tarth i Derek Baratheon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Sybille Tarth i Derek Baratheon   Pią Lut 05, 2016 2:40 pm


Harrenhall, dziewiąty księżyc 263 AL

*link*
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Tarth, Evenfall Hall
Liczba postów :
95
Join date :
12/09/2013

PisanieTemat: Re: Sybille Tarth i Derek Baratheon   Sob Lut 06, 2016 12:20 pm

Co się dzieje?
Zmysł powonienia dokładnie rejestruje każdą, najlżejszą nawet woń, która wdziera się w nozdrza wraz z rozrzedzonym powietrzem późnego lata. Był zatem zapach pieczonego mięsa, był zapach rozcieńczonego do granic przyzwoitości ale, była cała kompozycja złożona z krwi, końskiego potu, uryny, wiatru i siana – nadmiar bodźców przytłaczał, atakował z każdej strony, tłumił niemal wszystkie zmysły i…
Dlaczego to robię?
W przeciągu jednego uderzenia serca zapragnęła stąd uciec.
Zniknąć, powrócić w rodzinne strony, już nigdy nie opuszczać Szafirowej Wyspy, gdzie dominującą wonią był zapach spokojnego, rozpalonego słońcem brzegu. To byłoby łatwiejsze, bardziej odpowiednie. Tego wymagała społeczna konwencja. Tak należało postąpić. Z tego byłby dumny Pan Ojciec. Właśnie tak powinna postąpić każda wysoko urodzona kobieta – zejść z pola walki w chwili, w której bitwa została przegrana.
Wystarczyło pokornie pochylić głowę, ustąpić miejsca innej, silniejszej, o krwi bardziej szlachetnej, tej, którą już przyrzeczono.
A jednak czynię coś zgoła odmiennego.
Sybille nie zauważyła, że jej palce – długie, delikatne, zwieńczone jaśniejszą obwódką paznokci – kurczowo zaciskają się na materiale sukni. Nie był to przejaw zdenerwowania, nie chodziło nawet o towarzyszące jej zawstydzenie, które niemal zawsze odczuwała w towarzystwie mężczyzn.
Zwyczajnie biła się z myślami. Nierówna, pełna zasadzek walka toczyła się z zawrotną prędkością, cios za ciosem, aż do utraty tchu, aż do ostatniej kropli krwi. Czego mogła oczekiwać po przekroczeniu progu namiotu? Wdzięczności za to, że przyszła? Uznania? A może… może wręcz przeciwnie, uniesiony dumą mężczyzna natychmiast wziąłby wizytę za przejaw nadmiernej troski? Czegoś, co wyraźnie godzi w poczucie jego siły?
Irracjonalne, naiwne myśli przetaczały się przez umysł niczym nawałnica nawiedzająca wybrzeża Ziem Burzy – musiała mocno przygryźć dolną wargę, by ból w końcu sprowadził jej wyobraźnię do porządku i nakazał zachowanie spokoju.
Była wyłącznie gościem, który pragnie upewnić się, że pojedynek nie doprowadził do tragedii.
Choć jedna kobieta musiała to uczynić – jeśli nie ta, która wkrótce ma zostać żoną rycerza… to przynajmniej ta, która jest siostrą jego przyjaciela.
Tak po prostu wypadało.
- Sir, nie, proszę… - dotychczas splecione na podołku dłonie niemal odruchowo uniosły się w uspokajającym geście, zupełnie jakby Sybille samym ruchem ręki pragnęła ubłagać Dereka, by nie podnosił się z miejsca. – Dziękuję za troskę, sir… i wierzę, że Bogowie po to obdarzyli mnie parą sprawnych rąk, bym sama mogła nalać sobie wina. – cień rozbawienia przemknął po ozdobionej rumieńcem twarzy, gdy panna Tarth pokonała dwa ostatnie kroki dzielące ją od Baratheona i stanęła z nim ramię w ramię – uśmiech jednak zniknął z kobiecych ust w chwili, w której Sybille dostrzegła efekty zbyt prędkiego zrywania się z łoża.
- Uczyń mi tę przyjemność i usiądź, sir. – mogłoby się zdawać, że przy okazji podobnego żądania ton panny Tarth nabierze na ostrości – zamiast tego, z głosu biła wyłącznie troska, której nie ukryło nawet całkowite poświęcenie się… krojeniu sera. Nóż ostrożnie wycinał z półokręgu kolejne plastry – ich nierówne, na swój sposób nieudolne cięcia zdradzały znikomą wprawę Sybille w podobnym zajęciu, zaś jasne, zmarszczone brwi kobiety były wyraźną oznaką samokrytycyzmu. Dopiero, gdy panna Tarth odłożyła ostre narzędzie, pozwoliła sobie na zerknięcie w stronę Baratheona… zupełnie jakby obawiała się, że Derek wybuchnie gromkim śmiechem na widok jej godnych pożałowania starań.
- To była dobra walka, sir. – zagaiła w końcu łagodnie, unosząc dzban i rozlewając jego zawartość do stojących na blacie kielichów. – Devon Frey jest doświadczonym rycerzem, podobno potrafi władać toporem abordażowym nie gorzej, niż Żelaźni Ludzie. – na ustach w końcu pojawił się lekki uśmiech, gdy Sybille ujęła w dłonie kielichy i, zupełnie jakby puściła w niepamięć początkowe obawy, podała jeden z nich Baratheonowi, zachowując od niego odległość ledwie jednego kroku.
- Choć nikt nie miałby za złe, gdybyś założył hełm… - tym razem kąciki jej ust drgnęły w przejawie wyraźnego rozbawienia, które skryła dopiero za uniesionym pucharem. Z perspektywy czasu oraz ze świadomością, iż Derek nie odniósł poważniejszych obrażeń wydawało się to zabawne, ale…
… ale do tej pory doskonale pamiętała paraliżujące, tnące niczym stal przerażenie, które poczuła na trybunach. Gwałtowne, przenikliwe uczucie było na tyle silne, iż była w zupełności pewna, że niejednokrotnie powróci echem w jej wspomnieniach. Musiała upić niewielki łyk trunku, by przegnać kłującą niczym cierń myśl i skupić całą uwagę na rycerzu – na szczęście całym i umiarkowanie zdrowym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Sybille Tarth i Derek Baratheon   Nie Lut 07, 2016 12:33 am

W namiocie się kotłowało. Możliwe jednak, że to jedynie derekowe myśli sprawiły, że zdawało mu się, jakby przytłaczała go straszliwa ciasnota, a dźwięki rozpływały się leniwie w jego głowie. Zupełnie, jakby się czymś odurzył albo ktoś zrobił to za niego. Makowe mleko? Spałby jak zabity. Był jedną z tych osób, którym wystarczyła nawet najmniejsza dawka, by paść kompletnie otumanionym. Zastanawiał się więc, co mogło być tego przyczyną. Czyżby jego głowa znów dawała o sobie znać? Przecież przestało mu się już w niej kręcić jakiś czas temu. Teraz to wszystko odczuwał jedynie jak leżenie bez sensu. Czuł się poniekąd uwięziony w tym miejscu.
Jak jeleń osaczony przez psy.
Pytanie tylko, czy te psy w ogóle były materialne i czy ich ugryzienia mogły zadać jakikolwiek fizyczny ból.
Jeleń winien raczej bać się myśliwego, który pojawił się nagle.
Myśliwym była Sybille Tarth.
O ile Derek nawet nie uznałby, że dziewczyna na niego poluje, o tyle jego imaginacje przybrały właśnie taką postać. Czy Baratheon w ogóle mógł w takim towarzystwie czuć się osaczony? Siedziała przy nim kobieta jego marzeń, anioł na tym łez padole.
Odpowiedź brzmiała: tak.
Ze względu na ostatnie wydarzenia, jakie miały miejsce w Końcu Burzy, Derek doskonale zdawał sobie sprawę z następstw, jakie miały nastąpić w ciągu najbliższych miesięcy. Zaręczyny załatwiono za jego plecami, teraz czekał już jedynie ślub. Tully z Riverrun. Zdawał sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką narzucił mu lord Harbert, jednak wciąż miał nadzieję, że to tylko zły sen. Chwytał się ostatnich promyków nadziei, widząc Sybille podczas podróży do Harrenhall, jednak im dalej w las, tym jego nastrój psuł się coraz bardziej. Był zdziwiony, że Szafirowa Dama miejscami potrafiła go nawet prawie pogonić, co nie sprzyjało jego i tak już popsutemu humorowi. Musiał jednak dać sobie spokój i przestać robić sobie nadzieje. To było największą pułapką.
Tym bardziej, widząc Sybille znajdującą się w tak niewielkiej odległości od niego, czuł sporo niepewności. Nie dodawał mu pewności fakt, że jego starcie z Devonem Freyem można było uznać za... oryginalne. Wciąż zastanawiał się, co mu przyszło wtedy do głowy. Szersze pole widzenia? Pamiętał zaniepokojone twarze Felixa i Remusa. Nie chciał zrzucać na nich winy, mimo że w umyśle pojawiła mu się przez moment myśl, że mogli go powstrzymywać bardziej. Nosz cholera jasna, sam się mógł bardziej powstrzymywać. Brawura zmieszana z głupotą - najgorsza mieszanka tego świata. Gdyby wygrał pewnie nie wstydziłby się tak bardzo tego pomysłu.
Ale nie wygrał.
Teraz musiał płacić za swoje błędy, w pewnym sensie, głową. Kiedy Sybille zareagowała, wrócił nawet na swoje miejsce, nie chcąc jej w jakiś specjalny sposób martwić. Gorzej, że czuł się w tym momencie jakby naprawdę przegrał zbyt wiele. Z drugiej strony wzbierało w nim znajome uczucie szczęścia, które pojawiało się zawsze, kiedy Tarthówna była w pobliżu. To działo się nawet wbrew woli Dereka, który wolał stłumić masę uczuciową naciskającą na jego umysł. Tak było lepiej. Na pewno dla niego, dla niej pewnie też. Przynajmniej przestanie się tak narzucać.
Ocknął się na moment z rozmyślań, widząc, że dama postanowiła pochylić się nad talerzem z serem i pokroić go w plastry. Przez kolejny, dłuższy moment, Baratheon zastanawiał się, czy to nie sen. Wszystko działo się zupełnie tak, jakby kompletnie nic się nie wydarzyło. Sybille wciąż była tym samym aniołem, a on tym samym głupkiem, który mimo rodzinnych obowiązków nie potrafił o niej zapomnieć. Beznadziejny romantyk. A może po prostu istny jeleń. Wszystko robi mocno, a w szczególności wybucha gniewem i kocha. W każdym razie ser i wino wytrąciły go nieco z rytmu myślenia.
Gapił się w talerz, jak sroka w kość. W pewnym sensie mogło to wyglądać nawet zabawnie dla postronnych, ale chyba głowy obojgu zaprzątało to, że robią w pewnym sensie coś niesamowicie głupiego. Albo zrobili, bo ser został już pokrojony. Aspekt dokonany. Derek sięgnął najpierw po puchar, a następnie po ser, żeby móc od razu przegryźć lekki alkohol. Potem Szafirowa Dama odezwała się po raz kolejny i blondyn uniósł głowę, by uważnie wysłuchać tego, co ma do powiedzenia...
...ale zaraz poczuł, że na jego twarz wpełza rumieniec. No tak, walka. Trudno było nie podnosić tego tematu. Devon Frey niewątpliwie był dobrym wojownikiem. W ten fakt Derek nie wątpił ani trochę, widząc dobrą sylwetkę swojego przeciwnika i czytając jego ruchy. Jego bitewna sława pewnie dotarła w te strony również dzięki wojnie między Dorzeczem a Doliną. Na słowa o hełmie, o mało nie opluł się winę. Odkaszlnął tylko raz, zamrugał kilkukrotnie, a potem zaśmiał się perliście, zapewne ukrywając również resztki zakłopotania, które ustąpiło jak ręką odjął.
- Przepraszam, pani, myślę, że następnym razem o wiele skrupulatniej rozważę walkę z hełmem na głowie - odparł, uspokajając na moment swój śmiech. - Jak pozostali rycerze, pani? Widziałaś może mojego kuzyna? Pewnie szykuje się do walki z księciem z Dorne.
Uspokojenie myśli, miłe usposobienie, spokojna postawa. Zwycięży tym zapewne samego siebie przez te kilka chwil.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Tarth, Evenfall Hall
Liczba postów :
95
Join date :
12/09/2013

PisanieTemat: Re: Sybille Tarth i Derek Baratheon   Pią Lut 12, 2016 12:04 pm

Byli jak dwójka dzieci, zagubionych w nowej, zupełnie obcej dla siebie sytuacji – niepewność wyrażała się w każdym ruchu, w każdym spojrzeniu, w każdym, najpłytszym oddechu, który przerywał gęstniejącą ciszę. Nagle zapragnęła opuścić namiot, odwrócić się i zwyczajnie uciec - niebo na zewnątrz, czerwone i złote, zaczęło najpewniej nabierać barwy intensywnej purpury.
Nadchodził wieczór, z nim zaś kolejne wątpliwości, kąsające równie zaciekle co wiedziony furią wilk.
Zdumiewała ją własna reakcja na obecność sir Dereka – do tej pory był wyłącznie przyjacielem rodziny, kimś, kto dorastał na Tarth u boku dziedzica rodu. We wspomnieniach Sybille zapisał się jako wysoki, jasnowłosy młodzieniec, zwykle wykończony po całodziennym treningu z mieczem w ręku – w tamtych czasach, które wydawały się równie odległe co podbój Aegona Targaryena, w życiu Baratheona nie było miejsca na kobiety. Ćwiczył z mężczyznami, jadał z mężczyznami, spędzał z mężczyznami niemal każdą chwilę spędzoną na Tarth, a z córką Lorda Szafirowej Wyspy widywał się jedynie przelotem, zwykle przez przypadek, najczęściej wtedy, gdy Sybille szukała swego brata.
Byli wtedy dla siebie na wpół obcy – naiwne, pochłonięte własnymi sprawami dzieci, dla których świat kraniec miał w Evenfall Hall i Końcu Burzy. Żyli obok siebie, spokojnie i bez obaw – żyli bez choćby cienia niepewności, która dziś im towarzyszyła.
Nie byli już dziećmi, jednak naiwność pozostała – pozostała i miała się całkiem dobrze, co przejawiało się w każdym, nieprzemyślanym geście panny Tarth. Cóż, do licha, sobie myślała sięgając po nóż i próbując (z dość miernym skutkiem) kroić ser? Co, na Siedmiu, kotłowało się w jej głowie, gdy postanowiła odwiedzić namiot sir Dereka? I co, na wszystkie piekła, miała na celu, gdy podała Baratheonowi kielich, wpatrując się w niego nieustannie, zupełnie jakby…
… jakby co?
Niemal potrząsnęła głową z roztargnieniem, pragnąc czym prędzej przegnać nękające ją wątpliwości – te zresztą wydawały się nie na miejscu, były tworem jej własnej wyobraźni, ponurym mirażem, który powinien czym prędzej rozpłynąć się pod wpływem nagłego powrotu racjonalności. Sytuacja wszak jawiła się klarownie – byli wyłącznie namiastką przyjaciół, łącząca ich bliskość była bliskością wypracowaną przez Selwyna, a sympatia – choć obecna – powinna pozostać wyłącznie sympatią ludzi, których łączy wspólna przeszłość.
Ludzi, którzy nie mają wspólnej przyszłości.
Sybille miała wrażenie, jakby najpierw wszystkie dźwięki zaczęły z wolna cichnąć, a potem – niespodziewanie - zewsząd dało się słyszeć jedynie dzwonienie ciszy. Sir Derek walczył z własnymi myślami równie zaciekle, co z nieszczęsnym Devonem Freyem, zaś panna Tarth – zupełnie jak podczas tamtego pojedynku – mogła jedynie biernie przyglądać się nierównemu starciu. Poniekąd doskonale rozumiała Baratheona – oboje wszak padali ofiarą własnych umysłów, zataczali błędne koła raz za razem wpadając w jego pułapki, w te same wilcze doły, które nigdy nie stanowiły rozwiązania piętrzących się problemów. Życie – o ile życiem nazwać można machinalne wykonywanie tych samych czynności dzień po dniu, księżyc po księżycu – byłoby znacznie łatwiejszym, gdyby ta dwójka potrafiła zaakceptować stan rzeczy bez zbędnego roztrząsania i rozkładania go na czynniki pierwsze.
Po raz kolejny wszystko było przecież proste. Żadnych znaków zapytania, żadnych niewiadomych, choćby cienia wątpliwości – on: zaręczony, ona: najpewniej wkrótce zaręczona. Życie toczyło się dalej, nie czekając na tę przepełnioną wątpliwościami dwójkę – by nie stracić gruntu pod nogami, musieli zaczerpnąć powietrza i wskoczyć w głęboką toń, dać ponieść się prądowi czasu i pod żadnym pozorem nie oglądać za siebie, bowiem w rwącym nurcie nawet najmniejszy moment niepewności może być momentem śmierci. Nie było to łatwe. Nie było to sprawiedliwe. Nie było to pocieszające… lecz właśnie na tym polegało życie. Nieustające pasmo rozczarowań, które należy pokonać bez względu na własne uczucia – każdego dnia stawiali czoła własnym demonom, wygrywali bitwy, lecz przegrywali wojnę.
Sybille uniosła kielich do ust, z niejaką niepewnością spoglądając na jego ciemnoczerwoną zawartość – alkohol wydawał się w obecnej sytuacji dość rozsądnym wyjściem, potrafił skutecznie powstrzymać wzbierającą falę myśli i nieco załagodzić obyczaje. Rozwiązywał języki, zacierając wrażenie ciężkiej, przesyconej niewypowiedzianymi słowami i tłumionymi uczuciami ciszy oraz, co było jego największą zaletą, zmuszał do szczerości.
Zaś panna Tarth już od dawna nie była ze sobą szczera – zwłaszcza, jeśli w grę wchodził rachunek własnych uczuć względem mężczyzny, który siedział naprzeciwko i jadł ten nieszczęsny, nieudolnie pokrojony ser. Sybille upiła spory łyk trunku, z trudem powstrzymując usta przed lekkim grymasem – nigdy nie przepadała za winem, na dobrą sprawę nie odczuwała nawet różnic smaku pomiędzy złotym arborskim a ciemnym dornijskim, zaś jeśli już piła alkohol, to sporadycznie i w niewielkich ilościach… coś jej jednak mówiło, że dziś porzuci te wartości, wszystko zaś w imię upragnionego spokoju ducha. Być może to właśnie dzięki trunkowi nie uśmiechnęła się na widok ciemniejszych plam, które zakwitły na policzkach sir Dereka – sama zresztą zaczynała czuć, jak rozlewające się po ciele wino wywołuje u niej dokładnie taką samą reakcję.
- Byłabym niezmiernie wdzięczna – tym razem to ona zaśmiała się cicho, mimowolnie obracając w dłoni kielich. Nie spodziewała się, że uśmiech siedzącego naprzeciwko mężczyzny  sprawi jej równie… niewysłowioną ulgę. Napięcie niemal natychmiast opadło z całego ciała, pozwalając umysłowi odnaleźć choć chwilowe ukojenie. – Przygotowywał się na zwycięstwo, kiedy… - zamilkła nagle, w ostatniej chwili powstrzymując pragnące wyrwać się na świat słowa.
… kiedy w pośpiechu opuściłam trybuny, żeby przyjść tutaj.
W obronnym, pełnym rozpaczy geście uniosła kielich do ust i pociągnęła kolejny łyk ciemnego wina, teraz dobitnie czując, jak zaczynają palić ją policzki. Milczała przez chwilę, zagubiona we własnych myślach, po czym – w końcu przerywając przedłużającą się ciszę – po prostu usiadła na posłaniu tuż obok Dereka.
- Jaka ona jest, panie? – błyszczące, jasne spojrzenie utkwiła w falującej w kielichu trunkowej toni – nie miała siły, by spojrzeć w oczy Baratheona, kiedy padło to pytanie. – Lady Ophelia. Jaka ona jest?
Nie wiedziała, co chce przez to uzyskać… bądź nie chciała się do tego przyznać. Cel najpewniej istniał, choć Sybille – zawstydzona własną zuchwałością – pragnęła pozostawić go w cieniu, byleby nie przyznać przed samą sobą, że zwykła, kobieca ciekawość podszyta była innym, właściwym damom uczuciem.
Zazdrością?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Sybille Tarth i Derek Baratheon   

Powrót do góry Go down
 

Sybille Tarth i Derek Baratheon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Kronika rodu Tarth
» (NPC) Lord Torrhern Brandon Baratheon
» Kronika rodu Baratheon
» Lianne Marsei Baratheon
» Orys Baratheon

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Karczma :: Strefa Mistrza Gry :: Retrospekcje-