a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Dziedziniec - Page 3



 

 Dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Dziedziniec   Sob Kwi 27, 2013 3:35 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Lip 26, 2013 6:19 pm

Akurat po Prudence było widać jej pochodzenie. Nigdy się z nim nie kryła, nosiła ubrania praktycznie wyłącznie w rodowych barwach oraz całą masę dodatków, które były związane z jej rodem. Nie nosiła innej biżuterii, tylko malutkie krakeny. Nie przywiązywała bowiem wagi do takich szczegółów, no chyba, że były to krakeny, je kolekcjonowała.
Prue miała to do siebie, że była raczej otwarta i szczera, nigdy nie udawała. Nie sądziła by było jej to potrzebne, uważała, że każdy człowiek zasługuje na tyle szacunku, by mógł znać prawdę. Że każdemu się to należało, dlatego nie bawiła się w gry, była raczej prostolinijna. Co niektórzy odbierali jako wredność. Nie chciała krzywdzić innych swoimi słowami, nie była to jej wina jednak, że ludzie reagowali tak, a nie inaczej.
- Ser, nie odebrałam tego jako coś nieuprzejmego, tym bardziej, że sama wcześniej zwróciłam na Pana uwagę i przyglądałam się w dosyć niegrzeczny sposób, uważam, że nie było to krzywdzące, także nie ma co się nad tym rozczulać- Prue nie przejmowała się takimi szczegółami, uczono ją jak powinna się zachowywać, jednak ta zawsze sama decydowała, co wypada, a co nie. Miała swoją własną moralność, wiedziała, że nie wszystkim podobały się jej zasady i podejście, jednak jakoś specjalnie się tym nie przejmowała, mówiąc brzydko miała bardzo głęboko to, co inni o niej mówili. Nieraz słyszała, że jest ponoć dzika, nieokiełznana, dla niej były to jednak komplementy.
- Miło mi Cię poznać Ser, jestem Prudence z rodu Greyjoy, córka Lorda Greyjoya władcy Żelaznych Wysp..- Prue nie zabrała ręki, nie była aż tak dzika. Pozwoliła mężczyźnie czynić tak, jak go uczono.
- Oj  tak, muszę przyznać że rzucasz się w oczy, jednak, czy jest to złe?- Nie mogła zaprzeczyć. Bertrama nie dało się nie zauważyć, co czasem było uciążliwe, jednak czasem, bardzo przydatne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Lip 26, 2013 9:15 pm

Cóż, jeśli chodzi o krycie się ze swoim pochodzeniem, to Bertram też sobie nie żałował. Peleryna w barwach i z herbem rodu Grafton jasno mówiły gdzie leża jego korzenie. To są chyba cechy ludzi wysoko urodzonych. W końcu pochodzą z bogatych, szanowanych rodzin i nie mają się czego wstydzić, a w niektórych przypadkach powinna ich nawet rozpierać duma.
- Skoro tak twierdzisz Pani, to uznajmy temat za zamknięty. Już się martwiłem, że całkowicie zaprzepaściłem pierwsze wrażenie. - odpowiedział jedynie nonszalancko. Widać było, że rozmawia z prawdziwą damą, a nie jakąś wieśniaczką. Jej sposób mowy, słowa, których używała i formowanie zdań było zupełnie inne, aniżeli u pospolitej kobiety.
- Z rodu Greyjoy? - powtórzył za nią z wyraźnym zdziwieniem w głosie. To nie tak, że nie poznał krakenów. - Pani wybaczy moją bezpośredniość, ale nie spodziewałem się, że na Żelaznych Wyspach mają taki skarb. Zawsze wyobrażałem sobie tamtejsze kobiety jako kogoś, bardziej podobnego do mężczyzn. - dodał jeszcze, zupełnie nie przejmując się tym, co powiedział. Dla niektórych mogłoby to być obraźliwe, ale trudno. Naprawdę go to zastanawiało.
- Szczerze mówiąc, Panienko Greyjoy, to sam nie wiem. Z pewnością ciężko znaleźć odpowiednie łóżko, a większość drzwi jest za niskich. Oczywiście ma to też swoje plusy. Na polu bitwy wszyscy biegną od razu do mnie i mam się z kim pobawić. Jednak przez większość czasu wolałbym się tak nie rzucać w oczy. - odpowiedział na jej pytanie, po czym spojrzał ponownie na jej eskortę. Nie podobało mu się, że oni tutaj są.
- Nie bywam zbyt często w Królewskiej Przystani. Czy mógłbym liczyć na oprowadzenie mnie? Oczywiście tylko jeśli ma Pani na tyle czasu. - zaproponował, na razie milcząc na temat uzbrojonych ludzi za plecami Prudence. Jakoś nie czuł się komfortowo, kiedy miało iść za nim kilku chłopa, których na dodatek nie zna.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Nie Lip 28, 2013 5:17 pm

Cóż, były rodu, których Prue by się wstydziła, a może tak jej się wydawało? Każdy z rodów był odbierany w inny sposób, słynął z czegoś innego. Prudence zdawała sobie sprawę, że ich odbierają jako nieco dzikich, nierozgarniętych, jednak twardych, a to było najważniejsze. Grunt, to szacunek, a Greyjoyami raczej się nie gardziło, nie pozwalali sobie oni na takie traktowanie.
- Jeśli mam przyznać, jak na razie pierwsze wrażenie jest całkiem pozytywne..- Prue miała jakieś takie szczęście spotykać całkiem miłe osoby z rodów, jeszcze nie zdarzyło jej się trafić na kogoś, kto byłby wredny, czy udawałaby przesadnie mądrego. Także miała szczęście.
Zaśmiała się, gdy usłyszała słowa mężczyzny.
- Szczerze mówiąc, nie wiem skąd takie pogłoski, Żelazne Kobiety w niczym nie są gorsze od wszystkich innych, rzekłabym, że są bardziej samodzielne, nie potrzebują mężczyzn, by poradzić sobie ze swoimi problemami..- Prue nieraz spotykała się ze zdziwionymi minami, kiedy mówiła skąd pochodzi. Faktycznie, dosyć często dowiadywała się, że inni myśleli, że wszystkie kobiety na Żelaznych wyspach mają brody? Wąsy? czy coś w ten deseń, jak się można an tym przejechać. Kobiety z Żelaznych wysp, były piękne, jak wszystkie kobiety, tyle, że bardziej niebezpieczne.
- Tak, zbyt częste rzucanie się w oczy bywa kłopotliwe, szczególnie, jeśli nie chce się być zauważonym..- Akurat jej udawało się kamuflować, jeśli tego potrzebowała, tylko, że dziewczę nie miało aż tak unikatowych cech wyglądu jak wzrost Bertrama.
- Też niezbyt często się tu pojawiam, ostatnio jednak musiałam spędzić tutaj więcej czasu, nie do końca ze swojej własnej woli..- Dziewczęciu brakowało morza, ale już niedługo, jeszcze trochę..
- Chętnie Pana oprowadzę Ser, nie mogę jednak zapewnić, że pokażę wszystko, co jest warte uwagi, sama nie miałam zbyt wiele czasu by zwiedzać..- Mimo, że spędziła już tu prawie miesiąc nie było jej dane wiele odwiedzić. Kilka dni spędziła w niewoli, kilka dochodziła do siebie.. no i to by było na tyle.
Skinęła głową w stronę swych towarzyszy, chciała, aby zostawili ją samą. Mężczyźni posłusznie odeszli. Kto jednak wie, czy nie pójdą za nią, szczególnie po tych ostatnich wydarzeniach i zamachach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Nie Lip 28, 2013 6:37 pm

- Postaram się, żeby było jeszcze lepsze. - odpowiedział jak gdyby nigdy nic. Prawda była taka, że Bertram z reguły był miłym człowiekiem. Zresztą czemu miałoby być inaczej? Prudence nie zasłużyła sobie niczym na jego wrogość, więc nie miał powodu jej takowej okazywać. Zresztą podejrzewam, że sama nie chciałaby widzieć rozzłoszczonego dwumetrowego olbrzyma z dwuręcznym młotem w dłoniach, szczerzącym zęby niczym niedźwiedź. Szczerze mówiąc to nawet sam Grafton zastanowiłby się dwa razy, zanim ruszyłby na siebie. Oczywiście najpierw musiałby zobaczyć w lustrze jak paskudną minę robi.
- Kiedy byłem mały, moja niania mówiła mi, że Żelazne Kobiety mają mięśnie większe od najsilniejszego męża Westeros, brody ciągnące się po ziemi i nosy wielkie jak półtorak. Teraz widzę, że jej wersja była nieprawdziwa. Chociaż z Twoich słów wynika inaczej. Martwi mnie też ta samodzielność. Czyż to nie sprawia problemów jeśli chodzi o ich ochronę? - zapytał, niewybrednie kontynuując temat. Musiał przyznać, że jego opiekunka trochę tutaj nazmyślała, ale może chciała go chronić przed takim typem kobiet? Kobieta, jako zdobywca, łowca, coś niespotykanego w całym Westeros. Ciekawe czy Graftonowi będzie dane przekonać się o takiej osobowości płci pięknej. Jak dotąd spotykał jedynie uległe panienki, które kokietowanie uznawały za chleb powszedni.
- Niestety masz rację, moja Pani. Właśnie dlatego stronię od misji zwiadowczych. Raz próbowałem i okazało się, że wróg jednak odróżni świerk od olbrzyma. - odpowiedział z delikatnym uśmiechem, który był raczej reakcją na to, że właśnie zyskał przewodniczkę. Nie wierzył, że Królewska Przystań ogranicza się jedynie do widoku dziedzińca i kilku nieznajomych twarzy. Jeśli była większa od Gulltown, to naprawdę było co zwiedzać. Same ogrody powinno zajmować sporą przestrzeń.
- Królewska Przystań jest aż tak zła? - zapytał, odnosząc się do jej słów o przebywaniu tu nie z własnej woli. Najwidoczniej coś musiało się tutaj dziać. Szkoda tylko, że Bertram w tym czasie był gotowy na obronę swojego miasta.
- Właśnie, moja Pani. Nie wiesz może co dokładnie działo się tutaj podczas ataku Tullych? Niestety informacje, które do nas docierały nie były zbyt dokładne. Miałem nadzieję, że zasięgnę jakichś z pierwszej ręki. - zakończył, ruszając do przodu. Przecież nie mogą stać tutaj cały dzień, tym bardziej, ze wreszcie zostali sami.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Nie Lip 28, 2013 7:26 pm

- Jest możliwe, żeby było jeszcze lepsze?- Cóż, Prue naprawdę była zaskoczona wielkolud nie wyglądał jej z początku na miłego człowieka, kolejna sytuacja, która potwierdza iż nie należy oceniać człowieka po wyglądzie, bo można się na tym nieźle przejechać.
- Nie warto robić nic na siłę..- Takie było jej zdanie, nie lubiła, kiedy ktoś robił coś, tylko po to by dobrze wypaść i dlatego, że tak nakazywała kultura. Wolała, kiedy ludzie byli niemili, ale szczerzy. Aż dziwne, przecież na dworach wszyscy kłamali. To dziewczę niestety nie potrafiło trzymać języka za zębami i zawsze mówiło to, co tylko przyszło jej na myśl. Nieraz miewała problemy przez swój niewyparzony język, jednak zawsze brała odpowiedzialność za to, co mówiła.
- Niania miała talent do opowiadania bajek Panie, w takim wypadku nie powinnam się dziwić, że kiedy dowiadują się, że jestem z Wysp w mą stronę kierowane jest wiele spojrzeń, jeśli wszyscy słuchają takich opowieści.. muszą się dziwić spotykając zwyczajne dziewczę, które bardzo odbiega od ich wyobrażenia..- Prue nie należała do wysokich kobiet, miała niecałe 160 cm wzrostu, przy swoim nowo poznanym towarzyszu była więc malutka. Do tego mięśnie.. była wysportowana, ale bez przesady.
- Jeśli chodzi o ochronę.. potrafimy radzić sobie same, całkiem nieźle walczymy, oczywiście nie wszystkie.. całe szczęście, nasi mężczyźni nie mają z tym problemów i akceptują to, że niektóre z kobiet chcą również używać miecza.- Bywało, że matki miewały problem z akceptacją.. Prue jednak jakimś cudem udało się postawić na swoje, dosyć długo o to walczyła, jednak jej się udało.
- Za to w bitwie chyba nie ma Tobie równych panie..- Próbowała sobie wyobrazić tego olbrzyma w walce.. Musiał być niebezpieczny, zapewne nie miał sobie równych. Nie chciałaby trafić na przeciwnika podobnych gabarytów.
- Żelaźni ludzie niezbyt przyjemnie czują się na lądzie, a ja jestem tu prawie miesiąc, do tego nie mam raczej zbyt przyjemnych wspomnień związanych z tym miejscem..- Porwanie, drugie porwanie i śmierć braci, nie, nie widziała tu żadnych pozytywów.
- Niestety Ser, powiedzmy, że nie byłam specjalnie dyspozycyjna podczas tej wojny, zostałam uwięziona i również dopiero powoli docierają do mnie pewne informacje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pon Lip 29, 2013 3:47 pm

Jeśli dotąd nie można było o tym miejscu powiedzieć, że jest pełne krakenów, to teraz dosłownie się ono od nich zaroiło. Vardisowi trochę zajęło odnalezienie Prudence, ale towarzyszący jej, postawnych rozmiarów mężczyzna wreszcie przykuł jego uwagę i ułatwił zlokalizowanie siostry Castera. Na dziedziniec, wraz z żeglarzem, wpadło jeszcze dziesięciu uzbrojonych żelaznych. Dla zajętego dotąd rozmową pana z Doliny mógł to być dość osobliwy, wręcz niepokojący widok.
- Witam Panią Kapitan. - Kiwnął nieznacznie głową na powitanie. Co prawda, z chwilą otrzymania dyspozycji od Egzekutora, przestał być członkiem jej załogi, zawsze jednak tak lepiej mu się ją tytułowało. - Wybacz, że zakłócam miłe chwile, ale już czas... - Powiedział znacząco, całkiem ignorując stojącego obok olbrzyma. Nawet w jego stronę nie spoglądając. No bo po co. Pewnie jakieś panisko czy lordowska mość. Zaraz by trzeba giąć się w dwuznacznych ukłonach i zmuszać się do wymyślania jakiś tam tytułów.
- Topiciel wydał rozkazy. Kruki rozesłane. Jesteśmy gotowi. W Old Oak powinien czekać okręt. - Mówił prędką, chcąc przekazać jednocześnie jak najwięcej informacji, ale i również nie wydać niczego konkretnego przed obcym... Bądź co bądź niedługo i tak się pewnie wszystkiego dowie. Wręczył Prudence zapieczętowany list z wytycznymi od jej brata i czekał w napięciu na jej reakcję. Swoją drogą... dobrze było widzieć, że z ostatnich przygód wyszła cało. Dobrze, że ktoś z rodu Krakena osobiście poprowadzi wyprawę.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pon Lip 29, 2013 9:38 pm

- To już zależy tylko od Ciebie. Byłbym narcyzem, gdybym stwierdził, że daleko jeszcze do maksymalnych możliwości. - odpowiedział, spoglądając ukradkiem na Prudence. Nie lubił przechwałek, pogróżek, czy obietnic. Olbrzym był wyjątkowo spokojnym i skromnym człowiekiem, co przeczyło jego wyglądowi. Jednak czy tak nie było ciekawiej? W końcu podchodzisz do takiej góry z zamiarem wszczęcia bójki, a ten zwyczajnie Cie ignoruje jakbyś był tylko gołębiem srającym na jego dziedziniec. Niby ślad po sobie zostawisz, ale będzie to gówniane wspomnienie. A co do robienia czegoś na siłę, to niestety jest to trafione. Bertram potrafi być uparty jak osioł, a do odciągnięcia go trzeba kilku ludzi. Raz już tak było i wtedy o mało nie połamał wszystkich kości swojego przeciwnika. Nie był to zbyt miły widok, ale grupka ludzi próbująca utrzymać olbrzyma była całkiem zabawna.
- Gdyby niania opowiadała mi trochę mniej bajek, to całkiem możliwe, że po nocach miałbym całkiem przyjemne sny z Żelaznymi Damami, Pani. Może jednak od dzisiejszego dnia się to zmieni. - stwierdził, będąc ciekawym jej reakcji. Bądź, co bądź właśnie postawił całkiem odważny krok, coś przy okazji sugerując. Być może stąpał po cienkim lodzie, ale do cholery, jest z Doliny. Nie może zachowywać się cały czas jak jakiś szlachecki fajansik, co to umie tylko się przymilać. Trzeba czasem użyć trochę dobitniejszych przykładów i dosadniejszego języka.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby jednak jakieś mieli. W końcu kobieta dla niektórych jest ważniejsza od tytułów, zamków, ziem, czy nawet własnego życia. Macie w sobie coś takiego, co powiodło na zgubę wielu mężów, Pani.
Tak, tak, tak! Kobiety to chyba córki samych smoków, bowiem potrafią pożreć rosłego mężczyznę w całości, a kiedy już z nim skończą, wyplują po prostu wrak człowieka. Oczywiście zdarza się to tylko słabym jednostką, jednak kto nie mięknie na widok kobiecego ciała? Oczywiście poza wiadomą częścią, która robi wszystko na przekór.
- Przesadzasz, Pani. Jestem zwykłym wojakiem, jakich pełno w Westeros. Niczym się nie wyróżniam. - odpowiedział skromnie, drapiąc się z zakłopotania po czubku głowy. Rozmowa zeszła jednak na temat Żelaznych Ludzi, którzy byli obcy wielkoludowi. Jednak dzięki kilku zdaniom dowiedział się na ich temat czegoś ciekawego.
- Doskonale rozumiem, Pani. Ja mam akurat takie szczęście, że równie dobrze czuję się na lądzie, co na morzu.
Już miał coś mówić na temat uwięzienia dziewczyny, kiedy na horyzoncie pojawiła się grupka zbrojnych. Bertram zmarszczył jedynie brwi i skrzyżował ręce na klatce piersiowej, jednak nie robił nic więcej, Wątpił, żeby ktokolwiek śmiał go zaczepić w Królewskiej Przystani przy takiej ilości świadków. Dodatkowo barwy na jego pelerynie mówiły jasno z jakiego rodu pochodzi. Okazało się, że ten pyszałek, bo inaczej nazwać go nie można, przyszedł po swoją Panią. Szkoda jedynie, że był na tyle niski, żeby nie móc podnieść głowy i zrównać wzroku z Bertramem. Była to jasna zniewaga, której jednak olbrzym nie brał do siebie. Ten mężczyzna pewnie pochodzi z jakiejś mało znaczącej rodziny i zwyczajnie nie zna swoich rytuałów wyższych sfer. A skoro o nich mowa, to Bertram ukłonił się teraz delikatnie Pru.
- Dziękuję za Twe towarzystwo, Pani. Jeśli kiedykolwiek byłabyś w Gulltown, nie omieszkaj mnie odwiedzić. Tym razem to ja oprowadzę Ciebie. - powiedział, swoistym dla niego barytonem i czekał na jej reakcję. Nie zamierzał odchodzić stąd pierwszy, pomimo tego, że gość dawał mu wyraźny znak, że nie jest tu mile widziany. Jeśli mu się to jednak nie podoba, to niech sobie pójdzie kilkadziesiąt stóp dalej. W końcu się pożegnali, a i Bertram ruszył do Czerwonej Twierdzy. Chciał się przebrać w coś lżejszego.

z/t


Ostatnio zmieniony przez Bertram Grafton dnia Pon Sie 05, 2013 3:30 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pon Lip 29, 2013 11:14 pm

- Rzekłabym, że nie zawsze wspominanie o swych zaletach łączy się z narcyzowaniem..- Prudence dosyć często tworzyła nowe słowa. Być może nie dla każdego miały one jakiś sens, jednak ci inteligentniejsi w ten sposób mogli domyśleć się, co leżało na umyśle naszej damy.
- Ile to czasu zmarnowałeś.. Czyż jednak nie spotyka się piękniejszych kobiet, niektóre są takie egzotyczne, my, Żelaźni niczym się nie wyróżniamy, no może mamy nieco surowsze rysy, poza tym niestety brakuje nam egzotyczności..- Tak, Prue jakoś nigdy nie uważała się za piękność, wydawało jej się, iż te komplementy są kierowane w jej stronę z grzeczności. Ludzie wysoko urodzeni mięli to do siebie, że starali się być mili, no może za plecami zaczynali mówić, co myślą, jednak w twarz zazwyczaj mówili same przyjemne rzeczy.
- Nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć Ser, być może Ty będziesz potrafił mi odpowiedzieć, co takiego w sobie mamy?- Dosyć często się nad tym zastanawiała. Jakim cudem mężczyzna może zaryzykować wszystko dla kobiety. Silny facet.. a kiedy żona coś powie ten podwija ogon i jej słucha? To przerastało jej wyobraźnię. Dlaczego? Jak to działało?
- Jest Pan chyba nazbyt skromny..- Wszyscy mężowie w Westeros mięli po dwa metry wzrostu? To Prue nie miała się nawet po co pchać na wojnę, każdy mógłby zrobić z tym maleństwem, co by chciał.
- W takim wypadku zazdroszczę Ser, ja mam ogromny problem ostatnio do przystosowania się do życia na lądzie, tym bardziej, że jak do tej pory spotkało mnie tu dużo więcej nieszczęść, może kiedyś się to zmieni, chociaż powątpiewam, my Żelaźni nie powinniśmy spędzać zbyt wiele czasu na lądzie..- Powtarzał jej to ojciec, czas słuchać jego rad. Jak na razie wszystko co mówił się sprawdzało, jak to się działo, że staruszek zawsze miał rację?
Faktycznie, w Królewskiej Przystani ostatnio było wielu Żelaznych. Dwóch z nich umarło. Ba, zostało zabitych.. Czego Prue chyba nigdy nie zapomni. Będą jeszcze tacy, którzy poznają gniew Żelaznej Damy, współczuła im swoim całym żelaznym sercem z kamienia, nie chciałaby się znaleźć na ich miejscu. Nie będzie litości.. Oj nie. Musiała odpłacić za wyrządzone krzywdy, oko za oko. Tego ją nauczyli.
Prudence tak była zainteresowana rozmową z Bertramem, że nie dostrzegła nadchodzącego jegomościa. Dopiero, kiedy się odezwał zauważyła jego obecność. Przez moment poczuła się jakby przyłapana na czymś złym, po chwili jednak się opamiętała. Przecież tylko gawędziła z Serem.
- Witaj Vardis..- Rzekła całkiem przyjemnie. Darzyła tego mężczyznę sympatią.. cóż, uratował jej życie, to chyba było dosyć istotne, czyż nie? Do tego był członkiem jej załogi, znaczy wcześniej.. No, mniejsza o to. Nie do końca jej się podobało to najście, co jednak mogła zrobić? Nie miała specjalnie wiele czasu dla siebie, niestety. To było nie za sympatyczne w tym wszystkim.
- Tak, spodziewałam się tego, nie sądziłam jednak, że tak szybko..- Czyli czas wyruszać. Juz zbyt wiele czasu spędziła w spokoju, pora wyruszyć w świat, robić to, w czym są najlepsi.
- Przepraszam Pana..- rzekła do Bertrama, po czym odczytała list.. Na jej twarzy nie było widać żadnych emocji, spodziewała się podobnych rzeczy. Teraz wszystko jest w ich rękach. W jej oczach pojawiła się iskra.. no to zabawa się zacznie.
- Bardzo miło mi było spędzić z Panem czas Ser, ubolewam, iż nie mogę spełnić swej obietnicy i oprowadzić Pana, jednak są nade mną ważniejsi, którym muszę być posłuszna, jeśli kiedykolwiek będę w Gulltown na pewno skorzystam z Twej propozycji.- Skłoniła się na pożegnanie.
- Dziękuję za umilenie mi dnia..- Jaka kulturalna Prue, kto by się spodziewał. Nauki matki nie poszły w zapomnienie.
- Dobrze Vardis, czas rzucić kości, miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie po naszej myśli..- Odparła jeszcze do byłego załoganta, po czym dosyć szybkim tempem ruszyła przed siebie. Odwróciła się jeszcze do Bertrama i posłała mu uśmiech, faktycznie była zadowolona z konwersacji w jaką się z nim wdała, czuła się przy nim swojo, jednak teraz czas na pracę, nie przyjemności!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Wto Lip 30, 2013 4:18 am

- Cóż. Taka wola Egzekutora. Wychodzi na to, że sprawy zaczynają przyspieszać. Gdy skończymy jednak... Gdy skończymy, czasu na wszystko powinno być tyle, że jeszcze nie będziemy mieć co z nim robić. No ale. Pomyślnych łowów... i do zobaczenia na miejscu, pani kapitan. - Kiwnął głową ponownie i ruszył w swoją stronę. Olbrzym mógł sobie o nim myśleć co chciał, on nie miał po prostu teraz wystarczająco dużo czasu by marnotrawić go na jakiś serów, czy jak go tam Prudence nazywała.

Czas przed wyjazdem spędził na dobieraniu nowego sprzętu i poznawaniu przydzielonych mu ludzi. Nie było na to wiele czasu, Vardis uznał jednak za ważne, by wiedzieć o nich jak najwięcej. Po krótkim zapoznaniu i zakupie potrzebnych rzeczy nie pozostało nic innego jak ruszyć w drogę. Kierunek - północ!

[zt]
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Lip 31, 2013 5:13 pm

Kolejnym przystankiem w jego podróży była Królewska Przystań, po paru tygodniach wędrówki wreszcie mogli minąć mury największego miasta w Westeros. Wielu mieszkańców zachwycało się nimi, bowiem od dawna nie widzieli tutaj ludzi z Północy. Damon nakazał swoim ludziom aby uzupełnili zapasy żywności i wody na dalszą podróż, on jednak nie chciał tutaj pobyć tylko przez chwilę, udał się do Czerwonej Przystani, może tam spotka go coś ciekawego. Chciał ujrzeć, od dawna już przez niego nie odwiedzane, Królewskie ogrody.

z/t - w kierunku Czerwonej Twierzy.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Sie 02, 2013 12:41 pm

/ Królewski Trakt


Królewska Przystań to najbardziej zagmatwane miasto Westeros. Tak właśnie budowano przed wieloma wiekami - żeby wrogowie nie mogli odnaleźć centrum. Natura zrobiła co w jej mocy, by pomóc budowniczym: wzgórza, wąwozy, morze. Spiralnie pokręcone uliczki wyrzucają nieproszonego gościa albo na brzeg miasta, albo do urwistego wąwozu, albo w ślepy zaułek. Aylward pamięta, jak jeszcze kilka lat temu sam był temu miastu wrogiem. Za nic nie mógł odszukać drogi do Czerwonej Twierdzy. Zza budynków Zapchlonego Tyłka migotały mu kopuły septonu. Był tuż-tuż... Wystarczy obejść kilka domów... Ale zaułek prowadził go wtedy w górę, znikał pod mostem, potem kilka ostry skrętów - i kurwa mać, już nie widział septonu, nie bardzo nawet wiedział, w jakim jest kierunku. Trzeba było wrócić do punktu wyjścia i zacząć wszystko od nowa. To również skończyło się niepowodzeniem.
Dziś w Królewskiej Przystani było równie tłoczno i ciasno jak przed latami, jednak Baratheon zdołał na tyle dobrze poznać stolicę, by wiedzieć, gdzie poprowadzić kolumnę jeźdźców. Doga zagłębiała się w gęstą pajęczynę krzywych, garbatych, ale zaskakująco schludnych uliczek, i wreszcie wyrzuciła ich na hałaśliwy bulwar, będący zapowiedzią zbliżania się do Czerwonej Twierdzy. Tęten pół setki końskich kopyt natychmiast ściągnął uwagę spacerujących tu wyżej urodzonych mieszkańców Siedmiu Królestw, jak i handlarzy mających do zaoferowania coś więcej niż marchewki i obrok dla konia. A, bądźmy szczerzy, było na co popatrzeć - dobre pięć mil przez bramą Królewskiej Przystani Aylward po raz kolejny zatrzymał towarzyszy podróży, tym razem jednak nie w celu ucztowania i konsekwentnego osuszania bukłaków z winem, lecz po to, by zadbać o stronę techniczną Wjazdu Chwały. Zakurzone chorągwie Baratheonów wymienione zostały na nowe, lśniące złociście w świetle słońca i dumnie powiewające na lekkim wietrzyku. Sam Aylward zamienił utrudzony podróżny płaszcz na swą czarną zbroję, wciąż powgniataną po bitwie w niektórych miejscach. "Niech wiedzą, że wracamy z wojny, a nie od krawca w Essos", rzucił z rozbawieniem, gdy wsuwał idealnie wyczyszczony i zaostrzony miecz do pochwy. Reinmar, Sordello a pewnie i Vera przez całą drogę z Doliny zdołali zauważyć jedno: żartowniś z tego Jelenia. Nie dało się ukryć, że każdy z jego ludzi gotów w ogień za niego skoczyć. Niełatwo pozyskać sobie u rycerzy burzy taki mir. Owszem, podporządkowują się każdemu przełożonemu, ale szanują bynajmniej nie każdego, i przebiegły wojownik znajdzie tysiąc sposobów, by okazać dowódcy szacunek, albo jego brak. A za co szanują Baratheona?
Za to, że nie ukrywa swojej zwierzęcej natury i ukryć się nie stara. Pod tym względem dla nich Aylward to swój gość. Powiedzmy, idzie ulicą piersiasta dziwa. Pośladki przewalają się, jak dwa arbuzy w koszyku. Co normalny mężczyzna zrobi w takiej sytuacji? Ano, przynajmniej wzrokiem ją zgwałci, jeżeli nie można inaczej. Aylward Baratheon zachowa się identycznie, bez żenady. Za to go szanują. Niebezpieczny jest ten, kto nie ogląda się za kobietą. Niebezpieczny jest ten, kto stara się pokazać, że go te rzeczy w ogóle nie interesują. Tacy właśnie bywają skrytymi sadystami i zabójcami. Jeleń nie należy do tej kategorii. Lubi płeć piękną (a kto nie lubi?) i nie czyni z tego tajemnicy. Bo po cóż miałby się kryć ze swoją namiętnością? Dlatego rycerze burzy siedzieli w siodłach dumnie wyprostowani, gdy przemierzali u boku Aylwarda ulice Królewskiej Przystani. Dumą zapewne napawały ich także okrzyki prostaczków - nieodgadnione są bowiem meandry psychiki chłopów. Przytłaczająca większość z nich wykrzykiwała „Dolina! Burza!”, gdy przejeżdżali pomiędzy budynkami, straganami i burdelami, inni zaś patrzyli z ukosa, zupełnie jakby Arryn zabił im matkę łyżką do zupy, a Baratheon poprawił półmiskiem z owocami. Radość ta spowodowana musiała być jednym - pokojem, który zapanował w Dorzeczu. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, zapewne chodzi o żywność… i gdyby nie zwycięska bitwa w Dolinie, kładąca kres wszelkim zbrojnym potyczkom, Dorzecze zamiast ziarnem, musiałoby karmić stolicę krwią. Dlatego sojusznicy jechali do Czerwonej Twierdzy z początku witani nielicznymi okrzykami, jednak wieść o ich obecności w stolicy rozprzestrzeniała się szybciej niż pożar w stodole i znacznie wyprzedzała konie Jeleni oraz Orłów. Z każdą mijaną ulicą tłum był większy, głośniejszy i lepiej zorganizowany - w stronę rycerzy leciały pojedyncze kwiaty, zdarzyły się nawet obierki po ziemniakach i brzoskwinie, o czym dobitnie przekonał się Aylward, łapiąc owoc zaledwie ćwierć łokcia przed twarzą. Uśmiechnął się mimowolnie, wbijając zęby w miękką skórkę i ignorując fakt, że sok spływa po jego palcach, spiął konia, w te pędy wjeżdżając na dziedziniec zamku. Przed olbrzymią bramą stał już królewski herold, przyglądając się z umiejętnie skrywanym niepokojem ponad pięćdziesięciu jeźdźcom zalewającym dziedziniec niczym morskie fale brzeg. Baratheon zsiadł z konia, oddając lejce podbiegającemu stajennemu i rozejrzał się po twarzach zgromadzonych na placu pomniejszych lordów oraz panien.
- Gdzie moje piękne siostry? - zagadnął wesoło, podrzucając w dłoni nadgryziony owoc. Zupełnie tak, jak robił to ponad miesiąc temu, z tą różnicą, że rolę zabawki pełniło jabłko. Którym rzucił w Waldera Freya.
- Heroldzie, drogi heroldzie, zaprowadź nas do sali gościnnej i nakarm znużonych podróżą wojaków. - Baratheon po raz ostatni obrzucił wzrokiem tłumek, nigdzie nie dostrzegając ani Allyi, ani Arianne. - Chyba, że miłościwie nam panujący ma życzenie spotkać się z nami teraz. Z przyjemnością spełnimy jego rozkaz. - na czole Aylwarda wykwitła jedna, pozioma zmarszczka, zupełnie jakby sugerował, że zakłócanie spokoju króla w porze obiadowej to nie najlepszy pomysł… i że wraz ze swymi ludźmi oraz lordem Arrynem chętnie poczeka na wolną chwilę Aerysa II. - Niech ktoś zawiadomi Allyę o moim powrocie. - rzucił przez ramię do swych ludzi, ruszając powoli za królewskim heroldem i z niejaką obawą zerkając na Verę.
- Reinmarze, darzę ją olbrzymią sympatią i nie chcę, żeby zawisła z powodu jednego pochopie wypowiedzianego słowa. - szepnął cicho do Arryna, nadal uśmiechając się wesoło. Witamy w największym teatrze Westeros…

/ Królewska sala balowa - stoły
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Sie 28, 2013 3:56 pm

// wielka sala

Na Prudzię na dziedzińcu czekało 30 żołnierzy. Między innymi część załogi Latającej Cholery. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, iż na lądzie nie są, aż tak niepokonani jak na wodzie, jednak już niewiele czasu zostało. Już niedługo. Nie mogła się doczekać, aż wypłynął. Tym bardziej, że niejako udało jej się poinformować króla o jej planach. Zemsta. Na to czekała. Pomści swych dwóch braci.
Dziewczę szło pewnym krokiem przed siebie. Kiedy żołnierze ją dostrzegli ucichli na moment, jakby czekając na to, co ma do powiedzenia. Była ich Panią kapitan. Duża ich część traktowała ją jak córkę, wiedzieli jednak, co stanie się, gdy nie posłuchają rozkazu. Mięli świadomość o tym, jaka jest Żelazna Dama. Ostatnio nie widzieli jej zbyt często. Dochodziła do siebie, po porwaniu i śmierci rodzeństwa, gdy jednak stała tak przed nimi mało który wiedziałby, co przeżyła. Prue nie pokazywała swych słabości. Nikomu. Musiała być silna, musiała sobie ze wszystkim poradzić. Przecież była z żelaza.
- Drodzy..- Odparła niskim głosem, kiedy przed nimi stanęła. Bawiła się czerwonym sygnetem, który miała na palcu- dar od króla.
- Nim się obejrzycie, znów będziemy na wodzie..- Wiedziała, że jej kompanów to ucieszy.
- Powiedzmy, że wynegocjowałam to, co chciałam, także miecze w dłonie, no i jak najszybciej ruszajmy, droga jest długa, a miast wiele.- Mięli tyle do podbicia. Tyle złota do wyniesienia. Czas najwyższy pomścić braci. Nikogo nie oszczędzi. Zobaczą, co jest w stanie zrobić rozdrażniony kraken. Pożałują, że do tego doprowadzili. Ona jednak nie będzie miała litości. Dla jej krwi nikt nie miał.
Stanęła przed rumakiem, który najwyraźniej był jej.
- Zmora..- Rzuciła do zwierzęcia, cóż przezyją razem długą podróż.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
119
Join date :
19/07/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Sie 28, 2013 6:01 pm

/z łąki

Podróż z łąki do Królewskiej Przystani trwała o wiele krócej niż się spodziewano, dlatego też gdy kobieta domu Greyjoy skończyła przemawiać do swoich ludzi, na dziedziniec wjechała straż przyboczna, z daleka już widocznymi chorągwiami rodu Royce. Mniej więcej w połowie kolumny na dziedzińcu pojawił się niemal dwumetrowy mężczyzna w towarzystwie kontrastującej z nią młodej dziewczyny. Royce zeskoczył z konia płynnym ruchem i ruszył do Anny Arryn, by pomóc jej zejść z jej wierzchowca. Dopiero potem przyjrzał się obecnym już ludziom, u których herb Greyjoy'ów był wyraźnie widoczny. Kobieta, która niewątpliwie nimi dowodziła nie była jednak znana Royce'owi. Wiedział on co prawda, że pochodzi z rodu z Pyke, jednakże nie mógł przypomnieć sobie jej imienia. Tutaj też pojawiła się jego ignorancja, gdyż nigdy nie przykładał zbytniej wagi do znajomości historii i rodowodu Żelaznych Ludzi w stopniu większym, niż wymagała tego czysta przyzwoitość. Dlatego też postanowił nadrobić braki i zamienić kilka słów z kobietą, gdy tylko skończy sprawy z Anną.
- Powinnaś odszukać brata moja pani. I postaraj się już nie zasypiać na łąkach, dobrze? - Jego głos był wyjątkowo łagodny, można byłoby powiedzieć, że wręcz ciepły, dlatego też kilku jego ludzi spojrzeli na Royce'a z niedowierzaniem. - Spotkamy się za jakiś czas. - Dodał i tym samym zostawił Annę Arryn samą sobie. Umie o siebie zadbać i Royce mógł mieć jedynie nadzieję, że Arrynówna od razu ruszy na poszukiwania brata. On sam swoje kroki skierował ku kobiecie, która stała teraz przy swoim koniu.
- Lady Greyjoy. To dość niespotykane ujrzeć Żelaznych Ludzi tak daleko od Wysp. Nawet o obecnej sytuacji. - Konflikt Doliny z Dorzeczem, ślub i pakt o pokoju, nic z tych rzeczy nie było bezpośrednio lub nawet pośrednio związanych z Greyjoyami i ich chorążymi. Dlatego też Royce mógł spokojnie wysnuć wnioski, że coś musiało poruszyć Żelaznymi Wyspami skoro się tutaj zjawili. Albo też dopiero ma poruszyć. Na chwilę obecną postanowił pociągnąć rozmowę dalej i zobaczyć co z tego wyniknie.
Jego ludzie nie byli zachwyceni obecnością Żelaznych Ludzi. Chociaż cała sytuacja pozbawiona była negatywnej otoczki, to jednak cały czas pozostawał niepokój i ta niepewność co do następnego ruchu ludu z Pyke.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Sie 28, 2013 6:23 pm

Prudence dostrzegła, że jej załoga ucieszyła się z wypowiedzianych przez nią słów. Byli z Żelaza spędzili na lądzie już zbyt wiele czasu, trzeba nadrobić stracony czas. Nie mięli ciepłych charakterów, potrzebowali przygody, która akurat teraz zbliżała się do nich wielkimi krokami, a tak się sama nawinęła.
- W ciągu kilku godzin powinniśmy opuścić Przystań, mam nadzieję, że nie jest Wam z tego powodu przykro, wiem, że wszystkiego tu dostatek, jednak koniec panowania, wojaczka wzywa..- Miała nadzieję, że załoga przez czas spędzony tutaj nie oduczyła się dawnego życia, nie no, przecież byli Żelaźni- nie dla nich luksusy, potrzebowali wyzwań i adrenaliny, tak samo jak ich Pani, chociaż ona w tym momencie najbardziej potrzebowała krwi, krwi Lannisterów.
- Rozejść się i przygotować do podróży..- Rzekła jeszcze do załogi. Sama była gotowa. Odziana w skórzane spodnie, buty, no i czarną tunikę ze złotymi wstawkami, pod spodem miała kolczugę. Była gotowa na wszystko, nie chciała dać się zaskoczyć jak ostatnim razem. U jej boku wisiał miecz, u drugiego sztylet. Włosy miała związane w długi warkocz, przy swoim średnim wzroście dosyć zabawnie wyglądała z takim asortymentem, jej załoga przywykła, gorzej było z innymi. Dostrzegła, że ktoś pojawił się na dziedzińcu, nie poświęciła tym osobom jednak wiele uwagi. No i wtedy usłyszała głos, który zwracał się do niej. Gwałtownie się odwróciła, no i uniosła głowę do góry. Stał przed nią kawał chłopa.
- Niestety okoliczności nas do tego zmusiły, Ser?- Szukała jakichś charakterystycznych znaków. Kamyczki.. Ktoś z Doliny, tylko kto? Że też zawsze wolała biegać po skałach, niż się uczyć. Liczyła na to, że mężczyzna ją uświadomi. Zostało z nią może z 10 ludzi, reszta zgodnie z poleceniem zaczęła przygotowywać się do drogi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
119
Join date :
19/07/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Sie 28, 2013 6:52 pm

-Ser?- Powtórzył za kobietą, wyraźnie rozbawiony. Od razu było widać, że nie miała pojęcia z kim rozmawia. Sam Royce nie pamiętał także kiedy ostatni raz ktoś zwrócił się do niego per Ser. Mężczyzna przypatrywał się jej chwilę, po czym uznał, że wypadałoby w końcu uświadomić kobietę z kim ma do czynienia. - Jestem Rethel Royce z Runestone. - Rzekł krótko i treściwie. O ile mogła go nie kojarzyć z wyglądu, o tyle musiała słyszeć o Ostrzu z Runestone, gdyż przez te wszystkie lata u boku Reinmara Arryna, Rethel wyrobił sobie konkretną opinie i brak jakiejkolwiek wiedzy na jego temat, było oznaką zwyczajnej ignorancji.
Rethel rozejrzał się po Żelaznych Ludziach, którzy zaczęli znikać z dziedzińca. Wyglądało na to, że Greyjoyowie niedługo wyruszają. I tutaj właśnie mężczyzna zwęszył okazję, którą postanowił wykorzystać.
- Dobrze widzę, że zbieracie się już do drogi, pani? - Zawahał się przez moment po czym spojrzał na swoich ludzi "tym wzrokiem". Od razu zorientowali się, że coś chodzi po głowie Royce'owi i lada moment wszystkiego się dowiedzą. W większości przypadków nie lubili tego spojrzenia. Przeważnie zwiastowało ono rychłe dobycie broni lub podjęcie się zadania, które nierzadko zakrawało o szaleństwo.  - Nie potrzeba wam czasem dodatkowego towarzystwa w podróży? - I wszystko stało się jasne. Rethel Royce postanowił wypłynąć razem z Lady Greyjoy nie do końca wiedząc gdzie i nie do końca wiedząc jakimi pobudkami kierował się Royce, jego ludzie spojrzeli na siebie wymownie, po czym westchnęli lekko. Być może czekała ich kolejna podróż, tym razem o niewiadomym przeznaczeniu. Niby takie są najlepsze, jednakże mając za przewodnika Rethel'a, można było się spodziewać, że obok słowa "najlepsze" pojawi się słowo "krwawe". Ale może jednak nie, może ruszą do Pyke, wypiją, pobawią się z dziwkami i wrócą. A może wcale nie wyruszą bo kobieta nie będzie chciała mieć ich na swoim pokładzie. Wszystko zależało teraz od Lady Greyjoy i jej oceny sytuacji. Royce wpatrywał się w nią swoim głębokim, dzikim spojrzeniem oczekując jej słów w milczeniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
195
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Sie 28, 2013 7:03 pm

A jej akurat nie dziwiło, że Royce mówił łagodnym głosem, gdy zwracał sie do niej. Zawsze tak robił, więc przywykła. Nie jej sprawa, że inni się dziwili. Wojownicy z nim podróżujący nie mieli tego i owego co sprawiało, żeby Rethel odzywał się do nich miło. Nie pieli piersi i tyłków. Nie mieli wielkiego, strasznego Reinmara za brata. Ach te plecy. A może Rethel ją po prostu lubił? Pewnie, że tak, inaczej by jej za każdym razem nie szukał. W końcu umiała grać w kości. Lubiła grać w kości. Nie pozwalała mu wygrać, co i tak często robił. Ale nie podkładała się mu. No i tak zabawnie się irytowała za każdym razem, gdy przegrywała. Albo jak nazywał ją smarkulą. Obrażała się wtedy? oj czasami. Nie, nie na długo, bo szkoda jej było na to czasu.
Odstawił ją na dziedziniec. Wcześniej, na łące, nie protestowała jak podniósł ją do góry i posadził na koniu. Nawet zapomniała na moment że przygalopowała na innym rumaku, ale odjeżdżając zdążyła zauważyć, że Dayne opiekuje się jej konikiem. To ją uspokoiło.
A teraz na dziedzińcu... wyczuła, że jest na nią zły. Może nie bardzo, ale tak troszeczkę. Czyżby ostatnio za często znikała? Czy nie podobało mu się, że przy obcych odsłaniała jego miłą i czułą stronę? Pewnie tak. Ale... przejdzie mu. A ona powinna wrócić do braci. A może zamiast tego przespać się, ale tym razem w swojej komnacie? Oj nie, Reinmar by jej skórę wygarbował i rodzice, to znaczy lord i lady Arryn, by jej tu nie obronili. A braciszek Reinmar miał ciężką rękę. Cos dużo tych zdań zaczynających się na "a".
- Dziekuję Ret...lordzie Royce -skłoniła mu się i nie dbając (znów) o etykietę, rzuciła się biegiem w kierunku twierdzy.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Sie 28, 2013 7:21 pm

Śmiał się z niej! To dopiero odważny mąż. Fakt, nie miała pojęcia z kim rozmawia, jednak było jej to obojętne. Na całe szczęście się przedstawił. Runestone.. obiło jej się trochę o uszy. Chorąży Arrynów, jak tam oni sobie z Lannisterami pogrywają?
- Prudence Greyjoy z Pyke- Nie była dłużna i się przedstawiła, wyciągnęła nawet swoją dłoń, coby uścisnąć dłoń mężczyzny. Zastanawiało ją mimo wszystko, czy tamci poparliby jej sprawę, czy wroga? W tym momencie, nie było dla niej ważniejszej sprawy niż atak na Lwy, musiała pomścić braci.
- Dobrze zauważyłeś Panie, widzę za to, że dopiero przybyliście, niedawno wojowaliście, z tego co mi się udało usłyszeć odnieśliście sukces..- Ciągnęła tą konwersację, bo co, może akurat dowie się czegoś interesującego. Miała świadomość, że niedawno pokój został naruszony, ona była drugą, która miała zamiar zrobić to samo, tyle, że ostrzegła przed tym króla, wszystko było przemyślane. No i wróciła do pełni sił, teraz nic nie stanie jej na drodze.
- Chciałbyś Panie przeżyć przygodę?- Nieco zdziwiła się pytaniem mężczyzny, dopiero co się poznali, a ten już chce się wybrać z nią na wycieczkę. Popatrzyła na miny swych żołnierzy, dodatkowe ręce się przydadzą, czyż jednak Panna Greyjoy powinna ufać Rethelowi?
- Muszę ostrzec, iż nie będzie to spokojna podróż, mam do wykonania dosyć ważne zadanie, jeśli będzie mi Pan przeszkadzał, zamiast pomagać, może Pan wraz ze swoimi ludźmi wylądować za burtą, wtedy nie będzie za przyjemnie, nie powiem jednak, że wsparcie by nam się nie przydało..- Tak, Prue była tą osoba, która nie miała nic przeciwko wypłynięciu w morze z obcymi ludźmi. Fanfary, zobaczymy, czy los się do niej uśmiechnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
119
Join date :
19/07/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Sie 28, 2013 7:46 pm

- Mamy zatem umowę Lady Prudence. - Rzekł mężczyzna ściskając rękę kobiety. Chwycił pewnie, jednakże nie mocno, tak jak miał w zwyczaju. Był delikatny, ale nie na tyle, by kobieta mogła uznać, że ma ją za osobę kruchą, jak większość dam z Westeros. O nie, Żelazna Dama zasługuje na coś więcej niż dworskie etykiety. - I mów mi Rethel. - Dodał puszczając jej dłoń.
Fakt faktem, odnieśli zwycięstwo w Dolinie, jednakże to była raptem jedna bitwa, która nawet w połowie nie zaspokoiła żądzy krwi Royce'a, chociaż zgrabnie to ukrywał, świerzbiło go, by ponownie wyciągnąć ostrze. A z Greyjoyami nigdy nie wiadomo, być może taka okazja pojawi się szybciej niżby się tego spodziewał. W gruncie rzeczy na to liczył, w odróżnieniu do swoich ludzi, którzy chociaż są równie dobrze wprawieni w wojaczce co on, to jednak wykazują się bardziej pokojowym, karczemnym wręcz nastawieniem.
- Jestem pewien, że moi ludzie i ja przydamy się wam o wiele bardziej, niż możecie się tego spodziewać. - Dodał pewnym, ostrym tonem i jego ludzie w końcu mogli znów poczuć, że Rethel Royce jest wśród nich. On sam skinął na swoich ludzi, by ci zebrali się do drogi do portu. - Czy Twój statek jest zdolny pomieścić nasze konie, czy mamy zostawić je w stolicy?- Zapytał po dłuższej chwili. Niebyt uśmiechało mi się rozstawać z Gromem, jednakże gdyby wymagała tego konieczność poszedłby na te ustępstwa. W końcu pełnił rolę bardziej gościa, więc nie wypadało zaczynać swojej znajomości od stawiania żądań.
Po dłuższej chwili ludzie Rethela oznajmili, że są gotowi do drogi. 35 ciężkozbrojnych rycerzy, elitarny oddział z Runestone, Siewcy Grozy, Ostrza Zemsty, Żelazny Mur Doliny. Różnie ich nazywali, jedno jednak nie ulegało wątpliwości - byli przygotowani do walki w każdych warunkach i w każdym warunkach byli nie zawodni.
Rethel spojrzał na swoich ludzi i skinął głową, po czym zwrócił się znów w stronę kobiety. Trzeba było jej oddać, że przyciągała wzrok. Różniła się od większości dam z Westeros jak przystało na kobietę z Żelaznych Wysp. Być może było w niej też coś dzikiego? Coś co w jakiś sposób łączyło ją z Royce'm?
- Ostrza Runestone są na Twoje rozkazy, pani. - Rzekł kłaniając się przed Prudence, mimo to nadal pozostawał wyższy od niej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Sie 28, 2013 9:03 pm

Prue była zaskoczona, naprawdę nie spodziewała się, że Royce wyruszy z nią na wyprawę. W pewien sposób odebrała to jako żart, no bo kto normalny pisałby się na wyprawę z Żelaznymi Ludźmi? Tylko, czy ten mężczyzna choć przez chwilę wydawał jej się normalny? Sprawiał wrażenie dzikiego, w zasadzie jak większość osób z Doliny, które udało jej się spotkać, ci jednak mięli w sobie więcej tego pierwiastku. Czy był przy zdrowych zmysłach? No i najważniejsze, jak podchodził do Lannisterów? Najwyżej wyląduje za burtą.
- Żadna ze mnie Lady, wystarczy Prue, uprzedzam, że w momencie w którym stawiacie stopę na mym statku nie macie prawa głosu, to ja decyduję..- Wśród jej załogi od kilku lat nie padło słowo Lady.. może dlatego, że skutecznie ich tego oduczyła? Po prostu była ich kapitanką, nie jakąś tam kobietą z dobrego domu, zasłużyła sobie na ich szacunek, a tytuły jedynie powiększały dystans między ludźmi. Z kim jak z kim, ale ze swoją załogą chciała być blisko, musiała budzić zaufanie.
- Nie wątpię, jeśli chodzi o tą podróż każde siły się przydadzą, powiem dokładnie na czym polega nasza wyprawa na statku, czy chciałbyś wiedzieć szybciej?- Zerknęła na mężczyznę, przez co musiała podnieść głowę nieco do góry. Ładuje się z nią w ciemno, ciekawe, czy wie, co go spotka.
- Niestety nie będzie miejsca na nasze konie, ale ktoś się nimi tutaj zaopiekuje..- Jej poprzednia klacz zginęła marnie, liczyła na to, że Zmorze nic się nie stanie do jej powrotu, był to bowiem rumak, który w pewien sposób do niej pasował, ba była idealna.
- Jestem wdzięczna za pomoc, ciekawe jednak, co na to wszystko powie Lord Arryn, czy spodoba mu się to, że wyruszasz ze mną?- Ponownie spojrzała na mężczyznę, skłonił się przed nią, na ile jednak mogła mu zaufać?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
119
Join date :
19/07/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Sie 28, 2013 9:53 pm

- Prue zatem.- Podsumował krótko słowa kobiety. Rethel był człowiekiem, który wolał jasno określone działania czy stanowiska od niepotrzebnego owijania w bawełnę. Prudence wydawała się właśnie osobą, która w prosty, jasny sposób mówi czego jej trzeba, dlatego też mężczyzna uznał, że nie będzie miał problemu, by się z nią całkiem dobrze dogadać.
- Jeżeli Ci to nie przeszkadza, to wolałbym porozmawiać już na pokładzie statku. Poza tym słyszałem, że nie służy wam zbyt długie przebywanie na lądzie, więc nie ma co tego bez sensownie przedłużać. - Rethel miał też inne powody, dla których chciał znaleźć się już na statku Greyjoyów.
Gestem ręki nakazał swoim ludziom ruszyć do doków, polecając przy tym, by pomogli Żelaznym Ludziom w miarę potrzeby.  On sam został przy kobiecie, gestem ręki zachęcając ją jednak do drogi. Z początku czuł pewne opory zostawiając w Stolicy swojego konia, jednak nie było na to rady, więc pozostało mu jedynie westchnąć lekko i zabrać ekwipunek, który był przyczepiony do siodła. Dodatkowe ostrze oraz tarcza zawsze mogło się przydać. Zwłaszcza w towarzystwie Greyjoyów. Poza tym nie lubił rozstawać się ze swoją własnością. Nigdy nie wiadomo czy jakiś stajenny nie zechciałby sprzedać jego rzeczy by zarobić sporą sumę, później tłumacząc się, że musiało się zagubić lub po prostu zniknąć wszystkim z oczu.
- Lord Reinamr nie powinien być Twoim zmartwieniem. - Skomentował znów krótko, tak jak to miał w zwyczaju. Nie był człowiekiem, który snuje kilkugodzinne rozważania na temat tego, czy jego poczynania są słuszne. Nie, Rethel to człowiek czynu, on po prostu działa. Nie oznacza to jednak, że nie myśli nad tym co robi. Zwyczajnie nie widzi powodu, by prowadzić jałowe dyskusje tylko po to by podyskutować.

z/t z Pru.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Starfall
Liczba postów :
159
Join date :
14/08/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Nie Wrz 08, 2013 11:31 pm

//Taras

Kuzyn wreszcie się znalazł, a lady Stokeworth wyposażyła panów na drogę, dołączając swoich dziesięciu zbrojnych. Nie pozostało im nic innego, jak szybko udać się w drogę powrotną do Starfall. Wszystko złożyło się bardzo dziwnie. Nie dostal tego, po co tu właściwie przyjechał, ale to nie miało większego znaczenia - poznał tylu ciekawych ludzi i czuł, że czuł się właściwie tak, jakby jego rola została spełniona. Będzie mógł przekazać ojcu wieści z zakończenia wojny, a ponadto opowiedzieć swojemu rodzeństwu kolejny raz o Królewskiej Przystani. Już nie mógł doczekać się powrotu do domu. Odetchnął głęboko. Wciąż miał jeszcze jedną ważną sprawę na głowie, a może nawet więcej niż jedną. Najpierw wszystko, co oficjalne, a potem... a potem inne rzeczy.
W końcu nadszedl czas powrotu. Z samego rana 12 koni i ich jeźdźców pojawiło się na dziedzińcu. Loht wrzeszczał niemiłosiernie, a gdy korowód ruszył, kruk wzbił się w powietrze i postanowił samotnie wrócić do domu w Starfall.

*nmgt -> Królewski Trakt*
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Wto Wrz 10, 2013 6:11 pm

/z zaświatów (czyli... Boży Gaj?)

Parno.
Zupełnie nie ma czym oddychać. Królewska Przystań czeka na burzę, na oczyszczenie. Niezwykły upał zawisł nad miastem, przenika we wszystkie zaułki i wysusza rachityczne drzewka. Mieszkańcy do reszty wydeptali spaloną trawę. Kurz wisi w powietrzu, a żar nie ma dostępu jedynie do Czerwonej Twierdzy - po prostu nie jest w stanie przeniknąć grubych murów. Allya krąży w cieniu dziedzińca szczególnie poirytowana. Stawia cztery kroki w jedną stronę, cztery w drugą... i znowu - cztery kroki w jedną stronę, cztery w kolejną... jeśli ktokolwiek uważniej przyjrzałby się temu obrazkowi, dostrzegłby w mroku krużganek inną, nieruchomą postać. Twarz ukryta za chroniącą przed słońcem chustą, szerokie ramiona, węższe biodra - od razu można poznać, że to mężczyzna.
- Nie określam Ci zadania. Działaj stosownie do okoliczności. - szepcze cicho Allya, prawie zagłuszając własne słowa niosącym się w nieruchomym powietrzu dźwiękiem kroków. Ciemne włosy związane w warkocz przerzuciła przez ramię, delikatną szyję ugięła lekko, jakby pod ciężarem setek atakujących myśli. - Możesz mieć pewność, że wytrwamy. Skręcimy kark tym łotrom. - dodaje z ledwo wychwytywalną zapalczywością w głosie. Kąciki ust zadrgały leciutko, gdy zatrzymała się w końcu i z powagą spojrzała na towarzysza. - Pamiętaj, że cokolwiek się stanie, przyjdę Ci z pomocą. Cokolwiek się stanie, rozumiesz? - Łania ponownie podjęła szaleńczą wędrówkę - cztery kroki w prawo, cztery w lewo... sukienka powiewa na sztucznie wywoływanym pędzie powietrza, niebieskie oczy lśnią niezdrowo, zupełnie jakby Baratheonówna wpadła w trans. Słońce rozgrzało granitowe płyty na dziedzińcu. Żar nadal leje się z nieba, niemal topi podkucia oczekujących do podróży koni. W takiej temperaturze zbroje jej strażników wydają się być ulepione z miękkiej gliny. - Teraz jesteś moim człowiekiem. A ja nie porzucam swoich ludzi w potrzebie. Przychodzę z pomocą. Zawsze. - zamarła w bezruchu, odrywając wzrok od tuzina oczekujących na nią, gotowych do podróży rycerzy i spojrzała na towarzysza rozmowy po raz ostatni, powtarzając cicho: - Zawsze. - sukienka zaszeleściła, gdy Allya odwróciła się energicznie i ruszyła w stronę swojej klaczy. Gdyby teraz ktoś ponownie zechciał zerknąć na krużganki, nie dostrzegłby tam nikogo. Jedynie zbawienny w tak upalne dni cień rzucany przez łukowe sklepienie korytarza... i odciski dwóch par butów - drobnych, które wydeptały coś na wzór swoistej ścieżki wzdłuż linii cienia oraz większych, świadczących, że rozmówca stał oparty o ścianę, uważnie przyjmując polecenia.


/zt, Królewski Trakt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Wto Lis 19, 2013 7:23 pm

/ Komnata sypialna

Maegor Targaryen nie przepadał za towarzystwem większej liczby ludzi, ale potrafił je znieść, o ile nie było zbyt natarczywe. Sytuacje, które zmuszały go do interakcji z tłumem, budziły z trudem powstrzymywaną irytację, a do najbardziej przez niego znienawidzonych z pewnością należały częste ostatnimi czasy ceremonie religijne. Niestety, z nich akurat najrzadziej udawało mu się wykręcić. Septon prowadzący ceremonię na dziedzińcu znał się na rzeczy. Wyniosły i barczysty, odziany w gładko spływającą jasnoniebieską szatę co rusz unosił potężne ramiona ku niebu i zaczynał donośny basowy zaśpiew. Jego rudawe loki, w które tu i ówdzie wdało się już pasemko siwizny, oraz gęsta, sięgająca piersi broda migotały w blasku słońca. Oczarowani jego charyzmą rycerze z entuzjazmem powtarzali słowa modlitwy bądź dołączali do pieśni. Grzmot ich głosów odbijał się echem od krużganek, aż co odważniejsi giermkowie wystawiali głowy zza kolumn i patrzyli po sobie ze zdziwieniem.
Maegor modlił się do Wojownika wraz z resztą, lecz bez zrozumienia, bez zaangażowania. W jego umyśle ścigały się ze sobą dziesiątki informacji, które zdołał zgromadzić do tej pory. Całkiem zamyślony nie zauważył nawet, że septon zakończył modlitwy i oddał oddział pod opiekę Siedmiu.
I słusznie – pomyślał Targaryen, drapiąc w roztargnieniu bliznę na podbródku ukrytą za jasną brodą. – Siedmiu raczy wiedzieć, co nas tam czeka".
To właśnie wtedy ktoś szarpnął Maegora za rękaw. Targaryen odwrócił się, marszcząc gniewnie brwi, lecz ku swemu zaskoczeniu ujrzał Bergharda Rosby. Stary rycerz miał poważną twarz i wzrok, który świadczył o najwyższym stanie namysłu.
- Są wieści, panie - powiedział bez ogródek, odciągając Smoka w cień krużganek. - Słońce wciąż świeci, chociaż wbrew wszelkim prawom wschodzi na zachodzie… na całe szczęście nasi ludzie będą czekać z przesyłką w połowie drogi na miejsce. Z kolei Puszczyk zawiódł, nic nie wiemy o morzu… - Targaryen zacisnął mocno zęby – przeklinanie tuż po błogosławieństwie podobno przynosiło pecha, a ostatnie czego potrzebował, to gniewu jakichś-tam bogów.
– Czy mam kazać go usunąć? – spytał cicho Berghard i przymknął na moment oczy, jakby spodziewał się wybuchu wściekłości.
Usunąć? - na ustach Maegora wykwitł cień uśmiechu, który natychmiast usunięty został przez obojętne wzdrygnięcie ramion. - Nie wiem, jak dotąd nam służył. Może zapił w karczmie i nie zdążył na miejsce? Trudno orzec. Poślij za nim kolejnych ludzi. I to jak najszybciej.
– Posłuszny waszej woli, mój panie. Jest jeszcze sprawa zamachu… mamy dwóch świadków, lada dzień dotrą do stolicy. Sprawcy jednak zostają nieuchwytni, choć szukają ich zarówno w Dorne, jak i całej Burzy… - nim jednak Rosby dokończył, Targaryen uciął machnięciem ręki jego wykład w pół zdania, wbijając w Bergharda ciężkie, mroczne spojrzenie. Lawendowe oczy otaczała siateczka głębokich bruzd, z których każdą wyryły długie lata zmagań z bezsennością.
- Niech płyną na Smoczą Skałę, wrócą na sąd, który i tak będzie miał miejsce w Królewskiej Przystani… pod okiem mego szlachetnego brata i miłościwie nam panującego w jednym. - lewy kącik ust Maegora drgnął nerwowo, gdy odprawił Rosby’ego skinięciem głowy. Targaryen nie zwlekał ani chwili. Gniewny, z zaciętą twarzą, jął przeciskać się przez tłum rozmawiających cicho rycerzy, by w końcu dotrzeć do koniuszego trzymającego za uzdę Baleriona, ogiera księcia Smoczej Skały, który wyglądał, jakby miał zamiar odgryźć stajennemu rękę. Koń, nie książę. Chociaż…
- Na siodła! - ostre polecenie Maegora odbiło się echem od murów, zupełnie jak modły septona kilka chwil wcześniej. Sztandar Targaryenów rozwinięty przez jednego z jeźdźców załopotał cicho na ciepłym podmuchu wiatru, a dwa tuziny konnych z karnością wskoczyło na rumaki. - Nie oszczędzamy się! Czeka nas długi szlak, który musimy przebyć w jak najkrótszym czasie… - … tak krótkim, jak kuśka mojego brata. Przemknęło przez myśl Maegorowi, gdy spiął konia i ruszył w stronę bramy, sprawdzając zawartość juków, gdzie znajdowało się kilka zalakowanych pergaminów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Sty 15, 2014 5:24 pm

/ Stone Hedge - Królewski Trakt

Droga przez Dorzecze oraz Włości Korony przebiegała bez większych problemów - Królewski Trakt umożliwiał rumakom szybkie poruszanie się, zaś powiewające nad głowami jeźdźców chorągwie z czerwonym, trójgłowym smokiem na czarnym tle zniechęcały kogokolwiek do wdawania się z jeźdźcami w słowne przepychanki. Chłopi wraz z wozami na dźwięk końskich kopyt uderzających o bruk czmychali na polany bądź w większości przypadków - do rowów, zaś przezorne dziewki wolały nie kusić losu i ukrywać się w zagajnikach. Żaden z żołdaków jednak nie przejawiał najmniejszego zainteresowania kobiecymi wdziękami - echa wojny tocznej na południu jęły docierać i w te tereny, a każda z kolejnych wieści była jeszcze bardziej nieprawdopodobna od poprzedniej. Ludzie paleni żywcem? Wojska rodu Martell doszczętnie rozbite w wąwozie? Drugi z dziedziców Końca Burzy poległ? I ożył? A może wcale nie umarł? Królewscy jeźdźcy popędzali konie, pragnąć czym prędzej oddać pojmanego Lorda Raventree Hall pod jurysdykcję Białych Płaszczy i podjąć przygotowania do kolejnej interwencji zbrojnej... o ile taka miałaby nastąpić. Dołączenie do starć pomiędzy Baratheonami a Martellami nie obeszłoby się bez krwawej ofiary ze strony królewskich wojsk, żaden człowiek Targaryenów nie miał co do tego złudzeń. Pozostawała jedynie kwestia - po której stronie by się opowiedzieli...
Tym jednak nie musieli trapić się zwykli żołnierze, ci bowiem zwykli wyłącznie wykonywać rozkazy. Od planowania, ryzykowania życia innych i patrzenia na wojny z wież zamków byli wielcy lordowie, którzy bitwy widzieli jedynie na ilustracjach swych mądrych ksiąg o podboju Aegona lub dostrzegali je oczyma wyobraźni, słuchając brzdękania bardów. Krew rozlewali prości żołdacy - i to prości żołdacy ginęli. Żaden z nich nie mógł jednak uskarżać się na swój los, mieli tytuły rycerskie, nadania ziemskie, sakwę w której brzęczało kilka złotych monet... ale nade wszystko posiadali przywilej. Przywilej walczenia o dobre imię rodu. Przywilej dzierżenia miecza w ręce. Przywilej odnoszenia zwycięstw lub ginięcia w bitewnej chwale.
I to własnie taka uprzywilejowana grupa wjechała do Królewskiej Przystani przez Smoczą Bramę, zmierzając wprost do Czerwonej Twierdzy. Dwa tuziny jeźdźców, którzy na kilka mil przed miastem odłączyli się od głównego trzonu kawalerii, byli eskortą Edmunda Blackwooda. Prostaczkowie najwyraźniej nie spodziewali się tak rychłego powrotu targaryeńskich sił, bowiem jedynie odskakiwali trwożnie przed końskimi kopytami i nawet przez myśl im nie przeszło, że wśród królewskich żołnierzy znajduje się Lord, który w imię własnych zatargów na kilka dni sparaliżował dostawy żywności z Dorzecza. Łut szczęścia sprawił, że oszczędzono rzucania w Blackwooda nadgniłymi warzywami i owocami, co wnet mogłoby doprowadzić do zamieszek w najbiedniejszych dzielnicach miasta. Jeźdźcy bez problemu dotarli do Czerwonej Twierdzy, przy akompaniamencie głośnych rozkazów wjeżdżając na zamkowy dziedziniec. Ktoś zeskoczył z rumaka i czym prędzej pobiegł poinformować Gwardzistów o powrocie wojsk, inni zaś powoli opuszczali swe siodła, ściągając z końskiego grzbietu i samego Blackwooda.
- Przypatrz się dokładnie bezchmurnemu niebu, ser. - rzucił spokojnie szpakowaty, wysoki rycerz, patrząc wprost na Lorda Raventree Hall. - Bogowie wiedzą, jaka pogoda będzie, gdy ujrzysz je po raz ostatni... podążając na szafot. - brzydki uśmiech wykwitł na ustach mężczyzny, gdy kilku jego kompanów skrępowało ręce Blackwooda za plecami i pchnęło go w stronę bocznych krużganek, skąd dotrzeć można było w dość oczywiste dla Emdunda miejsce - ciemnych, zatęchłych lochów.

/ zt, Lord Raventree Hall oddany w ręce MG
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Nie Sty 26, 2014 10:10 pm

Cały pochód, który z Dorzecza kierował się w stronę Królewskiej Przystani, nie napotkał na swojej drodze żadnych niespodzianek. Podróż zajęła przewidywalny okres czasu, właściwie do samego końca utrzymywano narzucone, szybkie tempo, jakby sam król nie zamierzał tolerować dnia zwłoki. Nie należało się martwić o dyscyplinę wśród zahartowanych w bojach oddziałach. Pierwsi ludzie Arrynów w charakterystycznych barwach Doliny dotarli do Królewskiej Przystani w południe. Ich wjazd, o czym niezwłocznie powiadomiono dwór, poprzedzał dotarcie Lorda Reinmara Arryna wraz z małżonką, którzy przemknęli pomiędzy ulicami nie zatrzymując się nim nie wjechali do Czerwonej Twierdzy. Nihil tylko pobieżnie mogła przyjrzeć się tym, którzy przystawali, co by nie wejść w drogę końskim kopytom. Dosłownie na moment zakłócili tutejszą, codzienną monotonie. Będąc już na zamkowym dziedzińcu, wydano rozkazy zbrojnym a konie powierzono w odpowiednie ręce. Zaś sam Arryn i jego małżonka oddalili się, oczekiwani w Czerwonej Twierdzy.

zt oboje
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   

Powrót do góry Go down
 

Dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Dziedziniec
» Krużganki
» Dziedziniec z wiaduktem
» Dziedziniec
» Dziedziniec

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań-