a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Yvienne Swann i Aylward Baratheon



 

 Yvienne Swann i Aylward Baratheon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Yvienne Swann i Aylward Baratheon   Sob Paź 31, 2015 12:35 pm


Stonehelm, dziewiąty księżyc 263 AL

*link*
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Yvienne Swann i Aylward Baratheon   Pon Gru 07, 2015 11:18 pm

Kąciki ust unoszą się w wesołej igraszce.
Duchowo wyjałowiony?
Nie. Już nie.
Milczenie spływało na niego jak ciężka, jedwabna kurtyna barwy nocnego nieba, jedynie gdzieniegdzie poprzetykanego srebrnymi gwiazdami – mógłby skryć się pod tym materiałem, w mroku własnych myśli, pośród ciszy własnych wspomnień, między ciasnotą własnej duszy. Mógłby trwać tak wiecznie, pozornie schowany przed światem, w rzeczywistości zaś wystawiony na każde jego uderzenie – owszem, mógłby.
Ale nie musiał.
Wszystkie przymusy już dawno pozostawił za sobą, doskonale wiedząc, że nikt nie będzie w stanie wywrzeć na nim wystarczająco mocnego wrażenia, by miał usłuchać rozkazu. Polecenia stały się nietrafionymi strzałami wypuszczonymi ze źle nastrojonej kuszy – teraz pozostało wyłącznie nienasycenie, ten głód przygody, tęsknota za otwartą przestrzenią, wciąż żywe wspomnienie galopu. Zapach wiatru. Uderzenia wiatru. Wycie wiatru.
Potrzebował tego. Potrzebował jak ranny makowego mleka, jak grzeszna dusza zbawienia. Wyrwać się, uciec, wpaść w sam środek burzy tylko po ty, by z elementu składowego stać się jej epicentrum – czy to aż tak wiele? Rozpętanie kolejnego piekła było kwestią jednej śmierci, odebraniem zaledwie jednego życia. Wystarczy tak niewiele – złapanie za włosy, pociągnięcie głowy w tył, odsłonięcie krtani… a później? Później tylko sztylet prześlizgujący się po gardle, z którego nie wyrwie się nawet jeden krzyk rozpaczy. Jedna śmierć to kropla w morzu. Jedna śmierć jednego Dornijczyka. Jedna śmierć… jednego księcia.
Wszak mają ich na pęczki.
Tyle, że już podczas myśli przychodziły wątpliwości – wkradały się w umysł jak pchły ze starego, karczemnego materaca wskakujące za kołnierz. Wpychały się tłumnie pod czaszkę i kłębiły tak długo, aż na powierzchnię jaźni nie wypłynęło piskliwe tak się nie godzi.
Śmierć jeńca to ujma na honorze. Nawet, jeśli jest nim tylko jeden Dornijczyk, którego i tak należy posłać tam, gdzie jego miejsce – wprost do piekła. Tak zimnego i tak niedostępnego, jak tylko to możliwe.
Zabawne, jak niewiele trzeba, by rozpętać kolejną wojnę – wystarczy jeden szaleniec u sterów, a zatonie cała załoga statku. Uratują się wyłącznie na tyle sprytni, by wsiąść do szalup, bądź na tyle głupi, by przez własną głupotę unosić się na wodzie niczym główki kapusty. Jeden szaleniec… bądź ktoś, kto szaleństwa się dopuści. W królestwie nie brakowało wszak wytrwanych manipulantów, ludzi, którzy od dnia narodzin stawali się trybikami w trzeszczącej machinie władzy – ich drugim imieniem była Obłuda, mamką zaś Zdrada. Żyli pośród nas, oddychali tym samym powietrzem, pili równie słabe piwo i zagryzali chlebem od tego samego piekarza. Istnieli, mniej bądź bardziej widoczni… ale zawsze obecni.
I zawsze gotowi.
Tym bardziej surrealistyczna jawiła się Baratheonowi rzeczywistość w Stonehelm – o mury rodowego zamku Swannów rozbijała się niemal każda intryga, niemal każdy spisek. Pośród rodów Pogranicza było coś dziko nieuchwytnego, zupełnie jakby z chwilą narodzin otrzymywali dar niezależności, dar, który pozwalał im przetrwać bez uszczerbków na zdrowiu, dar, dzięki któremu mogli spokojnie zasypiać nocą, bez najmniejszej obawy ostrzem skrytobójcy. Spośród wszystkich mieszkańców Pogranicza z kolei, największą ilość daru otrzymała drobna, rudowłosa córka Lorda Stonehelm.
Dar silny, bowiem nieświadomy.
Nie wiedziała, nie zdawała sobie sprawy z tego, jak kojącą jest kobietą – gdyby Dziewica zechciała zstąpić z niebios na padół łez i cierpienia, Yvienne Swann najpewniej znalazłaby miejsce pośród jej orszaku, równie nadobna i łagodna, co skroplona poranną rosą lilia.
Każdy jej ruch był syntezą delikatności – zupełnie, jakby obawiała się, że w jakiś sposób może skrzywdzić powietrze. Bawiło to Aylwarda i rozczulało jednocześnie: nie wiedział, nie był pewien, czy może uśmiechać się na widok długich rzęs rzucających na policzki cienie, czy też winien odwrócić wzrok, byleby tylko nie naruszyć eterycznej prywatności panny Swann. Uznał w końcu, iż najbezpieczniej będzie się pomodlić, przeto od dwóch kwadransów zagorzale klepał formułę do Wojownika, zastanawiając się, czy zdąży przed otwarciem pierwszego przybytku cielesnych uciech.
Choć – po prawdzie – wcale nie miał ochoty się tam udawać.
Nie dzisiaj.
Nie, kiedy Yvienne nagle wstała, pozostawiając go samego, milczącego, znużonego pośród cichych murów septu.
Kolana chętnie pożegnały się z zimną posadzką – Baratheon dźwignął się sprężyście, krótkim, żołnierskim półobrotem zwracając się ku otwartym drzwiom świątyni. Wiedział, że nie musi się spieszyć. Wiedział, że ona będzie na niego czekać, cicha i spokojna, pogrążona w myślach, do których on nigdy nie będzie miał dostępu.
Wiedział o tym… i szanował jednocześnie.
Gdy zatrzymał się obok Yvienne, nie powiedział nic – nie spojrzeli nawet na siebie, w najgłębszym milczeniu wzrok kierując ku otaczającemu ich światu. Spoglądali wspólnie na potoki wody w rynsztoku, na lśniący bruk niewielkiego rynku. Kamienie pochłaniały nieliczne, żółte światła pochodni, zafałszowywały je, zwracały złamane refleksy.
Z podwórka na rogu ulicy dobiegły ich wrzaski kotów. Najpierw głośny, histeryczny krzyk, po nim stłumione zawodzenie na dwa głosy, na koniec jednostajny, cichy, zrezygnowany szloch, jakby zabrakło nadziei i sensu. Płacz zagubienia.
Krzyczą z miłości. – jasne, niebieskie spojrzenie w końcu spoczęło na niższej o dobrą głowę pannie – tęczówki Baratheona zdradzały rozbawienie, choć na jego ustach ciężko było doszukiwać się uśmiechu. - Czy wiesz, pani, że koty parzą się właśnie zimą, w najchłodniejsze dni? Przynajmniej tak twierdzi mój starszy brat. Orys zawsze chciał mieć kota, ale pan ojciec mu nie pozwalał, więc przed dziesięcioma laty zarzekł się, że po ożenku na pewno sprawi sobie jednego. – napływający od strony gór ziąb siekł i palił ich twarze. Aylward chuchnął spokojnie, by jego oddechy zmieszał się z siwą mgiełką oddechu Yvienne – dopiero teraz zauważył, że nie miała rękawiczek; bez słowa zsunął własne z dłoni i krótkim, stanowczym gestem zmusił ją, by je założyła. Były to wyświechtane, niezgrabne skórzane rękawice do konnej jazdy, wyraźnie tęskniące za czasami świetności. Póki co mógł podarować jej wyłącznie tyle.
Bądź aż tyle.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Stonehelm
Liczba postów :
259
Join date :
07/09/2014

PisanieTemat: Re: Yvienne Swann i Aylward Baratheon   Wto Sty 05, 2016 10:34 pm

W piersi nasilał się smutek, którego źródło wciąż pozostawało niejasne (być może dlatego było to tak smutne?). Nie wiedziała, co ma ze sobą począć – pogrążone w mroku Stonehelm zdawało się równie odległe, co rozciągające się ponad głową konstelacje odległych, migoczących punkcików.
Nie przepadała za tym uczuciem. Zagubienia. Przejmującego żalu za czymś utraconym, za czymś, czego nie potrafiła odzyskać… i czego nie mogła nazwać. Śmierć brata? Nie, jak Bogowie jej mili. To nie to – nie znała go zbyt dobrze, powrócił do Siedmiu Królestw wyłącznie po to, by poczuć na ustach pocałunek Nieznajomego… zatem skąd ten smutek? Skąd przekonanie, że już nic nie będzie takie samo, że pozostawiła za sobą dawne życie, a jedyne co może ją czekać to ta przerażająca, lśniąca od deszczu ciemność?
Podczas podobnych momentów – tych chwil, gdy zwątpienie, samotność i niemal dziecięce zagubienie biorą górę – Yvienne zwykle uciekała do cichego, ukrytego świata ksiąg. Wiedziała, że czekają na nią w bibliotece: niezliczone tomy zakurzonych, milczących przyjaciół, którym będzie mogła zwierzać się z każdego problemu, z każdej, nawet najmniejszej wątpliwości. Było w tej świadomości coś pocieszającego, zupełnie jakby każdy z woluminów miał możliwość ochronienia panny Swann w godzinie ostatecznej próby: i pomimo naiwności tej myśli, Yvienne po dziś dzień potrafiła odnaleźć pocieszenie pośród cieniów i niedomówień biblioteki.
Było to bezpieczne, było to nieszkodliwe, było to wyłącznie jej.
Tymczasem teraz okazało się, że nie przed wszystkimi problemami można czmychnąć pomiędzy stronnice ksiąg – właśnie teraz boleśnie przekonywała się, jak niewiele wiedziała o prawdziwym życiu, próbując wyczytać je z wersów woluminów.
Żadna okładka nie mogła ochronić jej przed Aylwardem – żadne, nawet najcięższe tomisko nie było w stanie wygnać z jej umysłu obrazu błękitnych oczu i twarzy, której nie da się tak po prostu zapomnieć. Mogła próbować, mogła podejmować mozolny trud odnalezienia dawnej równowagi, jednak nawet upływ czasu i całkowita izolacja przed zewnętrznymi bodźcami nie byłyby w stanie zetrzeć ze skóry wspomnienia ust Baratheona, które musnęły jej dłoń.
Zrozumiała, że to było przejawem prawdziwej naiwności – myśl, przelotna jak wirujący w powietrzu płatek śniegu, ta przeklęta myśl, że mężczyzna jego pokroju oraz sławy mógłby oddać serce dziewczynie… takiej, jak ona. Żyjącej na marginesie świata, tak wyobcowanej, że nawet sobie jawiła się jako ktoś zupełnie nieznany.
Wtedy jednak w jej umyśle kiełkowała zdradliwa nadzieja – skoro tak rzeczywiście jest, skoro sprawy mają się tak, jak je pragniesz przedstawić… dlaczego on wciąż tu przebywa? Dlaczego towarzyszy ci do septu, dlaczego zgadza się na wspólną modlitwę, dlaczego śmieje się z twoich – zabawnych zresztą – spostrzeżeń i dokłada wszelkich starań, byś wróciła bezpiecznie do komnaty?
Jedno słowo, Yvienne: dlaczego?
Zadarła nieznacznie podbródek, jakby pragnęła odnaleźć odpowiedź na nękające ją pytania w pochmurnym, ciężkim niebie: Bogowie milczeli jednak jak zaklęci, najpewniej zajęci własnymi sprawami bądź zbyt rozbawieni sytuacją, której świadkami byli.
Nawet, gdy na jej policzek spadła pojedyncza, niewielka kropla deszczu, nie mogła poczytać tego jako zwiastujący szczęście znak.
Wiedziała wszak, że wszystko, co Aylward Baratheon robił w Stonehelm, robił z troski i życzliwości wobec córki Lorda. Co więcej, Yvienne z pewnością czułaby się irracjonalnie dotknięta, gdyby tylko Namiestnik Pogranicza się o nią nie troszczył – i doskonale wiedziała, iż w swym paradoksalnym zachowaniu była wobec niego niesprawiedliwa… co z kolei pozwalało jej przypuszczać, że może właśnie dlatego złości ją niemal każde słowo, wypowiedziane czy też przemilczane przez Aylwarda.
O, tak.
Był nieznośny przez tę swoją uprzejmość, w dodatku natarczywie się z nią liczył, zupełnie jakby jej zdanie miało tu jakiekolwiek znaczenie!
Zmarszczyła nieznacznie brwi, słysząc za swymi plecami kroki – i choć grymas ten miał nadać jej twarzy srogi wyraz niezadowolenia, Yvienne była pewna, że na myśl przywodzi raczej rozsierdzonego kota, którego ktoś pogłaskał tam, gdzie tego nie lubi. Przez chwilę gotowa była nawet wyrzucić z siebie „oddajże mój święty spokój, któryś skradł jak najgorszy rzezimieszek”, nim jednak zdołała rozchylić usta, to złodziej odezwał się pierwszy.
I natychmiast przypomniał pannie Swann, dlaczego tak mocno i obłędnie uzależniła się od jego obecności.
Jego głęboki głos płynął w jej stronę spokojną falą, miodowo-cynamonową, zadziwiająco ożywczą. Był jak napar o smaku i woni serdecznych uczuć, kiedy więc umilkł, przez krótką chwilę Vienne zdawała się sobie jeszcze bardziej nieznośna niż przedtem – zupełnie, jakby utraciła drobną pamiątkę z dzieciństwa… nie mogła jednak nie przyznać mu racji.
Kiedy koty są zakochane, krzyczą. Nie mają dobrych manier i nie liczą się z niczym. Wcale. Są przy tym wolne, wolniejsze niż przysłowiowe ptaki – doznają wszak najcenniejszego ze znanych uczuć.
- Myślę, że zakochany kot może czuć się tak, jakby czyjaś ręka trzymała go i ściskała z wielką mocą. To fizyczny, palący ból. – próbowała uśmiechnąć się lekko, by słowa nie brzmiały tak poważnie – zamiast tego podniosła wzrok na Aylwarda dokładnie w chwili, w której leniwa mgiełka ich oddechów starła się ze sobą w powietrzu, a ręce Baratheona przekazywały jej nagrzane rękawice – Yvienne bezwiednie musnęła palcami jego dłoń, szorstką w dotyku jak proch, lecz zaraz się opamiętała. Cofnęła rękę, z trudem powstrzymując się od przeprosin za ten dotyk bez pozwolenia.
- Wracajmy do zamku. – tym razem to jej słowa jako pierwsze przerywają ciszę i – co już stało się tradycją – to ona wykonała pierwszy krok przed siebie, starając się ukryć drżenie niemal całego ciała – drżenie nie mające nic wspólnego z nasilającym się chłodem, o czym na całe szczęście on nie mógł wiedzieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Yvienne Swann i Aylward Baratheon   Pon Lut 01, 2016 12:54 pm

Puste butelki ścieliły dróżkę jego życia. Głosiły własną, niepowtarzalną historię.
Były lekarstwem, które zwalczało demony przeszłości. Dzięki nim (przez nie) nigdy nie był sam. Zawsze istniało ty i ja, ty i ja złożone z dwóch obcych sobie tworów. O kim mówi? Przecież nie o kobietach. Nie o dwóch, stanowiących swoje zaprzeczenie (choć pod pewnymi względami niepokojące identycznych) kobietach, które – jak sądził – mógł kochać wiecznie.
Ty i ja.
Cóż, oczywiście mówi o sobie i o tym stworzeniu, które żyje w nim, przyczajone w swym gąbczastym leżu, szpiegując nieświadomych niczego śmiertelników. Tajemne monstrum w jego wnętrzu, chory potwór, który umiera jeszcze szybciej niż człowiek, na którym pasożytuje.
Aylward wmawiał sobie, że pije z tego samego powodu, dla którego się zajmuje drugorzędną literaturą, zwykle przyswajaną znacznie szybciej od nudnych, politycznych traktatów. Nie po to, by zapomnieć, ale by pamiętać, odblokować przeszłość i odnaleźć siebie samego na nowo – niczym doskonale uformowaną pestkę w gorzkokwaśnym miąższu owocu. Otwierał każdą butelkę, rozpoczynał każde opowiadanie przeświadczony w cichości ducha, że oto właśnie teraz wreszcie zaczerpnie ów magiczny haust, dzięki któremu się odrodzi. Ale magia, podobnie jak wino, wymaga określonych warunków. Inaczej traci swą moc. Coś takiego na pewno powiedziałby mu Aidan. W niesprzyjających okolicznościach chemia nie zadziała. Bukiet ulegnie zniszczeniu.
Trzymał ich wszystkich w pamięci wyłącznie ze względów sentymentalnych. Na specjalną okazję - okrągłą rocznicę urodzin, czy może kolejną wygraną bójkę – wywlekał ze wspomnień i zmuszał, by duchy przemówiły. Cieszył się, gdy zabierały głos – ale były to głównie nonsensy, metaliczna paplanina, niczym skrzek głosów przypadkowych gości zebranych na tym samym przyjęciu. Ravath, zirytowana relegacją, symuluje głuchotę i często w ogóle odmawia jakiejkolwiek rozmowy. „Łagodna i piękna, o wyjątkowym statusie i szlachetności”, cytuje w rzadkich momentach wylewności. Z lubością przypomina wówczas o swoim młodym ciele, o spragnionych pocałunków ustach. Strasznie się nad tym rozwodzi, jak również nad swoim fiołkowym bukietem i unikalnym ciepłem ciała, Aryana natomiast już dawno temu skwaśniała i odzywa się jeszcze rzadziej – od czasu do czasu wzdycha jedynie ledwo słyszalnie nad swoją dawno utraconą młodością.
A teraz Bogowie sprowadzili … i Baratheonowi pozostało wyłącznie zimne, przenikliwe przerażenie.
Bo wie, że któregoś dnia - dnia, kiedy wszystko będzie się uśmiechać i świecić, wyłoni się wielki tabun chmur czarnych i niskich, niezapomniany, bezwzględny, zabierając błękit na zawsze. Gasząc trzeszczący, pełen życia płomień, jakim jawiła mu się Yvienne.
Niwecząc wszystko – po raz trzeci, i jak sądzi Aylward, najpewniej ostatni.
Męczyły go kąśliwe wyrzuty: iluż pięknych i ważnych rzeczy nie osiągnie przez obawę, że popadnie w stary błąd, że nie skończy na czas, że będzie się cieszyć po raz ostatni, ostatnią falą smutku, bezsilności i nienawiści.
I tak w kółko, punkt po punkcie.
Ból jest pouczający, powtarza Orys z niezmąconym spokojem. Powiedział to po raz pierwszy, gdy Aylward liczył nie więcej niż sześć dni imienia i runął z dachów krużganków – na całe szczęście, miast o bruk dziedzińca, uderzył o świeżo usypaną stertę chrustu, jedną z gałęzi wbijając w lewy bok na niemal dwa cale. Musisz się do niego przyzwyczaić. Wziął wtedy młodszego brata na ręce i zaniósł do maestra, nie mówiąc już ani słowa – sam Aylward milczał jak zaklęty, nie potrafiąc zdobyć się nawet na płacz.
Ból rzeczywiście mógł być pouczający.
Wspomnienie tamtego incydentu zniknęło wraz z kolejnym, ostrym podmuchem wiatru ciągnącym znad morza – ukrywając twarz przed wilgotnym powiewem, spojrzał na Yvienne, z rosnącym rozbawieniem zauważając, jak targane przez wiatr włosy barwy rdzy tańczą wokół jej głowy niczym opętane wolą tańca węże. W przeciągu tej krótkiej chwili przywodziła na myśl boginię sztormu, zupełnie jak…
Elenei.
Z trudem przeniósł wzrok na pogrążone w mroku Stonehelm. Nie chciał, nie mógł, nawet nie próbował odgadnąć jej myśli – wychodząc z septu niemal automatycznie wyciszył własne receptory, sztuczka, której nauczył się jeszcze w dzieciństwie. Nie próbował śledzić jej sygnałów, nie miał zamiaru zgadywać, co o nim sądzi (obawiał się prawdy?). I choć napięte mięśnie drżały z niecierpliwości, a wewnątrz tej wielkiej masy tkwiły białe rusztowania kości, żądające ulgi – nie chciał wiedzieć. Musiał czym prędzej zająć czymś własne myśli, znaleźć ucieczkę przed własnym uporem i skupić się na…
Jej słowach?
Niewiele brakowało, by zaśmiał się głośno, dopiero w ostatniej chwili ukrywając uśmiech w kołnierzu płaszcza.
Uważał ją za dziecko – jeszcze pod Harrenhal sądził, że jest wyłącznie naiwną, młodą dziewuszką, którą przytłoczyła pierwsze, poważna podróż poza rodzinne gniazdo…
… a teraz – teraz zaczął rozumieć, że naiwność szła u niej w parze z przenikliwością, jakiej próżno szukać u którejkolwiek kobiety.
Nazywała świat takim, jakim sama go widziała – a dostrzegała rzeczy, które dla Aylwarda pozostawały tajemnicą. Właśnie dlatego zapragnął się zaśmiać – uderzyła w niego świadomość tego, jak bardzo jej nie docenił i jak mocno pragnie jej to wynagrodzić.
- To banał. – zauważył zaskakująco łagodnie, byleby tylko nie wzięła tego za obrazę. Czoło Baratheona przyozdobił lekki mars, gdy zauważył, w jakim pośpiechu panna Swann cofnęła dłoń. – Nie dlatego, że nie masz racji, lecz… - jego głos zamarł na moment, gdy nagle – zupełnie niezależnie od swej zwyczajowej natury – zapragnął ważyć własne słowa.
Po to, by jej nie zranić.
- Zrozum, Yvienne. Sztuka nie jest moją domeną. Jestem, jak to się mówi… techniczny. Jeśli dostrzegam piękno, chcę je posiąść. Egoizm w tym wypadku jest silniejszy od doznań estetycznych. – ruszył za nią niemal natychmiast, doganiając po ledwie kilku krokach – nim zdołała odpowiedzieć, jego dłoń już ujmowała rękę panny Swann, wsuwając ją pod silne ramię. Uśmiech, choć ledwie dostrzegalny w bladym świetle księżyca oraz w nielicznych plamach światła padających z okien, zdawał się mówić wyłącznie jedno:
Już dobrze, wracamy.
Stonehelm późnym wieczorem okazało się pogrążonym w śnie, spokojnym molochem, po którego korytarzach przemykały spieszące na schadzkę służki i ruszający na wartę strażnicy. Pośród tej przejmującej, kojącej ciszy przez długi czas jedynym dźwiękiem były kroki dwójki ludzi, niespiesznie przemierzających kolejne jardy kamiennych posadzek. Tak długo, aż jedno z nich osiągnie cel.
Aż do momentu ukazania się jasnych, rzeźbionych drzwi, za którymi rozciągało się prywatne, nieskalane królestwo Yvienne Swann.
- Mogę wezwać służkę, kiedy będę wracał – trzy kroki – dokładnie taką odległość zachował Aylward od wejścia do komnaty lordowskiej córki, niespiesznie uwalniając jej rękę spod własnego ramienia. Odnosił wrażenie, jakby czas zwolnił, jakby zatopiony został w gęstej, wonnej melasie – nie potrafił zdobyć się nawet na oderwanie spojrzenia od zarumienionych, ozdobionych piegami policzków Yvienne, co dopiero mówiąc o odejściu. Czekał.
Chciał zaczekać.
Na krótkie, ciche dobranoc, na powłóczyste, lśniące spojrzenie, które byłoby dla niego wymarzonym zakończeniem dnia.
Na pocałunek w porośnięty szorstką szczeciną policzek, co z kolei stanowiłoby ziszczenie choć jednego, palącego marzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Stonehelm
Liczba postów :
259
Join date :
07/09/2014

PisanieTemat: Re: Yvienne Swann i Aylward Baratheon   Wto Mar 29, 2016 8:41 pm

Złotawe płomienie świec w kandelabrach świeciły niepewnie w ciemności. Aylward wypowiadał słowa głębokim i pewnym głosem. Mówił, jakby ciążyła na nim wielka odpowiedzialność, jakby w tamtej chwili precyzja była sprawą najwyższej wagi. Gdyby wziął dłoń Yvienne i zamknął w swojej, nie cofnęłaby ręki. Cicha i zauroczona chwytałaby rozpaczliwie każdy fragment tego intymnego, zbyt prędko przemijającego momentu.
Ciemnoniebieska para oczu spoglądała na pannę Swann poważnie, z trudną do wyjaśnienia determinacją. Aylwarda poniósł zadziwiający, tłumiony zapał. Cichy, porywający patos.
Nagle Yvienne uznała, że bardzo mocno się pomyliła.
Baratheon w podobnych chwilach może być bardzo silny, jeśli chce. Znacznie silniejszy niż ona. Zachowywał zimną krew i odpowiednią odległość, i choć w jego oczach czaiło się coś, co instynktownie przyciągało pannę Swann, nie porzucił raz obranej roli. Nadal był szlachetnym rycerzem, który odprowadzał damę do drzwi.
Tylko – i aż wyłącznie nim.
Yvienne zaakceptowała go takim. Być może nie miała wyjścia, być może przypadła jej do gustu ta cna rycerskość. Gdy mówił, spływał na nią spokój, podobny temu, jaki dotyka człeka po poobiedniej drzemce, spokój przebudzenia przed zmierzchem, gdy czas się zaokrągla, a panna Swann staje się miękka - zarówno ona, jak i wszystko wokół niej.
Uznała, że lubi go obserwować gdy jest tak skupiony i twardy – zachowuje pozory, choć pragnienie tej nocy buja gdzieś poza nim: tak jakby chciał nade wszystko objąć czy otulić Yvienne, jakby pragnął tylko ją zawrzeć, pomieścić w swoim wnętrzu, i był tak pochłonięty dotarciem do całej jej skóry, że prawie nie dbał o to, co, i czy w ogóle, dostanie jej ciało, byleby tylko zwinęła się i skuliła jak płód, spowita nim, jak pisklę pod skrzydłem matki. Chciała i jednocześnie nie chciała mu w tym ulec. Ta ambiwalencja zupełnie ją przytłaczała – znów pojawiło się przerażające uczucie, jakby ponownie była oszukiwana, jakby zawsze coś było na nie. Właśnie wtedy panna Swann, z góry i w każdej sytuacji, każdego podejrzewała, przyjmowała postawę obronną, jakby wokół byli sami wrogowie. Cały świat przeciwko niej.
Przeciwko nim.
Tutaj, w drzwiach własnej komnaty, Yvienne Swann po raz pierwszy dostrzegła w Aylwardzie dziecko, jakim był niegdyś: kochane, hałaśliwe, natrętne, całkowicie niereformowalne, lgnące do każdego, na próżno czyniące zabiegi, żeby rozbawić świat, a kiedy świat nie chce się uśmiechnąć, robiące wszystko, by zmienić pojęcie żartu. Wciskające się zawsze w przerwę w każdej rozmowie, żeby ani na chwilę nie zapadła cisza, przecząca jego istnieniu. Wiecznie odpowiedzialne za podsycanie ognia grupy polanami paplania i wygłupów. Kiedy zabraknie mu polan, wstanie i ciśnie własne serce w płomień kpiny.
Był dobry. Tak dobry, jak tylko może być mężczyzna w tych czasach, w tych okolicznościach.
Oczywiście, miał przywarę, która szczególnie uwierała, była niby wbita pod paznokieć drzazga.
Kobiety.
Cały rodzaj żeński jawi się Baratheonowi jako surowa, zjednoczona instancja, z wyroku której wiecznie miota się i robi swoje stałe miny, aby ją udobruchać, lecz jej nic nie zadowala. Tak jakby czuł bezwiednie, że nie ma i nie będzie dla niego kobiecego zmiłowania, nie pomogą punkty łóżkowe, zbierane niezmordowanie w tabeli osiągnięć, której nigdy nie zdoła zapełnić. Mimo to trwa przy swoim, nie daje za wygraną, wciąż i wciąż zasapany w biegu z alkowy do alkowy, tak jakby rzeczywiście w następnym łożu miano mu wreszcie wręczyć upragniony order, żelazny list z wyróżnieniem zwalniający z dalszej pogoni. Będzie się tak wlókł, dopóki mu sił starczy, od jednego podrywu do drugiego, od żartu do żartu, do jednej kobiety do innej, będzie dyszał i posapywał, i w końcu zrozumie, że nie można tak bez końca.
Yvienne z kolei – najpewniej w przypływie głupoty – była święcie przekonana, że zdoła zmienić Aylwarda. Że jest na tyle wyjątkowa, by ten porzucił życie hulaki i zechciał się ustatkować u, dlaczegożby nie, jej boku.
Tyle tylko, iż realizacja tego na wpół szalonego planu wymagała czasu oraz odpowiednich środków – a panna Swann ich nie posiadała. Nie pozostało jej zatem nic innego, jak uchwycenie się wyjątkowo ostrej brzytwy. Złapanie jej z pełną świadomością przyszłych konsekwencji, które… zmienią wszystko.
To właśnie ten moment – przełomowy jak wyrwa w skutej lodem rzece – miał być milowym kamieniem. Mostem, który należało za sobą spalić i, nie oglądając się na ulatujący ku niebu dym, ruszyć w ukrytą pośród mgły przyszłość.
- Nie trzeba.
Dwa, prędkie słowa, po których natychmiast padły kolejne, nie było wszak choćby chwili na zbędny namysł (ten przyniósłby ze sobą wątpliwości).
- Zechcesz wejść na kielich wina, panie? – nie myślała wcześniej o wydźwięku tego zdania – na dobrą sprawę w tej chwili nie myślała wcale. Zadając pytanie, uniosła wzrok znad splecionych na podołku dłoni i posłała Aylwardowi jasny, nieśmiały uśmiech, który wznosił się z ciemnobrązowych oczu, ożywił szczupłą twarz i natychmiast przygasł i zniknął, gdy Yvienne ponownie pochyliła głowę, postępując w głąb własnej komnaty.
Przez chwilę była przekonana, że oto zaprzepaściła jedyną szansę i spędzi resztę nocy z mokrą od łez twarzą, którą wtuli w poduszkę, by nikt nie usłyszał szlochu.
Jednak wtedy Aylward Baratheon przestąpił próg i zamknął za sobą drzwi komnaty, jeszcze nie wiedząc, nie mając pojęcia, że zamyka za sobą również pewien rozdział życia.
Yvienne przez krótki moment nie wiedziała, co ma ze sobą począć – zamarła na samym środku pomieszczenia, obserwując uważnie ciche, niespieszne kroki mężczyzny i z pełną rozpaczą zastanawiając się, czy w ogóle ma wino.
Spojrzenie na niewielki, dębowy stolik tuż przy uchylonych drzwiach balkonu.
Pełna karafka i tylko jeden kielich. Przecież nigdy nie podejmowała tu gości. A już zwłaszcza nie o tej porze.
- Usiądź, panie, a ja… ja naleję – jakże niezdarne i pokraczne były ruchy, kiedy podeszła do stolika, chwyciła za szklane naczynie i, niemal rozlewając wino, jęła napełniać nim prosty pucharek. Krzeseł było dokładnie tyle, ile kielichów, czyli jedno, na dodatek wiklinowe, więc już sama myśl o Aylwardzie Baratheonie próbującym się zmieścić w tej nieudanej imitacji siedziska…
… nagle uśmiechnęła się z rozbawieniem, bez słowa podając trunek wciąż stojącemu mężczyźnie (najwyraźniej uznał, że nie zaryzykuje zarwaniem krzesełka). Początkowe napięcie gdzieś uleciało, pozostawiając Yvienne wyłącznie z czystym, niewinnym zamiarem podziękowania mu za dzisiejsze towarzystwo – najlepszym przejawem dziękczynienia jest zaś dobre wino. I jeszcze lepsza rozmowa.
Przecież chodziło wyłącznie o to.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Yvienne Swann i Aylward Baratheon   

Powrót do góry Go down
 

Yvienne Swann i Aylward Baratheon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» (NPC) Lord Torrhern Brandon Baratheon
» Kronika rodu Baratheon
» Kronika rodu Swann
» Fion Swann
» Lianne Marsei Baratheon

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Karczma :: Strefa Mistrza Gry :: Retrospekcje-