a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Jeyne Yronwood i Aerys II Targaryen



 

 Jeyne Yronwood i Aerys II Targaryen

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
465
Join date :
23/03/2013

PisanieTemat: Jeyne Yronwood i Aerys II Targaryen    Nie Kwi 19, 2015 12:17 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Jeyne Yronwood i Aerys II Targaryen    Sro Kwi 22, 2015 10:17 pm

Dorne, Yronwood, posiadłość rodowa, kilkanaście dni imienia temu

Chodź.
Nie pójdę.
Chooodź.
Nie pójdę.
Pójdziesz!
Nie pójdę.
Uduszę cię poduszką we śnie! Wrzucę skorpiona w pościel…! Każę doprawić twoje jadło słodką śpiączką, zobaczysz. Albo… Albo powiem Sandowi, żeby poderżął ci gardło. Zobaczysz, powiem!
Jeyne Yronwood z rozrzewnieniem wspominała lata swego dzieciństwa. Pamiętała zdarte kolana i siniaki. Pamiętała chwile, w których godzinami przesiadywała z młodszą siostrą w ogrodach i prześcigały się w kolejnych pomysłach na wzajemne zamachy. Jak bawiły się planszą, na której poustawiano rzeźbione w kości figurki poszczególnych wysokich domów. Pamiętała, jak w snutych opowieściach, ludzie z Żelaznych Wysp zajmowali całą Północ, jak buntują się Ziemie Burzy, Dorzecze i Reach. Wreszcie, pamiętała, jak potężne chorągwie figurki, którą przedstawiono za pomocą przebitego włócznią słońca buntują się przeciwko swemu panu. Pamiętała kryształowe, drogocenne wizerunki smoków. Krzyk matki, gdy przypadkowo potłukły jeden z nich. A właściwie, to potłukła jej siostra, potem zaś zrzuciła całą winę na nią.
Pamiętała, że pozbierała wszystkie okruchy i odłamki smoka. Co do ostatniego, maleńkiego odprysku; do ostatniej, przezroczystej łuski. Pamiętała, że wrzuciła je potem do balii z parującą wodą. Pamiętała krzyki swej siostry. Pamiętała, że septa Eyiris patrzyła na nią wtedy tak dziwnie, a matka wymierzyła siarczysty policzek.
Tym się będziesz zajmować? Oszpecaniem własnych sióstr? – Pamiętała, że matka miała chłodne dłonie. Nawet wtedy, gdy policzki zachodziły jej krwistą czerwienią, szare oczy pozostawały zimne i obojętne. Długie, smukłe palce zacisnęły się wokół szczęki w stalowym uścisku, zmuszając Jeyne do zwrócenia twarzy w kierunku łkającej dziewczynki.
Nigdy nie potrafiła przypomnieć sobie swej odpowiedzi. W pamięci utkwiło jej tylko gniewne spojrzenie Casselli i kolejne, dotkliwe uderzenie. Skórę piekącą tak bardzo, że słone łzy napłynęły do oczu samoistnie.
Nigdy nie potrafiła sobie przypomnieć…
Aż do teraz.
To tylko nasza zabawa, pani matko. Bawimy się w to, kto pierwszy kogo zabije. To tylko taka zabawa.




Włości Korony, Królewska Przystań, Gildia Alchemików, trzy dni imienia temu

Noc ciemna jest... pełna strachów jest.
Zaspana Jeyne zwróciła swe spojrzenie ku siedzącej naprzeciwko Fayruzi. Nagłe ocknięcie się sprawiło, iż poruszyła się gwałtownie i potrząsnęła głową, by otrząsnąć się z pół-snu, w jakim do tej pory przebywała.
Nie wiedzieć czemu, skrzywiła się z niesmakiem i pomasowała dłonią po policzku - jakby chciała sprawdzić, czy ten istotnie ją boli, czy może był to tylko sen. Jeden z tych parszywych, ściskających za gardło snów o przeszłości.
Śnił mi się dom. – Wymamrotała zaspanym głosem. Odpowiedziało jej obojętne, ciemne spojrzenie Fayruzi.
Jechały w ciszy, Yronwoodówna zaś pogrążyła się we własnych rozmyślaniach.
Gawron nalegał, by przybyła sama - nie wyobrażała sobie jednak, by zapuszczać się wgłąb korytarzy pod Ulicą Sióstr w pojedynkę. Być może był to tylko kolejny z testów, mający sprawdzić, czy modrooka Yronwood nie jest aby zbytnio naiwna.
Opuściwszy powóz, rozejrzała się, zaraz zwracając się do wychodzącej za nią służącej:
Miejsce wyjątkowo podłej urody. Pasuje idealnie do opisu. Myślisz, że te korytarze istotnie są całe obszczane?
Zapach nie jest ważny. Ważne jest to, po co tu przybyłyśmy, am’raa.
Prychnęła.
Jasnowłosa, szczupła niczym trzcina istota pasowała do otaczającej ją scenerii niczym pięść do nosa - choć wielu bywalców Spalonego Korsarza uznałoby zapewne, iż pięści z nosem bardzo razem po drodze.
Skinęła głową na jadącego obok zbrojnego i razem ruszyli w kierunku budynku, w którym znajdowało się zejście do niesławnej Gildii.


Dorne, Yronwood, posiadłość rodowa, dziesięć dni imienia temu

Licząca sobie ledwie dwanaście dni imienia Jeyne, wpatrywała się w okrągłą planszę, już od dłuższej chwili zastanawiając się, gdzie ustawić trzymany w drobnej dłoni kamyk.
Siedzący naprzeciwko lord Yronwood więcej uwagi poświęcał swej córce - najwyraźniej ogrywanie dziecka nie sprawiało mu większego problemu, a i nie sama gra była głównym powodem, dla którego siedział tu teraz ze swą najstarszą latoroślą.
No więc…? Podobało ci się w Wodnych Ogrodach? – Odezwał się, gdy dziewczynka zdecydowała się w końcu położyć kamyk w wybranym miejscu.
Wzruszyła ramionami, wyprostowała się znad gry i wlepiła wyczekujące spojrzenie w lorda Yronwooda.
Ciesz się, że nie ma tu twojej matki. To… – Wzruszył ramionami. – …to żadna odpowiedź.
Dziewczynka jeszcze przez dłuższą chwilę przyglądała się ojcu w milczeniu.
Puszczali nas tam wszystkich wolno, całymi dniami przesiadywaliśmy przy albo w wodzie… – Zamilkła na chwilę, jakby zastanawiając się nad zasadnością kolejnych słów. W międzyczasie, lord Yronwood sięgnął po kolejny kamień i położył go na planszy. – Gdybym tylko chciała, mogłabym otruć wszystkich Martellów. Wszystkich, co do nogi, to byłoby takie proste.
Lord Yronwood zastygł w bezruchu, spoglądając uważnie na jasnowłosą Jeyne. Przez moment poważnie rozważał zmianę kierunku jej kształcenia.
Doprawdy? Widzę, że wychowuję w domu kolejną, wielką trucicielkę. Wiedz, drogie dziecko, że za podobne słowa sprowadziłabyś kłopoty nie tylko na siebie, ale i na całą naszą rodzinę. – Wycedził gniewnie.
Ale ja bym tego nie zrobiła. – Odparła poważnie, starając się, by jej twarz przybrała podobny wyraz. Wyglądało to dość komicznie. – Ivory byłoby przykro. Nie lubi się bawić, tak jak Rajya.
Był to ostatni raz, gdy pozwolono jej odwiedzić Wodne Ogrody.



Włości Korony, Królewska Przystań, Gildia Alchemików, trzy dni imienia temu

Nie sądziłem, że przybędziecie tak... licznie. – Gawron przyglądał im się dość podejrzliwie. Workowate szaty podkreślały nieduży garb, którego dorobił się przez lata pobierania alchemicznych nauk, zaś niezbyt urodziwa, blada jak papier twarz sprawiała, iż Jeyne po raz kolejny zastanowiła się nad tym, czy dobrze zrobiła, decydując się na przybycie do zatęchłej siedziby Alchemicznego Cechu.
To moja służąca i ochroniarz. Trudno mi poruszać się po obcym mieście bez nich, panie. – Podciągnęła rąbek kremowej, luźnej szaty. Starała się spoglądać pod nogi, jednak dzierżony przez Gawrona, metalowy kaganek rzucał na okolicę jedynie nikłe, jadowicie żółte światło.
Rozumiem. – Mruknął tonem, który wskazywał na to, iż wcale nie rozumiał, zaś wytłumaczenie nie zmniejszało jego rozdrażnienia.
Korytarz był dość szeroki, mimo to wzbudzał w przyzwyczajonej do dornijskiej architektury Jeyne dość nieprzyjemne wrażenie zamknięcia i odizolowania.
Odkąd tylko znalazła się w Królewskiej Przystani, starała się nie myśleć o tym, po co tu przybyła. Teraz, znalazłszy się w końcu w pachnącej wilgocią mogile, cel jej podróży stał się na tyle realny, by poczuła nieprzyjemne mrowienie w okolicach podbrzusza.
Prowadzący ją w kierunku swej pracowni Gawron, musiał zauważyć, że jego towarzyszka wyraźnie pobladła, bowiem w pewnym momencie zwolnił i odrzekł tonem lekkim i dość rozbawionym:
Nie ma się czym przejmować. To tylko niema broń w cichej wojnie. Koniec końców, dopóki do rzyci nie dobierze nam się historia, nikt nie rozlicza nas ze środków, a skuteczności.
Jeyne Yronwood zaśmiała się nerwowo, po czym zatrzymała się na chwilę i wsparła dłonią o chłodną, wilgotną ścianę. Gawron dał im moment na odpoczynek, Fayruzi pomogła swej pani ruszyć dalej, zaś milczący zbrojny trzymał wciąż dłoń na rękojeści zakrzywionego, dornijskiego ostrza.
Yronwoodówna uspokoiła oddech.
Dotarło do niej, dlaczego z tak wielką nostalgią powraca do wspomnień z dzieciństwa.
Wtedy nawet krew smakowała jak cukier, a wszyscy wokół umierali na niby.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Jeyne Yronwood i Aerys II Targaryen    Czw Kwi 23, 2015 10:04 pm


    Królewska Przystań, 260 rok po Lądowaniu Aegona Zdobywcy; godziny przedpołudniowe w lochach Czerwonej Twierdzy


Soren Waters zatrzymał się przy okutych żelazem drzwiach i otarł z twarzy tłuste krople potu.
– Pragnę cię uprzedzić, książę. Musieliśmy postępować z nimi dość... stanowczo. Sam wiesz, panie, że twarda ręka jest w takiej sytuacji najlepsza.
Kąciki ust drgnęły delikatnie, gdy rękawice z jagnięcej skóry z cichym szelestem opuściły ciepłe towarzystwo dłoni, znajdując nowe miejsce spoczynku tuż za paskiem spinającym kaftan.
Sam potrafię być twardy, kiedy wymaga tego sytuacja. – spojrzenie barwy zasuszonego kwiatu lawendy spoczęły na bękarcie, swą nieruchomością przywodząc na myśl ślepia nadwodnej ważki. - Niełatwo mnie zaszokować.
Soren Waters skinął delikatnie głową; w zamku przekręcił się klucz, drzwi otworzyły się powoli… i do korytarza napłynął odrażający smród.
Zapchana latryna, do tego sterta zgniłych odpadków.
Cela za drzwiami była ciasna, pozbawiona okien, a sufit tak niski, że niemal uniemożliwiał pozycję wyprostowaną. Upał wydawał się przygniatający, woń nie do zniesienia, zaś sam Aerys poczuł, jak drgają mu powieki; potarł je ostrożnie palcem.
Jeden więzień leżał wyciągnięty na podłodze, twarzą do ściany, skórę miał czarną od sińców, nogi połamane. Inny zwisał z sufitu, powieszony za nadgarstki, kolana ocierały się o podłogę, głowa chwiała się bezwładnie, plecy zaś wychłostane były do żywego mięsa. Hurwen, towarzyszący najstarszemu wnukowi Aegona Piątego, przykucnął i dźgnął leżącego palcem.
– Nie żyje. – oznajmił po prostu. Potem zbliżył się do drugiego. – I ten też. Martwy od dłuższego czasu.
Migotliwy blask pochodni dobył z mroku postać trzeciego więźnia. Ten żył. Jeszcze. Kobieta. Ze skutymi rękoma i nogami, twarz zapadnięta z głodu, wargi spękane z pragnienia; przyciskała do piersi brudne, zakrwawione szmaty. Zaszurała piętami o podłogę, próbując wcisnąć się głębiej w kąt. Zabełkotała cicho w bękarcim valyriańskim i zasłoniła się dłonią przed światłem.
Pamiętam.
Aerys splótł dłonie na podołku, marszcząc nos przed przytłaczającym smrodem.
Jedyne, co jest gorsze od ciemności, to nagły blask. Zawsze towarzyszą mu pytania.
Drgające źrenice Targaryena wodziły spojrzeniem od dwóch zmasakrowanych i martwych ludzi do skulonej dziewczyny, w głowie wirowało mu od zmęczenia, upału i smrodu.
No cóż, jest tu bardzo przytulnie. Co ci powiedzieli?
Hurwen zakrył sobie dłonią nos i usta, wchodząc z niechęcią do celi. Tuż za jego ramieniem majaczyła potężna sylwetka Watersa.
– Jeszcze nic, ale...
Od tych dwóch niczego nie wyciągnąłeś, to oczywiste. Mam nadzieję, że podpisali wyznanie.
– No... niezupełnie. Nigdy nie byliśmy szczególnie zainteresowani wyznaniami śniadoskórych i, po prostu, rozumiesz, książę...
Nie potrafiłeś nawet utrzymać ich przy życiu dostatecznie długo, by mogli wyznać?
Soren Waters sprawiał wrażenie nadąsanego.
Jak dziecko niesłusznie ukarane przez nauczyciela.
– Jest jeszcze dziewczyna. – rzucił pospiesznie.
Aerys spojrzał na niego, koniuszkiem języka zlizując z dolnej wargi ulotny smak złotego, arborskiego wina.
Nie ma tu żadnej metody. Żadnego celu. Tylko brutalność, dla samej brutalności. Zrobiłoby mi się niedobrze, gdybym zjadł dzisiaj cokolwiek.
Ile ma lat?
– Pewnie czternaście, książę, ale nie rozumiem, jakie to ma znaczenie.
Takie, że czternastoletnie dziewczęta rzadko zawiązują spiski.
– Uważałem, że należy wykazać się sumiennością.
Sumiennością? Zadałeś im w ogóle jakiekolwiek pytania?
– No cóż, ja...
Dłoń Aerysa Targaryena nagle chlasnęła Watersa przez twarz. Gwałtowny ruch wywołał błyskawicę bólu w policzku bękarta, który zatoczył się na nodze, wpadł na ścianę i pośliznął się, po czym runął na brudną podłogę celi.
Nie jesteś katem! – wysyczał cicho, wykonując potężny krok wewnątrz celi. – Jesteś pieprzonym rzeźnikiem! Spójrz, w jakim stanie znajduje się to miejsce! Zabiłeś dwóch świadków! Jaki z nich teraz pożytek, głupcze? – Targaryen pochylił się ku niemu ostrożnie. – Chyba że taki był twój zamiar? Właśnie to miałeś na celu? Przyznaj, w ł a ś n i e to?
Nad Sorenem zamajaczyła potężna sylwetka Hurwena; królewski kat dźwignął się z wysiłkiem, a potem skulił pod ścianą. Z nosa kapała mu krew.
– Nie! Nie, błagam! To był wypadek! Nie zamierzałem ich zabijać! Chciałem tylko ustalić, co się wydarzyło!
Wypadek? Jesteś zdrajcą albo skrajnie niekompetentnym durniem. Tak czy owak, całkowicie bezużytecznym! – Aerys nachylił się jeszcze bardziej, nie zwracając uwagi na smród, który przeszywał mu zmysły; rozchylił usta, by ukazać szeroki, pozbawiony wesołości uśmiech. – Rozumiem, że twarda ręka jest najskuteczniejsza w przypadku prymitywnych ludzi. Przekonasz się, że nie ma twardszej ręki niż moja. Nigdzie.
Hurwen chwycił Watersa za płaszcz i zaczął ciągnąć po brudnej podłodze w stronę drzwi.
– Zaczekaj! – wrzasnął królewski kat, próbując przytrzymać się framugi przy drzwiach. – Proszę! Nie możesz tego zrobić, książę! KSIĄŻĘ!
Jego krzyki cichły w głębi korytarza.
Trzeba tu posprzątać. Zmyć podłogę. Spalić ciała.
Lawendowe spojrzenie zamarło na jedynym żywym więźniu.
A co z nią?
Kąciki ust drgnęły nerwowo, gdy Targaryen ruszył ku drzwiom.
Przygotować jej kąpiel. Ubranie. Jedzenie. A potem zadbać, by wskazała spiskowców.


    Gildia Alchemików, zaledwie kilka godzin później, kiedy to tarcza słońca opuszcza zenit i chyli się ku liniom budynków


- Gdyby kroczyć dalej Drogą Sióstr, dotarlibyśmy do Zapchlonego Tyłka. – rzucił mrukliwie Hurwen (przez Aerysa w myślach określany Kurwenem Burkliwym) przez ramię.
Gigantyczny, wrzący, zakurzony, cuchnący śmietnik.
Najstarszy wnuk (wciąż) miłościwie panującego Aegona Piątego zmrużył lekko oczy, wypatrując nierównych ułomności dachów. Budynki były nędzne i w złym stanie: koślawe jednopiętrowe rudery, pochyłe zwałowiska glinianych, na wpół wysuszonych cegieł. Mieszkańcy w przytłaczającej większości byli ubogo odziani, bez wątpienia wygłodniali i jednolicie cuchnący (choć gama wątpliwie przyjemnych woni rozciągała się od smrodu zatęchłego moczu, poprzez ten świeżo oddany, świeżo rozlany i świeżo sfermentowany aż do tego całkowicie zapomnianego przez ludzi i bogów. Zwłaszcza bogów). Z jakiegoś progu na dwójkę niepozornych mężczyzn, przemierzających kolejne uliczki Kurewskiej Przystani, spoglądała koścista kobieta przywodząca na myśl żyjącą, oddychającą (i cuchnącą) kopię Staruchy z Septu Baelora Wielkiego. Tuż obok przyszłego króla Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi przeszedł stary człowiek, kuśtykając na wykrzywionych kulach i niemal zahaczając jedną z nich o brzeg wytartego płaszcza Targaryena. W głębi wąskiej uliczki, między stosami odpadków, biegały dzieci. Powietrze było ciężkie od smrodu zgnilizny i ścieków.
Ścieki? Być może nie ma ich tu w ogóle.
Aerys przestąpił nad truchłem przejechanego przez wóz kota – aż nie chciało się wierzyć, że żaden z mieszkańców nie pokusił się o wykorzystanie ścierwa jako głównego składnika gulaszu… choć to pewnie przez te muchy.
Wszędzie bzyczały muchy. Tłuste, gniewne muchy.
Jedyne istoty, którym się tu powodzi.
Gdybym wiedział, że to takie czarujące miejsce… - gorący podmuch wiatru niemal zerwał obszerny kaptur narzucony na głowę Aerysa – Smok w ostatnim momencie uchwycił brzeg materiału, ratując się przed ujawnieniem swej obecności w pobliżu Cechu Alchemików; i choć w promieniach słońca na pół uderzenia serca rozbłysnął srebrny kosmyk włosów, refleks zniknął równie szybko, co się zjawił, połknięty oraz przetrawiony przez wątpliwie przyjemną i nieodmiennie zatłoczoną ulicę w samym centrum stolicy Siedmiu Królestw.
- … odwiedziłbym je dużo wcześniej,
Toporny, jednokondygnacyjny budynek, niestarannie wzniesiony z glinianych cegieł, nie większy niż drewniana szopa sporych rozmiarów. Wokół źle osadzonych drzwi i źle osadzonych okiennic pojedynczego okna widać było strużki światła wsączającego się w ciemność panującą wewnątrz. Dom nie różnił się od innych na tej ulicy, jeśli można było to w ogóle nazwać ulicą. Nie przypominał w niczym rezydencji, gdzie spotykała się rada Kupców Korzennych. Był owianym echami złej sławy i nie zachęcał do wejścia…
… i właśnie dlatego Aerys Targaryen przekroczył jego próg.
Można by pomyśleć, że tu, w środku, pod czujnym spojrzeniem jednego z praktyków Gildii będzie chłodniej.
Było jednak równie gorąco jak na zewnątrz, na spieczonych słońcem ulicach, nieznających miłosierdzia chociażby najlżejszego wiatru. Korytarz - cichy, martwy, stęchły niczym grobowiec – wiódł w nieznane nikomu tunele, które podwajały metraż należący do Gildii Alchemików. Każdy kolejny krok stawiany przez Targaryena był skokiem w nieznane, który – poza ryzykowaniem własnego życia, co zdarzało mu się kilka razy dziennie – nawijał na szydełko kolejną nić w wytrwale tkanym arrasie cichej eliminacji nieprzyjaciół.
- Jesteśmy sami?
Pochodnia w ręku Vitariego rzucała w zakątki długiego korytarza niespokojne cienie, mrok zaś zamykał się szybko za plecami.
- Cóż, nie sądziliśmy, że zjawicie się tak prędko i…
- Jesteśmy sami? – pytanie Hurwena zabrzmiało niczym powracające echo słów Aerysa – sam Targaryen nagle zwolnił kroku, kątem oka dostrzegając, jak towarzysz prostuje się nieznacznie, wpatrując w praktyka.
- Nie. – Vitari wskazał dłonią potężne, dębowe drzwi, za którymi rozciągała się zaskakująco obszerna i nieodmiennie zatęchła komnata; dla koneserów stanowiła raj, dla laików – niepojęte źródło wiedzy, dla Aerysa zaś…
- Zatem powinniśmy się przywitać… - podjął spokojnie Targaryen, gdy praktyk na jego lekkie skinięcie uchylił drzwi komnaty. - … nim oni uczynią to pierwsi.
Ostatnie słowa odbiły się echem od wnętrza pomieszczenia, przemykając pomiędzy zakurzonymi półkami, słoikami i słojami – wyposażenie nie miało jednakże żadnego znaczenia, nie dla przyszłego władcy Siedmiu Królestw, który pozwolił, by Vitari zamknął za jego plecami drzwi, odgradzając tu i teraz od kipiącego w górze życia.
- W równie upalne dni wszyscy szukamy cienia. – głos Aerysa zawisł w ciężkim, przesyconym stęchlizną oraz kurzem powietrzu, zaś jego wzrok – w ponurym półmroku przywodzący na myśl jesienne wrzosy – zamarł na niespodziewanych… towarzyszach transakcji, złożonych z przedstawicieli obu płci.
I wszyscy zapominamy, że nsjzimniejsze cienie zalegają w naszej duszy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Jeyne Yronwood i Aerys II Targaryen    Sro Kwi 29, 2015 9:50 pm

Nie ma się czym przejmować. To tylko niema broń w cichej wojnie. Koniec końców, dopóki do rzyci nie dobierze nam się historia, nikt nie rozlicza nas ze środków, a skuteczności.
Jasnowłosa dama odsunęła się od zatęchłej ściany i przyjrzała dłoni, którą chwilę wcześniej tak chętnie wsparła się o czarną, błyszczącą, jakby wykutą w onyksie - choć to przecież niemożliwe - ścianę. Zdusiła w sobie westchnienie odrazy.
Nie miała złudzeń. Już samo pojawienie się w tej części Królewskiej Przystani było poniekąd brudzeniem sobie jasnych, szlachetnych dłoni. Dłoni o delikatnych, szczupłych palcach i miękkiej miłej w dotyku skórze. Dłoni młodziutkiej lady Yronwood, która z właściwą sobie galanterią, będzie je podawać kolejnym wysoko urodzonym młodzieńcom, by składali na nich udawane, lekkie pocałunki.
Dłonie umazane spływającym tu z góry gównem, krwią i potem mieszkańców tego siostrzanego rynsztoka.
Wytarła dłoń o wysupłaną zza pasa, jedwabną chusteczkę.
Panie Gawron, pięknie pan mówi o zabijaniu. Nie myślał pan może o tym, by zostać bardem? – Zwróciła się do czekającego na nią cierpliwie garbusa. Zmarszczone brwi i lekkie drgnięcie mięśni żuchwy kazało jej sądzić, iż jej słowa spotkały się z niezrozumieniem. Zaniepokojony zezował to na nią, to na towarzyszącą jej, milczącą Fayruzi. – Żartowałam. – Podjęła, ruszając się w końcu z miejsca. – Po prostu nie musi mnie pan uspokajać, wiem, po co przybyłam, a historia interesuje mnie niewiele. Przecież nie piszemy jej tutaj. Przecież mnie tutaj w ogóle nie ma.
No tak. Nie ma. Oczywista sprawa, że nie ma. – Odpowiedział, zaś Jeyne obdarzyła go lekkim uśmiechem.
Uśmiech Yronwoodówny rozjaśniłby nawet najbardziej chmurne niebo - oczywiście, tylko w przypadku, w którym ktoś naiwnie dawał wiarę w jego szczerość. Tu nie było jednak nieba, jedynie wszechogarniająca, gęsta i pochłaniająca ich coraz bardziej ciemność. Jakby sam wygląd gildyjnych korytarzy miał sprawić, iż niezdecydowani i niepewni swych motywów, odwrócą się na pięcie i powrócą do swych ciepłych, bezpiecznych komnat, by tam zażyć kąpieli. Albo i kilku kąpieli, by oczyścić się z brudu i kurzu zepsucia, na jakie byli przez krótką chwilę wystawieni.
Uwiniemy się z tym szybko i będziecie mogli wrócić do siebie. To nieodpowiednie miejsce dla młodych panien. – Dodał, wyciągając z odmętów workowatych szat pęk kluczy. Złośliwa nuta w jego głosie została zignorowana. Nie zdołałby chyba zliczyć żmij - tych młodych i tych starych, mądrych i głupich, pięknych i brzydkich - które korzystałyby z usług Gildii Alchemików. Nikczemność, jak widać, nie znała limitów i nie posiadała granic, choć przyjemniej było sądzić chyba, że kobiety zostały ukształtowane z innej bodaj gliny...


Dorne, Yronwood, gdzieś na terenie włości rodowych, kilkanaście dni wcześniej

Mówiło się u nich, że Siedmiu stworzyło Dorne, by sprawdzać wiernych. Surowy żar spływał z nieba, sprawiając, iż nawet powietrze wydawało się parować, wprawiając w ruch rozgrzany horyzont. Nieszczególnie monumentalna, ale bezpieczna i wygodna posiadłość domu Yronwood ofiarowywała swym mieszkańcom schronienie i przyjemny cień. Z tej perspektywy trudno było się jej postawić w roli umęczonych mieszkańców Pustynnego Państwa.
Sandowi przyglądała się z bezpiecznej odległości. Lubiła obserwować, jak podczas żmudnych treningów prężył się i popisywał przed jej siostrą. Jak słuszny gniew wykrzywiał zalaną potem twarz, gdy coś szło nie po jego myśli. Jak kłaniał się przed Rayją dworsko, jakby wierzył, że to nie sparing, a rycerski turniej. Dostrzegała też to, jak odwracał wzrok speszony, gdy od czasu do czasu łapał Jeyne na tym, iż mu się przygląda.
Ciekawe, co sobie o mnie myśli, zastanawiała się czasem. Pewnie, że się w nim podkochuję.
Była gorszą, mniej ciekawą Yronwoodówną. Mimo, iż starsza o cały niemal rok, wydawała się jakby poważną i nierozwiniętą karykaturą swej przyjemnie zdziczałej siostry.
Dopiero później odkryła, że to wstyd każe mu odwracać głowę. Czemu miałby spoglądać w oczy komuś, kto miał już za jakiś czas zginąć z jego ręki? Nie był urodzonym mordercą. To, że był bękartem i mężczyzną, nie wystarczyło, by wyprać go ze współczucia i człowieczeństwa w tak młodym wieku. Człowiek umierał w człowieku kawałek po kawałku; był to długotrwały proces, który przyśpieszać potrafili jedynie najbardziej wprawni mistrzowie tortur. Jakkolwiek pochlebnego zdania nie miała o swoich umiejętnościach manipulowania sama Rayja, nie umiała zdusić w Garvainie Sandzie wyrzutów sumienia.
Jeyne uśmiechnęła się blado, widząc, jak bękart radzi sobie z kolejnym przeciwnikiem.
Pamiętała, że gdy Fayruzi doniosła jej o planowanym zamachu, nie uwierzyła. Przecież ona i Rayja przerwały już Grę. A choć nie uwierzyła, cień wątpliwości zalągł się w jej umyśle. Paranoja otwiera oczy szerzej, niźli najsilniejszy stymulant - zaczęła dostrzegać kolejne, niewiele znaczące niuanse. Ukradkowe spojrzenia, szepty, donosy - wszechogarniający spokój i marazm. Ciszę tak podobną do tej, która okrywa swym całunem świat na kilka chwil przed burzą.
To będzie wypadek. Jeśli coś pójdzie nie po ich myśli, Sand z największą rozkoszą weźmie na siebie całą winę - choć miała być to przecież ostateczność. Zakochany, zaślepiony głupiec.
Rozpalone żarem serce, rozpalone żarem lędźwie - trudno powiedzieć, które bardziej.
Gra posiadała swoje niespisane reguły. Gry nie wygrywało się, udaremniając próby przeciwnika. Było to tylko tymczasowe (i najgorsze z możliwych) rozwiązanie. Grę wygrywało się, odpowiadając na atak atakiem, miażdżąc przy okazji swego oponenta. Popatrzeć na świat jego oczyma. Zrozumieć motywy, zrozumieć działania.
Skrzywdzić go tak, by nie był w stanie podźwignąć się w górę.
Jeśli nie zareaguję, skrzywdzi mnie.
Podciągnęła się w górę.
Jeśli coś zrobię, nie będę lepsza od niej.
Wygładziła dłonią żółto-złote szaty i ruszyła boso w kierunku niewielkiego ogrodu na tyłach.
Nigdy nie byłam.



W równie upalne dni wszyscy szukamy cienia.
...wysoka i smagła czarnowłosa kobieta o ostrorysej twarzy jako pierwsza dostrzegła pojawienie się w komnacie intruza. Posłała swemu garbatemu towarzyszowi pytające, chłodne spojrzenie.
To jednak nie ta, ubrana w czarno-złote, ściśle przylegające do ciała, jednak skrojone tak, by nie ograniczać jej ruchów szaty i cienkie jak garota bransolety... nie, tatuaże na ramieniu przyciągała ku sobie największe zainteresowanie. Coś bądź ktoś nie pasował do obrazka dalece bardziej.
Niższa o głowę, może kilkunastoletnia, złotowłosa dziewczyna obleczona w jasną, odcinającą się ostro na tle ciemnych, brudnych ścian togę. Dziewczyna nieświadoma pojawienia się zagrożenia jeszcze przez co najmniej kilka oddechów i gwałtownych, napędzanych wzburzoną krwią uderzeń serca.
Książę. – Gawron wycharczał gardłowo, już po chwili żałując swej przeklętej wylewności. Trudno powiedzieć, ile miała go kosztować, pobladł jednak - jeśli to w ogóle możliwe - jeszcze bardziej.
Różane pąsy wykwitły na policzkach Yronwoodówny tak szybko, jak tylko i ona zauważyła przybycie kolejnych gości parszywego przybytku wiedzy tajemnej. Jak dziecko, przyłapane na gorącym uczynku, przez moment starała się ukryć za sylwetkami większych i postawniejszych od niej.
Ucieczka nie miała jednak większego sensu, dlatego wbiła spłoszone, zamglone spojrzenie w postaci, które znalazły się w pomieszczeniu.
Historia interesuje mnie niewiele. Przecież nie piszemy jej tutaj. Przecież mnie tutaj w ogóle nie ma.
Historia rzadko kiedy dawała się odczuć, jako historia, szczególnie zaś wtedy, gdy się ją właśnie przeżywało.
Choć to banalne, czas stanął dla Jeyne Yronwood w miejscu; niewidzialny, stalowy uścisk smukłych, długich palców nieżyjącej już Casselli zmusił ją do delikatnego uniesienia podbródka i spojrzenia w kierunku tego, którego obecność tak bardzo przeraziła Gawrona. Miał fioletowe oczy i wyglądał strasznie. Był straszny. To musiał być on.
Tym się teraz będziesz zajmować?
Książę. – Powtórzyła za Gawronem, choć pojedyncze słowo brzmiało bardziej, jak niepewne pytanie.
Zacisnęła spoconą dłoń na trzymanym przez siebie puzderku. Poczuła, jak jej kolana uginają się niemal machinalnie w groteskowej parodii ukłonu.
Panie. – Zwróciła się do Gawrona, czując, iż jej głos brzmi teraz wyjątkowo obco i odlegle. – Zajmujemy twój czas, gdy macie znacznie ważniejszych gości? To niedopuszczalne. Gdybym tylko wiedziała...
W innych okolicznościach, wspomnienie Rayji kaleczącej się kryształowymi odłamkami potłuczonego smoka zadziałałoby na nią odprężająco. Teraz jednak... Na Siedmiu, czemu w ogóle o tym pomyślała?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Jeyne Yronwood i Aerys II Targaryen    

Powrót do góry Go down
 

Jeyne Yronwood i Aerys II Targaryen

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Jeyne Yronwood
» Daeron Targaryen
» Viserys Targaryen
» Rody Chorążych
» Arateris Targaryen

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Karczma :: Strefa Mistrza Gry :: Retrospekcje-