a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Droga na południe



 

 Droga na południe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Droga na południe   Sob Paź 04, 2014 11:23 am

Trakt wiodący ku Horn Hill, siedzibie rodu Tarly.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga na południe   Sob Paź 04, 2014 12:34 pm

Rozmawiałem z nim nie dalej, niż kilka dni przed śmiercią, pomyślał gorzko Theodore Tyrell, pierworodny syn pierwszego brata lorda Wysogrodu. Spiął gniadego wałacha, którego dosiadał już od przeszło kilku godzin, podróżując traktem do Horn Hill. Słońce wisiało wysoko nad horyzontem, a proste smugi jego światła spadały na ziemię z całą swą mocą gorąca. Mężczyzna dłonią otarł spocone czoło, czując, że zaraz się udusi w ciemnozielonym wamsie. Im dalej na południe, tym powietrze stawało się gęstsze, a przy tym cięższe, a przez to nawet samo oddychanie stawało się męczące. A droga wiodąca ku Horn Hill była wciąż daleka – zmuszeni byli obrać inszy trakt, niźli zazwyczaj, ze względu na szalejące przez ostatnie tygodnie pożary. Ogień trawił zarówno lasy, jak i pola, na którym dojrzewało zboże, umniejszając tym samym zapasy mieszkańców Siedmiu Królestw na nadchodzącą zimę. Co do tego bowiem, iż ona nadchodziła – nikt nie miał już wątpliwości. Z północy nadciągały wieści o wielodniowych deszczach i żółkniejących liściach, coraz chłodniejszych nocach.
-Oddałbym królestwo za trochę deszczu. Oczywiście, gdybym je miał. – rzucił od niechcenia Tyrell w stronę rycerza jadącego tuż obok.
-Gdybym tylko ja miał królestwo, albo chociaż trochę złota, nie wychodziłbym z burdelu.– odburknął Richie, mężczyzna, który dawno przekroczył już trzydziesty dzień imienia, a czas niestety nie obchodził się z nim zbyt łaskawie. Wysokie czoło szpeciły mu plamy, włosy o barwie błota wypadały mu w zastraszającym tempie i z tegoż to powodu straszył lśniącą łysiną na czubku głowy. Guziki wamsu niemal nie pękły od napierającego brzuszyska, starannie pielęgnowanego każdego wieczoru dorzeczańskim ale.
-W takiej sytuacji byłbym skłonny nawet kurwom współczuć. – zakpił Theodore, mocniej wpijając pięty w boki konia, by ten szybciej przebierał pęcinami.
Czas mijał nieubłaganie, słońce zaś nieśpiesznie, niemal sobie kpiąc z podróżujących przesuwało się po nieboskłonie, jakby wcale nie chcąc zajść tego parnego dnia. Minęła cała wieczność, nim świat przybrał ciepłych barw, a złota tarcza zniknęła za linią horyzontu. Nocne powietrze nie przyniosło jednak oczekiwanej ulgi – wciąż było duszno i gęsto, a jeden z kompanów zasugerował, że być może pomylili trakty i znaleźli się zbyt blisko Dorne.
Nie bądź idiotą, tyle usłyszał i został wysłany do znalezienia chrustu.
Obóz rozbito, zaś wracającą z pól z ojcem dziewkę zatrzymano i wychędożono, już bez ojca rzecz jasna. Jemu w ramach rekompensaty podarowano kilka sztuk złota, Reach było wszak sercem rycerskich cnót wszelakich – inaczej postąpić nie wypadało.
Noc minęła, wartownicy zaś nie dostrzegli niczego niepokojącego prócz strużki dymu unoszącego się nad koronami drzew w oddali.
Nastawał różowy świt, młodego bratanka lorda Wysogrodu zaś zbudził śpiew słowika, który przysiadł na gałęzi tuż nad jego głową, lecz ponieważ życie nigdy nie przypomina romantycznej baśni – ku niezadowoleniu Tyrella, ptaszysko nasrało mu na głowę, gdy ten ledwie otworzył oczy. Mamrocząc pod nosem wyjątkowo nieprzyjemne przekleństwa, zaadresowane do skrzydlatego (nie)przyjaciela, Theo podniósł się z trudem i przeciągnął, nabierając ochoty na pieczonego słowika na śniadanie. Jego kamraci pogrążeni byli jeszcze w słodkim śnie. Richie chrapał pod nosem, a strużka śliny spływała po obwisłym policzku. Ser Melvin drapał się przez sen po tyłku, zaś jego szesnastoletni syn trzymał dłoń w portkach. Theodore pokręcił głową z zniesmaczeniem, zapuszczając się w gęstwinę drzew, by odnaleźć odpowiednie miejsce do użyźnienia gleby własną uryną. I gdy tylko oddał się ten niezwykle ważnej fizjologicznej potrzebie zmęczone oko dostrzegło… jelenia? Potężnego dwunastaka, pasącego się nieopodal. Tyrell schował kuśkę i wycofał się najciszej jak tylko potrafił – nie mógł stracić takiej okazji. Od lat dziecięcych tkwiło weń wszak zamiłowanie do polowań, które było powszechnie lubianą, dworską rozrywką. Czym prędzej odwiązał wodze swego wierzchowca i chwyciwszy kołczan strzał oraz łuk ser Melvina, dosiadł wałacha, ruszając pomiędzy drzewa, za nim zaś w ślad ruszył jego giermek, Lancel, wywodzący się z rodu Grimm.
Jeleń, wietrząc zagrożenie – spróbował ucieczki, lecz Tyrell siedział mu na ogonie. Las nie był gęsty, pogoń nie stanowiła więc dlań problemu. Spinał konia, chcąc znaleźć się jak najbliżej ofiary. Tylko to wypełniało jego umysł, przytłumiając wszystko inne. Śmierć Lorenta, konieczność rozmów z lordem Tarlym, wychędożona poprzedniego wieczoru dziewka – wszystko to odeszło w zapomnienie. Nie wiedział ile czasu upłynęło, może kilkanaście minut, może kilkadziesiąt. I gdy już myślał, że jest wystarczająco blisko, gdy huk wiatru w uszach przytłumiał wszystko inne… jeleń zatrzymał się i zawrócił w panice, przerażony gorącym powietrzem i trzaskiem płonących gałęzi. Znikąd wyłoniła się ściana ognia, pożar trawił tę część lasu, rozprzestrzeniając się coraz szybciej i szybciej. Theodore znalazł się niemal w zamkniętym kręgu ognia, a panika wypełniła jego żyły, przytłumiając zdolność racjonalnego myślenia.
-Tutaj panie, tutaj! – krzyczał Lancel, wciąż poza zasięgiem ognia, wskazując na jedyną drogę wyjścia, lecz gdy Tyrell zawrócił konia – zwierzę w przerażeniu odmówiło przedostania się przez ową wąską szparę.
Wierzchowiec stanął dęba, rżąc przeraźliwe, pełne strachu, zrzucając tym samym ze swego grzbietu jeźdźca. Drzewa i krzewy natychmiast zajmowały się ogniem, wysuszone przez długotrwałą suszę i rekordowe temperatury. Krąg ognia zawężał się bezlitośnie i zamykał, Theodore chwycił się swej ostatniej szansy na ucieczkę, próbując przeskoczyć i uciekać na własnych nogach, lecz gdy tylko wziął rozbieg, a jego stopy oderwały się od ziemi… nogawka spodni zajęła się ogniem, który natychmiast rozpoczął wędrówkę ku wyższym partiom zarówno odzienia, jak i… ciała
Nozdrza młodego Lancela wypełnił swąd palonego ciała.
Theodore Tyrell płonął żywcem na jego oczach, wrzeszcząc ile tylko miał sił w płucach i błagając o pomoc, lecz w pobliżu nie było strumienia. A młody Grimm, w ostatnim odruchu samozachowawczym… zawrócił i jął uciekać, pozostawiając rycerza na pewną śmierć. Pełen wyrzutów sumienia, ale i nadziei na uratowanie swego nędznego życia, popędził ku obozowi, gdzie pragnął wezwać pomoc. Mężczyźni jednak, dowiedziawszy się o szalejącym pożarze – miast ruszyć na pomoc swemu przywódcy (co byłoby z całą pewnością samobójstwem), ratowali się ucieczką ku rzece.
Dwa dni później, gdy ogień strawił wszystko, co tylko mógł, a ziemię ścielił jedynie popiół… Lancel Grimm odnalazł po rycerzu, któremu służył jedynie sztylet przy spopielonych zwłokach.[/i][/i]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Droga na południe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Droga do Hogsmeade
» Droga obok lasu
» Droga Królewska
» Droga z Magnolii do Shirotsume
» Główna droga

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Reach-