a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Qoren Sand i Jezal Sand



 

 Qoren Sand i Jezal Sand

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
465
Join date :
23/03/2013

PisanieTemat: Qoren Sand i Jezal Sand   Nie Kwi 19, 2015 12:13 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Re: Qoren Sand i Jezal Sand   Nie Kwi 19, 2015 3:19 pm

Dorne, Wodne Ogrody, 243 AL

To dobry dzień.
Dornijskie słońce osiągnęło najwyższy punkt na siebie i jęło chylić się z wolna, ku miejscu, gdzie Morze Letnie dotykało nieba, lecz nim miało to nastąpić – skazywało Dorne na wyjątkowo długie i gorętsze od poprzednich wiosenne popołudnie. Delikatna, morska bryza, nadchodząca z południa, niosła niewielkie, choć nieocenione ukojenie, łagodząc nieznośny skwar, który skraplał się na rozgrzanych skórach Dornijczyków. Lekkie tchnienie wiatru podrywało szerokie liście palm, drzew cytrusowych i figowych, pod których cieniem schronienia poszukiwały dzieci, spędzające swe najlepsze lata w Wodnych Ogrodach.
To naprawdę dobry dzień.
Qoren Sand, liczący sobie jedenaście dni imienia i jedynie pięć stóp wzrostu, wylądował na całych stopach, gdy zeskoczył z gałęzi wysokiego, figowego drzewa o rozłożystej koronie, zachwiał się i uparł ręką o udeptaną ziemię – akurat w miejscu, gdzie leżał na niej kamień. Jego ostra krawędź rozcięła skórę dłoni chłopca i Sand syknął z bólu, prostując się w końcu i wycierając krew w nogawkę spodni. Wziął rozbieg i po chwili jego ciało wzburzyło wodę w jednym z wielu basenów Wodnych Ogrodów, rozchlapując wodę na wszystkie strony świata. Między innymi na siedzącego blisko drugiego chłopca.
-Idziesz pływać? – zawołał Qoren, wynurzając się po chwili z wody i potrząsając głową jak mokry pies.
-Nie.
-Dlaczego?
-Mam ważniejsze rzeczy do robienia, niż siedzenie z wami. – odparł Edric, spoglądając na trzeciego chłopca.
-Nie ma ciekawszych rzeczy, niż siedzenie z nami. – parsknął Qoren, przewracając się na plecy i zastygając z bezruchu, pozwalając, aby chłodna woda po prostu unosiła jego ciało na swej powierzchni.
-Są. Książęce. Żegnam!
Przyszły Lord Słonecznej Włóczni, a zarazem dziedzic rodu Martell, podniósł swój dziesięcioletni zadek ze starego, ściętego drzewa, na którym siedział, po czym energicznym krokiem odmaszerował w stronę jednego z wejść do pałacu – najpewniej na kolejną lekcję historii, czego nie omieszkał zauważyć Qoren, mrucząc coś do odchodzącego Jezala. Bękart lorda Hellholt przewrócił oczyma, wziął głęboki oddech i zanurkował ponownie w chłodnej, głębokiej toni. A potem znowu, porzucając to zajęcie dopiero wtedy, kiedy dotknął dna własnym brzuchem. Wyszedł na brzeg i przeciągnął się jak kot, nie zawracając sobie nawet głowy tym, że pływał w ubraniu – jęło wysychać już po chwili pod ostrymi promieniami słońca i suchym powietrzem.
Nim odszedł z tego miejsca, pochwycił leżący u korzeni drzewa nóż i maleńki kawałek drewna, z którymi usadowił się w cieniu innego – tym razem bliżej tłumu innych, bawiących się dzieci, do których odszedł Jezal. Niezliczona ilość maleńkich stóp tratowała ścieżki Wodnych Ogrodów, moczyła je w chłodnych sadzawkach. Wszyscy krzyczeli, coś śpiewali, śmiali się i biegali wokół siebie – kompletny chaos, lecz nikt nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Strażnicy spokojnie stali przy wejściach do pałacu, pilnując, by nikt niepożądany zakłócił tej idylli – zaś wśród dzieci wywodzących się zarówno ze szlachetnych rodów, jak i biedoty, krążyły piastunki, pilnując, by żadne nie odwodniło się zbytnio i pamiętało o wodzie, w ten upalny dzień.
Qoren przysiadł pod drzewem, wyciągając nożyk i kawałek drewna, które wcisnął do kieszeni. Ciemnobrązowe spojrzenie zamarło na maleńkiej, niemal skończonej figurce, która przedstawiała siedzącego psa o stojących uszach, podobnego do jednego z pupilków Jezala który pałał do nich niezrozumiałą do Qorena sympatią. Drugi Sand nie znosił zwierząt, lubił za to strugać w drewnie. Już po chwili palce odnalazły rytm, a ostrze nożyka dopieszczało maleńką figurkę, usuwając wszelkie defekty i niedoskonałości Qoren pracował tak w spokoju do momentu, w którym poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Uniósł wzrok i napotkał okrągłe, niepokojąco szare oczy małego, smagłego chłopca, mierzącego mniej niż cztery stopy, w którego dopiero co musiał chyba trzasnąć piorun, tak potargane miał ciemne włosy.
-Co robisz? – pytanie liczącego sobie cztery dni imienia księcia padło szybciej, niż Sand uświadomił sobie, ze wgapia się w niego młodszy brat Edrica, jeszcze lekko, po dziecięcemu sepleniący.
-Strugam. – odpowiedział spokojnie Sand, wyciągając w jego stronę dłoń z figurką, aby malec mógł nań spojrzeć.
-To… pies? – spytał Trystane, podchodząc o krok bliżej i wyciągając drobną rączkę, by dostać zabawkę i przyjrzeć się jej z bliska, lecz Qoren cofnął doń o kilka centymetrów.
-Tak, pies.
-Pies Jezala? Jezal ma psy.
-Może być i pies Jezala.
-Lubię psy Jezala.
-Chcesz go mieć?
Sand uśmiechnął się pod nosem, widząc jak szare oczy otwierają się szerzej ze zdziwienia, a książę odpowiada nieśmiało tak, wpatrując się w drewniane zwierzątko. Po chwili trzymał ją już we własnych dłoniach.
-Zatrzymaj go sobie.
-Naprawdę?
-Tak.
Czteroletni książę zaśmiał się perliście i przycisnął figurkę do siebie, jakby Sand miał zaraz mu ją wyrwać, zaśmiać i powiedzieć, że tylko żartował – dopiero po chwili, gdy już upewnił się, że nic takiego nie nastąpi, otworzył usta i po prostu krzyknął…
-JEEEEEEEEEEZAL!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Sandstone
Liczba postów :
51
Join date :
03/03/2015

PisanieTemat: Re: Qoren Sand i Jezal Sand   Pon Kwi 20, 2015 9:10 am

Złote słońce rozchlapywało na kamiennych ścieżynkach plamy bieli, przysparzając młodszym dzieciom nie lada zabawy – uda im się złapać jasne refleksy, które odbijała woda, falując nieznacznie pod delikatnymi podmuchami wiatru? Zdołają uchwycić ulotne przebłyski, umykające za każdym razem, gdy tylko padał na nie cień drobnych sylwetek? Czy będą w stanie dotknąć szczęścia, które umila im czas dzisiejszego popołudnia i pozwala odciąć się od przykrej rzeczywistości panującej poza Wodnymi Ogrodami?
Jezal Sand mocno ściskał rączkę czteroletniego dornijskiego księcia i był bardzo daleki od poddania się błogiemu nastrojowi panującemu w Wodnych Ogrodach. W gardle czuł przykrą suchość, a głęboko w środku kłąb ssącego niepokoju, złożony z niejasnych, ale bardzo złych przeczuć. Trystane dreptał obok markotny, wyczuwając nastrój bękarta, posiadał jednak nieoceniony przywilej, którego Sand mu zazdrościł – wciąż był dzieckiem. Młodszym zaledwie o pięć dni imienia od Jezala… ale mimo wszystko dzieckiem. Pozbawionym trosk oraz świadomości, że za dwie doby powróci do Słonecznej Włóczni, by podzielić los starszego brata i dać się zamknąć w pałacowej bibliotece.
- Idź się pobaw. - bąknął Sand, po zaskakująco krótkiej chwili obserwując, jak Trystane oddala się ku najbliższej grupce dzieci, wykrzykując coś radosnym tonem.
Jezal opadł bezradnie na sam brzeg jednego z błękitnych basenów, zanurzając nogi w przyjemnie chłodnej wodzie i zawieszając wzrok na dziedzicu rodu Martell – Edric z powagą godną wyłącznie dziesięcioletniego podrostka dumnie obserwował bawiące się dzieci, choć Sand mógłby przysiąc, że książę najintensywniej wpatruje się w grupkę, pośród której zniknął jego młodszy brat.
Przy czym zniknął to bardzo dobre określenie.
Jezal poczuł, jak krew w jego żyłach zamienia się w płynny lód dokładnie w momencie, w którym spokojną wodę basenu wzburzył gwałtowny skok – bękart nie musiał nawet odrywać spojrzenia od grupy dzieci, by przypisać zamieszanie Qorenowi. Starszy z Sandów wynurzył się spod tafli błękitnej toni, poprawiając wcześniejsze ochlapanie kolejnymi kroplami wody rozpryskiwanymi przez gwałtowne pokręcenie czupryną. W innych okolicznościach Jezal wydarłby się na kompana i rzucił weń leżącym najbliżej kamieniem, lecz teraz był zbyt zajęty poszukiwaniem Trystana – nawet krótka wymiana zdań pomiędzy księciem a Qorenem całkowicie mu umknęła, kiedy poderwał się z miejsca i bez słowa wyjaśnień opuścił towarzystwo Sanda.
Jezal nie wiedział, jak ubrać w słowa to wszystko, co niespokojnie i niezrozumiale kłębiło mu się w głowie. Tragiczne podszepty podpowiadały dziewięcioletniemu bękartowi, że swoją krótką chwilę nieuwagi przypłaci widokiem drobnego ciałka księcia unoszącego się na wodzie głębokiego basenu.
O Bogowie, o Bogowie. Wszystko dlatego, że nie nauczyłem go pływać, a błagał mnie, prosił…
Sand mimowolnie przyspieszył kroku, docierając do grupki dzieci, pośród których przed kilkoma momentami zniknął Trystane. Chociaż czuł, jak nerwy drgają mu pod wpływem coraz to tragiczniejszych obrazów śmierci małego Martella, głos nie mógł wyrażać choćby cienia strachu – Jezal z największym trudem przywołał na usta uśmiech i przykucnął pośród dzieciaków, wciąż rozglądając się uważnie.
- Czy książę Trystane bawił się z wami? – zapytał cicho, patrząc bezradnie w oczy najbliżej stojącej dziewczynki, liczącej nie więcej niż siedem dni imienia.
- Bawił.
Krótko, zwięźle i na temat. Dzieci w podobnych chwilach okazywały się zaskakująco… mało pomocne, co Jezal przypłacił jeszcze szerszym i jeszcze bardziej sztucznym uśmiechem.
- I odszedł sam?
- Taaaaaaaak.
Sand poczuł, jak kącik ust drga mu nerwowo. Mógłby przysiąc, że posiada stalowe nerwy i uwielbia towarzystwo młodszych od siebie huncwotów, ale teraz…
- A gdzie?
- Tam. – dziewczyna wskazała dokładnie przeciwny kierunek, z którego przybył bękart – Jezal wyprostował się energicznie, gotów ruszyć w tamtą stronę, ale wtedy…
- Nieprawd, bo tam. – młodszy od niej chłopiec machnął ręką na lewo, w stronę wysokich drzew figowców, pośród których bawiły się starsze dzieci.
- Nie, tam! – malutkie, sepleniące dziecko o sterczących we wszystkie strony włosach wskazało zupełnie przeciwną stronę niż pozostała dwójka i ku przerażeniu Sanda, był to największy spośród basenów w Wodnych Ogrodach, gdzie nieraz sam tracił dno pod nogami.
O Bogowie, Bogowie, miejcie w opiece mnie i je…
- JEEEEEEEEEEZAL!
Rozpaczliwy, pełen przerażenia, błagający o pomoc (a przynajmniej właśnie tak brzmiał dziecięcy okrzyk w uszach Sanda) wrzask księcia niemal przewrócił bękarta na tyłek, kiedy gwałtownie obrócił się do źródła dźwięku, święcie przekonany, że dostrzeże Martella ze skorpionem uczepionym szyi.
Ale nie. O nie. Miał znacznie gorsze towarzystwo.
Jezal poderwał się do biegu, pokonując kilkanaście jardów dzielące go od Trystana w rekordowo krótkim czasie – na dobrą sprawę jedynie z największym trudem udało mu się zatrzymać tuż przy księciu…
… którego nagle poderwał z ziemi, chwytając drobne ciałko pod pachami i obracając się wraz z nim wokół własnej osi – powietrze natychmiast przerwał śmiech księcia, z chwili na chwilę coraz głośniejszy i wytrącający powietrze z malutkich płucek, aż w końcu Trystane krzyknął Jezal, puść, puść! tak błagalnym tonem, że bękart powolutku zwolnił obroty, sam dotkliwie odczuwając zawroty głowy. Rozchichotany książę wyrwał się z uścisku Sanda tylko po to, by postawić kilka chybotliwych kroków i pacnąć na tyłek, wciąż kręcąc głową w takt wcześniejszej karuzeli.
- Mam… - zaczął cicho, wyciągając nagle drobniutką dłoń w stronę Jezala – malutkie, wciąż po dziecięcemu pulchnie paluszki zaciskały coś kurczowo, dopiero po chwili odsłaniając figurkę.
- … pieska. Qoren dał mi pieska!
Cztery, krótkie słowa wystarczyły, by wzbudzić w Sandzie najwyższy stopień podejrzeń.
- Qoren dał Ci pieska… - powtórzył cicho Jezal, siadając tuż obok księcia, prostując energicznie nogi i wciągając Martella na kolana, zupełnie jakby chciał się upewnić, że ten nigdzie zaraz nie ucieknie. – Co mówimy, kiedy dostaniemy prezent? – bękart uniósł pytająco brwi, opierając podbródek na splątanej grzywie smoliście czarnych loczków księcia, który wpatrywał się w Qorena zaokrąglonymi z nagłego strachu oczami – a wszystko dlatego, że zapomniał…
- D-dziękuję. – wymamrotał w końcu, unosząc triumfalnie figurkę i potrząsając nią niczym wojenną zdobyczą. Jezal uśmiechnął się mimowolnie, mimo wszystko wpatrując czujnie w starszego bękarta.
- Jak nazwiesz pieska, Trystane? – zapytał spokojnie, uparcie trzymając w miejscu wiercącego się księcia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Re: Qoren Sand i Jezal Sand   Pon Kwi 20, 2015 3:29 pm

Sand, który ukończył zaledwie przed kilkoma tygodniami jedenaście dni imienia, właściwie lubił Wodne Ogrody. Ich labirynty sadów, egzotycznych drzew, na których kołysały się dorodne, soczyste pomarańcze i cytryny, po ich gałęziach wspinały się zarówno młodsze, jak i starsze dzieci, aby zerwać owoce daktylowca; bękart lubił także niezliczone ilości basenów i sadzawek, w których nurkował każdego dnia, zazwyczaj tuż po powrocie z plaży, gdzie dokuczał innym, grzmiąc o krwiożerczych rekinach, czających się w głębi morza – choć maester cierpliwie wciąż powtarzał, że tego gatunku u wybrzeży Dorne nie widziano już od dawna. Qoren przepadał nawet za hałasem rozwrzeszczanych i rozbieganych dzieci. Całego mnóstwa dzieci, w każdym wieku. Chłopak nie znał nawet tylu liczb (wyjątkowo nie lubił się uczyć), aby je wszystkie zliczyć. Co prawda zwykł im uprzykrzać życie – złośliwie dogadywał, wyrywał z drobnych rączek figi, ciągnął dziewczynki za włosy, popychał do basenów i wyśmiewał – poza kilkoma wyjątkami.
Biorąc pod uwagę przyszłość Edrica, a zarazem wyjątkowo chłodny wzrok i umiejętność do zbesztania Qorena w kilku słowach, Sand niejednokrotnie wolał sobie zwyczajnie odpuścić – w szczególności, gdy nikt prócz niego i Jezala nie miał ochoty na spędzanie z nim czasu. To musiało tyczyć się także młodszego księcia, który siedział teraz młodszemu Sandowi na kolanach z roziskrzonym, uradowanym spojrzeniem – wystarczyło, by bękart lorda Ullera odpowiedział mu zbyt opryskliwie, czy kazał odejść, kiedy Trystane za nimi biegał, a starszy książę Dorne, posyłał mu spojrzenie zimniejsze od Muru.
Dziś jednak było jednak inaczej, bo Sand miał dobry dzień. Wyjątkowo dobry dzień.
Może dlatego, że śniadanie przypadło mu zjeść z Edriciem, dzięki czemu dostało mu się sporo cudownych, jeszcze ciepłych bułeczek cytrynowych.
Qoren otrzepał suche już spodnie z pyłu i drobinek drewna, gdy podbiegł Jezal z taką miną, jakby starszy chłopak miał malcowi zaraz poderżnąć gardło małym nożykiem, który trzymał w dłoni. Sand odłożył zaraz ostrze za korzeń drzewa, ukrywając je przed wzrokiem i zasięgiem dłoni małego chłopca. Gdyby zrobił sobie krzywdę, jeśli cokolwiek by mu się stało – Qoren nie miał wątpliwości, że Edric utopiłby go w sadzawce.
-Nie ma za co. – odpowiedział Sand, rozprostowując palce, które zaraz wplątał w wilgotne włosy, roztrzepując je lekko.
-Imię? – powtórzył Trystane, obracając w pulchnych rączkach figurkę, która po chwili upadła na ziemię. Qoren schylił się i podniósł zabawkę, aby po prostu znów podać ją księciu, pod wpływem naglącego, palącego spojrzenia. Oddawaj.
-Każdy pies ma imię.
-To może… Lynette?
Sand ściągnął usta w wąską kreskę, starając się ze wszystkich sił, aby nie wybuchnąć śmiechem.
-Przecież Twoja nowonarodzona siostra ma na imię Lynette.
-Ale… ale ona jest taka malutka! O taka! – mały książę rozłożył rączki na kilka centymetrów, aby zademonstrować Sandowi jak maleńka jest księżniczka; zachichotał przy tym radośnie, wciąż ściskając drewnianego psa w piąstce. – I on też jest taki malutki!
-Może Amir? W Hellholt, tam gdzie się urodziłem, był pies o imieniu Amir.
-Amir? Amir! – podłapał malec, który zdążył już zapomnieć o niefortunnym pomyśle nazywania psa imieniem własnej siostry.
Książę jął bawić się figurką, udając, ze drewniany piesek biegnie po przedramieniu Jezala. Najstarszy spośród tego grona otwierał już usta, by coś powiedzieć, lecz zaraz sam zapomniał, co to było, gdy ponad krzykami, śmiechami i szumem wzburzonej w basenach wody przebił się dźwięk uderzającego o siebie drewna. Sand uniósł ciemnobrązowe spojrzenie i napotkał dwóch chłopców, na oko liczących sobie nie więcej niż osiem dni imienia – jeden z nich najpewniej pochodził z Pogranicza, miał ryże włosy, a gdy się odzywał, w jego głosie nie pobrzmiewał tak silny akcent, jak w przypadku piaskowych, a już w szczególności morskich Dornijczyków.
Maleńki Trystane bez słowa zaczął się wiercić i wiercić na kolanach Sanda, by ten poluźnił uścisk, aż w końcu zeskoczył na ziemię, niemal tracąc przy tym równowagę. Drewnianego pieska ukrył w kieszeni z najwyższą ostrożnością, po czym – kierowany nagłym olśnieniem – poderwał leżący na ziemi, stary patyk.
-Ty! Walcz ze mną! – krzyknął do Qorena, siląc się na poważny, hardy ton, co w przypadku tak małego dziecka zabrzmiało po prostu… komicznie. Sand ugryzł się w język.
-No nie wiem, boję się. Przegrałbym, książę.
Martell uśmiechnął się szeroko, tak uradowany reakcją Sanda – kompletnie nie wyłapując nuty ironii – oraz strachem, jaki w nim wzbudził. Zaraz jednak przywołał się do porządku, przypominając sobie, że przecież staje do pojedynku.
-Przegrałbyś! – potwierdził. – Jezal! Walcz ze mną, Jezal!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Sandstone
Liczba postów :
51
Join date :
03/03/2015

PisanieTemat: Re: Qoren Sand i Jezal Sand   Czw Lip 02, 2015 1:43 pm

Ten dzień nie mógłby być piękniejszy – słońce powoli przetaczało się po błękitnym nieboskłonie, obdarzając ziemię gorącymi, wiosennymi pocałunkami. Ta pora roku w Dorne odznaczała się wyłącznie nieco niższymi niż podczas lata temperaturami, z czego nieco niższe zdawało się określeniem piekielnie adekwatnym. Kropelki potu wciąż spływały po skroniach Jezala, na króciutki moment zatrzymując się na żuchwie i dopiero stamtąd skapując wprost na cieniutki materiał beżowego wamsu, który ledwie przed godziną mokry był od wody – upał dość szybko wysuszył przyodziewek bękarta, raz za razem muskając i tak gorącą skórę. Sand wiele by dał, aby popołudniu zdrzemnąć się w cieniu jednego z wielu figowców, zamknąć oczy dosłownie na godzinkę, pozwolić, aby  drzemka przegnała z obolałego od treningów ciała to nieznośne rwanie mięśni, które dają się we znaki przy każdym, nawet najmniejszym ruchu…
… ale ciążyła na nim odpowiedzialność – już samo słowo budziło w Jezalu irracjonalny lęk, nakazujący mu niemal nieustanne zamartwianie się o malutkiego księcia. Naturalnie, wśród drzew leniwie krążyły piastunki oraz strażnicy, którzy dbali o bezpieczeństwo dzieci w Wodnych Ogrodach, szczególną uwagę zaś przykładając do potomków rodu Martell – o ile jednak Edric znajdował się już w wieku, w którym szczeniackie zabawy zeszły na odległy plan, o tyle Trystane powoli wkraczał w okres nadzwyczajnej żywotności. Wystarczyła chwila nieuwagi, odwrócenie wzroku na króciutki moment, przymknięcie powiek, aby chronić oczy przed prażącym słońcem… i książę zapadał się niczym kamień w wodę – przed zupełną ulotnością ratowały go jedynie króciutkie, dziecięce nóżki. Nieważne, jak szybciutko by nimi przebierał, mało istotne, czy biegłby niczym gnany przez stado dzikich kozic – przy każdej próbie czmychnięcia przed swym bękarcim opiekunem wyglądał nieodmiennie komicznie, budząc w piersi Jezala donośny śmiech, który na kilka chwil wytrącał mu z płuc powietrze i uniemożliwiał pogoń za zadziwiająco prędkim maluchem.
Dzisiaj jednak – po raz drugi, może trzeci – Trystane naprawdę mu uciekł. Przerażenie Sanda wywołane było w równej mierze strachem o zdrowie oraz życie księcia, jak i… szczerym przerażeniem, które determinowane było przez wizję wściekłego Edrica. Dziedzic rodu Martell niezwykle rzadko – zwłaszcza jak na dziecko – pozwalał sobie na wytrącenie  z równowagi, kiedy jednak podobne zdarzenie miało już miejsce…
Cóż, pozostawało dziękować bogom, że nie miał pod ręką broni.
Jezal w pełni uspokoił się dopiero, gdy Trystane wylądował na jego kolanach, kurczowo zaciskając w malutkiej dłoni drewnianą figurkę pieska. Sand nie do końca potrafił pojąć, co Qoren robi w Wodnych Ogrodach – naturalnie, jak każde dornijskie dziecko miał pełne prawo czerpać z dobrodziejstw letniego pałacu, lecz…
Dlaczego, na Siedmiu, przebywa tak blisko Edrica?
W grę nie wchodziła zazdrość (przynajmniej tak wmawiał sobie Jezal) – mowa była raczej o nieufności, jaką bękart Lorda Sandstone przejawiał wobec starszego Sanda. Było w nim coś istotnie niepokojącego, jakiś pierwiastek szaleństwa, które– zgodnie z powszechną opinią – tliło się w umyśle każdego z Ullerów… nawet, jeśli był to tylko syn z nieprawego łoża. Ów niepokój pojawiał się nagle i rozbłyskał słabo w zmysłach Jezala, niknąc natychmiast pośród bardziej pilnych spraw – jak choćby opieką nad księciem. Sand starał się nie okazywać mimowolnego dystansu wobec Qorena, na dobrą sprawę spędzali wspólnie sporo wolnego czasu… lecz nigdy nie zostawiał z nim Trystana.
Nigdy.
- Amir to ładne imię dla psa. – przytaknął w końcu Jezal, odrywając roziskrzone spojrzenie od starszego bękarta. Książę właśnie imitował w najlepsze szczeknięcia pieska, podskakując figurką na ramieniu Sanda – zaraz jednak zaskakująco chłonny, dziecięcy umysł znalazł zupełnie nowy obiekt zainteresowania, który dopiero po chwili stał się oczywisty dla starszych chłopców. Nim Jezal zdołał zabrać głos, Trystane już wiercił się na jego kolanach, w końcu poderwał na nóżki i natychmiast sięgnął po prowizoryczną broń, prostując drobną sylwetkę z dumą, o którą ciężko byłoby podejrzewać jakiekolwiek inne dziecko. Jezal podniósł się z miejsca, ignorując szpileczki bólu wbijające się w mięśnie – obecnie odczuwać mógł wyłączni szczere rozbawienie wyzwaniem, jakie książę rzucił Qorenowi. Młodszy Sand obawiał się nieco, iż bękart Lorda Hellholt podniesie rzuconą mu rękawicę i w dwóch ruchach pokona Trystana, wywołując tym samym wybuch płaczu… ale, na łaskę bogów, wybrnął z sytuacji ze zręcznością żmii i uniknął pojedynku, który – niestety – czekał Jezala.
- W porządku, książę, tylko nie stłucz mnie na kwaśne jabłko! – w kącikach ust Sanda pojawił się cień uśmiechu, kiedy sięgnął po inny, nieco krótszy patyk i natychmiast przyjął pozycję wyjściową do pojedynku – Trystane przyglądał mu się przez chwilę, po króciutkim momencie wahania naśladując poczynania Jezala… po czym – najwyraźniej uznając, iż atak jest znacznie ciekawszą opcją – natychmiast ruszył na bękarta, wyciągając rączkę z prowizorycznym orężem i celując patykiem wprost w brzuch przeciwnika. Sand zaśmiał się mimowolnie pod nosem na widok równie zuchwałej szarży, po czym niemal leniwym ruchem leciutko odtrącił szpic. Trystane zatrzymał się raptownie, porażony podstępnością rywala…
… i – najwyraźniej uznając, iż wszystkie chwyty zostały dozwolone – smagnął patykiem po łydce Jezala, natychmiast ponawiając atak i leciutko okładając nim uda bękarta. Sand przez krótką chwilę miał szczerą ochotę roześmiać się w głos, widząc jednak zaciekły wyraz twarzy księcia i oddanie, z jakim poświęcił się walce…
- Poddaję się! – krzyknął nagle, padając na ziemię niczym porażony piorunem i kurczowo łapiąc się za łydkę (nie tą, w którą trafił Martell, chłopiec jednak tego nie zauważył, zbyt zajęty podskakiwaniem w miejscu z radości) – Miej litość, książę, miej litość! – przepełniony tragizmem ton głosu Sanda podkreślony został przez pełne boleści westchnięcie, które towarzyszyło rozciągnięciu się na ciepłej trawie. Trystane zakrzyknął głośno, pełnym dziecięcego tryumfu głosikiem, po czym podbiegł do Jezala, natychmiast kucając tuż przy jego głowie i drobną rączką gładząc policzek bękarta.
- Pokonałem go! Pokonałem, widziałeś? Widziałeś, prawda? – książę spojrzał na Qorena radośnie, pokazując w uśmiechu drobniutkie, białe ząbki – sam Jezal śmiał się jedynie cicho, obserwując, jak pomimo triumfu Trystane okazuje szczerą obawę o opiekuna.
To będzie dobry człowiek, pomyślał wtedy, wycierając z czoła kropelkę poru.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Re: Qoren Sand i Jezal Sand   Nie Sty 03, 2016 7:14 pm

Inne dzieci za nim nie przepadały.
Ani większe, ani mniejsze, ani dziewczęta, ani chłopcy. Zarówno starsi, jak i młodsi unikali jego towarzystwa, doskonale wiedząc, że to skończy się to dla nich nieprzyjemnie. Sand nigdy nie strzępił języka, głośno się śmiał i lubił boleśnie szczypać, wszystko wypominał. Nowi w Wodnych Ogrodach prędko uczyli się, by omijać go z daleka – tak było lepiej dla niego i dla nich. Wiedział więc, dlaczego Jezal odnosi się do niego tak nieufnie, często mu nie wierzy i wszystko woli zrobić sam. Nie dziwiło go to, lecz mimo to budziło jakieś oburzenie – Sand unosił się dumą i chodził bardziej zły, niż zwykle.
Teraz także skrzywił się, gdy Jezal obdarzył go podejrzliwym spojrzeniem, zamiast jednak odejść z parszywym uśmiechem jak czynił to zwykle, pokręcił głową z westchnięciem i znów przysiadł na pniu.
Głośno burczało mu w brzuchu.
Jedzenie było jednym z najważniejszych zmartwień w życiu młodego Qorena, który pochłaniał takie jego ilości, że dziwiono się, iż zamiast toczyć się – wciąż biega, tak jakby szczupłe ciało chłopca było workiem bez dna. Znużony przyglądał się karykaturalnej walce malca z młodszym bękartem, w razie potrzeby bijącym się znacznie lepiej. Nie sposób było jednak nie uśmiechnąć się, gdy maleńki książę krzyknął z triumfem i śmiał się tak radośnie – ten uśmiech udzielił się także i bękartowi lorda Hellholt, nonszalancko opartego o drzewo.
-Taaa, widziałem. – przytaknął chłopiec, niespecjalnie zainteresowany relacjami, jakie łączyły małego Martella z Jezalem. Początkowo miał wrażenie, że ten drugi zwyczajnie wyręcza opiekunki, teraz dostrzegał, że ta troska przypominała raczej tę, która mogła łączyć wyłącznie braci.
Mogła, ale nie musiała – na samą myśl o swoim młodszym bracie, który jeśli szło o przyrost wagi po posiłku nie miał tyle szczęścia, co bękart, przewracał oczami. Najchętniej utopiłby małego gnojka w kozim gównie, jednak nie trafiła się temu póki co okazja.
-Gratuluję. – mruknął, ignorując kolejny odgłos wydobywający się z żołądka. – Zmierz się ze mną.
Dźwignął się z miejsca, to nie była jeszcze pora kolacji.


W kilka godzin później – Sand byłby w stanie pożreć całego konia, włącznie z kopytami. Wodne Ogrody nieśpiesznie obejmował zmierzch i powietrze robiło się przyjemnie chłodniejsze, lecz wciąż pachniało cytrusami. Ten zapach wdzierał się w nozdrza Qorena, czyniąc go jeszcze bardziej głodnym, gdy podążali z Jezalem labiryntem korytarzy, ku komnacie księcia. Trystane bowiem słaniał się ze zmęczenia tak bardzo, że zażądał od bękarta (chyba nie bardzo wiedząc którego) pomocy i takim to sposobem znalazł się na barkach starszego z nich, trzymając się ciemnobrązowych włosów, co skutkowało cichymi syknięciami bólu.
-To tuuuuuu… - mruknął Martell, gdy dotarli już na miejsce.
Jezal śmiało pchnął drzwi, a Qoren spojrzał z niepokojem na strażników – krzywo na niego patrzyli i miał ochotę nadepnąć im na odcisk, lecz nawet on nie był taki głupi. Ruszył za Jezalem w głąb dziecięcej sypialni, pełnej zabawek i rzeczy, o których bękart mógłby jedynie pomarzyć. Złapał malca pod pachy i położył na miękkiej pościeli, a Trystane natychmiast opadł na poduszki i walczył z opadającymi powiekami.
-Doblanoc – wymamrotał, próbując naciągnąć na siebie kołdrę, nie obyło się jednak bez pomocy młodszego bękarta.
Qoren wiercił się niecierpliwie w miejscu gdzieś przy drzwiach, myślami będąc gdzieś daleko – w sali jadalnej, gdzie czekała na niego kolacja. Nie zamierzał zadowolić się zimną.
-Tak, dobranoc. – odparł, wychodząc za Jezalem z komnaty, obejrzał się jeszcze przez ramię, by upewnić się, czy z Martellem wszystko porządku, kierowany jakimś przeczuciem, nim zamknął za sobą drzwi i spojrzał wyczekująco na Jezala.
Któż mógł sądzić, że kilkanaście lat później będzie zamykał je od drugiej strony?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Qoren Sand i Jezal Sand   

Powrót do góry Go down
 

Qoren Sand i Jezal Sand

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Karczma :: Strefa Mistrza Gry :: Retrospekcje-