a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Brzeg Tumbletone



 

 Brzeg Tumbletone

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Brzeg Tumbletone   Sob Kwi 11, 2015 1:01 am

/Królewska Przystań

Sand ostatnie dni jakby przespał na jawie. Mieszkańcy Czerwonej Twierdzy, żebracy z Zapchlonego Tyłka i strażnicy miejscy Królewskiej Przystani były tylko bladymi cieniami, snami wyblakłymi i niespójnymi, które uleciały z pamięci szybciej niż opary wina. Sam jego pobyt w stolicy Siedmiu Królestw zdawał się być krótszy niż mrugnięcie oka. Wokół niego były teraz wyłącznie drzewa Królewskiego Lasu. Liście szumiały cicho, nad głową śpiewały ptaki, po gałęziach skakały wiewiórki, zaś w leśnym runie wędrowały małe robaczki. Wiatr huczał coraz głośniej i głośniej, a on, Sand, trwał w siodle pośród tej harmonii niewzruszony, skupiony, wyprostowany, niczym filar podtrzymujący firmament. Gdyby zechciał się poruszyć, wszystko rozpadłoby się, rozpadło w proch, eksplodowało. Takie przynajmniej odnosił wrażenie, zaciskając mocno zęby i uparcie prąc do przodu. Usta krzywiły się nieznacznie przy wybojach, bądź przeszkodach, które przyszło Fartowi pokonać – cień bólu migotał gdzieś na obrzeżach świadomości, zepchnięty przez wspomnienie ostatniego spotkania z Martellem. Krótkie, intensywne spotkanie, które wykradł jak złodziej po raz drugi w stolicy pragnęło zdominować umysł bękarta – lecz on uparcie walczył, by skupić myśli na trakcie. To było mniej bolesne. Palce kurczowo ścisnęły łęk siodła.
Tęsknił do upału. Sand nie przepadał do chłodu, jaki niosły jesienne wiatry, za zimnymi wieczorami, gdy niebo robiło się takie wysokie i szklane, po brzegi wypełnione gwiazdami. Musiał jak najszybciej pokonać kilkaset mil, dzielących Królewską Przystań a Starfall, by dołączyć do oblężenia. Czas nie był jego przyjacielem. O nie. Po podstępny wróg, najeźdźca, który zabierał swój haracz bez litości, bez chwili wahania. Qoren poprawił się w siodle, lecz tak naprawdę wcale nie było go na tym trakcie, wiodącym na południe Siedmiu Królestw. Popadł w odrętwienie, rodzaj zamyślenia, podobnego do transu, jakby był bezwiednie, bezwolnie medytującym starcem, pozbawionym jednakowo siły płynącej z woli. Po prostu odpłynął, nie myśląc o niczym, podobnym skałom i jaszczurkom, jałowy jak jego ukochana pustynia. Taki stan zdarzał mu się często, sen na jawie bez majaków, jakby jego umysł się wyłączał, nie chcąc pamiętać, nie chcąc przyjmować niczego z bezlitosnej rzeczywistości. Jaźń skupiała się na obrazie szarych tęczówek.
A później doszły do niego strzępy innych dźwięków. Ostry i zgrzytliwy trzask i stukot wyschniętego i nienaoliwionego drzewa żelastwa był powolny i przeraźliwy. Był to szereg suchych, leniwych odgłosów, niosących się na pół mili poprzez chłodne, suche milczenie jesiennego popołudnia. Choć zaprzęgnięte do powozu konie wlokły się miarowo w nieprzemijającej hipnozie, pojazd zdawał się nie zbliżać. Tak nieznaczny był jego ruch naprzód, że wydawał się na zawsze zawieszonym pośrodku dali, jak lichy paciorek, na miękkim, brązowym sznurku drogi. Prócz zgrzytu powozu, Sand usłyszał także rozmowy – śmiech kilku mężczyzn i brzęk stali, uderzającej pochwy na miecz o pozostałą część uzbrojenia.
Sand odruchowo zatrzymał konia, zjeżdżając z traktu i natychmiast skrywając się w gęstwinie lasu – nim oni dostrzegą jego. Fart zajął się skubaniem trawy, nie zakłócając przy tym względnej ciszy, zaś bękart mógł spokojnie, z pewnej odległości, obserwować posuwających się do przodu podróżnych.
Piętnastu, może osiemnastu zbrojnych. W powozie musi być kobieta, myśli Sand, obserwując łopoczący na wietrze sztandar, trzymany przez jednego z mężczyzn. Na niebiesko-czerwonym materiale widniała ryba. Niezbyt to szlachetny herb. Ryby śmierdzą, prędzej bym zdechł, niż utożsamiał się z obślizgłą rybą.
Qoren prychnął cicho pod nosem, wypuszczając nosem głośniej powietrze.
Bzdura. Z takim złotem mógłbym żyć nawet z gołą babą na herbie, o której wspominał Martell.
Ruszył za nimi, mimo iż zmierzali na zachód. W stronę Reach? Nieistotne. Mimowolnie, irracjonalnie ruszył za nimi – zachowując przy tym wszelkie środki ostrożności, by żaden z nich nie spostrzegł się, że są śledzony. Sand był w tym dobry, cholernie dobry. Kiedy podróżni z Riverrun zatrzymali się, zaczynało już zmierzchać. Konie musiały odpocząć, oni musieli odpocząć, a pasażerka powozu…
-Zaraz wrócę. – drobna, filigranowa sylwetka wyłoniła się z wnętrza powozu.
Błękitna suknia, zdobiona kilkoma klejnotami i wyszytymi czerwonymi nićmi na drogim materiale rybami, a także delikatność i wdzięk w ruchach, nie pozostawiały wątpliwości – młodziutka dama musiała być jedną córek, bratanic, a może żoną, czy siostrą – nieważne – lorda Riverrun.
-Pani, nie powinnaś oddalać się sama. – zaprotestował strażnik, natychmiast zrywając się z miejsca.
-Muszę oddalić się na chwilę sama. Na momencik. Cóż może się stać? Nim się obejrzysz, a wrócę. – uparła się dziewczyna, wykrzywiając usta w grymasie.
Zagłębiła się w ciemniejący mrok gęstego lasu, aby znaleźć dość ustronne miejsce, nieświadoma czyhającego wewnątrz zagrożenia.
I bynajmniej nie chodziło tu o grasujące w koronach drzew wiewiórki.
Dziewczyna o płowych włosach, upewniwszy się, iż znajduje się wystarczająco daleko od strażników, na tyle, by nie dostrzegły ją ich spojrzenia (ku jej nieszczęściu i niewiedzy nieustannie wlepiony był w nią ciemnobrązowy wzrok), odetchnęła z ulgą i zadarła spódnicę, by przykucnąć i załatwić naturalną, ludzką potrzebę fizjologiczną.
A kiedy się podniosła, opuszczając ciężki materiał spódnicy – za jej plecami pojawił się Sand, zakrywając dłonią usta szybkim, precyzyjnym ruchem. Dziewczyna jęknęła cicho, szybko milknąc, przez kolejny dotyk – dotyk zimnej stali na własnym gardle.
-Ciiii… – uciszył ją Qoren, ostrożnie wycofując się w głąb lasu i ciągnąc ją za sobą. – Bądź grzeczną dziewczynką, a nie stanie Ci się krzywda. Umiesz być grzeczną dziewczynką, prawda?
Niepokojący, zachrypły szept bękarta rozbrzmiewał tuż koło ucha Tully, nakazując zachowanie ciszy… choć wewnątrz musiał rozgrywać się prawdziwy dramat.
Dramat, który w najmniejszym stopniu go nie obchodził.
Wiedziony irracjonalnym przeczuciem, czuł, że powinien to zrobić.
Nie.
Nie powinien, ale chciał.
Miał ochotę.
Fart nieśpiesznie skubał trawę dokładnie tam, gdzie go pozostawił. Sztylet, podarowany Sandowi przez dornijskiego księcia na jeden z dni imienia, upadł głucho na ziemię, by bękart mógł wyjąć zza pasa wcześniej przygotowany strzępek materiału. Uniósł go do twarzy dziewczyny, lecz nim opuścił dłoń, którą zasłaniał jej usta, przycisnął młode ciało mocno do siebie, pochylając się, by wysyczeć jej prosto do ucha:
-Piśnij, a zabiję Cię nim zdążysz powiedzieć rybka. – wściekły, wibrujący ton głosu nie przebijał się ponad odgłosy nocy. Świerszcze cykały cicho, a w oddali szumiały wody rzeki Tumbleton
Dziewczyna pokiwała głową, drżąc nieustannie nerwowo, przytłoczona, zszokowana obecnością nieznajomego mężczyzny, zapachem jego potu i gniewu, przerażona zimną, lepką grozą bijącą od jego ciała. Jej skóra przybrała niezdrowego, bladego kolorytu, szarości, jakby miała zaraz zwymiotować, w oczach miała strach i niepewność, lecz nie wydała z siebie dźwięku, gdy Qoren na jedno uderzenie serca odsłonił jej usta… by zaraz je zakneblować.
Po chwili miała także skrępowane z tyłu ręce, a bękart bezceremonialnie przerzucił ją przez koński grzbiet, samemu po chwili dosiadając Farta, wcześniej podnosząc z ziemi ostrze i wsuwając je za pas. Nie dbał o to, że mogło być jej niewygodnie… cóż, z pewnością nie było komfortowo, gdy łęk siodła wbija się w bok, lecz był zbyt zajęty popędzaniem wierzchowca, by zwrócić uwagę na jej cichy płacz. Musiał jak najszybciej się stąd oddalić W byle jaką stronę, byle daleko. Nie mogli wrócić na trakt, to było pewne. Przedzierali się więc przez ciemny las, niebezpiecznie zbliżając się do brzegów rzeki Tumbleton.
Zatrzymał się dopiero, gdy świtało; dopiero, gdy miał pewność, że mają chwilę… dla siebie? Dopiero wówczas, nieopodal brzegu rzeki, zatrzymał konia i zeskoczył z jego grzbietu, po chwili zdejmując z niego obolałą, zapłakaną dziewczynę. Bladą twarzyczkę szpecił teraz zielonkawy kolor, jakby naprawdę miała zwymiotować, wymęczona przerażeniem, bezsennością i bolesną pozycją. Chyba brakowało jej nawet sił na płacz, jedynie łkała cicho, gdy Sand zsunął knebel z ust, wcześniej zastrzegając, że jeśli krzyknie… to gorzko tego pożałuje.
-Jak Ci w ogóle na imię? – spytał Sand, opuszkiem kciuka ścierając kolejną łzę.
Odpowiedzią było milczenie.
-Pytam jak Ci na imię. – powtórzył z mocą, wbijając boleśnie palce w drobną szczękę młódki.
-A-Ariel.
-Doskonale, Ariel. Ariel Tully. – cichemu głosowi bękarta, towarzyszył dotyk jego dłoni, która wpierw dotknęła dziewczęcej kostki, a po chwili konsekwentnie sunęła w górę, ciągnąc za sobą materiał sukni i odsłaniając szczupłą nogę.
Ariel Tully załkała cicho, gdy męska dłoń znalazła się nad jej kolanem.
-Ostatnio powiedziałem komuś, że w życiu nie zerżnąłbym żadnej Tully, lecz wiesz jak to jest Ariel. Kiedy nie ma się tego, co się lubi… lubi się to, co się ukradnie, nie? – zakpił Qoren, bezczelnie i brutalnie docierając dłonią do kobiecości dziewczyny. Na wąskie usta wychynął kpiący uśmiech, gdy z pomiędzy warg Ariel wyrwał się szloch. - Czemu jesteś taka sucha? Przecież rybki są obślizgłe.
Sam nie wiedział, dlaczego jego palce drażniły kobiece części niepożądaną, brutalną pieszczotą, dlaczego kalał jej niewinność, o której przekonał się, gdy wsunął w nią palec. To było silniejsze od niego, po prostu musiał to zrobić, bo chciał. Po chwili do drugiej dłoni dołączyła kolejna, by chwycić dziewczynę za biodra i przewrócić na brzuch. Wciąż miała skrępowane ręce. Zadarł wysoko materiały jej spódnicy, by odsłonić blade pośladki. Dłoń bękarta chwyciła wątły, dziewczęcy kark i przycisnęła go mocno do ziemi, w akcie zmuszenia do bezwzględnego poddania. Drugą dłoń mocowała się z trokami spodni, by zaraz opuścić je do połowy ud. Specyficznego rodzaju podniecenie ogarnęło jego ciało, płomień złości płonął tuż pod skórą, gdy Qoren naparł swą żądzą na biodra dziewczyny – lecz te doznania nie miały w sobie nic z rozkoszy jakiej zaznał w gościnnej komnacie Czerwonej Twierdzy.
Wtargnął w dziewczynę brutalnie i bezlitośnie, odbierając jej dziewictwo, niewinność i godność – z bezczelnym uśmiechem na ustach. Ciałem Ariel wstrząsnął dreszcz, a z pomiędzy warg wyrwał się krzyk bólu – zaraz stłumiony dłonią bękarta. Dziewczyna płakała, trzęsła się i drżała, jednakże to nie miało najmniejszego znaczenia w obliczu siły ramion Sanda, który jął ją rżnąć szybko i brutalnie, nie kochać, a pieprzyć.
Podobało mu się to. W jakimś stopniu na pewno. Jej słaby protest, słone łzy na palcach i drżące, drobne ciało – wcale nie było tak dobrze, jak być mogło, lecz Sand nie potrafił się kontrolować.
Gdy brutalny akt przemocy dobiegł końca, kiedy ostatnie, brutalne pchnięcie pozwoliło na wypełnienia skalanego łona Ariel nasieniem, bękart zwyczajnie się… zaśmiał. Zaśmiał obłąkańczo i kpiąco, jakby był słaby na umyśle, albo szaleńcem.
-Wiesz, że suche rybki umierają? Chyba, że dotrą do wody. Ryby pływają. Lubisz pływać Ariel? Na pewno lubisz. – mówił szybko, jakby był rozbawiony własnymi słowami. Porwał w ramiona dziewczynę, jakby była jego kochanką i zaczął nieść ją w stronę rzeki.
Tully zaczęła się wyrywać, szamotać, kopać i popiskiwać przerażona, lecz bękart się nie zatrzymywał. Nikt ich nie słyszał. Nikt nie mógł ich słyszeć. Qoren zatrzymał się dopiero wtedy, gdy wszedł do rzeki, a niskie fale rozbijały mu się o uda. Wówczas upuścił Ariel do wody. Chwycił za kark i trzymał głowę dziewczyny pod wodą, nie zważając na jej szamotaninę. Ariel próbowała walczyć, a jej marne próby kopnięć, czy zadrapań, wywoływały na twarzy bękarta jedynie pobłażliwy uśmiech.
Wkrótce ta walka zaczęła słabnąć. Uścisk bękarta był silny i bezlitosny. Qoren spoglądał na słabnące ciało, z którego ulatywało życie z pewnym zadowoleniem. Satysfakcją.
Po chwili ciało dziewczyny znieruchomiało. Zwiotczało. Poddało się całkowicie. W płucach Ariel zabrakło powietrza, zaś w ciele ducha. Sanda zupełnie nie obchodziło, gdzie owa dusza powędruje – do siedmiu niebios, czy też piekieł.
-Płyń, Rybko, płyń! – rzucił pogodnie, poluźniając uścisk na karku martwej Ariel i… pozwalając, by nurt rzeki porwał ciało bez życia, niosąc je na zachód. Tam, gdzie chciała przecież dotrzeć.
Wyszedł z rzeki nie oglądając się za siebie. Twarz miał kamienną, zamkniętą niczym zatrzaśnięty kufer, zalana lakiem szkatuła. Gdyby potworzył sobie ją otworzyć, ukazałoby się straszne, mroczne, wypełnione morzem okrucieństwa i rozpaczy wnętrze, a on nie potrafiłby już żyć dalej. Dlatego zaciskał usta, jak zimny posąg z marmuru. Zasznurował spodnie i odwiązał wodze Farta od drzewa. Musiał ruszać na południe.
Starfall nie mogło zdobyć się samo.
A Jezal nie mógł mieć uroczej Daynówny wyłącznie dla siebie.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Brzeg Tumbletone

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Prawy brzeg rzeki
» Brzeg
» Lewy brzeg rzeki
» Kamienisty brzeg rzeki
» Brzeg Tamizy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań-