a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
High Hermitage



 

 High Hermitage

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: High Hermitage   Wto Sie 26, 2014 7:52 pm

Zamek jest siedzibą rodu Dayne z High Hermitage i ulokowany został w Czerwonych Górach, na północ od Starfall oraz południe od Blackmont. Twierdza leży na prawym brzegu rzeki Torentine.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: High Hermitage   Czw Wrz 04, 2014 11:45 am

/ z otchłani piekielnej zwanej Seagardem
(a tak naprawdę to nie wiem)

- To piękny kraj, prawda? - zapytał cicho Jordayne, wpatrując się w poszarpane wzgórza po obu stronach drogi, która biegła wzdłuż rzeki. Towarzyszył im miarowy stukot kopyt końskich na trakcie - dźwięk, który kontrastował dziwnie z niepokojem Mathysa Sand, snującego się za jeźdźcami niczym długi, milczący, złowrogi cień.
- Czyżby? - brwi Księcia Dorne uniosły się nieznacznie, nie tyle w wyrazie zaciekawienia... co znużenia podróżą. Droga z Królewskiej Przystani dłużyła się w nieskończoność, na dodatek mieli problemy z dotarciem przez Pogranicze do Blackmont... i dopiero przed dwoma dniami znaleźli się w High Hermitage, wciąż wyczekując na reakcję rodu Dayne zamieszkującego tą twierdzę.
Dla Edrica jasne było jedno - jeśli nie otworzą bram dobrowolnie...
- No cóż, niełatwo się tu żyje, oczywiście, zwłaszcza tym, którzy nie znają miejscowych obyczajów. Twarda ziemia, bezlitosna. Ale jest w niej też coś szlachetnego. - młody mężczyzna, trzeci syn Lorda Jordayne, objął zamaszystym ruchem ramienia rozciągający się przed nimi widok i odetchnął z zadowoleniem. - Ma w sobie uczciwość, prawość. Najlepsza stal nie zawsze świeci najjaśniej. - zerknął na Martella, kołysząc się łagodnie w siodle. - Powinieneś o tym wiedzieć.
- Nie powiem, bym dostrzegał jej piękno. - Książę Dorne wykrzywił usta w miernej imitacji uśmiechu, odpierając spojrzenie towarzysza podróży ze spokojem pustynnej jaszczurki.
- Nie? Co wobec tego widzisz, panie?
Edric przesunął wzrokiem po stromych, kamienistych zboczach, poznaczonych strzelistymi głazami i skupiskami skarlałych drzew. Jego spojrzenie zamarło na moment na oddalonej o milę twierdzy, wzniesionej na czerwonym, spieczonym promieniami słońca płaskowyżu.
- Widzę dobry teren do walki. Zakładając, że dotrze się tu przed wrogiem. - Książę odrzucił na plecy cienki materiał chusty, która chroniła jego głowę oraz szyję przed lejącym się z nieba żarem, nieszczególnie dokuczliwym dla mieszkańca Słonecznej Włóczni, lecz mimo wszystko... niebezpiecznym?
- Naprawdę? Jak to? - Jordayne zerknął na Martella, nawet nie starając się ukryć zainteresowania. Przybył tu z woli ojca tylko w jednym celu - miał opisać wszystko, czego stanie się świadkiem, by kolejne pokolenia Dornijczyków były świadome konsekwencji, jakie ciągnie za sobą zdrada. Początkowo misja nie napawała go entuzjazmem, lecz teraz...
Edric wskazał mu gruzłowaty szczyt wzgórza, kilkadziesiąt jardów po ich lewej stronie.
- Łucznicy na tym urwisku byliby niewidoczni od strony drogi, pośród skał zaś można ukryć pieszych. Kilku lekko uzbrojonych pozostałoby na zboczach, by wciągnąć wroga na stromy teren. - Książę skinął podbródkiem w stronę kolczastych krzewów, które kryły niższe partie wzgórz. - A kiedy nieprzyjaciel już by tu dotarł i przedzierał się przez ten kolcolist, łucznicy zasypaliby ich strzałami. Groty spadające z góry to nic przyjemnego. Lecą szybciej i dalej, wbijają się też głębiej. To by rozbiło ich szyki. Nim dotarliby do tych skał, byliby śmiertelnie zmęczeni i niezdyscyplinowani. Nadeszłaby odpowiednia pora do ataku. Grupa napastników wyskakujących zza tych głazów, szarżujących z góry z diabelskim wrzaskiem, wypoczęta i pełna zapału... rozbiłaby ich w puch.
Jordayne przyjrzał się spod zmrużonych powiek zboczu wzgórza. Czytał oraz słyszał o takich potyczkach, zbierał relacje z punktu widzenia oby walczących stron... i w żadnym wypadku nie zachował miłych wspomnień. Szczególnie zaś tych powiązanych z niedawną klęską w Wąwozie…
- Ale gdyby mimo wszystko odparli atak, kilku konnych ukrytych pośród tych drzew dokończyłoby sprawę. - Martell poklepał rumaka po grzywie, spinając go lekko i truchtem zmierzając ku kilku rozbitym namiotom, położonym daleko poza zasięgiem ewentualnego ostrzału z High Hermitage. Jordayne niemal natychmiast podążył za Księciem, starając się zapamiętać każde padające z jego ust słowo. - Kilku pustynnych jeźdźców, twardych wojowników, którzy spadają z góry, gdzie nikt się ich nie spodziewa, to coś przerażającego. Zmusiliby przeciwników do ucieczki. Ale ci byliby zmęczeni, więc nie uciekaliby zbyt szybko. - Martell zerknął na posłusznie wlekącego się za nimi Mathysa, nadal sprawiającego wrażenie pogrążonego w lekkiej drzemce... choć to złudne wrażenie zaburzała dłoń bękarta, spoczywająca na rękojeści lekko zakrzywionego ostrza. - To oznacza jeńców, a jeńcy to okup albo przynajmniej wróg wybity tanim kosztem. Widzę tu rzeź albo zwycięstwo warte pieśni, zależnie od tego, po której jest się stronie. - Książę Dorne przeniósł spokojny wzrok na Jordayne'a, pozwalając sobie na lekki uśmiech triumfu. - Oto, co widzę.
Towarzysz Martella uśmiechnął się, przytakując w takt powolnego ruchu swego wierzchowca.
- Czy to maester Ynger powiedział, że grunt musi być najlepszym przyjacielem dowódcy, bo w przeciwnym razie staje się jego największym wrogiem? - Jordayne odwzajemnił uśmiech Edrica, nawet nie zauważając, iż wjechali już pośród namioty.
- Nigdy o nim nie słyszałem, ale miał rację. To dobre miejsce dla armii, zakładając, że dotrze tu jako pierwsza. Na tym polega sztuczka. - Martell zeskoczył z siodła, rzucając lejce Mathysowi, który - zgodnie z oczekiwaniami Księcia - już stał na ziemi, gotowy zaprowadzić konia do wodopoju. Edric strzepnął z ramienia drobinki kurzu i ruszył ku swemu namiotowi, znacznie skromniejszemu od tego używanego w Reach. Biały materiał raz za razem wybrzuszał się pod powiewami delikatnego wiatru, chroniąc wnętrze przed podmuchami gorąca ciągnącego znad pustyni. Jordayne posłusznie podążył za Martellem, niemal natychmiast podejmując kolejny temat - tych bowiem zdawał się mieć na pęczki.
- Ród Dayne zranił Cię w najczulszym miejscu, którym jest duma. Teraz pragniesz zemsty. I to bardzo. - młodzieniec o mało nie wpadł na plecy Edrica, gdy ten zatrzymał się raptownie przed połami namiotu.
- Ach tak. - kąciki ust Księcia uniosły się w smutnym uśmiechu, gdy odwrócił się od wąskiego wejścia, by spojrzeć na Jordayne'a. - Zemsta to jedna z najpowszechniejszych rozrywek na Południu. Jej popularność zdaje się nigdy nie zamierać. - Martell rozejrzał się posępnym wzrokiem po drzewach, skałach, zagłębieniach w zboczach wąwozu, licznych kryjówkach.
- Pośród tych wzgórz czaili się ludzie, wypatrując naszego przybycia. Niewielkie bandy sprawnych i zaprawionych w bojach wojowników, dosiadających dobrych koni i odpowiednio uzbrojonych, a także obeznanych z terenem. Mogli czekać tam...- wskazał jakieś skały przy drodze - ... albo wśród tych drzew czy tamtych.
Jordayne rozejrzał się nerwowo, wygładzając ostrożnie poły zwiewnej szaty, będącej typowym ubiorem Dornijczyka... który nie zamierza walczyć.
- Nawet teraz mogą być wszędzie. - dodał Książę, przyglądając się uważnie młodzieńcowi.
- Budzi to twój lęk? - zapytał w końcu Jordayne, gdy tylko Martell ponownie odwrócił się do uchylonych poł namiotu, niemal natychmiast znikając w jego zbawiennym cieniu.
- Wszystko budzi mój lęk... i cieszę się z tego. - Książę pokonał kilka krótkich kroków dzielących go od stolika, na którym spoczywał dzban z ciemnym, dornijskim winem, po czym napełnił trunkiem dwa spośród czterech złoconych kielichów (wszak jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła odrobina rozpusty, nawet w wojennych warunkach). - Lęk to dobry przyjaciel człowieka, na którego polują. Na dobrą sprawę to dzięki niemu przeżyłem trzydzieści dni imienia. - Martell podał puchar kompanowi, choć sam wstrzymał się przed spożyciem wina... przynajmniej dopóki nie spróbuje go Jordayne. - Tylko martwi są nieustraszeni, a ja nie zamierzam się do nich przyłączyć. - w ciemnych oczach Księcia zamigotały iskierki szczerego rozbawienia, gdy najmłodszy syn Lorda Tor uniósł kielich do ust i pociągnął z niego spory łyk trunku, nawet nie zastanawiając się, czy wino przypadkiem nie jest zatrute... Książę zdecydował się na wzniesienie toastu dopiero po kilku chwilach, podczas których w Jordaynie nie zaszła żadna zmiana - nie licząc oczywiście jeszcze bardziej rozwiązanego języka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: High Hermitage   Pon Wrz 29, 2014 1:10 pm

MG



W Siedmiu Królestwach istnieje znaczne zapotrzebowanie na usługi katowskie nie dlatego, że przeciętny mieszkaniec Westeros jest człowiekiem okrutnym - aczkolwiek ziemia ta wydała kilku największych okrutników świata - lecz dlatego, iż zadawanie śmierci stanowi instrument polityki. Ludzie sprzeciwiający się Królestwu są przeciwnikami Królestwa, a Królestwo nie ma miejsca dla wrogów. Jest do zrobienia zbyt wiele, aby tracić na nich cenny czas, w związku z tym, jeśli sprawiają stałe kłopoty, po prostu się ich eliminuje. W krainie o populacji sięgającej milionów istnień ludzkich można spokojnie pozwolić sobie na wymordowanie wielu setek rocznie. Jeśli - jak to się stało podczas niedawnych wojen - w ciągu jednego roku musi zginąć kilkadziesiąt tysięcy, strata również nie jest wielka. Kwestią poważną jest natomiast niedobór katów. „Życie" kata jest bowiem krótkie. W pewnym momencie kat zaczyna mieć dość swojej roboty. Jego dusza zaczyna od niej chorować. Po dziesięcio-, dwudziesto-, stukrotnym wysłuchaniu przedśmiertnego rzężenia istota ludzka, jakkolwiek zwyrodniała, zaraża się, może przez proces osmozy z samą śmiercią, wirusem śmierci, który wkrada się w jej ciało i pochłania je niczym trucizna. Owładają wówczas katem melancholia, alkohol i okropne poczucie znużenia, które zasnuwa mu oczy szkliwem, zwalnia ruchy i niweczy dokładność. Widząc te oznaki, pracodawca nie ma innego wyjścia, jak tylko stracić kata i poszukać jego następcy.
Książę Dorne doskonale uświadamiał sobie ten problem i nie tracił z pola widzenia nie tylko potrzeby poszukiwań wyrafinowanych skrytobójców, lecz także zwykłych rzeźników. I oto miał człowieka, który wydawał się w obu formach zabijania ekspertem bez reszty oddanym swemu rzemiosłu i, jeśli wierzyć maestrom, wprost dla niego stworzonym.
Jezal Sand spokojnym, niespiesznym krokiem przemierzał ostatnie jardy dzielące go od namiotu Edrica Martella. Choć wiadomość, którą niósł kurczowo zaciśniętą w dłoni należała do kategorii tych najpilniejszych… bękart zdawał się nie przejmować presją czasu - od potężnej postury bił spokój, z ciemnych oczu niemal wyzierało opanowanie i najpewniej nawet Azor Ahai nie byłby w stanie zmusić Jezala do prędszych ruchów. O napięciu panującym w obozie świadczyły wyłącznie niespokojne spojrzenia rzucane Sandowi, gdy w końcu zbliżył się do namiotu, zręcznie wymijając straż i nawet nie czekając na zaproszenie Edrica Martella.
- Książę. - głęboki, dobiegający gdzieś z samego dnia trzewi głos przerwał leniwą ciszę panującą pomiędzy władcą Dorne a młodym Jordaynem, który nienaturalnie zbladł na widok Jezala. Kat posłał trzeciemu synowi Lorda leniwy, niemal koci uśmiech, po czym spokojnie wyciągnął w stronę Martella dłoń, w której dzierżył opieczętowany list. - Odpowiedź z High Hermitage w końcu nadeszła. - bękart skłonił się lekko… i zamiast wycofać się z namiotu, po prostu podszedł do dzbana z winem, natychmiast unosząc go do ust - nim jednak wziął pierwszy łyk trunku, najpierw uważnie powąchał ciecz, jakby w obawie przed…
… trucizną? Nie czekając na reakcję Księcia, Sand pociągnął haust wprost z naczynia, z niejaką ulgą zwilżając zaschnięte gardło. Od ponad tygodnia oblegali High Hermitage niemal minimalnymi siłami… i jeśli przyszłoby im tu obozować kilka kolejnych dni, żołnierze w zamku bez wątpienia zauważyliby, iż mają wyrównane… jeśli nie większe szanse na zwycięstwo. Teraz wszystko zależało wyłącznie od treści listu wystosowanego przez Daynów sprawujących władzę w obleganej twierdzy - jeśli odmówią otworzenia bram, w końcu dojdzie do właściwej części oblężenia…
… jeśli zaś postanowią się poddać, zgodnie z obietnicą Księcia Dorne żadnemu z mieszkańców High Hermitage nie stanie się krzywda.



    Za pół godziny MG rzuci w Strefie Chlora kostką po czym edytuje ten post z zawarciem wyniku losowania; rzut zadecyduje o jednej z trzech opcji, które czekać mogą armię rodu Martell pod High Hermitage:

    1. Twierdza po trwającym tydzień oblężeniu w końcu się poddaje i bramy zostają otwarte; bez strat w ludziach siły Księcia Dorne zajmują High Hermitage, dzięki czemu zyskują istotny przyczółek w drodze do Starfall. Ilość zapasów w zamku jest wystarczająca, by zapewnić armii rodu Martell wyżywienie oraz wodę na kilka kolejnych tygodni. Zgodnie z propozycją Księcia złożoną rodowi Dayne, żaden z mieszkańców nie ucierpiał.

    2. Twierdza nie poddaje się, bramy zaś pozostają zamknięte. Choć oblężenie trwa już siedem dni, ród Dayne postanawia stawiać opór tak długo, jak to możliwe - niestety, z uwagi na panującą w Dorne suszę ich zapasy gwałtownie się kurczą i po kolejnym tygodniu twierdza kapituluje. Choć armia rodu Martell zajmuje High Hermitage, zgromadzona w zamku żywność oraz woda pitna okazują się niewystarczające, by zaopatrzyć żołdaków. Ród Dayne po odrzuceniu złożonej przed tygodniem propozycji boleśnie przekonuje się, iż Książę Dorne nie daje drugiej szansy - dochodzi do walk, na wskutek których znaczna część miejskiej straży oraz żołnierzy rodu Dayne ginie, zaś sami członkowie szlachetnej rodziny skazani są na łaskę Edrica Martella.

    3. Twierdza nie poddaje się nawet po dwóch tygodniach; oblężenie znacznie się przeciąga i zarówno w zamku, jak i obozie armii rodu Martell zaczyna brakować zapasów. High Hermitage nie poddaje się agresorom, zaś Książę Dorne - jeśli nie chce, by morale w armii podupadły i by jego ludzi nie nawiedziła klęska głodu - musi udać się na Starfall ze świadomością, iż licząca 1 500 żołnierzy załoga High Hermitage pozostaje za jego plecami, gotowa wspomóc pobratymców ze Starfall.


    Wynik rzutu: 1.


Ostatnio zmieniony przez Allya Baratheon dnia Pon Wrz 29, 2014 2:05 pm, w całości zmieniany 2 razy (Reason for editing : Wynik rzutu)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: High Hermitage   Nie Lis 02, 2014 6:11 pm

Pergamin zaszeleścił sucho w palcach, gdy kolejne słowa nakreślone przez Lorda Dayne z High Hermitage jęły zlewać się w jednolitą, ciemną linię, nie wyrażającą nic poza…
Nawiną skruchą.
Książę Dorne rozprostował list ostrożnie, z obawą, zupełnie jakby wiadomość lada moment miała rozkruszyć się pod jego dotykiem i przeistoczyć w suchy, sypki piach. Ciemne oczy – podobnie jak obojętna, wyzuta z uczuć twarz – nie zdradzały zamiarów Martella; przez krótką chwilę przywodził na myśl dumnego sępa czekającego na trupa, którym mógłby się pożywić. Dornijczyk trwał nieruchomo w absolutnej, ciężkiej ciszy późnego popołudnia, najwyraźniej dokładnie analizując treść listu, planując dwa kroki naprzód, rozważając wszystkie za i przeciw, tworząc w myślach dokładny scenariusz, wedle którego zatańczą zarówno jego ludzie… jak i żołnierze poddającej się twierdzy. Dopiero ciche kaszlnięcie Sanda wyrwało Księcia ze stagnacji – Martell powoli oderwał spojrzenie od tylko sobie znanego punktu umiejscowionego nad głową bękarta, po czym przeniósł wzrok na milczącego Jordayne’a, wykrzywiając usta w imitacji uśmiechu; ponurego, dalekiego od radości… ale jednak uśmiechu. Edric bez słowa podał list lordowskiemu synowi, obserwując jednocześnie, jak Sand bezkarnie spija książęce wino z dzbana. Miast skrytykować bękarta, Martell bez słowa poprawił skórzane zarękawia, unosząc brwi w przejawie pobłażania; Jezal w każdym calu był niepoprawny, nieprzewidywalny i niereformowalny…
… co Książę Dorne cenił w swym kacie najbardziej. Nawet teraz (a może – zwłaszcza teraz?) nie miał zamiaru sprowadzać Sanda na ziemię… tym bardziej, iż jego umiejętności w najbliższym czasie będą nieocenione.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, zalewając zarówno obleganą twierdzę, obóz Martellów, jak i sam książęcy namiot złotymi promieniami – światło rozpraszało się na cienkim materiale, odnajdując do wnętrza ciemnej jurty zaledwie jeden, niewielki otwór; promienna smużka rzucała na napierśnik Edrica lśniące iskry, odbijając się od pozłacanego słońca widniejącego na szerokiej piersi i zmuszają Sanda do mimowolnego mrużenia powiek. Martell skinął dłonią z roztargnieniem, podchodząc do opuszczonych pół namiotu.
- Mathys. – imię, wypowiedziane z pozornym spokojem i niemal ojcowską cierpliwością, mimo wszystko zabrzmiało w ustach Księcia jak rozkaz; lekko poirytowany, donośny rozkaz człowieka, który właśnie przystąpił do realizacji swego planu. Nie minęły trzy uderzenia serca, gdy tuż przy namiocie pojawił się młody giermek, jak zwykle sprawiający wrażenie rozespanego, nieobecnego duchem pachołka. Martell wygładził dłonią uniesiony materiał wejścia, wbijając obojętne spojrzenie w smagłego chłopaka. – Co mówi ogień?
Z wnętrza namiotu dobiegło głuche stuknięcie pustego już dzbana, gdy Sand odstawił naczynie, wsłuchując się czujnie w pytanie Księcia – nawet Jordayne, dotychczas studiujący treść listu, oderwał wzrok od pergaminu, z zaskoczeniem wpatrując się w Martella.
Edric nigdy nie był religijny. Ani jako dziecko, ani jako młodzieniec, nawet nie jako mąż i ojciec – bez mrugnięcia okiem zgodził się odrzucić Siedmiu i przyjąć wiarę w Pana Światła, nie pokładając wiary w żadnego z bogów. Na obranym przed laty stanowisku dodatkowo utwierdziły go wydarzenia ostatniego roku – śmierć rodziców, wojna, tragedia, jaka spadła na Mellarie i Aidę u wybrzeży Essos…
… jak wielkim masochistą musiałby się okazać, aby wciąż wierzyć? A jednak…
- Ogień mówi... - Mathys zmrużył oczy, jakby próbował zobaczyć coś z dużej odległości; Książę wciąż wpatrywał się w młodzieńca bez cienia zainteresowania, ale Jezal najwyraźniej tylko czekał na moment, w którym będzie mógł uderzyć. - ... że poleje się krew. – dokończył cicho giermek, wywołując u Sanda ciche parsknięcie.
- Zawsze to mówi. – mruknął bękart, zatrzymując się tuż przy Martellu i wpatrując w powoli pogrążającej się w mroku twierdzy. Edric uśmiechnął się lekko, kiwając lekko głową.
- Owszem. - Książę odebrał od Jordayne’a list i zamknąwszy oczy, zacisnął prawą dłoń na rękojeści miecza, zupełnie jak kochanek pieszczący kobietę. - Ale ostatnio częściej ma rację.
W zapadającej ciemności przed nim wznosiło się High Hermitage, przywodząc na myśl olbrzymie dziury w nocnym niebie, w których nie świeciły gwiazdy. Twierdza na płaskowyżu, zapomniany gigant porzucony na swoim wzgórzu wśród podmuchów przenikliwego wiatru, uparcie strzegący pustki. Martell zaczął się zastanawiać, ile waży każda z tych olbrzymich kamiennych brył, z których zbudowano zamek.
Chyba tylko zmarli wiedzą, jak wciągnięto tutaj te przeklęte głazy… oraz kto to zrobił.
Zmarli jednak nie zamierzali niczego zdradzić, a sam Edric nie miał zamiaru do nich dołączyć, by się tego dowiedzieć.
- Jezal, setka zbrojnych pojedzie ze mną, kolejne pięć setek mają odpowiadać za rozbrojenie miasta. Trzydziestu ludzi ma przejąć główną bramę. Jeśli ktokolwiek podniesie na was rękę, jeśli wypuszczą choć jedną strzałę, jeśli obłąkany wieśniak rzuci w was pomidorem… - Martell narzucił na plecy ciemnopomarańczowy płaszcz z wyszytym nań słońcem przeszytym włócznią; miękki materiał otulił szczelnie ramiona Księcia, ukrywając jednocześnie rodowy miecz zawieszony u pasa – o jego obecności świadczyła wyłącznie złota rękojeść ponuro szczerząca się do wroga spomiędzy zaciśniętych palców Edrica. - … umowa przestanie obowiązywać.
Po ustach Sanda przemknął paskudny uśmiech, gdy bękart skłonił się nisko. Już teraz na murach twierdzy widoczne były słabe blaski ognisk, otaczające nierówne krawędzie kamieni. Książę słyszał trajkoczące głosy zagłuszające cichy pomruk wiatru, nawoływania strażników i niecierpliwe parsknięcia koni, gotowych do wyruszenia ku twierdzy.
Strach to zdrowe uczucie, dopóki zmusza nas do myślenia; wypowiedziane przed ponad rokiem słowa Trystana odbiły się echem w umyśle Księcia Dorne, gdy lekko wspiął się na skórzane siodło. Martell dokładnie wszystko przemyślał i uznał, że darowanie życia Lordowi High Hermitage to dobre rozwiązanie… a raczej najmniej złe, lecz czasami nie można liczyć na więcej.
Teraz, nawet jeśli jacyś bogowie poczuli się obrażeni, że niemal doszło do rozlewu krwi, w żaden sposób tego nie okazali. Droga ku bramom twierdzy przebiegła w całkowitej, niemal martwej ciszy, przerywanej wyłącznie stukotem końskich kopyt i cichymi prychnięciami piaskowych rumaków; nawet wiatr ucichł do żałosnego westchnienia, zwiastując zamkowi przybycie dornijskiego Księcia – bramy High Hermitage zostały otworzone, zaś doglądający ich dotychczas strażnicy, zgodnie z wolą swego Lorda, złożyli broń.
Na świecie nie pozostało wiele sprawiedliwości.
Słabe pomarańczowe światło pochodni tańczyło na pobrużdżonej powierzchni kamieni zbryzganych piaskiem, oplątanych ciernistymi krzakami, pokrzywami i suchą trawą. W ciągu kilkuset lat jedna z wież nadkruszyła się, pozostawiając luki niczym braki w uzębieniu uśmiechniętej czaszki. Przez całą drogę do zamku Edric naliczył zaledwie trzystu żołdaków rodu Dayne z High Hermitage, przykucniętych wokół targanych wiatrem ognisk, ubranych w połatane peleryny i znoszone płaszcze, mocno owiniętych kocami. Blask ognia migotał na posępnych brodatych twarzach poznaczonych bliznami i pokrytych szczeciną. Migotał na krawędziach tarcz i ostrzach złożonych na dziedzińcu w olbrzymie, żelazne kurhany.
Mieli mnóstwo broni.
Przynajmniej zaś tyle dużo, by w razie walk ulice obficie spłynęły krwią książęcych ludzi.
Martell zeskoczył z konia, twardo lądując na piaskowcu, z którego ułożony został bruk dziedzińca dokładnie w chwili, w której na tle głównych wrót twierdzy pojawił się sam Lord Dayne – rosły, siwowłosy mężczyzna, otoczony dwójką swych synów oraz jedyną córką. Nie sponiewierano i nie obdarto z godności – o ich sytuacji tak naprawdę przypominały wyłącznie skrępowane linami nadgarstki… oraz obecność żołnierzy Słonecznej Włóczni, zgromadzonych za plecami dotychczasowych władców High Hermitage; twarde spojrzenia, zaciśnięte usta… i obnażona broń żołdaków dobitnie świadczyły, iż jeden, nierozważny krok ze strony przeciwnika zostanie obficie przypłacony krwią.
- Lordzie Dayne. – po twarzy Martella przemknął nieprzyjemny cień, zupełnie jakby sam dźwięk rodowego nazwiska wzbudzał w nim głęboko ukrywaną, kontrolowaną wściekłość. - Jesteśmy jak stare małżeństwo, które od lat się nie pieprzy, tylko kłóci. Musiałem stracić wiele cennego czasu, byś w końcu zechciał wpuścić mnie do alkowy. – kąciki ust Księcia uniosły się nieznacznie, gdy zsunął z dłoni skórzaną rękawicę i nie czekając na reakcję rozmówcy, wyminął rodową delegację, ruszając w głąb twierdzy.
- To tak jak ja i moja żona… no cóż, przynajmniej do chwili, kiedy jeszcze żyła. – Martell wysunął zza paska pozornie prosty sztylet, spokojnie odwracając się w stronę dreptającego z tyłu Lorda. W ciemnych, matowych oczach zaigrały wyraźne iskierki rozbawienia, gdy jeden z lordowskich synów z trudem powstrzymał się, by nie osłonić ojca własną piersią.
- Czyż się nie umawialiśmy? – Książę pokręcił głową z naganą i postukał palcem w obnażone ostrze – tańczące na jego powierzchni promienie światła pochodni nie pozostawiały najmniejszej wątpliwości – podobny stop metalu wchodził w grę wyłącznie przy jednym rodzaju stali…
- Poddacie miasto natychmiast, a nikomu nie stanie się krzywda. Odmówcie, a osobiście wbiję sztylet w serce każdego przedstawiciela rodu Dayne z High Hermitage. – rękojeść zatańczyła między palcami Martella, gdy obrócił ją w dłoni, po chwili wskazując ostrzem młodziutką dziewczynę, starającą się trwożnie ukryć za najstarszym bratem. – Spokojnie, pani. Ciebie zostawiłbym na koniec. – z piersi Księcia wyrwało się ciche westchnięcie, gdy powoli zbliżył się do Lorda Dayne, przywołując na usta najspokojniejszy uśmiech, na jaki mógł zdobyć się w tej chwili.
- Odstąpicie nam zapasy wody i żywności… - Martell ujął za łokieć staruszka, wbijając nieugięte spojrzenie w jasne tęczówki mężczyzny. – Oddacie kwatery, uzbrojenie i konie, a ja… w ramach sprawiedliwości oraz możliwości wolnego wyboru, z których to wszak słynę… - sztylet z valyriańskiej stali zalśnił ponuro, gdy Edric przysunął jego ostrze do lin krępujących nadgarstki Lorda Dayne. - … zapewnię wam godny byt do chwili, w której nie odkupicie win swych kuzynów ze Starfall. Może to potrwać rok. Dwa. Dekadę. Wiek. – wystarczyło jedno, sprawne cięcie, by liny opadły na posadzkę bezszelestnie, uwalniając dłonie Lorda. – Sami będziecie mogli dowieść swej… lojalności i im prędzej to uczynicie, tym szybciej wrócicie do łask. Co prawda nie podczas oblężenia Starfall… – Książę odsunął się od starszego mężczyzny, wsuwając sztylet na poprzednie miejsce u szerokiego pasa. - … tam nie ocaleje nikt, kto nosi barwy rodu Dayne. - … i nie ważne, jak daleko uciekną najbardziej tchórzliwi z nich. Znajdę każdego i zabiję, powoli, niemal leniwie… za to z niepohamowaną satysfakcją.
- Zgodzisz się na podobny układ... ser?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: High Hermitage   Sro Lis 05, 2014 10:11 pm

MG


Pokój wymaga poświęceń.
Słowa Lorda Dayne z High Hermitage skierowane do dowódcy straży miejskiej w pierwotnym zamiarze miały przynieść ukojenie.
Pokoju nie da się kupić, nie da się wyprosić u bogów. Pokój należy osiągnąć – mało istotne, z jak wielkim ryzykiem się on wiąże.
Pobladłe twarze poddanych Lorda wyrażały zgoła inne zdanie, lecz nikt nie ośmielił się kwestionować decyzji pana zamku – nawet, jeśli jego twierdza od blisko miesiąca oblegana była przez siły rodu Martell.
Niezachwiani, nieugięci, niezłomni.
Chorągwie z widniejącym nań słońcem przeszytym włócznią łopotały na rzadkich, lecz zaskakująco intensywnych podmuchach wiatru, nawet nocą przypominając mieszkańcom High Hermitage o złowrogiej, milczącej obecności Księcia Dorne. Odkąd tylko część armii Słonecznej Włóczni zjawiła się pod siedzibą rodu Dayne, atmosfera w twierdzy stała się niemal nie do zniesienia – ciężki odór strachu i zatajonej, niewyartykułowanej, lecz nad wyraz czytelnej groźby skutecznie spędzał sen z powiek, zsyłając mieszkańcom niespokojne mary, z których wszak mogli być wybudzeni z chwilą pierwszego szturmu na bramy.
Który jednak nie nastąpił. Ani przed miesiącem, ani przed tygodniem… ani dzisiejszego poranka, gdy Lord Dayne przerwał swe uporczywe milczenie i odpowiedział na propozycję złożoną przez Księcia Dorne.
Poddajcie zamek. Złóżcie broń. Okażcie skruchę.
Smukłe, pochyłe pismo równymi liniami znaczyło pergamin, przekazując prostą... oraz brutalną w owej prostocie wiadomość – kolejny dzień zwłoki odebrany będzie jako odmowa przyjęcia podyktowanych warunków i za nie dalej niż trzy dobry ulice High Hermitage spłyną krwią…
… wszystkich mieszkańców.
Lord Dayne początkowo wątpił w prawdziwość słów Edrica Martella – znał jego ojca na tyle dobrze, by wiedzieć, że młodzieniec (młodzieniec? Na bogów, miał już trzydzieści dni imienia i przeszłość, której nie powstydziłby się starzec) nie dopuściłby się złamania jakiegokolwiek prawa rządzącego Dorne.
Ale wszak Dayne’owie ze Starfall zdradzili Dornijczyków.
To zaś pozwalało samemu Księciu na znacznie większą… elastyczność działań. Działań, których skuteczność Martell niejednokrotnie dowiódł w przeciągu minionego roku – poczynając od bezkarnego wkroczenia do Reach, poprzez zmuszenie Arborczyków do tchórzliwego ugięcia kolan, aż do wydania swej siostry za Namiestnika Siedmiu Królestw oraz Księcia Smoczej Skały. To z kolei rodziło w umyśle Lorda Dayne niepokojące pytanie:
Jak daleko jest w stanie posunąć się Edric Martell?
Jak daleko jest w stanie dotrzeć, znacząc swą drogę ofiarami, które – prędzej czy później – padną pod jego stopy bez najmniejszych oznak życia?
To nie była oznaka tchórzostwa.
Powtórzył po raz setny w myślach Lord High Hermitage, wraz ze swymi dziećmi krocząc pustym, ponurym korytarzem wiodącym ku cichemu dziedzińcowi. To nie była oznaka tchórzostwa. To po prostu próba przetrwania.
Synowie Lorda Dayne nie byli zachwyceni decyzją podjętą przez ojca – w oczach dziedzica czaiła się głęboko skrywana uraza, przesycona szczerą niechęcią… a nawet pogardą dla człowieka, który go spłodził. Zupełnie, jakby z chwilą otworzenia bram twierdzy młodzieniec utracił żywiony doń szacunek. Sam Lord nie był pewien, czy najstarszy syn stara się zrobić z niego głupca, czy on sam się ośmiesza, a może po prostu jest zirytowany, ponieważ to wszystko rozminęło się z jego oczekiwaniami. W każdym razie z każdym kolejnym krokiem zbliżającym ich ku dziedzińcowi robił się coraz bardziej wściekły.
- To hańba, to wszystko! Hańba i piętno na dobrym imieniu rodu…
Lord go nie słuchał. Zerkał ponad ramieniem jednego z żołnierzy Słonecznej Włóczni, podobnie jak pozostali członkowie orszaku – dziedzic rodu odwrócił się, żeby sprawdzić, na co wszyscy patrzą, i zszokowany zauważył jeźdźca na smukłym, piaskowym koniu; dobry wierzchowiec z jeszcze lepszym siodłem pozwalał przypuszczać, kto właśnie zjawił się na dziedzińcu, lecz zaślepiony wściekłością młody Dayne zdawał się nie dostrzegać powagi sytuacji. Mężczyzna miał około trzydziestu dni imienia, porośniętą krótką, ciemną szczeciną twarz… i bystre spojrzenie, które niemal natychmiast spoczęło na Lordzie Dayne. Władca High Hermitage skłonił lekko głowę, dając tym samym przykład swym dwóm młodszym synom – trzeci wciąż wpatrywał się w Martella z nieskrywaną wściekłością, najwyraźniej z utęsknieniem oczekując chwili, w której Książę stanie w płomieniach.
- Książę… - po twarzy Lorda przemknął niepokojący cień, gdy starszy mężczyzna wyprostował się ostrożnie, wbijając spojrzenie w ogorzałą twarz Edrica. - … Twe niezwykle barwne porównanie zdaje się w pełni oddawać charakter stosunków High Hermitage ze Słoneczną Włócznią. – Dayne zacisnął usta w wąską kreskę, gdy tylko w dłoni Martella zalśnił sztylet – ostrze przecięło powietrze z cichym sykiem, dopiero po chwili zamierając w bezruchu… i ani odrobinę nie tracąc na swej pierwotnej groźności. W każdym słowie, w każdym geście, w każdym obojętnym spojrzeniu Księcia Dorne zaklęte były intencje, których Lord Dayne nie potrafił rozczytać. Dość szybko zresztą stało się jasne, iż Edric pogrywał z rozmówcami tak, jak tylko zapragnął. Nawet, gdy ruszył w głąb korytarza, nawet, gdy przez krótką, króciutką chwilę podatny był na atak ze strony dziedzica High Hermitage, nie stracił kontroli nad sytuacją. On o tym wiedział, jego ludzie o tym wiedzieli… i Dayne’owie – choć balansujący na skraju przepaści – także zdawali sobie sprawę z podobnego obrotu spraw…
… nic zatem dziwnego, że w momencie, w którym Martell rozciął więzy krępujące nadgarstki Lorda, dotychczasowy pogląd został wywrócony do góry nogami.
Symbol był aż nadto czytelny, intencje Księcia zaś – jasne jak słońce, które nosił w herbie.
- Twoje warunki nie uległy zmianie… poza jednym. – Dayne ostrożnie potarł dłońmi zimne, zdrętwiałe od sznura nadgarstki, podnosząc na Edrica wzrok – dotychczasowe obawy zniknęły ze spojrzenia niemal bez śladu, ustępując czystej, niemal krystalicznej… złości? Zbyt późnej, czczej, z trudem hamowanej, lecz tak – złości.
- Używasz wobec mnie tytułu rycerskiego… - starszy mężczyzna położył ciężką dłoń na ramieniu swego najstarszego dziecka, zupełnie jakby pragnął dodać mu otuchy… lub pohamować rodzącą się w piersi furię. - … czyżbym przegapił moment, w którym utraciłem miano Lorda, mój syn zaś dziedzica? – Dayne uśmiechnął się blado do Księcia, kątem oka dostrzegając, jak córka ukrywa się za jednym z braci, najwyraźniej pragnąc uniknąć ciemnego spojrzenia Martella.
Nadaremno – to bowiem zdawało się przenikać rozmówcę na wskroś.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: High Hermitage   Sro Sty 07, 2015 10:13 pm

Chorobliwa nerwowość. Pragnienie ujrzenia krwi, spróbowania krwi, dotknięcia krwi, przelania krwi. Nienawiść do drugiego człowieka. Skondensowana bezsilność. I nad tym wszystkim – wściekłość przejawiająca się w oczach. Nie, nie tyle w samych oczach, co w ich białkach. Naturalnych przecież, przyrodzonych i w owej przyrodzoności – całkowicie obrzydliwych. Coś w nich było. Rodzaj szaleństwa, przekroczenie bariery cierpienia.
Książę Dorne spokojnie obserwował kolejne napady złości dziedzica High Hermitage. Na nic zdawały się uwagi ojca, jego krygowanie się, blade uśmiechy, nieśmiałe gesty, w końcu kłanianie i zginanie karku niczym karcony pies.
Prawda zawsze kryła się w źrenicach.
Owy opór, zażartość, zaciekłość postawy nasuwała Martellowi wspomnienie dawno zasłyszanej opowieści - Edric już jako pacholę poznał historię o pewnym maestrze imieniem Hoster, znanym również jako Pseudo-Kaeth, który podszywając się pod wielkiego autora słynnego „Żywota czterech królów”, napisał dzieło zatytułowane „O niedostatku”. Zrazu odkrycie wywołało wielkie poruszenie; podziwiano frazę i czystość wywodu. Z omówień – rzecz miała miejsce blisko cztery dekady temu – wiadomo, że Pseudo-Kaeth uznał, iż świat stworzony jest bardziej z pustki niż pełni. Że więcej wokół nas braków niźli spełnień, tylko pustkę można bowiem wypełnić. Świat był przedstawiony w postaci modelu opartego na dystynkcji między jednią (symbolizowaną przez Siedmiu Bogów skupiających się w jeden aspekt) a wielością (ludzkich istnień). Stworzenie świata porównywał Pseudo-Kaeth do eksplozji – materia ekspandowała, oddalając się od jedni. Im dalej postępowały kolejne emanacje, tym mniej dobra było; im bliżej zatrzymywały się ucieczki bytów na stałych pozornie okręgach, tym więcej zachowywano dobra. Siłą przyciągającą przeciwstawioną mocy pierwotnej eksplozji była miłość ludzi do Bogów i do siebie wzajem. Albowiem, im dalej ludzie oddalali się po promieniach tak utworzonych kręgów od jedni, tym bardziej zarazem oddalali się od siebie wzajem – taka jest konstrukcja okręgów. Im bardziej natomiast zbliżali się do Siedmiu Bogów, na skutek przyciągających właściwości miłości, tym mocniej stapiali się w jedność, aż do całkowitego sprzęgnięcia i powrotu do stanu pierwotnego. Tragedia ludzi polegać miała na braku świadomości konstrukcji świata. Ludzi przepełnia poczucie konieczności szukania; nie wiedzą natomiast, czego szukać powinni.
Mimo tych pozornych niedociągnięć w monstrualnej robocie, Pseudo-Kaeth mniemał, że taki konstrukt rzeczywistości głęboko jest uzasadniony. Otóż braki wzbudzają tęsknoty; tęsknoty każą szukać. Im rzadziej dochodzi do spełnień, tym intensywniej się szuka – w ten sposób ludzie zbudowali wszystko, co jest wokół. Ale i to ich nie satysfakcjonuje; wciąż szukają, nie wiedzieć czego: miłości? Bogów? Miłości do Bogów? Osiągi zawsze są rozczarowaniem. Księga zrobiła karierę; słyszano nawet głosy, iż jest to najwybitniejsze dzieło Kaetha. rychło jednak miny znawców zrzedły, fałszerstwo wykryto. Kary w takich wypadkach bywały surowe. Hostera skazano na odarcie ze skóry, którą następnie wyprawiono i oprawiono nią apokryf. Księgę edyktem królewskim, mimo jej niewątpliwych walorów, skazano na niebyt – po wytarciu znaków zapisana miała być ponownie inną treścią. Krążyły jednak legendy, że mimo wielokrotnego zapisywania, pierwotna treść magicznym sposobem wciąż przebijała na wierzch; ten zaś, kto ją przepisywał, zawsze coś tracił. A to wypadały mu zęby, a to wypływało oko, a to schła dłoń. Powiadano, że księga Hostera wciąż jest gdzieś w Bibliotece Cytadeli, ukryta pod zwałami innych. Że się jej ogień nie ima i że wciąż czeka na kolejnego czytelnika.
Czy podobnie miało być z dziedzicem High Hermitage? Choćby zakuć go w kajdany, wrzucić do najciemniejszego lochu i ukryć przed całym światem… w jego umyśle wciąż tlić będzie się treść ideałów, z których nie sposób obedrzeć drugiego człowieka, których nie sposób wymazać z pamięci tak, jak uczyniono to z dziełem maestra Hostera. Skalę problemu podnosił fakt, że Książę Dorne ani myślał uśmiercać młodzieńca – wszak postawione przez Martella ultimatum jasno zapewniało nietykalność mieszkańcom twierdzy, gdy ta poddana zostanie bez zbędnej zwłoki oraz oporu.
- Sceptycyzm. – ciemne oczy zalśniły z zimną obojętnością w świetle pochodni, gdy Edric oderwał wzrok od dziedzica High Hermitage i przeniósł go na jedyną córkę Lorda, do którego teraz się zwracał. – Pewien mędrzec z Braavos imieniem Vaellyn, wyznawca Pana Światła, udowodnił, że opłaca się wierzyć w jego boga. – Książę Dorne przestąpił niecierpliwie z nogi na nogę, roztargnionym gestem nakazując jednemu ze strażników podanie bukłaku ciemnego, dornijskiego wina. - Jeśli bowiem Pan Światła nie istnieje, to zarówno nasze niedowiarstwo, jak i wiara nie przynoszą żadnych korzyści. Natomiast jeśli istnieje… - trunek zachlupotał cicho w skórzanej manierce, gdy Martell pociągnął zeń spory łyk, przerywając na krótki moment swój – jak zwykle prowadzący do osiągnięcia konkretnego celu – wywód. - … to wiara przynosi nam, bagatela, życie wieczne. Odpowiednio - niewiara w tym wypadku oznacza całkowitą klęskę. Wyobraź sobie, ser, że za ładem świata stoi bóg. Opłaca się wierzyć, zapewniam cię. – Książę szczelnie zakorkował bukłak, obojętnie… i zaskakująco celnie odrzucając go właścicielowi. – Zwłaszcza w to, że pewnego dnia Ty, Twój syn, jego syn, syn jego syna bądź dziesiąte pokolenie w tych murach w końcu odzyska lordowską godność, utraconą na rzecz mojego najmłodszego brata. – Martell skinął spokojnie głową, zupełnie jakby potwierdzał prawdziwość swych słów... po czym gestem nakazał jednemu ze zbrojnych, by przekazali Lordowi High Hermitage równo złożony i najwyraźniej przygotowany do wysłania pergamin. – Jeszcze dzisiejszej nocy do Królewskiej Przystani odleci kruk, w którym zwrócę się z prośbą o pozbawienie Cię lordowskiego tytułu. Sam nie posiadam mocy sprawczej, by w tym momencie mianować Quentyla Martella Lordem High Hermitage… ale posiada ją władca Rhoynarów, Andalów i Pierwszych Ludzi. Za nie dalej niż dwa tygodnie uzyskamy odpowiedź, w której król Aerys Drugi Tego Imienia przystanie na moją prośbę… bądź ją odrzuci. – Książę Dorne zastygł jak komar uwieczniony w stygnącej żywicy i jął wpatrywać się w poznaczoną zmarszczkami twarz Dayne’a. Jeszcze moment, mgnienie, pół ziarna piasku w klepsydrze…
… i koniec.
- Niektórzy mawiają, że sceptycyzm bywa postawą obronną i że pozwala uniknąć dotkliwych rozczarowań. – kąciki ust Martella powędrowały nieznacznie do góry, gdy podszedł do obecnego Lorda High Hermitage i wysunął z drżących palców pergamin. – Osobiście uważam, że często bywa tych rozczarowań przyczyną… ser. – Książę wsunął list za pazuchę płaszcza i odwrócił się na pięcie, ruszając w drogę powrotną na dziedziniec…
… skąd też czekała go dalsza podróż do właściwego celu wyprawy, jakim było Starfall.
W samym High Hermitage pozostawiony miał zostać garnizon trzech setek żołnierzy, którzy nie tylko zadbają o utrzymanie twierdzy, lecz staną na straży zawartych tu zapasów, stanowiących żywieniowe zaplecze dla ruszających na południe wojowników. Dowództwo pod nieobecność Księcia Dorne przejął nie kto inny jak Jezal Sand - złakniony krwi wroga bękart nie był zachwycony wizją odsunięcia od punktu zapalnego walk…
… lecz gdy ujrzał młodą pannę Dayne, jego podejście do sprawy uległo radykalnej zmianie.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: High Hermitage   

Powrót do góry Go down
 

High Hermitage

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne-