a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Dziedziniec - Page 4



 

 Dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Dziedziniec   Sob Kwi 27, 2013 3:35 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Wto Lut 18, 2014 12:19 am

[-> Bliźniaki]

Seanse podróżnych teatrzyków, staje pokonywane z pośpiechem i fakt, iż kieruje się w stronę Królewskiej Przystani, gdzie w Czerwonej Twierdzy zasiada Król Siedmiu Królestw, nie pocieszały go w żadnym stopniu. Za nic nie chciałby oglądać twarzy Aerysa, który to teraz wzywał wszystkich swoich podwładnych na ostatnie pożegnanie z Revath Targaryen, jego siostrą i żoną. Sztuczny smutek i melancholia będą musiały towarzyszyć młodemu Lwowi, który postawiony został w cieniu okrutnych wydarzeń. Westeros to niebezpieczne miejsce, gdzie od Północy po Południe, na całej długości panuje zamęt , śmierć i wojny. Gdzie ze wszystkich stron słychać wieści o kolejnych zgonach, czy to z przypadku, czy zaplanowanych skrupulatnie. Zła passa nie ominęła królewskiego dworu, dobrze się stało. Nie żeby Lannister pochwalał jakąkolwiek śmierć, jednak to powinna być nauczka, sroga lekcja logiki. Smok nie potrafił utrzymać w ryzach nawet swojej zapchlonej Czerwonej Twierdzy, wliczając to wydarzenia z koronacji, gdzie został zaatakowany, po czasy obecne.
Zmuszony powrócić tu po niedługim czasie Aart, wyrwany z przeżywania własnego dramatu, wjechał wraz ze swoją strażą na dziedziniec, gdzie już czekała świta powitalna. Widząc trzepoczące na wietrze proporce z lwem na karmazynowym polu, ludzie zaczęli szeptać i plotkować. Tego procesu nie da się zatrzymać. Mieszczaństwo i zwykli chłopi nie znają się na żadnej ogładzie. Przecież każdy normalny człowiek zauważy, gdy ktoś wymawia swe plugawe słowa w nadziei, że adresat ich nie usłyszy. Zawiść ludzka nie zna granic, a Lannisterowie od dawna wiedzą, że ich złote włosy nie są miele widziane w Królewskiej Przystani. Niemniej jednak przyzwyczajony do takowych sytuacji Lew, zachował zimną krew i bez żadnych przytyków w stronę pospólstwa, dotarł ku osóbom przeznaczonym do przywitania jego osoby. Po krótkim popisie manier, ruszył do wnętrza Czerwonej Twierdzy, aby przyszykować się na spotkanie z Królem. Z białowłosym łajdakiem, który nie potrafi utrzymać swojego królestwa w ryzach, wydaje niesłuszne zgody na ataki, tego który brata się z nieodpowiednimi ludźmi.
Po chwili odświeżenia, przekąszeniu lekkiego posiłku, ubrany w odpowiednie odzienie, ruszył w stronę Wielkiej Sali.
[zt-> Wielka Sala]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Kwi 04, 2014 2:19 pm

Opuszczając sept młody Lannister skierował się do swojej komnaty gościnnej, gdzie zamiar miał odświeżyć się przed spotkaniem w sali balowej z innymi wysoko postawionymi wysłannikami z różnych części królestwa. Krzątając się po pomieszczeniu natknął się na księgi, które otrzymał od bibliotekarza napotkanego w czerwonej twierdzy. Jego ciało przeszył dreszcz, coś dało mu znak, że to nie czas na spotkania i rozmowy, a na działanie. W jego oczach ukazało się Casterly Rock, które już od jakiegoś czasu stoi samotne. To miejsce, do którego tęsknił teraz najmocniej, a z którym wiązał ogromne nadzieje. To chyba moment, aby wrócić i zająć się sprawami rodu. Rozmowy o podróżach i o tym, jak bardzo zabolał go fakt, że królowa zmarła, nie do końca były wymarzonym i potrzebnym zajęciem. Jak każdy mądry strateg, po prostu postanowił skreślić ten punkt ze swojej listy "rzeczy do zrobienia".
Zwołał służbę i kazał jak najszybciej spakować swoje rzeczy. Sam wyszedł przed drzwi i powiadomił gwardzistów, aby zebrali swoje manatki i szybko stawili się na dziedzińcu. Do tego czasu wszystko miało być już gotowe. I tak się stało, konie czekały osiodłane, gdy dziedzic Skały wyszedł na zewnątrz, gwardziści w pełnej gotowości czekali na rozkazy. Idealna organizacja i zdyscyplinowanie, jakie panowały w obozach Lannisterów były znane na całe Królestwo, nic dziwnego. Do tego wszystkiego zauważył krzątajace się wszędzie osoby z obozu Arrynów. A więc Reinmar i Nihil ruszają do domu. Nie pozostało mu nic innego, jak poczekać na nich i wyruszyć razem. Przecież i tak mają jechać przez pewien czas w tym samym kierunku. Wysłał swojego posłańca do pary z Orlego Gniazda z wiadomością o chętnym podróżowaniu razem. Gdy ten wrócił z odpowiedzią pozytywną koń Lwa ruszył obok wojownika i Wilczycy.
Bez zbędnych ceregieli rozkazał wymarsz. Kurz podniósł się pod siłą stąpania końskich kopyt, dziedziniec znowu ucichł. Lannisterowie wracają do domu.
[/zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Kwi 04, 2014 3:25 pm

Pośpiech nigdy nie należał do dobrych doradców, choć w pewnych sytuacjach nie miało się wyjścia i dogadanie się z nim należało do jedynych, dobrych rozwiązań. Brak kolejnych listów, które przyniosły kruki z Orlego Gniazda zaczynało budzić niepokój. Jeszcze tego samego dnia, niedługo po zakończeniu ceremonii pogrzebowych oraz dopełnieniu obowiązków przez Reinmara, dziedzic Doliny zarządzał przygotowania do wyjazdu. Nihil, z nieukrywaną ulgą, dopilnowała spakowania swoich rzeczy. Być może gdyby nie posępne okoliczności, czyli widmo ciężkiej choroby Lorda Arryna, bardziej cieszyła by ją perspektywa rychłego zobaczenia nowego domu.
To, jak szybko zbrojni oraz służba Doliny szykowała się do podróży nie powinno nikogo dziwić. Przyzwyczajeni do częstych wypraw oraz kompani wojskowych, ciężej było im usiedzieć dłużej w jednym miejscu niż spakować swoje rzeczy oraz cały obóz. Wychodząc na dziedziniec, małżeństwo z Orlego Gniazda zaczepił posłaniec z wiadomością od Młodego Lwa. Reinmar bez wahania zgodził się na wspólną podróż, zwłaszcza, że nie miał okazji zamienić chociażby słowa z Aartem nie licząc oficjalnych sytuacji. Tymczasem pomógł Nihil dosiąść konia. Damskie siodło, na które musiała się zgodzić, miało odciążyć jej siły w czasie podróży. Towarzyszyć jej miał między innymi polowy medyk, mający oko na jej stan oraz informujący niezwłocznie o każdej konieczności postoju dla dobra dziedzica Orlego Gniazda. Po upewnieniu się, że wszystko jest gotowe, Reinmar sam dosiadł konia, spiął wierzchowca i odjechał wraz ze swoimi ludźmi oraz Lannisterami.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Maj 15, 2014 8:06 pm

/ Wieża Namiestnika

Koło wozu obróciło się powoli i zaskrzypiało. Obróciło się ponownie i znów zaskrzypiało. Orys popatrzył na nie ze złością. Przeklęte koło. Przeklęty wóz. Skupił swą pogardę na woźnicy.
Przeklęty człowiek. Nie ufał mu ani trochę. Jego oczy wciąż wędrowały w stronę Baratheona, zatrzymywały się na nim obraźliwie długą chwilę, po czym szybko zwracały się gdzie indziej. Jakby wiedział o dziedzicu Burzy coś, czego on sam nie wiedział. To budziło w Orysie gniew. Baratheon przeniósł wzrok na kolejnych dwóch towarzyszy podróży, marszcząc lekko brwi.
Przeklęty chłopak z oddziału Aylwarda. Ten sam, który powiódł część armii na wojnę z Martellami i przez całe tygodnie nosił zbroję młodszego Baratheona, by zdezorientować wroga i pozwolić mu myśleć, że Młody Jeleń grasuje w pobliżu Summerhall, nie zaś na drodze ku Stonehelm. Przeklęty chłopak. Z tymi swoimi sztywnymi plecami, siedzący w siodle niczym król na swoim tronie, jakby to, że przyszedł na świat z kształtną twarzą, stanowiło powód do bezgranicznej dumy. Był ładny, schludny i delikatny jak księżniczka. Orys uśmiechnął się ponuro do siebie. Księżniczka z Burzy, oto czym był. Zaś piękno nigdy nie było godne zaufania.
Trzeba by daleko szukać, by znaleźć kogoś mniej pięknego od tego wielkiego dziewięciopalcego drania, który był trzecim towarzyszem podróży Baratheona. Joen, tak bowiem miał na imię, siedział w siodle pochylony niedbale jak wielki wór ryżu. Powolny, ciągle się drapał, pociągał nosem, przeżuwał jak wielka krowa, starając się za wszelką cenę sprawiać wrażenie kogoś, kto nie jest zdolny zabić, kto nie ma w sobie wściekłej furii, istnego diabła. Ale Orys już wiedział, że to pozory. Joen skinął dziedzicowi Burzy głową, a sam Baratheon odpowiedział mu spojrzeniem spode łba. Był diabłem w skórze krowy i nie mógł go zwieść.
- Przeklęta konspiracja. - mruknął do siebie Orys, przeczesując palcami srebrną grzywę konia, którego zaledwie przed kwadransem osiodłał. Biały jak mleko rumak Aylwarda poruszał nerwowo chrapami, wyczuwając na sobie obcego jeźdźca, który mimo wszystko choć po części pachniał tak, jak właściciel. Dumne, czystokrwiste zwierzę rzadko kiedy pozwalało, by ktoś poza młodym Baratheonem choćby zbliżył się doń z siodłem, lecz nawet dla Erratha długa rozłąka z Aylwardem okazała się czynnikiem łagodzącym i niechętnie przyzwolił na podróż z Końca Burzy do Królewskiej Przystani oraz dzisiaj, w drogę powrotną. Orys przechylił się i splunął na ziemię, spoglądając ze złością na plecy trzech, którzy jechali z przodu. Nie mógł wypłynąć z portu, głównie w obawie przed ludźmi pracującymi dla samego króla - ich oczy przenikały nawet ściany Wieży Namiestnika, zatem zniknięcie Gromowładnego z wód zatoki na pewno nie pozostałoby niezauważone. Baratheon musiał opuścić Królewską Przystań jeszcze tego samego wieczora, drogą lądową… oraz w towarzystwie ludzi, którzy odciągnęliby od niego uwagę. Kupcy, wóz z suknami oraz dwóch jeźdźców jako ochrona przez zbójami grasującymi w pobliżu Królewskiego Lasu stanowiły obrazek na tyle powszedni, że strażnicy południowej bramy przepuścili konwój bez problemu.
Teraz trzydniowa droga do Końca Burzy stała przed nimi otworem, zaś sam Orys nie zamierzał zwlekać. Im szybciej wprowadzą warunki pokoju w życie, tym prędzej Burza będzie mogła skupić się na sprawach znacznie istotniejszych… oraz przyszłościowych.

/ zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Za Muru
Liczba postów :
14
Join date :
18/04/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pon Maj 26, 2014 12:10 am

Parująca miska, pełna, gęstej, aromatycznej z wolna gotowanej, rozkoszy. Tego brakowało Yorenowi najbardziej tego dnia. Siedział na drewnianej, ustawionej na zewnątrz jakiegoś gastronomicznego przybytku, ławie i łapczywie pochłaniał swoją potrawkę z koźliny, przepijając słaby, letnim jęczmiennym piwem i przegryzając pajdą, chleba, drugiej już niestety świeżości. Wybrał to miejsce, by wydać nieco, tak bezczelnie prosto zarobionych pieniędzy i zlustrować ludzi przybywających do stolicy. Nie wyróżniał się zbytnio z tłumu, bezbarwnych, cuchnących drogą podróżników. Lustrował, bacznie wszystko i wszystkich, ot takie zboczenie, musiał koniec końców zabić jakoś czas nim przyjdzie mu zgłosić się do bram Czerwonej twierdzy i rozprawić z swoim enigmatycznym pracodawcą   o, tym równie niesłychanie tajemniczej, co on sam robocie. Przeciągnął się, przyłożył miskę do ust i pociągnął solidny łyk, gorącego wywaru. Od razu poczuł się lepiej i wygodnie rozłożywszy się na swoim siedzisku podrapał się po brodzie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pon Maj 26, 2014 1:33 pm

//Królewski Trakt

Podróż nie trwała długo, była jednak męcząca. Pośpiech związany z bliskim terminem ślubu księżniczki, nie był bez wpływu na stan zdrowia rumaków i jadących na nich jeźdźców. Gorąc przytłaczał. Żar wciąż lał się z nieba. Gdy wjechali w granice Królewskiej Przystani, lawirowali między uliczkami. Jeden z ludzi Baratheona znał stolicę jak własną kieszeń, nie sprawiło więc im problemu ominięcie tych najbardziej brudnych zakamarków. Martellówna jeszcze się na nie napatrzy, gdy będzie podróżowała w swojej lektyce, by zobaczyć, dlaczego tutejsze dzieci nie mają tak dobrze jak w Wodnych Ogrodach. Niedługo potem ich oczom ukazała się Czerwona Twierdza.
- Jesteśmy już na miejscu, księżniczko - Derek poinformował ją, choć wiedział, że sama już o tym wie. I pewnie oddycha z ulgą. Duży błąd...
Uciekała z jednej klatki do drugiej. Pomyśleć, że przez najbliższy czas nie będzie mogła wrócić do Słonecznej Włóczni ani zobaczyć Wodnych Ogrodów, to było dość przykre. Wiedział, że Orys musiał ją porwać, bo takie jest prawo wojny. Derek zrobiłby dokładnie to samo. Nie poznał właściwie dornijskiej księżniczki, nie wiedział, jaka jest. Mogła się okazać równie podłą żmiją, co jej brat, który użył trucizny, by pozbyć się Aylwarda. Są zasady, których jednak się nie łamie. Trucizna to broń tchórzy i kobiet. Wszyscy to wiedzą.
Słyszał pogłoski dotyczące przyszłego małżonka księżniczki. Maegor Targaryen, królewski namiestnik, młodszy brat Aerysa. Porywczy, nieprzewidywalny... Dziewczyna będzie musiała się z nim zmierzyć. Był po prostu Targaryenem. Męskim Targaryenem. Ich cechowało szaleństwo, brak opanowania oraz pewna doza okrucieństwa. Ciekaw był, czy Ivory Martell będzie spełniała rolę zamknięte w wieży księżniczki, czy też jej mąż pozwoli jej na nieco swobody. Duże możliwości i prawa kobiet w Dorne nie musiały oznaczać tego samego w stolicy. Była tylko towarem, żywą częścią umowy politycznej. Nie znał Maegora. Może jest inny niż mówią? Może się nią zajmie i będzie dla niej dobry? A zresztą! Co go interesował los Martellówny.
Strażnicy bez słowa wpuścili grupę na dziedziniec. Barwy Baratheonów widziane były z daleka, a spodziewano się ich już od pewnego czasu. Derek, gdy znaleźli się na środku placu, wstrzymał konia i zsiadł zeń, by od razu pomóc także księżniczce. Tak jak, czynił to na szlaku, chwycił ją w pasie i postawił na ziemi, szukając od razu wzrokiem namiestnika. Nie sposób było go nie rozpoznać.

MG

Yorena mogło zadziwić to zbiegowisko. Żółte płaszcze chodziły tu już od jakiegoś czasu, wyraźnie kogoś oczekując. Gdy orszak wjechał na dziedziniec, można było podpytać się kogoś co i jak. Wszyscy wiedzieli o tym, że szykuje się wesele - huczało o tym w całej Królewskiej Przystani. Złote płaszcze wciąż stały na swoim miejscu, a w pobliżu stała jedynie jakaś starsza kobieta, wyraźnie na kogoś czekająca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pon Maj 26, 2014 2:51 pm

Im bliżej Królewskiej Przystani byli, tym bardziej niesforna kara klacz się stawała. Parskała niespokojnie i nie chciała słuchać, choć księżniczka Ivory starała stanowczą dłonią zmusić ją do posłuszeństwa. Paradoksalnie sama wydawała się być w oczach jeźdźców coraz spokojniejsza, jakby poznała najmocniej skrywane sekrety, które jej pomogą. Uratują od złego. Trzymała się w siodle pewnie, dłonie przestały drżeć, a usta nie szczędziły odpowiedzi na kilka kąśliwych uwag, które wypowiadano za jej plecami, nawet się z nimi nie kryjąc. Ledwie przekroczyli bramy Królewskiej Przystani, która śmierdziała jak niemyta kurwa, a lico księżniczki rozjaśnił uśmiech. Przychylne spojrzenia padały na obdarte, brudne dzieci i takież kobiet o twarzach pooranych zmartwieniem.
Podążali labiryntem wąskich uliczek, lepkich i brudnych, nie tylko od brudu materialnego, lecz również zepsucia duchowego. Zdradę, krew, moralną zgniliznę... Wszystko to było czuć w gęstym, ciężkim powietrzu, które Ivory mogłaby pokroić nożem, jeśli tylko by zechciała. Ledwie mogła oddychać, choć nie dochodziło jeszcze południe, a Dorne znajdowało się setki mil stąd. Nagie dzieci umykały przed końskimi kopytami. Wychudzona kurwa o rudych jak miedź włosach wykrzykiwała prośby o kilka srebrnych jeleni.
To mój nowy dom.
Lepka i brudna Królewska Przystań. Serce Siedmiu Królestw było wciąż tak samo brzydkie jak wiele lat temu, gdy przybyła tu jako dziewczynka na jeden z turniejów ze swoim ojcem. Nie minął dzień, a zaczęła prosić go, aby powrócili do Słonecznej Włóczni. Miasta z desek, które mimo to pod każdym względem piękniejsze było o stokroć od tego miejsca. Dornijska księżniczka nie przestawała się jednak uśmiechać lekko, niemal enigmatycznie, jakby zamknęła w sercu tysiące tajemnic. Od tego dnia, odkąd jeno jasna łuna brzasku ozdobiła niebo, miała nosić maskę, zawsze mieć ją przy sobie, aby w razie potrzeby, gdy ogarnie ją bezsilność lub przerażenia, nałożyć ją i ukryć swój strach. On nieustannie w niej tkwił i narastał gwałtownie, gdy docierali do dziedzińca Czerwonej Twierdzy. Nie potrzebowała wiele czasu, aby go dostrzec już z daleka.
Zamknęła oczy.
Wzięła głęboki oddech.
Spokojnie.
Popędziła klacz, nieznanie wyprzedzając innych i równając się z Derekiem Baratheonem, a odtąd lico pustynnej księżniczki zdobił jedynie jaśniejący uśmiech oraz wyblakły dotąd błysk w czarnych oczach. Uniosła brodę wyżej, zrzuciła kaptur, odsłaniając splecione w gruby warkocz czarne włosy. Nie spuszczała wzroku ze swego narzeczonego, lecz zbliżywszy się do Targaryena, opuściła go na pozór skromnie. W rzeczywistości jednak lustrując przebywających na dziedzińcu.
Karminowe usta nie wypowiedziały ani jednego słowa, gdy Ivory zatrzymała wierzchowca, prostując się odruchowo i powracając spojrzeniem do... swego narzeczonego. Był wyższy, niż się spodziewała. Wyobrażała go sobie wielokrotnie przez ostatnie tygodnie, lecz uderzyła w nią drapieżność jego oblicza, a może zwyczajnie jej się wydawało? Maegor Targaryen wzbudził weń irracjonalną niepewność, lecz Ivory trwała nieruchomo dopóki, dopóty Baratheon nagle nie znalazł się przy niej, chcąc pomóc jej zejść z wierzchowca. Gdy jej stopy dotknęły ziemi, dopiero teraz uderzyła w nią potężna fala zmęczenia. Nie tyle podróżą, lecz również... ciężkością atmosfera, która ich teraz otaczały. Pełna czegoś nowego, cholernie dziwnego.
Księżniczka prędko odsunęła się od młodego Baratheona, a na usta cisnęły się jej jedynie słowa o skradzionych klejnotach, lecz dostrzegła w jego oczach coś na kształt... współczucia. Tak, to było dobre słowo. Dlatego też znów nie wypowiedziała nic, zwracając się ku swemu przyszłemu mężowi. Wystarczył jeden krok, aby podążyć nową już drogą. Jeden maleńki krok, a dobrowolnie znajdzie się w następnej klatce, której klucz będzie trzymał nie kto inny jak Smok, stojący naprzeciw.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pon Maj 26, 2014 11:10 pm

Było cicho. Cicho, gorąco i nieruchomo. Gdzieś w oddali o mury zamku uderzały przynoszące ochłodę morskie fale, drewno rybackiej łodzi poskrzypywało nieznacznie, od strony zatoki napływał łagodny wiatr - a na dziedzińcu Czerwonej Twierdzy parne powietrze otulało szczelnie sześć nieruchomych postaci.
Trrrach.
Targaryen poczuł, jak zdrętwiałe mięśnie szyi trzaskają cicho, kiedy się odwrócił i wlepił spojrzenie w jednego ze swych towarzyszy. Złota brosza Namiestnika zalśniła na czarnym wamsie, obszywanym na kołnierzu oraz rękawach czerwoną nicią. Od momentu, w którym wraz z czterema złotymi płaszczami oraz jednym z Królewskich Gwardzistów opuścił chłodne mury Czerwonej Twierdzy, by powitać na dziedzińcu delegację zmierzającą z Końca Burzy, minęło dobre pół godziny. Okres czasu, podczas którego nikt z obecnych nie popisał się talentem oratorskim. Dwa kwadranse milczenia, wzdychania, odganiania natarczywych much i klęcia w duchu na spóźniających się gości. Jasne brwi Namiestnika podjechały nieznacznie do góry, gdy wbił lawendowe spojrzenie w najmłodszego z towarzyszy.
- A zatem mówisz, że przejechali przez południową bramę blisko godzinę temu? - lewy kącik bladych ust zadrgał nerwowo, gdy Targaryen potarł lekko jasny zarost, którego nie miał okazji… bądź po prostu nie chciał się pozbyć. - Albo jesteś bystry jak pieprzony pstrąg w syropie, albo zadziałały tutaj czary i delegacja z Burzy rozpłynęła się w powietrzu. Nie ma czegoś takiego jak magia, zatem zostaje pierwsza możliwość.... - Maegor potarł bok szyi, dopiero po dłuższej chwili odrywając beznamiętny wzrok od strażnika. Wszczynanie burd, zwłaszcza w podobnych okolicznościach… i na nie więcej niż dwa tygodnie przed własnym ślubem, byłoby rzeczną nader ryzykowną. Zbędną. Może nawet lekkomyślną.
Ale za to cholernie relaksującą.
- Po chwili zastanowienia dochodzę do kolejnego wniosku. - Targaryen splótł ręce na szerokiej piersi, wpatrując się w majaczącą w oddali bramę wjazdową. - Myślę, że masz łeb pełen gówna, co mnie wcale nie dziwi, bo twoja twarz przypomina dupę. - wargi Namiestnika rozchyliły się w lekkim uśmiechu, gdy zza pleców dobiegły go stłumione prychnięcia trzech kolejnych strażników. Królewski Gwardzista najwyraźniej nie podzielał poczucia humoru Maegora bądź nie uznał za stosowne, by okazywać rozbawienie na służbie - i trwał jedynie nieruchomo, wpatrując się w bramę wjazdową. Nawet nie poruszył głową, by pokazać, że usłyszał słowa Targaryena. Cisza, która zapadła chwilę potem, po raz kolejny jęła ciążyć zebranym, u samego Namiestnika skutecznie niwelując jakąkolwiek ochotę do drążenia wątku - jego myśli po raz kolejny dzisiaj uciekały ku Dornijce, która znajdowała się najpewniej nie dalej niż milę od niego.
Twoja narzeczona będzie tu lada moment. Znakomicie. Wspaniale. Niezrównanie.
Powtarzał raz za razem, starając się przywołać na uśmiech, który choć częściowo mógłby uchodzić za przyjazny - z miernym skutkiem. Nic nie było znakomite, wspaniałe i niezrównane. Nie miał powodu, by wierzyć tej, jakkolwiek by nie spojrzeć, obcej kobiecie. Małżeństwo dla Targaryena było śmiercionośnym zadaniem, a Ivory Martell przybierała w jego myślach postać morderczego zleceniodawcy. Wiedział, że jakiekolwiek potknięcie może okazać się tragiczne w skutkach. I nie mógł nawet marzyć o tym, że jego przyszła żona okaże się lojalna. Dlatego od tej chwili miała się liczyć ostrożność, ostrożność i jeszcze raz ostrożność.
Namiestnik wyczuł coś, kiedy wiatr zmienił kierunek – zapach, który zdawał się wciskać w każdy zakątek miasta. Ostra woń spalenizny. Dymu. Popiołu.
Śmierci. Jeśli choć część planu się nie powiedzie, nikt nie ujdzie z tego miasta żywy.
Targaryen podniósł wzrok na bramę wjazdową w chwili, gdy ciszę przerwał tętent końskich kopyt uderzających o bruk. Na czele orszaku zmierzała jedyna kobieta spośród wszystkich jeźdźców i nawet Maegor musiał pozbyć się złudzeń.
Mnie też to czeka, pomyślał nieprzytomnie, słysząc jedynie głuchy szum krwi w uszach pomieszany z furkotem czerwono-czarnego sztandaru powiewającego nad jego głową na lekkim wietrze. Ta strata, ta straszna niesprawiedliwość, boska wprost klątwa. Ja też wiem, że to wbrew naturze, byś była zsyłana setki mil od domu i wtrącana w ramiona bestii… w moje ramiona.
Wszystko, co zaszło od momentu pojawienia się delegacji, aż do chwili, gdy Ivory Martell zrzuciła z głowy kaptur i z pomocą Dereka Baratheona zsiadła z konia, wydawało się Targaryenowi zabawnym w skutkach koszmarem. Kolejnym z rzędu, lecz przecież nierealistycznym koszmarem, z którego lada moment się wybudzi.
Nie czuję się winny wobec Ciebie. Nie boję się Twego bólu, Twej nienawiści, Twej zaciekłej jak wściekły pies rozpaczy.
Fiołkowe spojrzenie zamarło na grubym, ciemnym warkoczu, dopiero po dłuższej chwili przesuwając się na śniadą twarz, gładką cerę, czarne jak onyks oczy. Miękkie usta… tak, musiały być miękkie, widział to po sposobie ułożenia, po widniejącym na nich wymuszonym, uprzejmym grymasie. Mięśnie szczęki Targaryena zadrgały nerwowo, gdy wzrok z trudem uniknął zerknięcia na piersi i wychwycił spojrzenie ciemnych oczu Ivory Martell.
Patrz na mnie, gdy mówię, pomyślał spokojnie, z gardła wyrzucając jednak jedynie:
- Witamy w Królewskiej Przystani. - Książę Smoczej Skały obojętnym gestem nakazał, by czekający w cieniu chłopcy stajenni zajęli się końmi, zaś strażnicy - gośćmi. - Zapewne jesteście zmęczeni podróżą. W Sali Balowej czeka poczęstunek, później wskażą wam izby, ale… - Maegor zawiesił głos, przerywając tym samym zaczynający się na dziedzińcu rozgardiasz. - … ale nie Tobie, pani. Służki zaprowadzą Cię do łaźni, zaś posiłek podadzą w prywatnych komnatach. Powinnaś odpocząć i oswoić się z nowym otoczeniem…
… czy raczej - ze mną.
Wzrok Namiestnika po chwili przeniósł się powoli na Dereka Baratheona, nie odzwierciedlając żadnych uczuć, poza lekkim… zaciekawieniem?
- Proponuję, byś spożył wieczerzę razem ze swymi ludźmi, ser. Jeśli jednak masz życzenie, mogą ją podać w prywatnej sali. - Targaryen skłonił lekko głowę, dając jednocześnie przyzwolenie na powrót swych ludzi do pracy. - Teraz musicie mi wybaczyć, szeroko pojęte… obowiązki wzywają. - nim ktokolwiek mógłby zaoponować, choć najpewniej nie było takiego śmiałka, Namiestnik odwrócił się na pięcie, ruszając w głąb Czerwonej Twierdzy. Po jego obecności, poza falującym na nikłym wietrze sztandarze Targaryenów, zostały jedynie złote płaszcze, gotowe towarzyszyć delegacji Burzy do sali oraz Gwardzista, najwyraźniej przeznaczony do strzeżenia... Ivory Martell.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Za Muru
Liczba postów :
14
Join date :
18/04/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pon Maj 26, 2014 11:23 pm

Wokół najemnika słychać było, mlaskanie, przeżywających współbiesiadników, stukanie kubków uderzających o blat, nadgniłego od wilgoci stołu i gwar niezbyt obyczajnych rozmów. Nikomu zdawałoby się nie przeszkadzał wszechobecny brud i smród. Miejscowi, pomyślał. Ulice Królewskiej przystani były podobno brukowane ale od lat pokrywała je gruba warstwa wymacerowanych i przemielonych pod kołami wozów i końskimi kopytami, fekaliów. Nikt nawet nie próbował oczyszczać chodników, to mijało się z celem, skoro codziennie zraszane były nową porcją, zawartości nocników, kubłów pełnych kuchennych pomyj czy wymiocin stałych bywalców, miejsc takich, jak to w którym jadł. Tam, gdzie warstwa tego cuchnącego mułu była tak głęboka, że chodząc zostawiało się w miejscu własne buty, o ile ktoś miał szczęście posiadać parę, rozrzucano drewniane deski, służące za pomosty, pozwalające przedostać się z jednego suchszego miejsca w drugie. Taka była właśnie stolica, identyczna jak lata temu. Kiedy spędzisz tu kilka dni, wyglądasz i pachniesz jak jeden z nich, pokryty kurzem i błotem, bo kto ma czas prac co kilka godzin ubranie, a co dopiero ma w co się przebrać? W tym stroniącym od kąpieli społeczeństwie obcych od swoich odróżniało się głównie po tym, że Ci pierwsi chociaż usiłowali zachować odrobinę godności i poszanowania do samego siebie i mimo wszelkich przeciwności usiłowali utrzymać naokoło siebie odrobinę czystości. Yoren, najwidoczniej był jednak już miejscowym, gdy na dziedziniec wjechał kolorowy orszak jeleni, kończył wycierać, tłuste od potrawki dłonie w swój kaftan. Dopiero po chwili dostrzegł, całe zamieszanie, kiedy tłum ciekawskich zdążył oblec ciasno pierścień, którzy utworzyli strażnicy.

Z nad głów gapiów wystawały jedynie, stojące nieruchomo w parnym, gęstym powietrzu, chorągwie Baratheonów. Rozpoznał je bez cienia wysiłku. Z okrzyków i ogólnej wrzawy, która rozgorzała udało mu się wywnioskować, jedynie tyle, że przybył ktoś znaczący, i najwidoczniej od dawna wyczekiwany. Takie poruszenie wśród gawiedzi, nie zdarza się często więc jedyne co mogło by uczynić pierwszy dzień po powrocie na kontynent  lepszym, było poznanie celu zebrania się gapiów. Przeciśnięcie się do wnętrza było niemożliwe więc upatrzył sobie staruszkę stojącą na uboczu. Była miejscowa, o czym świadczyła wypłowiała suknia, pokryta grudkami zeschłego błota i starał się ignorować całe zamieszanie, tak bardzo, iż Yorenowi wydało się co z goła podejrzane. Podniósł się z ławy i z wolna podszedł do niej. Wsparł ręce o swój pas, westchnął i - Wieszać kogoś będą? rzekł tonem tak suchym, że aż ordynarnym po czym obdarzył ją mętnym od piwa spojrzeniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 28, 2014 10:00 pm

Dziś wreszcie dotarli do Królewskiej Przystani, to znaczy Emery wraz z kilkoma innymi przedstawicielami rodu, dodatkowo w towarzystwie wielu innych reprezentantów rodów chorążych, aczkolwiek niemożliwym było spamiętać te imiona i tytuły. Zresztą kogo to obchodzi...w każdym razie nie Emery, dla której tytuły były zbędnym dodatkiem, sposobem bogatych, opasłych lordów na podniesienie swej samooceny i nieustanne dopieszczanie ego. Nawet wśród samego rodu Starków, osoby, które były jej bliższe stanowiły na prawdę wąskie grono, byli to jej rodzice i bracia, znalazł się tam też Diryan. Nie oznaczało to, że mówiła do nich używając swojego głosu, niestety tej bariery nie przekraczała od lat, pozostając za szklaną ścianą ciszy. Od pamiętnego powrotu rannej, 10-letniej Em do Winterfell, po próbie uprowadzenia, dziewczyna nie wypowiedziała ani słowa. Komunikowała się co prawda za pomocą pisania w niewielkim notatniku, ale i to było wielką rzadkością, zwykle pisała gdy już na prawdę musiała komuś coś przekazać, a odbiorca zdobył nieco jej zaufania, szacunku, inaczej był po prostu ignorowany.
Z najbliższymi, przez tak długi czas, wypracowała swego rodzaju gamę gestów, których przekaz rozumieli tylko oni. Cóż, to było zdecydowanie wygodniejsze niż ten przeklęty notatnik, wystarczył konkretny gest ręką i już wszystko było jasne. Jednak w tych czasach, taka forma komunikacji była dość nietypowa i życie "osobliwości" jaką stanowiła Emery nie było takie proste. Po incydencie, gdy przestała mówić, badało ją kilku maestrów, lecz żaden nie stwierdził by dziewczynka miała uszkodzony aparat mowy....to raczej kwestia psychiki, mentalnej blokady, która pojawiła się gdzieś tam w jej umyśle i nie została zburzona. Ale wystarczy o jej braku mowy...
Zaraz gdy przybyli do przystani, młodą Starkównę zafascynowało to, jak pełne życia było miasto i jego okolice. Ludzie kłębili się na dziedzińcu, w ogrodach, na drogach i murach, a targ stanowił chyba najbardziej zatłoczone miejsce jakie było jej dane zobaczyć. Może nie przepadała za rozmową z ludźmi, ale uwielbiała ich obserwować, dostrzegać najdrobniejsze szczegóły zachowania przedstawicieli każdej grupy wiekowej. Tutaj miała ku temu jak najlepszą okazję.
Cóż, nie należała do osób cierpliwych i na pewno nie była posłuszną damą, która będzie czekać grzecznie aż cała chorda facetów z północy raczy się ruszyć dalej...a kobiety, eh były najwyraźniej zbyt zaabsorbowane narzekaniem jaka to podróż była daleka. Em przewróciła tylko swymi pięknymi oczami barwy płynnego złota i zaraz ruszyła przed siebie znikając w tłumie.
Któryś ze strażników ją wołał? Trudno,mgół się pospieszyć. Ona nie miała czasu na próby wyjaśnień i słuchanie wykładu o posłuszeństwie...czekała przed nią cała przystań! Tyle nowych miejsc i tak mało czasu by je zwiedzić!
Klimat był tu zdecydowanie cieplejszy niż na północy, więc po pewnym czasie zaczęło jej się robić gorąco w karmazynowym płaszczu z kapturem, dlatego zdjęła go i niosła w rękach, krocząc dalej pośród grup obywateli, którzy kupowali od handlarzy przeróżne produkty. Gdy zrzuciła kaptur odsłaniając twarz o nieprzeciętnej urodzie, nie ukrywajmy, mężczyźni śledzili ją wzrokiem, ale nie poświęciła temu najmniejszej uwagi. Niezbyt obchodziło ją czy jest atrakcyjna...lubiła swoją samotność, prywatność i nie spieszno jej było wpuszczać kogoś do swej przestrzeni osobistej. W tych czasach dziewczęta w wieku 14 lat miały już mężów, rodziły dzieci...ona chciała czego innego...
Wkroczyła na dziedziniec, otoczenie było wspaniałe – wysokie mury i budynki zdobione różnobarwnymi flagami, choć nie zabrakło na placu również zieleni kilku drzew tu i tam. Próbowała ogarnąć wzrokiem mnóstwo nowych twarzy, których nie sposób było zliczyć. Większość  stanowili przedstawiciele arystokracji. Po chwili ludzie odwrócili się w kierunku z którego dobiegał donośny, męski głos – zapewne ktoś ważny, ale nie mogła dostrzec kto. Mało ją obchodziły wydarzenia, natomiast zaintrygowała ją wizja ujrzenia całej tej "widowni" z góry. Zaczęła się zatem rozglądać i po chwili dostrzegła dosyć wysokie, masywne drzewo. Oho...nie, no przecież nie ośmieliłaby się...ha, dobry żart! Oczywiście, że nie stała już w tym samym miejscu, lecz była w trakcie wspinaczki na jak najwyższy konar, by móc obejrzeć całość z nowej perspektywy.
Powrót do góry Go down

avatar
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
153
Join date :
16/11/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 28, 2014 11:00 pm

z Winterfell

Podróż dłużyła się w nieskończoność. Diryan przebył ją już dwa razy w swoim życiu - raz w grupie jeźdźców i raz samotnie na grzbiecie Tessmiry. Żaden z tych „razów” nie był tak uciążliwy, jak obecny przejazd. Z Północy jechał cały sznur powozów po brzegi wypełnionych prowiantem na drogę, odzieżą na zmianę, prezentami dla pary młodej i - w końcu - ludźmi, którzy z jakichś bliżej niewyjaśnionych powodów nie chcieli przemierzać dystansu dzielącego Winterfell i Królewską Przystań w siodle.
Diryan sam nie wiedział, co byłoby gorsze. Kilka godzin dziennie na końskim grzbiecie było doprawdy uciążliwe, aczkolwiek polne drożyny nie wyglądały na przystosowane do amortyzowania jeżdżących poń wozów. Do tego i tak musieli zatrzymywać się niemalże w co drugim folwarku, czy karczmie, aby wszyscy byli ukontentowani. Jakże cudownie jechać w takiej atmosferze!
Takim oto sposobem dystans, jaki Diryan pokonał niespełna kilka miesięcy temu w dwa tygodnie, wydłużył się do jakichś czterech, jak nie więcej. Młodemu Starkowi nie chciało już się nawet liczyć mijających nocy.
Gdy wjeżdżali do stolicy Westeros, miał dziwne uczucie. Jeszcze przed zaślubinami Nihil i Reinmara mieszkał tu i uczył się. Koegzystował z przedziwnymi i jakże fałszywymi kupcami, bogaczami i temu podobną wielkomiejską szumowiną. Swoją drogą będzie musiał napisać do siostry, jak radzi sobie w roli żony, matki i przyszłej Lady Arryn; jakoś długo się nie odzywała. Na pewno zrobi to, gdy tylko będzie miała czas.
Teraz jednak Diryan winien skoncentrować się na rzeczach ważniejszych niż zbyt rzadka korespondencja z młodszą siostrą. Jego ojciec, Brandon, musiał zostać w Sercu Zimy, natomiast Aidan i Cailet przebywali poza Westeros. Obowiązek reprezentowania Starków na dworze królewskim spadł więc na Wyjącego o Świcie. Obawiał się nieco tej odpowiedzialności. Miał jednak rodzeństwo i kuzynostwo, które z pewnością pomogą mu we wzorowym dopełnieniu obowiązków.
Zatrzymali się na dziedzińcu pałacowym, przed samą Twierdzą. Diryan przebywał w Stolicy prawie dwa lata, ale nigdy nie było dane mu stawić się na dworze króla. Jakoś nie pragnął zbytnio dostąpić tego zaszczytu, a i sam Aerys go nie zaprosił. W końcu niegrzecznie jest się narzucać. Nie mówiąc już nic o narzucaniu się królowi.
Słońce grzało bardzo intensywnie. Mężczyzna na szczęście zdążył przebrać się w drodze na coś luźniejszego i oględniejszego niż futra, czy skóry preferowane na Północy. Kiedy tylko zeskoczył z konia dopadło do niego kilku zarządców stołecznych. Zaczęli udzielać mu instrukcji. Które komnaty dla kogo. Jaka komnata na prezenty. Gdzie odstawić powozy. Do której stajni zaprowadzić konie. Posiłki. Cisza nocna. Etykieta. Tak jakby zupełnie nie orientował się w tych sprawach. Niemniej pozwolił urzędnikom się wygadać i poczynił zgodnie z ich wskazówkami. Przybysze z dalekiej, mroźnej krainy poczęli rozchodzić się po pokojach, które im przydzielono. Część poszła na własną rękę, inni zdecydowali się na przewodników. Diryan wkrótce zobaczył, jak dziedziniec zaczyna pustoszeć tak prędko, jak się zapełnił. Rozejrzał się w poszukiwaniu znajomych twarzy. W drodze prawie w ogóle nie rozmawiał.
Przy dziedzińcu rosło kilka drzew. Nie byłoby w nich nic dziwnego gdyby nie... jego kuzynka wisząca gdzieś wysoko w koronie jednego z nich. Chciał porozmawiać. Z Emery. No to się wygada.
Młody dziedzic Winterfell podszedł do... dębu? tak, to chyba był dąb. Podszedł więc do niego i rzekł z dołu na tyle donośnie, aby kuzynka buszująca między gałęziami go usłyszała.
- Zaiste wiem teraz, dlaczego mieszkańcy Północy uchodzą na Południu za nieokrzesanych barbarzyńców. Cóż innego mają myśleć mieszkańcy takiej Stolicy czy Dorne, kiedy pierwszym, co widzą po naszym przyjeździe, to młoda Starkówna harcująca wśród konarów, jak małpa, albo jakaś Dzika... Mogłabyś stamtąd zejść? - od pewnego czasu Diryan był świadkiem dziwnych zachowań osób ze swojego najbliższego - jakby nie patrzeć - otoczenia.
A jeśli już o tym mowa... to gdzie, do cholery, podział się Kayleigh?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Maj 29, 2014 12:16 am

/Północ

Trudno opisać radość, jaka towarzyszyła Nadirze Stark podczas podróży. Trzeba było to zobaczyć na własne oczy. Kilka miesięcy wcześniej wróciła do Winterfell jako wdowa, mocno przygaszona z racji żałoby. Obecnie po tym smutku nie było śladu. Kobieta obiecała, że ruszy dalej i zostawi za sobą traumę, a jej zachowanie świadczyło o tym, że słowa dotrzymała.
Podróż była długa, zdarzały się też odcinki bardziej męczące od innych, ale zmiana otoczenia wyraźnie działa dziewczynie na korzyść. Swobodne rozmowy z rodziną i przyjaciółmi, zabawy i harce podczas postojów. Wielu powiedziałoby, że damie w jej wieku nie przystoi takie dzikie zachowanie, ale Nadira i tak niewiele by sobie z tego robiła. Gdy zaszła potrzeba, jej maniery były przecież bez zarzutu.
Nadira była zadowolona. Nie dość, że nadarzyła się możliwość podróży, to jeszcze przyjdzie spotkać znajome osoby. Niektórych widywała rzadko, ale takie uroczystości sprzyjały tłumom.
Królewska Przystań była taka, jak ją zapamiętała z ostatniej podróży. Ciężkie powietrze, mnóstwo ludzi i brak wolnej przestrzeni, którą tak bardzo lubiła. Największym plusem było jednak to, że w tym miejscu klimat różnił się od północnego. Było ciepło, więc mogła sobie pozwolić na założenie lżejszego ubrania. Cieszyło ją też to, że na samą uroczystość będzie mogła pokazać się w czymś innym, niż to, do czego przyzwyczaiła wszystkich. Zwiewna kreacja czekała już od dawna w kufrze.

Na dziedzińcu przywitała ich mała delegacja, która szybko objaśniła wszelkie 'co i jak'. Krótko, zwięźle i na temat. Nadira poleciła sługom, by zabrali jej rzeczy, a sama pozostała jeszcze na dziedzińcu. Z daleka obserwowała Emery i Diryana, uśmiechając się na widok dziewczyny. Lubiła jej pomysły i towarzystwo, chociaż tak trudno było zamienić z nią słowo. Nadira jednak nie zmuszała jej do czegokolwiek, szanując jej prywatność. Poza tym istniały jeszcze inne sposoby komunikacji.
Brunetka przystanęła i uniosła głowę w górę, mrużąc oczy. Słońce przyjemnie ogrzewało jej twarz, a lekki wiaterek od morza  delikatnie kołysał długimi lokami. Przypomniała sobie swoją pierwszą podróż, podobne sceny i wszystkie przygotowania.
Oby tym razem wszystko przebiegło spokojnie - pomyślała.
Po spacerze udała się do komnat i tam odpoczywała, przygotowując się do uroczystości.



/zt


Ostatnio zmieniony przez Nadira Mormont dnia Czw Maj 29, 2014 8:41 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Maj 29, 2014 2:19 am

Pod nią rozpościerał się wspaniały widok na zebrany na dziedzińcu tłum, szlachetnie urodzeni przybywali, a służba pałacowa natychmiast oferowała im pomoc w przenoszeniu bagaży i poprowadzeniu do wyznaczonych komnat. Gdzie okiem nie sięgnąć stali dostojni lordowie i urodziwe damy, otuleni barwnymi szatami z drogich materiałów, obwieszeni biżuterią,która razem ważyła pewnie dziesiątki, jak nie setki ton. Emery westchnęła i pokręciła głową, choć wyraz twarzy miała rozbawiony. Zabawne było to jak ludzie uwielbiali wszelkiego rodzaju przebieranki, ukrywanie się za warstwą makijażu czy świecidełkami. Sama preferowała raczej prostsze ubrania, stroniła od ciężkich sukni i ciasnych gorsetów, a spodnie i lekkie szaty bywały jej drugą skórą - w końcu w kiecce z miliona metrów materiału nie mogłaby się tak wspinać czyż nie?
Po chwili usłyszała znajomy głos dobiegający z dołu, więc odruchowo spuściła wzrok w kierunku "stóp" drzewa i dostrzegła Diryana. Jego komentarz miał zdaje się pełnić funkcję skarcenia Emery za tak infantylne i nieokrzesane zachowanie w samym sercu stolicy, do tego podczas takiej okazji. Znów zrobiła oczami ten uroczo łobuzerski młynek, niezbyt mając ochotę opuszczać tak wygodny punkt widokowy, no ale i tak już się naoglądała. Kilkoma zwinnymi ruchami stopniowo schodziła niżej, aż zeskoczyła z ostatniego konara lądując na ziemi z pięknie, lekko ugiętymi nogami. No dobrze, to mogło wyglądać trochę dziko...hej, nigdy nie twierdziła, że wszystkie gesty wykonuje jak dama czyż nie?
Wyciągnęła z sakwy swój notatnik i pióro, specjalnie zawinięte w nasączone atramentem płócienko i szybko napisała coś na kartce, po czym odwróciła ją do kuzyna.
"Wolę być harcującą małpą, niż boleśnie jaskrawą papugą" - głosił tekst. Fakt faktem, arystokraci lubili czerpać inspirację w kwestii mody od siebie nawzajem, często obywatelom ze stolicy przypadały do gustu stroje typowe dla mieszkańców Wysogrodu i na odwrót...tak w kółko.
Spostrzegła też Nadirę, kuzynkę, którą darzyła sympatią, szczególnie z tego względu, że nie naciskała jej jak rodzice czy bracia i cała masa innych osób do wiecznych prób ponownego odzyskania głosu. Zresztą Diryan też nie zatruwał jej życia...w każdym razie nie w kwestii mówienia, bo co do etykiety i bycia "jak na damę przystało" to by się sprzeczała (gdyby mogła).
Płomiennowłosa skinęła głową do Nadiry, po czym dwoma charakterystycznymi ruchami dłoni pokazała coś co miało oznaczać "znów wykład" odnosząc się do wypowiedzi kuzyna. On pewnie też zrozumiał komentarz w jej własnym migowym. Oczywiście nie na wszystko miała wyrobione znaki, ale na to co było najbardziej potrzebne, owszem.
Ponownie napisała coś w notatniku, by po chwili pokazać słowa Starkowi:
"Proszę powiedz, że nie będę musiała się tak odstawić" - dodała najbardziej uroczo proszącą minę na jaką było ją stać. Liczyła, że będzie mogła obejrzeć ślub gdzieś z tyłu, ubrana wygodnie, pozostając "niewidzialną". Tłumy wolała obserwować z dystansu, bez niepotrzebnej interakcji. Widząc jego powazną minę i lekkie kręcenie głową, westchnęła ciężko...wiedziała co to znaczy, służba już czekała żeby zaprowadzić ją do komnat, a tam zapewne czekał na nią ciasny gorset. Jasny szlag...

/zt/


Ostatnio zmieniony przez Emery Stark dnia Pią Maj 30, 2014 11:43 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Maj 29, 2014 1:21 pm

Derek i jego ludzie zt.

MG

Na dziedziniec przybywały kolejne orszaki, a staruszka patrzyła na nie mętnym wzrokiem. Gdy Yoren podszedł do niej i spytał, ta uniosła lekko brwi.
- Cóż, drogi chłopcze, szykuje się wesele namiestnika z panną z Południa. Z Dorne. Niektórzy mówią, że jest przepiękna, a niektórzy uznają ją za potwora. Nigdy nie widziałam Dornijczyka, nie wiem więc, co powiedzieć - stwierdziła. Chyba miała ochotę się rozgadać. Oj, pewnie zaraz zacznie opowiadać o swoich wnukach.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
153
Join date :
16/11/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Maj 30, 2014 7:31 pm

Skinął głową, jakby aprobując własny pomysł, kiedy to dwórki przybyłe z Północy „pojmały” sprzed jego oblicza Emery tylko po to, by przyszykować Starkównę do nadchodzącej ceremonii. Może i preferowała ubiory podróżne, ale na zaślubinach Namiestnika Królestwa nie może wyglądać jak chłopka. Diryan postawił sobie za punkt honoru pokazanie wszystkim Południowcom, iż kobiety sprzed Muru niezwykle różnią się od tych zza niego. One także były piękne, potrafiły nosić suknie, wykonywać pełne gracji gesty i kroczyć wte i we wte po dziedzińcach i ogrodach zamkowych. Nie czyniły tego jednak. Były silniejsze od nadmuchanych damulek z cieplejszych regionów. Zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Poza tym surowy klimat kształci surowych ludzi, nie barbarzyńców.
A gdyby tak sprowadzić do Winterfell jakichś artystów? Malarzy, rzeźbiarzy - kogokolwiek? Będzie musiał przedstawić tę propozycję ojcu. Albo przynajmniej rodzeństwu.
Teraz jednak nie po temu był czas. Musiał udać się do komnaty, którą mu przydzielono. Ślub już niebawem, a on jest jeszcze brudny od kurzu i potu...

|zt|
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Gwardia
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
101
Join date :
03/08/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Nie Sie 17, 2014 3:01 pm

/ Start

Słonce wzniosło się na najwyższy punkt nieboskłonu, bezlitośnie paląc stamtąd świat. Z gardła Gwardzisty wydobyło się głębokie westchnięcie, zupełnie jakby na jego piersi spoczywał niewyobrażalny ciężar. Normalny człowiek, obdarzony przeciętna cierpliwością, dawno straciłby wiarę w to, że król oraz jego szlachetna kuzynka w końcu zechcą zjawić się na dziedzińcu, by wyruszyć w drogę. Na szczęście Daeron, jak przystało na członka rodu Targaryen, nie był normalny - jego wiara mogła przenosić góry i ciemne doliny. Ale Aerysa, niestety, nie potrafiła przywołać.
Tymczasem Mori, wędrowny trubadur, który dziwnym przypadkiem również udawał się dziś do Doliny, rozpoczął deklamacje swojej poezji, lotnej jak katowski topór. Na szczęście Daeron nie był nieszczęśliwym posiadaczem wyrafinowanego umysłu, zatem poemat nie sprawił mu wielkiej przykrości natury estetycznej. Udawał nawet zainteresowanie.
Poemat Moriego ciągnął się jak flaki z patroszonego wieprza. W dużym skrócie opowiadał o niezwykłej miłości, jaką zapałał pewien słowik do ponętnej wróblicy. Tu następował drobiazgowy opis ptaszyny: jej piersi krągłych oraz kształtnych nóżek. Ani słowa o piórach czy dziobie. Na przeszkodzie bujnemu rozwojowi romansu stanęła rażąca niezgodność charakterów obu ptaków. Słowik, jak to słowik – lubił śpiewać, i to nie tylko przy goleniu, wróblicy zaś nie podobał się jego głos. Nieustannie zatem uciekała przed nieszczęsnym śpiewakiem, co doprowadzało słowika do czarnej rozpaczy i szewskiej pasji, a nieustanne pogonie zabierały mu cenny czas przeznaczony na śpiewanie. Którejś nocy wreszcie, kiedy to niczego niespodziewająca się wróblica zapadła w sen, słowik podkradł się i obciął jej skrzydła. Zaraz potem usunął sobie język. Było to rozwiązanie zbliżone do kompromisu, cóż jednak z tego, skoro wróblica bez skrzydeł nie pociągała już słowika tak bardzo. Błyskawicznie ulokował swoje uczucia w pewnej słowiczej samicy obdarzonej cudownym głosem i krągłymi piersiami, nie wspominając już - a jakże - o nóżkach. Ta jednak nie chciała nawet spojrzeć na niemego śpiewaka.
W sumie historia bardzo spodobała się Daeronowi, który był przecież mistrzem fechtunku, a nie poetyzowania. Doszukał się w niej nawet celnej metafory stanu małżeńskiego opartego na kompromisie obustronnym, który polega na tym, że małżonkowie tracą dla obopólnego dobra te cechy, za które – nie wiedząc o tym – darzyli się miłością. Tkwił w tym niezrozumiały dla Targaryena paradoks.
Rymy były ciężkie jak kowadła i wydawało się, że lada moment przebiją kamienną posadzkę dziedzińca aż do samego piekła, jednak Daeron kiwał grzecznie głową, wysłuchując nieudolnych prób Moriego… i mając szczerą nadzieję, iż ktoś zechce wybawić go z niewoli - na co, niestety, się nie zanosiło. Królowi, oczywiście poza bratem-Gwardzistą, miały towarzyszyć jeszcze trzy Białe Płaszcze… oraz, jakby tego było mało, blisko pięćdziesięciu zbrojnych rycerzy. Do tego dochodzili giermkowie, a także towarzyszące Rhaenys damy - nawet taki głąb jak Daeron potrafił dojść do prostego wniosku, iż Orle Gniazdo nie dalej jak za dwa tygodnie powita liczącą blisko setkę ludzi delegację z Królewskiej Przystani.
Co nie napawało optymizmem - ani Targaryena, ani zapewne pogrążonych w żałobie Arrynów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
142
Join date :
04/05/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Wto Wrz 02, 2014 4:17 pm

Po raz wtóry złożyła starannie list i wsunęła go z powrotem w głęboką kieszeń podróżnego płaszcza, sprawdzając przy okazji, czy królewski nakaz jest bezpieczny.
Przekleństwo.
Dokument ciążył Rhaenys jak kamień, i to od chwili, gdy tylko otrzymała go od Aerysa. Targaryenówna wyciągnęła pergamin raz jeszcze i obróciła w dłoniach; trójgłowy smok na czerwonej pieczęci połyskiwał w ostrym blasku słońca.
Pojedyncza kartka papieru, a jednak warta więcej niż złoto. Bezcenna.
Kąciki ust Smoczycy podskoczyły w delikatnym uśmiechu, gdy ruszyła krużgankami w stronę dziedzińca Czerwonej Twierdzy.
Dzięki niej przemawiam głosem samego króla. Wszyscy muszą mnie słuchać i wykonywać moje polecenia… dopóki zdołam się utrzymać przy życiu, ma się rozumieć.
Dłoń Rhaenys ponownie upewnia się, że glejt bezpiecznie tkwi w kieszeni, zaś jej blade, długie palce nerwowo skubią róg haftowanej chusty, którą Smoczyca raz za razem wachluje twarz. Nie jest jej gorąco, buzująca w żyłach krew Valyrii od niemowlęcia skutecznie chroni Targaryenów przed wysokimi temperaturami… cóż, przynajmniej do pewnego momentu. Jednak dziś nad stolicą Siedmiu Królestw nie było na tyle gorąco, by upał dawał się we znaki członkom rodziny królewskiej - dworzanom owszem… lecz nie Smokom. Owo wachlowanie Rhaenys wynikało raczej ze zwykłej zapobiegliwości: okazując słabość, nawet tak prozaiczną jak duszność, odwracała od siebie uwagę, stwarzała pozory, za którymi mogła ukryć swą prawdziwą naturę. Smoczyca nie tęskniła do ochłody, którą przyniosą jesienne wiatry, do zimnych wieczorów, gdy niebo robi się wysokie i szklane, po brzegi wypełnione gwiazdami. Coraz częściej powtarzano, że nadchodzi zima - nie tylko w Winterfell… lecz także w Królewskiej Przystani.
Dzięki tym słowom Rhaenys pojęła, że czas nie jest jej przyjacielem.
O nie. To podstępny wróg, najeźdźca, który zabiera swój haracz bez litości, bez chwili wahania.
Trudno będzie uznać podróż za przyjemną.
Dziedziniec Czerwonej Twierdzy skąpany był w promieniach słońca… i niezwykle zatłoczony - blisko pięćdziesięciu zbrojnych przygotowywało się do wyprawy ku Dolinie Arrynów. Siła rycerstwa. Zapewne najlepsi z najlepszych, najszlachetniejsi z najszlachetniejszych. Złaknieni władzy, uznania Aerysa Drugiego, pieniędzy, sławy.
Nie pożałowałabym sobie czegoś mocniejszego, ale…
Z piersi Rhaenys wyrwało się głośnie westchnięcie, gdy wystąpiła z cienia krużganków, niemal natychmiast zwracając na siebie uwagę najbliżej zebranych. Nic w tym zadziwiającego - wszak była uosobieniem tego, czego tak przeraźliwie pragnęli. Kąciki pełnych ust podskoczyły do góry w wyrazie rozbawienia, gdy młody bratanek Lorda Rosby zaoferował Targaryenównie odprowadzenie do czekającego na Smoczycę rumaka.
- Ser, żyję po to, by służyć… nie zaś po to, by służono mnie.
Długie, srebrzyste włosy zakołysały się wokół jej twarzy, gdy pokręciła spokojnie głową, muskając opuszkami palców ramię młodzieńca. Sądząc po spojrzeniu rycerza, ani trochę nie był przekonany słowami Rhaenys, zupełnie jakby mówił:  „Nie bardzo wiem, po co żyjesz, ale nie wątpię, że nie po to”. Królewska kuzynka, pomimo tego drobnego incydentu nie zgubiła rytmu, i oddaliła się dziarskim krokiem, nucąc melodyjnie pod nosem znaną wszystkim balladę o niedźwiedziu oraz dziewicy cud.  Nie minęła chwila, gdy podeszła do konia, machinalnie poprawiając coś przy damskim siodle kilkoma drobnymi szarpnięciami. Wydawało się, że czujnie nasłuchuje panującego wokół gwaru… lecz tak naprawdę nie było jej na dziedzińcu. Popadła w odrętwienie, rodzaj zamyślenia podobnego do transu, jakby była bezwiednie, bezwolnie medytującym mędrcem z Essos, pozbawionym jednakowoż siły płynącej z wiary. Po prostu odpłynęła, nie myśląc o niczym, podobna skałom i jaszczurkom, jałowa jak dornijska pustynia. Ten stan ostatnimi tygodniami zdarzał jej się często - sen na jawie bez majaków, jakby umysł Rhaenys się wyłączał, nie chcąc pamiętać, nie chcąc przyjmować niczego z bezlitosnej rzeczywistości.
Z odrętwienia wyrwał ją dopiero nagły bodziec z zewnątrz, coś zaskakującego, niespodziewanego, ale… na swój sposób miłego. Targaryenówna niechętnie podniosła wzrok znad siodła, przesuwając nim po zebranych najbliżej rycerzach… i wtedy dostrzegła tego najbardziej rzucającego się w oczy, odzianego na biało, wyprostowanego, jak zwykle nieśmiało uśmiechniętego do własnych myśli.
Daeron.
Rhaenys nawet nie zauważyła, gdy jej usta rozchyliły się w grymasie szczerej radości. Jej kuzyn był postawnym mężczyzną z szopą jasnych, gęstych włosów, silnie zarysowaną szczęką i lawendowymi oczami poczciwego, choć czujnego psa.
Dobry rycerz, przemknęło przez głowę Smoczycy, gdy wspięła się na siodło z gracją, odrzucając po chwili z kolan długi płaszcz barwy rubinów. I dobry człowiek.
- Daeronie, cieszę się, że Cię widzę. - pełne usta rozchyliły się w jeszcze szerszym uśmiechu, gdy Rhaenys spięła delikatnie konia, powoli zbliżając się do swego kuzyna. Targaryenówna niemal natychmiast przypomniała sobie jego cichą, spokojną obecność po śmierci Ravath. W sepcie, później przy rozmowach z Aerysem, w krypcie… i poczuła wdzięczność. Tak jakby oboje wpadli w tarapaty, walczyli ramię w ramię pod ostrzałem, a Rhaenys znalazła się nagle w wielkim niebezpieczeństwie i potrzebowała wsparcia.
Wsparcia, które odnalazła w Daeronie.
- Możemy ruszać, kuzynie. - dotychczasowy uśmiech nagle zniknął z ust Smoczycy, gdy wyprostowała się dumnie, obrzucając czujnym spojrzeniem zgromadzonych na dziedzińcu rycerzy. Nagła powaga Targaryenówny nie zwiastowała niczego dobrego. Prawie nigdy. - Król Aerys zostaje w stolicy.
Krótko, zwięźle… na temat. Rhaenys przeczesała palcami grzywę konia, uprzedzając natarczywe pytania lekkim wzdrygnięciem ramion. Co miała odpowiedzieć? Jak usprawiedliwić decyzję króla?
Był dorosły, potrafił decydować za siebie… i wiedział, co robi. A przynajmniej taką nadzieję żywiła Smoczyca.
- Poprosił, bym przekazała Lordowi Doliny list z wyrazami współczucia... - ... po czym zamknął się w komnacie, najwyraźniej uznając ją za znacznie ciekawsze miejsce do spędzenia najbliższych tygodni od Orlego Gniazda.
Po ustach Rhaenys przemknął roztargniony uśmiech, gdy ktoś za jej plecami zakrzyknął, że mogą ruszać w dalszą drogę - nie minął moment, gdy z dziedzińca jęli wyjeżdżać pierwsi konni, kierując się przez miasto aż ku północnej bramie, skąd wyruszą traktem aż do Doliny Arrynów.

/ Rhaenys, Daeron zt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Sty 22, 2015 12:05 am

W końcu dojechali do Królewskiej Przystani. Otton zdążył wyrobić sobie o niej pewną opinię na podstawie historii słyszanych od wielu ludzi. Nie ulegało zwątpieniu, że stolica mogłaby brać udział w turnieju na najbardziej cuchnące miejsce w Westeros. W momencie przekroczenia bramy miasta Otton ledwo mógł złapać oddech. Śmierdziało tu zgnilizną, szczochami, gównem, potem, dymem i Siedmiu wie, czym jeszcze. Ludzie mieszkający tutaj byli brudni oraz biedni. Dobre życie raczej nigdy nie dosięgnęło mieszkańców Królewskiej Przystani. Jedli głównie to, co złapali na ulicy, bo na pewno nie wyglądali na posiadaczy pieniędzy wystarczających do kupna czegokolwiek.
Baratheon musiał przejechać przez istny labirynt wąskich uliczek by znaleźć się na dziedzińcu. W międzyczasie sieroty, kurwy, mężczyźni czy kobiety żebrali, nawet nie o jakiś konkretny przedmiot, ale o cokolwiek: pieniądze, jedzenie, wodę. Zrobiło mu się szkoda owych ludzi, a przypomniało mu się, że ma jeszcze kilka kawałków suszonej wołowiny w torbie. Nie miał on już zamiaru jej jeść, więc rzucił to, co miał grupce ulicznych żebraków. Wszyscy rzucili się po to jakby była to góra złota albo szansa na zgarnięcie tytułu lordowskiego. Ten widok był żałosny, lecz bieda zmusza ludzi do walki nawet o kawałek mięsa. Otton zastanawiał się przez chwilę czy dobrze zrobił wywołując taką bijatykę, ale w sumie dzięki niej przynajmniej parę osób będzie miało coś w brzuchu tego dnia. Baratheon popędził grupę, aby ominąć ten obraz. Mężczyzna nie powinien odwracać głowy od takich obrazów. To byli ludzie, którzy byli częścią królestwa. Zauważył jednak, że jego żona i parę innych dam przybyłych razem z nim nie mogły na to patrzeć. Nie chciał, aby niepotrzebnie to oglądały.
Dotarli już na dziedziniec. Otton nie spodziewał się przybycia któregoś z Targaryenów ze względu na trwający już sąd nad jedną z córek lorda Tyrella, która zamordowała Księcia Dorne. Zostali jednak przywitani przez kilka osób wyznaczonych do tego zadania. Otton nie spodziewał się, że zobaczy tu także swojego kuzyna…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
14
Join date :
11/01/2015

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Sty 22, 2015 2:55 am

"Zachowuj się" powiedział mu ojciec, gdy jego najmłodszy syn wyruszał do Królewskiej Przystani. Te dwa słowa, jedno zdanie, wymuszały na nim serię zachowań, oraz zabraniały mu innych. Nie podobało mu się to w najmniejszym stopniu, ale zdawał sobie sprawę, że ojciec kiedyś straci do niego cierpliwość. Nie było sensu nadużywać jej, dopóki sytuacja tego nie wymagała. Zatem ogolił się dokładnie, pozwolił, aby ścięto mu włosy, ba! Nawet jakoś je ułożył. Wziął również kąpiel, a na koniec wskoczył w świeże, wygodne ciuchy. Prawdopodobnie jedynie nieliczni pamiętali go tak zadbanego. Wkraczając na trakt wciąż miał w głowie słowa ojca. Za żadne skarby nie chciał przynieść wstydu rodzinie.
Oczywiście w podróż nie wyruszył sam. Dla bezpieczeństwa wziął ze sobą dwóch... rycerzy? żołnierzy? Leyton nie zdołał zapamiętać ani ich pochodzenia, imion czy chociażby rang. Niespecjalnie go one interesowały, a jako że nie wdawał się z towarzyszami w żadne rozmowy, to i nie miał okazji się tego dowiedzieć. Przynajmniej byli dobrze uzbrojeni, a ich groźne miny odganiały potencjalnych bandytów. Młodzieńcowi trudno było ocenić czy groziło im jakieś realne zagrożenie. Większość czasu spędzał w Końcu Burzy bądź okolicznych terenach, zaś trakt był mu obcy. Z tego powodu tak długa podróż okazała się wyzwaniem. Dodatkowo, z sobie tylko wiadomych powodów, nie chciał wyjść na mało wytrwałego przy dwójce towarzyszy. Narzucił więc dobre tempo, chociaż i tak nie zrobiło to na rycerzach wrażenia. Kilka razy musieli zatrzymać się w karczmie na noc, ponieważ jedynie miękkie łóżko mogło przynieść ukojenie odrętwiałemu tyłkowi szlachcica. Wiele godzin spędzonych w siodle zdecydowanie dało mu się we znaki. Nie krył zadowolenia, gdy na horyzoncie ujrzał Czerwoną Twierdzę. Z radości aż pospieszył swego konia. Doczekał się długo wyczekiwanego wypoczynku. Samo zejście z siodła zdawało mu się najwspanialszym uczuciem na świecie.
Samo miasto nie wywarło na nim najlepszego wrażenia. Zatłoczone ulice, niedbale ustawione budynki oraz powszechne ubóstwo. Brud i smród zdecydowanie mu nie przeszkadzały, jednakże bieda zdecydowanie kuła w oczy. Widząc pijanych ludzi leżących w rowach aż bał się pomyśleć, jaki alkohol jest aż tak tani, że ludzie na co dzień żebrzący pod bramami miasta są w stanie go zakupić. Mijał również wspomnianych żebraków oraz burdele tak ohydne, że nawet on brzydził się tam wchodzić. Dość naoglądał się jak na jeden raz, przyspieszał więc zostawiając nieciekawą okolicę za plecami. Pozostawało mieć nadzieję, że pozostałe dzielnice są trochę lepsze.  
Na całe szczęście nie mylił się. Dotarł w końcu na ulicę, gdzie można było odwiedzić normalnego kowala, napić się dobrego wina, przespać w miękkim łóżku, w dodatku z czystą i pachnącą kobietą. Największą różnicę było widać właśnie w burdelach. Można było powiedzieć, że wyglądały nawet elegancko. Przez chwilę Leyton miał ochotę odwiedzić jeden z nich, ale wciąż pamiętał słowa ojca. Nie chciał, by opowiadano o młodym synu lorda, który do stolicy przybył jedynie pieprzyć dziwki. Nie powstrzymało go to jednak od upicia się w jednej z karczm, gdzie zresztą wynajął sobie pokój. Odpuścił sobie wizytę na zamku. Trwał tam sąd, zatem i tak nie miałby okazji spotkać się z nikim ważnym lub ciekawym. Miasto oferowało zdecydowanie więcej atrakcji od dworu.
Wracając zaś do picia, nie robił tego oczywiście sam. Jego towarzysze okazali się całkiem dobrymi rozmówcami. Zapewne dowiedział się o nich wiele ciekawych rzeczy, możliwe, że również z kilku się zwierzył. Na jego nieszczęście wino szybko uderzyło mu do głowy, co poskutkowało głębokim snem. Rano obudził się na przerażającym kacu. Przez pół dnia nie wychodził z pokoju, zamawiając jedynie wywar z ziół. W końcu jednak poczuł się lepiej i resztę wolnego czasu spędził na zwiedzaniu. Główne atrakcje pozostawił sobie na inne dni, tym samym postanowił jedynie zapoznać się z miastem. Nabył o nim pewne pojęcie, zapamiętał kilka kluczowych punktów, toteż potrafił się w nim jako tako odnaleźć. Wolał jednak nie zapędzać się w boczne uliczki, których były setki i łatwo o zgubienie w nich drogi.
Następny poranek okazał się dla Leytona zdecydowanie lepszy. Poprzedniego wieczora nie wypił zbyt dużo, a więc jego umysł pozostał rześki. Dzień rozpoczął od starannego golenia. Było to bardziej uciążliwe niż zwykle, ponieważ nie chciał wyjść na ulice z kępkami włosów na twarzy, jak to miało miejsce wiele razy w Końcu Burzy. Bardzo poważnie wziął sobie do serca słowa ojca. W domu mógł zachowywać się swobodnie, jednakże wybierając się w podróż reprezentował swój ród.
Szwendał się po ulicach tak naprawdę bez celu. Odwiedził parę sklepów oraz kowala, ale nic nie zdołało go zainteresować. Podczas ostatniej przechadzki nie zdołał zobaczyć nawet połowy interesujących miejsc, a mimo to nic nie przykuło jego uwagi na więcej niż kilka minut. Nie bawili go bardowie czy też gawędziarze. Zamiast słuchać pieśni i opowieści o wielkich bitwach, chciał być ich częścią, zastąpić wspaniałych bohaterów z wszystkich tych historii. Liczył, że kiedyś zdoła wykreować własną legendę. Rozmyślania te przerwało mu dotarcie na zatłoczony dziedziniec. Nie spodziewał się, że dotrze aż tam. Westchnął ciężko i już miał zawracać, gdy ujrzał dwie niewielkie grupy. Jedna zdawała się czekać na przybycie drugiej. To własnie w przybyszach najmłodszy syn lorda dostrzegł znajomą postać. Parę sekund zajęło mu połączenie faktów oraz wspomnień, aby zrozumieć kogo widzi.
-Kuzynie! - krzyknął. Przyspieszył kroku szybko zmniejszając odległość ich dzielącą. Prawdę mówiąc nie spodziewał się jego obecności w stolicy. Zdawał sobie sprawę, że jego brat - Orys - uczestniczył w sądzie, ale obecność kolejnego członka jego rodu naprawdę go zaskoczyła.
Witaj kuzynie! - zwrócił się również ku jego żonie, wykonując niski ukłon - Pani - podnosząc się uśmiechnął się ciepło w ich kierunku - Miło was widzieć. Co was tutaj sprowadza? - zapytał. Takie rozpoczęcie rozmowy wynikało tylko i wyłącznie z grzeczności. Powody przybycia faktycznie ciekawiły Leytona, ale zdecydowanie wolałby porwać kuzyna na jakąś biesiadę. Nie dawał jednak tego po sobie poznać, jak zwykle zresztą. Stał dosyć niedbale, uśmiechnięty, zaś jego wzrok tradycyjnie zdawał się kompletnie nieobecny. Mimo to słuchał, wyczekując odpowiedzi.    
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Nie Sty 25, 2015 3:41 pm

-Leyton! Nie spodziewałem się ciebie tutaj! - krzyknął radośnie. Teraz nie martwił się, że będzie musiał spędzić tu czas sam.  Zdziwił go wygląd kuzyna. Zazwyczaj odbiegał on znacząco od większości wysoko urodzonych. Ottonowi chodziło głównie o jego zadbanie i schludność, która nigdy nie cechowała Leytona. Zawsze chodził on w rozczochranych włosach i brudnych ubraniach, ale teraz wyglądał jak na lordowskiego syna przystało. Otton wolał jednak nie komentować wyglądu kuzyna, bo pamiętał on, jakie spory były pomiędzy Leytonem, a jego ojcem ze względu na właśnie higienę młodego Baratheona.
- Zaczęło mi się nudzić w Końcu Burzy, więc postanowiłem zapoznać się z urokami Królewskiej Przystani. - Nawet zachowanie Leytona było inne niż dotychczas w Końcu Burzy. - Mam nadzieję, że nie będziesz ze mną rozmawiał od teraz używając tych dworskich uprzejmości. - Otton nigdy nie przestrzegał takich zasad podczas rozmów z innymi Baratheonami, jeżeli nie znajdowali się oni na jakiejś uroczystości. - Ciszę się, że cię tu widzę. Mam nadzieję, że oprowadzisz mnie trochę po stolicy. - Otton zastanawiał się nawet przez chwile czy to trwała zmiana, ale podejrzewał, że w rzeczywistości chłopak po prostu nie chciał denerwować ojca i posłuchał jego nakazu.
- Moja Pani żona jest zmęczona tą podróżą, dlatego może udamy się we dwójkę do jakiejś karczmy, a ona w tym czasie odpocznie. Głodny jestem, a i jakimś dobrym napitkiem nie pogardzę. - Otton miał nadzieję, że jego kuzyn zdążył już poznać jakieś karczmy i będzie miał ochotę się do takiej udać. Znudziło mu się już jedzenie suszonej wołowiny, więc z chęcią zasmakowałby w jakiejś normalnej potrawie. - Mam nadzieję że nie odmówisz własnemu kuzynowi. - Otton kazał wypakować służbie rzeczy, które przywieźli ze sobą z Końca Burzy. Zauważył, że jego żona pragnie się udać już do komnaty, więc ucałował ja w policzek i pożegnał. Wrócił, więc do rozmowy ze swoim kuzynem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
14
Join date :
11/01/2015

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Sty 30, 2015 3:25 am

- Uwierz, twoje przybycie również jest zaskakujące - odparł z uśmiechem. Samotny pobyt w Królewskiej Przystani nie okazał się tak fascynujący dla Leytona jak mogłoby się to wydawać. Zdecydowanie ograniczał się ze względu na ojca. Obecność kuzyna mogła diametralnie odmienić cały pobyt. Zaczynając już od najprostszych spraw, takich jak rozmowa. Jego eskorta nie należała do nazbyt gadatliwych, a wymianę zdań można było rozpocząć jedynie po zaproponowaniu im alkoholu. Bez niego odpowiadali jedynie na pytania, niestety bardzo lakonicznie. Zakładał, że ze względu na obowiązki, obydwu Baratheonów nie miało zamiaru upijać się na umór, ale na z winem nigdy nie wiadomo. Na ilość wypitych trunków wpływało z reguły niesamowicie dużo czynników, o których szkoda się rozpisywać. Miał jednak okazję z kimś pozwiedzać. Samodzielne przyglądanie się wszelkim zabytkom nie było szczytem marzeń. Towarzystwo znajomej osoby zawsze uprzyjemniało takie wypady. Inną sprawą było, że Otto mógł chcieć zabrać na nie żonę. Leyton nie do końca wiedział jak się przy niej zachowywać. Nie znali się zbyt dobrze, ale tak naprawdę największy problem powodował fakt, że była żoną jego kuzyna. W Końcu Burzy nie widywali się tak często, każde z nich zajęte było swoimi sprawami. Nawet gdy dochodziło do jakiejś rozmowy, potrafił sobie jakoś poradzić. W końcu był sobą. W Królewskiej Przystani sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Starał się wyglądać i zachowywać jak lordowski syn. Przejmował się tym za bardzo, zaczynało mu to ciążyć.
- Czasem warto zaczerpnąć... - słowa "świeżego powietrza" utknęły mu w gardle. Byłyby one kompletnie nieadekwatne w tym wypadku. Leyton doskonale zdawał sobie sprawę ze smrodu miasta, a po sekundzie zdał sobie sprawę z niezręcznej pauzy, którą wykonał - innego powietrza, zmienić otoczenie - dokończył. Zawsze zastanawiał się, czemu akurat Królewska Przystań została stolicą. Fakt oferowało ono wiele możliwości, ale z drugiej strony istniało wiele miast, w których kontrast pomiędzy bogactwem a biedą nie był aż tak wyraźny. Takie myśli jednak nie zostawały w jego głowie na długo. Zastępowały je z reguły treningi. W poprzedniej kwestii i tak nic nie mógł zmienić - nie on ustalał co było stolicą. Rozmyślanie nad treningiem było logiczne - mógł coś osiągnąć, stać się lepszy - a zatem coś zmienić.
Mimo wszelakich rozmyślań młodzieniec wciąż słuchał kuzyna. Uśmiechnął się lekko, gdy usłyszał wzmiankę o swoich obyczajach.
-Wybacz, kuzynie. To miasto tak na mnie działa. No, i to... - spojrzał na siebie i rozłożył ramiona uśmiechając się szerzej - ubranie. Ta bliskość dworu i fikuśne ubrania sprawiają, że mówię i nawet chodzę trochę inaczej - mówił, mijając się z prawdą. Bliskość dworu sama w sobie nic go nie obchodziła. Zaś zachowanie, dobór słownictwa i sposób w jaki je wymawiał - wszystko wynikało z jednego. Dwa krótkie słowa, o jakże potężnej mocy. Zdołały zamienić go, chociaż na chwilę, w lordowskiego syna z prawdziwego zdarzenia. Zadziwiające, że jego pan Ojciec nie wpadł na to wcześniej. Tyle padało próśb, gróźb oraz kar i żadna nie skutkowała. Wystarczyło jednak trafić w ten jeden, mały czuły punkt. Miłość do rodziny stała u Baratheona wysoko, a honor rodu w pewnych kwestiach stawiał wyżej niż swój własny. Oczywiście trudno było wierzyć w trwałość tej przemiany. Pytanie, jak długo miała ona trwać. Tymczasem z ust jego kuzyna padły kolejne słowa. Leyton skierował ku niemu swój specyficzny wzrok.
- Ja również cieszę się z waszego przybycia. Liczyłem, że zdołam natrafić na mego brata, ale sąd najwyraźniej wciąż trwa. Prawdę mówiąc, zdecydowanie lepiej spędza się tu czas z kimś niż samemu - przez chwilę chciał ciągnąć temat, dodając coś w stylu "wy na szczęście macie siebie", ale wtedy on wyszedł by na samotnego i doszłoby do niezręcznej sytuacji, oraz zapewne kilku współczujących komentarzy - Do oprowadzania zawsze jestem chętny. Nie widziałem jeszcze wszystkiego; najciekawsze rzeczy zostawiłem sobie na później. Orientuję się jednak mniej więcej gdzie co jest - młodzieniec był jeden dzień do przodu ze zwiedzaniem, więc był w stanie pokazać kuzynowi kilka najważniejszych miejsc. Po chwili jego wzrok skierował się ku żonie Ottona. Nie spieszył się z tym zbytnio.
- Miłego wypoczynku, pani - uśmiechnął się i lekko ukłonił, a następnie wrócił do rozmowy z Baratheonem - Nawet gdybym samemu królowi miał odmówić, tobie bym nigdy nie odmówił, kuzynie- zaśmiał się wypowiadając ostatnie słowa - Nie jestem tu co prawda dużo dłużej... ale myślę, że znam odpowiednie miejsce, żeby się najeść i trochę wypić - uśmiechnął się, tym razem inaczej niż do tej pory. Bardziej... łobuzersko. Co prawda wciąż nie miał zamiaru spijać się do nieprzytomności, ale kilka kolejek nie mogło mu zaszkodzić - Fajna tawerna w porcie - kontynuował - nie śmierdzi tam aż tak dzielnicą. Jedyną wadą jest widok na to cholerne morze - Leyton skrzywił się lekko. Morze było faktycznie przez mężczyznę głęboko znienawidzone. Nigdy nie przepadali za sobą wzajemnie. Nie był w stanie zapomnieć o pewnych wydarzeniach z przeszłości. Podróż statkiem byłaby dla niego udręką. Na całe szczęście nie był do tego zmuszony, ale kto wie co miała przynieść przyszłość. Młody Baratheon nie mógł też pojąć, jak Orys był w stanie tyle czasu spędzać na pokładzie statku, podróżując po tych przeklętych, wzburzonych wodach. Wiedział, że jego brat nie patrzy na to z tej perspektywy, ale w tej kwestii Leyton nie był w stanie spojrzeć na całość z innego kąta. Porzucił bezcelowe rozmyślania o znienawidzonym morzu.
- To co kuzynie? Tawerna w porcie, jakieś dobre żarcie i wyśmienite ale. Co powiesz na ten plan? - rzucił z uśmiechem na twarzy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Lut 12, 2015 10:44 pm

Słuchał swojego kuzyna z zaciekawieniem. Ojciec nie mógł go zmusić do noszenia czystych ubrań, a zrobiła to śmierdząca gównem Królewska Przystań! Jeżeli powiem wujowi o tym spotkaniu to mi nie uwierzy. Pytaniem pozostawało czy Leyton zostanie już przy takich nawykach czy też wróci do swojego poprzedniego stylu życia. No, ale na to przyjdzie pora za chwilę jak dojdą do karczmy.
- Mam nadzieję, że po sądzie uda nam się napić z Orysem. Dawno żem go nie widział.- Ciekawe tylko, kiedy ów sąd się skończy. Jednakże z tego, co słyszał to król Aerys nie patyczkuje się w takich sprawach, a wyrok pewnie szybko zapadnie. Reszta uczestników sądu także zapewne nie pozwoli na przeciąganie sądu.
- Wiec prowadź kuzynie. To dobrze, że nie wygląda jak reszta miasta. – Nie mógł się doczekać, kiedy na spokojnie będą mogli we dwójkę porozmawiać. - Mam nadzieję, że serwują tam dobre i mocne ale.- Nie chciał się jakoś upijać. Trochę głupio było już pierwszego dnia przyjazdu być nietrzeźwym. Otton znał ogólna niechęć Leytona wobec morza. To była fatalna cecha ze względu na to, iż Koniec Burzy znajdował się tuz przy wodzie. Otton nigdy nie miał problemu z pływaniem, ale też nigdy nie interesowała go żegluga, ani jakakolwiek nauka z tym związana. Na szczęście to Orys zajmował się sprawami Baratheońskiej floty, więc nikt inny nigdy nie musiał się tym parać.
Zaczęli iść w stronę portu. Otton wziął ze sobą jednoręczny miecz, sztylet i oczywiście sakiewkę. Co do sakiewki nie wątpliwości, po co służy, a co do broni to bezpieczeństwa nigdy nie za wiele. Razem z Baratheonami poszła dwójka kompanów Leytona. Oby nie musieli iść za długo, bo Otton miał dużą ochotę na ale i coś na ząb.

/zt Otto i Leyton
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Mar 04, 2015 8:13 pm

/Yronwood

Spóźniona. Wydawało się, że to słowo najlepiej oddawało obecną sytuację dziedziczki Yronwood.
Spóźniona o jakieś dziewięć miesięcy, bo tyle w praktyce zajęła jej droga do Królewskiej Przystani. Podczas gdy jej młodsze siostry wzięły udział w uroczystości książęcych zaślubin, Jeyne Yronwood pozwoliła sobie zuchwale na znaczące przedłużenie okresu żałoby po Rodriku Blackmoncie.
To już ponad rok.
Okazało się, że Martellowie po raz kolejny zabrali coś, co należało się jej. Przecież gdyby nie wojna z Burzą, ich wojna, Blackmont wciąż żyłby, a ich rodziny szykowałyby się już od dłuższego czasu do ślubu, mającego połączyć dwa duże, dornijskie domy. Uspokoiłaby tym samym swego ojca, spełniając jego życzenie. Mogłaby też w końcu zająć się realizacją własnych, pełnych ambicji właściwej potomkom królewskiej krwi planów.
Ponad rok.
Lądowa podróż dała jej dość czasu na rozmyślania. Dzień chylił się już ku końcowi, zaś w oddali dostrzegała zarys Czerwonej Twierdzy, której najwyższe wieżyce ginęły w kłębowisku sino-różowych, gęstych chmur. Trakt zaginał się i wznosił, przecinając od czasu do czasu spokojne, bezkresne pola, by później opadać między pagórzaste doliny i przecinać płytkie, pełne kamieni strumyki.
Gdyby nie doskwierający Dornijce chłód, mogłaby uznać podróż za urokliwą. Złote piaski i ostre, beżowe klify Yronwood nie mogły równać się z feerią barw i grą cieni rzucanych przez wysokie korony drzew Królewskiego Boru.
Aż rok.
Ivory Targaryen oczekiwała rozwiązania, jednocześnie odbywał się proces zdrajczyni, Alyssane Tyrell. Ivory Targaryen nee Martell. Alyssane Tyrell, zdrajczyni Martellów. Nagłe ukłucie gniewu spięło ciało Yronwoodówny, sprawiając, iż ta zdrętwiała, na dłuższą chwilę zamierając w sztywnej, nienaturalnej pozycji. Nie rozumiała, dlaczego to akurat teraz tak bardzo mierzi ją i drażni wszechobecność potomków Słonecznej Włóczni. Przecież mogła przysiąc, iż jechała do Królewskiej Przystani z własnej woli, uzbrojona w nic ponad dobre intencje, prezent dla potomka i chęć odwiedzenia pięknej, dornijskiej księżniczki. Chęć usprawiedliwienia swej nieobecności na zaślubinach i próba odbudowania dobrych relacji, jakie łączyły obie kobiety jeszcze w Dorne.
A mimo to, sama sobie nie dowierzała.
Owszem, młodą księżniczkę poznała jeszcze w Wodnych Ogrodach. Owszem, ta była dla niej miła i uprzejma, potwierdzając jedynie pogłoski o swej dobroduszności i spokojnym usposobieniu. Ale czy Jeyne było z tym dobrze? Czy potrafiła przejść do porządku dziennego z tym, że jedna z potomkiń Nymerii okazała jej życzliwość? Nie. Dobrotliwość i przyjaźń Ivory Martell była dla niej równie wygodna, co kamień w sandale. Wyjątkowo ostry i trudny do usunięcia kamień.
Słodka i dobra Ivory.
Obok niej jechał Ashraf, najbardziej zaufane ostrze jej ojca, wyśmienity, dornijski szampierz. I doskonały - bo wyjątkowo milczący - towarzysz podróży. Z jakiegoś powodu odezwał się jednak, gdy nieduży choć zwracający na siebie uwagę orszak, znalazł się już nieopodal dziedzińca i bramy.
Uważaj, jak stąpasz, Promyku. Zdziwisz się, odkrywając, że mieszka tu więcej żmij, niż w całym Skyreach i przyległościach. – Mówiąc, nie spoglądał nawet w jej stronę.
Jasna brew powędrowała ku górze. Jeszcze przez moment spoglądała w kierunku śniadego, rosłego wojownika, po czym przeniosła wzrok na trakt ciągnący się przed nimi.
Mimo dość późnej pory, przez bramą Królewskiej Przystani wciąż kłębił się tłum kupców i podróżnych.
Spokojnie, Ashraf Ghazali. Przecież wiemy, jak obchodzić się ze żmijami.
Twarz wojownika wykrzywił dyskretny, ale szczery uśmiech. Teraz to on zerknął w kierunku jasnowłosej, odzianej w złote szaty kobiety. Promyk z Yronwood - inni nie byli równie uprzejmi, przy wymyślaniu jej przydomków.
Słońce skrywało się za widnokręgiem. Puchło i kraśniało, rozlewając się malowniczo na cały nieboskłon. Silny powiew wiatru rozwiał kilka wystających zza chusty włosów.
Robiło się coraz bardziej chłodno, zaś Jeyne pomknęła myślami ku Winterfell, gdzie musiało być teraz jeszcze zimniej. Fizyczny chłód sprawił, iż uspokoiła się i nie rozmyślała już o Martellach.
Gdy przekraczała bramę, była spokojna.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   

Powrót do góry Go down
 

Dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

 Similar topics

-
» Dziedziniec
» Krużganki
» Dziedziniec z wiaduktem
» Dziedziniec
» Dziedziniec

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań-