a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Yronwood



 

 Yronwood

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
465
Join date :
23/03/2013

PisanieTemat: Yronwood   Pią Kwi 26, 2013 8:24 pm

*
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Yronwood   Sro Lis 06, 2013 10:41 pm

- Ruszać tyłki! Ludzie na konie, przygotować broń, stawiać chorągwie! - krzyczał syn Lorda, jeżdżąc na swoim karym koniu dookoła wojsk. Oczywiście jego pomniejsi dowódcy przekazywali rozkazy dalej, jednak taka masa ludzi potrzebuje dużo czasu na zebranie się w kompletne formacje. Jeśli mają wyruszać w drogę, to najlepiej, żeby byli świadomi tego, co ma ich czekać na miejscu. Sam Ingvar ruszył teraz na pobliskie wzgórze, aby objąć swoim wzrokiem część armii. Kilka tysięcy jego ludzi już wyruszyło, kolejne tysiące aż rwą się do walki. Syn lorda aż uśmiechnął się na samą myśl o walce. Jeszcze nigdy nie miał okazji brać udziału w tak wielkim przedsięwzięciu, jednak teraz pokażę co potrafi. Pozostaje żywić nadzieje, że nie będzie to jego ostatnia potyczka w życiu, chociaż znając jego temperament i chęć walki do końca, ciężko będzie to obstawić.
Kary koń zbiegł ze wzgórza i ruszył w stronę bram zamku. Opasany teraz w żółtą chustę z herbem Yronwoodów nie pozostawiał złudzeń kto na nim jeździ. Czarnowłosy ruszył w kierunku sal jego domu, aby spotkać się z ojcem jeszcze przed wyruszeniem. Kiedy tylko go dojrzał, natychmiast zdjął z głowy hełm i zgiął się w pas.
- Nie zawiodę Cię, ojcze. Pokonam przeciwności, jakie stawia przede mną los i wrócę w chwale. - zapewnił Lorda, a ten tylko poklepał go po ramieniu. Może i to chłodne pożegnanie swojego najstarszego syna, który miał przejąć po nim cąły ród, jednak im to wystarczyło. Znali się tyle lat, a przy tym rak dobrze, że nie potrzebowali całego zestawu słów, żeby się ze sobą porozumieć
Ponownie znalazł się na dziedzińcu, a jego ludzie potwierdzili gotowość armii. Ingvar zaczął powoli przechodzić się wzdłuż szeregu, prowadząc za sobą konia i uważnie obserwując swoich wojaków. Bądź, co bądź, będą razem tracili i zabierali życia w boju, więc w tym momencie traktował ich na równi z sobą. Kiedy tylko dotarł na sam środek szeregów, wszedł na swego konia i założył hełm.
- Dzisiaj... Dzisiaj wyruszamy w bój! Odłóżcie na bok troski, zmartwienia i więzy. Przez najbliższe dni nie jesteście mężami, ojcami i synami tak, jak ja nie jestem synem Lorda. Wszyscy jesteśmy wojownikami. Armią Yronwood! Obrońcami Kamiennej Drogi! Pokażmy, że nie jesteśmy gorsi od naszych przodków. Wyprawimy wielką ucztę! Przy naszej pomocy Słońce spali ciała wrogów, kruki zjedzą ich mięso, a szakale zabiorą kości. A my... My będziemy na to patrzyli z uśmiechem na ustach! - wykrzyczał w stronę swoich żołnierzy, aby dać im znać, że jest razem z nimi, że są braćmi, że ich nie opuści. Zaraz po tym padła komenda do wymarszu i kolumna wojsk składających się z półtora tysiąca ludzi ruszyła przed siebie. Przed nimi kilka dni drogi, jednak pozostaje mieć nadzieję, że przybędą na czas. Jeśli nie, to zostaną zgubieni, bo Ingvar w żadnym wypadku nie ma zamiaru zawracać, gdy już osiągnie cel. Dopadną ich nieprzygotowanych, zaskoczonych, a następnie zgniotą pod kopytami koni, butami żołnierzy i razami mieczów. Nie uchroni się NIKT!

z/t
Powrót do góry Go down

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Yronwood   Pon Lis 02, 2015 3:14 am

Schyłek 263 roku po Lądowaniu Aegona Zdobywcy



Wstrzymała oddech. Strzała ze świstem przebiła powietrze. Opuściła łuk, przez krótką chwilę spoglądając w kierunku ćwiczebnej kukły. Sięgnęła po kolejną, leżącą na ziemi strzałę i ostrożnie osadziła ją na cięciwie, którą chwyciła dwoma palcami. Naciągnęła ją i uniosła łuk. Delikatny zarys napiętych mięśni odciął się na tle muśniętej słońcem skóry odkrytych ramion. Zastanawiała się czasem, czy gdyby miast kukły, stała przed nią żywa osoba, byłaby w stanie oddać strzał z podobną precyzją i spokojem.



~~~
Napij się – Fayruzi spojrzała niepewnie na kielich. Uniosła wzrok, by spojrzeć na Jeyne. Wbrew jej prośbie, nie siegnęła po kielich i nie napiła się. Milczała.
Pij – Yronwoodówna nie odwzajemniła spojrzenia. Nie patrzyła nawet na nią, więcej uwagi poświęcając w tym momencie trzymanemu w dłoni listowi.
Gdy jednak czarnooka służąca zignorowała jej polecenie po raz drugi, uniosła nieśpiesznie wzrok. Jasna brew powędrowała ku górze.
Powiedziałam pij. Ashraf ma ci pomóc? – Uniosła lekko podbródek, wymownie wskazując na stojącego przy drzwiach Ghazaliego.
Amra’a… –  Głos ugrzązł w gardle Volantijki.
To bardzo niemądre próbować otruć kogoś, kogo samemu uczyło się korzystać z trucizn – Przekręciła trzymany w dłoni list. Przekręciła głowę. Wreszcie zbliżyła papier do płomienia świecy. – Wybacz…
Płonący list ułożyła w mosiężnym naczyniu.
Zbyt wiele razem przeżyłyśmy, bym zmuszała cię do czegokolwiek siłą. Masz wybór. Wypijesz to… – Nonszalanckim, niedbałym ruchem wskazała kielich. – …albo zajmie się tobą Perth. Wiesz dobrze, że każdy kat ma swoje ulubione metody i miejsca, na których się koncentruje. Niektórzy lubią stopy, niektórzy palce, jeszcze inni przymioty płci. Perth lubi oczy.
~~~




Kolejna strzała pomknęła w kierunku kukły. Opuściła łuk.
Oczywiście, że byłaby w stanie. Niektórzy sądzili, iż łuki, kusze i trucizny to broń słabych oraz kobiet. Tchórzów, którzy nie potrafili spoglądać w oczy swej ofiary.
Jeyne sięgnęła po kolejną strzałę.
To nieprawda. Nawet tchórz potrafił spoglądać w oczy swej ofiary. Być może przede wszystkim tchórz... Ona spoglądała w oczy Fayruzi do samego końca. Patrzyła w nie nawet wtedy, gdy Perth zaczął obsypywać je solą, sprawiając, iż zaszły krwią. Wzdrygnęła się. Samo wspomnienie przyprawiało ją wciąż o mdłości. Otarła spocony wierzch dłoni o materiał sukni.
Mimo próby zapanowania nad własnym oddechem, spartaczyła kolejny strzał. Strzała pomknęła w kierunku bezkresu malującego się za ogromnym balkonem.
Wszędzie cię szukają, pani.
Z początku nie zwróciła uwagi na to, iż na balkonie pojawiła się jej nowa służąca. Nie zdążyła się do niej jeszcze przyzwyczaić, choć w duchu obiecała już sobie, że tym razem nie pozwoli na jakąkolwiek zażyłość. Uderzy ją, zwymyśla... Odprawi przy pierwszej, lepszej okazji.
Nieśpiesznie obróciła się w kierunku dziewczyny. Nie odpowiedziała.
Miałam cię znaleźć, pani. Powiedzieć, że książę Martell przybędzie lada chwila. Powinnaś... pani... – Słowa z trudem opuszczały gardło dziewczyny. Ku niezadowoleniu Yronwoodówny, dziewka bała się jej, wiedząc o tym, co przytrafiło się jej poprzedniczce.
Powinnam zająć się twoim strojem i włosami – Poprawiła się szybko.
Jeyne poczuła nagłe ukłucie niepokoju, starała się jednak zachować dumną, niewzruszoną postawę. Jak gdyby nigdy nic, ruszyła w kierunku kamiennej balustrady.
Może powinnam przyjąć go stąd. Jak myślisz? – Przysiadła na krawędzi i uniosła łuk tak, jakby szykowała się do oddania strzału. – Mam stąd bardzo dobry widok na dziedziniec. Gdybym się postarała...
Obejrzała się przez ramię. Ciemnoskóra służąca pobladła wyraźnie, wpatrując się w swą panią z przerażeniem czającym się w ciemnych, pospolitych oczach. Choć jeszcze moment temu żart i próba wpędzenia biednej dziewki w zakłopotanie wydawały jej się zabawne, szybko zmieniła zdanie.
Och, nie musisz odpowiadać. – Rzekła, ruszając w kierunku wnętrza swej komnaty.


***


Choć z jakiegoś powodu nie poruszano tego tematu zbyt często, list Lorda Słonecznej Włóczni wywołał w Yronwood niemałe poruszenie. Wydawało się, iż Starfall upadło ledwie wczoraj. A skoro tylko książę Martell poradził sobie ze zdrajcami z rodu Dayne, przypomniał sobie o niepokornych Yronwoodach. I choć zapowiedział, że przybędzie osobiście, gdyż pragnie zadbać o zacieśnianie więzi między ich domami, dziedziczka Yronwoodów twierdziła dość uparcie, iż pewnie przywiezie im do siedziby jednego ze swych młodszych braci, by go sprzedać jej Panu Ojcu, tak jak sprzedał już wcześniej swą siostrę pijakowi Maegorowi.
Dlaczego więc służąca z taką zapalczywością starała się rozczesać poskręcane, jasne loki? Dlaczego oprócz niej, w komnacie znajdowała się jeszcze jedna dziewka, która nacierała jej nagie ciało rozgrzewającym olejkiem? Być może sama Jeyne udawała, iż w żadnym wypadku nie zna odpowiedzi na to pytanie. Miała już jednak dwadzieścia dwa lata. Jej narzeczony, pochodzący z rodu Blackmontów, Rodrik zginął, wspierając dom  Martell w ich wojence z Burzą.
Nie była tak urokliwa i promienna, jak Ivory, nie była tak rozkosznie głupia i szczebiotliwa, jak kuzynka Mewa, nie była też tak piękna, jak kobiety Targaryenów. Mówiono jej czasem, że jest mądra, podejrzewała jednak, iż twierdzą tak, gdyż na tle jej sióstr, nawet zwyczajny koniuszy błyszczał czasem niczym diament. Mówiono jej też, że ma piękne oczy. Łatwiej jednak komplementować czyjeś oczy, gdy do docenienia nie pozostawało nic innego.
Była jednak dziedziczką strzegących drogi Yronwoodów i sam ten fakt sprawiał, iż stawała się kimś pożądanym. Czymś pożądanym.


***


Mimo że służące uczyniły wszystko, co w ich mocy, by sprawić, że dziedziczka wyglądać będzie przyjemnie dla oka, ostateczny efekt psuła nienaturalnie pobladła twarz i kwaśna, nieprzyjemna mina. Próbowano obwiesić ją złotem i odsłonić odrobinę ciała, lecz ostatecznie zgodziła się jedynie na dość luźną, prostą suknię z szyfonów i myrijskich koronek. Największą głupotą ze strony tych naiwnych kwok było sądzić, iż Yronwoodówna pragnęła zrobić na kimkolwiek dobre pierwsze wrażenie. Miała przecież tylko jedną szansę, by je zniszczyć - dlaczego miałaby z niej nie skorzystać? Wiedziała, że choć Ashraf Ghazali nazywał ją Promykiem z Yronwood większość tych, z którymi miała do czynienia używała zgoła innych i mniej pochlebnych przydomków, zaś "wrzód na szanownej dupie biednego wuja Yestena" pióra kuzyna Allyriona był chyba jednym z łagodniejszych.
Gdy w Yronwood znaleźli się wysłani przodem zbrojni Martella, Jeyne poczuła, jak opuszcza ją towarzyszące jej dotąd szczęście, sprawiające, iż unikała  spotkania Księcia Dorne. Była wielką nieobecną wszystkich wesel, turniejów, procesów i uroczystości, zaś Edric Martell był tylko niewyraźnym wspomnieniem smagłego, starszego chłopca, którego widziała kiedyś - a przynajmniej tak jej się wydawało - w Wodnych Ogrodach.
Reszta... reszta to były plotki. Zasłyszany bełkot sióstr, doprawiony jej własną fantazją i upodobaniem do tego, by sądzić o innych jak najgorzej. Martell był kimś godnym najwyższej pogardy ze względu na to, iż był Martellem. Nie potrzebowała innych powodów, by poczuć nienawiść, jeszcze zanim orszak księcia pojawił się na ich ziemiach.


***


Yesten Yronwood był jednak o wiele bardziej pragmatyczny. Wraz ze swymi córkami postanowił okazać Lordowi Słonecznej Włóczni należny mu szacunek, witając go już na dziedzińcu. Przyjrzał się swoim córkom, najwięcej uwagi poświęcając tej najwyższej, najstarszej, stojącej po jego prawicy.
Być może pomylił się, być może źle odczytał z listu intencję Martella. Rachunek zysków i strat był jednak łatwy do obliczenia. W gruncie rzeczy, polityka była grą o dość prostych zasadach. Przegrywali zwykle ci, którzy zbyt mocno je komplikowali. Zawodził zwykle... czynnik ludzki.
Książę – Skłonił się z szacunkiem. Natychmiast po nim uczyniły to jego córki. Wszystkie, prócz jednej, która ociągała się przez ledwie dostrzegalny ułamek chwili, podczas którego przyjrzała się "Niezachwianemu, Nieugiętemu i Niezłomnemu". – Rad jestem widzieć cię w dobrym zdrowiu. Ucieszył mnie twój list.
Znasz moje córki – Lekko odsunął się na bok, by zaprezentować Martellowi owoce swego związku z nieżyjącą już Cassellą.
— Książę. – Trel niewieścich głosów skażony został podszytym brakiem przekonania fałszem jednej z chórzystek. Jak mówił Lord Yronwood... zawodził zwykle "czynnik ludzki". W tym przypadku, Czynnik posiadał wyjątkowo chłodne, staloweniebieskie oczy i odziedziczone po matce, blade, ściśnięte w wąską kreskę usta.
Słońce zalało żarem przepastny, upstrzony gdzieniegdzie zielenią plac. Przybyły wraz z nadchodzącym wieczorem cień pokrywał coraz większe połacie piaskowej barwy ścian. Zupełnie, jak rozrastająca się plama atramentu. Za jeźdźcami zamknęła się ciężka, okratowana brama. Powietrze parowało i drgało od gorąca, tworząc w oddali zniekształcone miraże. Jeyne Yronwood żałowała w duchu, iż Edric Martell znajduje się aż nazbyt blisko, by mogła z pełnym przekonaniem uznać go za jeden z nich.
To była z całą pewnością nienawiść od pierwszego wejrzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Yronwood   Nie Lis 15, 2015 10:48 pm

- Gdzie moje ubranie?!
Niewiele brakowało, by wywrócił oczami – od irytującej naleciałości uratował go wyłącznie akt dobrej woli i wciąż piekący w gardle, pustynny piach, który skutecznie ograniczał sarkastyczne pole działania.
- Wiem, że to bardzo niewygodne, ale ubranie może skrywać różne rzeczy – uniósł kąciki ust w doskonałej parodii sympatycznego uśmiechu. - Pozostaw człowiekowi jego odzienie, a tym samym pozostawisz mu jego dumę, godność i wszystko to, czego lepiej tu nie posiadać – bukłak z winem został podniesiony, ale nigdy nie dotarł do ust – Martell opuścił powoli skórzaną manierkę, po czym zamarł i rzucił oschłe:
- Pamiętasz Salima Hornlanda?
- Kogo?
- Salima Hornlanda. Jednego z twoich ludzi. Kupca bławatnego. Przyłapaliśmy go na unikaniu królewskich podatków. Złożył wyznanie, wymienił kilku ludzi. Chciałem z nimi porozmawiać, ale… cóż, wszyscy zginęli.
Kupiec rzucał niespokojne spojrzenia w lewo i prawo.
Zastanawia się nad możliwościami, starając się odgadnąć, co wiemy.
- Ludzie umierają cały czas – odparł ostrożnie więzień.
Edric wlepił wzrok w rdzawą, wyblakłą plamę krwi rozpryśniętą na ścianie bez jakiegokolwiek przejawu logiki.
Ludzie umierają cały czas.
- Oczywiście, ale nie tak gwałtownie. Mam wrażenie, że ktoś życzył sobie ich śmierci, że ktoś rozkazał ich zabić. Mam wrażenie, że to byłeś ty.
Słowa nie zdołały przebrzmieć w suchej, pustynnej duchocie lochu, a Martell już wiedział, jak zabrzmią kolejne słowa więźnia.
- Nie masz żadnego dowodu! Żadnego!
- Dowody nic nie znaczą, Rews, ale pomogę ci – Książę odstawił bukłak na popękaną posadzkę. - Tak się składa, że jest tutaj, w głębi twierdzy; siedzi pozbawiony przyjaciół, bełkocze i wymienia wszystkie nazwiska, jakie mu tylko przyjdą do głowy… albo nam przyjdą do głowy, jeśli już o tym mowa.
Zmrużone oczy, ale brak odpowiedzi.
- Posłużyliśmy się nim, by schwytać Capriego.
- Capriego? - spytał więzień, siląc się na nonszalancję.
- Z pewnością pamiętasz waszego zabójcę? Nieco tęgiego Lyseńczyka? Blizny po ospie? Dużo przeklina? Jego także mamy. Opowiedział nam całą historię. Jak go nająłeś, ile mu zapłaciłeś, o co go prosiłeś. Całą historię. – Edric ujął w palce drętwiejący nadgarstek i trzema, czterema, pięcioma szybkimi ruchami rozmasował pulsujące źródło bólu. - Ma doskonałą pamięć jak na zabójcę. Bardzo szczegółową.
Można było teraz dostrzec strach, zaledwie jego cień, ale Rews potrafił się opanować.
- To oszczerstwo pod adresem mojej gildii! - zawołał, starając się wykrzesać z siebie tyle przekonania, ile mógł, nagi i przywiązany do krzesła. - Mój mistrz nigdy na to nie pozwoli, a jest bliskim przyjacielem samego króla!
- Srać na króla, jest skończony. Poza tym twój mistrz sądzi, że płyniesz sobie bezpiecznie na statku zmierzającym do Lannisportu i jesteś poza naszym zasięgiem. Nikt chyba nie będzie za tobą tęsknił przez kilka tygodni. - Edric dostrzegł, że twarz kupca obwisła nagle. - Wiele może się wydarzyć w tym czasie... bardzo wiele.
Rews przesunął szybko językiem po wargach. Spojrzał ukradkiem na głucho zatrzaśnięte, dębowe drzwi.
A więc zbliża się chwila targów.
- Książę - odezwał się kupiec pochlebczym tonem. - Jeśli czegoś się w życiu nauczyłem, to tego, że każdy czegoś chce. Każdy ma swoją cenę, tak? A my mamy bardzo głębokie kieszenie. Musisz tylko to wymienić. Tylko wymienić! Czego chcesz?
- Czego chcę? - spytał cicho Martell, nachylając się konspiracyjnie w stronę kupca.
- Tak. Czego pragniesz? Czego żądasz?
Rews uśmiechał się teraz, był to przebiegły, przemądrzały uśmieszek.
Jakie to urocze, ale nie wykupisz się w ten sposób.
- Chcę odzyskać córkę.
Uśmiech na twarzy więźnia zaczął przygasać.
- Chcę odzyskać kilkudziesięciu ludzi, którzy polegli w Starfall.
Rews przełknął głośno gorzką, gorzką i przesyconą smakiem porażki ślinę.
- Chcę odzyskać dawne życie.
Więzień pobladł.
- Nie? Wobec tego zadowolę się twoją głową zatkniętą na kiju. Nie masz nic innego, czego bym chciał, bez względu na głębokość waszych kieszeni.
Koniec przechwałek? Koniec targów? Możemy więc zaczynać. Edric wziął ze stołu leżący przed nim papier i przeczytał pierwsze pytanie:
- Jak się nazywasz?
- Proszę posłuchać, Książę, ja...
Martell walnął pięścią w stół i Rews skulił się na swoim krześle.
- Odpowiedz na pieprzone pytanie!
- Gofred Rews - pisnął kupiec.
- Dobrze. Jesteś starszym członkiem gildii kupców bławatnych?
- Tak, tak!
- Na dobrą sprawę jednym z zastępców magistra Kaulta?
- Wiesz, że tak!
- Czy konspirowałeś z innymi kupcami w celu zawyżenia cen transportu lądowego do Dorne? Czy nająłeś zabójcę, by zamordował umyślnie dziesięciu spośród obecnych w stolicy dornijskich kupców? Czy kazał ci tak postąpić magister Kault, stojący na czele gildii kupców bławatnych?
- Nie! - wrzasnął Rews głosem piskliwym z przerażenia i paniki.
To nie jest odpowiedź, jakiej potrzebujemy.
- Wiesz, mój przyjaciel hoduje psy – Edric wypuścił cicho powietrze z płuc i kucnął naprzeciwko wijącego się jak piskorz więźnia. - Kocha je i uczy różnych sztuczek. - Martell z namysłem przesunął opuszkiem palca po dolnej wardze. - Wiesz, jak się szkoli psy?
Rews nie mógł złapać tchu; kiwał się na krześle z załzawionymi oczami, wciąż niezdolny do mówienia.
Jak ryba wyciągnięta nagle z wody. Usta otwierają się i zamykają, ale nie dobywa się z nich żaden dźwięk.
- Powtarzanie – Książę uniósł nieznacznie podbródek, bez trudu wyłapując spojrzenie więźnia. - Powtarzać, powtarzać, powtarzać. Musisz sprawić, by pies sto razy wykonał identycznie tę samą sztuczkę, a potem trzeba zaczynać wszystko od nowa. Rzecz sprowadza się do powtarzania. A jeśli chcesz, żeby ten pies szczekał na rozkaz, nie możesz oszczędzać bata. Zaszczekasz dla mnie, Rews. Zaszczekasz w stolicy.
- Jesteś obłąkany – wydusił w końcu kupiec, przesuwając po swym oprawcy wzrokiem. – Jesteś obłąkany!
Edric błysnął uśmiechem, prostując się energicznie.
- Jeśli chcesz. Jeśli ma to pomóc. - znów spojrzał na papier w swojej dłoni. - Jak się nazywasz?
Więzień przełknął gorzką, przesyconą posmakiem przerażenia ślinę.
- Gofred Rews.
- Jesteś starszym członkiem gildii kupców bławatnych?
- Tak.
- Na dobrą sprawę jednym z zastępców magistra Kaulta?
- Tak!
- Czy konspirowałeś z innymi kupcami w celu zawyżenia cen transportu lądowego do Dorne? Czy nająłeś zabójcę, by zamordował umyślnie dziesięciu spośród obecnych w stolicy dornijskich kupców? Czy kazał ci tak postąpić magister Kault, stojący na czele gildii kupców bławatnych?
Rews rozejrzał się zrozpaczony.
Znikąd pomocy.
- Więc? - spytał cicho Martell.
Kupiec zamknął oczy.
- Tak - zaskowyczał.
- To znaczy?
- Tak!
Edric się uśmiechnął.
- Doskonale. A teraz mi powiedz, jak się nazywasz?

***

O wizycie w Yronwood starał się myśleć w kategoriach przyjemnej odmiany, nie zaś przykrego obowiązku (którym w istocie była). Po zdobyciu Starfall, po nużącym powrocie do Słonecznej Włóczni, po blisko trzech dobach twardego snu we własnym łożu… nadszedł czas dalszego działania.
Ruszać się. Przeć dalej. Dokonywać wyborów, wydawać polecenia, zmieniać się wraz z otaczającym światem. Wpisać się w ten monotonny tryb życia – decyzyjność, konsekwencje, uśmiech, morderstwo, obowiązek. Dbanie o własnych ludzi zwykle wychodziło mu znacznie lepiej niż dbanie o siebie samego – w końcu zimny, obiektywny osąd stanowił przyjemną odmianę w upalnym jak piekło Dorne. Podczas czasu spędzonego na oblężeniu, gra nieco uległa zmianie, wraz z grą zaś zmieniły się jej zasady. Stary porządek zaczął się kruszyć - lojalność, duma, honor. Pojęcia, które dawno wyszły z mody. Co je zastąpiło?
Chciwość.
Kupcy stali się nową siłą w królestwie. Handlarze, straganiarze, kramarze. Mali ludzie o małych umysłach i małych ambicjach. Ludzie, którzy są lojalni tylko wobec siebie samych, których jedynym obowiązkiem jest napełnianie własnej kiesy, których jedynym powodem do dumy jest oszukiwanie konkurentów, których honor jest mierzony jedynie srebrną monetą.
By sprawować nad nimi władzę, należy trzymać rękę na tym, czego potrzebują dla swych drobnych, małostkowych potrzeb.
Drogi. Porty. Szlaki kupieckie.
Bez transportu nie ma handlu. A bez handlu…
… nie ma pieniędzy.
Wydaje się teraz, że czyjkolwiek syn może zdobyć wykształcenie, poświęcić się interesom i zostać bogaczem. Gildie kupieckie: bławatników, handlarzy przyprawami i temu podobnych rosną coraz bardziej w siłę, mają coraz większe wpływy. Nadęci, zarozumiali prostacy z gminu, dyrygujący lepszymi od siebie. Manipulują swymi tłustymi i chciwymi paluchami przy sznurkach władzy i robią to coraz sprawniej.
Kiedy w pokładzie statku jest dziura i jednostka zaczyna nabierać wody, nie próbujesz uratować go przed niechybną katastrofą za pomocą wiadra i pracy ramion. Nie wsiadasz również do szalupy ratunkowej tak, jak pozbawieni wizji tchórze.
Likwidujesz przyczynę, nie skutki.
Zabijasz deskami dziurę.
W tej uproszczonej analogii dziedziczka rodu Yronwood była wszystkim, czego Martell potrzebował do załatania szczeliny. Deskami, młotkiem, gwoźdźmi. Jak zagubiony element układanki, jak brakujące ogniwo łańcucha.
Niestety, nic nie wskazywało na to, by łatwo poddało się działaniom kowala.
- Lordzie Yronwood, twoja gościna jest dla mnie nie mniej radosna – gładkie słowa, niezobowiązujące frazesy, uciekający spod butów kurz wzniecony przez zeskoczenie z siodła: błahe formalności stanowiły nieodłączną część przedstawienia i – jak zwykle w podobnych okolicznościach (choć tych konkretnych nie doznaje się nazbyt często) – były jedynie preludium dla kolejnych scen.
Te zaś wydawały się zupełnie oderwane od znanej Martellowi rzeczywistości: złote światło obmywające mury twierdzy, zalewające jasnymi refleksami dziedziniec, skupiające się w końcu na trzech pobocznych aktorach, pośród których kryła się przecież gwiazda wieczoru. Lekkie, niewymuszone skłonienie głowy wobec lordowskich córek dalekie było od bezmyślnego ugięcia karku – każde uderzenie serca poświęcone tej czynności służyło niespiesznej, chłodnej kalkulacji. Dość niesmaczne, choć nader trafne skojarzenie: potencjalny kupiec oceniający towar. Szukający uszczerbku na pozornie idealnej ceramice. Pęknięcia na gładkiej powierzchni porcelany. Plamki pośród misternie utkanych arrasów. Czegoś, co zbije cenę towaru. Czegoś, co zdradziłoby jego prawdziwą wartość.
- To była długa podróż, Lordzie - słowa już nie brzmią jak puste frazesy – płyną i płyną w rozedrganym, gorącym powietrzu niczym długi, smukły nóż navajo ciśnięty ręką wytrawnego myśliwego. – Nic nie sprawi mi większej przyjemności niż rozmowa przy kielichu wybornego wina, zwłaszcza w obecności równie pięknych kobiet, co twoje córki.
Usta po raz kolejny rozciągnęły się w zaskakująco udanej imitacji uśmiechu – pozorna radość zatrzymywała się jednak na wargach i nie dosięgała ciemnych, nieruchomych tęczówek, które punkt zaczepienia odnalazły w źródle fałszywej nuty.
Jeyne Yronwood.
Jak rozstrojony instrument pośród idealnie współgrającego ansamblu. Jak pęknięta struna.
Przykre - po raz kolejny wszystko sprowadziło się do powtarzania.
W końcu nie tylko psy i kupców da się wytresować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Yronwood   Sro Gru 09, 2015 6:39 pm

~ — Prawdziwa dama powinna umieć ukryć swe prawdziwe intencje i uczucia. Jej orężem ma być gładkie słowo, tarczą perlisty uśmiech. Jeśli nie jest olśniewająco piękna, powinna posiadać przynajmniej przyjemne usposobienie. Urodziwym dodaje ono uroku, szpetne czyni znośnymi. ~

Uśmiech panienki Jeyne nie był z całą pewnością perlisty. Było w nim coś fałszywego i gorzkiego. Jakaś złość zamknięta w przesadnie dojrzałych, stalowoniebieskich oczach. Pretensja namalowana na jej jasnych licach za pomocą zmarszczki w kąciku bladych ust.
Mógł dostrzec, iż gra pozorów nie jest jej najlepszą stroną. Nigdy nie była. Być może przypominała Martellowi psa. Zdziczałego i niepokornego psa, który bezrefleksyjnie i z najwyższą zawziętością ugryzłby rękę, która go karmiła.
Zabawne, do ilu wniosków dochodziło się w przeciągu kilku nerwowych uderzeń serca .Nie miałaby mu tego przecież za złe. Nim jeszcze znalazł się w zasięgu jej wzroku, przez głowę zdążyły przemknąć jej zdecydowanie mniej pochlebne myśli.
Yesten Yronwood skinął głową, dając Księciu Słonecznej Włóczni do zrozumienia, iż nie ma zamiaru przetrzymywać go na dziedzińcu i narażać na niewygodę. Sam podążył za wzrokiem Martella, zaś dojrzałą, pokrytą zmarszczkami i bruzdami twarz rozjaśniło chwilowe poczucie dumy. Jeśli ktoś miałby oceniać jego córki tylko i wyłącznie przez pryzmat ich urody,
sprawy miały się istotnie bardzo dobrze. Niestety jednak, rzadko kiedy rzecz ograniczała się do przymiotów fizycznych. Aranżowane małżeństwa to nie wizyta w zamtuzie. Nie wystarczył błysk w oku i powabne biodra.
— Zaś mi nic nie sprawi większej przyjemności, jak zadośćuczynić twym pragnieniom – Odezwał się Lord Yronwood.
Ciche, z trudem zduszone parsknięcie opuściło usta młodej dziedziczki Yronwood. Uśmiech? Nie, raczej kpiący grymas.
Własny ojciec brzmiący bardziej, jak właściciel burdelu, niźli Strażnik Kamiennej Drogi Szlaku Kości. Paradne! Chcąc jakoś zamaskować swój nagły atak ostentacyjnego niezadowolenia, skryła usta za dłonią i zakasłała kilka razy.
Ruszyli wgłąb posiadłości.

~ — Być dobrze wydaną za mąż, winno być marzeniem każdej, szanującej się młodej damy. Musi ona wiedzieć, iż jej obowiązkiem wobec Domu, jest wspólnie z innymi pracować nad umocnieniem jego pozycji. Mąż z kolei nie musi być młody. Nie musi być przystojny. Ponoć stare, volantijskie przysłowie mówi, iż pan mąż powinien być jedynie odrobinę urodziwszy od małpy. Najważniejsza jest jego pozycja i to, jakie realne korzyści przyniesie obu domom mariaż. ~

Upływająca im w milczeniu droga była idealną okazją do tego, by bezkarnie przyjrzeć się Martellowi. Gdyby kiedykolwiek zdarzyło się jej rozmawiać ze swym rodzeństwem w siostrzany sposób, usłyszałaby zapewne, iż Książę Słonecznej Włóczni jest mężny. Że jest przystojny, wygląda na silnego, nie szpecą go żadne, paskudniejsze blizny i inne ułomności.
Nic nie było jednak takim, jakim jawiło się na pierwszy rzut oka. W czymś tkwił szkopuł. Coś nieuchwytnego i trudnego do nazwania. Zaś nieumiejętność przejrzenia go i czytania z niego, jak otwartej księgi doprowadzała ją do szału.
Przepraszam, muszę na chwilę… –  Gwałtownie odbiła w bok, w ostatniej chwili przysłaniając twarz ręką.
Zaniepokojony pan ojciec zmrużył brwi i wymownym gestem skinął na jednego z towarzyszących jej zbrojnych, dając mu do zrozumienia, iż ma podążyć za dziedziczką.
Stawiała szybkie, dziarskie kroki. Odrobinę zbyt powolne, by uznać je za trucht, choć z pewnością dość szybkie, by uznać, iż nie życzy sobie bycia zatrzymaną.
Przyślij do niej jej służkę. Niech upewni się, że wszystko z nią w porządku –  Polecił jeszcze lord, nim zbrojny ruszył w pogoń, po czym przeniósł wzrok na księcia. – Niewiasty to takie delikatne stworzenia(...)

***

Wpadła do swej komnaty, niemal natychmiast zatrzaskując za sobą drzwi. Cienka strużka krwi z nosa zdążyła dotrzeć już niemal do podbródka. Dopadła nocnej szafki, chwyciła jedną z chusteczek i przyłożyła ją do nosa, odchylając głowę do tyłu.
Twój ojciec mnie przesyła, pani. Wszystko w porządku. – Służebna dziewczyna powoli i niepewnie zbliżyła się w stronę swej pani.
Nie widać? Daj mi wody – Wciąż nie opuszczając głowy, łypnęła w kierunku dziewki.
Kielich chwyciła z niewypowiedzianą złością, nieomal wytrącając go z ręki dziewczyny. Duszkiem wypiła jego chłodną zawartość. Koniec końców nachyliła się nad miednicą z czystą wodą i przemyła nią twarz, tak by zmyć jakiekolwiek ślady krwi i zmęczenia.
Jest obrzydliwy. Jest absolutnie obrzydliwy – Jeyne pochyliła się nad jedną z kilku szkatuł. Przez moment gorączkowo przerzucała biżuterię, w końcu wyjmując i wsuwając na palec pierścień z opalem. Ten sam, który otrzymała od Rodrika Blackmonta.
Dziewka służebna opuściła głowę, by ukryć speszoną minę. Miała okazję przyjrzeć się Księciu Słonecznej Włóczni i nie potrafiła zgodzić się z opinią swej pani.

***

~ — Miłość nie jest niezbędna. Miłość to za mało. Miłość jest szkodliwa. Sięgnij po jakąkolwiek kronikę. Gdzie człowiek kieruje się tylko i wyłącznie swoimi pragnieniami i najniższymi instynktami, tam dochodzi do tragedii. Interes. Liczy się tylko i wyłącznie interes. Rachunek zysków i strat. ~

...ale poradziliśmy sobie z tym bez problemu. Wystarczyło wysłanie kilkunastu zbrojnych i jeden list – W momencie, w którym pojawiła się na zadaszonym tarasie, lord Yronwood kończył właśnie swą opowieść.
Przywołała na usta beznamiętny, być może miły nawet uśmiech i ruszyła w kierunku wolnego, przygotowanego dla niej miejsca.
Panie ojcze. Książę – Skłoniła się lekko, "przepraszająco" i zasiadła na niskim, otoczonym poduszkami siedzisku.
Skryta w cieniu rzucanym przez wysokie cyprysy, przemknęła wzrokiem po twarzach zgromadzonych. Uniosła i odkręciła w bok głowę, gdy zbliżył się do niej służący, by napełnić jej kielich winem.
Dzień chylił się już ku końcowi, ustępując miejsca chłodnej, pustynnej nocy. Sięgnęła po cienki szal, by opatulić nim mocniej pokryte myrijską koronką ramiona.
Milczała, a póki milczała, lord Yronwood nie miał żadnych powodów do tego, by marszczyć krzaczaste brwi bądź mrużyć gniewnie oczy. Status quo nie mógł trwać jednak wiecznie, czyż nie?
Mam nadzieję, że nie ominęły mnie żadne opowieści ze Starfall...? – Uniosła kielich i umoczyła wargi w chłodnym, cierpkim winie.
Lubimy krwawe opowieści, prawda? – Rozejrzała się, wymownie spoglądając na swe siostry. – Te wszystkie piękne ballady i pieśni, które później powstają... Książę musi być uradowany, gdy śpiewają o jego walecznym sercu i nieugiętej sile charakteru.
Jeyne... Książę jest już z pewnością zmęczony ciągłym...
Wybacz, panie – Kiwnęła głową przepraszająco – Nie mogłam się oprzeć. Takie okazje nie trafiają się często.
Kpiący uśmiech udało jej się ukryć za uniesionym po raz kolejny kielichem. Oczy, chłodne i skrzące się niczym oświetlany słońcem lód, pozostawały jednak niezmiennie niechętne.
Taki wzrok zawsze, ale to zawsze skrywał w sobie jakąś obietnicę.
Obietnicę czegoś złego i paskudnego.
Trudno powiedzieć, by dziedziczka rodu Yronwood była deskami, młotkiem i gwoźdźmi. Była raczej... niefortunnie wbitą w bosą stopę drzazgą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Yronwood   Sob Sty 02, 2016 10:27 pm

Nienawiść bywa jak dojrzewający w promieniach słońca owoc, śliwka, winogrona... albo coś bardziej soczystego. Słodkiego.
Jak brzoskwinia.
Nienawiść smakuje jak brzoskwinia. Z wierzchu zaskakująco delikatna, z aureolą kłującej, drażniącej zmysły szczecinki – ustępuje pod lekkim naciskiem, składając kuszącą obietnicę kryjącego się wewnątrz miąższu. Pierwszy kęs jest najtrudniejszy, należy wybrać odpowiednie miejsce, by wbić weń zęby, ale nawet wtedy to nie wszystko – z chwilą przerwania ciągłości skórki, na zewnątrz wydostaje się lepki, gęsty sok. Spływa z kącików ust, skapuje po brodzie, oblepia palce, czasami dociera aż do nadgarstka, gdzie zasycha zapomniany.
Po tym pierwszym kęsie nie da się przerwać. Język już poczuł mięsistą strukturę miąższu, smak już rozlewa się po ustach, sok dalej spływa po brodzie, palcach, dłoni, lecz nie może być mowy o oderwaniu ust od owocu – wszystko dlatego, że każde kolejne ugryzienie jest coraz smaczniejsze, coraz łatwiejsze, dopiero wtedy tak naprawdę poznaje się prawdziwy smak brzoskwini.
Jest wyborna. Z pozoru niewinna. Wciąż jej mało, więc bierze się kolejny kęs, kolejny, jeszcze jeden i…
I nagle: pestka.
Zęby natrafiają na opór, na bolesną, zrogowaciałą ścianę, która odbiera dotychczasową przyjemność. Pestka w środku brzoskwini jest tym samym, czym odwet w samym centrum nienawiści. Gdy masz wrażenie, iż gorejące, pełne pogardy uczucie ma prawo autonomicznego bytu, nagle zaczynasz pojmować, że od samego początku uzależnione było od pestki. Że nie byłoby tak smaczne, gdyby nie podsycała go nienawiść drugiej strony. Że nie mogłoby istnieć, gdyby nie odwzajemniona nienawiść, która musi być dopracowana w nawet najdrobniejszym szczególe, która musi mieć solidne podstawy ku swej egzystencji.
Książę Dorne doskonale wiedział, iż równie wartościowy owoc należy dokładnie pielęgnować. Nie mógł dopuścić do tego, by uschnął, by przejrzał, by został przedwcześnie zerwany, choć bez trudu potrafił wyobrazić sobie, jak szuka odpowiedniego miejsca, aby wbić w niego zęby… i nasycić zmysły najsłodszym, najbardziej intensywnym uczuciem spośród wszystkich znanych człowiekowi.
Jeśli jednak coś w chwili obecnej można było powiedzieć z całą pewnością o Martellu, to tylko to, że odczuwał ból. Pozornie niewzruszony podążał u boku Yestena Yronwooda, odpowiadając na pytania bądź zadając je – wzrok w tym czasie omiatał dziedziniec, korytarze, zaułki, schody, ściany, cienie rzucane przez roślinność, zatrzymywał się na zgrabnym ramieniu młodszej z lordowskich córek i docierał do lodowego zamku spojrzenia najstarszej z latorośli. Nawet w chwili, w której perfekcyjną paradę zakłóciła nagła oznaka słabości Jeyne Yronwood, nie oderwał od niej wzroku, mimowolnie zakładając, że – zupełnie jak w jego przypadku – rany przeszłości szpecące charakter były u niej liczne.
Odejście odrobinę teatralne, być może, ale odpowiednio dramatyczne.
Rozumiał – a przynajmniej sądził, że rozumie.
Sam w końcu przez większość życia cierpiał tak albo inaczej, powracając zbyt wolno do zdrowia między jedną walką a drugą. Pamiętał pierwszą prawdziwą ranę, jaką dawno temu odniósł, to przeklęte cięcie przez ramię. Przypomniał sobie, jak maester przyciskał mu opatrunek do policzka w zadymionej izbie, jak bardzo go piekło, jak bardzo chciał krzyczeć, jak zagryzał wargi. Mężczyzna w takiej sytuacji milczy.
Kiedy może milczeć. Edric pamiętał, jak leżał na brzuchu w cuchnącym namiocie, o który bębnił zimny deszcz, i zagryzał kawałek skóry, by nie krzyczeć; potem wypluł go i zaczął wrzeszczeć, podczas gdy inni grzebali mu w plecach, szukając grotu strzały, który nie wyszedł wraz z drzewcem. Minął cały dzień, nim znaleźli to draństwo. Martell skrzywił się i poruszył świerzbiącymi łopatkami na samo wspomnienie. Tak się darł, że nie mógł potem mówić przez tydzień.
Rany przeszłości były liczne, owszem, ale to nie sprawiało, że te świeże bolały mniej. Nierówny ślad po grocie strzały na udzie rwał dotkliwe jak żar płonącego węgla, wspomnienia zaś przywołały obraz człowieka, który stracił rękę z powodu czegoś tak nieistotnego jak draśnięcie odniesione w bitwie. Najpierw trzeba było odciąć mu dłoń, potem kość do łokcia, wreszcie całą kończynę do samego ramienia. Człowiek gasł w oczach, zaczynał wygadywać brednie, aż przestawał w ogóle oddychać, wszystko zaś przez jedno, jedyne pęknięcie na powłoce człowieczeństwa.
Książę winą za własną niewygodę obarczył podróż – ze Starfall do Hellholt, z Hellholt zaś do Słonecznej Włóczni, gdzie spędził niespełna dwa tygodnie przed wyruszeniem ku Yronwood. Nie byłby sobą, gdyby zaczął użalać się nad własnymi bolączkami, gdyby pogrążył się w bólu i niemocy.  Prędzej zdechniesz na pustyni z pragnienia niż poprosisz o łyk wody, warczał Trystane za każdym razem, gdy Edric robił coś nie po jego myśli (czyli zawsze). Być może nie mylił się zbytnio – być może w obecnej chwili pomoc przyniosłaby ulgę w zepchniętym na granice percepcji, pulsującym bólu.
- Historia niejednokrotnie udowodniła, że konflikty zwyciężać można piórem i pergaminem równie skutecznie, co ogniem i krwiązwłaszcza, odkąd prawdziwego ognia nie widziano w królestwie od chwili śmierci ostatniego ze smoków. Słowa wciąż unosiły się w gęstym, pustynnym powietrzu, gdy do grona zebranych powróciła najstarsza z lordowskich córek – ciemne spojrzenie księcia przesunęło się po kosmykach złotych włosów i dotarło aż do ramion, otulanych właśnie szalem.
Byłby ślepcem bądź głupcem, gdyby wypierał fakt, że Jeyne była piękna. W tej chwili poniekąd bardziej niż dotychczas – tkwiło w niej to niepokojące, ponure piętno płomienia świecy, która się niemal wypaliła.
Krwawy romans, osadzony w egzotycznej scenerii, z dziedziczką Yronwood jako najcenniejszym diamentem i ze mną jako odrażającym, kalekim, okrutnym złoczyńcą o czarnym sercu. Ciekawe, jak się ta bajka skończy?
- Nic nie sprawi mi większej radości, niż sprostanie twoim nadziejom oraz upodobaniom, pani – odstawiany na blat kielich stuknął głucho, gdy Martell wymienił naczynie na pojedyncze, ciemnobordowe winogrono. – Mógłbym wybierać spośród dziesiątek krwawych opowieści ze Starfall, jest jednak pewna, która szczególnie… zapadła mi w pamięć – Książę obrócił w palcach okrągłe, soczyste grono, pochodzące najpewniej z jednej z najlepszych dornijskich winnic  - pomimo narastającego ucisku palców, nie ustąpiło pod ich opuszkami, zasługując tym samym na przedłużenie agonii.
- To Ares Dayne z przetrąconym kręgosłupem. Kiedy mi go pokazano, leżał na szczycie stosu trupów. Ręce rozłożone miał szeroko, jakby ostatkiem sił próbował uczynić z nich całun dla leżących pod nim towarzyszy. Jego czaszkę ogolono do zera, wyłupiono mu oczy i wycięto serce. Klatka piersiowa pozostała otwarta na oścież – nawrzucano do niej błota i gliny. – Edric podniósł grono na wysokość oczu, przyglądając mu się pieczołowicie, zupełnie jakby pragnął odszukać na niemal przeźroczystej skórce choćby jednej skazy. - Kiedy zapadł zmrok, zarówno jego, jak i leżących pod spodem polano smołą i podpalono. Widzisz, pani, powietrze z wolna zaczęło wypełniać się słoną wonią smażonego mięsa. Był to zapach, który sprawił, że mój pusty żołądek, ku memu własnemu obrzydzeniu, zaburczał głośno. – wargi księcia rozciągnęły się w lekkim, zdradzającym rozbawienie uśmiechu, gdy w końcu wsunął winogrono do ust, rozgryzając je z charakterystycznym, cichym dźwiękiem pękającej, sprężystej skórki. Niemal natychmiast poczuł lekko cierpkawy, choć przyjemny smak owocu, rozkoszując się zarówno nim, jak i ciszą, jaka zapadła na tarasie - woda pluskała i szemrała w oddalonej sadzawce, zasłony szeleściły nieznacznie, czyjś oddech jako jedyny zakłócał milczenie.
Powiedziałbym, że pierwsze starcie zakończyło się remisem.
- O tym raczej nikt nie napisze pieśni. – dodał z rozbawieniem Edric, podnosząc się z dotychczas zajmowanego miejsca – uważnie śledzony przez kilka par oczu, skłonił się nieznacznie przed Lordem i dopiero wtedy wyjaśnił celowość swego działania. – Panie, jeśli nie masz nic przeciwko, z chęcią pozwoliłbym oprowadzić się Lady Jeyne po tutejszych ogrodach.
Zatem tak: czas na starcie bez zbędnych świadków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Yronwood   Sro Sty 13, 2016 4:53 am

Coś ciężkiego i teatralnego tkwiło w całym tym ponurym przedstawieniu. Jednak narzucona przez lorda Yronwooda konwencja sprawiała, że jego najstarsza córka musiała wcielić się w wyjątkowo niewygodną rolę. Ciało zaprotestowało, wywlekając na wierzch to, co skrywał głęboko duch. Utalentowany bard doszukałby się czegoś boleśnie pięknego w krwi ściekającej po jasnej, ledwie muśniętej słońcem skórze Dornijki.
Rozeźlona, nabierała charakteru i wyrazu. Stawała się nagle interesująca. Być może piękna. Jakaś. Ożywały chłodne, stalowe tęczówki, policzki oblewały się nieśmiałym, karminowym rumieńcem wstydliwej, niewinnej kochanki, podczas gdy cała jej postawa krzyczała niemalże o atawistycznej niechęci i prawie instynktownej wrogości.
Pierwsze dorosłe lata złotowłosej Jeyne zdążyły przyzwyczaić ją do tego, iż to ona uznawana była najczęściej za tę o żmijowym języku.
Cień przemknął po wzgórzach i dolinach wyznaczonych przez rysy jej twarzy, gdy zasiadłszy pomiędzy wilkami skupiła na moment swe spojrzenie na Księciu Słonecznej Włóczni.
Nie uniósł się, nie zmieszały go jej słowa. Nie uciekł wzrokiem w bok, zdradzając tym samym swe zakłopotanie. Nie zniesmaczyła go bezpośredniość i łatwa do wyłapania niestosowność jej prośby. Zimny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa, osobliwe mrowienie, niby delikatny dotyk, musnęło kark. Wzdrygnęła się, jakby przejęta nagłym chłodem i zrezygnowała z obserwowania Martella, za nowy cel obierając sobie jedną ze swych zapatrzonych w niego sióstr.
Gdy z głuchym stukotem odstawił na ławę kielich, uniosła swój, by skryć za jego brzegiem formujący się właśnie grymas. Upiła łyk cierpkiego wina.
Dyskretnie wywróciła oczyma, wymieniając pełne niezrozumienia spojrzenia z siedzącą naprzeciw siostrą.  Była pewna, iż Edric Martell uraczy ją zaraz jedną z tych pięknych, przesadnie romantycznych historii z placu boju. Historii pełnych walecznego braterstwa, poświęcenia i straty.
Być może opowie o heroicznej śmierci jednego ze "swych" wiernych bękartów. Tak, Jeyne doskonale wiedziała o tym, iż książę Dorne lubił otaczać się nieślubnymi synami pustyni. Sądziła - nie bez goryczy i złośliwości - iż czynił to ze względu na swe podobieństwo do nich.
Zajrzała do wnętrza kielicha, odnajdując w nim odbicie jednego ze swych modrych oczu. Zastygła w bezruchu, gdy dotarły do niej pierwsze słowa krótkiej, zgrabnej opowiastki o przykrym końcu Aresa Dayne.
Jeyne Yronwood spędziła wiele długich dni i nocy nad księgami, pomiędzy zmurszałymi, pachnącymi starością stronami odnajdując spokój, którego nie potrafiła odnaleźć między ludźmi. Zaś jeśli księgi uczyły czegoś poza wpajaniem suchej wiedzy i faktów, to była to umiejętność oglądania i doświadczania za pomocą tylko i wyłącznie wyobraźni. Czytanie uczyło tego, jak przyoblekać szkielet słowa w ciało i skórę odpowiadającego mu obrazu. Innymi słowy... Jeyne Yronwood posiadała bujną wyobraźnię zaś słowa Edrica Martella pobudziły jej czułą stronę.
Mimowolnie pobladła, nie zdając sobie z tego nawet sprawy.
...mój pusty żołądek, ku memu własnemu obrzydzeniu, zaburczał głośno.
Otworzyła lekko usta, po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu nie wiedząc, co powiedzieć. Zaraz zamknęła je, upodabniając się na moment do nieszczęsnej, wyrzuconej na pomost ryby nie potrafiącej oddychać nad powierzchnią wodnej kipieli.
Widzisz, Jeyne, dziecko, wcale nie chciałaś wysłuchiwać opowieści z pola bitwy – W sukurs wyszedł jej sam lord Yronwood, który z niemałym rozbawieniem sięgnął po jedno z leżących na paterze winogron – W przelewie krwi nie ma nic pięknego. Choć czasem jest konieczny.
Przeniósł wzrok na Martella i kontynuował:
Tym bardziej cieszy mnie, książę, że problem Starfall został rozwiązany, możemy cieszyć się spokojem, zaś ty masz w końcu czas, by choć przez moment zająć się sprawami przyjemniejszymi... – Uśmiechnął się lekko i obłudnie, znakomicie - co przyznać musieli wszyscy znajdujący się na tarasie - odgrywając swą rolę gospodarza, ojca i głowy swego rodu.
Jeyne skrzywiła się ledwie dostrzegalnie, zaś opuszczoną głowę uniosła, posyłając Martellowi roziskrzone spojrzenie.
Zwierzę. Zwykłe, pustynne zwierzę.
Nie potrafiła zrozumieć mętnego, rozmarzonego spojrzenia, jakie posyłała mu jej siostra. I choć na zewnątrz robiło się coraz chłodniej, poczuła nagłe uderzenie gorąca splecionego ze wzbierającym gniewem. Zgarnęła w dłoń złoty, marszczący się na kolanie materiał. Zacisnęła pięść tak mocno, iż pobielały knykcie jej smukłych, delikatnych dłoni.
Oczywiście, Książę. Spacer dobrze jej zrobi. Twoja opowieść sprawiła, że przypomina teraz księżyc – Lord Yronwood kiwnął głową, uznając najwyraźniej słowa Martella za dobrą monetę. Podobne sytuacje nie były łatwe, zaś ta - zważywszy, iż musiał radzić sobie z wyjątkowo niepokorną i nieprzewidywalną córką - rozwijała się nad wyraz korzystnie.
Jestem tu... – Wymamrotała cicho. Szeptem. Niemal bezgłośnie.
Jestem tu,  a jakby mnie tu nie było...
Przyrównana do księżyca panna obleczona w złoto wstała ze swego miejsca i skłoniła się przed lordem Yronwoodem.
Ojcze... Książę, oczywiście. Chodźmy... – Nie ofiarowała mu jednak swego ramienia, nie przysunęła się bliżej i nie poczekała nawet, aż się z nią zrówna.
Wszystko to było... wyjątkowo niezręczne.

***


Dopiero gdy znaleźli się sami - nie licząc oczywiście, podążających za nimi niby cienie, gwardzistów - mógł poczuć ciężką woń zupełnie niepasujących do niej perfum. Przywodziły na myśl nie tyle młodzieńczość i świeżość, co wnętrze ciemnej, osnutej dymem kadzideł świątyni.
Ponoć lady Jeyne odnajdywała przyjemność w tworzeniu nowych zapachów - zaś każdy, kto spędził choć trochę czasu na przeróżnych, wielkopańskich dworach wiedział, iż gdy mówiło się o damie, iż ta zainteresowana była perfumiarstwem oraz zielarstwem, oznaczało to jedynie tyle, by w jej towarzystwie nie zostawiać swego kielicha bez opieki.
Czy zdziwiłoby go więc to, iż pomiędzy tymi smukłymi, wypielęgnowanymi palcami zatańczyłby zgrabnie zsunięty z jednego z nich pierścień ze skrytą weń trucizną?
Niewinna twarz? Był od niej starszy i znacznie bardziej doświadczony - musiał wiedzieć, iż piękno, młodość i pozorna niewinność skrywały za sobą często największe zepsucie i wyrachowanie.
Nasze ogrody nie są nawet w połowie tak piękne, jak te wasze, książę – Odparła, jakby zawczasu broniąc i starając się usprawiedliwić fakt, iż altana, w której się znaleźli nie jest tak olśniewająca jak te w Wodnych Ogrodach.
Nie patrzyła na niego. Zwrócona doń profilem, spoglądała przed siebie, ku słabo oświetlonej, prowadzącej wgłąb ogrodu ścieżce. Jasnowłosi, niebieskoocy Yronwoodowie stanowili niemal poetyckie przeciwieństwo ciemnowłosych i ciemnookich Martellów. Pozorne przeciwieństwa stanowiące dwie strony tej samej monety. Wzajemna, pielęgnowana starannie niechęć była częścią ich tożsamości. Ale czasy się zmieniały... Zmieniały się okoliczności. Wydawało się, iż w obliczu większego zagrożenia, nawet wielopokoleniowe niesnaski stawały się czymś błahym i nieistotnym.
Po chwili kontynuowała pochód, wprawiając w ruch kilka warstw złotawego, obciążonego koronką materiału.
Nie patrzyła na niego.
A przynajmniej takie starała się sprawić wrażenie, choć zupełnie nie przeszkadzało jej to w posyłaniu mu dyskretnych, ukradkowych spojrzeń.
Nie patrzyła. Obserwowała. Zaś dzięki swym obserwacjom, była w stanie dochodzić do kolejnych wniosków.
Jest ranny.
Myśl zrodziła się w jej głowie nagle. Poruszał się pewnie, jak przystało na wojownika. Jeśli jednak przyjrzeć mu się wnikliwiej, nie sposób było nie zauważyć tego, co tak pieczołowicie starał się ukryć. Fizyczny ból od czasu do czasu triumfował, znajdując odbicie na dumnej twarzy bądź w nieco mniej finezyjnym kroku.
Zaś gdy tylko uświadomiła sobie, iż przechadzka musi sprawiać zmęczonemu podróżą księciu niewyobrażalną boleść, uczyniła jedyną, słuszną w swym mniemaniu rzecz... Przyśpieszyła.
Mamy tu niedaleko urokliwą fontannę. Z radością ją księciu pokażę – Rzuciła przez ramię, szybko, krok za krokiem przybliżając się ku gęstniejącej zieleni.
Nienawiść porównać dało się jednak nie tylko do owocu dojrzewającego w łaskawych promieniach słońca. Nienawiść była również podstępnym zwierzęciem... czy raczej bestią, która powoli opanowywała umysł nienawidzącego, pomagając mu w tym, by w obiekcie swej niechęci przestał dostrzegać człowieka.
Poznać człowieka, czy też raczej dostrzec w człowieku człowieka, oznaczało po trochu przegrać. Zaś Jeyne Yronwood nie stać było na porażkę. Nie na porażkę z kolejnym Martellem.
Dlatego parła do przodu. Dlatego uciekała, choć ku jej własnemu obrzydzeniu - tak podobnemu do tego, które poczuł Edric Martell na pobojowisku - poczuła ukłucie zwątpienia. Jakąś trudną do zaakceptowania nutę współczucia.
Wbrew sobie zastygła w bezruchu, po chwili zaś powolnie obróciła się w kierunku księcia. Uśmiechnęła się lekko, niezręcznie, choć już nie tak sztucznie, jak jeszcze jakiś czas temu.
Jak gwieździste jest niebo. Gdy byłam młodsza, roiłam sobie, że ludzie wzięli się ze spadającej gwiazdy. Wyszli z pyłu i ognia – Poczuła, że unosi dłoń i wyciąga w jego kierunku rękę, by po chwili móc wsunąć ją pod jego ramię. Czerwone niby plamy wylanej na marmur krwi wykwitły na jej policzkach, gdy po raz kolejny przeniosła spojrzenie przed siebie.
Głupia. Pierwsi ludzie wzięli się z krwi i kobiecego łona. Nie z gwiezdnego pyłu.
—  Chodźmy wolniej – Usłyszała swój głos. Brzmiał obco i odlegle – Fontanna nie ucieknie.
Znalezienie się przy mężczyźnie bliżej, niż bezpieczna odległość dwóch, odmierzonych starannie kroków była jednak dla niej zdecydowanie trudniejsza, niż mogłaby przypuszczać. Wystarczyło tylko kilka uderzeń serca, by poczuła zażenowanie.
Ona... Być może nie powinna sądzić o sobie lepiej, niż o innych wysoko urodzonych gęsiach, skoro nie potrafiła nawet zachować pewności siebie. Nawet jej tępe siostry zachowywały się w towarzystwie naturalniej.
Ashraf powiedział jej kiedyś, by nigdy, ale to nigdy nie wyciągała sztyletu, jeśli nie była przekonana, że jest w stanie go użyć.
Przystanęła. Nagle. Delikatnie, ale nad wyraz zręcznie wyswobodziła rękę i odsunęła się na stronę.
—  Panie... Książę. Dobrze wiemy, że nie przybyłeś tutaj, by napić się lordem ojcem wina albo obejrzeć sobie nasze cyprysy... – Podjęła, siląc się teraz na pewny siebie, choć pozbawiony kpiny ton. – ...ani nawet nie po to, by opowiadać mi o pieczeni z Aresa Deyna. A spacerowanie musi księciu sprawiać równie wiele przyjemności... – Jej wymowne spojrzenie spoczęło na moment na nodze Edrica – ...co mi paradowanie w zimnie w tej koronce.
Po raz kolejny poczuła, jak kręci jej się w głowie, miała w sobie jednak dość godności, by utrzymać się na równych nogach, choć pewnie tylko Siedmiu wiedziało, ile siły woli mógł kosztować ją podobny wyczyn. Nie chciała tu być. Nie chciała tu stać. Zaś nade wszystko nie chciała dostrzegać w nim człowieka.
—  Więc po co?
Pytanie zawisło między nimi, niby zakrzywione, połyskliwe ostrze sejmitara nad głową nieszczęśnika, zdającego sobie sprawę z tego, iż to ostatnie chwile jego życia.
Starcie? Remis? Wydawało się, iż wszystkie figury i pionki wylądowały z trzaskiem na posadzce, strącone jednym zamaszystym ruchem ręki złotowłosej, nieprzystępnej dziedziczki Yronwoodów.
Ręcznie malowana, rzeźbiona w drewnie plansza świeciła pustkami, tak jak jeszcze przed jakimś czasem świeciło pustką matowe spojrzenie córki Yestena.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Yronwood   Wto Sty 26, 2016 11:32 pm

Niektórzy twierdzą, że cały rzeczywisty świat został stworzony przez ludzki umysł, bowiem postępowaniem człowieka rządzą jak najbardziej sztuczne kategorie, którym podporządkowuje wszystkie, najmniej nawet istotne rzeczy i zjawiska, dużo mniej ważkie i znaczące niż słowa, jakimi je nazywa. Był to swego rodzaju teatr, w którym role aktorów ludzie narzucali sobie sami – ubezwłasnowolnieni karnie wpisywali się w utarte schematy społecznych interakcji, każdą swoją czynność próbując ubrać w zlepek sylab. Katalogowanie uczuć wpisywało się w odwrotną tendencję, znacznie spłycając prawdziwy wymiar emocji – w końcu smutek nigdy nie oddawał prawdziwego stanu ducha, miłość nie wyjaśniała zachowania człowieka zakochanego, a nienawiść nie odzwierciedlała sztormu, jaki szalał w umyśle kogoś pałającego tym uczuciem. Mimo tego – jak błazen nieustannie powtarzający tę samą sztuczkę – Martell nie potrafił powstrzymać się przed nomenklaturą; będąc świadkiem równie udanego przedstawienia, w którym postaci poboczne niemal całkowicie przyćmione zostały przez głównych aktorów, z narastającą fascynacją obserwował, jak skrajne emocje wywołuje zwykła rozmowa (choć monolog skonstruowany z przypowieści ze Starfall nie mógł być nazwany „zwykłym”. Ani zwyczajnym. I tym bardziej… normalnym). Mógł kpić ze społecznej konwencji, choć sam tymczasem naiwnie wpisywał się w jej schemat – kiedy wymagano odpowiedzi, odpowiadał. Kiedy dolewano mu wina – pił je. Kiedy Jeyne Yronwood podnosiła na niego wzrok – nie potrafił oderwać spojrzenia od jasnych tęczówek.
I po raz kolejny – zlepek sylab, kilka liter, nieadekwatne do prawdziwych uczuć nazewnictwo.
Rozbawienie.
Sposób, w jaki zareagowała na przykrą, choć nieszczególnie drastyczną śmierć Dayne’a – śmierć o tyle wygodną, że szybką. Nagła bladość lica, lekko rozchylone usta, utrata rezonu, który – zdawałoby się – stanowił dla niej proces równie niewymuszony, co oddychanie: nie musiała używać słów, by Martell, wbrew sobie, nagle zwątpił.
We własne słowa
Pewne rzeczy zwyczajnie wymagały czasu.
we własne zachowanie
Są sytuacje, gdy należy zachować szczególną ostrożność.
we właściwość podejmowanych działań.
Być może to wszystko… po prostu dzieje się zbyt szybko.
O naszej własnej śmierci nie będziemy mieli nic do powiedzenia.
To zdanie już od dłuższego czasu krążyło mu po głowie - nie miał jednak odwagi zapisać go na pergaminie, utrwalić w jakikolwiek sposób. Bał się, że przeniesione na papier mogłoby się urzeczywistnić i pociągnąć za sobą fatalne konsekwencje. A potem nie miałby już nic więcej do powiedzenia: zmarły nie wie, czym jest śmierć, ale żywi także tego nie wiedzą. Dlatego tamto zdanie, które wciąż czyhało na niego jak stworzony ze słów upiór, miało w sobie i za dużo treści, i za mało. Mówiło wszystko, ale za cenę niedopowiedzenia czegokolwiek ponadto. Skazywało go na milczenie.
Uniósł kielich do ust, by pozbyć się gorzkiego posmaku niezadowolenia – nieprzyjemny bodziec przybrał na sile w obliczu prostego równania, którego rezultat okazał się jeszcze bardziej gorzkawy niż zatarty przez wino smak.
Nagłe zniknięcie tuż po przybyciu, bladość lica, ta rozpaczliwa, choć zamaskowana próba złapania oddechu…
Gdyby tylko doznał mniej cierpienia ze strony losu, gdyby jego doświadczenie życiowe ograniczało się do zakurzonych woluminów i oprawianych w bydlęcą skórę ksiąg, gdyby przez dekadę nie trwał w małżeństwie tak sztucznym, jakby zostało zanurzone w formalinie – gdyby nie zestawienie kilkunastu niezależnych od siebie bodźców, mógłby założyć, że Jeyne Yronwood – pozornie wykuta z marmuru i jak marmur nietykalna – posiada więcej skaz, niż sama pragnęła przyznać. Mężczyzna naiwny oraz głupi (tych z kolei nie brakowało) natychmiast jąłby podejrzewać ją o stan błogosławiony. Mężczyzna racjonalny pomyślałby o chorobie. A mężczyzna pokroju Martella – taki mężczyzna poniekąd rozumie zachowanie kobiety takiej, jak Jeyne.
To była zwykła reakcja alergiczna – na niego konkretnie.
Widzisz, Jeyne, dziecko, wcale nie chciałaś wysłuchiwać opowieści z pola bitwy…
Uniósł kąciki ust w mimowolnym cieniu uśmiechu, bezwiednie obracając w palcach kielich – Lord Yronwood nie miał sobie równych w zażegnywaniu konfliktów, których źródło mogłaby stanowić jego córka: miał wszak ponad dwadzieścia trzy lata, by dojść w tym do perfekcji – jakże frustrująca musiała być zatem dla niego chwila, gdy Książę odkaszlnął cicho, czujnie obserwując wędrówkę kropli wina spływającej po wewnętrznej stronie kielicha.
- Odniosłem wrażenie, że właśnie tego chciała lady… lecz nie spodziewała się konsekwencji własnej decyzji – tym razem kielich odłożony został na dobre: odnalezienie równowagi pomiędzy spożyciem wina, rozkoszą z tego płynącą a przerwaniem, nim trunek na dobre obezwładni zmysły stanowiło perfekcyjny przykład myślenia o konsekwencjach – co z kolei było odwiecznym przekleństwem Martella.
Zupełnie jak teraz, gdy – pomimo pozornej spontaniczności – przygotowany był na każdy z możliwych scenariuszy.
Niemal każdy.
Lubił sądzić w ten sposób, co stanowiło przejaw jego własnej, autonomicznej pychy: kiedy więc dotarł do niego szept Jeyne, tak cichy, że zupełnie niezrozumiały…
Nagle – niepojęcie dla siebie – zapragnął podejść bliżej, nachylić się nieznacznie i zadać jedyne właściwie w obliczu podobnej sytuacji pytanie.
Zechciałabyś powtórzyć? Głośniej. Głośno - tak, bym zawsze mógł usłyszeć twoje zdanie.

***

Całymi godzinami skupiał uwagę na pewnym przedmiocie. Wyobrażał sobie, że gdyby dotknął jakiejś rzeczy, jego chorobliwe myśli rozproszyłyby się, uczepiłyby się lego, co materialne. Szybko odkrył, że taki manewr mógłby go wiele kosztować. Sądził, że jeśli śmierć i władza określają go jako człowieka samotnego (albo utożsamiają się z nim jako samotnym), który nie ma oparcia w niczym prócz tego, co przechował w pamięci – to możliwość uchwycenia się jakiegokolwiek przedmiotu przyniosłaby mu, przy jego trzydziestu jeden dniach imienia, doczesne poważanie ogółu: poważanie o specjalnym znaczeniu. On i ten przedmiot. On i ta materia, dotykalna, konkretna, widzialna, przedmiot o niezmiennym, trwałym kształcie.
Coś, co nie jest ulotne – nie tak, jak ciężka, ciemna woń perfum, która uderzyła go w nozdrza, kiedy tylko zachwiali równowagą dotychczasowej relacji. Złapał się na tym, że wciąga powietrze, zatrzymuje je w płucach i wypuszcza dopiero wtedy, kiedy ma pewność, że przy kolejnym wdechu ponownie podrażni zmysły trudną do rozłożenia na czynniki pierwsze feerią woni – pomiędzy zapachem Jeyne, aparycją Jeyne a zachowaniem Jeyne istniała niewspółmierność, której nie potrafił pojąć. Nie tylko opierała się, ale poniekąd istniała na liniach sprzeczności: kontrasty stanowiły szkielet obudowany piękną… i jednocześnie zgubną powłoką.
- Muszę się do czegoś przyznać, pani… - pozorne rozbawienie kłóciło się z powagą złożonej znienacka deklaracji, która – słyszana zwykle w rozmowie z septonem bądź na łożu śmierci – budziła irracjonalne obawy. - … jestem prawdziwie żałosny, jeśli idzie o ogrodnictwo, zatem jako laik ryzykuję stwierdzeniem, że każdy ogród ma w sobie coś wyjątkowego.
Jakże banalne, puste, gładkie słowa – jak woskowy krążek, idealnie obły i nienaruszony, bez najmniejszej rysy. Były niezobowiązujące i przez to wystarczające same w sobie, nieprzydatne do niczego. Zadziwiająco łatwo przychodził im podobny spektakl – nawet, jeśli oboje odczuwali zmęczenie, którego źródła były skrajnie odmienne, żadne choćby na krótki moment nie złożyło broni, uparcie pragnąc zakończenia tego, co przy akompaniamencie krwi (dość dosłownie) rozpoczęto. Sam Edric nie znalazł się tu po to, aby narzucać komukolwiek jakieś obowiązki, wywierać wpływ na przebieg dysputy zakończonej zawarciem pokoju, decydować o czyimś losie lub, być może, poświadczać czyjąś nieodwołalną decyzję.
W obecnej chwili – w tej ulotnej, niesprawiedliwej chwili, podczas której jego własna słabość została obnażona, Martell nie potrafił sprecyzować powodu, dla którego przemierzał obce, choć monotonnie znajome ogrodowe ścieżki. Zmęczenie pokonało zwyczajową ostrożność, poniekąd zmuszając Edrica, by porzucił sprawdzone maski i pozostał sobą.
Po prostu.
Nie oczekiwał współczucia, nie wymagał od nikogo choćby najmniejszej oznaki empatii – jeśli ból, którego i tak nie mógł uniknąć, miał się na coś przydać, winien przeżywać go w samotności… oraz z pełną świadomością jego istnienia. Pulsujące źródło cierpienia przy każdym, szybszym ruchu protestowało przed równie bezwzględnymi procederami, Książę jednak nawet przez moment nie myślał o zwolnieniu.
Nie mógł – nie, kiedy był tak blisko celu.
Nie potrafił dokładnie wyjaśnić tego fenomenu – ten wewnętrzny sadyzm był wszak częścią jego codziennego życia, dlatego też łatwo o nim zapominał. Wszyscy jesteśmy ofiarami, a zarazem katami, owej krótkiej, trwającej nie dłużej niż trzydzieści sekund pamięci, która pozwala nam żyć nadal, nie będąc niewolnikami tego wszystkiego, co dzieje się wokół nas. Ale pamięć trwalsza, bardziej pojemna, przypomina zamek zbudowany z ogromnej ilości kamieni. Wystarczy jeden symbol – sam zamek – aby przypomnieć sobie wszystko, co się w nim zawiera.
Właśnie teraz budował taką twierdzę – mozolnie kładł kamień na kamieniu, wszystko zaś po to, by dokładnie zapamiętać własne błędy, te potknięcia, które obnażyły prawdę o nim samym, te uchybienia, które ona potrafiła dostrzec i wykorzystać.
- W twym toku myślenia było ziarno prawdy, pani. Ze spadającej gwiazdy, z pyłu i ognia co prawda nie powstaje nowe życie… - nie zdążył ukryć kolejnej słabości – wyprzedziła go po raz kolejny, paradoksalnie podchodząc bliżej, tak blisko, by całkowicie zniweczyć dotychczasową strategię trzymania przeciwnika na odległość i obserwowania jego ruchów; nie było to dłużej możliwe, ponieważ – z chwili na chwilę – osobne kroki stały się krokami wspólnymi, a autonomiczne gesty – gestami uzależnionymi od drugiej osoby. Kiedy więc Martell sięgał wolną ręką do pasa, doskonale czuła jego ruchy, nie musiała spoglądać w tamtą stronę, by poznać celowość działania. - … lecz może zrodzić się coś, co je odbiera. Coś, co zwiastuje naturalne następstwo początku - jego koniec – wysunięte z pochwy na nie dalej niż dwa palce ostrze lśniło matowo w bladym blasku księżyca; charakterystyczna rękojeść miecza nie pozostawiała wątpliwości co do pochodzenia oręża, przypuszczenia zaś potwierdzała prosta konkluzja, iż Książę nie zdecydował się na pozostawienie Świtu w jakichkolwiek obcych rękach.
Zdawałoby się, że od momentu, w którym ostrze z cichym sykiem ponownie spoczęło w czułych objęciach pochwy a chwilą, gdy Jeyne zręcznie, bez wysiłku odsunęła się od Martella minęło ledwie kilka uderzeń serca. Była to jakaś osobliwa przestrzeń, nietykalny krąg, intymny, jedyny w swoim rodzaju, ogarniający ten cichy zakątek ogrodu.
Stwierdzenie.
Musiało paść – musiało poprzedzić nieuchronnie zbliżające się pytanie. Zawisło między nimi, ciężkie, choć spodziewane.
Światło pośród milczenia. Tekst bez głosu.
Nie sądził, że tak prędko zażąda odpowiedzi – jutro, być może pojutrze pragnęłaby poznać prawdziwy cel wizyty, początkowo samej próbując odkryć tajemnicę, która niemal raziła oczywistością.
- Doceniam twoje poświęcenie w kwestii koronki i wyłącznie dlatego rozwieję wątpliwości, odbierając tym samym niewątpliwą przyjemność samemu Lordowi.
Była tam, w zasięgu ręki, dokładnie w takiej odległości, aby mógł jej dotknąć, głaskać, czuć w całej pełni idealną, podniecającą gładkość skóry – palce chciały być równie delikatne jak ciało, które marzło pod zbyt cienkim materiałem szat.
- Małżeństwo.
Nieznośna cisza w końcu zostaje przerwana – syk opadającego ostrza jest jedynym dźwiękiem, który zdaje się adekwatnym akompaniamentem do wyroku, jaki padł z ust Martella. Potrafił wypowiedzieć to bez wahania, bez cienia rozżalenia, smutku, radości, entuzjazmu. Tak zwyczajnie - głucho, jak echo rozchodzące się w studni.
On – on wiedział od początku, od samego początku. Wiedział na długo przed przybyciem do Yronwood i potrafił tak spokojnie, tak niewzruszenie funkcjonować z tą myślą, jakby podejmował decyzję odnośnie zakupu nowego wamsu.
Ona – mogła jedynie domyślać się prawdy i odrzucać ją tak, jak odrzuca się nadgniły owoc. Dlatego, kiedy koszmar okazał się rzeczywistością, każda reakcja była na miejscu. Stanowiło to z wszelkim prawdopodobieństwem jedyne prawo, które przysługiwało kobiecie w podobnych sytuacjach – prawo do ostatecznego uderzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Yronwood   Sro Lut 03, 2016 5:27 pm

Tak, jak Edric Martell nie oczekiwał współczucia, tak Jeyne Yronwood nie sądziła, by na nie zasługiwała. Odzierana każdego dnia z poczucia własnej wyjątkowości, nauczyła się akceptować zastały stan rzeczy z wyuczonym i oswojonym spokojem.
Taka miała być. Cudnie wytresowana. Ułożona. Paradna klacz. Ostrogą pod lewy boczek i półobrót z zadniej nogi. Ostrogą pod prawy i lekki skok w przód. Przyciągnięcie wędzideł i zgrabny pokłon.
Ale nie była. Narowista klacz ze stajni Yronwoodów przynosiła swemu domowi więcej trosk i kłopotów, niźli pożytku.
A miała przecież wybór. Mogła być dobra, ciepła i czuła. Mogła przynosić innym radość. Nieść ukojenie i sprawić, by nawet najbardziej niewzruszeni nie mogli przejść obok niej obojętnie. Mogła też wybrać drugą ścieżkę. Przeciwną. Mogła być chłodna, wyniosła i niebezpieczna. Mogła, jednak nie potrafiła. Zaś świat nienawidził przeciętności. Brzydził się nią. Rozrywał na strzępy każdy jej przejaw. Rąbał toporami, ciął mieczami i miażdżył oskardami. Była jałowym, spękanym gruntem, na którym nie rosło nic poza żelazną, wciśniętą pomiędzy kamienie trawą.
Na moment zamarła. Nie potrafiła oprzeć się pokusie spojrzenia w bok. Valyriańska stal. Tak nieskazitelna, jak przytłumiony błękit jej oczu. Zmrużyła je.
Tam, gdzie winna być pragmatyczna, bywała małostkowa. Tam, gdzie bardziej ludzka i przyjemna, bywała chłodna i obojętna. Potrafiła ciąć słowem, niby mieczem, jednak nie zawsze radziła sobie z wyprowadzoną w jej kierunku kontrą. Potrafiła wysłużyć się rękoma innych, by ci za nią dokonywali rzeczy najokrutniejszych, nie radziła sobie jednak z konsekwencjami. Z przytłaczającą pustką, która przychodziła po. Najczęściej zaś wtedy, gdy pozostawała sama. W nocy. W plątaninie przesiąkniętych potem prześcieradeł i jasnych, przyklejonych do policzków loków. Właśnie wtedy - niby zły duch leżący na unoszącej się z trudem piersi - najbardziej doskwierał jej ciężar odpowiedzialności.
Enigma Jeyne Yronwood wydawała się dziecinnie łatwa do rozwiązania. Prosta, delikatna dziewka otulona wonią ciężkich perfum pewnej siebie, silnej kobiety. Idealny wizerunek, który oświetlony odpowiednio tracił na wartości, gdy snopy światła obnażały rysy i niedoskonałości. Nie dopuszczała więc do siebie ludzi, nie pozwalała, by w odpowiednim przybliżeniu dostrzegali w niej coś mniej - a może więcej - niż tylko wykreowaną postać. Jednak to nie słabość własnego charakteru zaprzątała jej myśli właśnie teraz.
Tak łatwo wyobrazić sobie, jak Świt płynnie wysuwa się ze skórzanej pochwy. Jak lśni pięknie w bladym blasku księżyca - prawie tak pięknie, jak błyszczały senne, rozmarzone oczy dziedziczki. Jak wspaniale muszą mienić się na nim krople karminowej posoki. Z jaką łatwością przebiłby się na wylot przez słabe ciało. Jak urzekająco wyglądałaby złota, myryjska koronka, obciążona szkarłatną, rozrastającą się plamą. W uszach dudniła jej echem zasłyszana na dworze, wesoła przyśpiewka o śmierci.

Kto w płomieniach, kto w odmętach,
kto w blasku słońca, kto w ciemnościach,
kto w ciężkiej próbie, kto ot tak sobie,
kto w pięknym, pięknym maju, kto w powolnym konaniu
i jak nazwać tego, kto wzywa?


Życie zataczało tu osobliwy i zabawny krąg. Mężczyzna, którego mogłaby przecież nazwać Zgubą Dayne'ów, szedł obok. Ze zmytą zeń krwią i startym kurzem, mógł nawet udawać przez moment kogoś, kim nie był.
Ze spadającej gwiazdy, z pyłu i ognia co prawda nie powstaje nowe życie…
A jeśli nawet istniałoby życie, które powstaje w ogniu, popiołach i pożodze, to nie chcielibyśmy go poznawać, prawda? – Wymamrotała cicho, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z tego, iż luźna myśl została przez nią wypowiedziana i puszczona samopas.
Owe życie nie chciałoby poznawać ich, gdyby wiedziało, iż rodzą się w znoju, bólu i krwi.
Człowiek był ciekawą i poszukującą istotą. Czy byłoby jednak kłamstwem stwierdzenie, iż jego ciekawość kończyła się tam, gdzie zaczynało niezrozumienie? W gruncie rzeczy... szukali tylko i wyłącznie luster. Istoty zrodzone z ognia nie byłyby w stanie zrozumieć istot zrodzonych z krwi, zaś Jeyne Yronwood nie była w stanie zrozumieć Edrica Martella... Choć przez chwilę trwającą nie dłużej, niż ledwie kilka uderzeń serca wydawało jej się, iż dostrzegła coś więcej, niż tylko maskę, zaś ciemne, zwierzęce niemal ślepia nie wydawały się tak odległe i obce.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wybierałby się w te strony na czele wojska. Z gorejącą łuną za plecami lub też zwykłym pragnieniem śmierci w sercu. Nie byłoby wina, ogrodu i tej rozmowy. Nie byłoby słodkich winogron. Wokół unosiłby się jedynie swąd spalenizny i mdły zaduch śmierci.

Kto w świątynnej ławie, kto z nieumiarkowania,
kto z miłości, kto z wściekłości,
kto pod lawiną, kto pod pyłem,
kto z przepicia, kto z pragnienia
i jak nazwać tego, kto wzywa?


Jestem pewna, że pan ojciec nie będzie miał nic przeciwko... – Odpowiedziała, czując nagłe ukłucie kiełkującej w niej złości.
Był tak blisko, w zasięgu ręki. Dokładnie w takiej odległości, by mogła uderzyć go w twarz, gdyby tylko uznała, iż sobie z niej szydzi. Sądziła, że jego skóra musi być ciepła, szorstka i twarda. Bezwodne piekło było przecież bezlitosne. Równie bezlitosne, co nieznośna, zastała między nimi cisza. Nic jednak... nawet owa absurdalna oczywistość... nie było w stanie przygotować ją na to, co miało nastąpić kilka chwil później.
Małżeństwo.
Poczuła paraliżujący jej plecy chłód. Nagłe uderzenie gorąca przyozdobiło jej nienaturalnie teraz blade policzki czerwonymi jak krew pąsami. Niewidzialna łapa zacisnęła się na jej gardle, sprawiając iż przez moment nie była w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa. Dziwne mrowienie przemknęło wzdłuż jej zesztywniałego kręgosłupa. Z pewnością nie zdawała sobie sprawy z tego, iż jej dłoń zacisnęła się na zebranym w garść materiale sukni. Gniotła go i mięła - bielały kostki smukłej, jasnej dłoni. Drgała ciężka nagle powieka.
Rodzimy się i umieramy. Wszystko pomiędzy jest tylko snem szaleńca, zaś wysiłek nadawania i szukania w nim sensu czynił z tego, kto próbował to robić, osobę nie mniej szaloną, od śniącego.
Gdy ważyły się losy jej małżeństwa z Rodrikiem Blackmontem, wiedziała, że ma być ono zwieńczeniem i wzmocnieniem trwającego od wielu lat sojuszu. Rozkład zysków i strat był jasny, łatwy do zaakceptowania. Podobnie, jak łatwy do tolerowania byłby sam Blackmont. Nawet wieść o jego śmierci przyjęła przecież z obojętnym spokojem, z żałoby czyniąc sobie jedynie wygodną tarczę.
Zastanawiała się przez moment, czy pan ojciec powiedział jej wszystko. Roziskrzone spojrzenie, niczym oświetlony promieniami słońca lód, utkwiła w stojącym przed nią Martellu.
Jego spokój okazał się kroplą, która przelała czarę goryczy. Nie zastanawiała się nad tym, co robi. Nie rozważała konsekwencji.
Sen szaleńca.
Zagonione w kozi róg zwierzę potrafiło jedynie kąsać i gryźć. Ręka wystrzeliła w jego kierunku bezwiednie, zatrzymując się dopiero na porośniętym szczeciną policzku. Cofnęła ją natychmiast i rozchyliła z bólu wargi, nie syknęła jednak. Zaczerwieniona, drżąca dłoń, którą starała się rozmasować była oczywistym dowodem, iż z uczynioną mu krzywdą, skrzywdziła również siebie. W odruchu zdrowego rozsądku i tchórzostwa zaczęła wycofywać się, jednak już podczas stawiania drugiego kroku, nadepnęła na przydługi rąbek spódnicy, potykając się i tracąc równowagę. Otworzyła szerzej oczy w wyrazie bezbrzeżnego zaskoczenia, tak charakterystycznego dla ludzi, którzy zdają sobie sprawę z tego, iż zaraz upadną.
Ja... Ja... Ja nie chcę już spacerować. Chcę iść do swojej komnaty. – Rzekła ze swej nowej pozycji. Właściwie siedząc na ziemi, trzęsąc się i obejmując ramionami. Jak dziecko.
Żadnego przepraszam. Nie przeszłoby jej to przez ściśnięte gardło. I choć wstyd wypalał jej w tej chwili nie tylko policzki, ale i szczyt nosa oraz skryte za włosami uszy, nie była w stanie nawet spojrzeć w kierunku swego oponenta. Pulsujący gorąc wciąż promieniował na wnętrze jej dłoni i nadgarstek. Nieznośny, jak żar lejący się z czerwonego nieba.
...gdzie człowiek kieruje się tylko i wyłącznie swoimi pragnieniami i najniższymi instynktami, tam dochodzi do tragedii. Interes. Liczy się tylko i wyłącznie interes. Rachunek zysków i strat. Głos septy Eyiris rozbrzmiewał i dudnił w jej uszach, zagłuszając niemal szumiący potok krwi. Policzek, niby skradziony gwałtem pocałunek, miał przypominać jej o osobie, którą tak szczodrze obdarzyła swą nienawiścią jeszcze na długo przed tym, jak dane jej było ją poznać.

Kto pogodzony, kto zaskoczony,
kto w pustelni, kto przed zwierciadłem,
kto z rozkazu swej pani, kto z własnej ręki,
kto w śmiertelnym strachu, kto w blasku potęgi
i jak nazwać tego, kto wzywa?


Nie wiem, co we mnie wstąpiło, Książę. Nie mów o tym panu ojcu, proszę.
Mówiła bez przekonania, jakby zdając sobie sprawę z tego, że jeśli nie uczyni tego sam Martell, Yesten Yronwood dowie się od jednego z podążających za nimi niby cienie gwardzistów.
Gdyby Fayruzi żyła... Gdyby nie okazała się po prostu kolejną zdrajczynią, z pewnością powiedziałaby jej, jak ma postępować. Wytłumaczyłaby spokojnie, dlaczego Martell budził w niej podobny niepokój. Dlaczego odzierał z utkanych przez lata szat chłodu i wyniosłości. Pozostawiona samej sobie, zachowywała się dokładnie tak, jak oczekiwałyby tego po niej siostry. Delikatna sztuka rozczarowywania była w końcu tą, której tajniki zgłębiła najbardziej.
Jeśli poszukiwali luster, to dlaczego tańczyła wciąż boso na ostrych, strzaskanych odłamkach?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Yronwood   Nie Lut 07, 2016 12:16 pm

W miłości jak na wojnie, głosi stare porzekadło, z którym nawet Książę Dorne nie mógłby się kłócić. Wszystkie chwyty dozwolone. Obuchem w głowę, sztyletem w serce, z rękami zaciśniętymi na gardle. Pełna gama możliwości, ograniczanych wyłącznie pomysłowością.  Jeśli dostrzeżesz dwoje ludzi przed ołtarzem, musisz zadać sobie pytanie: które z nich pierwsze okaże się mordercą?
W miłości jak na wojnie: nie ma żadnej możliwości, by sprawdzić, która z nich jest lepsza, bo nie istnieje możliwość porównania. Człowiek przeżywa wszystko po raz pierwszy i bez przygotowania. To tak, jakby aktor grał przedstawienie bez żadnej próby. Cóż może być warte życie, jeśli pierwsza próba już jest życiem ostatecznym? Dlatego wszystkie pierwsze razy (pierwszy pocałunek, pierwsza walka, pierwsza żona, pierwsza śmierć) zawsze przypominają szkic. Choć to nie do końca właściwe określenie: wszak jest on zawsze zarysem czegoś, przygotowaniem do obrazu, gdy tymczasem szkic, jakim jest pełne znaków zapytania życie, jest szkicem bez obrazu, szkicem do czegoś, czego nie będzie. Nikt nie może przygotować się na to, co czeka go za kolejnym załomem: śmierć? Wybawienie? Szczęście? Chwila bezkarnej rozpusty?
Jeyne Yronwood w swojej pierwszej i ostatniej próbie czuła się jak tresowana klacz… i nawet nie zdawała sobie sprawy, jak wiele jest w tym prawdy. Tyle tylko, że zapominała o innych ludziach. O otaczających ją błazeńskich małpkach, posłusznych psach, trzymanych na powrozie bydlętach: wszyscy poddawani byli tresurze. Bez wyjątków. Bez najdrobniejszych ustępstw – wszyscy. Do pewnego momentu życia nawet on, Książę Dorne.
Do tego momentu, w którym nie zerwał się z łańcucha.
Coś, co stanie się raz, jak gdyby nie stało się nigdy. Jeśli człowiek ma prawo tylko do jednego życia, to jakby nie żył w ogóle.
Dla Edrica świat był zaskakująco prosty w budowie i podzielony na antynomie: światło – ciemność; szorstkość – gładkość, ciepło – zimno, byt – niebyt. Jeden biegun był pozytywny, drugi negatywny. Takie zróżnicowanie wydaje się dziecinnie łatwe i naiwne… z wyjątkiem jednego przypadku: co jest pozytywne – mrok czy jasność?
Subiektywne odbieranie bodźców stanowiło podwaliny istnienia. Nawet prawo: pozornie jednoznaczne, niepodlegające dyskusji – było wyłącznie narzędziem w rękach kogoś, kto potrafił przeinaczać jego wydźwięk na swoją korzyść. Dlaczego inaczej miałoby być z kobietami? Martell był uzależniony od sprawowania kontroli – nawet, jeśli rzecz dotyczyła sfery pseudouczuciowej. Ponieważ chciał mieć pewność, że erotyczna przyjaźń nie przemieni się nigdy w agresywną miłość, jego spotkania z każdą z kochanek dzieliły zawsze bardzo długie przerwy. Uważał tę metodę za doskonałą i niejednokrotnie propagował pomiędzy Sandami, którzy cechowali się znaczniej mniej efektywną finezją.
Należy trzymać się reguły trzech. Albo widujesz się z jakąś kobietą co drugi dzień, ale nie więcej niż trzy razy, albo utrzymujesz z nią stosunki przez lata, ale tylko pod warunkiem, że pomiędzy spotkaniami upłyną co najmniej trzy tygodnie.
Nie musiał dodawać, że zasada nie dotyczyła małżonki – z nią spotkania niemal każdego dnia były nieuniknione, choć niepisana umowa erotycznej przyjaźni zakładała, że Książę wykluczy ze swego życia miłość. Gdyby naruszył ten warunek, reszta jego kochanek znalazłaby się w sytuacji drugoplanowej i mogłaby się zbuntować.
Wszystko wskazywało na to, że tragicznie zmarły Quentyn Martell podzielał zdanie syna (bądź to syn inspirował się nim) i na dzień przed zaślubinami z Mellarie wypowiedział słowa, które po dziś dzień niestrudzenie towarzyszą Edricowi.
Nie musisz jej kochać. Masz z nią legnąć, zrobić dzieci, podtrzymać linię krwi.
Chłodny pragmatyzm – właśnie za to Martell cenił ojca.
- Tylko powierzchownie i bez przekonania – odpowiedź na bezwiednie wypowiedziane przez Jeyne słowa przyszła nagle – Książę oderwał wzrok od pogrążonej w mroku, jednostajnej ściany araukarii, ze znużeniem ignorując kolejną falę bólu pełznącą po kręgosłupie. – Kto bowiem nie chciałby zobaczyć żywego smoka?
Pod warunkiem, że sam nie przemienił nas w istoty ginące w ogniu, popiołach i pożodze.
I po raz kolejny: antynomia. Lekkość jest pozytywna, ciężar jest negatywny. Dobro i zło, decyzja właściwa oraz błędna. Jeyne budziła w Martellu ambiwalencję, której nigdy nie potrafił zaakceptować: potrzeba zaskoczenia jej, wyprzedzenia o krok, górowania pod każdym niemal względem ścierała się z poczuciem, że nie powinien traktować jej jako przeciwnika.
Już nie.
Powstająca z każdym kolejnym krokiem stawianym na ogrodowej ścieżce więź powinna zostać wybudowana na podwalinach współpracy, nie współzawodnictwa. Na bok długoletnie niesnaski, zakorzeniona przez stulecia nienawiść – na bok niechęć, krytyka, potrzeba zadania bólu.
Tylko wspólny interes. Cel, który powinien przyświecać obojgu.
On – potrafił się dostosować. Ona – nie do końca.
Tresura klaczy w pewnym momencie procesu musiała przebiec niewłaściwie. Jeden błąd przyniósł w skutkach całkowite zaprzepaszczenie długoletniego procesu – w efekcie, zamiast posłusznej córki, lord Yronwood otrzymał nieprzewidywalne zwierzę.
W niczym nie różniące się od Martella – tak samo nieprzewidywalne. Równie przewrotne. Nieodmiennie niepojęte. Była w tym okrutna sprawiedliwość losu, coś, co wywoływało na ustach gorzki uśmiech: Jeyne, pogardzając bestiami, sama się przeobrażała w jedną z nich. Spragnioną krwi, zemsty, zadawania bólu karykaturę człowieka. Wiedzioną tylko i wyłącznie pierwotnymi instynktami, pozbawioną instynktu samozachowawczego, nakierowaną wyłącznie na destrukcję.
Było to dobre tłumaczenie; właściwe. Tłumaczenie, dzięki któremu Książę mógł pojąć reakcję kobiety na wieść o małżeństwie – jeśli istniało na świecie ktoś, kogo nienawidziła z całego serca, to był to właśnie… on.
Jeśli zaś sekunda ludzkiego życia miałaby się powtarzać w nieskończoność, człowiek byłby przykuty do wieczności jak Maegor Okrutny do Żelaznego Tronu, a Edric Martell już zawsze byłby świadkiem własnego zaskoczenia, gdy drobna, pozornie niegroźna dłoń wymierzyła mu siarczysty policzek. W takim świecie wiecznego powrotu na każdym geście kładzie się ciężar nieznośnej odpowiedzialności.  Najcięższe brzemię nas powala, przyciska do ziemi, upadamy pod nim.
Dosłownie upadamy – stalowa sprawiedliwość doszła do głosu, nim zrobił to Książę, a zagubiona
przerażona
Jeyne Yronwood padła ofiarą własnej lekkomyślności, lądując na pokrytej drobnym żwirem ścieżce.
Zabawne – w poezji miłosnej wszystkich wieków kobieta pragnie być obciążona brzemieniem męskiego ciała, nie zaś własnych błędów.  W przeciwieństwie do tego całkowity brak brzemienia sprawia, że człowiek staje się lżejszy od powietrza, wzlatuje w górę, oddala się od ziemi, od ziemskiego bytowania, staje się na wpół rzeczywisty, a jego ruchy są tyleż swobodne co pozbawione znaczenia.
Cóż więc należy wybrać? Ciężar czy lekkość?
Upadek czy uwznioślenie?
Przykazywał sobie nie dopuszczać do siebie współczucia, a współczucie słuchało go ze spuszczoną głową, jakby czuło się winne. Wiedziało, że nadużywa swych uprawnień, a pomimo to milcząco trzymało się swego, tkwiło nieśmiało w piersi, podczas gdy na wierzch wypełzła kwitnąca, wybudzona z drzemki pogarda.
To przedziwne melancholijne oczarowanie zniknęło bezpowrotnie – Martell stał nad Jeyne jak kat, który przymierza się do wykonania wyroku. Właśnie tego wymagał zaczerwieniony, wciąż piekący ślad na policzku – zemsty.
Wrażenie całkowitej ciszy zostało jedynie spotęgowane przez cichy syk stali budzonej z zasłużonej drzemki – wysunięty z pochwy Świt za sprawą jednego ruchu ręką przerodził się w poirytowaną, jadowitą żmiję, która wyskoczyła w powietrze i zatrzymała się tuż pod wstydliwie opuszczonym podbródkiem, nie dalej niż cal od gładkiej, szlachetnej szyi. Czubek sztychu naparł na jasną skórę, zmuszając do poddania się żądaniu broni i uniesienia pochylonej głowy.
Tak, by Jeyne Yronwood patrzyła w ciemne, ciemniejsze niż przed kilkoma chwilami tęczówki.
- Znasz dornijskie prawo, pani? – wystarczyło, by dzierżąca miecz dłoń drgnęła lekko, a na nieskazitelnej skórze szyi pojawi się pierwsza, rubinowa kropla – znacznie drogocenniejsza i znacznie piękniejsza od szlachetnych kamieni zdobiących złote kolie. – Każdemu, kto podniesie rękę na Księcia, Książę tę rękę odrąbie. Szczęście w nieszczęściu, Świt tnie precyzyjnie.
Ciało było klatką, wewnątrz której żyło coś, co patrzyło, słuchało, bało się, myślało i dziwiło. To, co kierowało ruchami, kreowało myśli, było świadkiem uczuć – to mogła być dusza.
Bądź sumienie.
Zwłaszcza to drugie odzywało się w najmniej odpowiednich momentach, wzywając do zdrowego rozsądku i nakazując spokój – Spokój i Rozsądek, bracia bliźniacy, nieodłączni towarzysze chwil, gdy pojawia się ich siostra Wątpliwość.
Świt opadł nieznacznie, zaczął się wycofywać jak zatrwożone, przegnane przez większego przeciwnika zwierzę – blada stal błysnęła po raz ostatni, niemal tęsknie, po czym zniknęła schowana, ponownie pogrążając się w cichym, czujnym śnie. Ta sama dłoń, która jeszcze przed chwilą trzymała miecz, nagle przecięła powietrze z determinacją, zatrzymując się dopiero, gdy pod palcami poczuła drugą, drobniejszą, z delikatnymi knykciami uwydatnionymi pod bladą skórą.
- Nie będziemy już spacerować – spokój, z jakim Martell wypowiedział te słowa, był niemal namacalną obelgą dla porywistej potrzeby ukarania Jeyne – jednak zemsta, przez ostatnie dwa lata nadająca jego życiu cel, najwyraźniej zmęczyła się ciągłą, zażartą obecnością. Nie miała siły, by zawładnąć wszystkimi zmysłami, poddała się rozsądkowi i – zupełnie jak miecz – pogrążyła w śnie, pozwalając, aby przez Księcia po raz pierwszy przemówiła szczerość.
Pomógł jej wstać i nawet jeśli ze strony Jeyne pojawił się opór, Edric zdawał się go nie zauważać – jego palce wciąż trzymały w niewoli silnego uścisku dłoń dziedziczki Yronwood, nie poluźniając chwytu nawet wtedy, gdy ta podniosła się, pozostawiając na ogrodowej ścieżce przeszłość… oraz część własnej dumy.
Nie zareagował również, gdy jej usta sformułowały prośbę – nie musiał obiecać, że zachowa milczenie i nie uraczy lorda szczegółową opowieścią. Powinna wiedzieć, że tego nie zrobi. Powinna domyślić się, że od tej pory będzie obierał jej stronę – taki był jego obowiązek.
I nawet jeśli tego nie wiedziała, jeśli się nie domyśliła, wciąż miała wystarczająco wiele czasu, by poznać niuanse, by zgłębić tajniki układu, jakim było małżeństwo.
- Piękny pierścień. Pamiątka po Rodricku Blackmoncie? – poluźnił uścisk tylko po to, by unieść dłoń, która przed kilkoma momentami okazała się katem – na jednym z palców widniała ozdoba z opalem, będąca właściwą przyczyną zadanego bólu. Odgrywanie nieświadomego było w tym wypadku wygodne, a okazywanie ciekawości miało skupić uwagę dziedziczki Yronwood na rozmowie i drodze powrotnej ku murom twierdzy, nie zaś przeszłości, którą właśnie zostawiali za plecami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Yronwood   Pon Lut 08, 2016 9:42 pm

— Jutro poznasz swojego narzeczonego. To Rodrick Blackmont, najstarszy syn lorda. – Yesten Yronwood ma w zwyczaju przemawiać prosto i zwięźle. Ufa, iż podlegający mu ludzie zdają sobie sprawę z tego, iż jego słowo jest tym wiążącym. Mimo to, zawiesza swe spojrzenie na młodziutkiej, sprawiającej mu tyle kłopotu dziedziczce. Chce upewnić się, iż dotarła do niej ostateczność i nieodwracalność decyzji.
— Znam go? To znaczy… czy go już widziałam? – Dostrzega na jej policzkach szkarłatne, niepokojące pąsy. Wie jednak, iż córka stara się panować nad własną reakcją. Ma już prawie dwadzieścia jeden lat; nie może sądzić, iż zdoła unikać swych obowiązków w nieskończoność. Mruży błękitne oczy, na dłużej zawieszając na niej przenikliwe spojrzenie.
— Czy najstarsza córka lorda Yronwood, dziedziczka rodu naprawdę sądzi, że podobna rzecz jest istotna? Zanim odpowiesz… –  Jego usta opuszcza znudzone i zawiedzione westchnienie. Czeka, aż córka odwzajemni spojrzenie. –  …wiedz, że to doskonały układ. Blackmontowie są nam wierni i darzą nas szacunkiem od lat. Uwierz swemu ojcu, gdy mówi, że nie ma dla ciebie w całym Dorne  korzystniejszej i bezpieczniejszej partii.
Lord Yronwood śmieje się i sięga po kielich z rozwodnionym, zimnym winem. Zwilża w nim usta.
—  …
Cisza



Niewypowiedziane życzenie dziedziczki Yronwood spełniło się zdecydowanie szybciej, niżby tego pragnęła. Chłodna, valyriańska stal błysnęła w półmroku. Pozorna groźba - czy też może obietnica - zmusiła ją do uniesienia głowy. Zmusiła ją do spojrzenia w ciemne, czarne niemal oczy Księcia. Na chwilę równą w tym momencie wieczności bądź temu, jak mogła sobie tę wieczność wyobrażać. Ożyły jej oczy. Błękitne, jak spokojny, czysty lazur wody w ogrodach Słonecznej Włóczni. Zeszklone. Zaczerwienione.
Czy Świt zetknął się z jej skórą zgodnie z intencją Martella, czy to może sama Jeyne postąpiła nie dość ostrożnie, poruszając się zbyt gwałtownie? Poczuła kojący chłód i - dopiero znacznie później, dopiero gdy wrażenie przedarło się przez kilka warstw ciężkiej, nieznośnej rzeczywistości - poczuła też ból. Czy też obietnicę bólu, ledwie zapowiedź tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby tylko zdecydowała się wyjść mu naprzeciw. Gdyby tylko zebrała w sobie dość odwagi, niby stojący w oknie samobójca.
Poruszyły się misternie tkane, złote rozety. Plątanina wyszytej na materiale koronki ożyła, gdy pierś dziedziczki zaczęła gwałtownie unosić się i opadać. Mimo lekko rozchylonych ust, nie odezwała się nawet wtedy, gdy dotarły do niej w końcu słowa o dornijskim prawie. Tylko rozrzedzona, ledwie widoczna para zdradzała, iż wciąż oddycha. A raczej stara się oddychać, choć sprawia jej to niemały wysiłek. Zupełnie, jakby, wyczerpana długim biegiem, padła nie na suchy żwir, a w wysoką, porastającą polanę trawę. Zupełnie, jakby pragnęła zanurzyć się w niej, ułożyć wygodnie i wypatrywać na niebie płonących, spadających gwiazd. Zupełnie, jakby… A jednak. Firmament czerniał, pozostając wciąż niemal bezgwiezdnym. Zniknęli gdzieś milczący gwardziści. Zgasł blask schowanego w pochwie Świtu. Pozostały jedynie ciemne, zwierzęce ślepia.
Silna, szorstka dłoń chwyciła ją i pociągnęła w górę, tym jednym, gwałtownym ruchem stawiając na równe nogi. Różowe, podłużne i ledwie dostrzegalne skaleczenie nieśmiało zaszło miejscami szkarłatem krwi. Dopiero, gdy poruszyła głową, poczuła lekki ból. Wolną dłonią dotknęła szyi, jakby pragnąc w pierwszym odruchu zasłonić znamię konsekwencji. W drugim odruchu zapragnęła odsunąć się od Martella znajdującego się nagle tak niebezpiecznie i nieprzystojnie blisko. Nie była jednak w stanie; stalowy uścisk zdawał się całkowicie obojętny na każdą jej próbę wyswobodzenia zeń wątłego, poczerwieniałego nadgarstka. Odkręciła głowę w bok i wbiła spojrzenie w ziemię.
Gdy pociągnął jej dłoń w górę, nie musiała nawet spoglądać w jego stronę.
Tak. – Bezbronnie rozcapierzone palce zacisnęła w pięść. Nie była w stanie ukryć przecież, iż gdy wzburzona wsuwała pierścień na palec, przyświecała jej tylko jedna intencja…


…tego dnia zostaje przyobiecana Rodrikowi Blackmontowi. Wbrew własnym obawom, nie czuje się źle. Gardła nie ściska niewypowiedziany żal i gniew. Panuje nad sobą tak, jak ją tego nauczono.
Od czasu do czasu czuje na sobie rzucane jej z przeciwnego końca stołu spojrzenie. Nie ma ochoty go odwzajemniać. Nie umyka to uwadze lorda, który dba o to, by nie towarzyszyła im niezręczna cisza, która ma zalec między nimi na kolejne, długie miesiące.
Długie miesiące, po których Blackmont przybywa do niej po raz kolejny. Tym razem na czele wojska. Prosi… domaga się, by zobaczyć się z nią w cztery oczy.
Wyrusza na wojnę, by wspomóc Księcia Martella. Gdy powróci w blasku zdobytej chwały, oziębła Yronwoodówna stanie się jego żoną. Sądzi, iż nie jest przesadą żądać od niej odrobiny ciepła i obietnicy, iż będzie wypatrywać jego powrotu. Tlący się ogień, który dostrzega w jej oczach, gdy zmniejsza dzielącą ich odległość, nie jest jednak tym, na co liczył. Nim udaje mu się uczynić cokolwiek, Jeyne wyciąga w jego kierunku jasną dłoń. Jasnoróżowe wargi rozciągają się w lekkim, zachowawczym uśmiechu. Tak nienaturalnym i wymuszonym, jak łączący ich związek. Klęka i niezgrabnie chwyta jej dłoń, zupełnie, jakby obawiał się, iż szorstkie, przywykłe do wojaczki dłonie połamią długie, smukłe palce. Składa na nich niezręczny pocałunek. Obiecuje, że wróci. Przysięga. Odchodzi.
Śmierć - jak to zwykle miewa w zwyczaju - przychodzi niespodziewanie. Gdy kona, przebity mieczem jednego z ludzi Baratheonów, przypomina sobie o wszystkich miłych chwilach, które spędził między gorącymi udami licznych kochanek. Tych, za które musiał płacić i tych, które oddawały mu się za darmo. Wspomina też zimną, jasną dłoń i chłodne, błękitne spojrzenie. Łatwiej mu się dzięki temu pogodzić z przenikliwym zimnem powoli zagarniającym całe jego ciało.
Nigdy już nie wraca. Zamiast niego powraca Edric Martell.



Odsunęła wolną dłoń od szyi. Dostrzegła na palcach odrobinę krwi. Skaleczenie było tak lekkie, iż z pewnością zaczęło się już zasklepiać. Nie czekając na odpowiedź, zakryła palcami rękę Martella.
Być może zdawała sobie sprawę z tego, iż nie stać ją w tym momencie na opór, a jakiekolwiek protesty wydawały się nie tyle daremne, co wręcz niemądre. Być może dotarło do niej, iż zaciskająca się wokół jej nadgarstka dłoń może równie szybko zamienić się w dłoń zaciskającą się na jej szyi. Być może dopowiedziała to sobie, ostatnim, tytanicznym wręcz wysiłkiem starając się odczłowieczyć Księcia Słonecznej Włóczni. To jego uczynić tym złym i nieludzkim. Na jego barki zrzucić karb odpowiedzialności za to, co wydarzyło się w yronwoodowskich ogrodach.  
Starała się delikatnie odtrącić jego dłoń, nie mogąc znieść dłużej przykrzącego się i palącego dotyku. Niestosownej bliskości, sprawiającej, iż jeśli tylko wyraziłby podobną chęć, byłby w stanie z przeraźliwej ciszy wyłowić odgłos jej bijącego szybko serca oraz szelest wypuszczanego z płuc powietrza. W jej ledwie odczuwalnym dotyku tkwiło coś na wskroś straceńczego i rozpaczliwego. Nie mogło być to wielkim zaskoczeniem. Mówili przecież, iż córka Yestena jest niedorzecznie wyniosła. Że jest zbyt zarozumiała. Jednak dopiero z odpowiedniej perspektywy dostrzec można, iż to, co brano czasem mylnie za pyszałkowatość i dumę, było jedynie przeraźliwym strachem ubranym w nowe szaty.
Lecz nawet najdłuższa tortura nie mogła trwać w nieskończoność. Silniejszy podmuch chłodnego, nocnego wiatru poruszył szatami niewzruszonego dotąd posągu.
Zawrócili, nie dotarłszy nawet do serca ogrodu. Zawrócili, nie zamieniwszy ze sobą już ani jednego słowa.
Cisza nauczy cię tego, jak śpiewać. Opatuliła się mocniej wymiętym, półprzezroczystym szalem. Zadbała o to, by przysłonić nim zaczerwienioną mocno szyję.
Gdy dotarli z powrotem, poprosiła pana ojca o zgodę na odejście do swych komnat. Pozostawiła mężczyzn samych sobie i swym rozmowom.
Cisza nauczy cię tego, jak śpiewać. W komnacie oczekiwała na nią służąca, która pomogła się jej rozebrać i umyć, taktownie unikając przy tym choćby zbyt długiego spoglądania na ciemniejący na jasnej szyi ślad. Zabawne, iż przebywając zbyt długo w balii, skóra marszczyła się i odwadniała. Można pomyśleć, iż gdyby człowiek spędził w wodzie wystarczająco dużo czasu, zniknąłby kompletnie. Sam zamienił się w wodę, a potem... powietrze. Wyparowałby. Jednak Jeyne Yronwood nie była w stanie wzlecieć w górę i oddalić się od swego ziemskiego bytowania. Brzemię kładło się na niej cieniem, niby brzask odganiający rankiem noc z wysokich koron drzew i szczytów gór. Brzemię posiadało imię i ciało. Brzemię opuściło Yronwood już następnego dnia. Trujący bluszcz przywiązania i zależności oplatał się pasożytniczo wokół zdrowego ciała i rozsądku. Niezrozumienie mogło budzić jedynie niemy sprzeciw. Nienawiść od pierwszego wejrzenia.
Cisza.


/ zt x 2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Yronwood   Nie Mar 20, 2016 9:17 pm

W Yronwood cuchnęło dymem z palonego węgla, gównem i szczynami, szybkim życiem i powolnym rozkładem. Morvowi zbierało się na wymioty, chociaż pewnie nie zwracałby tak dużej uwagi na smród, gdyby cokolwiek widział. Noc była ciemna, a mgła tak gęsta, że chociaż Lorna szła w zasięgu ręki, Morv dostrzegał jedynie widmowy zarys jej sylwetki.
Grupa podzieliła się na dwie dwójki. Strażnicy również chodzili dwójkami, a także czwórkami oraz w dwóch grupach po czterech, przez całą noc niestrudzenie patrolując siedzibę rodu Yronwood. Pustynna noc była chłodna, a oni niestrudzenie krążyli, krążyli i krążyli w ciemności. Jedna grupka właśnie maszerowała alejką w dole. Byli silnie opancerzeni i nieśli na ramionach halabardy.
- Znów nadchodzą - powiedział Verno.
- Widzę - syknął Morv. - Zacznij liczyć.
Wysoki, gardłowy szept Lorny zaczął rozbrzmiewać w ciemności.
- Jeden... dwa... trzy... cztery... pięć... – Morv patrzył z otwartymi ustami na jej wargi. Jego usta bezgłośnie poruszały się w tym samym rytmie. - Dwadzieścia dwa... dwadzieścia trzy... dwadzieścia cztery...
- Jak dostać się na dach? - zastanawiał się Verno. - Jak dostać się na dach?
- Lina i kotwiczka? - zaproponowała Yornick.
- Zbyt wolna, zbyt hałaśliwa, zbyt niepewna. Lina zostałaby na widoku, nawet gdyby udało się solidnie zamocować kotwiczkę. Nie. Potrzebujemy sposobu, który nie dopuszcza wpadki.
Morv marzył, żeby wreszcie się zamknęli, a on mógł posłuchać liczenia Lorny.
Od słuchania jej głosu rozbolał go kutas.
- Sto dwanaście... sto trzynaście...
Zamknął oczy, oparł się odchyloną głową o ścianę i kołysał w powietrzu jednym palcem.
- Sto osiemdziesiąt dwa... sto osiemdziesiąt trzy...
- Nikt tam nie wejdzie bez sprzętu - dotarł do niego głos Verno.  - Nikt. Ściany są za gładkie i za strome.
- Całkowicie się zgadzam.
- Więc od środka.
- Niemożliwe. Zbyt wielu świadków. Musimy wspiąć się po ścianie, a potem wejść przez te wielkie okna na szczycie. Przynajmniej w uliczce jest pusto po zmroku. To działa na naszą korzyść.
Morv ujrzał słaby błysk w alejce w dole. Kolejny patrol, dwa razy po dwóch strażników, dwóch plus dwóch strażników, czterech strażników wędrujących wokół zamku.
- Chodzą tak całą noc?
- Zmieniają ich dwie inne czteroosobowe grupki. Pilnują nieprzerwanie aż do rana.
- Dwieście dziewięćdziesiąt jeden... dwieście dziewięćdziesiąt dwa... idzie następna grupa. -  Lorna mlasnęła językiem. - Mniej więcej trzysta.
- Trzysta - syknął Yornick, a Morv zobaczył, że truciciel kręci głową w ciemności. - Za mało czasu.
- Więc jak? - odburknęła Lorna.
- Musi istnieć jakiś sposób... musi istnieć jakiś...
- Ja to zrobię. - wszyscy się obejrzeli. Verno siedział ze zwieszonymi rękami oparty o balustradę.
- Ty? - parsknął Yornick. - Ciekawe jak?
Morv dostrzegł w ciemności zarys uśmiechu Dornijczyka.
- Dzięki magii.

***

Mrukliwi strażnicy szli alejką. Było ich czterech - napierśniki, stalowe hełmy, ostrza halabard odbijające światło kołyszących się latarni. Gdy przechodzili, Verno schował się w bramie, odczekał nerwową chwilę, po czym cicho przeszedł na drugą stronę uliczki i ukrył się w cieniu obok wybranej kolumny. Zaczął liczyć. Miał mniej więcej trzysta sekund, żeby dostać się na górę i na dach. Dlaczego się na to zgodził, do diabła? Tylko po to, by zetrzeć uśmiech z twarzy tego idioty Yornicka.
Wyjął linę, z jednej strony zakończoną pętlą, a z drugiej hakiem. Zerknął w stronę okien niższych partii zamku - większość miała zamknięte okiennice dla ochrony przed nocnym chłodem, ale kilka było otwartych, w dwóch zaś wciąż paliły się światła. Zastanawiał się, jak duże jest ryzyko, że ktoś przez nie wyjrzy i przyłapie go na wspinaczce po ścianie. Z pewnością większe niżby chciał.
- Gdzieś tutaj.
- Gdzie, idioto?
Verno zamarł z liną w dłoniach. Usłyszał kroki i pobrzękiwanie zbroi. Przeklęci strażnicy wracali. Nie zrobili tego ani razu podczas poprzednich pięćdziesięciu rundek wokół budynku. Truciciel trajkotał o potędze nauki, ale gdy przyszło co do czego, pokpił sprawę, a Verno został z jajami na wierzchu. Wcisnął się głębiej w cień, czując, jak potężna kusza, którą niósł na plecach, drapie o kamienną ścianę. Jak im to wytłumaczy? Ot, wybrał się na nocny spacer z kuszą, ubrany cały na czarno. Jeśli zacznie uciekać, zobaczą go, dogonią i zapewne zadźgają. Tak czy inaczej, domyślą się, że ktoś próbował się wślizgnąć do zamku, a to położy kres ich planom. Z kolei, jeśli zostanie na miejscu... wyjdzie na to samo, tylko że śmierć od ostrza stanie się nieco bardziej prawdopodobna.
Głosy się przybliżyły.
- Nie może być daleko, przecież cały czas chodzimy w kółko...
Pewnie jeden z nich coś zgubił. Verno nie po raz pierwszy przeklął swoje gówniane szczęście. Za późno na ucieczkę. Zacisnął pięść na rękojeści noża. Kroki rozległy się po drugiej stronie kolumny. Zacisnął zęby, czekając na...
- Przepraszam! - zawołała Lorna. Wyszła na środek alejki, z odsłoniętą głową, szeleszcząc długim płaszczem. Chyba po raz pierwszy Verno widział ją bez broni. - Panowie wybaczą, że im przeszkadzam, ale próbuję wrócić do domu i chyba zabłądziłam.
Jeden ze strażników wyszedł zza kolumny, odwrócony tyłem do Verno. Po chwili drugi do niego dołączył.
- Gdzie pani mieszka?
- U przyjaciół w pobliżu głównej bramy. - westchnęła. – Ale dopiero od niedawna jestem w Yronwood i nie potrafię znaleźć drogi.
Jeden ze strażników zsunął hełm z czoła.
- Rzeczywiście, trochę pani pobłądziła. To po drugiej stronie
- Wędruję ulicami od kilku godzin. - Zaczęła się odsuwać, stopniowo przyciągając mężczyzn do siebie. Pojawił się kolejny strażnik, a po nim następny. Wszyscy czterej stanęli plecami do Verno, który wstrzymał oddech, dziwiąc się, że jeszcze nie usłyszeli bicia jego serca. - Gdyby któryś z panów mógł mi wskazać właściwy kierunek, byłabym bardzo wdzięczna. Wiem, że się wygłupiłam.
- Ależ nie. Yronwood potrafi być zagmatwane.
- Zwłaszcza nocą.
- Ja też czasami się w nim gubię.
Mężczyźni śmiali się, a Lorna im wtórowała, cały czas ich odciągając. Na krótką chwilę skrzyżowali z Verno spojrzenia, po czym kobieta zniknęła razem ze strażnikami za następną kolumną, a ich wesołe głosy ucichły. Verno zamknął oczy i powoli wypuścił powietrze. Na szczęście nie był jedynym mężczyzną ze słabością do kobiet.
Wdrapał się na kwadratową podstawę kolumny i otoczył ją liną, którą następnie podłożył sobie pod pośladki i zapiął, tworząc pętlę. Nie miał pojęcia, ile mu zostało czasu, ale wiedział, że musi się śpieszyć. Ruszył, przytrzymując się powierzchni kolumny kolanami i krawędziami butów, stopniowo przesuwając linę w górę i zaciskając ją, gdy zmieniał położenie nóg. Wspinał się szybko i sprawnie. Przypominało mu to wspinanie się na drzewo, tylko że na szczycie nie czekały jajka, a ryzyko poharatania sobie klejnotów drzazgami było mniejsze.
Mimo wszystko, Verno musiał się solidnie namęczyć. Zanim dotarł do szczytu kolumny, był cały spocony, a czekała go jeszcze najtrudniejsza część. Sięgnął jedną ręką ku plątaninie kamiennych kształtów na górze, a drugą odpiął linę i zarzucił ją sobie na ramię. Następnie podciągnął się, szukając palcami rąk i nóg punktów zaczepienia pośród wyłomów muru, ciężko dysząc i walcząc z bólem rąk. W końcu odnalazł szczelinę na tyle sporą, by wsunąć weń czubek buta – natychmiast dźwignął się w górę, zarzucając nogę na górę.
Znalazł się na tarasie.

* * *

- Siedemdziesiąt osiem... siedemdziesiąt dziewięć... osiemdziesiąt... – usta Morva same się poruszały, gdy patrzył, jak Verno przetacza się po balustradzie na taras komnaty.  
- Udało mu się – szepnęła Lorna piskliwym głosem pełnym niedowierzania.
- Szybko się uwinął. – Yornick zachichotał cicho. - Kto by pomyślał, że potrafi się wspinać... jak małpa.
Tymczasem Verno wstał, ciemniejszy kształt na tle ciemnego nocnego nieba. Zdjął kuszę z pleców i zaczął przy niej manipulować.
- Miejmy nadzieję, że nie strzela jak małpa - szepnęła Lorna.
Wycelował. Morv usłyszał cichy brzęk cięciwy. Po chwili strzała uderzyła go w pierś. Chwycił drzewce, z powagą spoglądając w dół. Prawie nie czuł bólu.
- Całe szczęście, że nie ma grotu. – Yornick odczepił drut od pierzyska. - Wolelibyśmy uniknąć kolejnych niepowodzeń, a twoją przedwczesną śmierć z pewnością należałoby tak zakwalifikować.
Morv odrzucił strzałę i przywiązał linę do końca drutu.
- Jesteś pewien, że to go utrzyma? - mruknęła Lorna.
- Linka z myrijskiego jedwabiu - odparł z uśmiechem Yornick. - Lekka jak świt, ale silna jak stal. Utrzymałaby całą naszą trójkę, a z dołu nikt jej nie dostrzeże.
- A przynajmniej masz taką nadzieję.
- Czego nie lubię, moja droga?
- Wiem, wiem.
Czarna linka zasyczała w dłoniach Morva, gdy Verno zaczął zwijać drut. Patrzyli, jak pełznie pomiędzy dachami, i liczyli jej długość. Doszli do piętnastu kroków, gdy Verno chwycił drugi koniec. Naciągnęli linę, a wtedy Morv przewlekł ją przez żelazny pierścień, który przybili do drewnianego dachu, i zaczął zadzierzgiwać węzeł, kilkakrotnie przeplatając linę.
- Jesteś pewien tego węzła? - spytał Yornick. - Nie mamy w planach upadku z dużej wysokości.
- Dwadzieścia osiem kroków - odrzekł Morv.
- Co?
- Tyle wynosi wysokość.
Przez chwilę panowała cisza.
- To zbędna informacja.
Naprężona czarna lina połączyła oba budynki. Morv wiedział, że tam jest, ale ledwie ją widział w ciemności.
Wiatr poruszał lokami Lorny, gdy wskazywała linkę.
- Ty pierwszy.

* * *

Ciężko dysząc, Yornick przeszedł przez balustradę. Podróż po linie nie sprawiła mu żadnej przyjemności. Gdy był w połowie drogi, zerwał się zimny wiatr i serce truciciela mocniej zabiło. Przez chwilę wracał do równowagi, ocierając zimny pot z czoła, gdy nagle zdał sobie sprawę, że obserwuje go uśmiechnięty Verno.
- Masz mi do powiedzenia coś zabawnego? - spytał ostro Yornick.
- To zależy, co jest cię w stanie rozweselić. Jak długo będziesz tak siedział?
- Tak długo, jak zechcę.
- Spokój. – szept Morva przedarł się przez nocny mrok.
Byli na miejscu, nie oznaczało to jednak, że teraz będzie łatwiej. W komnacie było ciemno, wszystko zatem wskazywało na to, iż – zgodnie z przewidywaniami – Lord Yesten Yronwood znajdował się w bliżej nieokreślonym, ale oddalonym od własnej komnaty miejscu. Wystarczyło lekkie pchnięcie, by drewniane, jasne skrzydło balkonowych drzwi otwarło się do środka, pozostawiając złodziejom czystą drogę ku wszystkiemu, co tylko zdołają wynieść.
I właśnie wtedy nóż świsnął w powietrzu i wbił się Yornickowi w lewą skroń z mokrym, nieprzyjemnym mlaśnięciem.
Zaskoczona Lorna przez moment przyglądała się padającemu na twarz wspólnikowi, Verno – wiedziony instynktem – odskoczył w mroczny kąt komnaty, a Morv dostrzegł, jak z głębi pomieszczenia rusza na niego uzbrojony w miecz mężczyzna. Złodziej pośpiesznie się wycofał, starając się nie przewrócić o zwłoki Yornicka, zderzył się ze stołem, prawie upadł, po czym wolną dłonią wymacał za plecami krawędź ozdobnego słoja.
Lorna gdzieś zniknęła, podobnie jak Verno…
… a Lord Yesten postąpił krok naprzód, wkraczając w plamę bladego światła padającego zza otwartego skrzydła tarasu.
Uniesione, obnażone ostrze miecza lśniło niemrawo, a rodzący się w piersi okrzyk, który najpewniej miał wezwać strażników, nagle zmienił się w bulgot, gdy w jego stronę poleciała rzucona, kryształowa karafka. Lord Yesten rozbił go rękojeścią, tak że kawałki ceramiki zasypały jedną stronę jego ciała, ale jednocześnie na chwilę się odsłonił. Morv wykonał rozpaczliwe pchnięcie i poczuł lekki opór, gdy naprędce dobyte ostrze bułatu przebiło policzek przeciwnika.
Lord Yronwood odskoczył z wprawą właściwą wyłącznie komuś, kto niejednokrotnie staczał bardziej rozpaczliwe pojedynki – mimo to powiódł wokół siebie zaskoczonym, nieprzytomnym spojrzeniem, jak człowiek, który obudził się pijany i odkrył, że ktoś go okradł, rozebrał do naga i przywiązał do słupa.
Gdyby miał do czynienia wyłącznie z Morvenem, najpewniej zdołałby zwyciężyć.
Tyle, że liczba napastników była trzykrotnie większa.
Z mroku wyłonił się czubek ostrza, który przesunął się pod brodę Lorda Yestena. Obok pojawiła się twarz Verno, blada i skupiona, na swój sposób przystojna. Lewą ręką objął Yronwooda i przycisnął go do siebie, mocno jak kochanek.
- Tutaj nie chodzi o ciebie, rozumiesz? - rzekł, niemal całując go w ucho, a krew spłynęła po szyi Lorda Yestena grubą czarną kreską od czubka sztyletu. – Nie powinno cię tu być.
Twarz Yronwooda zrobiła się fioletowa, źrenice uciekły do góry.
- Ale tak trzeba.
Wierzgnął nogami, uderzając bosymi stopami o miękki dywan, gdy Verno ścisnął go mocniej.
- Przepraszam za twoją szyję.
Ostrze szeroko rozcięło gardło Lorda Yestena Yronwooda, a czarna w mroku komnaty krew bryzgnęła na pościel i zachlapała ścianę łukiem czerwonych kropek.
Verno odrzucił mężczyznę, który zwiotczał, po czym uderzył bokiem w ścianę. Zderzył się z obrazem przedstawiającym dziewczynę zaskoczoną podczas kąpieli, wydarł w nim wielką dziurę ręką trzymającą miecz i zrzucił płótno na siebie.
- Szczęściarz - szepnął Morv. Umrzeć pod nagą kobietą. Sam zawsze chciał odejść w taki sposób.
Lord Yesten upadł na twarz, jakby jego kości zmieniły się w błoto. Kolejna fontanna krwi trysnęła w bok, zachlapując bogaty dywan i lśniącą drewnianą posadzkę. Jego stopy się poruszyły, palce zaszurały po podłodze, a paznokcie jednej ręki zaczęły drapać lśniącą powierzchnię. Verno wciągnął powietrze nosem, po czym je wydmuchnął, podniósł wzrok na Morva i się uśmiechnął. To był przyjacielski uśmiech, jakby opowiedzieli sobie jakiś osobisty żart, którego Lord Yronwood nie zrozumiał.
- Nie mamy zbyt wiele czasu… - zaczął Verno już w chodzie, gdy ruszał ku misternie rzeźbionej komodzie, na której Lady Yronwood pozostawiła własną biżuterię – nawet w słabym świetle nocy kamienie szlachetne i złoto lśniły zachęcająco, nawołując ku sobie złodzieja.
- Na szczęście łupy dzielimy na dwóch. Lorna uciekła… a Yornick…
- … Yornick poniesie całą winę. – zakończył za wspólnika Morv, przeszukując lordowski kufer – przeczucie go zresztą nie myliło, dość prędko odnalazł sakiewkę z przyjemnie pobrzękującą zawartością.
Nie zabrali tak wiele, jak początkowo planowali – na dobrą sprawę nic nie przebiegło według planu, jednak gdy złodzieje opuszczali komnatę zamordowanego Lorda Yestena, ich torby były cięższe o dwie złote, zdobione kamieniami szlachetnymi kolie, trzy pary kolczyków, pierścień z rubinem, srebrną bransoletę wysadzaną szafirami i pięćset złotych smoków znalezionych w kufrze oraz dolnej półce szafki.
Zniknęli tak samo, jak się pojawili – niczym cienie wędrujące na tle nocnego nieba. Za sobą pozostawili dwa trupy i wszechobecną, gęstą krew, która już zaczęła wsiąkać w drewno podłogi.
Tak bywa - śmierć zawsze przychodzi niespodziewanie, nawet gdy podświadomie jej oczekujemy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Yronwood   Sob Maj 21, 2016 11:10 pm


    Tor


Jej spojrzenie - mimo, iż stalowobłękitne oczy wydawały się zaszłe krwią i wilgocią - było puste i martwe. Błyszcząca, zdrowa cera poszarzała, zaś poczerwieniałe, napuchnięte policzki oraz ciemne bruzdy pod dolnymi, jasnymi rzęsami zdradzały, iż nie zaznała błogosławieństwa kojącego snu od co najmniej kilku księżyców. Rozsypane w nieładzie, złociste włosy wydawały się ciężkie i brudne, służąca nie odważyła się jednak, by zaproponować swej pani kąpiel.
Rozchełstana, czarna i niemal półprzezroczysta tkanina pokrywała kruche, upstrzone ciemnozłotymi piegami ramiona. Bezkształtna masa materiału unosiła się wokół niej niby ciemna, burzowa chmura. I chyba tylko długie, blade palce ułożonej bezwiednie dłoni dociskały ją mimochodem do łona i sprawiały, iż sylwetka najstarszej córki Yestena Yronwooda nie ginęła w niej całkiem, pochłonięta przez ciemną, eteryczną poświatę.
W głównej, przepastnej sali siedziby domu Yronwoodów panował zaduch. Gorące, zastałe powietrze sprawiało, iż pot perlił się na czołach milczących, bezimiennych strażników. Ciężką ciszę przerywało jedynie ohydne brzęczenie latających po pomieszczeniu, tłustych much. Ciężki, mdły zapach - czy też raczej fetor - wydawał się nie do zniesienia. Przynajmniej dla młodszej siostry Jeyne, ponieważ w końcu dała za wygraną i poderwała się ze swojego miejsca tylko po to, by szybkim krokiem opuścić salę przy akompaniamencie szelestu swej żałobnej szaty.
Ciężka, leżąca na kolanach Jeyne kolia, spadła z trzaskiem na kamienną posadzkę, gdy nowa Lady Yronwood powstała ze swego siedziska. Dopiero teraz oczom spoglądających w jej stronę ukazały się pokryte zaschniętą, pociemniałą krwią wnętrza dłoni i zesztywniałe od juchy fragmenty sukni. Ruszyła przed siebie, bezwiednie wymijając po drodze odciętą od karku głowę schwytanego kilka dni wcześniej kupca, u którego znaleziono przypadkowo jedną z zaginionych drogocenności.
Pyszałkowaci złodzieje nie mogli mieć złudzeń, iż ich nieszczęsny, martwy towarzysz poniesie całą winę. Umarli nie pozostawiają śladów i z całą pewnością nie są w stanie wynosić swych łupów, w zamian pozostawiając na miejscu swe truchło. Winni chodzili więc wolno, zaś myśl o tym przyprawiała Jeyne o mdłości.
Możecie to uprzątnąć. – Rzuciła w końcu, niedbałym ruchem dłoni wskazując pokryte ranami i sińcami, cuchnące ciało.
Matowe, błękitne spojrzenie spoczęło w końcu mimochodem na milczącej, posągowej sylwetce wdowy po Yestenie. Zmrużyła ślepia. Dopiero śmierć Lorda sprawiła, iż ciemnoskóra Cassella powróciła do Yronwood z Bożej Łaski.
Jeyne splotła palce smukłych, brudnych dłoni i ułożyła je na podołku.
To tylko kwestia czasu. – Rzuciła w bliżej nieokreślonym kierunku, machinalnie bawiąc się pierścieniem wsuniętym na serdeczny palec.
Zwłoki złodzieja kazała wystawić na widok publiczny, choć szybko okazało się to niezbyt trafionym pomysłem, wziąwszy pod uwagę nieustannie lejący się z nieba żar. Poszukiwała czegoś. Czegokolwiek, co pozwoliłoby jej wypełnić pustkę ściskającą jej trzewia. Czuła, iż tonie. Że otaczają ją bałwany wzburzonego, niespokojnego morza przytłaczającej samotności. Nawet własna matka wydawała jej się kimś obcym i niepożądanym, zaś jej obecność nie przynosiła choćby odrobiny ukojenia.

***

Dlaczego wszyscy, bez wyjątku, kłamali, twierdząc, iż czekało ich na tym świecie coś więcej, niż znój, samotność i śmierć? Czemu tak kurczowo łapali się naiwnego konceptu, łudząc się, iż byli w stanie odnaleźć kogoś, coś, cokolwiek, co stałoby się dla nich podporą i całym światem? Być może zazdrościła królowi. Nie władzy, nie bogactwa i nie wpływów. A pozbawionego złudzeń szaleństwa.
Całkiem zanurzona w wodzie z przyjemnością odkryła, iż docierają do niej jedynie przytłumione odgłosy własnego, pulsującego serca. Otworzyła oczy. Krystalicznie czysta i gorąca woda zdążyła już całkowicie pociemnieć i wystygnąć.
Wynurzyła się spod powierzchni wody, niemal natychmiast otwierając szeroko usta, by łapczywie nabrać w płuca powietrza. Podciągnęła się w górę, obiema dłońmi zapierając się o krawędzie drewnianej balii.
Zaniedbana skóra odzyskała odrobinę przygaszonego blasku, gdy służąca zaczęła wcierać w jej wysuszone ciało wonne, rozgrzewające olejki. Ożyło chłodne, skrzące się niczym lód spojrzenie.
Czas rozpaczy i rozkładu minął. Marazm zaś był przywilejem, na który nie mogła sobie pozwolić. Pan ojciec... Pan ojciec z pewnością obawiał się, iż nie podoła lordowskiemu ciężarowi. Iż rozsypie się w chwili, w której na jej barki spadną prawdziwe obowiązki Lady. Wreszcie... iż jej zdziczała i pełna sprzeczności natura sprawi, iż nie będzie w stanie dotrzymać powziętych zobowiązań. Mimo, iż mieli udać się do Słonecznej Włóczni razem, z Księciem rozstała się już w Tor, chcąc jak najszybciej dotrzeć do Yronwood. Nie była w stanie przypomnieć sobie chwili pożegnania. Być może nie była nawet przytomna.
Gdy służka pomagała jej nałożyć czyste szaty, zwróciła się do niej:
Wezwij do mnie Ashrafa.
Było już późno. Zupełnie późno. W korytarzach piaskowej barwy wciąż unosił się ciężki, słodkawy zaduch śmierci. Gdzieś dalej, nieopodal murów palono ciała, chcąc uniknąć zarazy i pojawienia się większej ilości much.
Gdy śniady wojownik pojawił się w lordowskich komnatach - tych samych, w których zamordowano jej ojca -, młoda Lady stała w progu szerokiego wyjścia na skąpany w cieniu taras. Wyglądała w tej chwili niczym ostro wyciosany, spiżowy posąg, do jego uszu dotarł zaś jej głos, mimo, iż nie obróciła się nawet w jego stronę.
Chcę wiedzieć o każdym kroku moich sióstr. Co jedzą, z kim rozmawiają, z kim sypiają, komu i za co płacą. Nie spuszczaj też wzroku z mej matki.
Zaległa między nimi długa i niezręczna cisza, zaś gdy Ashraf wreszcie zebrał się do tego, by odejść, obróciła głowę w bok, by spojrzeć w jego kierunku i spytać:
Czy to źle, iż oczekuję, by był tu ze mną? By trwał przy mnie? Wspierał mnie? – Ciemna, krzaczasta brew wojownika powędrowała ku górze. Nim jednak zdobył się na odpowiedź, kontynuowała: – Oczywiście, że tak. Czemu miałoby być inaczej. To tylko interes. Ostatni intratny interes mego ojca.
Ruszyła w kierunku łoża, mijając po drodze milczącego, stojącego przy wyjściu na taras strażnika. Od chwili śmierci lorda próżno było szukać w Yronwood miejsca nieobsadzonego zbrojnymi.
Czas rozpaczy, bezsennych nocy i... złudzeń minął. Miała na głowie ważniejsze rzeczy.
Myślę, iż mógłby być ze mnie dumny.  – Rzekła Ashrafowi na pożegnanie, samej zbierając się do snu.
Tej nocy - po raz pierwszy od długich miesięcy - spała niczym dziecko. Kilka dni później wyruszyła do Słonecznej Włóczni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Yronwood   Pon Paź 03, 2016 8:26 pm


    Słoneczna Włócznia


Lordowie nie powinni na długo opuszczać swych siedzib, toteż nikogo nie mógł dziwić fakt, iż świeżo upieczona lady postanowiła opuścić Słoneczną Włócznię niedługo po wydarzeniach ze szkarłatnej uczty w Sali Słońca.
Niektórzy mówili, że to Edric Martell ściągnął na Dorne przekleństwo rubinowej gorączki. Że nieszczęśnicy, którym nie dane było jej przeżyć, wyglądali w swych ostatnich chwilach niczym lustrzane odbicie konającej Lynette Martell. Być może kara nie była uczciwa, być może był to gniew Siedmiu… Jeyne Yronwood nie wierzyła w poetycką sprawiedliwość, choć doszukiwała się jej niemal we wszystkim, co działo się wokół niej. Zupełnie jakby przekonanie o celowości zastałego na świecie cierpienia zapewniało jej lekki sen.
Nie bez powodu mówiło się, iż przez świat przetoczyło się tyle samo zaraz, co wojen. Mimo to i zarazy i wojny zawsze zastawały świat oraz ludzi tak samo zaskoczonych…

***

Woda parzyła skórę. Wydawało się, iż jedynie ogromne samozaparcie sprawiło, że Jeyne była w stanie zanurzyć się w niej całkiem. Mrowiący ból promieniował na całe ciało, zaś niemrawo zmrużone, zaszłe mgłą oczy obserwowały od niechcenia służącą polewającą wrzątkiem pokryte ziołami, podgrzane kamienie. Nienawidziła korzystać z gorącej łaźni, choć wydawała się ona remedium na wszelkie bolączki związane z gorączkami.
Wieści o szalejącej po Dorne zarazie dotarły do niej jeszcze w czasie podróży powrotnej do Yronwood. Nie mogła zignorować nagłego osłabienia i uderzeń gorąca. Mimo, iż zaraz po powrocie powzięła odpowiednie kroki - zakazała opuszczania posiadłości swym siostrom i matce, zaś straż i służbę uczuliła na to, by wypatrywała wokół siebie jakichkolwiek, choćby najmniejszych oznak kiełkującego w kimś bakcyla choroby - nie mogła pozbyć się myśli, iż to ona była tym, kto mógł ściągnąć do Yronwood zarazę ze wschodu.
Wypocić z siebie chorobę, zabić ją w zarodku. To nakazał stary, przygarbiony maester. Yronwoodówna dostrzegała w jego oczach chłodny spokój kogoś, kto przeżył już kilka epidemii, nie była jednak w stanie dzielić jego opanowania.
Bała się. Zaś strach mieszał się z poczuciem winy.
Kazała zamknąć się w swych komnatach, natrętnym wzrokiem doszukując się na swej jasnej skórze jakichkolwiek oznak postępującej choroby. Lecz nawet tam, gdzie zawodziły stalowoniebieskie, czujne oczy, z pomocą przychodził paranoiczny lęk i wybujała wyobraźnia przybierająca potworne kształty plam szpecących pokrytą złocistymi piegami skórę.
Zaraza to zły sen, który minie. Lecz nie zawsze ów sen mija i od złego snu do złego snu to ludzie mijają.
Spoglądając na tłuste, napęczniałe od jej krwi pijawki, krzywiła się z odrazą, choć wiedziała, że gdzieś tam, za szczelnie zamkniętymi bramami Yronwood powitałyby ją widoki o wiele gorsze.
Wsłuchiwała się w obrzydliwy skrzek, który wydawały z siebie eksplodujące, obślizgłe pasożyty, gdy pomarszczone dłonie maestra wrzucały je w płomienie.
Cóż za parszywy żywot. Hodowane z czułością i pieczołowitością. Ślepe, głuche, nieme. Kierowane tylko głodem krwi, który, koniec końców zaspokojony, miał stać się przyczynkiem ich śmierci. Czy gdyby karmić je zdrową, czystą krwią, żyłyby szczęśliwe? Umierałyby spełnione?
Maester przyglądał się przybladłej twarzy lady z coraz większym niepokojem. Jej płuca opuszczał świszczący, nieregularny oddech. Jej oczy błyszczały w półmroku niezdrowym blaskiem, kogoś, kogo zastała pierwsza w jego życiu zaraza. Opuszczał jej komnatę będąc przekonanym, iż jego pani jest chora. A jeśli nie jest, to w swą chorobę głęboko wierzy. Wiara zaś... czyniła i cuda i szkody.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Yronwood   Pią Paź 07, 2016 3:26 pm

Bywają sytuacje, w których pozornie utarte frazesy nabierają zupełnie nowego znaczenia – choć nikt nie spodziewał się, że zwyczajowe mieć szczęście w nieszczęściu kiedykolwiek będzie odnosić się do zbierającej śmiertelne żniwo epidemii, była to najpewniej pierwsza myśl, jaka mogła nasunąć się w obliczu stanu zdrowia Lady Jeyne.
Zaraza powoli rozpełzała się po całym Dorne, przywodząc swą wytrwałością i leniwą brutalnością wyżerające martwą tkankę larwy – choć zdawało się, że najbardziej ucierpi Słoneczna Włócznia, żadna z rodowych siedzib na samym południu kontynentu nie mogła czuć się bezpieczna. Choroba w końcu dotarła również do Yronwood, długie palce zaciskając na gardłach poddanych i rządzących – jeden z opuszków tej śmiertelnej dłoni zaledwie musnął Jeyne, napełniając jej ciało pierwszymi objawami epidemii. Osłabienie, nieco podniesiona temperatura ciała, do tego delikatne zawroty głowy oraz przejściowe, lekkie duszności budzące więcej niepokoju, niż naprawdę czyniące szkody – choć ktoś nierozważny mógłby uznać te znaki za zwykły przejaw zmęczenia pustynnym słońcem oraz klimatem, świeżo upieczona Lady nie zwykła bagatelizować podobnych zagrożeń.
Co więcej, traktowała je nieco nad wyrost.
Maester Yronwood nie miał powodów, by umniejszać zapał swej pani w kwestii dbania o zdrowie – jego obawy budził raczej fakt, że pomimo tak wielu przedsięwziętych środków, Jeyne wciąż przejawiała objawy choroby, zupełnie jakby ta na dobre zagościła w jej ciele. Pijawki, gorące kąpiele, zioła, napary, wszystko to powinno przegnać z ciała Lady Yronwood zalążki zarazy, nic nie wskazywało jednak na to, by rzeczywiście tak było – medyk w końcu doszedł do wniosku, iż w przypadku Jeyne potrzeba zwyczajnie czasu… i odrobiny cierpliwości. Jeśli jej organizmowi miałoby zarażać kolejne stadium, nie umknęłoby to uwadze ani maestra, ani samej zainteresowanej – zaś do momentu całkowitego wyleczenia bądź pogłębienia objawów nie pozostawało nic innego, jak tylko stosować kolejne środki mające na celu przegnanie bakcyla. Wszak przezorność zabijała znacznie rzadziej niż bagatelizowanie – działania nad wyrost nie mogły zaszkodzić w przeciwieństwie do zupełnego zignorowania problemu. Właśnie ta myśl wpływała na maestra Yronwood na swój sposób uspokajająco – choć nie mógł narzekać na brak zajęć, dbając o zdrowie wszystkich mieszkańców zamku (a także swoje), szczególną uwagę poświęcał tej, która nie tak dawno temu odziedziczyła po swym ojcu władzę i na którą czekały wyzwania po stokroć bardziej wymagające od epidemii, która – jak każda zaraza – prędzej czy później miała wygasnąć.
Choć najpewniej nie było w Dorne takiego człowieka, który nie modliłby się o to, by wygasła jak najszybciej, zabierając ze sobą jak najmniejszą liczbę ofiar i pozostawiając na tej części królestwa jak najpłytsze, szybko zasklepiające się rany.

    Rzuty kością zadecydują o stanie Jeyne:
    1, 3, 5 - działania maestra oraz przezorność Lady Yronwood przyniosły wymierne efekty; choroba opuszcza ciało Jeyne, choć dalsza ostrożność jest wskazana,
    2, 4, 6 - pomimo przedsięwziętych środków nie nastąpiła remisja, zaś Jeyne wciąż odczuwa skutki I stadium zarazy.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
465
Join date :
23/03/2013

PisanieTemat: Re: Yronwood   Pią Paź 07, 2016 3:26 pm

The member 'Valar Dohaeris' has done the following action : Dices roll


'Rzut 6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Yronwood   Sro Lis 09, 2016 8:49 pm

Odkąd piętno zarazy okryło swym całunem całe Dorne, czas i wydarzenia w Yronwood zdawały się toczyć swoim, śmiertelnie powolnym tempem.
Choroba wyciskała z ludzi nie tylko pot i ciemne wybroczyny, ale również całą radość, którą mogli odczuwać poddani w związku z mającymi się odbyć niebawem zaślubinami.
Coraz częściej mawiano w przydrożnych szynkach, iż lady Yronwood zdawała się przynosić pecha. Przyrzeczony jej mąż z rodu Blackmontów zginął podczas bitwy, pana ojca zamordowano we własnej sypialni, zaś porozumienie zawiązane pomiędzy nią, a księciem Martellem, miast napawać Dornijczyków radością i nadzieją, było jedynie preludium do późniejszych, ponurych wydarzeń. Niebezpieczne przedstawienie wyreżyserowane przez króla Aerysa, śmierć ojca, groteskowe zwieńczenie żywota Lynette Martell, niemal samobójcze zakusy księcia Edrica — wszystko to zdawało się ciążyć nad głową jasnowłosej lady niczym burzowa chmura. Albo raczej rój brzęczących much.
Nie mogła myśleć tylko o sobie, choć młodość rządziła się swoimi prawami. Wizja śmierci — wyraźna jak nigdy dotąd — sprawiała, iż złotowłosa zajmowała się swym zdrowiem z uwagą godną posądzenia o nadgorliwość. Mówiło się, iż młodzi ludzie rzadko kiedy bali się śmierci. Zbyt przekonani przecież o własnej nieśmiertelności, nie brali pod uwagę tego, iż czyha ona na nich na każdym kroku. Jeyne Yronwood widziała jej jednak w ostatnich dniach zbyt dużo, by do końca wierzyć we własną siłę i nietykalność.
Pomyśleć, iż człowiek był w stanie przywyknąć do wszystkiego, jeśli zysk wydawał się wystarczający. Pomyśleć, iż nawet widok obślizgłych pijawek mógł stać się miły dla oka, zupełnie, jakby każdy pisk nabrzmiałej, wrzucanej do ognia czarnej larwy oddalał widmo śmiertelnej choroby.
Zapał w kwestii dbania o swe zdrowie nie słabł więc, a jedynie narastał, sprawiając, iż nawet maester Yronwood mógł zacząć sądzić, iż były  to —  nie tak znowu niewinne — początki obsesji mającej rzutować na całe późniejsze życie świeżo upieczonej lady.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Yronwood   

Powrót do góry Go down
 

Yronwood

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Jeyne Yronwood
» Kroniki rodu Yronwood

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne-