a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Brama



 

 Brama

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Brama    Wto Sty 05, 2016 11:59 am


Brama



By dostać się na dziedziniec Końca Burzy, należy przejechać przez jedyną bramę... czy też raczej: tunel, wykuty w grubym na czterdzieści stóp murze okratowanym zarówno na początku, jak i na końcu przejścia. Przejazdu, będącego jedyną drogą do wnętrza twierdzy, broni pół tuzina strażników - trzech na samym szczycie muru, trzech zaś po wewnętrznej stronie bramy. Krata zewnętrzna w czasach stabilizacji pozostaje podniesiona, aby jednak dostać się na dziedziniec, należy uzyskać pozwolenie od stacjonujących na drugim końcu przejazdu strażników.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Tor
Liczba postów :
38
Join date :
22/03/2015

PisanieTemat: Re: Brama    Wto Sty 05, 2016 12:19 pm

Myśleć, pomyśleć o nim. O próbie stania się sobą. Tak pisał w ostatnim liście, który Jordayne wciąż przy sobie trzymał, na tej niepozornej, kruchej, luźnej kartce pomiętego pergaminu. To te listy nauczyły Olyvara, że musi zatrzeć pamięć o nim, o Trystanie Martellu. Barwa wspomnień jest zawodna, zakończył swą wiadomość dornijski książę, stawiając za ostatnią sylabą ledwie dostrzegalną, czarną kropkę.
A więc muszą pogodzić się z jego stratą?
Bo Olyvar czuje, że Trystane znika. Leży w bezimiennej mogile pod dwoma krzewami rokitnika, martwy obok innych martwych. Czy tam jest jego miejsce? Nad nim metr ziemi, wyżej pochmurne niebo, wiosną śpiew skowronków, letnie burze, jesienne zawieje, śnieg. Zima.
Nie ma w Słonecznej Włóczni uszu, które słuchałyby żalów najbliższych, ani oczu, które widziałyby łzy, ani ust, które stanowczym tonem zakazałyby smutku. Żale, łzy, wyrzuty są daremne, powtarzał Trystane znad starych, volantijskich woluminów. Żale, łzy, wyrzuty to domena smutnych, żałosnych kobiet, które czynią życia swych mężów równie smutnymi i żałosnymi. Później przewracał stronnicę, śliniąc czubkiem języka wskazujący palec. Nawet na moment nie podniósł wzroku znad pochłanianej przez siebie lektury, na dobrą sprawę najpewniej zapomniał o obecności osób trzecich.
Olyvar każdego dnia zapewnia siebie samego, że przed zapomnieniem należy się bronić. Wtedy zaczynają się wymówki: to znaczy przed zapominaniem o nim. Bo, oczywiście, Trystane nigdy nie zapomni o sobie, o swych bliskich, o niebie i ziemi, o pustynnej burzy i gorącym słońcu. Mógł sprawiać wrażenie, iż zapominanie to jego domena, jednak zawsze pamiętał – o dniu imienia, o schnącej na tarasie koszuli, o zgaszeniu świecy przed snem. A Olyvar? Olyvar, odkąd tylko Martell zniknął za zimnymi murami Końca Burzy, dyktuje mu swoją wolę: przywołuje w myślach obrazy wspólnie spędzonych chwil i stara się ożywić wspomnienia związane z dornijskim księciem. Z łatwością może je przywołać, jedno za drugim – równie łatwo przychodzi mu przywoływanie samego Trystana, czyni to bez trudni, jak niemal z nikim innym. Kiedy Jordayne tego chce, Martell porusza się. Lekko skacze po ubitym gruncie pola treningowego, tak, to jego długi krok, tak, to jego swobodny chód, i – niezbity dowód – jest także jego długa włócznia ; pokryte trucizną ostrze lśni leniwie w promieniach słońca, a powietrze przeszywa rozbawiony śmiech.
Musisz nauczyć się bronić, skoro nie potrafisz atakować, ciepła dłoń nagle pojawia się tuż przed twarzą Olyvara, jedno, silne pociągnięcie pomaga mu podnieść się z ziemi.
Dźwięki, które Jordayne słyszy nie są głosami duchów: nie ma żadnych wątpliwości, że to on, Trystane Martell. Dziedzic Tor błagalnie, zagłuszając podejrzenie, wymawia nawet jego imię i jest już zupełnie pewien, że to książę. A jednak cały czas wie, nieustanne zachowuje świadomość, że oto przed jego oczami przewija się ilustrowana książeczka cieni, niegdyś poddana działaniu prawdziwego światła miast, krajobrazów,  pokoi. To podejrzenie – skąd ten nagły lęk?
Bo jest czymś nowym. Jakby Trystane miał raz jeszcze trafić do niewoli albo jakby Olyvar po raz kolejny miał przeoczyć coś ważnego. Jordayne dopiero teraz – dostrzegając z oddali mury Końca Burzy – zdaje sobie sprawę z tego, że w jego wewnętrznej świadomości od blisko dwóch lat Trystane nie zmienia się i nie ma nadziei, że kiedykolwiek się zmieni. Nikt i nic na świecie nie sprawi, żeby jego ciemne, skręcone w loki włosy zostały przycięte. Wokół ust nie pojawią się nowe zmarszczki troski. Martell, teraz liczący blisko dwadzieścia pięć dni imienia, we wspomnieniach Olyvara wciąż jest młodszy, przeraźliwie młodszy.
Niewiele brakowały, a umarłby naprawdę. Ale nie, musi pozostać, w zupełnym bezruchu. Właśnie teraz trzeba o nim dalej myśleć, teraz, kiedy niespełna mila dzieli go od wolności – trzeba o nim myśleć, z troską i obawą.
Jak zareaguje, gdy w końcu opuści mury Końca Burzy?
Czy będzie gnał do Dorne na złamanie karku?
Jak bardzo się zmienił?
Powierzchowna żałoba pozostała daleko za Olyvarem – teraz serce przepełniała radość. Radość na samą myśl, że oto formalności zostały dokonane, okrągła suma okupu bezpiecznie przetransportowana i wpłacona . Co zatem pozostało?
To nerwowe, pełnie niedowierzania wyczekiwanie. Kurczowe łapanie powietrza z każdą kolejną chwilą przybliżającą orszak do bram siedziby rodu Baratheon  - Jordayne w ostatniej chwili opamiętuje się, zdaje sobie sprawę, że od teraz trzeba będzie o księcia dbać.
Dbać jak nigdy wcześniej – wracał do domu jako przyszły Lord. Ktoś, komu przyjdzie zmierzyć się z dziesiątkami, jeśli nie setkami wrogów, którzy za wszelką cenę będą pragnęli pozostać w ukryciu. Zatem tak: dbać. Opiekować się. Strzec. Właśnie dlatego dziedzic Tor w towarzystwie dwóch tuzinów ludzi pokonał ponad pięćset mil z Dorne do Końca Burzy. Mieli sprowadzić Martella do domu – mieli zadbać o to, by powracał w przekonaniu, że już nic, zupełnie nic nie jest w stanie mu zagrozić.
Olyvar wiedział, iż jest w tym niewątpliwie jakiś przymus. Przymuszenie? Kogo? Jego? Dlaczego? Żeby wyzbył się wszelkich obaw? Dajmy spokój tym wymówkom. Należy w końcu przyznać przed sobą i Bogami: Trystane potrzebował innych równie mocno, co inni potrzebowali jego. I choć Edric, Olyvar, Harmen, Quentyl, nawet bękarci szczur Qoren chcą sprowadzić księcia do Dorne tylko i wyłącznie ze względu na siebie, to należy przyznać, że Trystane również ich potrzebował. Taki już był obraz harmonijnego chaosu.
Ale oto i brama – ciężka, warowna krata uniesiona jedynie do połowy, wystarczająco wysoko, by przejechał przezeń jeździec. Na murze kilkanaście nieufnych par oczu, gotowych w każdej chwili sięgnąć po broń, wypuścić strzałę, roznieść w pył niechcianych przybyszy z Dorne.
Za ciemną, pogrążoną w mroku bramą z kolei – on. Być może już przygotowujący się do wyjścia, być może już zmierzający ku wolności.
Co zatem pozostało?
Cierpliwość. Cierpliwość i pełne przestrachu wyczekiwanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Brama    Nie Sty 10, 2016 12:48 pm

Częstują się jak do wieży” – mówiono kiedyś o ludziach , którzy w grzeczny a zarazem komiczny sposób ustępują sobie miejsca w drzwiach. Podobno powiedzenie to zrodziło się w Reach, gdy dwóch skazanych na więzienie braci najpierw długo przepuszczało się w wąskim gardle lochu, by wreszcie wejść doń razem, ramię w ramię.
Tym razem jednak rzecz nie dotyczyła trafiania w niewolę… lecz jej opuszczania.
Pośpiech stanowił zbędny przejaw entuzjazmu, jednak nawet książę – zwykle potrafiący trzymać emocje na wodzy – tym razem nie zdołał zachować zimnej krwi. Mając za sobą bezsenną noc, potrafił myśleć wyłącznie o opuszczeniu murów Końca Burzy. Z precyzją wyobrażał sobie ten moment, chwilę, w której pozostawi za plecami ponurą twierdzę z jej zimnymi ścianami, wszechobecną wonią morskiej wody i niepokojącą ciszą korytarzy. Nawet podczas śniadania, nie podnosząc wzroku i bawiąc się warzywami na talerzu, jego myśli uparcie niczym muchy lgnące do miodu krążyły wyłącznie wokół nadciągającej chwili wyjazdu.
Trystane nie był pewien, jak zareaguje. Nie był pewien, jak inni zareagują na niego, na zmianę, która weń zaszła i która była… w pewien sposób nieunikniona.
Żyjąc długo samotnie nabrał zwyczaju mówienia do siebie samego – posiadał przy tym wystarczająco wiele zdrowego rozsądku, by uważać to za jedno ze swoich szalonych dziwactw, podobnie jak gubienie zakrętek od kałamarzy, zapominanie o zapięciu środkowego guzika koszuli czy – nie szukając daleko – hodowanie jadowitych węży we własnej komnacie. Definiując precyzyjnie swoje nawyki, Trystane miał nadzieję zdobyć ironiczny dystans wobec samego siebie i tym samym uchronić marzenia, a także własną godność. Ale czasami wydawało się mu nagle, że to obsesyjne tropienie dziwactw nie jest wcale sposobem obrony przed własnym szaleństwem, ale strategią stosowaną po to, by obłęd zdominował go całkowicie.
Wszystko byłoby wtedy łatwiejsze, nie wymagałoby wyjaśnień – wystarczyłoby stwierdzenie cóż, książę zwariował i nikt nie odważyłby się zadawać pytań. Te bowiem będą padać nieustannie, począwszy od dnia dzisiejszego: zawsze znajdzie się ktoś, kto zapyta jak tam było? bądź udało ci się znieść blisko dwa lata całkowitej izolacji?
W tym problem, że się nie udało.
Nie mogło się udać, mało istotne, jak zaciekle Trystane będzie przysięgał, że wszystko jest w porządku, że pozostawił za sobą cień niewoli.
Cóż zresztą warte są te jego przysięgi na pięć, dziesięć lat naprzód, na wieczność - cóż po nich w świecie opętanym przez szaleństwo? Nawet jeśli nieszczęśnik przysięga absolutnie szczerze - już przysięgając, wie, że i ta szczerość obróci się przeciwko niemu, że będzie oznaczać co innego w zmieniającej się rzeczywistości (przecież wszyscy widzimy, jak gwiazdozbiory wirują na niebie).
Wszystko się zmieni. Zawsze się zmienia.
To prawda. Ale…
… ale fakt ten nie musi być jednoznaczny z przystaniem na zaistniałe warunki.
W życiu każdego człowieka jest bowiem miejsce na wahanie, na pewną niewiadomą, na momenty zwątpienia, które tak naprawdę zapewniają równowagę pośród nieustannego pędu egzystencji. I to właśnie dziś książę zaczął wątpić – niepewność ciążyła mu na sercu niczym zwykły, przydrożny kamień, który dostał się między misterny mechanizm i przy każdym uderzeniu wbijał się w klatkę piersiową niby ostry cierń. Myśl ta przypomniała Martellowi słowa Edrica – nawet on zdawał się zdolny do zrozumienia pośród nieustannie towarzyszącego mu dystansu wobec świata i ludzi. Mawiał zatem (niezbyt często, być może powtórzył to raz lub dwa, zwykle po kilku kielichach wina)
Wartość kamienia rzadko wynika z jego przydatności, najczęściej sami mu ją nadajemy
i była w tym zaklęta jakaś gorzka prawda, której istnieniu Trystane nie mógł dłużej zaprzeczać. Wartość kamienia była w tym wypadku porównywalna z wartością wspomnień – nie prowadziły one bowiem do rozwiania wątpliwości, nie stanowiły rozwiązania problemu… ale posiadały niepowtarzalną wartość właściwą najszlachetniejszym diamentom. To właśnie dzięki wspomnieniom obecność Qorena, niby zamknięta w szklanej kuli, przez ponad półtora roku w niewoli na mgnienie mogła być przywrócona Trystanowi, z dotykiem jego ust oraz języka za uchem i tamtym szeptem: „Tutaj, dotknij mnie tutaj”. Byli do siebie przywiązani tak, jak przywiązani być mogą wyłącznie młodzi, zranieni ludzie…
… ale nikt nie mógł zagwarantować księciu, że po powrocie do Dorne wszystko będzie tak samo, że nic, zupełnie nic nie uległo zmianie (musiało ulec, właśnie takimi prawidłami rządził się upływający czas).
Być może właśnie stąd towarzysząca mu przez cały dzień niepewność, być może to – paradoksalnie – wahanie dotyczące przyszłości prowadziło do wahania w czasie teraźniejszym. Trystane przez cały okres przygotowań do wyjazdu (dokładna kąpiel, ciało szorowane tak mocno, że na skórze ramion pojawiły się krwawe pręgi) był w stanie myśleć wyłącznie o tym co będzie.
Za dzień, tydzień, miesiąc, rok.
Świat odpowiada świadomości, świadomość światu – Martell przez to żyje w ciągłym rozdarciu. Myśl nie zgadza się z rzeczywistością, ciało z duchem i nim książę jest w stanie pojąć własne zagubienie, nagle dociera do niego, że nadszedł moment opuszczenia Końca Burzy – bez pożegnań, bez zwracania na siebie zbędnej uwagi. Nie był tu wszak gościem, bez względu na to, co mówił pokojowy traktat – nie był nawet więźniem w dokładnym tego słowa znaczeniu, trybem prowadzonego życia zaprzeczając definicji.
Był nikim, zatem jak na nikogo przystało, musiał zniknąć cicho i bezszelestnie.
Szyty na miarę przyodziewek, podarowany mu na okazję wizyty w stolicy przed kilkoma miesiącami, źle układał się na ciele chudszym niż w tamtych dniach – Trystane musiał mocno naciągnąć oplatający biodra pas, by w drodze na dziedziniec nie zgubić dolnej części ubrania i choć pragnął podwinąć rękawy, panujący na zewnątrz ziąb odwiódł go od tego pomysłu. Zaraz też – z niejakim rozbawieniem – zauważył, że nie podarowano mu podróżnego płaszcza: chłodnie ugryzienia wiatru natychmiast przegnały lekki uśmiech z jego ust, zmuszając do szybszego chodu.
Czarne gardło bramy prowadzącej na wolność majaczyło przed Martellem zachęcająco – na tyle zachęcająco, by książę pozwolił połknąć się wydrążonemu w murze tunelowi i przeć przed siebie, pozostawiając za plecami nieruchome spojrzenia dotychczas towarzyszących mu strażników.
Każdy krok przybliżał go do wolności. Każdy, nawet najmniejszy, nawet najbardziej chwiejny i niepewny krok.
Jeszcze pięć.
Cztery.
Uniesiona krata bramy wyjazdowej uśmiechała się zachęcająco.
Trzy.
Wiatr przyniósł ze sobą woń końskiego potu i niecierpliwe parsknięcia pustynnych rumaków.
Dwa.
Pojawił się w zasięgu spojrzeń dornijskich jeźdźców, sam jednak odwlekał moment uniesienia na nich wzroku – wiedział o obecności Olyvara, ale podświadomie oczekiwał obecności kogoś jeszcze.
Jeden.
W chwili, w której uniósł podbródek, lekki podmuch wiatru uderzył w przydługawe włosy – Trystane musiał odgarnąć je z czoła, by z uśmiechem pełnym niedowierzania, ulgi, zagubienia, szczęścia, niepewności, wahania, dziecięcej radości rzec…
- Mogę prosić o płaszcz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Tor
Liczba postów :
38
Join date :
22/03/2015

PisanieTemat: Re: Brama    Nie Sty 31, 2016 11:46 am

Chciał płaszcza.
To było banalne. Tak proste. Na swój sposób komiczne. Pierwsze żądanie, które sformułowały usta księcia, było…
Wołaniem o pomoc.
Olyvar wiedział, podświadomie, podskórnie, jakąś częścią swej jaźni – doskonale wiedział, że Trystane jeszcze nie spadł na dno. Ale pojmował przynajmniej, w rzadkich przebłyskach świadomości, że ma do tego cholernie blisko. To bardzo łatwe. Dużo łatwiejsze niż ludzie sądzą. Po prostu samo się dzieje. Jeżeli widzisz tylko nogi od kolan w dół spieszących się we wszystkie strony podróżnych należących do głównego nurtu życia, bo trwasz bezmyślnie w formalinie otaczającej cię rzeczywistości, gapiąc się w zakurzoną, porytą koleinami i upstrzoną pożółkłą trawą ziemię, to czynisz to wyłącznie dlatego, że nie masz dokąd pójść. W twojej kieszeni nie spoczywa mieszek złota, a tobół u twoich nóg to nie bagaż przygotowany w pośpiechu na kilkudniowy wyjazd. Znalazłeś się w martwym punkcie swojej egzystencji, ponieważ nie masz bladego pojęcia, gdzie się podziać. Te wszystkie nogi, które widzisz zamglonymi oczami, to podróżni. Ludzie, którzy przechodzą obok, ludzie, którzy przejeżdżają przed twym nosem w powozach bądź na siodłach dumnych rumaków, znają swój cel. Należą do płynących z prądem życia. Ty, natomiast, znajdujesz się na rafie. Na mieliźnie przeznaczonej dla rozbitków.
A jeżeli cię to nie obchodzi, to tym gorzej dla ciebie.
Nie to jednak niepokoiło Olyvara. Nie to.
Jego nieszczęsny, otumaniony nadmiarem bodźców, ubrany w nieco zbyt duże szaty książę znalazł się tutaj, przed ponurymi bramami Końca Burzy nie dlatego, że nie miał gdzie pójść. Nie dlatego, że pogubił się we własnym życiu. Nie dlatego, że chciał uciekać.
Kiedy człowiek wpada w panikę, jego umysł płata najrozmaitsze figle. Panika to przystosowanie ewolucyjne. Kiedy nie ma możliwości walki ani ucieczki i sytuacja staje się beznadziejna, mózg przestaje cokolwiek planować. Wykonujemy wtedy mnóstwo chaotycznych, losowych czynności, bo taktyka i strategia zawiodły, a histeryczna miotanina czasami jednak daje jakieś efekty. A jeżeli nie, to przecież i tak nie ma nic do stracenia. Lepsza taka szansa niż żadna. Ale czasami…
… czasami dzieje się to – kompletne zbłądzenie. Zagubienie w otaczającej rzeczywistości.
Jordayne nie poznał Trystana od razu. W jego świecie, w uporządkowanym świecie dziedzica Tor, książę nigdy nie występował w takim kontekście. Martell sprawiał wrażenie, jakby wygnali go ze stada. A Olyvar… Olyvar potrafił to dostrzec.
W końcu wiele rzeczy różni go od normalnych ludzi, nie tylko jego osobliwe zajęcie. Nie tylko to, że od dziecka widzi więcej niż inni. Nie tylko to, że wie, iż otaczający go świat to tylko jedna z wielu płaszczyzn, po których się porusza. Jordayne’a różni także to, że umie postępować z ludźmi pogrążonymi w kompletnym szoku. Ktoś zwykły zadaje takiej osobie mnóstwo zbędnych pytań. „Co się stało?” „Co ci jest?” „Co tu robisz?” „Dlaczego nic nie mówisz?”
To są pytania bez mała filozoficzne. Wszak gołym okiem widać, że Trystane pod wpływem nadmiaru myśli, emocji, wątpliwości i zwątpienia nie umie złożyć do kupy trzech słów, a co dopiero odpowiedzieć „co się stało”. Przecież nie wie. Przecież dwa lata temu był młodym, pewnym siebie, dotkniętym boską iskrą inteligencji księciem. Nieodmiennie zrównoważony, nieodmiennie pogrążony w rozmyślaniach bądź lekturze szczególnie opasłego tomiska… dziś był człowiekiem, który drżał z zimna, nie widząc, co takiego czeka go dalej. Co, do siedmiu piekieł, ma powiedzieć? Że świat oszalał? Że życie wybuchło mu w twarz? Że spadł nagle do w trzeszczące płomienie? Równie dobrze możecie go zapytać: „Czym są Bogowie?”, albo: „Po co jest życie?”
Najpierw w ogóle nie wiedział, co powiedzieć. Najwyraźniej za dużo tego było i kłębiło mu się po głowie jak gniazdo żmij. Ale w końcu nadchodzi ten niecierpliwie wyczekiwany przez Olyvara moment i książę w końcu jest w stanie zdobyć się wyłącznie na kilka słów, tak banalnie prostych. Słów pozbawionych buty, choć nadal – pomimo niewoli – fascynująco wyniosłych. Słów wypowiedzianych tonem kogoś, kto wciąż pozostaje niezachwiany, nieugięty, niezłomny.
Ale teraz – teraz prosi o płaszcz.
Wygłoszenie tego pytania, zdaje się, kompletnie go wykończyło. Gdyby w ogóle nie reagował, znaczyłoby to, że wszystko to gotuje się w środku, a wtedy mogło go kompletnie wypłaszczyć. Olyvar zeskoczył z siodła, przywodząc na myśl niezdarną, drewnianą kukiełkę – nie zwrócił uwagi na błoto, które prysnęło spod jego butów, plamiąc tym samym nogawki spodni. Nie zwrócił uwagi na własny, ciężki chód, który przybliżył go do księcia – nie zwrócił uwagi nawet na niezgrabne palce, które z trudem odpięły zapinkę w kształcie pióra; dopiero, gdy zarzucał własny płaszcz na spięte ramiona Martella, bodźce jęły docierać do jego umysłu.
Nagle wszystko w niego uderzyło – spojrzenie księcia, zapach księcia, ciepło bijące od jego ciała… i, co najistotniejsze, świadomość, że w końcu jest z nim. Materialny jak nigdy. Zmęczony… ale żywy. Zdrowy.
Szczęśliwy?
- Trystane, nawet nie wiesz – Olyvar uśmiecha się wbrew własnej woli, obejmując Martella ramionami i przyciągając go do własnego ciała – zamknięty w uścisku książę sprawiał wrażenie znacznie szczuplejszego, niż Jordayne zapamiętał… lecz to nie była odpowiednia pora, by i tym zaprzątać własny umysł – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo…
Tęskniłem.
Olyvar wypuszcza Martella z ramion, spoglądając na wyczekujących cierpliwie zbrojnych – najpewniej każdy z nich pragnął poklepać księcia po ramieniu, przekonać się na własnej skórze, że rzeczywiście jest wśród nich. Nie mieli jednak czasu do stracenia, nie mogli pozwolić sobie na choćby chwilę zwłoki – dlatego też Jordayne podszedł do własnego konia, podbródkiem wskazując Martellowi piaskowego rumaka, którego przywiedli aż tutaj bez jeźdźca.
Czas wracać do domu.

/ zt x 2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Brama    

Powrót do góry Go down
 

Brama

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Brama Miłości
» Brama [ZAMKNIĘTA] / Podwórze
» Brama wejściowa [Podwórze]
» Brama Królowej
» Brama wjazdowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy :: Koniec Burzy :: Siedziba rodu Baratheon-