a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Lochy



 

 Lochy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Lochy   Nie Sie 31, 2014 8:08 pm

W większości zamków lochy są nieprzyjaznym, budzącym jawną grozę oraz niechęć miejscem, które omijane jest z daleka przez członków zamieszkującego twierdzę rodu - jednak Harrenhal (jak i potomkowie Lorda Whenta) pod tym względem nieco odbiega od przyjętego schematu. Lochy, podobnie jak cały zamek, to ponure, rozległe miejsce, które rozciąga się w podziemiach od Wieży Duchów aż do Dziedzińca Stopionego Kamienia. Ściśle strzeżone przez trzech zbrojnych wejście wyklucza jakąkolwiek możliwość ingerencji osób postronnych w życie przebywających w celach więźniów, zaś plątanina korytarzy oraz ślepe zaułki niejednokrotnie spisały nieproszonych gości na straty.
Nad lochami pieczę od dekady sprawuje Lyam Rivers, niedoszły maester wyjęty spod prawa oraz wyklęty przez Cytadelę, który wikt oraz opierunek znalazł dopiero w Harrenhal. Kat nie pozostał dłużnikiem Lorda Whent i obecnie oferuje mu swój... szeroki zakres usług.


Ostatnio zmieniony przez Rossel Whent dnia Nie Sie 31, 2014 8:10 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Lochy   Nie Sie 31, 2014 8:09 pm

/ z jądra ciemności

Dlaczego to robię? - zapytał sam siebie po raz tysięczny, podążając korytarzem. Zaniedbanie i odór wilgoci wisiały w powietrzu, wzbogacane dodatkowo charakterystyczną wonią odchodów nietoperzy. Nie było okien, gdyż korytarz znajdował się głęboko pod ziemią, pochodnie zaś rzucały w każdy zakątek leniwe i rozmazane cienie.
Dlaczego ktokolwiek chciałby to robić?
Jego kroki wybijały na brudnych kamiennych płytach niezmienny rytm. Najpierw zdecydowany trzask prawego obcasa, potem stukot obijającej się o nogę broni i w końcu hukniecie lewego buta. Trzask, stukot, huk. Taki był rytm jego kroków.
Brudną monotonię korytarza przełamywały od czasu do czasu ciężkie drzwi, wzmocnione i nabijane powyginanym żelazem. W pewnym momencie Rossel odniósł wrażenie, że skądś dobiega stłumiony krzyk bólu.
Zastanawiam się, jakiż to nieszczęsny głupiec jest tam przesłuchiwany. Jakiej zbrodni jest winien czy też nie winien? Jakie sekrety się ujawnia, jakie kłamstwa demaskuje, jakie zdrady odsłania?
Nie zawracał sobie tym zbyt długo głowy. Jego rozmyślania przerwały schody.
Gdyby Whent dostał szansę torturowania jakiegokolwiek człowieka, jakiegokolwiek z wszystkich żyjących, to z pewnością wybrałby wynalazcę schodów. Kiedy był młody i cieszył się ogólnym podziwem, nigdy ich nie dostrzegał. Zbiegał z nich po dwa stopnie naraz i ruszał beztrosko przed siebie. Ale już nie teraz.
Są wszędzie. Nie można bez nich przechodzić z piętra na piętro. A schodzenie jest stokroć gorsze niż wchodzenie, czego ludzie nigdy sobie nie uświadamiają. Jeśli człowiek wchodzi, to nigdy nie spadnie tak daleko.
Znał tę kondygnację bardzo dobrze. Szesnaście stopni wyciętych z gładkiego kamienia, nieco startych po środku, lekko wilgotnych, jak wszystko tutaj. Nie było poręczy, nic, czego można by się przytrzymać.
Szesnastu wrogów ukrytych w niemal całkowitej ciemności.
Postawił na nich lewą nogę, ostrożnie, jakby wkraczał w bagno, po chwili zaś dołączyła do niej prawa. I znowu - lewa noga na kolejnym stopniu, w krótkim momencie od stąpnięcia otrzymująca towarzystwo prawej. Whent setki, jeśli nie tysiące razy pokonywał tą drogę, jednak w jego pamięci wciąż tkwił obraz dalekiego kuzyna, który przez własną nieostrożność runął po szesnastu niepozornych stopniach w dół.
Rossel wątpił, by nawet najbardziej gibki akrobata z Essos potrafił wykręcić głowę tak, jak uczynił to Harrion. Niestety, kuzyn nie doczekał pochwały z ust dziedzica Harrenhal - zapewne między jedenastym a dwunastym stopniem schodów zmarł ze skręconym kręgosłupem i dziurą w czaszce wielkości śliwki.
Po pokonaniu przeszkody Whent ruszył dalej korytarzem, chichocząc pod nosem na samo wspomnienie bezbrzeżnego zdumienia widniejącego na twarzy martwego kuzyna. Wciąż uśmiechał się nieznacznie, gdy dotarł pod właściwe drzwi i wszedł do środka, zsuwając z dłoni czarną rękawiczkę z sobolej skóry.
Brudna klatka z dwojgiem drzwi naprzeciwko siebie. Sufit był za niski, a pomieszczenie oświetlone zbyt jaskrawo płonącymi lampami. Z jednego z narożników wypełzała wilgoć, tynk zaś odłaził, upstrzony czarną pleśnią. Ktoś próbował zetrzeć z jednej ściany długą plamę krwi, ale niespecjalnie się starał.
Po drugiej stronie pomieszczenia stał nieoficjalny kat Harrenhal, z ramionami skrzyżowanymi na potężnej piersi. Skinął Rosselowi głową, zdradzając tyleż emocji co kamień, a dziedzic rodu Whent odpowiedział mu tym samym. Rozdzielał ich porysowany, poplamiony drewniany stół. Był przymocowany do podłogi bolcami i stały przy nim dwa krzesła - na jednym siedział tłusty nagi mężczyzna, dłonie miał związane na plecach, głowę zakrytą burym workiem z szorstkiego sukna. Słychać było tylko jego szybki, stłumiony oddech. Tu, na dole, panował ziąb, ale więzień pocił się jak świnia.
Nie dziwię się.
Rossel zbliżył się swobodnym krokiem do drugiego krzesła, odsunął je z cichym charkotem od stołu i w końcu usiadł, uśmiechając się spokojnie. Przekrzywił kark w lewo i w prawo, a następnie pozwolił, by jego ciało przyjęło pozycję, która w jakimś stopniu zapewniała wygodę. Gdyby Whent miał szansę uścisnąć dłoń jakiemuś człowiekowi, jakiemukolwiek, to byłby to wynalazca krzesła.
Tymczasem kat wyłonił się bezgłośnie z kąta i ujął górną część worka między mięsisty blady palec a ciężki biały kciuk. Rossel skinął głową, a wtedy blady kompan zerwał nakrycie z głowy mężczyzny; ser Richard Stone zamrugał w ostrym świetle lamp.
Ty podła świnio. Ty odrażający wieprzu. Mogę się założyć, że jesteś gotów wyznać w tej chwili wszystko, gotów gadać bez końca, bez przerwy, aż zrobi nam się niedobrze.
Na policzku rycerz miał ciemny siniec, drugi na szczęce, dokładnie nad podwójnym podbródkiem. Gdy jego oczy przywykły do oślepiającego blasku, rozpoznał siedzącego przed nim dziedzica Harrenhal, a na jego twarzy zajaśniała nadzieja.
Jakże błędnie umiejscowiona.
- Lordzie Whent, musisz mi pomóc! - zapiszczał, wychylając się, na ile mu pozwalały więzy; słowa, które dobyły się z jego ust, brzmiały niczym rozpaczliwy, niewyraźny bełkot. - Zostałem niesłusznie oskarżony, wiesz o tym, jestem niewinny! Przyszedłeś, żeby mi pomóc, tak? Mógłbyś wstawić się za mną! Jestem niewinnym człowiekiem, fałszywie oskarżonym! Jestem...
Rossel uciszył go gestem podniesionej dłoni. Przyglądał się przez chwilę znajomej twarzy ser Richarda, jakby nigdy wcześniej nie widział jej na oczy. Potem zwrócił się do kata, unosząc pytająco ciemnie brwi.
- Znam tego człowieka?
Oprawca nie odpowiedział. Nie mrugnąwszy nawet, obserwował więźnia na krześle, a jego czarne jak sadza oczy były martwe niczym nieżywy człowiek. Nie mrugnął ani razu, odkąd Whent wszedł do tego pomieszczenia.
Jak on to robi?.
- Z rozkazu Reinmara Arryna zarządzałem budową twierdzy w widłach Tridentu! - zasyczał tłusty mężczyzna; ton jego głosu osiągał z wolna nutę paniki. - Ser Richard Stone, znasz mnie, Lordzie Whent! Spotkaliśmy się jeszcze przed wojną w Dolinie, przed…
Rossel znowu uniósł dłoń i oparł się o krzesło, po czym zaczął stukać paznokciem w blat stołu, jakby głęboko zamyślony.
- Stone, nazwisko powszechne, lecz tytuł rycerski u bękarta to rzecz niecodzienna. Ser Richard… przypominam sobie teraz...  - dziedzic Harrenhal nachylił się, milcząc przez chwilę dla większego efektu. - Ser Richard Stone to sprzedajna kurwa, która objęła pieczę nad budową twierdzy w widłach Czerwonych, Niebieskich oraz Zielonych Wideł. Na ziemiach, które należą do Dorzecza.
Ser Richard miał teraz szeroko otwarte usta. I chyba przeszła mu ochota do powoływania się na przestarzałą znajomość z Rosselem.
- Tak, do Dorzecza! - ryknął Whent, uderzając dłonią o stół. Tłusty, podstarzały mężczyzna gapił się tylko szeroko otwartymi oczami. Po chwili przesunął językiem po wyschniętych ustach, najwyraźniej domyślając się, co może go czekać.
- Ale gdzie się podziały nasze maniery? - Rossel wykrzywił usta w brzydkim uśmiechu, nie kierując pytania do nikogo konkretnego. - Być może się kiedyś znaliśmy, a być może nie, ale nie wydaje mi się, byśmy wraz z moim pomocnikiem zostali ci odpowiednio przedstawieni. Lyam, przywitaj się z tym tłustym człowiekiem.
Zadany przez kata Harrenhal cios został wymierzony otwartą dłonią, ale okazał się dostatecznie silny, by zwalić ser Richarda z krzesła, które zatrzeszczało… i poza tym nie poniosło żadnego uszczerbku.
Jak się to dzieje? Cios zrzuca człowieka na ziemię, ale krzesło stoi dalej?
Stone leżał jak długi, bulgocząc, z twarzą przyciśniętą do kamiennych płyt.
- Przypomina mi wieloryba wyrzuconego na brzeg. - zauważył od niechcenia Rossel.
Lyam chwycił Richarda pod pachy, podniósł i posadził z powrotem na krześle. Z rozcięcia na policzku ciekła mężczyźnie krew, ale wodniste oczka patrzyły nieustępliwie.
Wymierzenie ciosu zmiękcza większość ludzi, ale niektórzy twardnieją. Nigdy bym nie przypuszczał, że ten tutaj też tak zareaguje, ale życie jest pełne niespodzianek.
Ser Richard splunął krwią na blat stołu, co sam Whent podsumował jedynie potrząśnięciem głowy wyrażającym głęboką dezaprobatę.
Przed więźniem położono pióro i kałamarz, a także formularz wyznania, wypełniony szczegółowo pięknym, starannym pismem Lyama, czekający tylko na podpis.
- Wyznaj, ser. - wyszeptał cicho Rossel. - I zakończ bezboleśnie tę żałosną sprawę. Wszystkim nam ułatwi to życie. Nie chcę cię skrzywdzić, wierz mi, nie sprawi mi to żadnej przyjemności. - … nic mi jej nie sprawi… - Wyznaj. Wyznaj, a zostaniesz oszczędzony. Wygnanie na Mur nie jest takie złe, jak by ci ktoś chciał wmówić. Tamtejsze życie ma swoje przyjemności, jest też satysfakcja jaką daje dzień uczciwej pracy w służbie króla. Wyznaj wszystko!
Ser Richard wpatrywał się w podłogę, oblizując wargi. Whent westchnął i oparł się o krzesło.
- Albo nie rób tego, a wrócę ze swoimi narzędziami.
Lyam ruszył do przodu, a jego masywny cień padł na tłustą twarz mężczyzny.
- Ciało unoszone na fali w okolicy doków w Solankach. - oznajmił jednym tchem Whent. - Wzdęte od morskiej wody i straszliwie zmasakrowane... wręcz... nie do rozpoznania.
Jest gotów mówić. Jest tłusty, dojrzały i bliski pęknięcia.
- Czy rany zostały zadane przed czy po śmierci? - spytał pogodnie w stronę sufitu. - Czy ten tajemniczy zmarły człowiek był mężczyzną, czy może nawet kobietą? - Rossel wzruszył ramionami. - Kto to może wiedzieć?
Rozległo się ostre pukanie. Ser Richard uniósł gwałtownie twarz, znów pełen nadziei.
Nie teraz, na Innych!
Lyam podszedł do drzwi i uchylił je nieco. Ktoś coś powiedział. Drzwi się zamknęły, kat nachylił się, żeby szepnąć do ucha dziedzicowi Harrenhal.
- O świcie. - usłyszał Whent niewyraźne mamrotanie, z czego zrozumiał, że na korytarzu stoi jego giermek.
Już?
Rossel uśmiechnął się i przytaknął, jakby to była dobra wiadomość. Twarz ser Richarda zapadła się odrobinę.
Jakim cudem człowiek, który miał tyle sekretów, nie potrafi ukryć swych uczuć w tym pomieszczeniu?
Lecz Whent znał odpowiedź na to pytanie.
Trudno zachować spokój, kiedy jest się przerażonym, bezradnym, samotnym, na łasce łudzi, którzy łaski nie znają. Kto mógłby wiedzieć o tym lepiej ode mnie?
Westchnął i posługując się swoim zmęczonym i zatroskanym tonem, spytał:
- Pragniesz wyznać?
- Nie! - w świńskich oczach więźnia znów pojawiła się hardość. Patrzył twardo, milczący i czujny, po chwili wciągnął z sykiem powietrze.
Zdumiewające. Naprawdę zdumiewające. Z drugiej jednak strony dopiero zaczęliśmy.
- Ząb ci dokucza, ser? Wydaje się, że muszę cię teraz zostawić, ale w tym czasie będę myślał o twoim zębie. Będę się bardzo intensywnie zastanawiał, co z nim zrobić. - Whent przesunął ostrożnie dłonią po blacie stołu. - Chcę, żebyś pomyślał o mnie, pomyślał o swoim zębie. I chcę też, żebyś pomyślał, bardzo uważnie, o podpisaniu dokumentu.
Rossel podniósł się energicznie, potrząsając zdrętwiałą nogą.
- Myślę jednak, że możesz pozytywnie zareagować na zwykłe, prostackie bicie, więc zamierzam zostawić cię na pół godziny w towarzystwie kata Harrenhal.
Usta ser Richarda zamieniły się w milczący krąg zdumienia. Lyam podniósł krzesło razem z tłustym człowiekiem i obrócił je wolno.
- Jest absolutnie najlepszy w swojej dziedzinie.
Kat wyjął parę podniszczonych skórzanych rękawic i zaczął je uważnie wkładać na swoje wielkie białe dłonie, palec za palcem.
- A ty zawsze lubiłeś mieć to, co najlepsze, prawda, ser? - Rossel ruszył w stronę drzwi.
- Czekaj, Whent! - zawył przez ramię Stone. - Czekaj, ja...
Lyam zacisnął na jego ustach dłoń w rękawiczce i uniósł palec do ust.
- Ciiii.
Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem. Kiedy Rossel wyszedł z pomieszczenia, wyprostował się i skłonił nisko. Widać było po jego oczach, że się uśmiecha.

/ zt, dziedziniec
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Lochy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Stare Lochy
» Wielka Sala
» Lochy Dreadfort
» Lochy pod Riverrun

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze :: Harrenhal-