a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Planky Town



 

 Planky Town

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
465
Join date :
23/03/2013

PisanieTemat: Planky Town   Pią Kwi 26, 2013 8:15 pm

*
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Planky Town   Sob Lis 16, 2013 6:37 pm

/ Sea of Dorne

Otworzył oczy, gdyż coś dziwnego wisiało w powietrzu.
Statek stał. Zawsze tak jest. Kiedy rufa przecina spokojną wodę, marynarze mocno śpią. Ledwie jednak galera stanie, wszyscy wyczuwają, że coś się zmieniło i prędko wyrywają się z otępienia. Orys przez chwilę nie może zrozumieć, gdzie się znajduje. Po chwili dochodzi do niego, że śpi wtulony w koc we własnej kajucie. Że śpi w ubraniu. Że ktoś włożył mu poduszkę pod głowę. Stolik posprzątany, nie ma na nim nawet najmniejszego śladu bytności po mapie, jaką studiował od spotkania z Ariesem Daynem. Baratheon odrzucił przykrycie na bok i powoli ruszył w stronę niewielkiego korytarza, a potem po drewnianych, śliskich schodkach na górę. Wchodząc na deski pokładu, spodziewał się wszystkiego… ale nie tego, co zastał.
Najpierw na dobrą sprawę nie zobaczył nic. Siwa, mleczna mgła otulająca statek jak pierze wypychające poduszkę. Wtem Orys poczuł się jak szczur wpuszczony do klatki z jadowitą żmiją. Szczur jeszcze nie widzi gada, ale coś go dusi i dławi w gardle. Żmija czyha w najciemniejszym zakątku, jak wykuta ze spiżu. Na razie nie interesuje się szczurem. Może długo tak tkwić w bezruchu. Ale szczur nieomylnie wyczuwa niebezpieczeństwo.
Baratheon wpatrzył się w przysłonięty mgłą horyzont.
I właśnie wtedy zauważył Słoneczną Włócznię.
Nie zmieniła się wiele od dnia, gdy dawno temu, jeszcze jako giermek, odwiedzał ją po raz ostatni, a mimo to Orysa zdumiał jej widok. Niewątpliwie wciąż zachwycała architektonicznym rozmachem i stylistyczną różnorodnością, a także górowała rozmiarem nad wszystkimi wioskami i miasteczkami Dorne wziętymi razem. Jednocześnie stanowiła teraz jakby miniaturkę siebie z dawnych lat, przypominała pamiątkowe malunki budowli zamknięte na stronach ksiąg. Być może była to konfrontacja napęczniałych wspomnień z suchą rzeczywistością, ale raczej chodziło o to, że jeśli ktoś – jak Orys– widział choć raz w życiu Braavos czy Myr , żadne inne miasto na świecie nigdy już nie wydało mu się dość duże, kulturowo zróżnicowane i niezwykłe. Nieważne, ile razy widziałeś pałac Martellów, widok strzelistych wież, dachów krytych złotem, wiszących ogrodów pełnych egzotycznego kwiecia czy kryształowych tarasów wychodzących wprost w słońce każdorazowo robił wrażenie. A Baratheon wiedział przecież, że to, co na zewnątrz, było ledwie namiastką tego, co znajdowało się w środku. I aż pożałował, że spędzi tam ledwie dwa, może trzy dni... Jego ręka, odziana w skórzaną rękawiczkę, zacisnęła się na rękojeści miecza. Zmarszczył czoło i jeszcze raz rozejrzał się, po czym staranie wyjął miecz, by nie uszkodzić klingi. Niemrawy i odległy blask słońca ukrytego za mgłą padł na ostrze… i to wystarczyło, by miecz ożył. Broń z powodu gry świateł sprawiała wrażenie, jakby wykuto ją z żywego srebra. Rękojeść, wykonana z białej niczym marmur kości, wpasowywała się w dłoń właściciela jak piersi kochanki zaciskane w palcach mężczyzny. Orys ostrożnie obrócił klingę w powietrzu, przypatrując się wyrytym u nasady miecza runom. Broń sprawiała wrażenie szczerzącej się kpiąco do właściciela. Valyriańskie ostrze pragnęło krwi. I dostanie ją.
Gdy Baratheon podniósł wzrok, majacząca w oddali stolica Dorne prawie zniknęła mu z oczu - na lądzie poranek odganiał mgłę, a wraz z nią flotę Końca Burzy, która cicho niczym cieniokot ruszyła dalej na zachód, omijając Słoneczną Włócznię szerokim łukiem. Dornijczycy siedzą bezpieczni w swoim wspaniałym mieście i nie domyślają się nawet, co ich czeka. Ech, nie domyślają się…
Orys nie odwrócił się, gdy usłyszał dźwięk piachu zgrzytającego pod butem. Wciąż
trwał przy burcie statku, z Błyskawicą w dłoni, czarnymi włosami targanymi wiatrem i jedną ręką przyłożoną do piersi, jakby się modlił. Oczywiście była to jedynie zwykła pozycja, bo przecież nie było do kogo się modlić. Wiedział o tym, wiedział dobrze jak mało kto teraz na tym szalonym, pogrążonym w chaosie świecie. Znów rozległ się zgrzyt podeszwy, tym razem dużo bliżej, tuż-tuż, a po chwili ktoś położył dłoń na ramieniu Baratheona.
- Panie, zbliżamy się do celu, wszyscy są gotowi.
Orys uśmiechnął się pod nosem. Strzepnął sól ze skórzanych buty i z charakterystycznym zgrzytem metalu wsunął smukły miecz do zdobionej pochwy.
- Wspaniale. Zwijajcie żagle i sprawdźcie, czy wszystkie wiosła zostały owinięte materiałem… mamy być jak duchy. I jak duchy będziemy mordować. Żadnych gwałtów, żadnych kapryśnych i rytualnych śmierci. Wrogowie mają ginąć błyskawicznie. - Baratheon poprawił pas, u którego wisiał miecz z valyriańskiej stali i mocniej ściągnął pasek nabijanej ćwiekami kamizeli. Na piersi i brzuchu skórzany materiał utwardzany był metalem, skutecznie zastępując Orysowi zbroję, która w podobnej misji spowalniałaby jedynie ruchy. Brzeg, od którego zaledwie parę chwil wcześniej odpłynęli, ponownie zaczął majaczyć na horyzoncie, tym razem nieprzesłonionym mgłą. Zwinięte żagle wszystkich ośmiu galer nie szeleściły na wietrze, a wiosła okręcone materiałem prawie bezszelestnie uderzały o wodę. Zbliżali się do miasta jak koszmarna mara. I jedynie milczące, srogie twarze wojowników, którzy jęli gromadzić się przy prawej burcie statków świadczyły o tym, że nie jest to sen. Zapach potu i morza wymieszał się z wonią narastającego strachu. Baratheon nie dziwił się swym ludziom. Ale co mogli zrobić, skoro taka była ich misja? Co zrobić, jeśli każą zabić tysiące niewinnych osób dla dobra Burzy? Co zrobić, jak ci powiedzą: morduj dla dobra rodu tych, którzy nie są winni? Jeśli ich nie zabijesz, twój ród przestanie istnieć. A jeśli ich zabijesz, musisz sam znieść ten ból. To jest wojna, na której nie dostaje się orderów. Bard nie zagra nad grobem. To jest front, na którym spotka cię jedynie groza…
- Czekać. - rzucił cicho Baratheon, wpatrując się w jednego ze swych ludzi, który trzymał w dłoni róg. Ląd był coraz bliżej, a sam port sprawiał wrażenie wymarłego - podobnie jak… rzeka. Niezmącona do tej pory toń ustąpiła przed rufą „Morskiej Furii”, która z chwili na chwilę znajdowała się bliżej brzegu, aż w końcu jako pierwsza opuściła wody morza, wgryzając się w toń Zielonej Krwi. I właśnie wtedy dłoń Baratheona, do tej pory uniesiona, przecięła powietrze ze świstem, opadając na kościaną klingę miecza. Na ten gest ciszę wczesnego poranka przeszył głęboki dźwięk rogu, przez który kilka mew poderwało się z nabrzeża, a reszta floty zrobiła to, co powinna - czyli przystąpiła do ataku. Sześć z ośmiu statków podpłynęło do wielkiej przystani, która, przystosowana do ożywionego handlu, bez przeszkód zdolna była zacumować. Morska brać Końca Burzy opuściła mostki i nie tracąc ani chwili z elementu zaskoczenia, ruszyła wprost w głąb Plany Town, gdzie mieścił się niewielki garnizon straży. Dwie kolejne galery ruszyły jednak w głąb Zielonych Wideł, by przejąć kontrolę nad odcinkiem rzeki. Tymczasem sam Orys, wraz z załogą „Morskiej Furii”, już przebiegał pomiędzy pierwszymi zabudowaniami portu, zostawiając za plecami liczący blisko pół tysiąca osób garnizon pilnujący statków i odgradzający morską drogę ucieczki. W tym samym czasie pierwsze nasączone olejem strzały zaczęły przecinać powietrze, powoli zwiastując kolejny odcinek frontu w tej wojnie. Strzechy najbiedniejszych mieszkańców wnet zajęły się ogniem, a wybudzeni ze snu ludzie jęli bezmyślnie opuszczać domy, gdzie czekało ich tylko jedno - śmierć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Planky Town   Wto Lis 26, 2013 9:56 am

MG

Planky Town to, przede wszystkim, miasto handlowe. Co za tym idzie, pełno tu kupców, kramarzy i wszelkiego rodzaju ludzi światłych, przekonanych, że głowa na karku wystarczy by zbić fortunę i żyć w dostatku. I choć miasto trudno porównywać do takich kolosów jak Królewska Przystań, Lannisport czy Gulltown, to i tak należy do całkiem licznych oraz ożywionych. Całymi dniami i nocami zawierane są tutaj umowy oraz traktaty, sprzedawane setki i tysiące beczek wina oraz kunsztownych wyrobów, kupieckie statki zaś zdają się nie mieć chwili przerwy... I tak było tym razem.
Choć pora należała do wczesnych, to w porcie już zaczynał się ruch. Handlarze rozkładali stoiska, kupcy sprawdzali okręty, a... Orys Baratheon szykował się do jatek. Osiem galer sunęło w stonę portu Planky Town, rozrywając fale niczym smukłe rekiny. Nie dane im jednak było dostać się na brzeg niezauważonymi... Bystre kupieckie oczy natychmiast rozpoznały wojenne statki i choć czasu nie było wiele, to ludzie rzucili się do panicznej ucieczki, a Straż Miejska zaczęła gorączkowo organizować obronę. Ludziom Orysa przyszło wysiadać na brzeg pod ostrzałem łuczników, którzy choć niezbyt wprawni (toć to jeno Straż Miejska), położyli kilka dziesiątek napastników, którzy mieli być pierwszymi ofiarami Bitwy o Planky Town. A tak, bitwy! Bowiem w momencie, gdy Orys i jego ludzie wpadli do portu, siejąc popłoch wśród mieszkańców miasta i uderzając w Straż Miejską, która była od włos od wzięcia nóg za pas... na wojennej scenie pojawił się nowy gracz.

Wojska Ingvara Yronwooda szły w równych kolumnach. Koń obok konia, a mężowie ramię w ramie. Chorągwie Yronwoodów powiewały na wietrze wzniecając wole walki i iskierkę nadziei w wojskach młodego Ingvara. Wszyscy mieli wysokie morale i humory takie, jakie zwykle panowały przed bitwą. Czarnowłosy spojrzał na swoich wojaków. Teraz tacy radośni, zadowoleni z okazji wzięcia udziału w jatce. Wszystko się jednak zmieni w momencie dostania się w istne piekło, które rozegra się na polu bitwy. Wielu z tych młodzieńców może nie wrócić, wielu może stracić coś ważnego, a mimo wszystko, idą. Ten sielankowy nastrój nie trwał jednak zbyt długo. Oczywiście syn Lorda kazał wszystkim zachowywać względną ciszę i chyba tylko dlatego usłyszeli znajomy dźwięk... Róg!
Ingvar natychmiast podniósł rękę do góry, dając znać całemu oddziałowy, żeby stanął w miejscu. Kolejni pomniejsi dowódcy powtórzyli gest i tak cała kolumna zastygła w miejscu. Czarnowłosy spojrzał na swojego doradcę.
- To z pobliskiego miasta. Co radzisz? - zapytał go wprost, bowiem lubił znać opinię osoby bardziej doświadczonej od siebie. Siwe włosy Ser Larkona wyszły delikatnie spod hełmu. Następnym, co dało się zauważyć był delikatny uśmiech rycerza, który już sam w sobie wskazywał rozwiązanie.
- Zajęli miasto, Panie. Nie powinniśmy dopuścić do tego, żeby mścili się na wieśniakach i zdobyli jakieś zapasy. - odpowiedział szczerze, co z kolei wywołało śmiech Yronwooda. Więc jednak się zgadzali? Młodzieniec przejechał obok części oddziału lekkiej jazdy.
- Dwieście sztuk konnicy pojedzie przodem - wydał prosty rozkaz, jednak róg nie zadął.

- Załamują się! - ryknął jeden z ludzi Baratheona, by dosłownie sekundę później nadziać się na miecz jednego ze Strażników. Z brzucha trysnęła krew i flaki. Miał jednak rację, zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki. Do momentu, gdy zaskoczonej armii Orysa ukazał się złowrogi widok. Uliczkami miasteczka pędziły dwie setki lekkich jeźdźców. Zaczepiły kilku z ludzi Baratheonów, kładąc trupem może z tuzin i wycofało się... Co to za sztandar? Nie zdążył zobaczyć.



No więc, pora na Orysa. Okazuje się, że miasteczko dostało pomoc w postaci lekkiej jazdy (dwie setki). Możecie dązyć do walnego starcia, lecz te dwie setki mogą być zwiastunem większej armii lub palić miasteczko (Straż Miejska jest na skraju załamania) albo też asekuracyjnie wycofać... Możliwości jest multum.





Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Planky Town   Nie Gru 15, 2013 9:25 pm

Nikt by nie pomyślał, że Planky Town nie tak dawno temu było zaledwie niewielką wioseczką na brzegu morza, odwiedzaną głównie przez pomniejszych handlarzy z Essos. Jednak wraz ze wzrostem potęgi handlu, i ten port jął się rozrastać. Wokół kilku bazarów, stanowiących pomniejsze, bezustannie tętniące życiem serca miasta, stały rozrzucone chaotycznie niewielkie lepianki sklecone z byle czego przez masowo napływających ludzi. Na szerokich, zalanych żarem ulicach pojawiły się tłumy przybyszów z odległych krain. Wielu trafiło tu w poszukiwaniu pracy bądź lepszej doli, inni przybywali w tylko sobie znanych, szemranych celach. Wnet Planky Town, na podobieństwo innych miast portowych, podzieliło się na dwa
światy. W jednym z nich interesów dokonywano pośród wielojęzycznych wrzasków, na ubitej polepie zatęchłej lepianki albo przy ledwie skleconej ławie na targowisku. W drugim transakcje rozpoczynano od odwiedzin w magazynach wypełnionych kamieniami szlachetnymi, a kończono w chłodnych komnatach z oknami przesłoniętymi kotarami, popijając ciemne, dornijskie wino. Oba światy spajała jedynie instytucja pośredników skupujących towary dla znaczniejszych przedsiębiorców… oraz fakt, że dzisiaj stanęły w płomieniach. Z pozoru bezwzględny i krwawy atak, mający głównie na celu wprowadzenie w porcie chaosu, powoli zaczął przejawiać cechy typowe dla dokładnie zaplanowanej misji, gdzie nie ma najmniejszego miejsca na potknięcie… lub niespodzianki jak ta zgotowana im pojawiającą się praktycznie znikąd lekką jazdę o chorągwi, której przynależności nie udało się dostrzec żadnemu z walczących. Ulica była stosunkowo szeroka, przez co szarża przypuszczona przez niespodziewanego wroga mogła się powieść. Blizna na policzku zaczynała rwać coraz gwałtowniejszym, pulsującym bólem, ale Orys, pogrążony w bitewnej zawierusze, zacisnął mocno zęby i ani myślał wpadać w panikę z powodu nagłej odsieczy. Walki w miastach mają to do siebie, że ciężko w nich poruszać się konnym… zwłaszcza zaś, gdy wokół panuje istny chaos, spowodowany nie tylko płonącymi domostwami, ale ludźmi próbującymi umknąć śmierci.
- Dwa sygnały! - wrzask Orysa, przebijający się przez wrzawę, wnet znalazł odzwierciedlenie w postaci wykonanego rozkazu - jeden ludzi Baratheona, uskakując przed ostrzem miecza miejskiego strażnika, porwał do ust róg i dwukrotnie zadął w niego, wkładając w ten czyn całą siłę. Echo poniosło głuchy dźwięk. I to wystarczyło - ten niemy, pozbawiony słów, lecz potężny rozkaz był rozkazem do odwrotu. Szeregi walczących jęły przesuwać się w stronę majaczącego na horyzoncie portu, gdzie sześć spośród ośmiu galer przygotowanych było do wypłynięcia przez ludzi pozostawionych na brzegu. Trudno jednak było nazwać ten manewr chaotyczną ucieczką - podczas gdy część wojsk się wycofywała, reszta, w tym i sam Baratheon, nadal odpierała ataki straży miejskiej, ściągając zarówno ich, jak i konnicę, w stronę węższej uliczki. Niemałą rolę w tym starciu odegrali łucznicy, do tej pory rozproszeni po porcie i zajęci podpalaniem strategicznych punktów miasta, z których pożar miał rozprzestrzenić się na inne jego części. Wypuszczany przez kilkudziesięciu mężczyzn deszcz strzał przemykał nad blisko trzema setkami ludzi Baratheona wciąż stawiających opór i zmierzających nie w stronę portu, lecz na wschodni brzeg, gdzie czekały dwie galery, które wcześniej popłynęły w głąb Zielonych Wideł, po czym dosięgał nadjeżdżającej konnicy z mniejszą lub większą skutecznością. Efektywność nie miała jednak znaczenia - pomiędzy zabudowaniami wystarczyło, by kilka z koni padło na ziemię, a siła natarcia wnet zostałaby zmniejszona. Orys nie zwracał już uwagi na to, czy depcze po nieczystościach czy trupach, po prostu pozwalał, by jego miecz sycił się krwią wroga. Valyriańska stal bez problemu przedzierała się przez lekkie zbroje straży miejskiej, zanurzając w ciele coraz to kolejnych przeciwników. Nie patrzył na twarze, blade, wykrzywione, opromienione łuną pożarów, nie słyszał haseł wykrzykiwanych przez dodających sobie animuszu wojowników. Parł w stronę brzegu i przerzedzał szeregi wroga niczym okręt przedzierający się wśród kawałów kry. Port po raz kolejny okazał się miejscem idealnym dla piechoty i niekoniecznie pozytywnym dla konnicy - Orys kątem oka dostrzegł coś, co na zakrwawionej, bladej twarzy wywołało makabryczny uśmiech człeka niespełna rozumu. Rzucił się w prawo, czując, jak ostrze wroga rozdziera nogawkę spodni. To jednak nie miało znaczenia. Nie teraz.
- No chodźcie, kurwie syny! - krzyk Baratheona poniósł się ponad walczących ze sobą mężów, najpewniej docierając do coraz to bardziej niwelującej odległość konnicy. Sam Orys zatrzymał się gwałtownie, stając przy jednym ze straganów, zupełnie jakby miał zamiar dokonać zakupu. Nie o to jednak chodziło - dopiero gdy uniósł nogę i ciężki but oparł na najniższej z pół tuzina beczek wina, ustawionych na kształt piramidy, prawdziwe intencje wyszły na jaw. I wyjaśniły pochodzenie uśmiechu Orysa. - Chodźcie i posmakujcie waszych, dornijskich szczyn! - jego słowa jeszcze nie przebrzmiały, gdy beczka została pchnięta i, niczym lawina ciągnąc za sobą resztę swych sióstr, z głuchym łoskotem potoczyła się w stronę wroga. Zadziałało? Czy nie? Baratheon nie mógł ujrzeć efektów swego wybiegu, bowiem rozlegający się od strony portu dźwięk rogu wyraźnie świadczył, iż galery gotowe są do odpłynięcia. Ludzi w porcie nie powinna zaskoczyć żadna niespodzianka - pół setki żołnierzy zostawionych tam w celu zaopatrzenia statków w wojenne łupy, zasięgniętych z nabrzeża jako rekompensata za koszty podróży, dbało także, by nikt nie przejął okrętów Baratheonów. Orys, dopiero teraz odczuwając efekty zranienia, czym prędzej ruszył za swym oddziałem, jako jedyny ślad swej bytności zostawiając rozlane na ulicy, czerwone niczym jucha dornijskie wino.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Planky Town   Sro Gru 18, 2013 10:30 pm

MG


Atak Orysa może i był dokładnie zaplanowany, lecz nie brał pod uwagę strategii konnicy, która przyszła miastu z odsieczą. A konnica atakowała niczym wilk. Szybkie uderzenie, położenie trupem kilku żołnierzy i odskok. I znów, i znów. I tak aż do momentu, gdy ludzie Baratheona zaczęli się wycofywać. Straż miejska tymczasem zyskała kilka chwil, by lepiej zorganizować obronę. Port był stracony, lecz miasteczko nie zamierzało się poddać. Po raz kolejny łucznicy wystrzelili salwę strzał w kierunku ludzi Baratheona, którzy kierowali się w stronę portu.


Proszę o niezbyt długi post z konkretami, co robisz. Możesz walczyć o miasto, ścigać konnicę przeciwnika lub zadowolić się złupieniem portu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Planky Town   Sob Sty 04, 2014 2:22 pm

Bycie dziedzicem Końca Burzy miało swoje plusy. I chyba to właśnie było w tym wszystkim najgorsze.
Gdyby Orys cierpiał lub dusił się w swej roli, z pewnością byłby ostrożniejszy. I bardziej stanowczy w działaniach. Tymczasem kierowany własną pychą, czuł na plecach śmierdzący portem oddech śmierci, będąc zaledwie kilka kroków od przypłacenia wypadu nie tylko życiem podległych mu ludzi, ale i własnym. Pojawienie się niespodziewanego wsparcia w formie jeźdźców mogło być zaledwie zwiastunem większej, znacznie potężniejszej siły kierującej się w stronę Słonecznej Włóczni. I choć Baratheon próbował odeprzeć nękające go wątpliwości, natychmiast zaczął pisać najgorszy z możliwych scenariuszy - Aylward przegrał, Martellowie rzucili większość swoich sił na Koniec Burzy, reszta wyruszyła, by rozprawić się ze Starfall. A jelenia głowa Orysa wnet zostanie nadziana na igliwie najwyższej wieży w stolicy Dorne.
- Na statki! - z pozoru pewny siebie rozkaz Baratheona nie wyjawiał tego, co kotłowało się w umyśle dowódcy, jednak jego decyzje były wymowniejsze niż setki wypowiedzianych słów - koniec wykrwawiania się w Planky Town, nie o zdobycie miasta, lecz wzniecenie zamieszania chodziło. I to udało się atakującym wybitnie, choć cena była znacznie wyższa niż pierwotnie zakładano. Niespodziewane zjawienie się posiłków znacznie pokrzyżowało plany, zarówno Baratheonowi, jak i Daynowi, który być może także zmaga się z dodatkowymi posiłkami wroga… zaś Orys nie należał do typu ludzi, którzy zostawiają sojusznika bez wsparcia. Galery Końca Burzy odbiły od brzegów z wprawą godną jedynie żeglarzy, którzy od lat zmagali się ze sztormami nękającymi Zatokę Rozbitków. Osłaniany wcześniej port znacznie ułatwił przeprowadzenie manewru, już po upływie chwili niwelując skuteczność konnicy do minimum, gdy statki wypłynęły na szeroką rzekę.
- Tarcze na lewe burty! - Baratheon ściągnął mocniej linę podtrzymującą nadęty żagiel. Odbijające się od kadłubów galer strzały dudniły głucho, gdy część ludzi Orysa zaczęła osłaniać tarczami burty od strony portu. Wypływali w stronę zatoki i dalej - na otwarte morze. Z rzeki Planky Town wyglądało na znacznie mniejsze niż w rzeczywistości. Niebo nad miastem poczerniało od dymu, kikuty ruin to wyłaniały się, to znów niknęły w sinych kłębach. Gdzieniegdzie migał błędny ognik niedogaszonego pożaru, ulice, te szerokie, główne i całkiem wąskie, odznaczone fragmentami budynków, przywodziły na myśl zasypane śniegiem pola. Zniszczone stragany, resztki murów, a co kilka metrów znad pyłu wyłaniała się ręka bądź noga. Czasem był to oczywiście kikut połamanych filarów czy mosiężny fragment pomnika strąconego z cokołu. Ale raczej rzadko...

/ Morze Letnie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Planky Town   

Powrót do góry Go down
 

Planky Town

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» We could be the talk across the town

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne-