a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Dziedziniec



 

 Dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Reach
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
387
Join date :
12/05/2014

PisanieTemat: Dziedziniec   Sro Wrz 03, 2014 11:53 am


Dziedziniec



Dziedzińcem Czarnego Zamku hucznie określa się ubity, przeorany setkami końskich kopyt kawałek ziemi między zbrojownią, windą prowadzącą na górę Muru oraz salą jadalną - ongiś podłoże wyłożone było kamieniem, jednak naniesiony przez dziesiątki lat piach już dawno zakrył twardy bruk. Na dziedzińcu bracia z Nocnej Straży zwykle oddają się szlifowaniu kunsztu walki - to tutaj pod okiem Lorda Dowódcy sprawdzane są umiejętności nowo przybyłych na Mur, które w efekcie pozwolą przyporządkować ich do odpowiednich zajęć w Nocnej Straży.





Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
387
Join date :
12/05/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Wrz 03, 2014 12:09 pm

MG



Ulewa nie ustawała ani trochę - niebo wciąż płakało, zalewając dziedziniec grubymi kroplami deszczu i przeobrażając zwykle ubitą ziemię w rozmokłe, chlupoczące błoto. Pośród ulewy czekało już kilku braci, niezbyt zachwyconych faktem, iż muszą wyruszyć na misję w taką pogodę - na dobrą sprawę pocieszało ich tylko jedno: nie muszą wyruszać za Mur... choć wizja dwóch tuzinów dzikich krążących gdzieś po Darze nikogo nie mogła napawać optymizmem. Zwłaszcza, iż dwa tuziny mogły okazać się trzema... posiadającymi na domiar złego w swych szeregach warga - czy którykolwiek brat z Nocnej Straży mógł wyobrazić sobie gorszy scenariusz? Na szczęście dla wron, już dawno przywyknęli do niewygód związanych ze służbą oraz obroną królestwa na Murze... tutaj wszyscy byli równi i nikt nie mógł cierpieć na nadmiar wygód - co najlepiej widać dzisiaj.
Przemoknięte, w niektórych miejscach zbutwiałe deski drewnianych krużganek zastukały głucho, gdy postawny, choć nieco posunięty w latach mężczyzna przemierzył je dziarskim krokiem - nawet pomimo rzęsistego deszczu bracia dostrzegli w przybyszu męża, którego nie sposób było pomylić z nikim innym w Czarnym Zamku - oto na ulewę wyszedł sam Lord Dowódca, za nic mając ziąb, hektolitry wody lejące się z ołowianego nieba oraz błoto po kostki. Wodniste, bystre oczy zmierzyły wzrokiem nielicznych zebranych, najwyraźniej szukając konkretnej osoby, po czym zamarły na jednej z wron, zwiastując wyraźny wybuch zniecierpliwienia.
- Gdzie jest Arest, przyjaciele?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Mur
Skąd :
Wioska niedaleko Winterfell
Liczba postów :
23
Join date :
15/04/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Wrz 03, 2014 2:51 pm

Lał deszcz i wiał zimny wiatr. Arest był przygotowany do wyprawy. Zabrał już całe wyposarzenie, a koń był gotów wyjechać w każdej chwili. Rozmyślał nad zadaniem, które mu przydzielono. Rzadko miał okazje poprowadzić swój własny oddział. Co prawda mężczyzna był w Nocnej Straży już kilka ładnych lat i walka z dzikimi nie była mu obca za Murem czy nie, ale zawsze na takiej wyprawie towarzyszyło ryzyko i obawa śmierci, nawet najbardziej doświadczeni i najlepiej władający bronią zwiadowcy odczuwali stres związany z walką na śmierć i życie. Tak było i teraz. Arest wszedł na dziedziniec i zobaczył Lorda Dowódcę.
- Tu jestem Lordzie.- Bracia zrobili dla niego przejście i mężczyzna mógł przejść bliżej Lorda Dowódcy stojącego na podwyższeniu.- Możemy wyruszać już chyba wszyscy są.- Rozglądnął się szukał znajomych twarzy w tym Harriona. Większość z obecnych byli zwiadowcami służącymi w Straży od lat, ale zauważył także parę młodych i nieznajomych twarzy.- A więc bracia jak pewnie wiecie dzicy przedarli się przez Mur. Jest ich dwa tuziny i najpewniej są przy Bramie Królowej. Nadszedł czas wypełnienia naszej przysięgi i ponownie krainę człowieka przed dzikimi!- Teraz zostało jż tylko wyruszyć. Przedstawił sytuację innym w prosty i konkretny sposób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Wrz 03, 2014 5:39 pm

Harrion przyglądał się zajściu i myślał przez chwilę... - Z całym szacunkiem Lordzie Dowódco i Arescie, ale mam małe pytanie, wyruszamy konno czy na piechotę? - Powiedział Harrion zdając sobie w końcu sprawę z ważnego problemu - Gdyż jest w tym mały problem, konno nie uda nam się tam dotrzeć w taką pogodę, konie nie ujadą na takim błocie, a na piechotę ich nie zdołamy raczej dogonić! Oczywiście mogę się mylić ale taka jest moja opinia o tym.
Powrót do góry Go down

avatar
Reach
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
387
Join date :
12/05/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Wrz 03, 2014 7:50 pm

MG


Ciągłe siąpanie deszczu nie sprzyjało utrzymaniu zdrowia - zwłaszcza zaś tak posuniętemu w latach mężczyźnie jak Lord Dowódca, który - pomimo zachowania krzepy, zdrowych płuc oraz jasności myśli, nie potrafił oprzeć się nękającemu go od kilku dni przeziębieniu. Mokry kaszel ujawniał się zwykle w rozgrzanych ogniem komnatach, lecz z nosa bez przerwy ciekła nieprzyjemna, rozrzedzona ciecz, którą mniej lotny poeta określiłby mianem smarków, zupełnie jak u liczącego kilka dni imienia pacholęcia. Lord Dowódca posłusznie poił się naparami serwowanymi przez maestra (zaś po kątach popijał wino z goździkami, o wiele większą nadzieję pokładając w grzanym trunku) oraz unikał zimnego wiatru - co akurat na Murze graniczyło z nie lada wyczynem. Kiedy jednak przyszło mu wyjść na gęstą ulewę i przekazać ostatnie wskazówki wyruszającym na zwiad braciom, nie wahał się ani chwili, choć niewyspanie od rana mocno dawało się we znaki. Lord Dowódca ponownie śnił, że popełnia zbrodnię. Sny podobnej treści miewał regularnie, wszystkie niezwykle realistyczne, dopracowane w szczegółach niczym intrygi możnych z Królewskiej Przystani. Lord Dowódca nikomu o tym nie wspominał, bał się, że utraci prawo do zajmowanego stanowiska, ewentualnie trafi do zamkniętej na cztery spusty komórki na piach. Człowiek o jego pozycji oraz obowiązkach winien śnić wyłącznie o publicznym porządku i jego przestrzeganiu. A mokre sny mogą mu się kojarzyć co najwyżej z deszczem - Lord Dowódca dorobił się nawet teorii na temat swych nocnych majaków. Sądził, że są odreagowaniem wrodzonej praworządności, którą zawsze i wszędzie kierował się w codziennym życiu. Tej nocy zamordował uroczego staruszka strzałem z kuszy w głowę. Wyjrzał przez okno komnaty ofiary; wychodziło na stary ogród, więc z całą pewnością „realia” jego snu nie pokrywały się z realiami Północy, a tym bardziej Czarnego Zamku. To właśnie deszcz wyrwał Lorda z objęć snu - z bliżej nieokreślonego powodu dowódca wron źle znosił opady atmosferyczne. Jego niańka z przybytku w Białym Porcie opowiadała, że gdy go znaleziono, za sprawą głębokiego ukłonu losu porzuconego w dokach, też padał deszcz. „To była istna ulewa” - dodawała zwykle. Być może stąd wzięła się radykalna awersja Lorda Dowódcy do ulew.
- Wspaniale. - starszy mężczyzna skinął spokojnie głową, dostrzegając pośród jednolicie czarnych, szczelnie opatulonych wron Aresta. - Przejmiesz dowodzenie nad wyprawą, Twoje doświadczenie będzie niezbędne na szlaku. - Lord strzepnął z kołnierza krople wody, wsłuchując się uważnie w słowa brata z Nocnej Straży. W prostych, klarownych słowach przedstawił cel podróży - i za to dowódca cenił go najbardziej. Długie elaboraty i czcze debaty były ostatnią rzeczą, której teraz potrzebowali... zwłaszcza w takim deszczu.
- Nie wykluczamy, iż dwa tuziny stanowią jedynie pomniejszy zwiad. Najważniejsze, byście mieli oczy dookoła głowy i uszy wyczulone na każdy dźwięk, nawet tak zwyczajny jak wycie wilka... - kąciki ust Lorda opadły nieznacznie w dół, gdy niemal na głos wypowiedział to, co nękało jego duszę - z dzikimi mogą być wargowie... zaś wargowie zwykle oznaczają jeszcze większe kłopoty. Dowódca już miał skinąć głową i pozwolić, by bracia wyruszyli w drogę... lecz wtedy głos zabrała wrona, którą Lord kojarzył głównie ze szlacheckiego pochodzenia - minęła dłuższa chwila, nim starszy mężczyzna zdołał przypisać w myślach twarz do imienia.
- Nocna Zmoro, czyżbyś miał alternatywę? - na ustach Dowódcy pojawił się lekki, pozbawiony sarkazmu, lecz wyraźnie rozbawiony uśmiech.
Na piechotę? Niech go Siedmiu ściśnie, cóż to za niedorzeczny pomysł!
- Z góry uprzedzam, że nasz ostatni smok poleciał na zwiad a skrzydlate konie akurat pasą się pod Winterfell. - kolejne słowa Lorda Dowódcy, będące odpowiedzią na wątpliwości Harriona, wywołały wśród zebranych wron salwę przytłumionego śmiechu. Starszy mężczyzna skinął głową ze zrozumieniem i spojrzał na Nocną Zmorę bez cienia wcześniejszego rozbawienia.
- Będziecie wędrować traktem, bracie. Okolice Muru to sam kraniec znanego świata, lecz na szczęście wciąż mamy bite drogi. Arest z kolei doskonale zna okolicę Bramy Królowej i nie wątpię, że doskonale wyczuje moment, w którym będziecie musieli opuścić utarty szlak, by ukryć się przed wzrokiem wroga. - Lord Dowódca nasunął na dłoń czarną, skórzaną rękawicę, ruszając powoli w drogę powrotną do komnat. - Powodzenia, bracia! Nie zapominajcie, by codziennie informować Czarny Zamek, kruki pomogą nam utrzymać łączność... i w razie potrzeby pozwolą na wysłanie posiłków. - Dowódca po raz ostatni zerknął na zebranych, starając się ukryć ojcowską, niemal namacalną troskę.
Miał ze przeczucia... lecz przecież na Murze były one czymś naturalnym.



    Jak najbardziej możecie dodać posty jeszcze w tym temacie (w których zrobicie zt). Później zaś zapraszam Was tutaj, gdzie rozpocznie się kolejny etap podróży. Przewidywalny czas jej trwania to dwa dni realne, zatem już w piątkowy wieczór będziecie na miejscu - o ile nic nie stanie Wam na przeszkodzie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Wrz 04, 2014 2:51 pm

Gdy Lord Dowódca wyśmiał jego wypowiedź, Harrion zachował powagę i nie dał się docinkom Lorda Dowódca ale w głowie pomyślał "Stara Wrona nie do końca mnie zrozumiał, nawet bite drogi i to jeszcze pod murem na dalekiej północy podczas takiej ulewy będą zalane, błotniste i miejscami zmrożone, źle się skończy podróż na koniach w taką pogodę". Lecz już nie zamierzał brnąć w ten temat dalej i tylko skinął głową staruszkowi.
Powrót do góry Go down

avatar
Mur
Skąd :
Wioska niedaleko Winterfell
Liczba postów :
23
Join date :
15/04/2014

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Wrz 04, 2014 10:56 pm

Harrion zadał dosyć oczywiste pytanie, ale lord Dowódca odpowiedział mu w bardzo sarkastyczny sposób na jego pytanie i nawet Arest musiał się zaśmiać.
- Oczywiście lordzie dowódco będziemy na bieżąco informować Czarny Zamek o naszym położeniu i poczynaniach.- Arest pokłonił się lekko i zaczął iść w stronę stajni.- Za mną bracia przetrzepiemy parę odmrożonych tyłków!
/zt
(przepraszam, że nie informowałem wcześniej, ale jestem na Polconie i nie jestem w stanie pisać chwilowo postów, więc będę od poniedziałku)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Nie Wrz 07, 2014 10:04 am

Harrion ruszył za Arestem w milczeniu, myśląc o tym co będzie. Obawiał się także wargów...


/zt
Powrót do góry Go down

avatar
Mur
Skąd :
Reach
Liczba postów :
21
Join date :
05/09/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Wto Maj 10, 2016 11:00 pm

Spod kopyt rozpędzonej szkapy strachliwie umykały grudki zmarzniętego śniegu, który zestrzeliwał z traktu na przyboczne zwały białego śniegu – z pyska konia wyrywały się obłoczki pary, jedynie nieco większe od tych wydychanych przez jeźdźca. Tuż za pierwszym zwierzęciem w karnym ordynku pędziło kolejne – gdyby przyjrzeć się bliżej drugiemu z konnych, można było dostrzec krępujące jego nadgarstki więzy i nieco zużyty, ale wciąż dobrze pełniący swe zadanie worek, zarzucony na głowę związanego mężczyzny. Ktoś z przestrachem mógłby pomyśleć, że podobny styl jazdy grozi niechybnym skręceniem karku przez jeźdźca… i nie pomyliłby się zbytnio – najwyraźniej jednak pędzącemu z przodu kompanowi podobny obrót spraw nie przeszkodziłby szczególnie (a już zwłaszcza nie sprawiłby przykrości); odziany w czerń konny parł niestrudzenie przed siebie, co jakiś czas zerkając na linę, którą drugi z rumaków został przywiązany do siodła pierwszego, oraz na – co do tego nie było już wątpliwości – więźnia, dziwnie spokojnego jak na kogoś, kto w każdej chwili mógł runąć na zmarznięty, pokryty warstwą śniegu trakt. Ostatni odcinek drogi był przyjemnym spacerkiem w porównaniu do trudów, jakie przyszło pokonywać jeźdźcom jeszcze kilkanaście mil temu – szlak wiódł niemal wprost do Czarnego Zamku, który z każdym przebytym jardem rósł w oczach, zupełnie jak czyrak na wzniosłej potędze bezkresnego Muru.
Z piersi Ulmera wyrwało się ciche westchnienie ulgi, gdy minął Mole’s Town i gdy przed nim nie było niczego poza olbrzymim, lodowym konstruktem wzniesionym przez – jeśli wierzyć legendom - Brana Budowniczego; główna siedziba Nocnej Straży zdawała się ledwie marnym, czarnym odłamkiem obsydianu, wbitym w olbrzymią bryłę zmarzniętego śniegu, jednakże dla Fossowaya od lat był to dom. Lepszy od wszystkiego, na co zasłużył swym miernym, szemranym życiem.
- Zabawne, jak przewrotny potrafi być los – jego głos z trudem przedarł się ponad ponure wycie wiatru, który nękał jeźdźców już od Winterfell; każdy, kolejny pocałunek wichury niósł ze sobą ostrą, paraliżująco zimną woń śniegu i zimy, która tutaj, na Murze, panowała bez względu na ogłoszoną przez Cytadelę porę roku. – Wróciliśmy do miejsca, w którym wszystko się zaczęło, aby coś definitywnie zakończyć – Mamuśka uśmiechnął się pod sumiastym, pokrytym białą mgiełką wąsem; para jego oddechu osiadła pod wpływem zimna na zaroście, przetykając idealną czerń białymi pasmami. Gdyby ktoś w zamku zerkał akurat na południe, mógłby – przy odpowiednim wytężeniu wzroku – dostrzec, że bliźniacze, choć znacznie większe pasma bieli widnieją na płaszczu Fossowaya oraz jego więźnia, co wyraźnie świadczyło o nie tak dawno stoczonej bitwie ze śnieżycą.
- O tak, los to zabawna, przewrotna dziwka! – temu – jakże prawdziwemu – stwierdzeniu towarzyszyło poważne siknięcie głową i popędzenie konia, który do pokonania miał ostatnie kilkadziesiąt jardów. Zwierzę zdawało się podzielać odczucia właściciela odnośnie powrotu i włożyło ostatnie siły w osiągnięcie upragnionego celu – ledwie kilka chwil później Ulmer oraz jego tajemniczy towarzysz dotarli na dziedziniec Czarnego Zamku, zadziwiająco opustoszałego jak na równie dobrą (przynajmniej jak na standardy Muru) pogodę; dopiero, gdy Fossoway zatrzymał konie i wyraźnie poczuł nęcącą woń zupy z brukwi zrozumiał, że zdążył na obiad – a przynajmniej na jego zlewki.
- Anzey! – zeskoczeniu z wymęczonej podróżą szkapy towarzyszył głuchy łomot, z jakim Mamuśka wylądował na ziemi. Jego okrzyk skierowany był do młodego, ledwie trzynastoletniego chłopaka, który miał to niewątpliwe nieszczęście i trzymał wartę przy bramie, zamiast zasiadać przy stole ze swymi braćmi nad miską parującej zupy. – Konie do stajni i wezwij Lorda Dowódcę, przywiozłem naszą zgubę! – Fossoway w kilku sprężystych krokach zbliżył się do drugiego rumaka, sprawnym ruchem rozwiązując liny, którymi do siodła przywiązał jeźdźca; milczący, odziany w sfatygowane szaty mężczyzna nie próbował się wyrywać, gdy Ulmer ściągnął go z końskiego grzbietu i uchwycił mocno pod ramię, spokojnie obserwując, jak z sali jadalnej wyłania się coraz więcej odzianych w czerń postaci. Dotychczas cichy dziedziniec zaczęła wypełniać narastająca fala szeptów, pośród których najwyraźniejsze było pytanie: kim jest więzień?
- Fossoway, niczego cię nie nauczył ostatni wyjazd? – Galdun, gruby, wiecznie zarumieniony dozorca śmiał się cicho pod zadaszeniem. – Nie kupuj kota w worku!
Mamuśka uśmiechnął się lekko, klepiąc trzymanego przez siebie mężczyznę po prostych, smukłych plecach.
- Miałem kupić twoją córkę, Galdun, ale ten tutaj był od niej znacznie gładszy!
Nad dziedzińcem wzniosły się stłumione śmiechy, które przerwały dopiero słowa Anzeya.
- Lord Dowódca nakazał zaprowadzić więźnia do karceru, później będzie chciał się z nim rozmówić.
Fossoway wypuścił cicho powietrze z płuc, wzbijając kolejny obłoczek pary, lecz bez zbędnej zwłoki ruszył w stronę jednego z pomieszczeń, które hucznie nazywano celą – było to jednak jedno z wielu pomieszczeń, które stały puste, odkąd Nocna Straż nie liczyła tylu członków, co w latach świetności. Za więźniem już po chwili zatrzasnęły się głucho drzwi niewielkiej, ciasnej i pozbawionej okien piwniczki, która posiadała jednak pewną wadę: nie miała z zewnątrz skobla, więc ktoś zawsze musiał stać na warcie.
A Ulmer za nic nie miał zamiaru sterczeć na zimnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Mur
Skąd :
północ
Liczba postów :
12
Join date :
07/05/2016

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sro Maj 11, 2016 12:26 am

Siedziały wrony nad swym ziarnem, a wśród nich tlił się mały płomień. Oczywiście też pożerał. I to z jakim zaangażowaniem, jakby która jedna miała mu zajrzeć do miski i wyjeść zawartość. Odziany w, niepasujące do niego zupełnie, szaty, zgarbiony mężczyzna widocznie nie ufał jeszcze reszcie – tak samo jak on ubranych – ludzi. Oni zresztą nie sprawiali wrażenia, jakby mieli co do niego odmienne odczucia. Kamienna sala z drewnianymi wzmocnieniami wypełniona była gwarem braterskich rozmów, szczękiem sztućców i naczyń, nieustannym odgłosem siorbania. Wszystek tym dźwiękiem zupełnie niezainteresowany był, kończący już jeść, Jair. Zresztą: cóż ciekawego mogą wybrać na temat rozmowy przymusowo zesłani do Czarnego Zamku przestępcy, bękarci i inne ofiary losu? Najprawdopodobniej nigdy nie przyszło im jeszcze zasmakować prawdziwego życia, a, co jest bardziej pewne, nigdy już nie przyjdzie. Tak więc wokół czego toczyć się mogły dyskusje? O tym jak się stało na warcie? Czy mróz był tego dnia znośny? Może ktoś opowiadał o polerowaniu swojego miecza czy butów? Zapalaniu pochodni, sprzątaniu biblioteki, budowaniu umocnień... W końcu nocne wycieczki do panien lekkich obyczajów były zakazane. Toteż ten jeden, jedyny ciekawy wątek odpadał. Ciekawy jak dla kogo... Żebrak nigdy jeszcze tegoż owocu nie spróbował, jednak, jako Kapłan nie czuł tak wielkiej potrzeby. Czy więc oznacza to, że trzydziestoletniemu mężczyźnie przyjść miało umrzeć z nudów przy obiednim stole? Wszystko na to wskazywa... O, nie, nie. Nagle do sali wbiegł chyba jeden z najmłodszych członków Nocnej Straży i podążył środkiem sali w kierunku Lorda Dowódcy. Co się działo w pomieszczeniu dalej? Tego nie wiem, wszakże mamroczący coś pod nosem Jair wykorzystał pierwszą lepszą okazję opuszczenia wnętrza zamkowej stołówki i jako pierwszy wystawił nos zza jej drzwi. Stanął najpierw z założonymi rękami, oparty o balustradę łokciami i wpatrywał się w scenę wręcz rozgrzewającą jego duszę. Tak... On już wiedział do czego to wszystko będzie zmierzało. Widział już koniec tego człowieka z workiem na głowie. W jego oczach błysnęła iskierka zadowolenia, a usta wykrzywiły się w krzywym uśmiechu.
Podczas gdy ten budował sobie w głowie różne stosy ogniskowe, zupełnie nie biorąc pod uwagę faktu, iż do pogrzebów wykorzystywany jest jedynie jeden, zza jego pleców wychodziło na podwórze coraz więcej czarno ubranych mężczyzn. Mężczyzn niby, a zadających dziecinne przecież jeden drugiego pytania. „Kto to”? A czy to ważne, kto to? Gdyby to było ważne, nie miałby na głowie wora po ziemniakach. „Dlaczego”? A dlatego, bo uciekł. Co zresztą nie jest niczym zadziwiającym. Większość grupy, z którą przywieziony został Żebrak pod Mur kilka miesięcy temu, próbowała ucieczki... I wszyscy skończyli bez głowy. No. Może nie wszyscy. Niektórzy „skończyli już wartę” zanim zostali odnalezieni przez wysłanych za nimi braćmi. „Co z nim będzie”? Naprawdę, żeby zadać takie pytanie, trzeba w gronie Nocnych Strażników być świeżym mięskiem, ledwo wprowadzonym przez bramy Czarnego Zamku.
Odziany w czerń dziwak skupił się na „łowcy” tej niemądrej zwierzyny. Mamuśka. Tak na niego mówili. Swoją drogą – członkowie Nocnej Straży mieli naprawdę słabe umiejętności w nadawaniu ludziom przydomków. Żebrak, bo się garbi. Mamuśka, bo... Cóż, zależy której historyjce wierzyć... Nieistotne. Tak samo jak to, że Żebrakiem Jaira nazwano jeszcze przed jego dwudziestym dniem imienia, z dala od Muru, od Westeros... Przez innych ludzi, jednak jak najbardziej zasługujących na to, by być wcielonymi do Straży.
Wracając do tematu. Kapłan znał Fossowaya. Trudno było nie znać Głównego Budowniczego, kiedy spędziło się w tej klitce już parę miesięcy. Co do tego czy Ulmer kojarzył szalonego Czerwonego Kapłana... Tego pewnym być nie można. Ale wykluczyć się również nie da. Bardzo możliwe, że słyszał o nim, kiedy tylko został wrzucony między mury zamku. Dziwnych, palących niewiernych na stosie kapłanów zawsze łatwo poznać. I zapamiętać. A szczególnie tego jednego, który bez wątpienia był szalony...
Przebierał palcami. Przebierał tak, przebierał. Nie zauważył chyba nawet kiedy, ale znalazł się tuż obok Głownego Budowniczego, na dole. Reszta Wron już odleciała do swych zajęć lub wróciła do środka sali, jakby wcześniej słysząc, że egzekucja odbędzie się później.
On nie słyszał. Na to przynajmniej wyglądało.
- Trzeba będzie spalić. – wypowiedział, niby to normalnie, jednak w jego oczach można było dostrzec już nie iskrę, a żywy płomień satysfakcji, gdy wpatrywał się w drzwiczki „celi”.
Stał może metr, półtora od Mamuśki. Zbliżeni do siebie wiekiem, równie silnie przez los doświadczeni, lecz różniący się od siebie całkowicie stażem. I jasnością umysłu. Przecież Fossoway nie mógł mieć tak jasnego umysłu, jak Czarny Kapłan, oświecony przez samego Pana Światła...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Mur
Skąd :
Reach
Liczba postów :
21
Join date :
05/09/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Czw Maj 12, 2016 10:06 pm

Z nieba posypało się kilka pojedynczych płatków śniegu, które na Murze były powszedniejsze od owoców z prawdziwego zdarzenia – białe śnieżynki osiadały na każdej napotkanej przeszkodzie, nie wyłączając czubka nosa Mamuśki; Fossoway podczas tych kilku chwil, których potrzebował na zaprowadzenie więźnia do karceru, zdołał przynajmniej siedmiokrotnie przekląć swój los, obolałe od jazdy ciało, zmarznięte na kość dłonie i ssący z głodu żołądek. Na całe szczęście dla siebie, należał do wąskiego grona ludzi, którzy w każdej, nawet najbardziej gównianej sytuacji potrafili dostrzec choćby cień nadziei – tym razem dla Ulmera była nim odziana w czerń Wrona, zbliżająca się do Mamuśki niby grzesznik na posłuchanie u Wielkiego Septona.
Fossoway nie potrafił powiedzieć zbyt wiele o swym zaprzysiężonym bracie – kilka miesięcy, jakie upłynęły od wstąpienia Jaira do Nocnej Straży, dla Głównego Budowniczego były miesiącami podróży na południe od Czarnego Zamku bądź wzdłuż Muru, gdzie poszukiwano wymagających rychłej naprawy ubytków w konstrukcji. Ulmer był jednak – rzecz jasna w sensie czysto metaforycznym i na wpół złośliwym – matką dla Wron (choć trzeba przyznać, że wyjątkowo brzydką i męską), dokładnie wysłuchującą wszystkich wieści powtarzanych przez wyrodnych synów. Już nie tak świeży nabytek Nocnej Straży w postaci dość specyficznego
bądź całkowicie szalonego, jeśli wierzyć pogłoskom
Jaira wymagał pewnej dozy przyzwyczajenia – określana mianem Żebraka Wrona (w rzeczy samej, czarni bracia posiadali zerowe umiejętności jeśli chodzi o nadawanie przydomków) była chodzącym znakiem zapytania, który każdym swym kolejnym czynem, słowem bądź całkowitym milczeniem budził jeszcze więcej niepewności. Już sama obecność Jaira niejednego potrafiła wprowadzić w irracjonalną konsternację, zupełnie jakby mężczyzna podświadomie budził niepokój – tyle tylko, że dla przestraszenia służącego od kilkunastu lat na Murze Fossowaya trzeba było znacznie więcej niż jednego (prawdopodobnego) szaleńca. Co więcej – ten sam szaleniec wywołał na ustach Ulmera cień uśmiechu, jakby był darem od dowolnych bogów, którzy okazali się na tyle uczynni, by zwolnić Mamuśkę z warty przed karcerem.
- Najpierw ściąć… - rzucił pod sparaliżowanym z zima nosem. Fossoway obrzucił Jaira pozornie niezainteresowanym, ale czujnym spojrzeniem człowieka, u którego wzmianki o paleniu wywołują naturalną podejrzliwość. - … a później, jak dla mnie, kucharz może poszatkować go na kawałeczki i dorzucić do gulaszu. Być może w końcu trafię na kawałek mięsa w tej brei z brukwi i cebuli – chwilowa podejrzliwość zniknęła, jednak Ulmer nie ruszył się choćby o cal, zupełnie jakby przymarzł do ubitego przez dziesiątki stóp śniegu. Wilczy głód uleciał bez śladu, ustępując miejsca ciekawości; Fossoway – bez zbędnego w takim miejscu jak Czarny Zamek skrępowania – przypatrywał się Żebrakowi, w obecnej chwili dostrzegając w nim szykującego się do uczy gawrona, nie zaś odzwierciedlenie nadanego przydomku.
- Zwiadowcy wrócili? – pozornie niezobowiązujące, swobodne pytanie było cienką, dopiero powstającą ścianą pomiędzy Jairem a drzwiami ciemnicy, którą hucznie nazywano celą – fakt, że Ulmer wciąż stał w miejscu i na dodatek zwracał się bezpośrednio do swego brata, miał jakby odtrącić nabierające na intensywności spojrzenie Żebraka od niewielkich drzwiczek. Podczas tej krótkiej chwili Fossoway zdołał zmienić swe zdanie względem bogów – nie wykazali się wspaniałomyślnością, przywodząc tu Jaira; jak zwykle zagrali Mamuśce na nerwach i wymusili na nim całkowitą zmianę planów oraz pełne skupienie, które dokładnie przejawiało się w jego spojrzeniu. Jeśli w grę wchodziły całopalne ofiary w imię jakiegoś czerwonego boga, zwykle pełen tolerancji Ulmer nabierał irracjonalnej nieufności – choćby z uwagi na fakt, że zbyt długo czekał na widok toczącej się po dziedzińcu głowy dezertera, by teraz pozwolić mu spłonąć i zamienić się w popiół, którym posypią wyślizgany szczyt Muru.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Mur
Skąd :
północ
Liczba postów :
12
Join date :
07/05/2016

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Nie Maj 15, 2016 3:28 pm

Wpatrywał się jeszcze przez chwilę w drzwiczki, analizując być może żarcik Mamuśki. Od czasu jego wypowiedzenia minęło już wystarczająco dużo, by Fossoway zadał Jairowi pytanie, jakby odciągając go od myśli o paleniu ludzi. Na żart więc w żaden sposób nie zareagował. Ale był chyba źle zrozumiany przez swojego rozmówcę. Nie, nie... Oczywiście, że Żebrak nie był na tyle odważny, by wprowadzać w panującym w krainach Westeros prawie innowację i znosząc karę ścięcia głowy, wysunąć na jej miejsce palenie żywcem. Chociaż, prawda, gdyby był to jego więzień, prawdopodobnie tak właśnie by z nim postąpił. W tej jednak sytuacji, Jair cieszył się na samą myśl, że nieżywą Wronę będzie trzeba spalić, by nie ogarnęła go... zima. A północne wiatry kłębiły się i tłoczyły, uderzając o Mur coraz mocniej.
Ocknął się z letargu już chwilkę po tym, jak Ulmer zadał swoje pytanie dotyczące zwiadowców. Pokręcił gwałtownie głową i poruszał nią szybko na boki, równocześnie wiercąc oczami w różne strony, jakby rozglądał się w przestrachu. Zakończył swoją przedziwną gestykulację na uniesieniu wzroku ku niebu, z którego to płatki śniegu sypały coraz gęściej, opadając na jego futrzany płaszcz. Kiedy jeden zatrzymał się na jego nosie, Jair westchnął, lecz dalej milczał. Dopiero gdy mała, zimna gwiazdka spoczęła na gałce jego oka, ten wstrząsnął się trochę i ścisnął powieki. W końcu spojrzał na Budowniczego i odpowiedział z obojętnością w głosie, a jego wzrok był jasny, czysty, jak gdyby szaleńcza dusza go opuściła:
- Tak. Wyżarli chyba z ćwierć naszych zapasów. – należał on do kasty Zarządców, stąd ten punkt widzenia – Trzeba będzie uzupełnić. Wkrótce będą musieli mnie też wziąć ze sobą. Gdy zapanuje Mrok, tylko Pochodnia przyniesie Światło. – zakończył swoją zdawkową odpowiedź oświeconą formułką.
Faktycznie, odczuwał silną chęć podróży poza Mur. Lord Dowódca widocznie nie był przekonany co do tego czy można ufać Żebrakowi. W końcu zdawał się niespełna rozumu. Mógł być potencjalnym dezerterem, niebezpieczeństwem dla swoich braci. Dlatego lepiej było go trzymać na krótkiej smyczy, tu, w zamku. Zarządcy nie opuszczali jego murów prawie nigdy. Mimo wszystko, Jair planował wydostać się z tego miejsca legalnie. Zostać może „giermkiem”, któregoś z „Pierwszych”? Nie da się ukryć, służba w Nocnej Straży nie wiązała się u niego z wartością nadrzędną, jednak dopóki jego droga i droga Wron prowadzone były równolegle, nie widział przyczyny w nadstawianiu karku pod ostrze miecza.
Ciekawe dla jakich celów ten uciekł. Ten za drzwiczkami. Dla kobiety może? Ze strachu? Dla wolności... Jeżeli tego dnia jeszcze zginie, R'hllor nie miał wobec niego żadnych planów lub jego plan właśnie sprowadzony został do ostatniego punktu. Jego głowa, niczym kropka na końcu zdania, potoczy się wprost spod rąk egzekutora na ogniskowy stos. Chociaż pochówku poprzez spopielenie szlachetnym płomieniem nie był godzien.
Jair wiele chciał i wiele zamierzał osiągnąć. Musiał to jednak czynić małymi kroczkami. Tip, top, tip, top... Na początek – chciał być obecny przy Wymiarze Sprawiedliwości oraz Świętym Płomieniu. Odwrócił wzrok. Jego oczy spoczywały teraz na drążących wgłębienia w ziemi stopach. Było coraz zimniej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Mur
Skąd :
Reach
Liczba postów :
21
Join date :
05/09/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Maj 20, 2016 11:51 am

Nie do końca wiedział, jak ma traktować stojącego naprzeciwko Brata - jak ma się do niego odnosić, jak ważyć słowa, by nie zostały opacznie odebrane? Historia Jaira była owiana tajemnicą równie skłębioną i nieprzejrzystą, co ciężkie, śniegowe chmury wiszące nad Czarnym Zamkiem niby topór kata - rzecz jasna tutaj, na Murze, życie przed Nocną Strażą nie miało żadnego znaczenia, nie odgrywało jakiejkolwiek roli w toczonej na dalekiej Północy wegetacji. Dawne grzechy, przewiny bądź błędy z chwilą przywdziania czerni były wymazywane, zaś każda Wrona - bez wyjątku - traktowana była na równi z innymi braćmi, nawet pomimo szczątkowej hierarchii, jaka panowała na tym swoistym krańcu świata.
Jednakże siła Nocnej Straży polegała głównie na zaufaniu. Wrony musiały sobie ufać, musiały bez cienia wahania powierzać własne życie kompanom, musiały w końcu wyzbyć się wszelkich uprzedzeń względem tych, których w innej rzeczywistości, w innych okolicznościach traktowałyby z wyższością. Nawet, jeśli w grę wchodziło obdarzenie zawierzeniem człowieka sprawiającego wrażenie... przynajmniej specyficznego. Mamuśka obserwował Jaira z chłodną uwagę, jakby mierzył spojrzeniem wyjątkowo kłopotliwy ubytek w zbitej doskonałości Muru – wciąż zastanawiał się skąd u Żebraka równie gorąca miłość do Boga Ognia, gdzie po raz pierwszy miał z nim styczność, dlaczego postanowił spędzić resztę życia w jednym z najzimniejszych miejsc w całym Westeros, zamiast czcić swego Pana Światła w bardziej przyjaznych warunkach. Znaki zapytania mnożyły się zaciekle, Fossoway ignorował dokuczliwy chłód, a Jair… po prostu był sobą.
I być może to czyniło go – w jakiś sposób - jednym z najszczerszych ludzi na Murze.
- Wątpię, żeby w najbliższym czasie znów ruszyli na północ – ostrożna odpowiedź Ulmera okraszona została strzepnięciem z czarnego materiału płaszcza białej smugi śniegu, która uczepiła się Mamuśki jeszcze przed dotarciem do Czarnego Zamku. – Pogoda nie sprzyja dalekim wyprawom w poszukiwaniu Dzikich. Ci sami pchają się w stronę Muru, uciekając przed…
Fossway zamilknął jakby uderzony obuchem. Jeszcze przed chwilą gotów był wygłosić całą tyradę dotyczącą hord uzbrojonych i nieokrzesanych dzikusów, gotowych zabijać i plądrować mieszkańców Daru, ale… ale wątpliwość rzuciła na jego słowa głęboki cień.  Może Jair miał rację, może jedynie pochodnia – pod jakąkolwiek postacią by nie była – mogła przynieść światło i rozwiać… mrok. Nawet, jeśli ograniczyłaby się wyłącznie do tego panującego w umyśle Mamuśki.
Ulmer z niejakim zakłopotaniem potarł czubek zmarzniętego nosa, przesunął prędko spojrzeniem po Żebraku, jakby speszony własnym milczeniem, i w końcu przywołał na usta uśmiech.
- Zwiadowcy niedługo wyruszą na polowanie, być może wtedy się z nimi udasz. Wystarczy wspomnieć, że zajmiesz się patroszeniem, żaden z nich nie lubi babrać się w bebechach – zręczne ominięcie poprzedniej wypowiedzi Fossoway przypłacił porzuceniem pozornie oschłej powłoki – nawet pomimo niepewności, jaką wywoływał u niego Jair, nie potrafił dłużej trzymać się roli prawego strażnika porządku. Wykonał wszak swoje zadanie, przywiódł do Czarnego Zamku dezertera i, na Innych, zasłużył na chwilę wytchnienia – nawet, jeśli miałby zostawić więźnia pod opieką wciąż pachnącego latem Brata. Mamuśka strząsnął z ciemnych włosów cienką warstwę lekkiego, śnieżnego puchu i  w końcu odstąpił dwa kroki od drewnianych drzwi karceru.
- Vilihame Arryn. Trzeci syn Lorda Doliny, Namiestnika Wschodu - Ulmer naciągnął głębiej rękawice na dłonie, kiwając lekko głową - ni to ze smutkiem, ni z zadumą. - Wysoko jak honor, tak brzmi zawołanie jego rodu. Tym bardziej ironiczna wydaje się dezercja naszego brata, najwyraźniej na Murze nawet ten pieprzony honor zamarza i traci znaczenie. Być może przyda się ta Twoja... pochodnia - znów cień uśmiechu, jak słaby poblask świecy rozpraszający mrok biblioteki. Poblask stanowczo zbyt słaby, by mógł rozproszyć to, co wisiało nad Czarnym Zamkiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Mur
Skąd :
północ
Liczba postów :
12
Join date :
07/05/2016

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sob Maj 28, 2016 8:16 pm

przepraszam za zwłokę, ale miałem trudny tydzień... i chyba się przerzucę na krótsze posty, co by szybciej pchnąć akcję w tej straży

Jair zatopił spojrzenie w twarzy Głównego Budowniczego, kiedy ten walczył ze sobą przez chwilę. Mężczyzna ciekaw był o czym myślał Ulmer i przed czym lub przed KIM uciekają Dzicy. Wiedział, że swymi wcześniejszymi słowami sprowokował Mamuśkę do głębszej refleksji nad sytuacją, której przyjście jest nieuniknione. Nadchodzi Zima, a z nią także i Mrok. I jedynie Ogień potrafi zwalczyć obie te siły.
W końcu, po chwili ciszy, Żebrak otrzymał odpowiedź, jaka go w zupełności satysfakcjonowała. Kiwnął parę razy głową i zmarszczył czoło, by zaraz powiedzieć:
- Wkrótce nie będą mieli wyboru.
Nie używał wielu słów, a jednak potrafił wprowadzić człowieka w zakłopotanie za każdym razem, gdy tylko otwierał usta, by coś powiedzieć. Jego wypowiedzi brzmiały przeważnie niejednoznacznie i złowrogo. Nie bez powodu był uznawany na Czarnym Zamku za szaleńca. Obsesja na punkcie ognia, ta ekscytacja egzekucjami i patroszeniem zwierząt, dziwne zachowanie i wypowiadanie zdań, których sensu trudno jest się doszukać... Bardzo źle wpływa to na wizerunek Kapłana.
Czas dla dezertera powoli się kończył. Obwieścił to bardzo stanowczo Fossoway, kiedy zszedł z tematu podróży za Mur. Rzeczywiście - rodowe hasło ludzi z Doliny nijak miało się do czynu, którego dopuścił się owy Vilihame.
- Im wyżej wzlatujesz, tym silniej upadasz. Honor powinien być zawsze na wysokości głowy, by, podążając za nim, mogła widzieć wszystko dookoła. Jego widocznie był za wysoko. Teraz się potknął. Honor upadł i głowa upadnie. Pan Światła zgasi w nim swój płomień. - pociągnął, po czym spuścił wzrok w dół.
- Lepiej, by na Czarnym Zamku płomienie nigdy nie ustawały.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Mur
Skąd :
Wielka Wyk
Liczba postów :
21
Join date :
04/09/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Nie Cze 12, 2016 2:24 pm

Kiedy usłyszał brzęk kraty, machinalnie spuścił głowę. Powrót do Czarnego Zamku zwiastował więcej brei z brukwi i cebuli. W Mole's Town przynajmniej udało im się ubogacić dietę w jakieś mięso, kij z tym, że pochodzenia raczej szemranego. Pewnie gospodarz ubił tego wiecznie skomlącego psa. Ruben pamiętał go, gdy jechali na południe, potem jednak zdawało się, że zwierzę zniknęło. Cóż, nie miałby nic przeciwko choć odrobinie mięsnych kąsków w gulaszu, taka chyba była idea tego dania.
Złapanie cholernego dezertera zajęło więcej czasu niż przewidywali, ale Ruben nie mógł i nie chciał nawet narzekać na taki stan rzeczy. Wygrzał się w słońcu, którego na Murze nie widział od złożenia przysięgi. Jego podły nastrój uleciał całkowicie w momencie, w którym na twarzy zatańczyły mu pierwsze promienie. Było jednak wiele innych powodów, dla których tak nie chciał wracać do zimnej klitki w Czarnym Zamku.
Po raz pierwszy od dawna widział morze. Pamiętał jeszcze czasy, kiedy żył na Pyke. Nie mógł powiedzieć, że wspominał je dobrze, ale słony zapach ryb i wodorostów koił zszargane nerwy i przypominał o tym, że istnieje jakieś inne miejsce niż to cholerne zadupie, o którym zapomnieli wszyscy prócz jebanych Dzikich.
Ulmer popędził swojego konia, przekraczając tym samym granicę między byciem na Murze, a "wolnością". Kawka doskonale wiedział, co dzieje się ze wszystkimi, którzy za bardzo zapragną tej "wolności". Stają się więźniami tej "wolności" - uciekają, obawiając się wciąż tego, co przyniesie los. Tutaj, na Murze, przynajmniej łatwo było określić, czego się człowiek obawia. Zresztą, myśli są zbyt zajęte tym, że jest kurewsko zimno. Czasem też zapukają w lód jacyś Dzicy. Życie kręci się głównie wokół tego i wpieprzania papki z cebuli z brukwi.
Zsiadł z konia, oddając go jakiemuś chłopaczkowi, który akurat się przypałętał. Ruben marzył teraz jedynie o tym, żeby zapaść w głęboki sen w swojej klitce (pod schodami). Niestety, pewnie egzekucji dezertera trzeba będzie dokonać teraz-natychmiast. W tym czasie Kawka mógł nieco zbliżyć się do ogniska i posłuchać, co mają do powiedzenia Ulmer i Jair. Czerwony Kapłan zawsze go fascynował. Nawet, jeśli uważał go za postać choć trochę szaloną, to jednak w pełni podziwiał go za zaangażowanie, z jakim starał się szerzyć swoje przekonania. Tym bardziej przerażały go jednak słowa wrony. Czuł, jakby miały w sobie coś mistycznego. Ślina natychmiast więzła w gardle.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Mur
Skąd :
Reach
Liczba postów :
21
Join date :
05/09/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Cze 17, 2016 12:20 pm

Niepokoił go sposób, w jaki Jair trafiał prosto w sedno sprawy – zdawkowe, urywane rozmowy podsumowywał frazesami, które pozornie nie miały znaczenia i wydawały się niczym więcej jak wyczytanymi w jakiejś starej księdze banałami. Tymczasem wraz z zimnym wiatrem zza Muru nadciągało coś jeszcze – coś, co można było wyczuć w mroźnym, porannym powietrzu, kiedy świat wciąż był pogrążony we śnie, zaś jedynym źródłem dźwięku było ponure wycie pośród nieszczelnych murów Czarnego Zamku. Nieistotne, jak wiele słów się znało – żadne z nich i tak nie potrafiło opisać tego, co kryło się na północnych rubieżach, tego, przed czym tak rozpaczliwie uciekali Dzicy.
Wkrótce nie będą mieli wyboru.
Ulmer zanurzył nos w gęstym, sobolim futrze kołnierza, spod zmarszczonych brwi rzucając Żebrakowi przygaszone spojrzenie – w tym jednym mógł się mylić, bowiem wszystko wskazuje na to, że już wkrótce nikt z nich nie będzie miał wyboru, poza tym pierwotnym, zdawałoby się odwiecznym: żyć dalej czy… umrzeć? W Czarnym Zamku obie opcje posiadali wszyscy za wyjątkiem dezertera, którego czas kurczył się rozpaczliwie – każde kolejne słowo Wron było ziarnem piasku przesypującym się przez klepsydrę życia Arryna. Koniec był nieuchronny – zaś sam Vilihame mógł jedynie liczyć na to, że cios Lorda Dowódcy okaże się celny… i stanowczy.
- Mój ojciec powiedział kiedyś coś podobnego, pomijając rzecz jasna fragment o Panie Światła, był zbyt wielkim dewotem, by uznawać  boga innego, niż Siedmiu – Fossoway wypuścił z ust siwą mgiełkę pary, spokojnie obserwując, jak ta rozmywa się w powietrzu. – Na Twoje szczęście w Czarnym Zamku ogień płonie od chwili, w której pojawił się tu Bran Budowniczy i płonąć będzie do momentu, gdy ostatni z nas poświęci swoje marne życie w jego obronie – Ulmer skinął lekko głową w stronę drewnianych drzwi, za którymi swego czasu dopełniał Vilihame Arryn. Chwile mijały bezlitośnie, jedna za drugą, aż w końcu dziedziniec Czarnego Zamku ponownie zaczął zapełniać się braćmi – coraz głośniejszy szum rozmów ucichł dopiero, gdy w zasięgu wzroku pojawił się Lord Dowódca w ciężkim, grubym płaszczu o barwie tak czarnej, jakby pochłaniała biel prószącego z nieba śniegu. Fossoway spokojnym wzrokiem śledził dwóch swych braci, którzy w końcu zechcieli zjawić się po więźnia – ciche, żałosne skrzypnięcie przerdzewiałych zawiasów poprzedziło moment, w którym obie Wrony weszły do wnętrza karceru, bez zbędnej szamotaniny i oznak buntu wyprowadzając zeń dezertera. Jeden z Braci ściągnął Arrynowi worek z łba, ukazując zebranym na dziedzińcu wychudłą, porośniętą ostrą szczeciną twarz ich byłego kompana – głęboko osadzone w czaszce, ciemne oczy nie wyrażały niczego, poza rezygnacją; być może Vilihame słyszał rozmowę Ulmera i Jaira, być może ostatnie momenty przed śmiercią uświadomiły mu, jaki błąd popełnić, być może… być może rezygnacja była ostatnim uczuciem, jakie mógł z siebie wykrzesać? Fossoway lekkim skinięciem głowy wskazał Żebrakowi drogę, zupełnie jakby mówił chodź za mną i nie czekając na reakcję Wrony, ruszył bliżej środka placu, pośród przygarbionych sylwetek dostrzegając tę jedną, szczególną.
- Ruben, co to za mina? – po bladych ustach Fossowaya przemknął cień uśmiechu, gdy zatrzymał się obok Kawki, obserwując, jak dezertera wprowadzono w sam środek utworzonego przez Wrony okręgu. – Zwiadowca, który boi się widoku krwi? – wzrok Mamuśki powoli powędrował w stronę Żebraka, zatrzymał się na nim na moment, po czym ponownie spoczął na Rubenie. – Jair chciałby towarzyszyć Zwiadowcom w kolejnej wyprawie za Mur.


    Rolę Lorda Dowódcy odegra Mistrz Gry w wykonaniu Allyi, post pojawi się jeszcze dzisiaj, ale jeśli tylko macie życzenie odpisać przed MG, nic nie stoi na przeszkodzie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Nie Cze 19, 2016 11:32 pm

Dzień był mroźny, śnieżny i zimny, czyli nie różnił się niczym nadzwyczajnym od reszty zimowych dni w Czarnym Zamku – rutyna potrafiła zasiać ziarno zniechęcenia u niejednego z mężczyzn na Murze, lecz Lord Dowódca bez wątpienia do nich nie należał. Liczył sobie blisko pięćdziesiąt dni imienia, jednak zachował krzepę trzydziestolatka – zupełnie jakby zimno, na które narażony był od wstąpienia do Nocnej Straży przed dwudziestoma siedmioma laty zakonserwowało w nim wszystkie życiowe siły. Ten dzień miał być dla Lorda jak każdy inny – śniadanie, doglądanie spichlerzy, koni, nowych rekrutów, obiad, wizyta na szczycie Muru, napisanie kilku listów, wieczerza, modlitwa, sen.
Tyle, że doskonale utarty porządek zaburzył powrót do Czarnego Zamku Wron oraz…
Zguby, jak Lord Dowódca określał w myślach Vilihama Arryna.
Dezerter zbiegł z Nocnej Straży, łamiąc tym samym złożoną przysięgę, dwa lata temu – nad Siedmioma Królestwami pieczę wciąż sprawowało lato, jednakże dla tej konkretnej Wrony nawet wtedy było na Murze za zimno i nim którykolwiek z wartowników zdołał się spostrzec, ta wyfrunęła na południe, kradnąc konia, prowiant i przy okazji gubiąc własną godność. Minęło jednak lato, nawet jesień odeszła w zapomnienie i nadeszła zima – a wraz z nią do Czarnego Zamku sprowadzono Vilihama Arryna, który właśnie teraz, w tym momencie, cieszył się ostatnimi oddechami mroźnego powietrza.
Lord Dowódca po dokończeniu i zapieczętowaniu listu, który pisał w chwili przybycia Fossowaya i Pyke’a, powoli wstał od nadgryzionego zębem czasu, dębowego blatu i – ignorując spojrzenie swego zarządcy – ruszył ku dziedzińcowi, na którym jęli gromadzić się bracia z Nocnej Straży. Dziesiątki oczu skierowało się na Lorda Dowódcę, powoli kroczącemu ku miejscu, gdzie przyprowadzono dezertera i postawiono stary, świadczący o niejednokrotnym użyciu pień. Każda z pary tych spojrzeń gotowa była na dokładne obserwowanie wyroku – zupełnie, jakby przez sam ten akt pragnęli przekonać się o prawdziwości ongiś złożonej przysięgi.
Jeden ze zwiadowców pochylił Vilihama nad pieńkiem, który stabilizował tułów Arryna, gdy ten wychylał głowę poza drewniany konstrukt – cichy świst powietrza był jedynym dźwiękiem towarzyszącym ostrzu, które Lord Dowódca wyciągnął z pochwy.
- Ja, Oswell Lynderly, Lord Dowódca Nocnej Straży, skazuję cię na śmierć za dezercję i złamanie przysięgi składanej w obliczu Siedmiu Bogów – miecz uniósł się nieznacznie w górę, błyskając ponuro ostrzem w siwym świetle śnieżnego dnia. – Vilihamie Arryn, twoja warta dobiegła końca.
Ostatnim słowom Lorda Dowódcy towarzyszyło chóralne powtórzenie ich przez wszystkich zebranych na dziedzińcu Braci – ledwie dwa uderzenia serca po tym miecz przeciął powietrze ze świstem, jednym, potężnym uderzeniem pozbawiając dezertera głowy.
Brudnoszary śnieg ścielący ziemię zachlapały trzy, nierówne smugi szkarłatnoczerwonej krwi, która powoli jęła wsiąkać również w stare drewno pieńka. Lord Dowódca bez słowa wytarł ostrze miecza w szmatkę, którą podał mu zarządca – głuchą ciszę na dziedzińcu Czarnego Zamku przerwało dopiero ponure jęczenie mroźnego wiatru dmącego znad Muru.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Mur
Liczba postów :
3
Join date :
21/06/2016

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Pią Lip 01, 2016 12:25 am

Michael Snow stał gdzieś na uboczu, ponieważ nie chciał być przez swych braci obserwowany. W zamian tego, odpowiednio ubrany mężczyzna bacznie filował dynamiczne otoczenie. Co spowodowało, że dotąd spokojny dziedziniec tętnił życiem? Otóż tego mroźnego i zarazem śnieżnego dnia Lord Dowódca miał stracić tak zwanego dezertera. Brutalny wyrok nie robił jednak na nikim większego wrażenia, albowiem każdy wiedział co grozi za złamanie świętej przysięgi. Najwidoczniej dla niejakiego Vilihama Arryn służba w nocnej straży była zbyt trudna i wymagająca. Nie każdy jest bowiem wstanie udźwignąć izolacją od otoczenia i życie na Murze. Pomimo tego, wrona nie potrafiła współczuć ofierze. Honor i wierność są czymś, co traktuje jak świętość. Sam nigdy nie rzucał swych słów na przysłowiowy wiatr. Zawsze dążył do urzeczywistniania swych obietnic. Był wstanie poświęcić ku temu swe zdrowie, a nawet życie. Dlatego miał nadzieję, że ta egzekucja odpędzi potencjalnych głupców przed próbą złamania ślubów. W końcu Nocna Straż z każdym dniem stawała się co raz słabsza. Nie chodzi o arsenał jakim ta organizacja posiadała, lecz o liczebność rąk do walki. Co raz mniej pojawiało się chętnych do tej wiekuistej posługi. Michael był chyba ostatnim, który dobrowolnie poszerzył grono wron. Na całe szczęście trafiający tu zwyrodnialce są skutecznie ustawiani przez Szanownego Lorda Dowódcy, który dla bękarta jest niekwestionowanym mentorem.
Nagle głowa organizacji przemówiła spokojnym ale i zarazem donośnym głosem. Zgromadzeni bracia zamilkli, w skutek czego oprócz głosu wspomnianego mężczyzny zdało się słyszeć szalejący wiatr oraz spadający na twardą posadzkę śnieg. Nie minęło parę chwil, by po powtórzeniu przez wszystkich komendy śnieżnobiała nawierzchnia pokryła się czerwonym pigmentem krwi ściętego. Nie pozostało Michaelowi nic innego jak poczekanie na zezwolenie na odejście, lub na jakąś rozmowę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Mur
Skąd :
północ
Liczba postów :
12
Join date :
07/05/2016

PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Sob Lip 02, 2016 10:27 am

Wszystko, co potem nastąpiło przyjął z tak dobrze pasującą do niego ciszą. Swymi nerwowymi oczyma wędrował po żywych ciałach swoich braci, którzy męskim chórem powtórzyli słowa wieńczące życie Vilihama, a także po niedaleko później uśmierconym ciele dezertera. Głowa nawet nie potoczyła się po uklepanym śniegu, ziemi okalanej przez surowe, ponure mury Czarnego Zamku. Nocna Straż stała teraz już do Wron niepodobna. Bardziej jako stado sępów obserwujących swoją wyśmienitą ucztę. Smętne pomruki i chrząknięcia brzmiały... Jak słowa pochwalne - któż przygotował taki wspaniały posiłek? Uderzenia ciężkich podmuchów wiatru o kamienne ściany, jak burczenie w brzuchu, jego świst nad głowami (póki co, jeszcze na karku) mężczyzn, jak świst sztućców.
Lecz nic się nie wydarzyło. Uczta dla Wron nie miała miejsca, a jednak jeden z noży został użyty. Jair zamrugał i odwrócił się tyłem do tej teatralnej sceny. Kiedy wydostawał się z tłumu przywdzianych w czerń mężczyzn, ten trzymający miecz, ścierał z niego krew świeżo upieczonego trupa. Jair nie odszedł nigdzie daleko. Stanął przy jednej z palących się w żelaznym kloszu pochodni. Nie wyciągał rąk do ognia, nie zamierzał się bowiem ogrzewać. Stał tylko i wpatrywał się w skupieniu w tańczące ostrza płomieni, a jego powieki nigdy nie spotykały się ze sobą.
Utracił się w Krainie Światła. Wyglądał wtedy tak tajemniczo... Jakby nie był do końca człowiekiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   

Powrót do góry Go down
 

Dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Dziedziniec
» Krużganki
» Dziedziniec z wiaduktem
» Dziedziniec
» Dziedziniec

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Poza Murem :: Mur :: Czarny Zamek-