a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Dziedziniec



 

 Dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Dziedziniec   Sob Kwi 27, 2013 3:35 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
66
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Wto Kwi 30, 2013 1:19 am

Całkiem lubił Królewską Przystań. Może nie była tak zadbana jak Wysogród, obdrapani ludzi żebrali w każdym kącie miasta i jęczeli, a woni miasta tutaj nie maskowały ogrody pełne róż. Ale mimo wszystko ją lubił. Tutaj przynajmniej nie spodziewał się zastać zasp, ani zbyt dużej wilgoci, na dodatek był tutaj więcej razy niż przejazdem co najwyżej w innych miastach. Dlatego mniej więcej można było powiedzieć gdzie jest, kiedy przejeżdżali wąskimi uliczkami na dziedziniec. Oczywiście nie był znawcą, raczej chwalił się, że wie gdzie co jest, niż faktycznie potrafiłby spokojnie przejść miastem, nie gubiąc się po drodze i dojść do swojego celu. Zatrzymali się jeszcze przed Septem, kiedy Alysanne chciała na chwilę w nim zawitać. Mieli jeszcze z pewnością trochę czasu, więc niech pozwiedza co chce. Lorent już nie mógł się doczekać, kiedy w końcu dotrą na miejsce. Przez większość podróży jechał na koniu, od czasu do czasu przesiadając się do sióstr, ale i tak czuł się zmęczony. Wolał nie wiedzieć jak się czują ludzie, którzy przyjechali z dalszych stron, czyli niemalże cała reszta. Zakładał jednak, że pobyt w Królewskiej Przystani go pobudzi. W zasadzie cieszył się, że jego ojciec nie był w tak doskonałym zdrowiu by tu zawitać. Wtedy jedynie by stał i nudził się, obserwując jak on wszystko ustala. Przynajmniej może poznałby swoje nowe rodziny, w których wżeniły się Tyrellówny.
Kiedy w końcu dotarli do dziedzińca, Lorent zeskoczył ze swojego wierzchowca i otworzył drzwi powozu swoich sióstr. Uśmiechnął się do Cailet, pytając się uprzejmie jak podobała jej się podróż i wyciągnął do niej dłoń, by pomóc jej wysiąść. Wziął ją pod rękę i stanął z nią parę kroków dalej.
- Nie mogę się doczekać spotkania z nimi wszystkimi, to będzie świetna zabawa – mruknął do siostry z przekąsem rozglądając się spokojnie dookoła. Najchętniej zobaczyłby w końcu jak wygląda jego narzeczona. Za każdym razem, kiedy widział kobietę wyglądającą na bogatszą, która przypominała odrobinę niedźwiedzia, zatrwożony patrzył na nią, szukając pośpiesznie znaku rodowego jakiegokolwiek. On sam ubrany był w zielone oraz czarne barwy, a złotą różę Tyrellów można było doskonale widać na jego plecach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Braavos/Dorne
Liczba postów :
7
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Wto Kwi 30, 2013 2:07 am

Prawdopodobnie wielu przyjezdnych, którzy to mieli wziąć udział w wiatach na cześć króla, przeklinała swój los i wprost pałała ogromną niechęcią na samą myśl, iż muszą stawić się w Królewskiej Przystani. Nie wspomniawszy już o uczestnictwie w turnieju rycerskim, czy balach! Jednak nie, nie Mellarie. Oczywiście o ile same rozrywki tego typu wydawały się jej zwykłymi pierdołkami, tak ludzie, którzy na nie przybywali, byli już istotnymi personami. Mel należała do osób, które bardzo żywo interesują się polityką. Uwielbiała wiedzieć jakie kto ma zamiary, podsłuchiwać drobnych nowinek. Może po prostu miała głowę na karku i była przezorna? Uważała, że skrajem głupoty jest ignorować taką okazję do zawarcia drobnych paktów, czy też szybkiego wywnioskowania jakie rody mają się ku sobie. Tak więc, chociaż jej mąż ostatnio podróżował za morzem, ona postanowiła, że wraz z Lynette wybiorą się jako reprezentantki Dorne.
Do Królewskiej Przystani dotarła statkiem, dzięki czemu podróż nie trwała tak długo, jak mogłoby być w przypadku konnej wycieczki. Dodatkowo bez problemu mogła zabrać ze sobą taką ilość rzeczy, jaką tylko uważała za stosowną. Od dłuższego czasu już nie była w tych rejonach Westeros, a zdecydowanie nie mogła odmówić im pewnego uroku. Nim zeszła ze statku przyodziała zwiewną suknie w płomiennym czerwonym kolorze, zdobioną kamieniami w barwie pomarańczu, idealnie nawiązującą do herbu Dorne. Jeśli o sam znak ów rejonu chodziło, Mel miała po prostu bordową chustę, lekko oplatającą jej ramiona, z czarnymi, delikatnymi wzorami włóczni przebijających słońce. Inaczej mówiąc, pięknie reprezentowała swój dom!
Już na początku rozdzieliła się gdzieś z Lynette, więc sama postanowiła skierować się od razu do zamku, mając nadzieję, że tam właśnie spotka bratową. Jednakże przechodząc przez dziedziniec dostrzegła, iż zbierają się tu także inni reprezentanci rodów, w tym Tyrellowie. Szczytem braku dobrego wychowania byłoby nie przywitać się ze swoimi sąsiadami... i zapewne też szczytem nudziarstwa. Mellarie przybrała bardzo uprzejmy uśmiech widząc przybyszów, co zdecydowanie nie było dla niej trudne, bo wszakże jedną z tych osób był Lorent. Ach, wielki R'hllorze, dzięki Ci za takie towarzystwo!
- Już obawiałam się, że zostanę tu pożarta przez smoki, miło was tu widzieć - rzekła ze swym tropikalnym akcentem, zarówno do Lorenta, jak i jego siostry, choć niewątpliwie swymi ciemnymi oczami na kilka dłuższych sekund zatrzymał się na tęczówkach mężczyzny.
- Jednak pokusa by spotkać przedstawicieli innych rodów jest zbyt wielka i mimo ewentualnych wątpliwości, nie mogłam sobie odmówić tej wycieczki - rzekła jakże uroczo używając takich słów w jednym zdaniu, by te bardzo ładnie opisały obecną sytuację. Pokusa, Lorent Tyrell. Cóż więcej można tu jeszcze dodać?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Wto Kwi 30, 2013 9:32 pm

Adgart jechał na karym rumaku, przekraczając właśnie bramę Królewskiej Przystani. Za nim dumnie jechał tuzin zbrojnych, z dumnie powiewającym proporcem Baratheonów. Ojciec wysłał go do stolicy, żeby złożył hołd królowi i godnie reprezentował ród, toteż zamierzał tak uczynić. Jadący z nim ludzie byli jego gwardią honorową i zaufanymi towarzyszami broni. Wiedział, że pójdą za nim choćby w ogień, bo sam niejednokrotnie udowodnił, że zrobi to samo dla nich.
Na dziedzińcu było już tłoczno. Widział chorągwie Martellów i Tyrellów, pozostali pewnie niedługo się zjawią. Szykowało się wielkie widowisko pełne plotek, obżarstwa, pijaństwa i walk. Adgart nie był zwolennikiem życia na wielkich, królewskich dworach, ale czasem było to konieczne i doskonale o tym wiedział. Jego siostra, zaręczona z Aemonem, również przebywała gdzieś w stolicy, jednak rozstali się nieco wcześniej, ona ze swoją świtą udała się w swoją drogę.
Zsiadł z konia. Miał na sobie wysokie jeździeckie buty, bawełniane spodnie i tunikę z wyszytym rodowym herbem, a wszystko w kolorze czerni. Kroczył dumnie, prowadząc konia za uzdę, próbując rozeznać się, co, gdzie i jak. Rozglądał się za służbą, która wskazałaby mu stajnie, w której jego ludzie zajęliby się końmi oraz jakieś pomieszczenie, w którym odpocząłby od trudów podróży. Niestety, rozglądał się na próżno.
Podszedł do niego Dragomir, kapitan straży.
- Wygląda to na niezły bajzel, panie.
Adgart skinął głową.
- Faktycznie. Stańmy gdzieś z boku, nie tarasujmy bramy, pewnie niedługo zjawią się następni. Może zaraz ktoś się tu nami zainteresuje.
- Oczywiście, panie.
Dragomir wydał rozkazy i grupa jeźdźców przesunęła się pod jeden z murów, a po chwili dołączył do nich Adgart.
Pozostaje czekać, pomyślał.


Ostatnio zmieniony przez Adgart Baratheon dnia Wto Kwi 30, 2013 10:26 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Wto Kwi 30, 2013 9:42 pm

// Casterly Rock

-Ja natomiast słyszałem o stalowych pazurach niedźwiedzich łap, więc strzeż swojej białej główki i nie tylko jej, malutka- odparł Bleddyn, parskając lekko z rozbawieniem. To było zbyt mało, żeby go rozzłościć. Może kiedyś, kiedy był młodszy, a Maureen wiecznie plątała mu się koło nóg, te kilka słów byłoby aż nadmiarem. Teraz natomiast bardziej bawiły go, niżli w jakikolwiek sposób złościły.
Kątem oka zarejestrował pojawienie się na dziedzińcu nowej, ale znanej mu twarzy. Okolona jasnymi lokami wyglądała dziś wyjątkowo świeżo i pięknie. Lavonne, przyszła lady Lannister. Ponoć słynna róża o stalowych kolcach, ale Bleddyn już dawno nauczył się odsiewać złośliwe słowa jego siostry od przydatnych informacji, choć zwykle zsyłał w mroki obojętności wszystko, co padło z jej ust. Dość miał jadu w sobie, żeby go apsorbować jeszcze z jej typowo lannisterskich, dobrze wykrojonych ust. O tak, nie można jej było odmówić urody, ale jeśli chodzi o ogładę i wychowanie, była koszmarem każdego rodu. Część Bleddyna szczerze współczuła Baratheonowi, który miał poślubić to szatańskie nasienie. Nie wiedział, jaki pakt zawierał, kiedy negocjował z panem ojcem.
- Moje dzieci, dość kłótni! Czy mogę Was prosić do mojego boku? Słyszałem, że właśnie rozmawialiście o swych przyszłych małżonkach, to dobrze, bowiem chciałem z Wami poruszyć kwestię ślubu. Pomimo że ostatnimi czasy nie wiedzie nam się najlepiej, tak uroczysta okazja wymaga odpowiedniej oprawy. Dlatego w porozumieniu z pozostałymi członkami rodu postanowiłem, że zorganizuję Wam podwójne wesele.
Serce na chwilę zamarło mu w piersi, jakby to ujął minstrel, maester określiłby to raczej bolesnym skurczem, a septon- karą Siedmiu. Czymkolwiek był ten ból w piersi, na chwilę zamknął młodemu lordowi usta, pozwalając w tymże czasie przemówić jego siostrze.
- Dziękujemy, Ojcze, to dla nas wielki zaszczyt. Jestem pewna, że wspólna ceremonia będzie najwspanialszym wydarzeniem w naszym życiu.
Lannister gwałtownie szarpnął za wodze konia, zmuszając niezadowolonego ogiera do oddalenia się od rozmawiających. Kiedy był już w odpowiedniej odległości od dwójki, zatrzymał się równie gwałtownym szarpnięciem.
-Na siedem piekieł!- zaklął pod nosem, czując, jak brwi marszczą mu się we wściekłym grymasie. Ślub sam w sobie był ceremonią wymagającą sporych nakładów spokoju. A ślub razem z jego siostrą, z kanalią wychodowaną na piersi nieświadomego ojca?
-Siedem pieprzonych piekieł- powtórzył z furią, kiedy jego siostra skręciła w stronę Lavonne. Przebiegła sztuka zapewne jeszcze niewinną lady spróbuje zmącić parszywymi insynuacjami. Kiedy tylko zauważył znak do odjazdu, natychmiast spiął konia i wyjechał jako jeden z pierwszych.
Droga zajęła kilka dni, minęła mu jednak szybko. Zbyt zaabsorbowany przyszłym hołdem i weselem większość czasu spędził samotnie, próbując nie dostrzegać drobnej figurki o jasnych włosach, krążącej pomiędzy jeźdźcami. Kiedy już przekroczyli bramy Królewskiej Przystani, z radością oddał Brzask w ręce służących, sam natomiast odszukał osobę, której codziennie wypatrywał wzrokiem w kolumnie pochodu. Małżeństwo było nieuniknione, teraz musiał tylko zrobić wszystko, żeby nie stało się koszmarem.
Prostym, równym krokiem przemierzył tłum i znalazł się tuż przy drobnej postaci. Ujął kruchą dłoń i złożył na niej lekki pocałunek.
-Lady Lavonne. Zmęczona podróżą?- zagaił ostrożnie, uśmiechając się lekko. Zamierzał poznać przyszłą żonę i dowiedzieć się, czego ma się wystrzegać w jej towarzystwie.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorzecze, Bliźniaki.
Liczba postów :
78
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Wto Kwi 30, 2013 10:34 pm

Lannister. Baratheon. Martell. Tyrell. Oraz wiele pomniejszych rodów i błędnych rycerzy, nie wspominając już o najzwyklejszych mieszkańcach miasta, tych wyżej urodzonych ma się rozumieć. Walder Frey, wraz z tuzinem rycerstwa z Bliźniaków, zjawił się na dziedzińcu.
- Przybyło więcej ludzi, niż sądziłem... a ponoć tyle osób było za Blackfyre'ami. - stwierdził, bardziej do siebie, niż do kogoś konkretnego. Pogładził siwą brodę i odszedł na kilka kroków, by schronić się w cieniu nie tylko przed słońcem, ale i przed nadmiarem ludzi. Nie przepadał za takimi wydarzeniami. Pochodził z licznego rodu, powinien więc być przyzwyczajony do tłumów i ciasnoty, jednak co innego być pośród swoich, a co innego być pośród obcych. Kilka osób z jego orszaku zajęło się końmi, rzucając niewybredne komentarze dotyczące poszczególnych rodów, jednak nie na tyle głośno, by zauważył to Walder.
Westchnął, poprawiając płaszcz. Ciężki materiał doskonale chronił przed wiatrem, wodą i słońcem, jednak teraz, po bardzo długiej i wyczerpującej podróży, zwyczajnie ciążył staremu człowiekowi. Walder sięgnął do sakiewki po niedużą, jedwabną chustę i otarł pot z czoła, uważnie przyglądając się zgromadzonym możnym, wypatrując swoich znajomych. Tully powinni zjawić się lada moment, Boltonów nigdzie nie widział, a wzrok miał dobry i wypatrzenie ich makabrycznej chorągwi to najprostsza z rzeczy. Krakena Greyjoyów również nie mógł zlokalizować, choć pewnie oni siedzą w porcie lub czekają na swych okrętach. Zacisnął zęby, zastanawiając się, czy spotka tutaj swojego, hm, przyszłego zięcia. Starków również brakowało, co z jednej strony bardzo go cieszyło, a z drugiej strasznie denerwowało. Nie dość, że smarkacz z tego rodu zhańbił oba domy, i Starków i Freyów, to jeszcze teraz nie było nigdzie widać Aidana. To z nim najbardziej chciał się spotkać Walder.
Czekał w każdym razie, aż sytuacja rozwinie się w jakimś dogodnym kierunku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorzecze, Riverrun
Liczba postów :
37
Join date :
27/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Wto Kwi 30, 2013 10:45 pm

W pewnej chwili na dziedziniec wjechało dziesięciu zbrojnych pod dowództwem kapitana Farin'a. Sześciu z nich mocno trzymało w dłoniach sztandary Domu Tully. Pstrąg na niebiesko-czerwonym tle dumnie tańczył wraz z niewielkim wiatrem, który od czasu do czasu hulał wesoło po dziedzińcu. Z pomiędzy rycerzy wyłonił się dwunasty jeździec, który pierwszy zszedł z konia. Ubrany w nieco bardziej szykowny i ozdobny strój, z herbem rodowym na piersi, wyróżniał się znacznie na tle reszty, odzianej w ciemne zbroje z o wiele mniejszym pstrągiem, skaczącym po ich piersiach. Kapitan Farin machnął dłonią na stajennych, a oni zlecieli się znikąd i zabrali konie do stajni, gdzie pod dobrą opieką spędzą resztę czasu w Królewskiej Przystani. Vernis Farin miał już swoje lata, służył jeszcze u Pana Ojca Roderick'a, dlatego też nie można było odmówić rycerzowi doświadczenia. Był jednym z najlepszych szermierzy Dorzecza za czasów młodości, chociaż sam Roderick często stwierdza, że nawet teraz nie chciałby stawać do pojedynku z Kapitanem Farinem. Doświadczenie to tyczyło się także obycia i chociaż rodzina Farin nigdy nie posiadała szlachectwa, to Stary Vernis znał się na zasadach dworskiego życia lepiej niż nie jeden wielki szlachcic. Doskonale wiedział co ma robić, jak poinstruować swoich ludzi, by nie rzucali się w oczy, nie chodzili za Roderick'iem krok w krok, a jednocześnie mogli zareagować niemal natychmiastowo w obliczu zagrożenia dla ich pana.
Gdy wstęp miał już za sobą, Roderick mógł podejść bliżej do zgromadzonych na dziedzińcu osób i przyjrzeć się, z kim też ma do czynienia. Od razu rozpoznał Adgart'a Baratheon'a, który wraz ze swoimi ludźmi wydawał się być nieco zagubiony. Nieco dalej, w przeciwnym kierunku znajdowali się Tyrell'owie, Martell'owie oraz Lannister'owie. Mężczyznę wyjątkowo ucieszył widok Tyrell'a, gdyż mieli oni parę spraw do omówienia . No i oczywiście Walder Frey, który przybył kilka chwil przed nimi.
- To nie wszyscy. - Powiedział tak po prostu do Nestora rodu, gdy stanął na równi z nim, tak jakby te słowa wystarczyły, by opisać całą zaistniałą tu sytuację. - Muszę zamienić parę słów z Tyrell'ami- Dodał i ruszył w stronę trójki przedstawicieli rodów, którzy rozmawiali ze sobą już jakiś czas.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
148
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 1:05 am

Królewska Przystań – najważniejsze miejsce w całym Westeros, administracyjne centrum krainy, siedziba samego króla oraz jego rodziny i innych najbardziej wpływowych osób w całym królestwie. Miejsce, którego reprezentacyjny charakter, przepych i bogactwo opiewane były w wielu opowieściach i o którym krążyły liczne legendy. To tu zapadały wszystkie najważniejsze decyzje, to tutaj odbywały się największe rycerskie turnieje i to tu zapraszano przedstawicieli najznamienitszych rodów na najbardziej wystawne przyjęcia. Cailet słyszała wiele o tym miejscu, jako że tego typu opowieściami o pięknych miastach, bohaterskich rycerzach i pięknych damach bardzo chętnie się raczyła zarówno pochłaniając je w formie spisywanej w kronikach jak i wyśpiewywanej przez minstreli, których miała okazję spotkać i nagabywać aż do granic przyzwoitości o raczenie jej wszystkimi znanymi przez nich pieśniami. A teraz miała okazję tu przyjechać po raz pierwszy! Wcześniej rodzice nie zabierali jej na tak dalekie wyprawy, twierdząc, że nie jest to miejsce, w którym młoda dama taka jak ona mogłaby znaleźć sobie odpowiednie zajęcie. Obecnie sytuacja była całkiem inna, a okazja podwójna. Oficjalne wezwanie wszystkich rodów to jedno, co wprawiało ją w ekscytację, jednak w skrytości swego serca skrywała także inny powodów, dla którego już od kilku tygodni spała snem niepełnym, mając zbyt dużo myśli – w końcu miała poznać swego narzeczonego, zobaczyć oblicze Aidana Starka, przyszłego dziedzica Winterfell, o którym słyszała prawdopodobnie znacznie więcej barwnych opowieści niż o samej Królewskiej Przystani. Serce w jej piersi wyrywało się jak mały podekscytowany kanarek zza Wąskiego Morza, co starała się ukryć jak mogła, ale delikatnie zaróżowione policzki zdradzały wszystko.
- Dość męcząca, ale przynajmniej niezbyt długa – odpowiedziała Lorentowi uprzejmie, posyłając mu promienny uśmiech i zgrabnie wysiadając z powozu, co nie było trudne w dość lekkiej zielonej sukni. Z uwagą, jednak zachowując przynajmniej odrobinę klasy, rozejrzała się wokół, starając się wyłapać każdy szczegół otaczającej ją przestrzeni zamkowego dziedzińca. Wszystkie zapachy (niezbyt przyjemne w porównaniu do powietrza w Wysogrodzie), kolory, dźwięki. Następnie przyjrzała się ludziom. Niektórych kojarzyła z nauk o rodach, wszystkie herby i zawołania potrafiła wymienić z pamięci, a w pewnych przypadkach nawet zanucić pieśni popularne w krainach leżących w ich władaniu.
- Ja także nie mogę się doczekać – przyznała i pogratulowała sobie w duchu silnej woli, dzięki której powstrzymała się od klaśnięcia w swoje drobne, blade dłonie. To zapewne nie wyglądałoby za dobrze. Nie była już w końcu małą dziewczynką, niedługo miała wyjść za mąż! - Dostrzegasz gdzieś Lorda Starka i jego synów? – spytała, jednak nie dane jej było usłyszeć odpowiedzi. Na widok Mellarie Martell jej oczy po raz kolejny zalśniły jaśniej z radości. Zawsze darzyła sympatią tę zamorską piękność. W przeciwieństwie do wielu dam nie sprawiała wrażenia zbyt wyniosłej i nieprzyjemnie chłodnej… Którymi to przemyśleniami oczywiście nie zamierzała się z nikim dzielić. Ukłoniła się grzecznie i pozwoliła bratu podtrzymywać konwersację, jako że przeczuwała, że słowa Mellarie były skierowane bardziej do niego niż do niej. Sama błądziła wzrokiem wśród przybywających coraz liczniej na dziedziniec lordów, wypatrując wśród nich jednego – wysokiego mężczyzny o szerokich barkach w niedalekiej odległości od chorągwi ze znakiem wilka, a kiedy zauważyła, że człowiek o podobnym rysopisie zbliża się w ich stronę, serce – i tak już przecież pobudzone do wyjątkowo szybkiego bicia – nieomal wyskoczyło jej z piersi.
Bogowie, oby to był On. Oby to był Aidan Stark!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
762
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 1:15 am

Był wręcz do nieprzytomności znużony całą podróżą, która nie dość, że długa, to jeszcze nie rekompensowała ogromnego dystansu jakimś choćby małym losowym urozmaiceniem. Bogowie najwyraźniej mieli ich w swojej opiece, ponieważ żaden incydent nie zagroził potężnej kolumnie Starków na całej długości drogi. Przesuwali się zatem sukcesywnie, w dobrym tempie, na Południe, w kierunku celu podróży wszystkich lordów Siedmiu Królestw – do Królewskiej Przystani.
Aidan nieszczególnie pałał do jakichkolwiek rozmów. Trzymał się za ojcem równie zatroskanym, co on sam, wątpliwie ciesząc się jedynie przykrym towarzystwem własnych, uciążliwych myśli, które przyprawiały nieraz o ból skroni. Przez chwilę młodzieniec liczył po cichu, że jego wkrótce szwagier, Terryn Mormont, dostarczy mu tej odrobiny zabawy nieudolnymi zalotami wystosowanymi do niezadowolonej z aranżowanego ożenku Nadiry. Niestety, tutaj także przeznaczenie dawało mu prztyczka w nos. Dziewczyny, nawet energiczna i psotna Nihil, zachowywały się nienagannie oraz stosownie do sytuacji, przejęte, zdaje się, podróżą oraz ostatnimi, niezbyt pomyślnymi wydarzeniami dla rodziny.
Nareszcie, gdy gwar, ścisk, tłok, tłum powitał go zaraz za wrotami dziedzińca, Aidan Stark poczuł, że żyje. Siły, które wyparowały z niego, jak myślał dotychczas, odnalazły się nagle, że wprost nie mógł usiedzieć spokojnie w siodle konia. Został odurzony feerią barw chorągwi, mnogością dialektów rozmówców, zapachami pachnideł dam, głuchymi odgłosami zbroi straży. Wiele godzin w drodze? Pestka. Modlił się tylko, aby Aylward był już w Przystani!
Gdy Lord Stark oraz Lord Bolton poczęli witać się z innymi Panami, niezwłocznie podążył za nimi, by oficjalnym rytuałom powitań stało się zadość. Nie miał zamiaru wtrącać się w rozmowy zasłużonych, dojrzałych wiekiem mężów. Młody wilk przeprosił grzecznie całe zacne towarzystwo i odchodząc w bok, rozpiął odrobinę nonszalancko pelerynę. Klimat Południa, gdzie leżało King's Landing, nie sprzyjał zdecydowanie podobnemu okryciu. Pozostając w odpowiednim do całego wydarzenia odzieniu, zarzucił zdjętą kapotę na swojego konia, poprawił pas i sprężystym krokiem, w asyście kilku ze swojej straży postanowił podejść do wyłapanych wcześniej przez niego miłych królewskich gości.
Lady Martell - skłonił się elegancko przed Panią z Dorne. – Niezwykle cieszę się z naszego spotkania. Aidan Stark, syn Lorda Starka z Winterfell. – Przestawił się. – Czuję się zaszczycony móc skonfrontować plotki o pani z rzeczywistością – o pięknej jak zawsze Mellarie Martell zdążył usłyszeć tyle fascynujących opowieści w różnych karczmach Westeros, że aż żałował, że ziemie kobiety leżą tak daleko od Północy. Niemniej, w niedalekiej przyszłości Dorne i Winterfell miały zbliżyć się do siebie znacznie oraz połączyć wiążącą małżeńską umową Hana oraz małej księżniczki, jak usłyszał od ojca jeszcze przed wyjazdem. Na razie jednak zwrócił się ku Lorentowi Tyrellowi, który dotrzymywał towarzystwa egzotycznej przyjezdnej. Nie należało ani nie wypadało zbyt długo go ignorować.
- Kopę lat, Lorencie! - Uśmiechnął się szczerze i szeroko. Zwykł przepadać za dziedzicem Wysogrodu. - Wyglądasz jakoś mizernie - zawyrokował po chwili ostrożnie, przyglądając się zmęczonej twarzy mężczyzny. - Zgaduję, że to trudy podróży. Mam nadzieję, że pozostajesz w dobrym zdrowiu. - Wyrzekł niezbicie pewnym tonem, po czym jego uwagę przykuła drobna osóbka przy boku starego druha. - Lady - skłonił się także i jej, domniemając, iż w istocie ma do czynienia z którąś z nadobnych sióstr Tyrell...
Sióstr Tyrell.
Witaj, o narzeczona?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
66
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 2:18 am

No bogów, ależ się dzieje w tej Królewskiej Przystani, Lorent z siostrą zrobili parę kroków, a już zostali otoczeni przez innych ludzi. W każdym zaczynając od początku, Tyrell był rozbawiony zachowaniem młodszej siostry. Cieszył się, że w przeciwieństwie do niego i Alysanne, była bardzo optymistycznie nastawiona do małżeństwa. Wyglądała tak dobrze, jakby przespała właśnie solidnie całą noc, a nie męczyła się w powozie. Kiwnął jej głową w odpowiedzi i trzymając pod ręką przeszedł parę kroków. O ile jego uwaga była raczej kąśliwa niż, faktycznie prawdziwa, Cailet wydawała się szczerze podniecona wizją dzisiejszego dnia. Zaśmiał się nawet, kiedy ta uroczo klasnęła w dłonie. Na jej pytanie rozejrzał się dookoła, w poszukiwaniu Starka. Widział jednak tylko czubki głów ludzi, o których nie miał zbyt dużego pojęcia. Pokręcił dlatego szybko głową i już miał pocieszyć, że z pewnością zaraz pozna swojego przyszłego męża, kiedy usłyszał dość dobrze mu znany, tropikalny akcent. Odwrócił się gwałtownie, bo przez to, że rozglądał się za jakimiś Starkami, zupełnie nie zauważył kto znalazł się obok nich. Można by było powiedzieć, że oczy Lorenta rozbłysły kiedy zobaczył Mellarie Martell naprzeciwko nich.
- To byłaby ogromna strata dla nas wszystkich, Lady Martell – powiedział kłaniając się jej lekko na przywitanie i nie odrywając od niej wzroku. No cóż, trudno byłoby zaprzeczyć, że dziedzic Dorne, miał szczęście jeśli chodzi o wybór żony. Lorent lubił jej towarzystwo. Nie tylko, przez jej wygląd, ale też przyjemne obycie, dzięki któremu łatwo można było się rozluźnić.
- I czasem trzeba ulegać pokusom – dodał niezbyt głośno unosząc do góry brwi i nie odrywając wzroku od kobiety. W końcu po co rozglądać się po Królewskiej Przystani, która nagle wypadła nieciekawie w porównaniu do Mellarie. Poczuł jednak, jakby dłoń siostry bardziej zacisnęła się na jego ramieniu i niechętnie oderwał wzrok od Braavoski, by ujrzeć Aidana Starka, idącego w ich kierunku. Wyglądało na to, że większość ważniejszych rodów już była. Udało mu się wypatrzeć nawet trzecią siostrę, która już stała ze swoim narzeczonym z Lannisterów. Uśmiechnął się krzywo do Starka stającego obok nich, zerkając siostrę, by móc wyczytać jakie wrażenie zrobił na niej dziedzić Winterfell, kiedy ten komplementował Martellównę. Rozchmurzył się bardziej na przyjazne powitanie Starka, kiwając mu lekko głową na przywitanie.
- Tak, czuję się świetnie i moje trudy podróży, są nieporównywalne do twoich, więc nie powinienem narzekać ani słowem - odpowiedział, bo w końcu gdzie tam ich parę godzin jazdy, kiedy Starkowie musieli przejechać pół Westeros. Chciał dodać jeszcze, że to z pewnością im bliżej małżeństwa tym mizerniej wyglądał, ale zrezygnował, bo to chyba byłoby średnio eleganckie, kiedy ten miał właśnie poznać swoją przyszłą żonę.
- Ale może trochę bardziej niż jęczenie na temat mojej podróży może zainteresować cię kto inny – dodał w końcu, bo przecież ileż można tak stać i gadać o sobie, kiedy powinien jak najszybciej zaspokoić ciekawość siostry.
- Aidanie, z przyjemnością przedstawiam ci swoją uroczą siostrę Lady Cailet Tyrell. Twoją przyszłą żonę, o ile dobrze pamiętam – powiedział weselszym tonem, patrząc spokojnie na reakcję i jednego i drugiego. Odwrócił jednak po chwili wzrok, bo miał wrażenie, że wręcz przeszkadza im swoją obecnością kiedy powinni spokojnie ocenić siebie wzajemnie.
- Gdyby nie moja siostra, z łatwością mógłbym wybrać najpiękniejszą kobietę na placu – powiedział teoretycznie do nich wszystkich, ale wzrok ponownie skierował z powrotem na Mellarie Martell, skoro już mógł znowu zwrócić na siebie jej uwagę!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorzecze, Riverrun
Liczba postów :
37
Join date :
27/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 2:27 am

Roderick nie śpieszył się, by dotrzeć na wyznaczone przez siebie miejsce i dołączyć do grona przedstawicieli wysokich rodów. Co prawda miał do pogadania z jednym z nich, jednakże nie sądził aby udało mu się tak po prostu wyrwać go i przeciągnąć na drugi koniec dziedzińca, by w spokoju móc z nim porozmawiać na interesujące go tematy. Nie, teraz jedyne co mógł zrobić to przywitać się i dołączyć do rozmowy, która zapewne ograniczy się do narzekania na trud podróży oraz udawanej ekscytacji z przybycia do Królewskiej Przystani na wezwanie Targaryen'ów. Mimo to, niegrzecznym byłoby zignorować obecne tu osoby i zająć się samym sobą, dlatego też Roderick Tully stanął przy zebranych i z lekkim ,serdecznym uśmiechem skinął głową, nie zbyt mocno, by nie okazać uległości, ale też nie nazbyt lekko aby nie pokazać się w świetle pychy i dumy. Ukłonił się tak jak zrobiłby to lord, w obecności innych lordów.
- Rad jestem, że widzę was w dobrym zdrowiu, ufam, że skoro macie siłę stać tu i dyskutować, podróż nie była nazbyt uciążliwa. - Uśmiech dalej nie schodził z twarzy mężczyzny. Oklepana formułka, by wejść do grona rozmówców. Teraz Roderick mógł przywitać się z każdym z osobna, z należytym szacunkiem.
- Pani Mellarie jak zawsze olśniewająca. - Rzekł całując delikatnie dłoń kobiety. Nie można było powiedzieć, aby stosunki między Domem Tully oraz Martell były szczególnie ciepłe, jednakże w tej chwili nie miało to żadnego znaczenia.
- Pozwól Lorencie, że zanim uścisnę Ci dłoń, przywitam się z młodą pięknością, która zjawiła się tu wraz z Tobą. - Roderick wzrok swój skierował w kierunku najmłodszej osóbki w tym towarzystwie. - Delikatny zapach perfum, słoneczna aura, która Cię otacza no i ten kolor włosów. Ty musisz być Cailet Tyrell, czyż nie tak? - Ponownie uśmiech i pocałunek w delikatną dłoń. Dopiero wtedy przywitał się należycie z najstarszym z Tyrell'ów.
- Widzę, że jest z nami także młody panicz z Casterly Rock. Ufam, że podróż tutaj minęła znośnie. - Kolejne powitanie z nieukrywaną sympatią. Kto wie, może z Roderick'a byłby całkiem niezły aktor.
- Ah i jest także młody wilk z Winterfell. Cieszę się widząc Cię w dobrym zdrowiu Aidanie Stark'u. - Na tym skończyły się uściski i powitania. Roderick popatrzył jeszcze raz na wszystkich zebranych i uśmiechnął się do własnych myśli.
- Więc.. cóż was tu sprowadza moi drodzy? - Postanowił nadać swoim wypowiedziom nieco wesołego charakteru. W końcu nie ma powodu by być aż nadto poważnym, czyż nie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorzecze, Bliźniaki.
Liczba postów :
78
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 8:30 am

Coraz więcej osób. Frey zaczął się zastanawiać, czy zaproponowanie wnuczkom podróży do stolicy to był dobry pomysł, młode panny nie były przyzwyczajone do takiego życia i bogowie wiedzą, co może przyjść im do głów.
Zakręcił wąsa, odsyłając ręką kilku ze swoich sług na bok, zamierzając się przywitać z przedstawicielami co znamienitszych rodów, idąc za przykładem swego suzerena. Choć Walder był niemalże dwa razy starszy od każdej z zebranych tu osób, a doświadczeniem może przewyższał wszystkich razem wziętych, to był niżej. Skromny i stary Lord Przeprawy, ot co.
- Lady Martell, Lady Tyrell, Lord Tyrell, Lord Baratheon, Lord Lannister. Lord Stark. - za każdym razem kłonił głowę, przyciskając dłoń do serca, w prostym, acz wykazując dość szacunku geście przywitania. Co prawda ostatnie dwa słowa wypowiedział znacznie ciszej, tonem nie ukrywającym urazy i niechęci, jednak zachował wszelkie niezbędne zwyczaje. Praktycznie z każdym zgromadzonym w najbliższej okolicy żył mniej lub bardziej poprawnie, w stosunkach neutralnych lub pozytywnych, jednak to właśnie ze Starkami jego ród miał największe spięcia. Wina leżała po części po obu stronach, lecz to właśnie od Starków wszystko się zaczęło; młodzieniec z tego rodu, Torrhen, splamił honor swój, swego rodu oraz honor Freyów, zachowując się w sposób nieprzystający w żaden sposób do osoby wysoko urodzonej.
- Moje panie, moi panowie, oby Siedmiu nad wami czuwało. - dodał na zakończenie, zerkając co jakiś czas na Aidana. To z nim czekała go najpoważniejsza rozmowa, ba, kto wie, może i poważniejsza, niż złożenie hołdu królowi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 9:39 am

// port


Prudence nie była przyzwyczajona do takiego klimatu. Na Żelaznych Wyspach był on nieco surowszy. Podróż nieco ją zmęczyła, do tego wszystkiego dziewczę raczej średnio odnajdywało się na tego typu balach. Rodziciele mówili,że ma się tu pojawić, wolała ich nie rozjuszać i nie powodować kolejnych problemów, akurat z nią zawsze jakieś były. Po prostu lubiła akcentować swoje zdanie i niestety jakoś specjalnie nigdy nie myślała nad tym co mówiła, chociaż czasem powinna.
Zmierzała z portu powolnym krokiem w towarzystwie Cadeana. Zostawiła swoją załogę w porcie, niechaj nieco odpoczną i się zabawią. Oni tez potrzebowali czegoś z życia. Przynajmniej miała okazję, żeby zobaczyć jakąś część miasta. Było jak wszędzie.. Na obrzeżach biedni, zwykli, szarzy ludzie.. którymi tak naprawdę nikt się nie interesował. Zawsze było jej ich szkoda. Sama nieraz dziękowała bogom, za to,że ona nie narodziła się w takiej rodzinie. Przecież wtedy nie miałaby szansy podróżować, zobaczyć tego wszystkiego, co widziała.
Miała świadomość, że takie wydarzenie może irytować miejscowych. Tygodnie przygotowań, dla jednego wieczoru, no jednej nocy.. na której mieli pojawić się wszyscy. Nie do końca wiedziała nawet, kto kojarzy ją jako córkę Greyjoyów, ojciec przedstawiał ją kilku osobom, ale było to jakiś czas temu, sama nie do końca wiedziała kto to był. Także może być zabawnie. Na jej szczęście była naprawdę świetną aktorką, potrafiła się odnaleźć w każdej sytuacji. Kiedy przekroczyli dziedziniec rozejrzała się uważnie. Kręciło się tutaj sporo osób, które wyglądały na te istotniejsze. Wzięła głęboki oddech i wyprostowała się jak struna. Odziana była w czarną, długą suknię, której rękawy były obszyte złotą nitką. Na szyi miała złoty wisior, w kształcie krakena, który dostała dawno temu od ojca. Jej kruczoczarne włosy były nieco poplątane przez wiatr, mimo wszystko wyglądała pięknie. Na jej twarzy malował się uśmiech.
- Sir, wydaje mi się,że już sobie poradzę. Dziękuję za przyprowadzenie mnie tutaj całą i zdrową, zapewne masz wiele ważniejszych spraw, od zajmowania się jakąś tam dziewką..-Zwróciła się do Cadeana, kiwnęła nawet głową w podziękowaniu, po czym ruszyła powoli przed siebie. Tak naprawdę sama nie wiedziała dokąd zmierza.


Ostatnio zmieniony przez Prudence Greyjoy dnia Sro Maj 01, 2013 10:42 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 10:28 am

Adgart odkłonił się z szacunkiem Lordowi Przeprawy, uśmiechając się nieznacznie. Ojciec wiele opowiadał mu o tym cwanym lisie, ale zawsze jakoś tak pozytywnie. Zwrócił się do Drogomira.
- Przywitam się z pozostałymi lordami, poczekajcie tutaj.
Przemierzył dziedziniec szybkimi krokami, akurat w momencie, gdy Roderick z Tullych kurtuazyjnie witał się ze wszystkimi damami, więc zaniechał tego, żeby już nie kręcić się wzajemnie pod nogami. W międzyczasie skłonił się młodemu Lannisterowi, zapewne bratu jego narzeczonej. Różne pogłoski krążyły na jego temat, dlatego chciał je skonfrontować z rzeczywistością.
- Lordowie, Lady, witajcie. Miło mi spotkać się z wami.
Rodzeństwo Tyrell jak zawsze wysublimowane i piękne. Lord Stark poważny, zimny, jak sama północ, z której się zjawił. Roderick żartobliwy, miły i otwarty. Lord Frey skupiony i czujny. Westeroska śmietanka. To się musi skończyć jakąś zadymą.
Nie włączył się do gładkich rozmów, szczerych lub nie komplementów, miłych i kąśliwych uwag. Obserwował. Jego siostra kręciła się gdzieś w stolicy, a miejsca pobytu brata mógł się jedynie domyślać. On musiał reprezentować ród, taka była rola dziedzica. I może nie zawsze zupełnie odpowiadała Adgartowi, to przyjmował ją w cichej pokorze, wiedząc, że to on kiedyś zasiądzie na tronie Końca Burzy. I od niego zależeć będzie sol tysięcy istnień. Chciał się sprawić jak najlepiej.
I chciałby w końcu spotkać swoją przyszłą żonę.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorne
Liczba postów :
84
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 11:20 am

// Wielki Sept Baelora

Kiedy weszła na dziedziniec był on już pełny od ludzi. Trudno było uwierzyć, że nie są to wszyscy członkowie wielkich rodów. Nie dość, że część rodów jeszcze do Królewskiej Przystani nie dotarła, to na dodatek pojedyncze osoby pozostały w domach ze względu na pełnione obowiązki lub ewentualnie stan zdrowia.
- Drodzy lordowie i lady– mówiąc to dygnęła tak nisko jak tylko mogła, a szeroki uśmiech wprost nie schodził jej z twarzy – mogłabym tutaj spędzić cały dzień wymieniając dobrodziejstwa jakie o was słyszałam na zamku mego ojca. Obawiam się jednak, że nie mamy tyle czasu, król nas oczekuje.
Postarała się jednak przyjrzeć bliżej twarzom tutaj obecnych, żeby wiedzieć z kim dokładnie ma do czynienia. Mimo iż większości osób nie znała osobiście miała nadzieję, że zdoła niektórych rozpoznać choćby po strojach. Wśród obecnych na placu udało jej się zidentyfikować czarnego jelenia na złotym tle – herb Baratheonów, dumnego lwa Lannisterów, skaczącego pstrąga Tullych oraz niezbyt lubiane przez innych wieże Freyów. Zauważyła również młodzieńca ubranego w płaszcz z Tyrellowską różą, a obok niego brunetkę w płomiennej sukni, którą jeszcze niedawno opuściła. To właśnie do tej pary podeszła.
-Witam Lordzie Lorentcie Tyrell. Wybacz Mellarie, jeśli sprawiłam Ci zawód moim nagłym zniknięciem. – powiedziała cicho do swojej towarzyszki tak aby nie rozniosło się to po całym placu. W końcu nie musiała nikogo informować o tym co robiła. Nie dość, że pochodziła z Dorne gdzie kobiety są równe mężczyzną, to jeszcze z ludźmi obecnymi tutaj nie miała nic wspólnego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
93
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 11:58 am

Alysanne drobnym, acz szybkim kroczkiem weszła na dziedziniec. Tłum ludzi tu przebywających wprawił ja w osłupienie. Wiedziała, że zjawi się mnóstwo osób, ale to... Dłuższą chwile zajęło jej dostrzeżenie w tym tłumie chorągwi Tyrellów. Widziała wilkora Starków, lwa Lannisterów i skaczącego pstrąga Tullych. Nareszcie, po paru minutach uważnych poszukiwań dostrzegła złotą różę. Z uśmiechem na ustach szybko ruszyła w jej kierunku. Przechodząc między rycerzami wymieniała z nimi uprzejmości, jak to zwykła robić. Lubiła przebywać wśród ludzi i wymieniać z nimi choć po jednym zdaniu. O tak, była bardzo towarzyską osobą. W końcu dotarła do swej rodziny i okazało się, że zebrał się wokół niej niezły tłumek. Rozpoznała tylko kilka osób, między innymi Mellarie Martell, którą poznawał w czasie swej wizyty w Dorne. Niektórych potrafiła skojarzyć dzięki usłyszanym o nich plotką. Wyglądało na to, że jak zwykle była najmłodsza w towarzystwie. Stanęła obok swego rodzeństwa z delikatnym uśmiechem.
- Lordowie, lady.
Dygnęła przy tych słowach elegancko. Cieszyła się widząc, że Lynette dotarła tu bezpiecznie i teraz stała obok nich, uśmiechnięta. Gdyby nie kobieca figura Alysanne, podkreślana przez suknię, można by uznać ją za uosobienie niewinności. Jej wzrok spoczął na nieznanym mężczyźnie z rodu Tullych, który najwyraźniej zaczął przed chwilę prowadzić rozmowę z jej bratem. Ciekawe cóż było jej tematem. No cóż, jeśli Alysanne trzeba było opisać w kilku słowach, to na pewno jednym z nich byłoby "ciekawskość". Lubiła wiedzieć co się dzieje, kto z kim i dlaczego. Pewnie dlatego, jeśli w Wysogrodzie ktokolwiek mógł być nazywany naczelną plotkarą, to właśnie była to ona. Z chęcią prowadziła rozmowy ze wszystkimi napotkanymi osobami, a w czasie niemal każdej konwersacji uzyskiwała mnóstwo nowych informacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 12:31 pm

Koń pędził jakby gonili go sami Inni - stukot podków na rozgrzanym bruku Królewskiej Przystani alarmował przechodniów, że ktoś w wielkim pośpiechu zmierza na dziedziniec, nie zważając na wszelkie przepisy zachowania . Gdyby jeździec był sam, problem z przedarciem się do celu wyprawy byłby znikomy - czymże bowiem dla Aylwarda Baratheona jest przeskoczenie nad straganem z owocami, który na swoje nieszczęście zastawia przejazd? Niestety, jak to bywa przy okazji tak sporych wydarzeń, zwykle osamotniony w swych wędrówkach Aylward nijak nie mógł uwolnić się od tuzina wiernie podążających za nim ludzi ojca - nawet, kiedy po wjeździe w ciasne uliczki Królewskiej Przystani pędził jak oszalały, ignorując tym samym wszelkie przepisy zachowania w stolicy bezpieczeństwa, dwunastu rycerzy w pełnym rynsztunku ciągle siedziało mu na ogonie, powiewając dumnie sztandarem rodu Baratheonów. Aylward lubił ten dreszczyk emocji, poczucie wolności, jaką niesie ze sobą bezkarna ucieczka przed - jakby nie patrzeć - własnymi ludźmi. I choć mógł tak pędzić aż do samego Muru, na drodze stanęła mu nieco mniej pokaźna przeszkoda... wózek z jabłkami, mianowicie. Baratheon błyskawicznie klepnął konia w umięśnioną szyję - wystarczyło, żeby rumak, doskonale rozumiejący swojego właściciela, zatrzymał się tuż przed przerażonym handlarzem, patrzącym na Aylwarda oczami wielkimi jak dwa złote smoki.
- Niech cię Inni porwą! - sarknął pod nosem, oglądając się przez ramię - nad głowami gawiedzi górowało kilkunastu jeźdźców jego ojca, z rodowym herbem na podróżnych zbrojach. Baratheon westchnął zrezygnowany, kiwając głową w stronę handlarza. - Oby Twoje jabłka były warte zatrzymania mnie na pastwę dworskich konwenansów. - na jego ustach zaigrał delikatny uśmiech, kiedy handlarz w końcu zrozumiał przesłanie i z czcią podał Aylwardowi jeden z owoców, najbardziej lśniący i czerwony. Baratheon obrócił konia w stronę zbliżających się towarzyszy podróży, wbijając zęby w przyjemnie soczyste, chrupiące jabłko.
- Panowie, rozumiem, że Królewska Przystań jest równie zatłoczona co burdel w Blackhaven, ale jeszcze moment i mój brat będzie miał powód, by dwa tygodnie suszyć mi głowę z powodu spóźnienia! - dowódca przybocznej straży, mężczyzna w sile wieku, z wąsami równie białymi co śnieg na Północy, obdarzył Aylwarda porozumiewawczym spojrzeniem. Zdołał przywyknąć do wybryków młodszego Baratheona, w końcu od ponad dwudziestu lat był świadkiem jego fantazji.
- Już prawie jesteśmy, panie. - powiedział spokojnie, zatrzymując konia tuż obok rumaka Aylwarda. Sam zainteresowany kiwnął lekko głową, spoglądając roziskrzonym wzrokiem na swego druha.
- Werren, jak moje włosy? Założę się, że nasi drodzy lordowie i nie mniej droższe damy ze wstrzymanym oddechem czekają na początek koronacji... tym bardziej się zdziwią, kiedy na dziedziniec wjedzie rozchełstany Baratheon. Z jabłkiem w zębach, dodajmy. - Werren, powstrzymując uśmiech, zmierzył Aylwarda czujnym wzrokiem i po chwili kiwnął głową ukontentowany.
- Jest dobrze, panie. - stwierdził z nutką dumy w głosie i nakazał pozostałym rycerzom ustawić się w klinowym szyku. Sam Baratheon poprawił swój długi, wyszywany dodatkowo w jelenie złotą nicią i zasłaniający zad konia płaszcz, sprawdził, czy klamra w kształcie pioruna trzyma się odpowiednio pod szyją, przeczesał palcami rozwiane pędem włosy, po czym w końcu delikatnie spiął konia, lekkim truchtem przemierzając odległość dzielącą go od dziedzińca. Gdy, wraz w towarzystwie tuzina jeźdźców, zjawił się w tłumie ważniejszych i mniej ważnych lordów, dotarł do niego pewien mały, acz zauważalny szczegół - nadal trzymał w dłoni nadgryzione, czerwone jak krew jabłko.
- Lady Martell, jak zwykle promieniejąca niczym słońce nad Braavos. - skłonił delikatnie głowę, swobodnie podrzucając w dłoni lśniący owoc. Kogoż mamy dalej? - Lordzie Frey... dobrze widzieć kogoś z głową na karku. - po ustach Baratheona przemknął lekki uśmiech, po czym sam zainteresowany przeniósł wzrok na resztę towarzystwa. - Lordzie Tyrell, Lordzie Lannister, Lor... - jabłko, do tej pory podrzucane w dłoni, zamarło w ręce Aylwarda, który zamilkł, jakby podcięli mu sztyletem gardło. Przez dłużącą się w nieskończoność chwilę wpatrywał się w kogoś, z którego powodu odebrało mu głos i dopiero, gdy nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu, spiął konia, ruszając prosto na Aidana, zupełnie jakby podjął na niego szarżę. Jedyną osobą, która pozostała niewzruszona wobec tego zrywu, był dowódca przybocznej straży Baratheona - tego rycerza niewiele jest w stanie zadziwić. Naprawdę niewiele!
- Lordzie Stark, pilnuj się! - krzyknął ostrzegawczo Aylward, po raz ostatni podrzucając w dłoni jabłko i w końcu ciskając je w stronę Aidana w momencie, w którym był pewien, że przyjaciel złapie owoc w locie. Tak, rzucanie w dobrych kompanów owocami to zaledwie zaczątek tego, czego można spodziewać się po Baratheonie. Sam Aylward, dopiero kiedy zatrzymał konia, zauważył swojego brata - jak zwykle stojącego lekko na uboczu, wyniosłego, zimnego.
Kawałek lodu...
Przemknęło mu przez myśl, kiedy lekko skinął głową Adgartowi i ponownie przeniósł wzrok na Starka. Tym razem, nie pochłonięty atakowaniem przyjaciela nadgryzionym jabłkiem, zauważył, że ktoś mu towarzyszy. Aylward ściągnął delikatnie brwi, przyglądając się czujnie pięknej jak zorza damie i w końcu, olśniony nagłym przebłyskiem zesłanym przez Siedmiu, skłonił dworsko głowę.
- Lady Tyrell, wybacz mi mój... mały popis miotania owocami. Gdybym dostrzegł Cię wcześniej, byłyby to raczej płatki róż, które i tak nie mogą równać się z Twoją urodą. - Baratheon uśmiechnął się lekko, na samą myśl o tym, jaką minę miałby jego brat, gdyby zaczął obsypywać Cailet Tyrell kwiatami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorzecze, Bliźniaki.
Liczba postów :
78
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 12:44 pm

Uprzejmości uprzejmościami, trzeba je wymienić, przywitać się, zamienić kilka krótkich słów choćby po to, by zachować pozory przyjaźni i dobrych stosunków. Walder Frey kłonił głowę za każdym razem, kiedy ktoś się do niego zwracał i odpowiadał krótkim "Lordzie" lub "Lady", zależnie od tego, z kim miał przyjemność wymienić uprzejmości.
Przeszedł parę kolejnych kroków, by móc lepiej obserwować otoczenie. Coraz liczniejsze chorągwie i flagi przesłaniały widok, więc nie mógł do końca skojarzyć, kto już się zjawił, a kogo ciągle brakowało. Jednak kiedy na scenie pojawił się młody Baratheon i zaczął swoje szczeniackie popisy, stary Frey westchnął ciężko. Przybył do Królewskiej Przystani złożyć hołd i oddać należyty szacunek, nie do cyrku.
- Jak dzieci, na bogów. Zachowujcie się z godnością, reprezentujecie tu swe rody. - odparł głośniej, niż powinien. Zachowanie Baratheona bardziej przypominało młodzieńca chcącego popisać się przed wybranką serca, niż przedstawiciela szanowanego rodu z Krańca Burzy. Stary Frey pokręcił zdegustowany głową, obserwując te karygodne popisy. Na bogów, tu byli sami dorośli ludzie! Jeśli ktoś chce zwrócić na siebie uwagę, to niech robi to w sposób odpowiedni do swego urodzenia, a nie bawi się pospólstwo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorzecze, Riverrun
Liczba postów :
37
Join date :
27/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 1:00 pm

Z chwili na chwilę, coraz więcej ludzi pojawiało się na dziedzińcu i przyłączało się do grupki osób, która zamieniła się w istną tęczę rodów. Pojawiła się kolejna dama z rodu Martell, która wyglądało równie zjawiskowo jak starsza od niej Mellarie. Tuż za nią przybyła kolejna dama, drobniejsza, delikatniejsza, która niewątpliwie także zwracała na siebie uwagę. Roderick od razu wiedział z kim ma do czynienia, jednakże był niemal pewny, że młoda Tyrell'ówna nie do końca wiedziała kim on jest. Uśmiechnął się szerzej na jej widok, nie dane mu jednak było przywitać się odpowiednio z młodą damą, gdyż na dziedziniec wjechał młodszy z Barahteon'ów. Pełen wigoru, pewności siebie, witał się ze wszystkimi po kolei. Gdy jednak dostrzegł najstarszego ze Starków, zapomniał, że nie jest w podrzędnej karczmie i zaczął młodzieńcze popisy, które na pewno nie przyniosły Domowi Baratheon więcej chwały i szacunku. Wręcz przeciwnie, zapominając o wymianie uprzejmości z Roderick'iem Tully, Dom Baratheon stracił w jego oczach. Wtedy też przypomniał sobie słowa Walder'a Frey'a na temat młodego Starka, który również zachowywał się w pozbawiony honoru sposób. Widząc, że oba rody łączy przyjaźń, mężczyzna zaczął poważnie zastanawiać się nad słowami Nestora.
- Widać Jeleń zapomniał jak schylić głowę. Czyżby poroże było zbyt duże, by uniemożliwić drobny ukłon. - Słowa te były wypowiedziane bardziej do Adgart'a niż do młodszego Baratheon'a. Sam Roderick był nie przejął się tym zbytnio, jednakże należy pamiętać, że każda zniewaga jest zapamiętana, a Ród Tully należy do tych, którzy honor cenią sobie bardzo wysoko.
- Wybacz mi moja pani. - Powiedział po dłuższej chwili przerwy do młodej Alysanne, chwytając ją za drobną dłoń i całując ją. Roderick musiał przyklęknąć, by móc dosięgnąć ustami dłoń Tyrell'ówny. Starał się przy tym zachować grację i delikatność ruchów, chociaż przy jego posturze nie było to zadanie łatwe. - Dopiero teraz mogę należycie Cię powitać. Mam nadzieję, że uda nam się zamienić parę słów nieco później, gdy wszyscy znajdziemy się już w środku. - Zerknął porozumiewawczo na najstarszego z Tyrellów, później na Walder'a Frey'a. - Spotkamy się w Wielkiej Stali. - Rzekł i pożegnał się ze wszystkimi w należyty sposób. Po tym wszystkim udał się w kierunku Czerwonej Twierdzy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 1:41 pm

Całą drogę z Wielkiego Septu na dziedziniec przed Czerwoną Twierdzą spędziły na niezobowiązujących pogawędkach, co nieco zniechęciło Shaynah. Miała nadzieję, że zdoła wyciągnąć z Alysanne parę informacji dotyczących jej brata, nim go pozna, ta jednak milczała jak zaklęta, a jednocześnie Mormontówna nie chciała zachować się zbyt obcesowo i również nie poruszyła tego tematu.
Gdy jednak weszły na dziedziniec, ich drogi na chwilę się rozdzieliły: zarówno Alysanne, jak i Shaynah dołączyły do swoich rodzin. Nie obeszło się bez skarcenia Mormontówny za jej nagłe zniknięcie, kilku uwag, dotyczących ubioru i wyrażonej nadziei, że zachowa się jak należy przy swoim narzeczonym. Zaraz potem jednak matka wygładziła sukienkę Shay, poprawiła jej rozpuszczone, jasne loki i lord Mormont poprowadził obydwie kobiety w stronę zgromadzonych niemalże na środku placu rodów.
- Lordowie, lady - przywitał się nestor domu z Niedźwiedziej Wyspy, jego małżonka wraz z córką skinęły głowami wszystkim i każdemu z osobna. - Moją małżonkę znacie wszyscy, mało kto z was jednak miał okazję poznać moje najmłodsze dziecko i zarazem jedną córkę, lady Shaynah Mormont - dodał, dłonią wskazując Shay, która akurat w tym momencie dygnęła z gracją, jednocześnie wyginając usta w delikatnym uśmiechu.
Z uwagą przyjrzała się wszystkim lordom, największą uwagę zwracając na tych młodszych. Jeden spośród nich musiał być Lorentem Tyrellem, niestety, nadal pozostawało dla niej tajemnicą, który z lordów jest dziedzicem Wysogrodu.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
126
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 2:18 pm

//Casterly Rock

Maureen spięła konia i szybko pokonała te kilka mil które dzieliły ją od Królewskiej Przystani. Podczas gdy jej rodzina już opuściła miejsce noclegu, ona wciąż przygotowywała się do dzisiejszego spotkania z pozostałymi rodami. Musiała się odświeżyć po dość długiej podróży oraz przebrać się w nieco wytworniejszy strój niż ten, w którym spędziła minione dni. Przed bramą dziedzińca upewniła się, że jej ciasno upięte włosy nie splątały się podczas galopu i rozpuściła je, pozwalając słynnym blond lokom opaść na ramiona. Wjechała na dziedziniec i odszukawszy wzrokiem swój ród, zaczęła zmierzać w jego stronę. Po drodze, jak nakazywała tradycja zatrzymała się kilkukrotnie przy członkach innych rodów i wymieniła z nimi kilka kurtuazji, po czym powoli ruszyła w stronę swej rodziny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 2:54 pm

Adgart spodziewał się wszystkiego - znaleźć brata w domu uciech, w karczmie wśród najemników, na ubitej ziemi, pojedynkującego się o głupstwo. Ale nie spodziewał się takiego widowiska.
Początkowo westchnął i pokręcił schyloną głową. Ojciec prawdopodobnie udusiłby Aylwarda mimo ciężkiej choroby gołymi rękoma. Najstarszy z Baratheonów sam miał ochotę to zrobić. Naprawdę miał. Prosił ojca, by tylko on i Adela pojechali do stolicy. By dać młodemu posiedzieć na tronie i zobaczyć, jak rządzi się w Końcu Burzy. By zajął się poważniejszymi sprawami. Ale ten uparł się, że w stolicy pozna młodą Starkównę, dlatego też najlepiej będzie, gdy pojedzie tam niezwłocznie. Początkowo Adgart zamierzał pilnować brata. Wziąć go pod opiekę i kazać mu jechać przy sobie, by studzić jego zapał. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Młodzieniec wyjechał ze swoimi ludźmi dzień wcześniej, by, prawdopodobnie, zaliczać po drodze wszelkie możliwe karczmy i zamtuzy.
Dziedzic Baratheonów nie poczuł się lepiej, kiedy usłyszał słowa lorda Freya i ser Rodricka. Z Rodrickiem już nie mógł porozmawiać, gdyż ten zajął się młodą lady Tyrell, jednak Frey stał tuż obok.
- Ród Baratheon jest dumny i honorowy - powiedział dość głośno, choć nie bezpośrednio do najstarszego z obecnych lordów. - Nie ma się czego wstydzić. Z wyjątkiem mojego szacownego brata, któremu zasad kurtuazji nie udałoby się wpoić i setce maestrów. I obawiam się, że wizerunek Baratheonów będzie postrzegany przez pryzmat tego oto młodzieńca, a nie wielu lat spokojnych i sprawiedliwych rządów mego pana ojca na naszych ziemiach.
Wtedy odwrócił się przypadkiem, a może coś wewnątrz tchnęło go, by w tym właśnie momencie spojrzał w innym kierunku, i oto ujrzał ją.
Nie było mowy o pomyłce. To musiała być ona. Długie, falowane blond włos, jasna cera, nieprzeciętna uroda.
Maureen Lannister. Lady Lannister.
Jego narzeczona.
Podszedł do niej, gdy wciąż jeszcze siedziała na koniu, najwidoczniej jechała do swojej rodziny. Przyłożył dłoń do serca i schylił się nisko.
- Lady Maureen. Rad jestem cię widzieć, choć jest to nasze pierwsze oficjalne spotkanie. Adgart z rodu Baratheon.
Uśmiechnął się do niej promiennie, a oczy straciły nagle swój surowy poblask, zamiast tego jarząc się ciepłem i serdecznością.
Wiele słyszał o swej przyszłej żonie. Wiele dobrego, a przede wszystkim to, że jest przeciwna posiadaniu przez nich zbyt dużej władzy. Wierzył szczerze, że uda im się stworzyć dobry związek.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorzecze, Bliźniaki.
Liczba postów :
78
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 3:11 pm

Ledwo co stary Frey pożegnał się z Roderickiem z Riverrun, który udał się do Czerwonej Twierdzy, a na dziedzińcu zjawili się kolejni goście. Tym razem Walder wypatrzył czarnego niedźwiedzia na zielonym polu, oznaczającego przybycie Mormontów, z dalekiej Północy. Skinął głową, w kulturalnym geście przywitania, aż usłyszał słowa dotyczące niedawnego, groteskowego wydarzenia.
Zmarszczył brwi, wypatrując mężczyzny, który komentował zachowanie młodego Baratheona, a kiedy go wypatrzył, uśmiechnął się szeroko. Widać w każdym rodzie jest czarna owca... wilk... albo jeleń.
- Owszem, wizerunek całej rodziny jest postrzegany przez pryzmat najgorszego członka. - skwitował słowa drugiego z Baratheonów, który miał przynajmniej tyle przyzwoitości i dobrych manier, że wziął odpowiedzialność za wybryki krewniaka. To się chwali, a kiedy usłyszał jak Lord Mormont przedstawia siebie i swych najbliższych, ruszył się z miejsca, podążając śladami swego suzerena, z kilkoma zbrojnymi za plecami, ot tak, dla poczucia własnego bezpieczeństwa, resztę swych sił zostawiając przy koniach. Mijając poszczególne osoby Walder szczególną uwagę zwrócił na pewną młodą osóbkę, którą widział po raz pierwszy w życiu. Najmłodsza i jedyna córka Mormontów, z tego co usłyszał.
- Lordzie, Lady. - skinął głową, rozważając przez chwilę, czy by nie ująć dłoni młodej dziewczyny i nie złożyć na niej pocałunku. Szybko jednak zrezygnował z tego, bo choć uroda dziedziczki rodu była naprawdę chwytająca za serce, to stary Frey nie mógł sobie pozwolić na takie wywyższanie jednej z dam. Albo wszystkie musiałby przywitać w ten sposób, albo żadną. Wybrał to drugie, jednak nie mógł wyrzucić z pamięci twarzy Shaynah ani jej delikatnego uśmiechu.
Odetchnął głęboko, idąc dalej, w kierunku Czerwonej Twierdzy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
93
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 3:14 pm

Była nieco zaskoczona, że ktoś może zapomnieć o zasadach dobrego wychowania, zwłaszcza, jeśli w ten sposób można było obrazić bardzo ważne osobistości. W dodatku mogłaby się tego spodziewać raczej po osobach w jej wieku, a nie o kilka lat starszych. Ich zachowanie nie było dla niej tak oburzające, jak dla Frey'a i Tully'ego, ale nie aprobowała go. Pomimo, iż niektórzy brali ją za dziecko była w głębi serca o wiele bardziej dojrzała. Starała się, aby rodzice nie zawiedli się na niej, skoro pozwolili jej na pobieranie nauk i podróże, gdzie tylko zechciała. Musiała się im odwdzięczyć, być idealna pod każdym względem i stać się ich dumą. Dostrzegła, że nieznany jej mężczyzna z rodu Tullych uśmiechnął się na jej widok szerzej, ale nie skojarzyła, dlaczego mógł to zrobić. Kiedy pocałował jej dłoń Alysanne pomyślała, jak komicznie musiało to wyglądać. Ona była bardzo drobna i niska, a on wysoki i muskularny. Pomimo, iż na jej twarzy nie zagościło rozbawienie, to bardzo zabawnym wydał jej się fakt, że musiał się nieco schylić, aby ucałować jej dłoń.
- Miło mi cię poznać, lordzie Tully.
Z wypowiedzi lorda i jego spojrzenia w kierunku jej brata wywnioskowała, że mają coś do ustalenia. W dodatku jakiś cichy głosik w głowie podpowiadał jej, że to coś miało się tyczyć jej własnej osoby. Nie miała jednak pojęcia, o co mogło chodzić. Czyżby ustalali coś na temat jej ewentualnych zaręczyn? Jej wzrok zatrzymał się na dłużej na bracie, jakby starała się zajrzeć w jego myśli i sprawdzić, czy czasem nie wie więcej, niż ona sama. Kiedy tylko znajdą się przez chwilę sam na sam, Lorent mógł spodziewać się przesłuchania ze strony siostry. Nie było dla niej nic bardziej denerwującego, niż niewiedza, zwłaszcza, gdy komuś jej najbliższemu było na całkiem sporo wiadomo na dany temat. Nagle usłyszała nieznany głos, a gdy zwróciła swój wzrok w jego kierunku napotkała postać Shaynah Mormont. A więc pozna ona swojego narzeczonego dość szybko, wspaniale! Szkoda tylko, że Alysanne nie zdążyła podzielić się swymi spostrzeżeniami na jej temat z bratem. Uśmiechnęła się do niej przyjaźnie, ciesząc się z ponownego spotkania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 01, 2013 3:40 pm

Prudence obserwowała jak witali się inni członkowie rodów. Najwyraźniej wszyscy dobrze się znali, przynajmniej tak wyglądało to z perspektywy panny Greyjoy. Klęła w duchu, że przybyła tu sama. Gdzie jest do cholery Hurley? Niechaj tylko się tu pojawi, już ona mu oznajmi w mało kulturalny sposób, co o nim myśli. I to niby ona była tym niesfornym dzieckiem.. Tak jest. Czuła się tutaj coraz bardziej nieswojo, chyba nie było możliwości czuć się bardziej obco gdziekolwiek, niż ona czuła się teraz w tym miejscu. Dostrzegała różne herby, aczkolwiek nie do końca wiedziała z kim powinna się przywitać. Jaka szkoda,że nikt jej wcześniej nie poinstruował. Nie spodziewała się aż tak chłodnego przywitania, cóż zupełnego zignorowania jej osoby. Będzie musiała o tym napomknąć ojcu. Chociaż tak naprawdę na co ona liczyła? Była z Żelaznych Wysp, traktowali ich tu trochę jak dzikich. Mieli nieciekawą opinię o ich rodzie. Jakoś niespecjalnie ją to ruszało. Była dumna ze swojego rodu, z miejsca, z którego pochodziła. Prawdziwa patriotka z niej.
Pannie Greyjoy w tym momencie przydałby się kielich wina, albo cztery. Taką misję sobie obrała, znaleźć jakieś trunki, wtedy powinna poczuć się lepiej.
Postanowiła ruszyć dalej. Nie do końca odnajdywała się w tym miejscu, ruszyła więc tam, gdzie szli inni. Powolnym krokiem zmierzała przed siebie. Przy okazji obserwowała otoczenie, była tu bowiem chyba pierwszy raz, o ile ją pamięć nie myliła. Udała się w kierunku czerwonej twierdzy, chociaż sama o tym nie wiedziała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   

Powrót do góry Go down
 

Dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 4Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Dziedziniec
» Krużganki
» Dziedziniec z wiaduktem
» Dziedziniec
» Dziedziniec

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań-