a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Marlene i Devon Frey



 

 Marlene i Devon Frey

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Marlene i Devon Frey   Sob Paź 31, 2015 12:44 pm


Harrenhal, dziewiąty księżyc 263 AL

*link*
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Bliźniaki
Liczba postów :
208
Join date :
25/09/2014

PisanieTemat: Re: Marlene i Devon Frey   Czw Sty 07, 2016 9:12 pm

Devon Frey wyznaczył sobie cel, oszacował możliwości, zaczął zbierać informacje i powoli wdrażać swój plan w życie, ale wciąż nie posiadał stuprocentowej pewności, że jego czyn w pełni się powiedzie.
Rozumowanie wszak było zaskakująco proste: jeśli masz zamiar opuścić Harrenhal… dlaczego nie miałbyś zabrać czegoś na pamiątkę?
W grę nie wchodziły zasuszone skrzydełka nietoperzy, wszechobecny, nadtopiony przez smoczy ogień kamień czy Bogowie zechcą wiedzieć, co jeszcze udałoby się odnaleźć pośród ponurych zakamarków zamczyska: Frey był człekiem praktycznym, zaś jako człek praktyczny potrzebował równie użytecznych środków.
A czy mógłby wyobrazić sobie pamiątkę bardziej użyteczną od młodziutkiej, gładkiej i przede wszystkim – jak mu się zdaje – przychylnie nastawionej służki, o piersiach tak cudownie jędrnych, że grzechem wobec Siedmiu byłoby je pozostawić bez odpowiedniej opieki?
Frey nigdy nie uważał się za mistrza kurtuazji oraz gładkiego romansu – podobne umiejętności pozostawiał powabnym rycerzykom z Reach, którym nawet z dupy pachniało różami. Jako syn Dorzecza, a co istotniejsze: potomek Lorda Przeprawy dość prędko nauczył się, że kobiety służą wyłącznie zaspokajaniu zwierzęcego popędu, nic zaś skuteczniej nie zatrzymuje ich przy mężczyźnie… jak pokaźna i gruba sakiewka z przyjemnie pobrzękującym złotem. Gdy zaś przy tym nie było się człekiem szpetnym (Frey zaś, mimo ewidentnej rudości owłosienia sięgającej nie tylko głowy, zaliczał się do – podobno – dopuszczalnie przystojnych mężów) bardziej bądź mniej szlachetne damy lgnęły niczym muchy do miodu.
Naturalnie, w tym wypadku żadna z powyższych rodowych prawd nie miała odzwierciedlenia w praktyce – wszystko dlatego, że Devon miał przed sobą dziewczynę inną niż wszystkie, bez względu na to, jak bardzo wyświechtany jest to frazes.
Frey z niejaką fascynacją obserwował namysł malujący się na gładkiej, ślicznej twarzyczce – Marlene przez moment przywodziła na myśl wyrzuconego na brzeg pstrąga, który walcząc o przeżycie próbuje złapać śmiertelne dlań powietrze. Bogowie mu świadkiem, że pragnął pogładzić ją po policzku, uspokajając w ten sposób, dodając otuchy, być może zwiastując również nadchodzące przyjemności – Devon wiedział jednak, że w Harrenhal, jak i w innych twierdzach, ściany mają uszy, oczy oraz usta: jeszcze przed zmierzchem zamczysko huczałoby od plotek.
- Przykro mi to słyszeć, Marlene. – i wtedy, właśnie wtedy nadarzyła się niepowtarzalna okazja, w ręce Freya wpadła mocna karta przetargowa, stanowiąca najprostszą przepustkę do zabrania ze sobą pamiątki – na usta Devona natychmiast wpłynął lekki uśmiech, zupełnie jakby dziedzic Bliźniaków doznał wspaniałej iluminacji, którą czym prędzej musiał podzielić się ze służką.
- Chciałbym Cię zabrać ze sobą, ale… mamy swoje obowiązki. - Frey kiwnął lekko głową, niby w zadumie, niby smutno – jedynie źrenice oczu płonęły głębokim zamiarem, tylko sobie znanym zamysłem, czymś przekornym niczym u młodzika – nim jednak Marlene zdołała wychwycić błądzące w spojrzeniu Devona ogniki, mężczyzna uniósł wzrok ku górze, spokojnie krocząc zamkowym dziedzińcem. Przez całą drogę do kuchni Frey nie posłał służce choćby krótkiego zerknięcia – doskonale wiedział, że na swój sposób właśnie tego oczekiwała od szlachetnie urodzonego, on zaś nie miał zamiaru niepokoić jej nadmiernym zainteresowaniem. Dopiero, gdy dziewczyna przyniosła wino, spojrzał na nią w milczeniu, ujmując kielich w dłoń i uśmiechając się do własnych myśli – plan postanowił wdrożyć w życie jeszcze dzisiejszej nocy.
- Możesz odejść, Marlene. Do… zobaczenia.

~~~

Granatową szatę nieba już dawno przyozdobiły błyszczące punkciki gwiazd, gdy Frey wraz z pięcioma najbliższymi towarzyszami podróży przygotowywał się do opuszczenia Harrehal – siodłali konie oraz napełniali juki w najwyższym milczeniu, starając się zwrócić uwagę jedynie strażników, którzy i tak zawczasu zostali poinformowani o wyjeździe. Przez chwilę gościom z Bliźniaków towarzyszył sam Rossel Whent, pożegnał się jednak z Devonem w momencie, w którym na dziedziniec wprowadzono konie – zupełnie jakby obecność tych zwierząt w jakiś sposób mu uwłaczała i jakby tolerował je tylko w obliczu najwyższej konieczności. Frey nie miał mu tego za złe – prawdę mówiąc, jego myśli zbyt mocno zaprzątał ostatni etap przygotowań do wyjazdu, by zwrócić uwagę na odchodzącego dziedzica Harrenhal.
- Lada moment wrócę. – szept Devona rozdarł ciszę nocy, słowa zaś przyjęte zostały jedynie lekkimi skinięciami głowy – jego towarzysze doskonale znali zamiary Freya, niektórzy uśmiechali się pod nosem, inni oblizywali lubieżnie wargi i każdy z nich wiedział, że dziedzic Bliźniaków nie opuści Harrenhal bez tego, czego ledwie po południu zapragnął.
Jego kroki – ciche, wyćwiczone, godne skradającego się złodzieja nie zdradziły obecności Freya aż do momentu, w którym nie dotarł do drzwi kuchni. Jeśli dobrze pojął słowa giermka, który tego wieczora zdradził mu niezbędne szczegóły, malutka klitka znajdowała się na prawo od wejścia – cienkie, drewniane drzwi nie stanowiły żadnej przeszkody, jednak nawet najlżejsze pchnięcie mogło spowodować niemal żałosne skrzypnięcie, lecz…
Ryzyko czasem popłaca, Devonie.
Silna dłoń pchnęła ostrożnie zbite zardzewiałymi gwoździami deski, zawiasy zaś ustąpiły bez problemu, czyniąc wąskie przejście do wnętrza komnatki.
Była bardzo mała – na tyle, by Frey traktował ją w kategoriach komórki na wiadra, lecz była to sypialnia dla przynajmniej kilku duszyczek, w tym jednej jasnowłosej, która spała skulona na sienniku tuż pod wąziutkim oknem.
Mówiłem, że jeszcze się spotkamy, Marlene.
Devon musiał wstrzymać oddech, by cicho, tak cicho, jak tylko mógł podkraść się do niewielkiego posłania – z lekkim niepokojem przyznał w duchu, że to pierwsza służka, jaką wykrada, więc korzystanie z doświadczenia w tym wypadku było naturalnie niemożliwe – mimo wszystko coś podpowiedziało mu, aby przed poderwaniem dziewki z siennika…
… zasłonić jej usta.
Wszystko nie trwało dłużej niż kilka uderzeń serca: w chwili, w której dłoń Freya przylgnęła do niebiańsko miękkich warg Marlene, dziewczyna już podnoszona była w górę – Devon wsunął pod jej plecy silne ramię, bez problemu unosząc szczuplutką, lekką niczym piórko służkę, która jeszcze nie uległa instynktowi i nie zaczęła się szamotać: dziedzic Bliźniaków uznał to za dobry znak, kiedy więc jął cofać się ku wyjściu, obejmował Marlene w pasie z pierwotną, dziką siłą mężczyzny, który dosłownie kradnie swą kobietę. Wąską talię dziewczyny oplatało ramię Freya, unosząc ją tym samym nad ziemią i przyciskając do swego ciała – Devon czuł przez materiał płaszcza miękkość piersi służki i sprężystość szczupłego brzucha, który nagle zapragnął obnażyć i obdarzać namiętnymi pocałunkami: chwilowo był jednak zbyt zajęty niesieniem jej przez pogrążony w mroku dziedziniec, w którym jedynym jasnym punktem była blada twarz służki.
- To ja. – wyszeptał do ucha dziewczyny, łaskocząc jej policzek ciepłym oddechem. – Nie obawiaj się, Marlene, zabiorę Cię do Bliźniaków. Chcesz zobaczyć Bliźniaki, prawda? To zawsze więcej niż Harrenhal. – wpadając w srebrzystą plamę księżyca, Frey dostrzegł spojrzenie dziewczyny i wtedy, właśnie wtedy pojął, że w przeciągu jednego uderzenia serca może ją zdobyć… bądź stracić.
Kiedy więc jego usta napotkały dotyk miękkich, różanych warg Marlene, kiedy – wciąż krocząc przed siebie – napierał na nie lekko, nasilając pocałunek, skradając go z właściwym sobie uporem – mógł mieć jedynie nadzieję, że ją zdobył.
- Nie bój się, pojedziesz ze mną w siodle, obiecuję, że będziesz bezpieczna. – gorączkowy szept Freya był jedynym dźwiękiem tuż obok ciężkich oddechów, które przerywały ciszę: Devon nie zauważył nawet, gdy zdołali dotrzeć na dziedziniec. Jego towarzysze, już siedzący na koniach, w milczeniu obserwowali, jak dziedzic Bliźniaków ostrożnie stawia jasnowłosą dziewczynę na kamiennym bruku, mimo to nie cofając ręki oplatającej jej wąską talię.
- Załóż. – Frey zsunął z ramion własny podróżny płaszcz, otulając odsłonięte ramiona służki ciężkim, ciemnobrązowym materiałem – w tym samym momencie kaskada lśniących włosów zniknęła pod narzuconym na głowę Marlene kapturem, drobne ciało zaś ponownie poderwane zostało z ziemi, gdy Devon podsadził dziewczynę na siodło, ledwie moment później siadając tuż za nią i pewnie chwytając lejce.
Nie pytał, czy pragnie z nim jechać – wszak nie o jej pragnienia chodziło. Póki co nie.
- Jazda!
Spięty obcasami koń wyrwał przed siebie, mknąć w stronę otwartej bramy i czyhającej za nią ciemności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze
Liczba postów :
32
Join date :
19/02/2015

PisanieTemat: Re: Marlene i Devon Frey   Nie Sty 10, 2016 5:41 pm

Niektórzy, gdy poznawali Marlene nieco bliżej, nie mogli się nadziwić jak ktoś taki jak ona mógł się w Harrenhal. Tu, gdzie wszyscy chodzili ponurzy, twardo stąpali po ziemi i zatracali dziecięcą naiwność stanowczo zbyt wcześnie. Zamczysko nie napawało nikogo optymizmem, ani nie stwarzało choćby atmosfery, by choć na chwilę się uśmiechnąć – wśród tych wszystkich ludzi, wśród starych ścian, gdzie podobno straszyły duchy (a w to Marlene wierzyła szczerze, zaledwie kilka miesięcy wstecz była świadkiem dziwnego wycia na szczycie jednej z wież: czmychnęła wówczas stamtąd cicho i szybko jak myszka, biegła wręcz do klitki, gdzie mieszkała i wpakowała się matce pod koc), młodziutka służka zdawała się być jak wyciągnięta z innego świata, a raczej bajki, tak była odrealniona we własnym optymizmie i naiwności. Niektórych to irytowało i wzdychali z umęczeniem, gdy zjawiała się, by opowiedzieć kolejną z nieprawdopodobnych opowieści, bądź głośno się śmiać; a inni odnajdywali w niej źródło pocieszenia w przytłaczającej codzienności – służka uśmiechała się tak szeroko, że trudno było nie zarazić się tym uśmiechem choćby na chwilkę. Jedni (służba rzecz jasna, inni nie zawracali sobie głowy gęsiareczką) mieli ją za istotkę zrodzoną w królestwie marzeń, podobną lilii przeczystej bieli, której nikt nie zdążył jeszcze zerwać i pożreć, zbrukać, zdeptać, by w końcu nauczyła się życia, a jeszcze inni za kompletną, wyszczerzoną bez powodu głupiutką gąskę – choć tym akurat Marlene nie zwykła się przejmować.
Dotychczas sądziła, że nie pozostało jej nic innego jak tylko wykonywanie swoich obowiązków, umilanie ich innym, a gdy tylko mogła: pogrążanie się we własnym, cichym królestwie marzeń, gdzie nikt inny nie miał dostępu. Czasami patrzyła na piękne, szlachetnie urodzone damy i wyobrażała sobie siebie na ich miejscu, bez krztyny zazdrości i żalu rzecz jasna: po prostu czasem, gdy była sama, rozglądała się ukradkiem, czy nikt na nią nie patrzy i wyciągała ścierkę, którą szorowała ławy, niby własnoręcznie wyhaftowaną chusteczkę, którą darowała cnemu rycerzowi. On w jej myślach wkładał ją pod zbroję (niekoniecznie lśniącą) i podczas walki trzymał pod sercem. Później śmiała się w głos i wracała na ziemię, marząc jedynie o misce ciepłej, treściwej zupy.
Teraz miała jednak wrażenie, jakby jedno z tych pragnień się ziściło – a przynajmniej zaczęło. Szlachetny rycerz, ba! lordowski syn ja mniemała, zwrócił na nią uwagę i pomógł jej, zwykłej służącej.
Chciałbym Cię zabrać ze sobą… – dalej już nie słuchała, miała wrażenie, jakby się jej ziemia spod nóg waliła. W ogóle, w najmniejszym nawet stopniu nie podejrzewała go o niecne zamiary, chociaż matka od lat tłukła jej do głowy, że na mężczyzn trzeba uważać. Ale to przecież rycerz, prawda? Musi być szlachetny, podpowiadał głosik w głowie.
-Mnie też… mnie również przykro, panie. – wydukała zarumieniona, z oczami jak talerza. Podobna deklaracja zawstydziła ją na tyle, że opuściła spojrzenie i wbiła je we własne pantofle.
Serce jej biło szybko i mocno, podobne do kolibra w maleńkiej klatce, a on kazał jej odejść. Podobny zawód i smutek nigdy nie malował się na twarzy Marlenki, lecz nie pozostało jej przecież nic innego, jak tylko odwrócić się i odejść z tym nieszczęsnym wiadrem wody oraz bolącym sercem.

Całe późniejsze popołudnie i wieczór chodziła jak struta, na przemian z entuzjazmem. W jednej chwili radowała się niezmiernie, że spotkało ją wreszcie coś podobnego, że przecież marzyła o takiej chwili, a ten mężczyzna – jak zdążyła się dowiedzieć – sir Devon Frey – zapewne pozostanie jeszcze w Harrenhal, choć niedługo. Z drugiej zaś strony miała palącą świadomość, że na pewno wyjedzie i o niej zapomni, o ile już tego nie zrobił, a to przyprawiało ją o ból brzucha i głowy. Przygotowując kolację w wielkiej, gorącej kuchni była tak nieuważna i rozkojarzona, jakby znowu miała zaledwie kilka dni imienia. Matka próbowała wyciągnąć z Marlene, co się stało, bo przecież znała dziewczynę jak nikt inny, a z jej gładkiej twarzy można było czytać jak z księgi; ona jednak odpowiadała jedynie, że ogarnia ją smutek na myśl o zimie, a ona nie ma wciąż grubszej sukni. A do tego wszystkiego jedna z kucharek boleśnie przyłożyła jej w ręce, gdy za grubo obierała ziemniaki.
Było przeraźliwie zimno, gdy wreszcie mogła położyć się spać, nucąc pod nosem piosenkę, którą matka śpiewała jej, kiedy była maleńka.
Chyba już można iść spać,
Dziś pewnie nic się nie zdarzy.

Mroźny wiatr łopotał brudnym materiałem, który zawiesiły w okiennicy, by choć trochę oddzielić się od chłodu nocy. Marlene przyszła do komnatki jako ostatnia, musiała więc ułożyć się pod tym otworem do piekieł.
Chyba już można się położyć,
Marzeń na jutro trzeba namarzyć.

Jako dziecko poprawiała matkę, powtarzając nasmażyć, nasmażyć i wciąż chichotała pod nosem, gdy sobie to przypominała. Ułożyła się do snu, nie zzuwając nawet butów, inaczej zmarzłyby jej stopy.
Długo nie mogła zasnąć.
Przewracała się z boku na bok, nie tylko z powodu zimna, lecz i wspomnienia dziwnego spotkania tego popołudnia. Wzdychała, biła dłonią w poduszkę, kuliła się do embrionalnej pozycji, przewracała z brzucha na plecy i z boku na bok, a wciąż było jej niewygodnie i nieswojo. Bardzo wręcz nieswojo. Zaciskała oczy, zmuszając się do snu, świadoma, że bezsenna noc nie będzie wymówką, by wymigać się od pracy, która czekała nań nazajutrz.
Ledwie Marlene udało się zasnąć niespokojnym snem, a przebudziło ją jakieś dziwne uczucie: na początku myślała, że coś po prostu jej się śni i mruknęła pod nosem kilka niezrozumiałych słów. Zajęło jej chwilę, by spostrzec się, że tak naprawdę nie jest na swoim posłaniu.
A ponadto: to nie był sen, w najmniejszym stopniu.
Ktoś ją niósł, a po silnym uścisku na talii wnioskowała, że to mężczyzna. Zapach, szorstka skóra, umięśnione ciało – wszystko o tym świadczyło i Marlene zabrakło języka w gębie, zresztą krzyk i tak na niewiele by się zdał, ów osobnik bowiem zasłaniał jej usta.
Była po prostu przerażona.
Nie wiedziała co się dzieje i z jakiej przyczyny, lecz była świadoma, że w starciu z silnym mężczyzną nie ma najmniejszych szans. Niemal załkała w duchu, gdy pomyślała, że wszyscy wokół mieli rację: w końcu i ją musiało dopaść jakieś nieszczęście. Marlene zaczęła się szamotać, w żałosnej próbie obrony, aż wreszcie, gdy znaleźli się na zewnątrz…
-To ja.
Po kręgosłupie przemknął jej dreszcz i nie bardzo wiedziała, czy to z powodu przeraźliwego zimna, czy tego, iż jej porywaczem okazał się nie kto inny jak sir Devon – o którym rozmyślała nieustannie, odkąd tylko kazał jej się oddalić. Jakąś cząstka służki uradowała się na jego widok, na te słowa tak bardzo, że miała ochotę się uśmiechnąć – ale nie zdążyła, bo obdarzył jej usta pocałunkiem. Pierwszym w życiu Marlene pocałunkiem, a jej serce prawie wyskoczyło z piersi.
Była zbyt zszokowana, by cokolwiek mu odpowiedzieć. Przywykła do rozkazów, zwłaszcza od ludzi takich jak on i wykonywała je niemal bezwiednie, a jeszcze coś sprawiało – najpewniej głupota, naiwność i jeszcze głupsza wiara w ludzi – że mu ufała. Skinęła głową na znak zgody, wpatrując się w przystojną twarz Freya szeroko otwartymi, pełnymi zdziwienia oczyma i przyjęła jego płaszcz z wdzięcznością, natychmiast się nim opatulając jak kocem.
Był ta wielki, że zniknęła pod materiałem całkowicie, a kaptur zasłonił pole widzenia – mogła jedynie pisnąć głucho, gdy poderwał ją z ziemi jak laleczkę i posadził na siodle. Jakież to było dziwne uczucie, gdy znalazł się zaraz za nią – nigdy wcześniej nie była tak blisko któregokolwiek z mężczyzn, a teraz czuła ciepło bijące od jego ciała, ciężki oddech nad uchem, jego zapach.
Problem tkwił także w tym, iż Marlene nigdy wcześniej nie jeździła konno.
Raz, kiedy małą dziewczynką, stary stajenny posadził ją na grzbiecie konia należącego do samego lorda, gdy nikogo nie było w pobliżu; zwierzę jednak, niezadowolone z jej obecności, prawie zrzuciło ją z grzbietu. Nie tylko więc nie miała okazji jeździć na tych zwierzętach, a zwyczajnie się ich bała – innym razem jeden kłapnął zębami tuż koło jej ramienia. Mroźne powietrze zaparło Marlene dech w piersi, lecz nie pozostało jej nic innego jak złapanie się kurczowo za siodło i modlenie, by sir Frey nie pozwolił jej z tego siodła zlecieć.
Milczała przez wiele mil. Nie mogła nawet obejrzeć się za zamczyskiem, które dotychczas było jej domem – gdzie wciąż miała matkę. Nie potrafiłaby wyrazić słowami, jakie uczucia wtedy się kotłowały w drobnym ciele. Radość poplątana ze strachem i niepewnością. Niepokojem, że matki nigdy już nie spotka i smutkiem, bo była pewna, iż oszaleje ona z rozpaczy, gdy nie będzie mogła odnaleźć córki. Miały przecież tylko siebie.
-Panie… – wydukała w końcu, gdy nad horyzont rozjaśniła łuna światła, a gwiazdy jęły blednąć, ustępując miejsca jasności nieba. – Dlaczego to zrobiłeś, panie?
W jej głosie nie było wyrzutu, ani żalu – chciała po prostu wiedzieć dlaczego, by w końcu uspokoić serce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Bliźniaki
Liczba postów :
208
Join date :
25/09/2014

PisanieTemat: Re: Marlene i Devon Frey   Sro Kwi 27, 2016 10:55 pm

Takie trochę soft porno, +17,5

Ponad wszystkimi przyjemnościami świata, Devon Frey najbardziej doceniał te, które mógł odczuć na własnej skórze – duchowe uniesienia nie mogły równać się z empirycznymi doświadczeniami, zwłaszcza, gdy obiektem badań było szczupłe, jędrne i młode ciało kobiety wprawiającej zwykle chłodną krew we wrzenie. Na wpół paraliżujące poczucie bezwładności ogarniało wszystkie członki, wyłączało wszelkie procesy myślowe i powoływało do życia pierwotny, animalistyczny instynkt, który domagał się wyłącznie bliskości. W tym pragnieniu tkwiło coś osnutego tajemnicą, jakby zmysłowość sama w sobie stanowiła dla dziedzica Bliźniaków zagadkę – i najpewniej właśnie tak było. Jak każdy mężczyzna kierował się wyłącznie chucią, której żar, choć gorący, zwykle wygasał wraz z zaspokojeniem własnych potrzeb – czasami  pragnienie było na tyle palące, iż jego ugaszenie wymagało użycia siły, wszystko zaś w imię pierwotnej energii rozlewającej się po ciele wraz ze wrzącą juchą. Nie było w tym niczego, co można określić mianem romantycznego bądź, jak naiwnie postrzegała to Marlene, szlachetnego. Mężczyźni pragnęli wyłącznie wilgoci między udami kobiet i ich pełnej gotowości do oddania własnych ciał natrętnym pocałunkom i pozbawionemu delikatności dotykowi.
Zwykle tak właśnie bywało – płacąc za kurwę, Frey nie oczekiwał mistycznego połączenia dusz i wzajemnego zaspokajania pragnień; liczyły się wyłącznie jego potrzeby, jego upodobania, jego wygoda oraz, rzecz najbardziej istotna z perspektywy kurtyzany, jego pieniądze. Kilka brązowych gwiazd i garść miedziaków potrafiły zadziwiająco skutecznie pozbawić relację jakiegokolwiek uczucia, choćby tak prozaicznego sympatii – pozostawał wyłącznie seks.
Ale dziś… dziś było inaczej. Od początku do samego końca wszystko odbyło się jakby na opak, bez jakiejkolwiek logiki, którą do tej pory dostarczyło życie – oczywiście, uprowadzenie śpiącej dziewczyny miało w sobie coś z gwałtowności… lecz nie było gwałtem. Niesienie jej przez mrok nocy posiadało pewną dozę przemocy, ale ta natychmiast zastąpiona została pocałunkiem. W końcu prędkie usadzenie służki w siodle stanowiło jakby przypieczętowanie wszystkich tych incydentów – od tego momentu nie było już odwrotu.
I Devon Frey nawet o nim nie myślał.
Kilka pierwszych mil zarówno on, jego ludzie jak i najbardziej zagadkowa postać tej wyprawy, skryta w fałdach zbyt dużego płaszcza dziedzica Bliźniaków, pokonali w całkowitym milczeniu. Czas wyznaczał jedynie tętent końskich kopyt i łopoczący na pędzie materiał przyodziewku – w innych okolicznościach, pozbawiony wierzchniego okrycia Frey najpewniej już szczękałby zębami, klnąc w duchu na ciągnący z Północy wiatr, lecz przed chłodem w niewielkim stopniu chronił go ktoś po stokroć skuteczniejszy od płaszcza.
Nawet przez gruby materiał czuł bijące od Marlene ciepło – było jak delikatne promienie wiosennego słońca, zadziwiająco nieśmiałe i łaskawe jednocześnie; zdrętwiałe od dzierżenia wodzy dłonie pragnęły skryć się w pobliżu szczupłego ciała, odnaleźć na gorącej, jędrnej skórze upragnioną ulgę i zapomnieć o chłodnych pocałunkach wiatru. Ochota była na tyle mocna, że Frey mocniej objął dziewczynę w pasie, na krótki moment zanurzając nos w materiale kaptura, który skrywał złote jak pszenica włosy – dziedzic Bliźniaków sprawiał wrażenie niemal nieobecnego, jakby pogrążył się w głębokim transie, trwającym aż do chwili, gdy niebo na wschodzie jęło broczyć pierwszymi promieniami słońca. Wstający świt był dla Devona wyraźnym znakiem, że przebyli wystarczająco długą drogę, aby pozwolić sobie na moment wytchnienia – leczy kiedy tylko ściągnął wodze, znacznie zwalniając koński pęd, martwą ciszę poranka przerwał cichy, kobiecy głos.
Dlaczego to zrobiłeś, panie?
Obawiał się tego pytania, choć doskonale wiedział, że w końcu padnie. Obawiał się go, ponieważ nie miał wystarczająco wiele czasu, by znaleźć na nie odpowiedź – logiczną, spójną odpowiedź, która stanowiłaby ratunek przed szaleństwem, jakiego się dopuścił, wykradając służkę z jej własnego łóżka.
Tyle tylko, że w tym wypadku nie można było mówić o choćby krztynie logiki – to ostatnia rzecz, jaką Frey mógł przejawiać podczas ubiegłej nocy; zamiast zdrowego rozsądku była wyłącznie ta niewytłumaczalna, w pełni irracjonalna potrzeba zabrania Marlene z Harrenhal. Devon nagle zaczął postrzegać to jako swój obowiązek – nie tylko chciał, ale musiał ją wywieźć, i to jak najprędzej, bez cienia wahania, bez choćby momentu na namysłu.
Dlaczego?
Po raz pierwszy poczuł wobec kobiety coś więcej niż jedynie potrzebę zawarcia intratnej umowy. Po raz pierwszy spotkał kobietę, która nie pragnęła takiej umowy. Po raz pierwszy odniósł wrażenie, że taka umowa nie będzie już potrzebna – liczyło się wyłącznie tu i teraz. Tu i teraz, na Królewskim Szlaku wiodącym do Bliźniaków, tu i teraz, w bladym słońcu wstającego dnia, tu i teraz – kiedy Frey doskonale czuł ciepło Marlene.
Tu i teraz – kiedy pragnął znacznie więcej, niż tylko jej ciepła.
- Devon – cichy szept bez przeszkód dotarł do dziewczyny – dziedzic Bliźniaków pochylił się nieznacznie w siodle, przysuwając policzek do ukrytej pod kapturem skroni Marlene. – Kiedy inni nie słyszą, mów mi po imieniu.
W momencie, w którym Frey wyprostował się w siodle, jedna z jego dłoni puściła skórzane wodze i ledwie uderzenie serca później spoczęła na szczupłym, napiętym od jazdy konnej udzie dziewczyny – Devon pozwalał rumakowi na lekki trucht, milcząc przez dłuższą chwilę, zupełnie jakby spokojny ruch zwierzęcia miał być odpowiedzią na pytanie Marlene.
- Sądziłem, że to oczywiste – właściwe wyjaśnienia zaczęły padać nagle, jakby Frey obawiał się, że kolejny moment zwłoki już na zawsze pozbawi go możliwości powiedzenia prawdy. Dotychczas nieruchoma dłoń przesunęła się nieznacznie w górę ciepłego uda, wraz z tym niepozornym gestem odnajdując drogę pod poły ciężkiego płaszcza.
Jesteś piękna.
Palce odnalazły drogę ku szorstkiemu materiałowi nocnej koszuli, w której dziewczyna opuściła Harrenhal – i nagle do Devona dotarło, że będzie musiał kupić jej ubrania, sukienki, buty, płaszcz, wstążki do włosów… ta myśl wywołała na jego ustach uśmiech, irracjonalny, niewymuszony uśmiech, jakby coś równie błahego sprawiało mu największą przyjemność.
- Kiedy się poruszasz, wyglądasz, jakbyś tańczyła.
Teraz doskonale czuł bijące od niej ciepło – kolejne, gorące fale uderzały w niego, gdy przesunął dłoń jeszcze wyżej, gdy musnął kciukiem biodro, gdy palce spłynęły między rozchylone, napięte uda, przez materiał nocnej koszuli docierając do źródła rozpalenia. Było to jak wykradanie tajemnicy pod osłoną nocy, lecz miało mistyczny magnetyzm, który nie pozwalał przestać. Doskonale słyszał przyspieszony oddech Marlene i domyślał się, że w tym względzie jej nie ustępuje – pamięta doskonale moment, gdy jeszcze ciaśniej przywarł do pleców dziewczyny, czując, jak drastycznie narasta jego pożądanie. Żałował, że pod płaszczem nie jest naga, żałował, że on nie jest nagi, żałował, że nie znajdują się w łożu, żałował, że nie może w pełni docenić jej piękna – przynajmniej nie teraz.
- Masz uśmiech, który zaparł mi dech w piersiach.
O tym, jak mocno jej pragnął, najlepiej świadczył ton głosu – zachrypnięte nuty wydobywały się ze ściśniętego pożądaniem gardła, zaś dotyk jedynie pogłębiał to uczucie. Każdy kolejny ruch, każda kolejna podróż stawała się dokładniejsza, bardziej pewna, doskonalsza – ośmielone palce zataczały na gorącej kobiecości niespieszne kręgi, przy każdym kolejnym poruszeniu coraz odważniej zahaczając o delikatne wargi.
- Zatrzymamy się w Darry, Marlene… i tam wybierzesz sobie, co tylko zechcesz, dobrze?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Marlene i Devon Frey   

Powrót do góry Go down
 

Marlene i Devon Frey

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Walder Frey
» Emrys Frey
» Marlene Malkin

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Karczma :: Strefa Mistrza Gry :: Retrospekcje-