a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Dziedziniec - Page 2



 

 Dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Dziedziniec   Sob Kwi 27, 2013 3:35 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
66
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 4:10 pm

Nie podyskutował zbyt długo z lady Martell, bo po chwili ich mała paczka objęła chyba niemalże cały dziedziniec. Najpierw przyszedł Tully, Lorent już wcześniej zauważył jak się zbliża. Roderick uprzejmie przywitał się ze wszystkimi, a Tyrell zastanawiał się kogo tak naprawdę w rzeczywistości wrzuciłby do którejś swojej rzeki. Przywitał się z nim miło, zadowolony, że rozpoznał jedną z jego sióstr.
- Słyszałem, że są tu świetne karczmy - mruknął uśmiechając się krzywo, kiedy Roderick zapytał o powód przybycia tutaj, który jest wszystkim znany. Po chwili dołączył do nich stary Frey i Lorent skinął w jego kierunku głową, by po chwili skłonić się Baratheonowi. Mnożyli się w zastraszającym tempie, bo wkrótce dołączyła do nich Lynette Martell.
- Lady Lynette Martell, patrząc na ciebie i lady Mellarie, mężczyźni w Dorne są jednymi z największych szczęśliwców w Westeros – powiedział miło skłaniając się w stronę Martellówny i uprzejmie odwracając się na chwilę, kiedy chciała coś powiedzieć przeznaczonego tylko do uszu Braavoski. Teraz z kolei dołączyła do nich jego siostra.
- Na pewno chcecie się bliżej poznać – powiedział do Cailet i delikatnie nakierował ją w stronę Aidana, żeby to wzięła go pod ramię i z nim porozmawiała. W tym samym momencie na dziedziniec wjechał drugi Baratheon, robią niezłą rozróbę i zamieszanie, rzucając jabłkami i takie tam.
- Nie wiem czy Aidan Stark byłby zadowolony, gdybyś obsypywał jego narzeczoną płatkami róż – powiedział z uśmiechem. Wcale nie przeszkadzało mu jego wyjście, to jego sprawa jak reprezentuje swój ród. Przynajmniej wszyscy go zapamiętają. Nie mógł powstrzymać się od porozumiewawczego zerknięcia na Mellarie, kiedy Frey wygłosił swoją krótką tyradę na temat odpowiedniego zachowania. Posłuchał krótkiej wymiany zdań i powstrzymał się od wywrócenia oczami.
- Ród Bartheonów nie ma się czego wstydzić, a jednak tłumaczy się z zachowania drugiego dziedzica lordowi przeprawy – zauważył pogodnie, kiedy Adgart zaczął głośno krytykować niefrasobliwe zachowanie Aylwarda. Lorent zdecydowanie wolał jego udawany brak obycia, niż ponurego starszego Baratheona. Spojrzał na Rodericka i kiwnął mu głową z szacunkiem, odwzajemniając spojrzenie. Faktycznie mieli sobie trochę do powiedzenia.
- Chyba też powinniśmy iść – powiedział zerkając na swoje siostry i ofiarując ramię Mellarie Martell z lekkim uśmiechem, żeby porozmawiać z nią po drodze. I w zasadzie już odwracał się i skinął głową na Alysenne, kiedy usłyszał kto właśnie przybył na dziedziniec. Na chwilę zastygł z miejscu, ale z bardzo spokojnym wyrazem twarzy odwrócił się w stronę głosów. Pierwszą jego reakcją była ulga. Nie wyglądała jak niedźwiedź. Uśmiechnął się nawet lekko na to spostrzeżenie w jej stronę.
- To najwyraźniej moja narzeczona – powiedział pochylając się w stronę Mellarie i delikatnie wziął swoją rękę, by przywitać się z grzecznie z Mormontami i spojrzeć na lady Shaynay Mormont. Pomyślał, że wygląda jakby była w wieku Alysanne, ale za to z pewnością bardzo ładnie. Całe szczęście. Drobna i blada, mogłaby przypominać jego byłą żonę, z tym, że podobno zdecydowanie się różniły. Ujął jej dłoń i musnął ją wargami na przywitanie.
- To zaszczyt poznać cię lady Mormont, Lorent Tyrell do usług- powiedział dość cicho, by tylko do niej zostało skierowane do przywitanie. – Mam nadzieję, że dobrze wam minęła podróż? – zapytał jeszcze grzecznie, patrząc głównie na swoją narzeczoną. Naprawdę nie dochodziło do niego, że dziewczyna ta ma się stać jego małżonką. A przecież to on z tej dwójki brał już ślub. Oderwał w końcu od niej wzrok i spojrzał na Czerwoną Twierdzą do której większość już zmierzała.
- Chyba musimy iść do środka. Niedługo z pewnością porozmawiamy – powiedział i ukłonił się jeszcze raz Mormontom. Podszedł do swojej siostry, stojącej wciąż z Martellami, żeby pójść z nią do środka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
126
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 4:14 pm

Lady Lannister planowała dotrzeć do reszty rodziny, by zameldować o swej obecności, jeszcze odrobinę podrażnić brata, a zaraz potem wraz z ojcem odnaleźć przyszłego narzeczonego. Z jej zamysłów jednak nic nie wyszło, bowiem drogę zagrodził jej młody, przystojny mężczyzna, który natychmiast wykonał głęboki, dworski ukłon.
- Lady Maureen. Rad jestem cię widzieć, choć jest to nasze pierwsze oficjalne spotkanie. Adgart z rodu Baratheon.
A więc to jest mój narzeczony? - pomyślała z radością. - Pan Ojciec naprawdę się postarał przy wyborze przyszłego małżonka.
Do tej pory postać Adgarta Baratheona mówiła jej niewiele - wiedziała tylko tyle, że zapewne wkrótce zostanie Lordem, co miało dla niej jedynie drugorzędne znaczenie. Teraz zaś, gdy stał przed nią w całej okazałości, gdy przypatrywała się jego ciemnym włosom i pełnym blasku oczom, wiedziała, że może być z nim szczęśliwa. Co prawda Baratheon zawsze pozostanie nieokiełznanym jeleniem, jednak w głębi duszy czuła, że jej narzeczony jest statecznym człowiekiem. Gdy już minął pierwszy zachwyt spowodowany ujrzeniem tak przystojnego mężczyzny, Maureen wreszcie przypomniała sobie, jak dama jej rodu powinna zachowywać się w towarzystwie.
- Witaj, lordzie. Ja również jestem rada poznać znamienitego rycerza, o którym tyle dobrego słyszałam. Chwalebne opisy Twych dokonań przemierzyły już całe Westeros.
Maureen zwolniła jeszcze bardziej niż przedtem, gestem prosząc młodego lorda o dotrzymanie jej kroku.
- Dawno przybyliście, Panie? Czy już wszystkie rody zebrały się, by oddać cześć królowi, czy też jeszcze kogoś brakuje?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 4:20 pm

Miało być pięknie, zaś zakończyło się... cóż, jak zwykle. Bo choć Aylward słynny jest z tego, że czyn u niego przeważa nad myślą, nie wszyscy zdołali przywyknąć do jego pełnego jurności sposoby bycia. Nic zatem dziwnego, że obrócił konia, gdy tylko głos Waldera Freya uniósł się nad gwarem rozmów i przyciągnął uwagę najbliżej zebranych. Baratheon wsłuchał się w słowa Lorda, z każdą chwilą odczuwając, jak w jego piersi rośnie coś na wyraz dzikiego zwierzęcia, które tylko czeka, by wydostać się na zewnątrz i dać upust prawdziwej porywczości Aylwarda.
- Lordzie Frey, jeśli kiedykolwiek zechcę poznać Twe zdanie, bądź pewnym, że o nie zapytam. - odparł nad wyraz spokojnie - jak na siebie - Baratheon, ściągając powoli z dłoni skórzaną, cienką rękawicę. Przywykł do nagan, co więcej - dzień bez takowej, byłby dniem straconym. O ile jednak mogą ich udzielać jego brat lub ojciec, o tyle słowa Lorda z Dorzecza to zwykły przytyk. A takowych Baratheonowie nie będą tolerować.
- Gdy zaś będzie mi dane dożyć Twych lat, zajmę się, jak sam rzekłeś, godnością i trwaniem w stagnacji niczym zmurszała kłoda. - dodał dumnie, zsiadając z karego konia i głaszcząc uspokajająco jego szyję. Rumak jak zwykle wyczuł humor swego właściciela, przez co jego chrapy rozszerzyły się nerwowo, a kopyta uderzyły niecierpliwie o bruk dziedzińca. Sam Aylward westchnął głośno, starając się zachować spokój, gdy tylko przebrzmiały słowa Lorda Tully. Gdyby ten dostrzegał coś więcej niż koniec ostrza swego miecza, nie byłby tak pochopny w osądach. Zwłaszcza wobec Baratheonów. Póki co jednak, najważniejsze to zachować zimną krew - jak słusznie zauważył Lord Frey, to nie miejsce ani czas na obrzucanie się obelgami. Choć akurat on sam wiedzie prym w ich generowaniu. Nawet słowa Adgarta spłynęły po młodszym Baratheonie jak woda po łuskach - to w końcu starszy brat od zawsze bawił się w potyczki słowne, zamiast złapać za miecz i dobitnie udowodnić, że nawet najbardziej zgniły owoc posiada swoje zalety... co też Aylward ma zamiar zrobić, jeśli tylko pojawi się ku temu lepsza okazja. Najważniejsze jednak, że dopiął swego. Doprowadził do prowokacji i - co najważniejsze - miasto dowiedziało się o jego przybyciu. Jedynie na swój sposób było mu szkoda Adgarta, który jak zwykle zbierał za młodszego brata baty, choć nie miał na tyle odwagi, by spojrzeć oszczercy w oczy. Sam Ayl w końcu zerknął przepraszająco na Starka i lekkim uśmiechem zasugerował mu, że jeszcze dzisiaj wymienią się spostrzeżeniami.
- Lordzie Tyrell, póki ograniczałbym się wyłącznie do róż, Aidan byłby mi niezmiernie wdzięczny. - uśmiechnął się do dziedzica Wysogrodu z błyskiem uznania w oczach. Oto jeden z pierwszych sprawiedliwych zebranych na dziedzińcu.
- Proponuję też zapomnieć o tym... drobnym incydencie z Lordem Freyem. Mawiają, że milczenie jest złotem. Jak widać, nie każdy lubi błyskotki. A teraz wybaczcie mi, pora stać się porządnym. - ukłonił się lekko lady Tyrell, kiwnął hardo głową dziedzicowi Wysogrodu i z zaciętym wyrazem twarzy ruszył w stronę swojego brata, któremu towarzyszył nie kto inny jak jedna z latorośli rodu Lannisterów.
- Lady Maureen. - powiedział cicho i ukłonił się młodej pannie Lannister w pas, za wszelką cenę próbując odciągnąć uwagę brata od wcześniejszych wybryków. - Żywię szczerą nadzieję, że podróż do stolicy okazała się znacznie mniej uciążliwa niż słowne utarczki tutaj? - uśmiechnął się lekko do kobiety. Nawet Aylward, tak zaciekle ignorujący kontakty między rodami, zdawał sobie sprawę z relacji, jakimi była połączona z jego bratem. Cóż mu zatem pozostało? Uśmiechać się, zgadzać... a potem robić to, na co żywnie ma ochotę. Wszystko zaś wskazywało na to, że nie brak mu wrażeń na dzisiaj i zbyt długo nie wytrwa u boku swego brata - podejrzenia te zaś ziściły się, gdy ukłonił się nagle lady Lannister, oddał lejce konia jednemu z członków przybocznej straży i, posyłając Adgartowi przepraszający uśmiech, ruszył w stronę Czerwonej Twierdzy. Zapewne, by szukać nowych doznań.


Ostatnio zmieniony przez Aylward Baratheon dnia Sro Maj 01, 2013 6:19 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 4:43 pm

// Casterly Rock
Lavonne kątem oka obserwowała rozbieganą służbę, która starała zapiąć się wszystko na ostatni guzik. Oczywiście to nie przeszkodziło jej w rzucaniu krótkich spojrzeń ku Bleddynowi i Maureen. Nie zdając sobie sprawy ze stosunków i nastawienia wobec siebie rodzeństwa, śmiała twierdzić, że zachowują się jak typowy starszy brat i młodsza siostra. Ona sama mogła śmiało stwierdzić, że starsi bracia potrafią być nadopiekuńczy i nie widzieć świata poza młodszymi siostrzyczkami, które już dano przestały być dziećmi. Od razu też poczuła nikłe uczucie tęsknoty gdzieś w okolicach serca na myśl o zostawionym daleko za sobą Wysogrodzie. Teraz jednak musiała porzucić te przywołujące na jej twarz przygnębienie wspomnienia i z uśmiechem przywitała zbliżającą się ku niej Maureen.
Niedługo później ruszyli, a klacz Lavonne zaczęła zgrabnie nabierać prędkości. Szukając swojego przyszłego męża natrafiła jedynie na jego oddalającą się sylwetkę. Zbyt zaabsorbowana myślami, które jak na złość kołatały jej się w głowie zaprzestała upartego szukania go w tłumie i jechała nadal we własnym tempie. Może jeszcze kilka godzin temu dogoniłaby go, pocieszyła jakimś żartem i z pewnością nie odstępowała go na krok, ze wszystkich swoich sił starając dotrzeć się do mężczyzny, którego niedługo będzie zmuszona poślubić. Wizja podwójnego ślubu nie przeraziła z pewnością Lavonne tak bardzo, jak Bleddyna. Śmiem stwierdzić, że umyślnie trzymała się na rzędami koni tak, by jej nie zauważał. Nie chciała wyciągać pochopnych wniosków, ale informacje przekazane przez jego siostrę wydały się nader zadziwiające i szokujące.
Dziewczyna jeszcze nie pamiętała, by droga mogła się tak ciągnąć. Wprawdzie zajęła im jedynie kilka dni, a zważając na sprzyjającą pogodę dotarli szybciej niż było przewidywane. Podniecenie i ekscytacja z powodu ujrzenia Królewskiej Przystani mieszała się ze złość i zdezorientowaniem do jasnej burzy loków, która zbyt dumna by choćby na nią spojrzeć, jechała gdzieś na przodzie całej kolumny. Droga jednak warta była zachodu, a zapewniania jej towarzyszek w Casterly Rock okazały się prawdziwe. Lavonne z zapartym tchem lustrowała bramę Stolicy, teraz już ze znacznie lepszym humorem. Dotarłszy do dziecińca szybko zeskoczyła ze swojej klaczy, oddała ją stajennemu i wygładziła suknię po bokach. Chłodnym wzrokiem zmierzyła postawną sylwetkę zmierzającą w jej kierunku, a na jej ustach błyskawicznie pojawił się uśmiech, tyle że tym razem znacznie chłodniejszy i wymuszony. Obserwowała chwilę jego poczynania i delikatnie wyjęła swoją dłoń z jego uścisku.
- Nie tak bardzo, choć mogłaby być krótsza. - Odpowiedziała krótko, a przez jej twarz przeszedł cień uśmiechu. Ze wszystkich sił starała wykrzesać z siebie resztki optymizmu, ale długa podróż i sprawozdanie Maureen zmęczyły ją do reszty. - Mam jednak nadzieję, że Tobie minęła lepiej, Panie. - Dodała ze sztuczną uprzejmością spoglądając na Bleddyna spod długich rzęs.
Powrót do góry Go down

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze, Seagrad
Liczba postów :
257
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 5:08 pm

Od wyjazdu z Seagardu orszak Treveta Mallistera nieco się powiększył. Dołączyło do niego kilku rycerzy zmierzających na turniej i ich giermkowie. Trevet nie sprzeciwiał się dodatkowym towarzyszom, a nawet był zadowolony mniemając, że większy orszak będzie lepiej wyglądał. A bardzo mu zależało, żeby zrobić dobre wrażenie, bo kiedy po raz pierwszy zobaczył Królewską Przystań zrozumiał jak mały i nieznaczący jest przy niej Seagard. Oceniając na oko to trzy takie dziedzińce wystarczyłyby, żeby pomieścić główną część zamku. Ale teraz nie mógł zastanawiać się nad rozmiarem i wrażeniem jakie sprawowało miasto. Na dziedzińcu znajdowały się już chorągwie wszystkich ważniejszych rodów Westeros, a chociaż ludzi tam nie brakowało i tłum wydawał się liczniejszy niż cała załoga Seagardu, to i tak wydało mu się, że ludzi trochę brakuje. A to mogło oznaczać, że najważniejsi opuścili już plac w drodze na koronację. Trevet pośpieszył nieco swojego wierzchowca i wjechał na dziedziniec jako pierwszy, za nim wjechało dwóch jego towarzyszy każdy dzierżący fioletowy sztandar z srebrnym orłem, a za nimi reszta rycerzy. Trevet dziarsko zeskoczył z konia i nerwowo poprawił odzienie. Kiedy szykował się do wjazdu był zupełnie pewien, że wygląda tak szykownie jak to możliwe, ale teraz zaczął się obawiać, że fioletowy wams ze srebrnym orłem na piersi nie był najtrafniejszym wyborem. I w takich momentach dobrze było mieć ze sobą Nikefora, który zajął się końmi, zakrzyknął na pachołków stajennych i w ogóle zajął się wszystkim czym mógłby się zająć dziedzic Seagardu gdyby nie bał się otworzyć ust. A tak dał Trevetowi dojść czasu, żeby wyrwał się spod wpływu rozmaitych zapachów, setek nieznanych twarzy i ogłuszających dźwięków.
- Muszę powiedzieć, że to dużo większe wydarzenie niż jakikolwiek turniej - zaczął powoli Mallister - Zdecydowanie inne. - Na placu było jednak dość osób, żeby upewnić go, że koronacja jeszcze się nie zaczęła i przypomnieć mu o jego obowiązkach. Na środku placu zgromadziła się bowiem istna śmietanka towarzyska szlachetnie urodzonych z Westeros.
- Lordowie, lady - przywitał się i skłonił dość głęboko, żeby uznać to za uprzejme, ale nie dość nisko, żeby wyglądał na uniżonego. Wytrwał w ukłonie odpowiednio długo i dopiero wtedy mógł się przyjrzeć obecnym. Błyskawicznie rozpoznał herby Tyrellów, Lannisterów i Baratheonów, nieco dłużej kojarzył Mormontów
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 5:43 pm

Ze zdumieniem obserwował jasne oblicze swojej narzeczonej. Była do siebie niepodobna, spostrzegł to od razu, gdyż za czasu jej pobytu w Casterly Rock zdążył się przyzwyczaić do jej widoku. Często obserwował ją z pozycji, z której nie mogła dostrzec jego twarzy. Chciał ją poznać, intrygowała go, co z resztą nie powinno się wydawać dziwne. Mieli zostać małżeństwem, musiał wiedzieć cokolwiek o swojej narzeczonej. Zdążył więc przywyknąć do szczerego, radosnego uśmiechu na jasnej twarzy o delikatnych rysach, do błyszczących ciekawie oczu, ocienionych długimi rzęsami, do jasnych loków i do łagodnego usposobienia prawdziwej damy, a przede wszystkim- do aury sympatii i dobra, którą wokół siebie roztaczała. Teraz wszystko było inaczej, wyginający uśmiech usta był chłodny i odległy, a oczy nie mierzyły go już z dawnym blaskiem radości i słodyczy. Kiedy zabrała dłoń z jego uścisku, Bleddyn był już pewny, że w jakiś sposób uraził młodą lady. Zmarszczył brwi w chwilowym zamyśleniu, jednocześnie z wyćwiczonym uśmiechem skłaniając głowę przed zebranymi na dziedzińcu lordami i lady, w tym samą księżniczką z Dorne i lordem Przeprawy. Kiedy przemówił, jego usta przyozdobił uśmiech szczery, acz ostrożny.
- Nie najgorzej, Pani, dziękuję za Twoją troskę. Ze wstydem jednak wspomnę o mojej nieobecności w drodze. Myślałem o weselu i hołdzie tak, że cały świat zniknął gdzieś zupełnie, zabierając mi poczucie czasu.- Odparł w końcu, jednak wątpił, że odkrył ten prawdziwy powód. Rozejrzał się po dziedzińcu. Wciąż nie widział... Świadomość była tak nagła, że niemal zbiła go z nóg. Zadrżał z wewnętrznego gniewu, ale powstrzymał język. Niech Inni porwą przeklętą Maureen Lannister. Słusznie martwił się, kiedy dołączyła do lady Tyrell w drodze. Jakie słowa wysączyła jej z jadem do ucha na jego temat? Gniew jego był srogi i niepowstrzymany, chociaż skutecznie go skrywał. Lannister zawsze płaci swoje długi, Maureen powinna o tym pamiętać.
Rozejrzał się, upewniając, że stoją sami na uboczu i nikt nie usłyszy jego kolejnych słów. Była jego narzeczoną, ważną dla niego ze względów politycznych... Chociaż może i nie tylko? To tłumaczyłoby poczucie zagubienia bez ciepłej aury wysogrodzkiej róży. Kiedy ponownie przemówił, jego głos był cichy.
-Najpiękniejsze słońce tego świata gniewa się na mnie, odwraca ode mnie swoje oblicze. Czymkolwiek zawiniłem, niech ukara mnie sprawiedliwych Siedmiu, o inny jednak proszę wyrok, ten rani zbyt mocno. Czymże zawiniłem, moja pani?- wyszeptał niemalże, przypatrując się jej uważnie. Z wielu rzeczy będzie musiał tłumaczyć się tego dnia.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 6:15 pm

Rozpoznała mężczyznę, który na dłuższą chwilę zawiesił na niej spojrzenie. Był nestorem rodu Frey'ów z Dorzecza, którzy byli również nazywani Lordami Przeprawy, gdyż ich zamek, Bliźniaki, stał na drodze pomiędzy Północą a Południem Westeros. Zaledwie kilka dni wcześniej Mormontowie mijali ich siedzibę zmierzając ku stolicy. Ponownie skinęła głową, tym razem gest ten kierując jedynie do Waldera Frey'a. Nie chciała, by lordowie uznali ją za niewychowaną, co innego buntować się w domu, a co innego na oczach wszystkich znamienitych rodów Siedmiu Królestw.
Jej uwagę całkowicie skupił na sobie młody mężczyzna, który niedługo po odejściu Frey'a, ujął jej dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek. Na jej policzki wpłynął delikatny rumieniec, nie była przyzwyczajona do takiej kurtuazji. Na moment zaniemówiła, gdy młodzieniec się przedstawił, szybko jednak odzyskała werwę i swoją zwykła śmiałość.
- Ja również jestem rada z naszego spotkania, lordzie Tyrell - odpowiedziała. - W rzeczy samej, panie. Dziękuję za troskę. - Ach, ta kurtuazja, ta grzeczność, jakby wszyscy na świecie zachowywali się w ten sposób, to nigdy nie doszłoby do wojen między zwaśnionymi rodami, bo wszystkie konflkity rozwiązywano by za pomocą uprzejmych słówek.
Odprowadziła wzrokiem Lorenta Tyrella, a także jego siostrę i Lynette oraz - jeśli Shay się nie myliła - drugą Martell'ównę. Inaczej wyobrażała sobie swojego narzeczonego, mężczyzna jednak zaskoczył ją w całkiem pozytywny sposób. Obawiała się, że jej przyszły mąż będzie znacznie od niej starszy, będzie wyglądał zupełnie nie jak dziedzic kwiecistego miasta i zamiast unoszącego się zapachu róż wyczuje jedynie smród ale bądź innego alkoholu. Dzięki niech będą bogom za to, że Lorent był zupełnym przeciwieństwem jej obaw.
Niedługo po odejściu niektórych przedstawicieli rodów, również i Mormontowie pożegnali się i ruszyli w stronę Czerwonej Twierdzy,
Powrót do góry Go down
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 6:53 pm

Adgarta niewiele mogło ucieszyć tego dnia. Najpierw musiał przyjechać do stolicy, by bawić się w słowne przepychanki, znosić wybryki brata, którego bądź co bądź miłował szczerze, a do tego przebywać wśród tłumu ludzi o wiele lepszych od niego w dworskich intrygach. Zdawało mu się, że do samej uczty będzie burkliwy i małomówny. Ale nie.
Przepiękny uśmiech lady Maureen wynagradzał wszystkie trudy i znoje. Była piękniejsza, niż jakakolwiek dama, którą do tej pory widywał.
- Jakiekolwiek byłby moje czyny, choćbym na tronie zasiadł, pokonując całe Westeros, nie mogłoby się to równać z Twym pięknem. Wiele mi opowiadano o przecudnej córze Casterly Rock, jednak słowa nie oddały w pełni Twej urody, o pani.
Szedł powolnym krokiem, by być przy niej. Choć nieoficjalnie mówiło się, że Lannisterowie są w głębokim kryzysie, to Adgarta nie obchodziło to w ogóle. Wiedział, że na pewno uda im się stworzyć świetną parę, on zapewni jej dobrobyt i szczęście, zrobi, co tylko w jego mocy, ona zaś obdarzy go miłością i da mu potomstwo. Czuł to i wierzył szczerze.
- Zdaje się, że wszystkie ważne rody już przybyły, brakuje jedynie kilku pomniejszych, ale wiem nie sądzę, by trzeba było długo czekać. Ja też nie jestem tu zbyt długo, choć już musiałem znieść kilka słownych potyczek i wybryki mojego brata, które wzbudziły oburzenie chyba wszystkich wokoło. Krew Baratheonów burzy się w nim i ciężko mu ją poskromić. A tak, oto i on. Moja pani - Aylward Baratheon, mój młodszy brat.
Pozwolił, by jego brat pokazał się choć odrobinę z lepszej strony i w duchu dziękował, że ten nie palnął nic głupiego. Ot grzeczne, spokojne słowa.
- Lady Maureen. Żywię szczerą nadzieję, że podróż do stolicy okazała się znacznie mniej uciążliwa niż słowne utarczki tutaj?
Chciałby jeszcze przedstawić swoją siostrę, nie mniej ważną dla niego osobę, lecz ta gdzieś zniknęła. Postanowił, że niedługo wyśle kapitana swojej straży, by poszukał jej w stolicy. Wszak miał sprawować nad nią pieczę.
- Jeżeli zechcesz, pani, to nie będę dłużej Cię niepokoił. Zrozumiem, jeśli pragniesz rozmówić się z rodziną.
Powiedział Adgart, gdy Maureen i Aylward wymienili wstępne uprzejmości.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Braavos/Dorne
Liczba postów :
7
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 7:40 pm

Fałszywe uśmieszki były nieodłączną częścią wydarzeń tego typu. Wedle Mellarie okazywanie większego niezadowolenia w takich sytuacjach było po prostu zbędną egzaltacją. Cóż miałaby po tym, gdyby wszyscy dookoła mogli się przekonać o jej ewentualnym nieszczęściu związanym z takowym spotkaniem? W świecie szeptów, spisków, fałszywych uśmiechów, nie widziała większego sensu w wyrażaniu się poprzez niechęć, czy też wyniosłość. Dlatego też, na każdy usłyszany komplement szczerze się uśmiechała.
- Ponoć najskuteczniejszym sposobem na pozbycie się pokusy, jest uległość wobec niej. Oby tylko bogowie zgodni byli, że i najlepszym – odrzekła do Lorda Tyrella, oczywiście wciąż mówiąc zaledwie o tym, iż nie chciałaby, aby Pan Światła, w ramach za złą decyzję, ukarał ją choćby pożarciem przez smoki. Niedźwiedzie, ewentualnie. I chociaż wyśmienicie prowadziło się jej tą rozmowę, to za moment musiała ją przerwać, by móc przywitać się z kolejnymi osobami, które do nich dołączyły.
- Lordzie Stark – skinęła głową, gdy tylko ów mężczyzna do nich dołączył.
- Mam więc nadzieję, iż były to w większości pochlebne słowa – odparła z delikatnym uśmiechem, na jego wzmiankę o plotkach.
- Bardziej jednak od plotek interesują mnie fakty, mam nadzieję Lordzie Stark, iż znajdziesz w tych dniach, chwilę, by opowiedzieć mi więcej o Winterfell. Wciąż nigdy tam nie byłam! – Powiedziała dodając nieco oburzenia na koncu swej wypowiedzi. Oczywiście nie interesowało ją jak wygląda ich zamek, jakiego rodzaju są zdobienia na dziedzińcach, czy ile śniegu przysypuje ich pola. Interesowała ją ich armia, oraz plany jakie snuli.
I ledwo, gdy dokończyła te słowa, u ich boku pojawili się kolejni wielcy Lordowie, z którym Mellarie kulturalnie się przywitała, nie szczędząc im ciepłych uśmiechów. Bez względu na to, z jakich rodów ów mężczyźni pochodzili.
- Mam ogromną nadzieję, że tutejsze wiwaty nie tylko będą na cześć naszego króla, ale i na cześć nowych przyjaźni – rzekła wesoło, bowiem tak, po to tu głównie tu przyjechała. Zapewne jak i spora reszta Lordów. Być może i król twardo trzymał się na tronie, nie znaczyło to jednak, że inne rody nie postanowią między sobą walczyć. Między innymi o najbogatsze, zaraz po królestwie, rejony Dorne. Mel była przebiegłą kobietą, która za nic nie pozwoliłaby by jej dom przejął ktoś inny, bądź by go zrównano z ziemią. Kto nie wiedział, iż ów Martellówna z wielką chęcią aranżuje się w polityczne rozgrywki? Może miała to we krwi?
Akurat w tym momencie dołączyła do nich jej bratowa.
- Właśnie zastanawiałam się, gdzie się podziewałaś. Ale na szczęście spotkałam naszych drogich sąsiadów – odparła do mimo wszystko ciesząc się, że Lyn się odnalazła i, że nie pogubiły się już na początku swojej wycieczki do królestwa. Chociaż, tak naprawdę najważniejsze, by razem bezpiecznie i stąd odjechały! Gdy dołączały kolejne osoby do ich niewielkiego kółeczka, po prostu kobieta z każdym uprzejmie się witała. Natomiast na każdy komplement bardzo wesoło się uśmiechała, dziękując za owe słowa. Widząc oburzenie Lorda Freya, wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Lorentem, a jeszcze przy tym słysząc jego wypowiedź, zakryła dłonią usta, by zakryć swe drobne rozbawienie. Oczywiście nie zamierzała ani odmawiać, gdy ow Lord tak wspaniałomyślnie zaproponował jej swoje towarzystwo, gdy mieli ruszyć do Wielkiej Sali. Choć ten jeszcze na moment wyfrunął, by ruszyć do swojej, jak się dowiedziała, narzeczonej. Nie mogła nie spojrzeć w stronę tajemniczej wybranki mężczyzny.
- Piękna narzeczona, do tego wygląda bardzo niewinnie – wygłosiła szczery komplement na temat blondwłosej kobiety, gdy Lord Tryrell ponowie do niej dołączył, podając jej rękę, by mogła go objąć. Oczywiście, mówiąc o niewinności kobiety, miała na myśli przede wszystkim jej wiek, jak i to jak zachowywała się w chwili, gdy mężczyzna zaledwie pocałował jej dłoń. I po tych słowach, jak i reszta zebranych, ruszyli w stronę sali koronacyjnej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
42
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 8:01 pm

Droga dłużyła się niemiłosiernie, a entuzjazm Kyry szybko zmalał. Zanim dotarli do Królewskiej Przystani, była strasznie zniechęcona i zmęczona. Widok stolicy zdecydowanie ją ożywił i nie było już mowy o jakimkolwiek znudzeniu. Zewsząd otaczały ją różnobarwne flagi, obce akcenty i przeróżne zapachy. Wszystko się ruszało, zlewało w jedną wielką mozaikę barw. Była tym zachwycona, ale ktoś, kto by na nią w tejże chwili spojrzał, wcale by tego nie dostrzegł. Zachowała wyuczony, zimno uprzejmy wyraz twarzy, nieco podobny do tego u Lorda Boltona. Wszak nie powinna zachowywać się jak mała dziewczynka, która trafiła w miejsce pełne tego, czego małe dziewczynki pragną najbardziej. Musiała zachowywać się tak, jak chciał tego jej Pan Ojciec. Przynajmniej dziś.
Przemierzając dziedziniec, szukała znajomych twarzy. Szła pewnie, z wysoko zadartą głową. Wymieniała chłodne uprzejmości ze wszystkimi nieznanymi jej dotychczas lordami i ich rodzinami. Witając się ze Starkami, nie powstrzymała się przed posłaniem szerokiego uśmiechu Aidanowi.
Zaciekawiła ją jedyna przedstawicielka rodu z Żelaznych Wysp. Wiele słyszała o tamtejszych ludziach czy zwyczajach, i wszystko to niezmiernie jej się podobało. Nie umknął jej też popis Baratheona. Musiała przyznać to przed samą sobą – zaimponował jej. Postąpił strasznie głupio, temu się nie da zaprzeczyć, ale przynajmniej na chwile przerwał te wszystkie fałszywe uprzejmości i pewnego rodzaju spięcie. Ceniła ludzi, którzy nie bali się łamać obowiązujących norm – nawet, jeżeli przez to mogli stracić coś więcej, aniżeli honor.
Lord Bolton nigdy nie był wielkim gawędziarzem, dlatego też przywitanie się ze wszystkimi obecnymi na dziedzińcu nie zajęło mu wiele czasu. Skierował się w stronę Czerwonej Twierdzy, uprzednio informując o tym córkę. Czy miała jakiś powód, by pozostać na dziedzińcu? Raczej nie. Wszak zaznajomić się z ważnymi i mniej ważnymi ludźmi miała zamiar dopiero na balu. Nie przytrafiło się jej nic, co miałoby ten plan zmienić, tak więc, lawirując z gracją między tłumem, ruszyła powoli za Lordem.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 8:45 pm

Skłoniła się delikatnie przed jednym z lordów, po czym ponownie zapatrzyła się w swojego narzeczonego. Jej zachowanie z pewnością go zdziwiło, co można było z łatwością wyczytać po jego minie. Ona też nie wiedziała, dlaczego tak bardzo jest zła. Do tej pory zwinnie utrzymywała na wodzy każdą emocję i ukrywała ją pod swoim charakterystycznym, wesołym i pełnym miłości uśmiechem. Teraz zaś wiedząc, że owy mężczyzna zostanie niedługo jej mężem, nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. Bardzo żałowała, że nie mieli okazji się wcześniej poznać, lub chociaż szczerze porozmawiać. Choć raz. Wtedy z pewnością nie czułaby swego rodzaju zawodu i niepewności. Małżeństwo to jednak poważna sprawa, która przyprawiała młodą lady o gęsią skórkę. Ponownie skłoniła się przed kolejnym lordem, pięknie się uśmiechnęła i zdawać by się mogło, że emanuje z niej najszczersza radość.
- Nie masz powodu, by się wstydzić, Panie. Twoja siostra dotrzymywała mi towarzystwa przez całą podróż. - Uśmiechnęła się szerzej zastępując chłód i obojętność, szczerością i radością. Prawda jednak była taka, że zabrzmiała bardziej jadowicie niżeli zamierzała. W końcu była w Królewskiej Przystani i lada chwila pozna nowego króla. Nie powinna urządzać scen przed całym tłumem tylko dlatego, że dowiedziała się o mrocznej stronie narzeczonego. - Muszę przyznać, że ja również myślałam o naszym weselu. Chyba się nie obawiasz, Panie? - Uniosła delikatnie brwi i mimowolnie zachichotała. Nie był to jednak szczery śmiech, a jedynie akt podtrzymujący tą rozmowę.
Mimo iż nie wiedziała co o tym myśleć, nie oczekiwała wyjaśnień młodego lwa. Nie miała prawa, by go o to prosić, lub chociaż dać do zrozumienia, że potrzebuje jakichkolwiek tłumaczeń. Może gdy prześpi się z tym wszystkim, spojrzy na tamtą rozmowę obiektywniejszym okiem i nie będzie taka bezwzględna. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że przez to co powiedziała może mieć teraz kłopoty. Jeśli jednak mówiła prawdę, to Lavonne nie mogła do tego dopuścić. Z powagą wysłuchała jego kolejnych słów i mimowolnie pokręciła głową. Jego wyznanie wydawało się szczere i niezmiernie poruszyło młodą różę. Uniosła kąciki ust, a jej wzrok zdawał się być odrobinę cieplejszy.
- To bardzo miłe co mówisz, Panie, jednak nie masz o co się obawiać. - Dodała niewiele głośniej od samego głosu Bleddyna. Skłamała i choć wiedziała, że wcale nie zabrzmiała przekonująco, mimowolnie ujęła go pod ramię. Byli w końcu narzeczeństwem, z przymusu czy też nie, dzień ślubu zbliżał się nieubłaganie. Jednak na wyjaśnienia przyjdzie czas później. Nie zjawili się tutaj po to, by roztrząsać tak zbędne sprawy, przynajmniej nie teraz. - Choć bardzo dziwi mnie fakt, jak w jednym ciele potrafią kryć się tak dwie i różne osobowości, to nie musisz się czuć winny, Panie. - Dodała cichutko z przesadną uprzejmością, przyglądając się jednocześnie twarzy Lannistera. I nawet mimo przypływu frustracji, to nadal się uśmiechała roztrząsając jednocześnie w pamięci słowa Maureen, czy rzeczywiście mówiła prawdę? Może lepiej by było, gdyby nie znała odpowiedzi na to pytanie. Może nawet spałaby wtedy spokojniej.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 9:11 pm

Zakłopotanie. Złość.
Żal...?
Chwila, przecież to słowo powinno być obce każdemu Lannisterowi. A już szczególnie Bleddynowi, jako, że był zlepkiem najbardziej charakterystycznych cech tego rodu. Arogancki, dumny, porywczy, dbający o swój ród ponad wszystko.
Żal? Nie.
A może jednak..?
Czego mógł żałować? Tego, że nigdy nie traktował Maureen dobrze? Tego, że nie wytrzymywał uszczypliwych słów jasnowłosej smarkuli i że wychodził z siebie, pozostawiając tylko krzyczącą powłokę, która czasem nawet ośmieliła się unieść dłoń? A może tego, że w końcu ktoś odszukał prawdę i skarcił go za to? A może i za to, i za to? Powinien przestać myśleć w tych kategoriach, uczucia nie pasowały ani do Królewskiej Przystani, ani, co ważniejesze- do niego samego. Odrzucił żal, czy czymkolwiek też było to uczucie, aby powrócić do świata rzeczywistego. Cholerna Maureen. No, proszę, już lepiej.
-Nie obawiam się, co więcej, cieszy mnie ono pomimo wszystko.- Odparł łagodnie, bo i tak właśnie było. Gdyby to nie był podwójny ślub, cieszyłby się o wiele bardziej, ale wola pana ojca była stalowa i nieugięta. Musiał przełknąć złość i trzymać głowę jeszcze wyżej, niż przedtem. Miał kontrolę nad własnym życiem, nie był tylko pionkiem- i teraz musiał tego dowieść przed własną siostrą.
Kiedy Lavonne wsunęła mu rękę pod ramię, poczuł się lepiej, choć na pewno nie dobrze. Coś wisiało w powietrzu jak nierozwiązana tajemnica.
-A więc to Cię martwi, Pani. Na oczach Siedmiu przysięgam, a jest to stokroć bardziej wiążąca przysięga od tej na ołtarzu septu. Nie skrzywdzę Cię, Pani, przysięgam na mój ród i na siebie. Jesteś skłonna mi zaufać, Pani?- zapytał wciąż cichym tonem.
-Powinniśmy kierować się w stronę twierdzy- dodał po chwili, obserwując tłum.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
342
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 10:12 pm

Rheane nie przepadała za takimi spędami. Musiała odstrzelić się w piękne jedwabie, upiąć włosy z cała masą ozdób i ruszyć tam gdzie wszyscy teraz powinni być - na dziedziniec. Musiała ładnie wyglądać, ładnie mówić i ładnie się uśmiechać, nie ma to jak dworska maskarada... część osób chętnie skoczyłaby sobie do gardeł, ale dzisiaj wszyscy są przyjaciółmi, ściskają się, życzą pomyślności i rozmawiają. Widziała Lwy, Róże, Wilki, oraz cała masę herbów należących do mniej znaczących i mniej znanych rodów... tak to było, jak świętować to świętować.
Nie była do końca pewna dlaczego czuje się dziwnie w tym towarzystwie, przechodząc przez dziedziniec i szukając sobie odpowiedniego miejsca... najlepiej blisko dzieci jej brata. Może właśnie przez jej wiek? Była ciotką króla, a jednocześnie była od niego o cztery dni imienia młodsza... ciekawe czy czyniło to jej atutem czy przeszkodą. Jakby gorset sukni nie za mało ja uwierał, doskwierało jej też poczucie, że obecność tutaj może być swoistym wybiegiem, albo targiem, na którym każdy może sobie ją obejrzeć i może któremuś strzeli do łba jej zechcieć... cóż w końcu wciąż pozostawała panną na wydaniu... skandalistką, owszem, ale wolną.
Starając się jednak o tym nie myśleć, a cieszyć szczęściem bratanka i całego rodu wypatrywała reszty Smoków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 10:44 pm

Wielkie miasto przytłaczało ogromem, którego nigdy dotąd nie widziała na oczy. Wychowana w niewielkich włościach swego ojca, a później pani na niedostępnym zamku Arrynów widziała wiele miejsc, które rozsiane było po dolinie, ale żadne z nich nie przypominało Królewskiej Przystani. Stolicy, która przyciągała do siebie wielu prostych ludzi, wraz z którymi powiększała swój obszar. Lyra musiała przyznać, że robiło to wrażenie, ale wolała zacisza komnat, które znała tak dobrze. Choć gwar wielkiego miasta kusił, a bogaty dwór królewski wydawał się w niczym nie przypominać tego, co można było spotkać w Orlim Gnieździe, jednak z opowieści, jakie snuł czasami starszy Lord Arryn można było wywnioskować o tym miejscu wiele. I nie były to same dobre rzeczy.
A teraz była tu, by powitać nowego króla. Ubrana w skromną suknię skrojoną z jedwabiu w barwie błękitu, obszytego białą koronką, połączenie godne herbu Arrynów. Nie wyróżniała się może w tłumie, ale wierzyła, że godnie reprezentuje swój nowy ród, jasnym spojrzeniem śledząc zebranych gości. Nie kojarzyła ich wszystkich, choć niektórych znała z widzenia lub drobnej wymiany grzeczności. Arrynowie nie byli często odwiedzani w swoich włościach, za co zapewne odpowiedział trudny dostęp Orlego Gniazda, ale jak przystało na jeden z ważniejszych rodów, znali przedstawicieli innych rodzin.
Względnie.
I Lyra nie była wyjątkiem, choć kolejnych nazwisk i imion uczyła się powoli, z czasem. Teraz też słuchała cichych szeptów, które podpowiadały jej imiona kolejnych ważnych osób, których nie miała jeszcze okazji poznać. Herby rozpoznawała od razu. Wprawdzie nie podchodziła na razie do nikogo, niepewne swojej roli w tym doniosłym wydarzeniu, jednak nie oznaczało to, że zamierzała stać cicho z boku. Była rozmowną osobą, nawet jeśli nieśmiałą przy pierwszym kontakcie. Czy może raczej, nie odnajdywała się tak szybko w nowym środowisku. A przecież przyjechali tu niedawno i teraz stała, poprawiając odruchowo zawieszoną na nadgarstku bransoletę, zerkając po znamienitych panach z wielkich rodów, którzy ją otaczali.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
762
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Maj 02, 2013 2:11 am

- R-Rodericku Tully – skinął głową, spojrzawszy na znamienitego rycerza z Dorzecza dopiero po upływie krótkiej chwili, gdyż wcześniej kompletnie oniemiały wpatrywał się w Cailet Tyrell, jak gdyby wiadomość o jej istnieniu, ba! o ich planowanym ożenku stanowiła dla niego zupełną oraz niespodziewaną nowość, przysłaną ledwo co przez najczarniejszego z kruków Północy. Twarz młodzieńca wyglądała niczym trafiona przez grom prosto z nieba; nieba, które w tej chwili porażało wręcz swoim głębokim, czystym błękitem. Południe rozpieszczało wszystkich przyjemną, słoneczną pogodą. Zbyt gorącą, zbyt duszną dla przybyszy z Północy, przyzwyczajonych do ciężkich, kłębiastych chmur i wiatru targającego co rusz strzeliste korony drzew. Nie dawał sobie jednak ręki uciąć – podobne odczucia równie dobrze mogły tyczyć się w tej chwili jedynie Aidana, którego policzki oblały się rumieńcem, dla którego nie szło znaleźć sensownego wytłumaczenia: ni to wstyd, ni to złość; ot, chyba prędzej zmieszanie, albo raczej brak przygotowania do podobnej sytuacji. Sytuacji, jakby nie było, jednej z ważniejszych w życiu każdego mężczyzny. Lorent nie sprawdził się ani trochę w roli swatki. Gdzie miejsce na oficjalne formułki? Intymną atmosferę? Odpowiednie wyważenie uczuć, nastawienia? Niemniej, zatkało go. Co innego, jeśli mówimy o polityce, dyplomacji - tam nie gubił języka w ustach, nigdy. W zwykłym prywatnym życiu należał do gatunku mężczyzn prostych, a co najważniejsze: prostolinijnych. Daleki był od zmyślnej kurtuazji, od kreowania sympatycznej aury, kiedy w sercu miał ochotę zabić. Tacy o wiele lepiej czuli się w roboczym kaftanie wojaka niż podczas wystawnych bali, skrępowani w eleganckich strojach… Już z pewnością nie należało ich zaskakiwać z kapelusza przyrzeczoną sobie kobietą pośród dzikiego tłumu!
Ja… – szybko odzyskał język w ustach. – Lady Tyrell – ugiął jedno kolano, biorąc jej dłoń. Tak należało zrobić, z takiego zachowania syna Lord Stark byłby dumny, zaś jego najstarszy syn za swój honor obrał sobie właśnie nie zawieść nigdy swojego wielkiego, prawego ojca, a tym samym nie położyć hańby na ich pradawnym nazwisku.
Jestem – zaciął się na moment. Jestem zszokowany, niezadowolony, nie chcę się żenić, nie bierz tego do siebie, nie twoja wina, rudowłosa nimfo, ponieważ prawda ma się tak, że – …jestem wzruszony. To dla mnie zaszczyt - podniósł się szybko, patrząc na Cailet wzrokiem wypranym z emocji. Jedynie Red oraz Aylward mogli wiedzieć o tym, że w głębi serca nie spieszno było mu do założenia na palec małżeńskiej obrączki. Bynajmniej powodem nie był błahy kaprys czy rozbuchana chuć. Młody Stark podobne zobowiązania bardzo dawno temu umieścił w szufladzie, której nadał tytuł „słabość”. Miłość była słabością, na którą żaden prawdziwy wojownik nie powinien sobie pozwalać. Poza zawiązaniem sojuszu, poza wydaniem na świat potomstwa w celu przedłużenia linii, Aidan nie odnajdywał w zaślubinach żadnych innych korzyści, lecz rozumiał, że tak trzeba, po prostu.
Naturalnie! – odparł bez cienia wątpliwości, kierując słowa w stronę Lady Martell. – Znajdzie się moment na nasze rozważania – pokłonił się skromnie, obserwując uważnie jej ciekawą więź z Lorentem. Poobserwowałby ją o wiele wnikliwiej, ale tymczasem zjawił się Walder Frey, człowiek, który sprowadził nad Winterfell ciemne chmury. W porządku, nie należało przyjmować, że wina za ponure nastroje rodziny Starków leżała jedynie w gestii najstarszego rezydenta Bliźniaków. Torrhan dostał za swoje, nie mając szansy pojawienia się w King’s Landing. Siedział zamknięty u Boltonów, pokutując za winy.
Ojciec nakreślił ten punkt imprezy szczególnie jasno: należało czym prędzej załagodzić tę nieprzyjemną sytuację.
Lordzie Frey – nie omieszkał przywitać się ze starcem, który pozostawał w zdumiewająco dobrej kondycji. – Lord Stark poprosił mnie, abym zamienił z tobą słowo przed ucztą. Proszę, poślij do nas jednego ze straży z wiadomością, kiedy będziesz gotowy mnie przyjąć…
Refleks dziedzica nie uległ pogorszeniu przez rok przerwy od służby w Dreadfort. W sekundzie złapał rzucone w niego jabłko, ratując tym samym nie tylko siebie, ale również Waldera Freya, który stał obok na linii rzutu i oburzył się wielce na nieodpowiedzialne zachowanie, którego prowodyrem mogła być tylko jedna osoba w całym Westeros – Aylward Baratheon, jego serdeczny druh oraz jeden z zaufanych przyjaciół, w dodatku przyszły szwagier, gdyż przeznaczony został Aryanie.
- Bracie! – Uściskał go przyjaźnie, nie zważając na sztywne powitanie ledwo co przybyłego starszego brata Adgarta wystosowane w kierunku psotnego brata. Nie wnikał w ich stosunki, ale obu Baratheonów darzył oczywistą sympatią. Zachowanie młodszego nie dziwiło go ni trochę, po beczce wina oboje wyczyniali bodaj jeszcze gorsze rzeczy!
Obsypuj płatkami róż, moja kobieta zasługuje na szacunek. Pani – wyciągnął ramię do Cailet, przepraszając wszystkich napotkanych znaczącym gestem. – Odprowadzę cię do stołu. Mam nadzieję, że uda nam się porozmawiać jeszcze na uczcie. – Rezon napłynął do niego najwyraźniej wraz z obecnością kompana. Nie, nie grał nagle wielkiego uczucia, które spadło na niego w ciągu kilku minut. Był kulturalny, obchodził się z nią z szacunkiem – plotki o ludziach z Północy nie są mrzonką, a żadna gorączka miłości nie zawładnęła nim i pewnie nie zawładnie w najbliższych dniach… miesiącach.
Z tobą rozliczę później, Baratheon – szturchnął Aylwarda w ramię żartobliwie, będą mieć jeszcze okazję do wspólnej zabawy. Idąc do Great Hall pod ramię z Cailet Tyrell czuł na sobie uważne spojrzenia co poniektórych, a zauważywszy w tłumie drogą Kyrę, postanowił odwzajemnić jej piękny, szeroki uśmiech.
Kyra Bolton! – Ta radość była nader wylewna. – Poznaj Cailet z domu Tyrell, moją przyszłą żonę. – Wskazał brodą na niziutką, rudowłosą piękność Tyrellów, i razem z narzeczoną u boku, a z dawną miłością u drugiego, ruszył w wyjątkowo wyśmienitym nastroju w stronę wielkich drzwi.


Ostatnio zmieniony przez Aidan Stark dnia Pon Maj 06, 2013 12:50 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Maj 02, 2013 2:39 pm

Nienawidził tłumów. Tych wszystkich pięknie ubranych zamożnych, z tymi ich pięknymi uśmiechami i wymuszoną grzecznością, pod którą kryła się przebiegłość i chytrość. Mógłby dać sobie uciąć palec – głowę wolał na wszelki wypadek oszczędzić – że właśnie teraz przynajmniej połowa z nich zastanawia się, jakby to było posiadać całe królestwo na własność. Ano, niezbyt przyjemnie. Nie, żeby ów herold wiedział o tym coś więcej. Jednak nie chciałby nigdy zamienić się miejscem z Aerysem – dość widział i zdążył wysnuć odpowiednie wnioski, że władza to nie tylko przyjemność, ale też uciążliwy obowiązek. Oczywiście swoje myśli zachowywał dla siebie, i tak nikt nie chciałby go wysłuchać. Był tylko podrzędnym urzędnikiem. I czekała go teraz męcząca praca, którą powinien zacząć już wykonywać. Obecny władca nie należał do najcierpliwszych. Mężczyzna miał jedynie nadzieję, że żaden z lordów nie spóźnił się i że wszyscy już na dziedzińcu oczekują rozpoczęcia uroczystości. Odkaszlnął i chrząknął parę razy, by zwrócić na siebie uwagę przybyłych – przy okazji czekając aż zapanuje cisza – po czym rozwinął trzymany w ręku dokument i przeczytał jak następuje.
- Drodzy panowie i panie, dziś nastanie ważny dzień dla naszego królestwa. Zebraliście się tu wszyscy, by powitać na tronie prawowitego władcę Siedmiu Królestw, wszystkich Wolnych Ludzi, Aerysa II z rodu Targaryenów, Drugiego z Tego Imienia – powiedział na jednym wydechu jakby recytował jakąś formułkę, powtarzaną po wielokroć. Cóż, taka była prawda. – Za chwilę każdy z zebranych tu zacnych lordów w imieniu swych rodów uklęknie przed Protektorem Królestwa i przysięgnie mu wierność na wieki. Stanie się to w Wielkiej Sali, według ustalonej kolejności.

***
Dalsza część zostanie kontynuowana w Wielkiej Sali, rody będą wyczytywane po kolei i przynajmniej jedna osoba będzie musiała odpisać, choć równie dobrze mogą to być wszystkie. Może się to trochę przeciągnąć, więc w sytuacji, gdy ktoś nie da rady odpisać niech poinformuje o tym.
A więc niech gra o tron się rozpocznie!

Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
126
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Maj 02, 2013 3:59 pm

- Jakiekolwiek byłby moje czyny, choćbym na tronie zasiadł, pokonując całe Westeros, nie mogłoby się to równać z Twym pięknem. Wiele mi opowiadano o przecudnej córze Casterly Rock, jednak słowa nie oddały w pełni Twej urody, o pani.
Maureen w odpowiedzi ponownie uśmiechnęła się, po czym nieco zawstydzona opuściła wzrok, ocieniając policzki długimi rzęsami.
- Dziękuję Ci, panie, Twe słowa radują mnie bardziej niż najpiękniejsze bardzkie pieśni.
- Zdaje się, że wszystkie ważne rody już przybyły, brakuje jedynie kilku pomniejszych, ale nie sądzę, by trzeba było długo czekać. Ja też nie jestem tu zbyt długo, choć już musiałem znieść kilka słownych potyczek i wybryki mojego brata, które wzbudziły oburzenie chyba wszystkich wokoło. Krew Baratheonów burzy się w nim i ciężko mu ją poskromić. A tak, oto i on. Moja pani - Aylward Baratheon, mój młodszy brat.
- Lady Maureen. Żywię szczerą nadzieję, że podróż do stolicy okazała się znacznie mniej uciążliwa niż słowne utarczki tutaj?
- Witaj, lordzie Aylwardzie. Dziękuję za Twą troskę, podróż minęła bezproblemowo. A szlachetne serce jest w stanie wynagrodzić nawet najbardziej nierozsądne wybryki.
- Jeżeli zechcesz, pani, to nie będę dłużej Cię niepokoił. Zrozumiem, jeśli pragniesz rozmówić się z rodziną.
- Twe towarzystwo jest mi bardzo miłe, a oni z pewnością chętnie poznają mego przyszłego małżonka... - nie dokończyła, gdyż w tym samym momencie rozległ się głos herolda obwieszczający rozpoczęcie uroczystości.
- Wzywają nas. Spotkamy się później, panie. - kiwnęła głową na odchodnym, po czym dołączyła do swej rodziny.

//Wielka Sala
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
342
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Maj 02, 2013 6:22 pm

Kobieta już myślała, że herold nigdy się nie pojawi i nie zaprosi zebranych wo Wielkiej Sali. Na szczęście, wszyscy doczekali tego zaszczytu, a nim mężczyzna skończył mówić, Rhaena zdążyła przejść kolejny kawałek między gośćmi i wyłapać kilka kolejnych twarzy. Nikt jej nie niepokoił na dziedzińcu z czego była całkowicie rada, jakoś nie miała ochoty na zamianę miłych słówek z obcymi ludźmi, których znała tylko z opowieści... może to był błąd, ale cóż począć. Z drugiej strony może nikt w tłumie jeszcze jej nie poznał... a otak, z tego byłaby jeszcze bardziej zadowolona, niestety wszystko pryśnie kiedy wejdą do Wielkiej Sali i Rhaena zajmie należne rodzinie królewskiej blisko tronu i każdego wtedy olśni. Już wyobrażała sobie te szepty, kobieta aż uśmiechnęła się delikatnie na tą myśl. No bo przecież jej tutaj nie miało być, wystarczy, że przy królu będzie jego rodzeństwo i żona, ciotka nie jest niezbędna, ale jak najbardziej jej obecność będzie na miejscu... miała zostać na Smoczej Skale, ale cóż, czasem i ona musi wykonać polecenia głowy rodziny prawda? Miała pojechać na dwór, więc tutaj jest.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Maj 02, 2013 7:25 pm

Nie spodziewała się, że jej słowa wywrą na nim jakiekolwiek wrażenie. Nie miała też zamiaru go karcić. Przebywając w Wysogrodzie żyła jak prawdziwa księżniczka nie zajmując głowy sprawami, które dotyczyły kogokolwiek poza nią. To, co usłyszała podczas podroży mocno nią wstrząsnęło, nie oczekiwała jednak żalu i skruchy ze strony Bleddyna. W końcu wywodził się z rodu Lannisterów znanej z porywczości i niezwykłej dumy. Na jej usta wstąpił delikatny i zgrabny uśmieszek.
- Niezmiernie mnie to cieszy, Panie. - I w tym wypadku to była prawda. Ostatnie czego by chciała, to zestresowanego pana młodego. Aż wstyd się przyznać, ale Lavonne już od dłuższego czasu wybiegała myślami do ich ślubu. Nawet teraz, kiedy poznała jakże uroczą prawdę, nadal się cieszyła i bała jednocześnie. Wizja podwójnej ceremonii wydawała jej się świetnym i naprawdę przemyślanym pomysłem. Taka uroczystość z pewnością będzie jeszcze piękniejsza niż zwyczajna. I to ją tak bardzo podtrzymywało na duchu.
- Naturalnie, Panie. - Spojrzała na niego, tym razem szczerze i spokojnie, spod długich rzęs. Była w stanie zaryzykować. Nawet jeżeli powiedziałaby teraz, że jest w jej oczach zupełnie przekreślony, to i tak niczego by to nie zmieniło. Nawet jeśli Bleddyn miał porywczą naturę, to ona postara się to zmienić. W końcu każde nasze czyny są odpłacane po stokroć. Mimo wszystko wierzyła w niego. - Oczywiście, chodźmy zatem. - Zlustrowała wzrokiem herolda, który właśnie się pojawił i niespiesznie ruszyła w kierunku Czerwonej Twierdzy.

// Wielka Sala
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Maj 03, 2013 9:24 pm

Droga nie dłużyła się tak bardzo jak można było przypuszczać. Siostry Tully i Frey szczebiotały ze sobą całą drogę.Dotarły do Królewskiej Przystani. Leona była oczarowana stolicą. Wszystkie piękne panny wysiadły z powozu i od razu zostały otoczone opieką zbrojnych Waldera Freya i Rodericka Tull'ego. Którzy obiecali eskortować je do bliskich im Lordów.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Lip 25, 2013 9:10 pm

Ostatnio nastały niespokojnie czasy. Najpierw zamieszanie w Królewskiej Przystani, a następnie jeszcze cuda, które odwalił ród Tullych. Szkoda, że Lord Grafton nie został poproszony o przysłanie swoich wojsk. Bertram przypomniał sobie teraz, że już dawno nie miał okazji do porządnego rozerwania się ze swoim młotem bojowym w dłoniach. Niestety Pan Ojciec jest zbyt troskliwy i wysyła syna do bitwy w ostateczności. Rzadko kiedy ma okazję na trochę samodzielności, ale teraz właśnie taka się nadarzyła. Młody Grafton zebrał ze sobą drużynę dziesięciu konnych i dwudziestu zbrojnych, a następnie wyruszył do Królewskiej Przystani, aby rozeznać się w sytuacji. W razie jakichkolwiek problemów, miał być oficjalną delegacją rodu i pomóc królowi. Tak też zamierzał zrobić, ale przecież władca nigdzie się nie wybiera, prawda? Zawsze można chwilę poczekać.
Na dziedziniec wjechało trzydziestu mężczyzn. Na samym przedzie jechał dziedzic rodu, który w końcu zeskoczył z konia i zdjął z głowy hełm. Jego bujna broda ujrzała światło dzienne, a sam Bertram podziwiał niesamowite budownictwo stolicy. Może i Gulltown nie było takie małe, jednakże zawsze królewska siedziba, to królewska siedziba. Grafton uśmiechnął się pod nosem i przywołał do siebie jednego ze swych ludzi.
- Zabierz konie do stajni. Macie tutaj kilka monet i możecie zabawić się w karczmie. Jednak jeśli którykolwiek mi się schleje, to osobiście wystrzelam po mordzie, aż otrzeźwieje, jasne? - powiedział, wręczając mu drobny, brzeczący woreczek. Następnie poklepał go po twarzy dłonią - Jesteśmy u króla, a nie w Gulltown. Tutaj macie zachowywać się jak chędożeni lordowie, jasne? - dodał, śmiejąc się głośno. Jego mała świta zaczęła się powoli rozchodzić, a on sam przystąpił do spaceru. Po ziemi ciągnął się delikatnie płaszcz z barwami rodowymi, a sam dwumetrowy wielkolud rozglądał się uważnie dookoła. Szczerze mówiąc wolałby nie mieć na sobie tej zbroi, ale nigdy nie wiadomo na co trafią po drodze. Zawsze lepiej być przygotowanym.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Lip 26, 2013 4:48 pm

// izba gościnna

Prue niedawno zaczynała się wyłaniać, wolała jednak jakoś specjalnie nie oznajmiać swojej obecności. Była tą, która ostatnio została porwana, no i tą, której zamordowali braci. Wytykana palcami, nie trawiła tego. Nie znosiła jak ktoś się nad nią litował. Nienawidziła tego, że gdy pojawiła się gdziekolwiek ludzie zaczynali szeptać i dziwnie się na nią patrzeć. Nie była ofiarą, przynajmniej tak sobie wmawiała.
Śmierć braci. Dziewczyna nie potrafiła się z tym pogodzić. Kto, dlaczego? Ostatnio zemsta stała się całą jej siłą. Obiecała sobie, że odpłaci się tym, którzy to zrobili. Ponoć Lannisterzy mięli z tym coś wspólnego, niechaj tylko ona spotka któregoś. Gdy dowiedziała się, co spotkało jej braci wyła cały dzień. Jej krzyk roznosił się po twierdzy. Chyba każdy słyszał jej ból. Kiedy jednak pojawiała się w towarzystwie udawała, że nic takiego nie miało miejsca. Gra szła jej całkiem nieźle. Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie postawi stopę na Latającej Cholerze. Żelaźni ludzie nie powinni zbyt długo przebywać na lądzie, wszystkie wydarzenia, które ich tu spotkały tylko to potwierdzały. Chyba czas stąd wypłynąć.
Dziewczę spacerowało po dziedzińcu. Kilka metrów za nią szło pięciu ludzi, nie rzucali się w oczy. Nie wyglądali jakby szli właśnie za tą dziewczyną. Chociaż lepszy obserwator by to zauważył. Prue nigdzie nie ruszała się sama, nawet jeśli chciała zostawali z nią wysyłani ludzie. Była pod ciągłą kontrolą po porwaniu, nie odpowiadało jej to. Nienawidziła, gdy ktoś wtrącał nos w jej sprawy. Szła więc przed siebie powolnym krokiem i korzystała z tej namiastki wolności, która była jej dana. Odziana była w czarną suknię ze złotymi wstawkami, włosy jak zawsze się kręciły, sięgały jej za ramiona. Sińce powoli znikały z jej twarzy, nie wróciła jeszcze do pełni sił, ale naprawdę było z nią dużo lepiej.
Ktoś nadjechał na dziedziniec. dziewczyna przystanęła i obserwowała. Nie znała mężczyzny, który wydawał się przewodniczyć tej wyprawie. Przyglądała mu się uważnie. Budził respekt, był ogromny. Dziewczę nie mogło oderwać od niego wzroku, chyba nie chciałaby z nim walczyć. Dostrzegła, że powoli zaczynali się rozchodzić, także ruszyła w ich stronę, a co, może dowie się czegoś ciekawego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Lip 26, 2013 5:15 pm

Może i mężczyzna był postawny, ale nie trzeba było się niczego obawiać. Mimo swoich rozmiarów jego zachowanie było podobne do spokojnej owieczki, która nie chce niczyjej krzywdy. Dopiero zmuszona do ostatecznego działania zamienia się w wielkiego niedźwiedzia rozrywającego wszystko dookoła siebie swoimi kłami i pazurami. Taki był właśnie Bertram i jego ludzie doskonale zdawali sobie z tego sprawę, czasem pozwalając sobie na więcej aniżeli powinni. W każdym razie wielkolud rozglądał się dookoła uważnie i właśnie wtedy jego wzrok spotkał się z oczami brunetki, która najwyraźniej cały czas mu się przyglądała. Teraz przyszła jego kolej na to, aby zmierzyć ją wzrokiem. Powoli, dokładnie, jakby nie chciał pominąć żadnego szczegółu obejrzał ją od czubków palców do samej głowy. Może i było to niegrzeczne z jego strony, ale teraz jakoś się nad tym nie zastanawiał. Prosta suknia, bez zbędnych zdobień. Najwyraźniej panienka nie przepada zbytnio za strojeniem się. Pomimo tego nadal wyglądała całkiem uroczo.
Dopiero po chwili Bertram zorientował się co robi i postanowił się natychmiast zreflektować. Wszak nie ma do czynienia z jakąś karczemną dziewką.
- Wybacz mi Pani te oględziny, jednak mam czasem sposobność do zawieszania wzroku na jednej osobie aż nazbyt długo. - powiedział grubym głosem, delikatnie się uśmiechając - Miałem jednak wrażenie, że również jestem obserwowany. Czyżby moja zbroja była gdzieś zbrukana krwią? - zapytał, siląc się na jako taki żart, żeby rozładować atmosferę. Znając jednak życie i tak mu nie wyszedł. Wielkolud dopiero teraz rozejrzał się dookoła i zauważył grupkę ludzi. Na razie jednak nie powiązał ich z osobą damy stojącej przed nim. Po prostu sobie byli, a jak się dalej będą zachowywali, to dopiero się zobaczy.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Lip 26, 2013 5:32 pm

Prudence miała problem z dyskretnością. Nawet jeśli bardzo, bardzo starała się nie rzucać w oczy i tak to robiła. Taką już miała naturę, nie miała we krwi ukrywania się. Dopiero po dłuższej chwili obserwowania mężczyzny zrozumiała, że to mogło być niegrzeczne, znaczy, że mogło tak zostać odebrane, bo przecież nie robiła tego na złość, czy coś, po prostu się zainteresowała, chyba miała do tego prawo? No i wtedy dostrzegła wzrok mężczyzny skierowany w jej kierunku. Chyba odwdzięczył się jej tym samym, ta jednak nie odwracała ani się, ani wzroku, nadal szła przed siebie. Dumna, wyprostowana, jak miała w zwyczaju. Złota spinka w kształcie krakena lśniła jej we włosach, tak samo jak ogromny wisior na jej piersi. Była dumna z miejsca, z którego pochodziła.
Kiedy tak szła, mężczyzna się do niej odezwał. Przystanęła więc gdzieś obok niego i podniosła wzrok, by patrzeć mu w oczy, kiedy się odzywała musiała podnosić głowę. Prue musiała utrzymywać kontakt wzrokowy z rozmówcą, jej zdaniem słowa rzucane w eter nie miały sensu.
- Ser, po to otrzymałeś wzrok, aby móc patrzeć, nie mam prawa mieć Ci za złe tego, że używasz swych oczu- Przecież nie robił jej tym krzywdy, miał do tego prawo.
- Krwi jak na razie nie dostrzegła, muszę jednak przyznać się do tego, iż może zbyt długo się Panu przyglądałam. Pańskie pojawienie wzbudziło tutaj zainteresowanie, ser?- Nie wiedziała kim był gość, być może gdy się przedstawi będzie potrafiła połączyć to z jego pochodzeniem. Pięcioro ludzi Prudence również się zatrzymało, jednak kilka metrów za nią. Nie wchodzili jej w drogę, chociaż pewnie zaczęliby gdyby dziewczynie miało się stać coś niebezpiecznego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Lip 26, 2013 5:59 pm

No tak! Najwidoczniej Bertram zbytnio skupił się na fizycznych przymiotach damy i to właśnie przez to nie zauważył dodatków jasno mówiących skąd ona pochodzi. Jednak czy można go za to winić? Wszak jest mężczyzną, jak każdy inny, więc nie powinno to raczej sprawiać większego problemu. W każdym razie jego przypuszczenia potwierdziła dodatkowo grupka ludzi, która zatrzymała się w tym samym momencie, co Lady. Najwyraźniej ktoś bardzo dbał o to, żeby jej czarny włos nigdy nie dotknął ziemi. I bardzo dobrze! Rodzinne skarby powinno się chronić i pielęgnować, bo jeszcze przyjdzie ktoś, kto będzie pragnął je zwyczajnie ukraść, czy splugawić.
Gapienie się na jej osobę zostało mu wybaczone, ale w jaki sposób. Bertram aż podniósł brwi wyrażając tym samym swoje zainteresowanie kobietą stojącą przed nim. Najwyraźniej miała charakterek i nie była jedynie napuszoną lalą, jak znaczna część córek szanowanych lordów. Jednak czy to powinno dziwić? W końcu kraken jasno wskazuje, że ma coś wspólnego z Żelaznymi Ludźmi. Ci raczej nie są skorzy do kokietowania i miłych gestów. Życie na statkach zrobiło z nimi swoje.
- Widzisz, ma Pani. Może i po to mam oczy, jednak nadal było to nieuprzejme. Nie jestem jednym z moich wojaków, żeby oglądać łapczywym spojrzeniem każdą damę. - odpowiedział spokojnie, nadal stojąc przy swoim. Ojciec uczył go czego innego i właśnie jego nauk powinien się trzymać za wszelką cenę. W końcu w Królewskiej Przystani reprezentuje cały ród Grafton.
No i masz Ci los! Kolejna wpadka. Zapomniał się przedstawić. Miejmy jednak nadzieję, że pójdzie to w niepamięć po tym, co zaraz zrobi. Bertram ukłonił się dość nisko (jak na jego wzrost) i chciał chwycić delikatnie dłoń Prudence, aby złożyć na niej delikatny pocałunek.
- Me imię brzmi Bertram. Najstarszy syn Lorda Graftona miłościwie panującego w Gulltown. - przedstawił się, a następnie wyprostował swą sylwetkę. - Trudno mnie nie zauważyć Pani. Nie ma Cię za co winić. - dodał z uśmiechem na twarzy. Przyzwyczaił się już do tego. Ludzie myślą, że jest jednym z olbrzymów mieszkających za murem.
Powrót do góry Go down
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   

Powrót do góry Go down
 

Dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Dziedziniec
» Krużganki
» Dziedziniec z wiaduktem
» Dziedziniec
» Dziedziniec

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań-