a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Jezal Sand



 

 Jezal Sand

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Sandstone
Liczba postów :
51
Join date :
03/03/2015

PisanieTemat: Jezal Sand   Sro Mar 04, 2015 4:40 pm


Jezal Sand










Wiek:
30 dni imienia
Miejsce urodzenia:
dorne, sandstone
Ród:
-
Stanowisko:
BĘKARCI SYN LORDA QORGYLE
NACZELNY EGZEKUTOR DORNE
PSIARCZYK Z ZAMIŁOWANIA

Aparycja

Wyraźnie zarysowane kości policzkowe, ostra linia szczęki i silna szyja z widoczną niebieską żyłką na boku.
Wyglądał niebezpiecznie, ale żeby to stwierdzić, wystarczyło zobaczyć, jak bez wahania podrzyna gardło rabusiowi, pozwalając sobie jedynie na zmarszczenie brwi z obrzydzeniem, gdy jasna jucha zalała mu rękaw haftowanego wamsu.
A jednak coś w spojrzeniu jego wąskich oczu sprawiało, że każdy patrzący w ciemne, niemal onyksowe tęczówki czuł się podenerwowany. Jezal Sand zawsze patrzył spokojnie i chłodno, jakby dokładnie oszacowywał otaczającą go rzeczywistość i wiedział, czego się spodziewać po kręcących się w zasięgu jego wzroku ludziach. Lepiej niż oni sami.
Jeśli ktoś przyjrzałby się uważnie, zauważyłby podłużną linię biegnącą przez czoło – stara, wyblakła blizna przywodziła na myśl pionową zmarszczkę, która pogłębiała się za każdym razem, gdy bękart marszczył brwi.
A robił to często, stanowczo zbyt często jak na pochodzącego z nieprawego łoża kundla, który nie powinien myśleć wcale… a tymczasem czynił to nieustannie.
Przy jeszcze bliższym wejrzeniu dostrzec można by trzy długie ślady na lewej stronie szyi, stare skaleczenia, które jeszcze się nie zagoiły. Typowa dla morskich Dornijczyków uroda dopełniana była przez wynoszący pięć stóp i sześć cali wzrost, co nie nadawało Sandowi miana olbrzyma, choć jak na dornijskie standardy zasilał grono tych wyższych. Ową przeciętność zakłócał wyłącznie niewielki dodatek w przyodziewku, do którego niewielu przywiązuje szczególną uwagę – lewa dłoń bękarta od dobrych czterech dni imienia za dnia zawsze ukryta jest w rękawiczce, zaś sam Jezal rzadko używał tej ręki. Uraz sprzed lat po dziś dzień daje się Sandowi we znaki, zdejmując dłoń nagłym skurczem i karykaturalnie wykrzywiając palce, co bękart nauczył się ukrywać pod skórzaną rękawicą. Wielu uważa, iż ten przeciętny, nieszczególnie rzucający się w oczy a nader wszystko – zmyślny mężczyzna – to skryty przed światem introwertyk, który balansuje na granicy irytującego milczenia i pełnej zrozumienia ciszy godnej ascety. Prawda jest taka, iż ciężko określić Jezala w kategoriach dobra i zła, tak samo jak trudno nazwać go kilkoma pozbawionymi siły wyrazu przymiotnikami. Nigdy nie uśmiecha się bez powodu, choć dość łatwo mu jakiegoś przysporzyć – zwłaszcza biorąc pod uwagę skory do rozbawienia charakter. W bękarcie istnieje pewna, niespotykana u Dornijczyków równowaga, która na swój sposób upodabnia go do wiernego psa – polecenia wykonuje z karnością, gdy jest rugany – znosi to w milczeniu, kiedy zaś ma wykonać powierzone mu zadanie – czyni to bez chwili zwłoki, przejawiając tym samym niezwykłe oddanie dozgonnie wdzięcznego kundla. Na dobrą sprawę przesiąknął zapachem własnych psisk, których towarzystwo niejednokrotnie ceni bardziej od ludzkiej obecności.


Biografia


Nie zawsze chodzi o pieprzenie. Nie zawsze. Przynajmniej nie tylko o pieprzenie.
Sallit, matka Jezala, od zawsze chciała być traktowana jak ktoś, a nie jak rzecz. Tymczasem ludzie patrzyli na nią i widzieli tylko kurwę. Zastanawiała się, czy ktokolwiek w Sandstone zna jej imię. Troszczyli się o nią mniej niż o bydło i niżej ją cenili. Co by powiedzieli jej rodzice, gdyby wiedzieli, że ich córka została dziwką? Stracili prawo głosu, gdy umarli, a Sallit najwyraźniej również je straciła. Podejrzewała, że mogło być gorzej.
To tylko sposób zarabiania na życie. Tak należy na to patrzeć.
Powtarzała to sobie, odkąd tylko skończyła czternasty dzień imienia, później zaś te same słowa przekazywała swemu synowi, gdy skończyła lat siedemnaście. Patrząc w błyszczące, czarne oczy trzyletniego Jezala powtarzała ciągle
tak działa ten świat, kochanie.
Mały Sand nie rozumiał, co pragnie przekazać mu matka – nie miało to zresztą znaczenia, najważniejsze, że mówiła. Lubił jej głos, jej cichy, przyjemny głos, ten sam, którym zdołała uwieść przyszłego Lorda Sandstone.
Twojego tatusia, synku.
Smukłe palce przeczesywały nerwowo splątane, ciemne włosy Jezala, gdy widział swą matkę po raz ostatni.
Jeśli się przyłożysz, możesz się wzbogacić. Przynajmniej na tyle, żeby mieć spokojną starość. Przyłożysz się, synku?
Wóz szarpnął energicznie, gdy woźnica smagnął batem konie, odciągając bękarta od Sallit – ostatnie słowa kobiety zniknęły pośród nierównego terkotu kół i zastąpione zostały tubalnym głosem owiniętego pożółkłą szmatą mężczyzny.
Trzymaj się, mały. Droga do Wodnych Ogrodów nie będzie przyjemna.

***

- Powiedz, co to jest puchlina? – liczący dziesięć dni imienia Jazel wpatrywał się w starszego o rok chłopca. Nie łączyły ich więzy krwi, nie byli nawet dalekimi kuzynami, nie urodzili się w tych samych murach miasta, nie było pomiędzy nimi niczego, co można nazwać pokrewieństwem, a mimo to…
– Nie wiem dokładnie. – odparł ostrożnie najstarszy syn Księcia Dorne i zarazem dziedzic rodu Martell. – To nazwa choroby. A bo co?
Jakiej choroby? – oczy Sanda, ciemne niczym para węgielków, zamigotały niepokojąco, gdy wbił niecierpliwie spojrzenie w Edrica.
– Pokaż, gdzie boli. Wezwę maestra. – książę wyciągnął dłoń, jakby miał zamiar złapać bękarta za ramię, lecz w tym samym momencie Jezal odsunął się z cichym szelestem miętej pościeli.
Nie chodzi o mnie. – odparł szybko Sand. – To Deziel.
– Jaki Deziel? – Edric przestraszył się, że jego przyjaciel majaczy – odkąd sam skończył czwarty dzień imienia, młodszy o rok bękarci syn Lorda Qorgyle nieustannie mu towarzyszył; razem uczyli się pływać w Wodnych Ogrodach, pisać pod opieką maestra, władać bronią przy pomocy zbrojmistrza, czytać wraz z spetonem, polować z pustynnymi wojownikami… i zarówno dwór, jak i oni sami sądzili, że nie mają przed sobą najmniejszej tajemnicy.
Aż do dzisiaj.
Deziel to pies. Pies Clementa Dalta.
– Jest chory?
Był.
– I boisz się, że mogłeś się zarazić?
Nie. Zabiliśmy go.
– Zabiliście? Dlaczego?
Powiedzieli, że ma puchlinę.
– Kto go zabił?
Tylko że on żyje.
– Nie żyje i żyje?
Żyje, ale i nie żyje.
– Możesz mi to wyjaśnić?
Nie.
Edric wstał i przyłożył jedną dłoń do swojego czoła, a drugą do czoła Jazela. Wydawało się mu, że nie czuje żadnej różnicy. Może obaj są chorzy?
To było morderstwo. – powiedział cicho Sand. I nagle, przerażony własnymi słowami chwycił następną poduszkę i chowając w niej twarz, rozszlochał się. Stłumione, urywane łkanie przypominało czkawkę. Martell próbował oderwać mu od twarzy poduszkę, ale Sand trzymał ją mocno i nie puszczał, więc w końcu dał spokój. Zdał sobie sprawę, że to nie choroba i nie gorączka, ale cierpienie, które wymaga czasu i milczenia. Usiadł na dywanie przed łóżkiem i wziął Jezala za rękę, czując że sam jest bliski łez i że – w jakiś podświadomy, mimowolny sposób – kocha tego dziwnego bękarta o smoliście czarnych włosach, tego upartego, dojrzałego nad wiek, mądrego chłopca, otoczonego aurą wiecznego osamotnienia. Pragnął porwać to małe, rozszlochane ciałko i przytulić je do siebie z całych sił. Było to uczucie silniejsze niż wszystko to, czego dotąd doświadczył, nawet wobec własnego rodzeństwa…
… ale opanował się i czekał bez ruchu, aż łkanie ustało. Sand przestał płakać. I, co zastanawiające, dopiero kiedy ucichł, Edric powiedział z właściwym sobie zimnym spokojem:
– Już dość, Jazel, przestań.
Nagle bękart ześliznął się z łóżka i objął księcia - przytulił się do niego tak mocno, jak by chciał się w nim ukryć na zawsze.
Powiem ci. – zdecydował.
I zaczął opowiadać cicho, ale wyraźnie, nie zatrzymując się ani na chwilę w poszukiwaniu właściwego słowa, spokojnie i bez łkań, nawet mrugając rzadziej niż dotąd, o tym, jak znaleźli tego brudnego skulonego psa w porcie. Był obrzydliwy, z parchami na grzbiecie i sączącymi ranami. Jego tylną nogę obsiadły muchy.
Kiedyś należał do Clementa Dalta, ale odkąd chłopiec wrócił do rodzinnej siedziby, był niczyj. Żywił się odpadkami.
Leżał na boku za skrzynkami na śmieci, kaszląc jak ktoś, kto za dużo pije. Przebadali go i Aurel Sand powiedział: „Niedługo umrze, ma puchlinę”. Potem siłą otworzyli mu pysk i wlali łyżkę lekarstwa, przyrządzonego przez bękarta  – błotnistą wodę z zatoki zmieszaną z odrobiną piasku. Potem postanowili zanieść go na kocu do wyschniętego koryta rzeki i złożyć w ofierze - to był pomysł Ronena i Ronen pobiegł nawet do domu po nóż kuchenny. Przez całą drogę ten Deziel leżał spokojnie na kocu. Chyba nawet był zadowolony, bo merdał z wdzięcznością ogonem. Może myślał, że niosą go do maestra? Lizał po twarzy i rękach każdego, kto tylko się do niego przybliżył. Na miejscu zebrali kamienie, zbudowali ołtarz i położyli na nim psa, który wcale nie protestował. Przyglądał się im z zainteresowaniem, jak dziecko, z ufnością, jakby był pewien, że jest wśród serdecznych przyjaciół albo jak gdyby rozumiał, że to zabawa i cieszył się, że bierze w niej udział. Jego rany były ohydne, ale brązowe oczy mądre i czułe, a pyszczek bardzo sympatyczny.
Jest coś takiego czasem, prawda, Edricu? Że kiedy się patrzy na jakieś zwierzę, ma się wrażenie, że ono pamięta to, o czym ludzie już dawno zapomnieli. Albo przynajmniej tak się wydaje…
W każdym razie to był brudny, paskudny i zapchlony pies, który łasił się do każdego, uwielbiał kłaść ludziom głowę na kolanach i okropnie się ślinił. Jazel wpadł na pomysł, żeby zerwać trochę liści palmowca i przybrać ołtarz. Związali mu mocno łapy, a on nawet wtedy nie przestał się do nich łasić, zadowolony cały czas merdał ogonem, jak gdyby naprawdę cieszył się, że jest w centrum zainteresowania. Lizał każdego, kto mu się tylko nawinął. Potem ciągnęli losy. Aurel Sand miał intonować modlitwy, Ronen wykopać grób, a on, Jazel, miał zabić psa. Najpierw starał się z tego wyplątać, tłumaczył, że bardzo źle widzi, ale wyśmiali go i wściekli się, powiedzieli, że tak wypadło, i żeby nie był takim mięczakiem. Więc nie miał wyjścia. Ale się nie udało. Nóż drżał mu w rękach, a pies stale się wiercił. Zamiast podciąć mu gardło, ściął mu pół ucha. Pies zupełnie oszalał, zaczął jęczeć jak dziecko i kłapać zębami w powietrzu. Jazel musiał powtórzyć swój cios, szybko, żeby uciszyć ten skowyt. Ale tym razem zamiast w gardło, nóż wszedł w coś miękkiego w okolicach brzucha, bo Deziel wił się i piszczał, i strasznie krwawił. Aurel powiedział:
„Wielkie rzeczy, to nic strasznego, to tylko śmierdzący, stary pies”. A Ronen dodał: „Ma puchlinę i tak umrze”. Trzeci raz Jazel uderzył z całych sił, ale trafił na kamień i nóż pękł. Bękartowi został prawie sam trzonek w ręku. Ronen i Aurel chwycili kundla za głowę i ponaglali: „Szybciej, ty idioto, łap ostrze i tnij”. Ale z ostrza zostało za mało, nie można było poderżnąć nim gardła. Wszystko było śliskie od krwi i za każdym razem trafiał nie tam, gdzie trzeba. W końcu wszyscy byli we krwi, jak to możliwe, że pies ma tyle krwi, to chyba przez tę puchlinę, a Aurel i Ronen zaczęli uciekać. Pies przegryzł sznurek i oswobodził się, ale tylko przednie łapy, tylne dalej były związane, i z piskiem, wcale nie psim, ale bardziej przypominającym głos kobiety, odczołgał się na brzuchu i zniknął w krzakach, a kiedy Jazel zdał sobie sprawę, że inni uciekli, pobiegł za nimi przerażony. Znalazł ich w końcu nad zatoczką, udało się im zmyć z siebie krew, ale jemu nie pozwolili się umyć i mówili, że to wszystko jego wina. To przez niego Deziel nie jest ani żywy, ani martwy, to on znęcał się nad bezbronnym zwierzakiem i złamał nóż z domu Ronena.
Krzyczeli, że na pewno na nich naskarży jak zawsze i zaczęli go kopać, wzięli znowu sznurek, Aurel go wiązał i później przy pomocy Ronena boleśnie obił. Zostawili Jezala związanego i uciekli, żeby się zastanowił, dlaczego zabił psa. Nie powiedział o tym nikomu w pałacu, służce tłumacząc, że się wybrudził w porcie. Jeżeli jego naturalny ojciec się dowie, to z nim koniec, wróci do Sandstone i już nigdy nie opuści zatęchłych murów.
Powiesz im?
Edric zastanowił się. Przez cały czas podczas tych zwierzeń nie przestawał gładzić ciemnych loków przyjaciela. Jak w złym śnie czuł, że pies, Jazel i on to jedność... już na wieki.
– Nie. Nie powiem. – obiecał w końcu poważnie.
Chłopiec zerknął na niego z ukosa. W jego czarnych jak onyksy oczał było tyle męki, ale i ufność – jak gdyby Jezal chciał pokazać to, co opowiadał przedtem o wyrazie oczu tamtego psa. Więc to jest właśnie oddanie.
Księcia przeszedł dreszcz, wydało się mu, że z zewnątrz, z głębi nocnej ciemności, spośród wiatru dobiegło go niewyraźne echo skowytu psa.
Ale dlaczego?
– Co dlaczego?
Dlaczego zgadzasz się im nie powiedzieć?
– Bo to nie pomoże Dezielowi, a ty już dość wycierpiałeś.

***

Kiedyś ktoś powie wam, że licząc szesnaście dni imienia bez problemu znajdziecie w Słonecznej Włóczni pracę – nie wierzcie mu.
Wszystkim wydaje się, że dornijskie bękarty zdolne są wyłącznie do obijania sobie (lub komuś) mord, rżnięcia (nawzajem) i płodzenia kolejnych bękartów. Była w tym żelazna logika, której Jezal Sand nie potrafił zaprzeczyć. Nie miał zresztą zamiaru wykłócać się sam ze sobą, wściekły, poniżony i po raz pierwszy od lat poważnie skłócony z dziedzicem rodu Martell, przyszłym Lordem Słonecznej Włóczni oraz mam-w-dupie-resztę-twoich-tytułów-Edric.
Tak, stanowczo nie powinien mu tego wykrzykiwać w twarz.

Choćby dlatego, że zaraz po tym – po tylu latach przyjaźni (przyjaźni, dobre sobie, wywalił mnie na bruk!) – Sand wylądował na ulicy. Dosyć dosłownie.
Pocierając obolały tyłek, Jezal zgarbił się i opuścił okolice książęcego pałacu, nawet się nie oglądając. Szedł byle gdzie, byle iść, pozostawiając za plecami jedyną przeszłość, jaką znał, oraz pięć umiłowanych psów, które Edric Martell zagarnął dla siebie, nawet palca nie przykładając do ich tresury.
Mam Cię w rzyci, książę, tak głęboko, jak tylko głęboko dziwki penetruje Harmen.
Jezal dotarł do wlotu alei, mijając poprzyklejane do ścian podarte plakaty pokryte nabazgranymi napisami. Vossula Sand twierdził, że wszędzie w Słonecznej Włóczni łatwo o pracę, wystarczy zapytać. Wyglądało na to, że z jakiegoś niezrozumiałego powodu łgał jak pies. Jezal zadawał mu wiele różnych pytań, ale teraz, gdy ciężko usiadł w oślizgłej bramie, opierając stopy w znoszonych butach w rynsztoku, doszedł do wniosku, że nie spytał o najważniejsze. Ta kwestia nie dawała mu spokoju odkąd tutaj przybył.
Czy miałeś na myśli prostytucję, skurwysynu?
Czuł charakterystyczny ból w okolicy nosa zwiastujący płacz, ale był na tyle zniechęcony, że nawet się tego nie wstydził. Podniósł wzrok, słysząc odgłos kroków. Czterej mężczyźni powoli weszli w uliczkę od strony portu, tą samą drogą, co on. Mieli smutny wyraz twarzy typowy u ludzi o złych zamiarach. Jezal skulił się w bramie, licząc na to, że te złe zamiary nie dotyczą jego osoby. Serce podeszło mu do gardła, gdy stanęli nad nim w półokręgu. Jeden miał opuchnięty czerwony nos, jaki widuje się u pijaków. Drugi był łysy jak czubek buta i obok nogi trzymał długi kij. Trzeci miał nierówną brodę i brązowe zęby. Paskudna kompania, a Sand podejrzewał, że mieli co do niego równie paskudne plany. Ten, który stał z przodu, wyszczerzył się w uśmiechu. Drań o wrednym wyglądzie i szczurzej twarzy.
- Co dla nas masz?
- Chciałbym mieć coś wartego zabrania. Ale nie mam, więc możecie odejść swoją drogą.
Szczurza Twarz zmarszczył brwi i popatrzył na swojego łysego towarzysza, rozdrażniony tym, że mogą odejść z pustymi rękami.
- No to oddawaj buty.
- Prędzej zerżnę twoją matkę. – odburknął Jezal, niemal natychmiast żałując swych słów.
- Buty, zanim cię skopię dla zabawy.
- Pierdol się. - mruknął Sand, a popioły zniechęcenia w jego krtani nagle krwawo zapłonęły. Dręczyło go, że upadł tak nisko. Dranie wcale nie potrzebowali jego butów, po prostu chcieli poczuć się silni. Jednakże byłby głupcem, gdyby próbował walczyć sam przeciwko czterem, i to bez broni. Byłby także głupcem, gdyby dał się zabić za kawałek starej skóry.
Kucnął i zaczął ściągać buty, mamrocząc coś pod nosem. Nagle Czerwony Nos zgiął się wpół i głośno westchnął, gdy Jezal zdzielił go kolanem prosto w jaja. Zaskoczył nie tylko ich, ale i siebie. Najwyraźniej jego duma nie zniosłaby chodzenia na bosaka. Uderzył Szczurzą Twarz w podbródek, chwycił go za przód płaszcza i rzucił na jednego z towarzyszy, tak że obaj runęli na ziemię, wrzeszcząc jak koty podczas ulewy. Uchylił się przed kijem łysego i odbił cios ramieniem. Mężczyzna minął go chwiejnym krokiem, tracąc równowagę i szeroko otwierając usta. Jezal trafił go pięścią prosto w zwisający podbródek, z trzaskiem odrzucając jego głowę do tyłu, po czym wykopnął spod niego nogi, przy wtórze jęku posyłając go na ziemię, a następnie na niego skoczył.
Uderzył go pięścią w twarz - dwa, trzy, cztery razy - zmieniając ją w miazgę, zachlapując krwią rękaw swojego jasnego płaszcza.
Odsunął się, zostawiając Łysola w rynsztoku, plującego zębami. Czerwony Nos nadal jęczał skulony, trzymając dłonie między nogami. Jednak pozostała dwójka wyjęła noże; zalśnił ostry metal. Jezal przykucnął z zaciśniętymi pięściami, ciężko oddychając i wodząc wzrokiem po przeciwnikach, a jego gniew szybko słabł. Powinien był oddać buty. Pewnie i tak za krótką, bolesną chwilę ściągną je z jego zimnych, martwych stóp. Przeklęta duma, tylko człowiekowi szkodzi.
Szczurza Twarz otarł krew spod nosa.
- Już nie żyjesz, ty bękarci jebańcu! Już jesteś... - Nagle jedna noga wysunęła się spod niego i upadł z wrzaskiem, gubiąc nóż.
Ktoś wyszedł z cienia za jego plecami. Wysoka zakapturzona postać. W prawej dłoni swobodnie trzymała miecz o długim, zakrzywionym ostrzu, które odbijało słabe światło, błyskając morderczo. Ostatni ze złodziei butów, który jeszcze stał o własnych siłach, ten z gównianymi zębami, popatrzył na ostrze oczyma wielkimi jak u krowy, zdając sobie sprawę, że jego nóż wygląda przy nim jak nędzna zabawka.
- Lepiej uciekaj.
Zaskoczony Jezal zmarszczył brwi, nie mając jednak czasu na wyrażenie zdziwienia - Brązowym Zębom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Odwrócił się i puścił biegiem w głąb uliczki.
- Moja noga! - wrzeszczał Szczurza Twarz, trzymając się kurczowo pod kolanem zakrwawioną dłonią. - Kurwa, moja noga!
- Przestań marudzić, albo przetnę drugą.
Łysol leżał i nic nie mówił. Czerwony Nos wreszcie dźwignął się na kolana, głośno jęcząc.
- Chcesz moich butów? – Jezal zbliżył się o krok i ponownie kopnął go w jaja, a następnie podniósł nogę i przygniótł podeszwą nalaną twarz. - Tutaj masz jeden, draniu! - czując szum krwi w głowie, zastanawiał się, jak to możliwe, że wyszedł z tego cało, bez ostrza w brzuchu.
I wcale nie był pewien, czy tak pozostanie.
- Czego chcesz, Martell? – warknął Sand, ze wściekłością pocierając nadgarstek.
- Niczego, co sprawiłoby Ci kłopot. – pod naciągniętym na twarz kapturem dostrzegł kącik uśmiechniętych ust. – Mam dla Ciebie pracę.

***

Już dawno zauważyłem, że wielu mężczyznom sprawia radość niszczenie wszystkiego, co napotkają. Im większego wysiłku będzie wymagało naprawienie uszkodzonej rzeczy, tym większa satysfakcja.
Skąd ta potrzeba destrukcji?
Nie lepiej coś budować? Pozostawić po sobie chlubny ślad? Przyczynić się do wzrostu potęgi rodu, krainy, królestwa?
Edric skinął obojętnie głową, najwyraźniej nie słuchając mego wywodu od chwili, w której tylko go zacząłem. Przez tyle lat mogłem, ba! Powinienem przywyknąć do zachowania Księcia, lecz jego zimna obojętność za każdym razem przyprawiała mnie o mdłości. Aż ciężko było sobie wyobrazić, że wraz z tym człowiekiem spędzałem czas w Wodnych Ogrodach, uczyłem jego młodsze rodzeństwo pływać, poświęcałem własne psy, pieczołowicie tresowane w Słonecznej Włóczni, by pilnowały małych książąt…
… a później z zimną krwią wykonywałem wszystkie rozkazy padające z ust Edrica Martella.
Lata służby jako ponura, dławiąca ręka czynu w końcu zaowocowały awansem, dzięki któremu świeżo upieczony Książę Dorne mianował mnie na równie świeżego Egzekutora Dorne.
Nadęty tytuł brzmiał szlachetnie.
I na tym kończyło się szlachectwo mej pracy… aż po dziś.
Ale czyż się nie przyłożyłem, matko?


Ekwipunek


- półtorak w inkrustowanej pochwie, zawieszony u pasa z garbowanej skóry cielęcia,
- zbroja skórzana umacniana żelazem wtłoczonym w napierśnik, naramienniki oraz nagolenniki,
- dwa krótkie sztylety - jeden zatknięty za pas, drugi zaś ukryty w cholewie prawego buta,
- krótka włócznia, przytroczona zwykle do skórzanego siodła,
- ostrze kukri z wcięciem w podstawie przy rękojeści,
- piaskowy rumak zwany zacnie Bękartem,
- pergamin, atrament oraz łabędzie pióro,
- sakiewka z kilkoma srebrnymi jeleniami oraz brązowymi gwiazdami,
- święta liczba siedmiu psów, które - jakże oryginalnie - imiona zawdzięczają Siedmiu Bogom; dla jednych herezja, dla innych... Ojciec, Matka, Wojownik, Dziewica, Kowal, Starucha i Nieznajomy.

acidbrain

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Jezal Sand   Nie Kwi 19, 2015 12:03 am

... po prostu wow! Akceptuję!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Jezal Sand

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Spis ludności :: Kobiety i Mężczyźni-