a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Szlak



 

 Szlak

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Sunspear/Braavos
Liczba postów :
53
Join date :
11/03/2014

PisanieTemat: Szlak   Pią Sie 01, 2014 2:12 pm

***
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Sunspear/Braavos
Liczba postów :
53
Join date :
11/03/2014

PisanieTemat: Re: Szlak   Pią Sie 01, 2014 2:35 pm

/Królewska Przystań (odpowiedni czas po ostatniej rozgrywce)

Oriane zabawiła w stolicy zbyt długo. Chociaż pragnęła częściej towarzyszyć siostrze, nie mogła zostać tam zbyt długo. Pożegnawszy się, zapewniła Ivory, że wkrótce znowu się zobaczą. Gdyby zaś chciała przesłać jej wiadomość, jej szlak prowadził do Sunspear, gdzie miała jakiś czas pomieszkać.
Do swoich ziem dotarła drogą morską. Krajanie nie pożałowali jej miejsca na statku, tym bardziej, że nie siedziała bezczynnie. W Tor, dokąd dotarła, zakupiła wytrzymałego, dornijskiego konia i wyruszyła dalej z kupcami, wprost do Godsgrace. Dalej została podróż do Sunspear, którą w ostatnim etapie pokonywała sama.
Sand znała tę drogę doskonale. Wiedziała kiedy przychodzą trudności i kiedy odcinki są najłatwiejsze.
Z niemałą ulgą myślała o finiszu. Sand kochała Dorne, jego klimat i palące słońce, ale chyba każdy odczuwałby trudy podróży. Nie była tam od dłuższego czasu. Kiedyś wydawało jej się, że być może uda jej się tam zostać na dłużej i wrócić to, co było dawniej. Traktować Słoneczną Włócznię jak dom, w którym przyszła na świat. Mimo wszystko nie zdobyła się na to. Odkładała to, wracając tylko od czasu do czasu i odwiedzając krewnych, którzy jej zostali. A teraz? Dorne toczyła choroba zdrajców, ród Martell stracił kolejnych członków, a powietrze nie pachniało jak kiedyś. Wszystko się zmienia, tak jak i ludzie.
Przed Oriane w końcu zamajaczyły z daleka wysokie wieże miasta. Była prawie na miejscu. Na drodze dostrzegła jakieś sylwetki, zbliżające się w jej kierunku. Zwolniła konia i odgarnęła z głowy kaptur płaszcza, który chronił ją przed słońcem. Zmrużyła oczy i wypatrywała, kto też zmierza ze stolicy. Była ciekawa wieści i być może czegoś się dowie, zanim dotrze do Słonecznej Włóczni.



/post baaaaaaaaaaardzo kiepski, ale znów wypadłam z rytmu pisania i spieszy mi się po prostu, przepraszam za wszelkie głupoty/
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
11
Join date :
23/07/2014

PisanieTemat: Re: Szlak   Pią Sie 01, 2014 4:40 pm

Wesele kuzynki spędził w Słonecznej Włóczni. Nie dlatego, że to go nie interesowało, bynajmniej. W innych okolicznościach prawdopodobnie rzeczywiście pofatygowałby się do Królewskiej Przystani - nawet, jeśli uważał, że to konkretne wesele niewiele niosło za sobą powodów do weselenia się. Pomijając w końcu wiele innych aspektów, w tym także prywatnych animozji, wypadałoby choćby pamiętać, że - wbrew temu, co mogłoby się niektórym wydawać - życie na królewskim dworze nie było wcale niczym łatwym, czy przyjemnym. Prawdopodobnie nawet dla dornijskiej księżniczki.
Mimo wszystko najpewniej nie omieszkałby wybrać się w podróż do Królewskiej Przystani, gdyby tylko nie zawisły nad Słoneczną Włócznią inne okoliczności, skutecznie trzymające go w miejscu. Nie chciał się teraz oddalać, woląc skupić się na istotnych kwestiach. Nie, żeby ślub kuzynki uważał za mniej istotny. Po prostu... z dwóch niemal równoważnych spraw zawsze należało wybrać tylko jedną i na niej właśnie się skupić. Tym razem padło na zaangażowanie się w sytuację zdradzieckiego robactwa, które należałoby jak najskuteczniej wyplenić, nim zdążyłoby się rozpełznąć na wszystkie strony Siedmiu Królestw. I choć przynajmniej z pozoru to zadanie nie wydawało się być aż tak trudnym do zrealizowania, to jednak sprawę nieco komplikował zawarty pokój i jego warunki. I choć również te nie pozostawały niemożliwe do ominięcia, to mimo wszystko stanowiło to swego rodzaju utrudnienie. A i bez tego sprawa była dostatecznie angażująca, by dobrowolnie, przez jakiś czas przynajmniej, pozostać w okolicy. Nawet, jeśli zbyt długie pozostawanie w miejscu zdawało się kłócić z naturą Challa.
I to właśnie ta natura dała o sobie znać, pchając go - przynajmniej na krótką chwilę - poza miasto. Jakkolwiek bowiem aktualne sprawy Martellów były niezwykle istotne, to jednak pozostawały również piekielnie męczącymi, jeśli tylko poświęcało się im każdą chwilę. Pozbycie się jakichkolwiek myśli, choćby na moment, zdawało się być naprawdę wyjątkowo dobrym pomysłem. Na to zaś najlepszym środkiem niemal zawsze była dosłowna ucieczka - tym razem wyjątkowo krótka. Ot, ledwie po to, by oddalić się od miasta i niemal natychmiast do niego powrócić. Nim jednak zdążył w ogóle pomyśleć o powrocie, jego uwagę przykuła postać samotnego jeźdźca, zbliżającego się do miasta. Niewiele się namyślając, skierował konia w tę właśnie stronę, ze zwykłej ciekawości chcąc choćby rzucić okiem na zauważoną osobę. Nawet jednak w momencie, gdy Oriane odgarnęła z głowy kaptur, dzięki czemu z niewielkiej odległości Chall mógł już rozpoznać w niej bękarcią córkę jego stryja, on sam nie ściągnął chusty, która w większej mierze przysłaniała jego twarz, chroniąc tym samym przed pustynnym wiatrem i palącym słońcem. Być może jednak, nawet mimo tego, że wśród zwiewnych, idealnych wśród dornijskich upałów, materiałów dostrzec można było jedynie ciemne oczy Martella, możliwym byłoby rozpoznanie go. Tego nie wiedział, w zasadzie nie do końca będąc pewnym, czy rzeczywiście z kuzynką mieli okazję spędzić ze sobą dostatecznie wiele czasu - oboje zbytnio upodobali sobie włóczenie się poza rodzinnymi stronami, temu nie dało się zaprzeczyć. W zasadzie... sam ledwie rozpoznawał w spotkanej postaci własną kuzynkę. Równie dobrze mógł się mylić. Mimo to nie zawrócił konia, wkrótce zbliżając się do Oriane na tyle, by mieć pewność, że ta mogłaby go usłyszeć.
- To chyba nie jest najlepsze miejsce do uskuteczniania samotnych podróży - stwierdził, choć nie dało się nijak ukryć uśmiechu. Nawet, jeśli ten pozostawał niewidoczny pod materiałem, to jednak dało się go usłyszeć. - A ty w dodatku wyglądasz na wyczerpaną.
Kolejne zdanie wypowiedziane zostało już z większą powagą, ze swego rodzaju troską. Bo i rzeczywiście - długi czas spędzony w podróży zawsze odbijał się w wyglądzie podróżującego. Patrząc zaś na Dornijkę nie sposób byłoby oprzeć się wrażeniu, że miała za sobą szmat drogi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Sunspear/Braavos
Liczba postów :
53
Join date :
11/03/2014

PisanieTemat: Re: Szlak   Sob Sie 02, 2014 2:16 pm

Dornijski koń ruszył, wyjeżdżając na spotkanie jeźdźca, a kiedy przystanął, rozmówcy byli dość blisko, by nie tylko doskonale się słyszeć, ale i widzieć. Twarz mężczyzny przysłaniała chusta, ale Sand widziała jego oczy. Ciemne, bystre i uważnie obserwujące jej postać. Było w nich coś znajomego, ale nie od razu bękarcica do tego doszła.
Mogłabym powiedzieć to samo powiedzieć i tobie, panie – odpowiedziała, uśmiechając się lekko złośliwie. On także był sam, chociaż szlak nie był pusty. Nie należał do grupy wędrowców, których widziała niedaleko. Indywidualista.
Słowa, które jako następne padły z ust Dornijczyka, sprawiły, że uniosła brwi ze zdziwienia. Niewielu zadawałoby sobie trud, by interesować się jej stanem. Sand wyglądała na taką, która ugnie się pod ciężarem ciosu, czy niesprzyjających warunków, ale mimo wszystko była na tyle silna, by przetrwać. Tak, miał rację, że podróż jej doskwierała, ale pragnęła jak najszybciej znaleźć się w rodzinnym mieście i schronić się w jego budynkach. Pójść do siedziby rodu Martell, odwiedzić człowieka, którego przez kilka lat uważała za ojca i przede wszystkim dowiedzieć się, co w Dorne piszczy. Wiedziała, że mury twierdzy władców Dorne, będą jeszcze bardziej puste i pozbawione radości, którą pamiętała.
- Do miasta już niedaleko – uniosła głowę i wskazała na majaczące wieże Słonecznej Włóczni. - Dziękuję za troskę, to tak rzadkie, wśród nieznajomych – dodała nieco ironicznie, ale podejrzewała, że coś jest podejrzanego w tym zachowaniu. Wśród obcych ludzi rzadko panowała taka swoboda, nawet wśród tak innych od reszty mieszkańców Dorne. Oriane nie znała Challesa tak dobrze, jak by chciała, ale potrafiła słuchać i obserwować. W jej pamięci znajdowała się twierdza, w której każdy człowiek, jakiego spotkała, miał swoją własną komnatę. I ten także ją posiadał. Zmrużyła swoje jasne oczy i zaczęła się przyglądać uważniej. Znali się, nie miała żadnych wątpliwości.
- Ale my nie spotykamy się po raz pierwszy – powiedziała, posyłając mu zawadiacki uśmiech. - Odsłoń twarz, przyjacielu – zachęciła gestem.
Sand nie spędziła w sercu Dorne tyle czasu, ile by chciała, ale znała swoich krewnych dostatecznie, by ich rozpoznać, czy powiedzieć cokolwiek na ich temat. Łatwiej było jej z rodzeństwem. W przypadku kuzyna problem tkwił nie w tym, że się unikali, lecz w podróżach, które obydwoje lubili. Oriane bardziej pamiętała go jako dziecko, gdy jeszcze mieszkała na stałe w Sunspear, gdyż później widzieli się zaledwie dwa, czy trzy razy. Jej nie przeszkadzało to w żadnym stopniu. Był Martellem, to się liczyło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
11
Join date :
23/07/2014

PisanieTemat: Re: Szlak   Sob Sie 02, 2014 10:33 pm

Nie dało się zaprzeczyć temu, że samotne wędrówki przez pustynię nigdy nie były dobrym pomysłem. Niezależnie od tego, czy takiej podejmowali się silni wojownicy, czy też słabe niewiasty - choć z pewnością dornijskich kobiet nie dało się nazwać słabymi. Pustynia bowiem bywała wyjątkowo zdradliwą  i nawet jeśli Dornijczycy zdawali się doskonale przystosowywać do panujących na niej warunków, to jednak bez wątpienia nikt nie był na tyle głupi, by jej nie doceniać. A jeśli był, to zwykle nie żył dostatecznie długo, by móc chełpić się swoją głupotą. Mimo to na jej uwagę Chall zareagował jedynie lekkim uniesieniem brwi i pobłażliwym uśmieszkiem, choć tego akurat Oriane dostrzec nie mogła. Fakt, nie zamierzał oddalać się zbytnio od miasta i wybierać w dłuższą podróż. Jednocześnie jednak nie widział żadnego powodu, by wspominać o tym na głos i jakkolwiek usprawiedliwiać się.
- Tym bardziej warto tutaj uważać, jeśli podróżuje się samotnie - znów z lekkim, niejako słyszalnym, uśmiechem skwitował jej kolejną wypowiedź. W końcu i w tym było nieco racji - jakkolwiek bowiem pustynia była niebezpieczna sama w sobie, również okolice miast nie należały do najbezpieczniejszych miejsc. Prawdopodobnie to właśnie przy nich dość często natrafić można było na osoby, liczące na złapanie okazji na łatwy i szybki zarobek, a przy tym może też odrobinę rozrywki. Samotna kobieta zaś, nawet Dornijka, w dodatku zmęczona przebytą drogą, najpewniej niejednemu z nich mogłaby wydać się stosunkowo łatwym celem.
Na kolejne jej słowa już jednak całkiem otwarcie roześmiał się z cicha, zgodnie z jej życzeniem ściągając chustę i odsłaniając twarz. Teraz mogła przynajmniej zauważyć serdeczny uśmiech, jakim obdarzył kuzynkę. Całkiem zresztą szczery. Może i bowiem nie mieli okazji, by poznać się wystarczająco dobrze, w dodatku zaś Oriane była jedynie bękarcią córką jego stryja, jednak to nijak nie umniejszało sympatii, jaką ją darzył. W dodatku w aktualnej sytuacji spotkanie w rodzinnych stronach kogoś, kogo z Martellami łączyły jakiekolwiek więzy krwi było wystarczającym powodem, by przynajmniej zdobyć się na szczery uśmiech.
- Oczywiście, że nie - przytaknął, choć pewnie nie było to już wcale konieczne. - W innej sytuacji zaoferowałbym dalszą przejażdżkę, żeby wyciągnąć z ciebie skąd wracasz, jednak obecnie...
Zamiast dokończyć wypowiedź, po prostu raz jeszcze przyjrzał jej się dość wymownie, tym samym sugerując, że nie sądził po prostu, by była w odpowiednim stanie na jakiekolwiek dodatkowe wycieczki. I choć nie miał pojęcia, czy rzeczywiście gościła na zaślubinach swojej siostry w Królewskiej Przystani, to jednak wciąż nie ulegało wątpliwości, że przebyła dostatecznie długą drogę, by zasłużyć sobie na odpoczynek.
- Nie pytam też, dokąd dokładnie miałaś zamiar się udać. Zabieram cię do Starego Pałacu, gdzie przynajmniej trochę odpoczniesz. Później będziesz mogła zdecydować się, co dalej - stwierdził, starając się przy tym, by mimo wciąż lekkiego uśmiechu, jego wypowiedź zabarwiła się nieznoszącym sprzeciwu tonem. By zaś jeszcze dobitniej podkreślić, że nie miał zamiaru przyjmować odmowy, skierował swojego wierzchowca z powrotem w kierunku miasta, ruszając wolnym tempem ku Potrójnej Bramie.
- Chociaż oczywiście możesz mówić po drodze - dodał pogodnie w kwestii wyciągania informacji na temat miejsca jej wcześniejszego pobytu, spoglądając znów w jej stronę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Sunspear/Braavos
Liczba postów :
53
Join date :
11/03/2014

PisanieTemat: Re: Szlak   Pon Sie 04, 2014 2:06 pm

Oriane Sand była na tyle inteligentną osobą, by wiedzieć, że samotna wyprawa rzadko kończyła się dobrze. Dłuższe odcinki zwykle pokonywała z innymi wędrowcami, bo chociaż obcy, zwykle łączyło ich jedno: obawa przed napaścią. Dodatkowo Dornijka należała do tej grupy kobiet, które wykorzystują w życiu coś jeszcze, niż tylko swoje wdzięki. Żal, że nieliczni doceniają zdolności niewiast, jednakże Dorne było tym miejscem, w którym wszystko odbierane było dobrze.
- To prawda – cmoknęła, zgadzając się ze słowami kuzyna. - Grunt to wiedzieć kiedy można się odłączyć – jak ona sama. Nie stroniła od towarzystwa, ale zbyt dużo pytań sprawiało, że była zła. Nie lubiła o sobie opowiadać, no chyba, że rozmówca był człowiekiem fascynującym, lub należał do tego niewielkiego grona, które szanowała czy kochała.
Kiedy mężczyzna odsłonił twarz, Sand nie była szczególnie zdziwiona. Pochwaliła się za spostrzegawczość i skojarzenie faktów, chociaż nie udało jej się odgadnąć wcześniej, któż wyjechał jej przeciw.
- Challes Martell – powiedziała wolno, podkreślając dokładnie każdą sylabę. - Mój drogi kuzyn – musnęła stopami boki swojego konia i podjechała jeszcze bliżej, zrównując się z nim. Teraz ostrożność nie była już potrzebna. Sięgnęła ręką po woreczek z wodą i upiła nieco, czując wyraźną ulgę. Nie miała by nic przeciwko czemuś innemu, ale w podróży woda smakuje jak najlepsze wino.
Brunet okazał jej sympatię i odpowiedni szacunek, co było bardzo przyjemne, biorąc pod uwagę wszystkie obce krainy i ich mieszkańców, które widziała. Wszędzie zdarzały się wyjątki, ale obcy to obcy. Zaproszenie także zostało pozytywnie rozpatrzone.
- Jak sobie życzysz – zgodziła się bez żadnych 'ale.' - Nie mogłabym nie odwiedzić pałacu, tego możesz być pewien - chyba nikt nie miałby nic przeciwko, gdyby zatrzymała się tam przez cały pobyt w ojczyźnie, ale pożyjemy zobaczymy. Czasem jedna wiadomość potrafi zmienić nawet najlepiej przemyślane plany.
Wierzchowce ruszyły, kierując się ku Słonecznej Włóczni.
- Korzystasz z chwili swobody? - Sand odezwała się po chwili milczenia. - Słyszałam o o tym, co się dzieje. Ród Dayne – splunęła, - musi zapłacić. Nie wątpię, że będziesz wśród tych, którzy udadzą się na bitwę – chociaż dumny ród Martell nadal miał wielu członków rodziny, kilku się wykruszyło. Na myśl przyszedł jej także Trystane, o którego obecnym stanie wiedziała chyba najmniej.
- Chciałam zostać dłużej w King's Landing – szybko przyszła na inny temat, - ale zmieniłam zdanie. Kto wie, czy nie będę dłużej okupywać tamte okolice w przyszłości – miała na myśli Ivory, z którą chciała spędzić więcej czasu. Moment był dobry, gdyż teraz była zoną Targaryena i jej miejsce było u boku męża. Sand nie wątpiła, że siostra miała tam kilku zaufanych ludzi, ale chciała ją widywać i jakoś wesprzeć. Ciągle miała przed oczami jej twarz i łzy w oczach, gdy mówiła o stracie rodziny Edrica. Dziewczyna miała wokół obcych ludzi. Choćby krótka wizyta byłaby jej miłą.
Oriane sama sobie nie dowierzała, że nagle tak bardzo przejmie się kimkolwiek. Powiedziała młodszej siostrze, że łatwiej jest się nie przyzwyczajać i nie kochać, ale chęci rzadko przekładały się na rzeczywistość. Od każdej reguły był jakiś wyjątek. Troska nie była niczym złym, ale stanowiła pewną słabość. Tej rodzinnej, Sand nie żałowała nigdy. Mogła czuć się odepchnięta i niepotrzebna przez większość życia, ucząc się czegoś, co pozwoli jej przetrwać i walczyć, ale pewnych uczuć nie zmieni i nie będzie chciała zmieniać. Moje serce to zdrajca – mawiała sobie, w godzinach nocnych czuwań, gdy za towarzystwo miała tylko swój cień.
- Co się dzieje w Dorne? I w samej Słonecznej Włóczni? - zadała kolejne pytanie, ciekawa nowin.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Tor
Liczba postów :
38
Join date :
22/03/2015

PisanieTemat: Re: Szlak   Sro Lut 17, 2016 9:44 pm

/ droga na Południe

Ból, pomyślał z dziwną paniką dziedzic Tor. Ból. Kolejny niedoceniony fenomen ludzkiej egzystencji. Czymże był jednak cały ból tego świata wobec cierpienia, z którego wyrwany został Trystane Martell? Wątła nić, na której zawieszono niewiarygodne ciężary - tak przed kilkanaście długich miesięcy wyglądało jego życie.
Olyvar nawet nie próbował wyobrazić sobie, co książę przechodził przez pierwsze księżyce pobytu w baratheońskiej niewoli – sama myśl o morzu cierpienia, strachu, zwątpienia i wściekłości sprawiała, że Jordayne kulił się w siodle, w najgłębszej ciszy spoglądając na twarz dornijskiego księcia.
Nie sprawiał wrażenia człowieka, który przez blisko dwa lata koegzystował wokół swych wrogów. Nie z nimi, lecz obok nich – ale mimo wszystko każdego dnia przez cały ten czas skazywany był na samotność przetykaną jedynie pełnymi nienawiści spojrzeniami. Jak wiele musiał znosić, znajdując się już poza lochem Końca Burzy? Ile obelg, splunięć, życzeń śmierci, pozornie przypadkowych pchnięć doznawał każdej doby, bez choćby cienia możliwości, by się zemścić? Żył tam, niby zjawa, przeklęty, napiętnowany… i samotny.
Przeraźliwie samotny. Zagubiony w królestwie egzystencjalnego zwątpienia. Olyvar podejrzewał, że miało to źródło w jego osobistym smutku biorącym się z kłopotów, jakie miał w stosunkach ze swym najbliższym otoczeniem i rzeczywistością w ogóle; lecz kłopoty te zgeneralizowały się delikatnie i potajemnie i objęły także dziedzica Tor – najpewniej nastąpiło to jeszcze pod murami Końca Burzy, gdy Jordayne ujrzał go po tak długim rozstaniu…
… i natychmiast zaczął zauważać zmiany.  wszystkich. Obawy przyjęły postać ścierających się wątpliwości oraz strachu: mieszkańcy Volantis uważają, że w snach przemawiają do ludzi bogowie. Albo demony.
Jeśli tylko człowiek dobrze się wsłucha, rozróżni, czy woła do niego dobro, czy zło.
Olyvar Jordayne każdej nocy podróży słuchał nierównego oddechu Martella i czuł wyłącznie nasilający się smród palonego mięsa.
To dlatego, że bóg, który przemawiał do księcia w snach, nie był prawdziwy. A przynajmniej to właśnie Pana Światła dziedzic Tor obarczał winą... do czasu.
Ogień nie należy do sfery nadprzyrodzonej, nie staje się żadnym przewodnikiem po zaświatach. Niektórzy wierzą, że mieszka w nim dusza, wojowniczy duch, fetysz. Ale to wszystko zgrabne kłamstewka. Trzeszczący płomień nie ma nic wspólnego z fetyszem. Jest wielkim przełomem, krokiem ewolucji, cywilizacyjnym postępem lepszym niż opracowanie mechanizmu trebusza.
Ale nie jest bogiem.
Dziedzic Tor niemal każdej nocy drogi powrotnej do Dorne bezradnie obserwował Martella. Spocony, zszargany, przerażony Trystane miotał się po posłaniu… a Jordayne kompletnie nic nie mógł z tym zrobić. Książę milczał jak zaklęty, kiedy Olyvar pytał, jaki miał koszmar – jego małomówność przerażała i jednocześnie budziła fascynację, która pogłębiła się, gdy tylko przekroczyli Pogranicze, gdy pokonali granicę między Ziemiami Burzy a Dorne…
… i w końcu znaleźli się w domu.
Trystane pragnął zatrzymać się w najbliższej z karczm położonych przy Królewskim Trakcie – dość prędko jego upór wyjaśniony został potrzebą ścięcia włosów, które – w opinii Olyvara – i tak były w zadziwiająco dobrym stanie. Książę nie pozwolił jednak przemówić sobie do rozsądku i sowicie wynagrodził balwierza (bądź człowieka podającego się za balwierza), by skrócił długie, czarnie niczym smoła loki.
Dziedzic Tor bezradnie obserwował, jak z głowy Martella znikają kolejne skręcone kosmyki, lądując na ubitej, glinianej ziemi. Jego wzrok uważnie śledził każdy ruch niespełnionego golibrody, zupełnie jakby obawiał się, że wbije na wpół przerdzewiałe nożyce w szyję księcia – na szczęście, pomimo szczerych obaw Olyvara, obeszło się bez rozlewu krwi, jedyną ofiarą zaś były jedynie włosy Trystane'a, który – nie widząc swego odbicia w lustrze – wydawał się umiarkowanie usatysfakcjonowany.
Ani on, ani balwierz nie zauważyli, jak jeden z ciemnych kosmyków zniknął w sakiewce Jordayne’a.
Jeszcze tego samego dnia ruszyli w dalszą drogę, by czym prędzej dotrzeć do Słonecznej Włóczni – od momentu przekroczenia granic całemu oddziałowi jął dopisywać lepszy humor, teraz zaś nawet sam Martell wydawał się znacznie raźniejszy.
I co najważniejsze – w końcu zaczął mówić. Niewiele, ale jednak.
Pozostając na samym tyle orszaku wraz z Olyvarem, spojrzał na niego smutnym, szarym niczym północne morze wzrokiem i spokojnie szepnął: w nocy nadchodzi zimno.
Pogrążony w śnie - kostniał w jednej chwili, zdjęty przeraźliwym mrozem. Mogłoby się zdawać, że dla księcia to idealne wybawienie od rozpalonego słońcem Dorne – Trystane powinien odczuwać ulgę od upałów… ale daleko mu było do ożywczego szczęścia.
Zamarzam, Olyvarze.
Podobno ludzkie ciało w większości składa się z wody. A w Martellu ta woda każdej nocy ścina się na srebrzyście lodowy kamień.
Zamarzam.
Gdy tylko zaśnie – co przychodzi mu z niewyobrażalnym trudem – książę zamienia się w sorbet o smaku krwi. Nie ma jednak za dużo czasu, żeby o tym myśleć, bo zaraz przychodzą dreszcze. Trzęsie się bez jakiejkolwiek kontroli, a serce podryguje w nim w zupełnie innym, własnym rytmie.
Zamarzam, przyjacielu, i pewnego dnia nie zdołam się uratować.
Tym razem to Olyvar milczał przed resztę drogi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Re: Szlak   Pon Lut 22, 2016 10:45 pm

Samotna podróż przez pustynię nigdy nie jest dobrym pomysłem.
Co tu robisz, Sand?
Czego innego można było się jednak po nim spodziewać?
Ty nie wiesz?
Jeśliby tylko wiedział, byłby w drodze od kilku dni. Wiedział, czyja to zasługa, doskonale wiedział – nie potrafił jedynie pojąć dlaczego?
Czego nie wiem?
Wino. Senność. Laena Waters, niby demon przeszłości, wbijająca weń taksujące spojrzenie fiołkowych tęczówek i ćmy po sufitem, ćmy blisko świec, ćmy palące się w ogniu. Wąskie uliczki, stary pałac, upadł tam na łóżko. Zasnął. Obudził go głos za oknem, jeszcze przed świtem.
Bał się trochę, nie ma co udawać, że nie.
W porządku. Duży łyk wina prosto z dzbana i mógł ruszać.
Nie pożegnał się z Jezalem Sandem, ani z nikim – po prostu zabrał tyle wody i suchego prowiantu ile mógł, opatulił twarz chustą, osiodłał konia i wyjechał. Prosto w pustkę, w nicość, gdzie nie było nic, ponad piach i niebo.
Samotna podróż przez pustynię równała się dwóm wariantom.
Pierwszy – czuł się na swoim miejscu. Pośród wiatru, który pachnie pustynią. Siłą, dzikością, wolnością. Czas upału i niezdrowych zmysłów to jego pora. Podczas podróży jak te czuł się niemal niepokonany, niczym piaskowa burza. Oddychał głęboko, upajał się tym pyłem, spierzchniętymi wargami, witał chłód nocy jak zwycięzca - wtedy miał wrażenie, że jest nieodłączną częścią tej krainy śmierci.
Były też wędrówki takie jak te właśnie.
Kiedy pustynia pachnie szaleństwem. Groźbą, gniewem i aktami desperacji. Zbrodnią. Mimo to chłonął każdy suchy powiew – nadchodziło to, na co czekał tak długo.
Zbyt długo.
Krew szumiała mu w uszach, gardło paliło pragnienie, głowa pękała od bólu. Było tak kurewsko gorąco, a w bukłaku zostały ostatnie krople wody. Ile mil zostało mu do oazy? Nie miał pojęcia, Fart pod nim dyszał ciężko, a Qoren Sand przeklinał. Wyklinał wszystko, tę pierdoloną pustynię, Jezala i Edrica Martella, że mu nie powiedzieli, samego siebie przede wszystkim. Przede wszystkim siebie.
Zatrzymał się pośrodku pustyni.
Obraz zniekształcał się, falował, drgał. Wtedy je dostrzegł. Patrzył niewidzącym spojrzeniem, patrzył, lecz ich nie można było dostrzec gołym okiem.
Cienie.
Cienie na pustyni.
Smagnął Farta batem. Popędzał co sił, nie oglądał się za siebie, dopóki nie dotarł do oazy. Realnej, prawdziwej, namacalnej – prawie utopił się w sadzawce krystalicznie czystej wody. Nie mógł ruszyć dalej, nim nie napoi konia – a nim minie czas, gdy będzie mógł to zrobić, zapadnie zmierzch. Drżącą dłonią otarł z czoła krople kwaśnego potu, przysiadając pod wątłym drzewem.
Wraca tu. Wraca. Dlaczego nie napisał listu?
Sand czuje zimno. Zimno rozlewające się po ciele, choć słońce sprawia, że zamiast skóry, ma szorstką, wysuszoną do cna strukturę, na której mógłby usmażyć porządny kawał mięsiwa. W żyłach płynie sorbet o smaku krwi. Sand drży. Wpatruje się w przestrzeń, ciemnobrązowe tęczówki są puste. Nie widzi nic, prócz zbliżających się cieni. Wie, że nie ucieknie, choć jest już tak blisko.
Tak blisko, że niemal czuł zapach jego skóry.
Załaskotał go obojczyk, jakby Trystane znów złożył nań roztargniony pocałunek, dreszcz przemknął bękartowi wzdłuż kręgosłupa. Radość splata się ze strachem. W uczucie szczęścia wbija się strzała. Jedna po drugiej.
Może wcale nie chce mnie widzieć.
Sand nie chce i nie potrafi w to wierzyć. Za wiele przeszli. Wciąż miał w pamięci Królewską Przystań. On przeżył, Martell wracał – obaj spełnili swe obietnice.
A mimo to Qoren Sand czuje lęk.
Bo wie, że nie potrafiłby bez niego żyć.
Oczywiście – przed niemal dwa lata funkcjonował bez jego obecności obok. To prawie niepojęte, że wciąż żyje – ileż razy powtarzał, że tylko dornijski książę utrzymywał go przy życiu? Przed dwa lata żywił się okruchami wspomnień, rzadkimi listami, bogato wyszywaną koszulą, którą Trystane zostawił kiedyś w tej klitce, nazywaną przez Sanda własną komnatą. Wizyta w Królewskiej Przystani tylko utwierdziła go w pewności, że Trystane należy do niego – lecz przecież gdyby tak było, byłby pierwszą osobą, którą Martell by zawiadomił.
Nie zrobił tego.
Mimo to Sand wyjeżdżał mu naprzeciw – niczego w życiu nie był przecież tak pewny jak jego.
Noc przychodzi gładko. Zapada ciemność. Jedynym źródłem światła jest trzaskający płomień, który trawi kilka wiotkich gałązek, jakie udało się Sandowi zebrać; a także gwiazdy. Sand ledwo nie unosi na nie spojrzenia, nie podziwia, nie zastanawia się, czy Martell w tym momencie również spogląda w to samo niebo.
Cienie są z nim. Qoren szeroko otwierał oczy, lecz nie widział nic – jedynie barwy, czerwień drgała w głębokiej, nieprzeniknionej czerni. Cienie spowijają go chłodem, przylegają do skóry, wnikają w każdą tkankę, aż do szpiku kości. Nic nie mówią, lecz Qoren wie doskonale, co chcą mu przekazać.
Jest nikim.
Jest głupi, mały i podły.
Jest cielesną powłoką i niczym więcej.
Jest biologiczną tkanką, workiem mięśni, ścięgien, kości i żył w powłoce skóry.
Pomyłką matki natury.
Zlepkiem spermy Lorda Hellholt i tkanką z łona jego służki.
Chwilą nic nieznaczącej namiętności.
Żyje, zużywa się i psuje, i tak aż do śmierci.
Jest bardzo podatny na śmierć.
Wystarczy spuścić trochę czerwieni przez parę dziur w worku i roztopi się w niebycie.
Niczego innego teraz nie pragnął jak tylko jechać dalej. Nie był w stanie się poruszyć. Nie wydusił ani słowa, a nawet jeśli z gardła wydobył się jakiś dźwięk – to naprawdę istniał, skoro nikt go nie słyszał? Fart parsknął cicho, grzebał kopytem w piachu. Sand chciał go dosiąść i jechać, chciał poczuć miękkie loki pod palcami. Zamiast tego zapadał głęboko w dym z ogniska, w gęstą mgłę, w nicość i sen.
Nie przyśniło mu się nic.
Ranek. Fart uszczypnął go w udo. Skurwysyn, myśli bękart, rozmasowując bolące miejsce. Qoren nachylił się nad sadzawką i pił, myśląc, że to przyniesie mu ulgę. Pragnienie jednak wciąż paliło, a żołądek skręcał się bezlitośnie – teraz dopiero drżały mu ręce.
W myślach kalkulował, gdzie mogą teraz być. Zawsze był słaby w rachunkach, lecz przecież znał ten trakt jak własną kieszeń – pokonywał go częściej, niźli by tego sobie życzył.
Umysł płatał mu figle. Za każdym razem, gdy dostrzegał ciemniejszy kształt na horyzoncie pośpieszał wierzchowca, pędził tak, jakby goniły go diabły z siedmiu piekieł – na jednym z głazów prawie pogruchotał sobie palce. Krwawiące knykcie owinął brudną szmatą, znów przeklinając wszystko – w tym siebie samego.
Niepotrzebnie, Qoren Sand od dawna był przeklęty. Odkąd tylko przyszedł na świat.
Miał chory umysł, przegniłą duszę, lecz poznał antidotum – miało doskonały umysł i jeszcze doskonalsze ciało. Nim wstawał świt szeptało mu do ucha jak bardzo pragnie, by został w Słonecznej Włóczni i nigdzie nie wyjeżdżał.
Kolejny kształt na horyzoncie. Drgał w gorącym powietrz i Sand wpatrywał się weń cierpliwie – nie zamierzał po raz wtóry dać się nabrać. Nie pośpieszał konia, był cierpliwy. Nie było innej drogi.
Czekał dwa lata.
Dwa dni, dwa tygodnie – nie uczyniłyby tu większej różnicy, Sand wciąż by czekał.
-STAĆ!
Krzyk, ludzki głos wyrwał go z otumanienia. Z chwili szaleństwa, która ciągnęła się odkąd tylko opuścił tę cholerną karczmę. Zabrzęczało żelazo. Qoren Sand rozejrzał się nieprzytomnie, ciemnobrązowe spojrzenie dostrzegło pomarańczową plamę – a na niej słońce. Słońce przebite włócznią.
-Kto jedzie? – głos strażnika był matowy. Miał coś wspólnego z tym żelazem. Z rzemieniem i świeżo ściętym drzewem.
Szeroko rozwarte oczy gorączkowo poszukują jednej sylwetki, silne dłonie, wyciosane jakby z dębu, drżą trzymając wodze.
Sand dostrzega szare spojrzenie. Czujne, doskonale znajome, spoglądające nań znad materiału chusty.
Tyle razy mu powtarzałem, że nie są szare – przypominają raczej płynne srebro.
-Qoren Sand – bękart słyszy własny głos. Zachrypnięty, kpiący, rozbawiony – jakby właśnie opowiedział im wszystkim sprośny dowcip.
Sand nie widzi nienawistnego wzroku Olyvara Jordayne. Co mógł go w tym momencie obchodzić?
Zamiast tego, Sand unosi dłoń i zrywa z twarzy chustę. Odsłania twarz starszą, niż Martell mógł to zapamiętać. Porośniętą ostrym zarostem, nagle dziwnie rozjaśnioną…
… niemal rozczuloną.
-Nikt obcy, zdaje się – dodaje Qoren.
Poruszył się wreszcie, choć członki zatrzeszczały boleśnie, jakby wrósł w to siodło. Poruszał się jak chora kukła, zachwiał, gdy stopy dotknęły ziemi. Postawił pierwszy krok – i nie śmiał żadnego więcej, nim Trystane nie wydusił z siebie choć jednego słowa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Szlak   Sob Mar 05, 2016 9:34 pm

Zwykle znosił namiastkę cierpienia. Tego ranka droga przez pustynię stanowiła dla niego wyzwanie.
Dalej. Dalej. Do domu.
Pokonywał jard po jardzie. Serce protestowało, wnętrzności przelewały się pod powłoką mięśni, lędźwie drżały, a nawet kości gięły się, ustępując pod ciężarem myśli.
Wokół oczekiwały szakale o świetlistych oczach.
A co będzie, jeśli spadnie z siodła? Co nastąpi, gdy przeciążone serce odmówi posłuszeństwa? Co będzie, gdy jego oczy zajdą mgłą w chwili, kiedy oni będą patrzyli? Czy po prostu ucieszą się, gdy jego życie rozpłynie się w powietrzu? Czy będą odczuwali radość, gdy jego uchwyt rozluźni się i osłabnie stalowy uścisk, w jakim utrzymywał ich życie?
Na pewno. Na pewno.
Chłodny uśmiech wykrzywił usta księcia.
I wtedy to ujrzał. Ujrzał na lewo z całą klarownością.
To samo słońce unoszące się z tego samego miejsca, nad tym samym piaszczystym bezkresem. Zapomniał o ostrożności i po prostu patrzył.
Szczęść Siedmiu, szczęść Siedmiu, szczęść Siedmiu! Szczęść Siedmiu każdemu z nas! Szczęść Ojcu, szczęść Matce i dzieciom! Na świecie całym — szczęść dużym i małym, i szczęściem obdarz nas! Już jako mały chłopiec nie znosił tej melodyjnej modlitwy. Odśpiewywał ją jak najprędzej, by wyrwać się spod czujnego wzroku septona i zdążyć na spektakl, jakim każdego świtu obdarowywał go jedyny prawdziwy świat i jedyny prawdziwy Bóg.
Pomarańczowa kula, żółta smuga, ława horyzontu, gorące powietrze i płynne, nieważkie wznoszenie się słońca, które po raz pierwszy tego ranka wstało z pustynnych wydm. Był to powszedni cud, który na zawsze miał utkwić mu w pamięci.
Niemal zaśmiał się w gruby materiał jasnej chusty. Było w tym coś magicznego.
Tajemniczego. Nieodgadnionego?
Fascynacja sprawami trudnymi do pojęcia jest siłą napędową świata, powiedział wczorajszego wieczora Olyvar Jordayne, a Trystane uznał, że szczerze lubi tego idiotę.
Idiotę-mędrca.
Zwykłymi idiotami nie zawracałby sobie głowy.
Trystane Martell omiótł spojrzeniem wielką, niemal bezkresną przestrzeń która się przed nimi rozciągała. Uderzyły go rozpalone wydmy, drgające w upale powietrze, niemal całkowity bezruch. Rozległa, otwarta nicość, w której istniało wyłącznie słońce i ludzie o miernych, nic nieznaczących żywotach. Książę od dawna czuł sympatię do promieni słonecznych, do jasności, do robaczków świętojańskich, do wszystkiego, co związane było z blaskiem.
Niech się stanie światło, światło, światło.
Gdyby miał czas, mógłby zadbać o to, żeby samemu świecić.
Coś zamigotało w martwych, szarych oczach. Chwilowe przebudzenie z odrętwienia, jakby młodszy brat kopnął księcia w piszczel, wywołując falę szybko przemijającego bólu.
Quentyl.
Z trudem wciągnął gorące powietrze do płuc, rozglądając się niepewnie po jednostajnym, pustynnym krajobrazie. Gdzieś tam były Wodne Ogrody z chłodnymi sadzawkami i zbawiennym cieniem daktylowych drzew. Trystane lubił daktyle, zupełnie jak…
Ivory.
Gęste, gorące powietrze jest niczym drogocenny materiał, który opatula szczelnie każdy skrawek skóry – nie ma niczego piękniejszego od doceniania własnej urody, od świadomości własnego ciała, od siły, jaka tkwi w nietypowej estetyce.
Seyal.
Gdzieś w oddali przesuwają się pustynne miraże, niby kolumny jeźdźców uzbrojonych w stal i odwagę. Są częścią pustyni, jej sercem, którego bicie stanowi rytm dla galopujących rumaków. Tylko piasek, determinacja i szacunek dla śmierci.
Edric.
Pod szklaną taflą przedłużonego dzieciństwa tkwi prawdziwy ból. Utracona matka jest jednocześnie utraconą nadzieją, której nie można wskrzesić. Człowiek skrywa się za maską, tworzy wokół siebie imitację dobrego, spełnionego życia, a jednak ból – niby wbity w serce cierń – nigdy nie przestanie dawać o sobie znać.
Jezal.
Zastarzałe żale przeszywały jego ciało niczym valyriańska stal: martwe, obdarte ze skóry koty, krzycząca matka, naga, piękna dziewczyna, o bujających się piersiach z różowymi wierzchołkami, wymawiająca słowa, które nęciły. Było tu wszystko i wszystko można było obejrzeć dokładnie – całą cierpiącą, zmaltretowaną duszę, ludzką wyspę oddzieloną żalem od otaczającego ją wzburzonego morza życia.
Qoren.
Powieki rozchylają się ostrożnie, atakowane ostrymi promieniami słońca – musi minąć dłuższa chwila, nim odzwyczajone od jasności tęczówki przywykną do blasku, pozwalając jednocześnie, by powrócił zmysł wzroku.
Książę czasem wyobrażał sobie, że jego ciało składa się z koncentrycznych warstw, zupełnie jak cebula, a każda warstwa odizolowana jest od innych cienką warstewką śmiertelnego jadu.  
Oddzielne warstwy Trystana Martella właśnie ślizgały się jedna po drugiej, dobrze naoliwione, poruszając się powoli, w miarę jak jad poddawał się naciskom i spływał wzdłuż ciemnych kanałów, wzdłuż linii kręgosłupa, wzdłuż napiętych mięśni ramion i...
Boleśnie przygryzł język.
Usta natychmiast zalała gęsta, ciepła krew. Metaliczny posmak zdominował wszystkie zmysły, rozprzestrzeniając się leniwie wzdłuż dziąseł do gardła, przelewając przez nie aż do żołądka. Rana, choć niezbyt głęboka, pulsowała rytmicznie w takt uderzeń serca, język drętwiał na wskutek wciąż obecnego bólu, usta rozciągały się w lekkim uśmiechu skrytym pod materiałem chusty.
W krwi nie było jadu.
Nie było trucizny.
Nie było antidotum.
Tylko metaliczny, nieprzyjemny posmak, który ustąpił pod dwoma łykami ciemnego, dornijskiego wina. Rana w ustach zapiekła raz jeszcze, był to jednak przedśmiertny krzyk skazańca.
Udało mi się. Udało się odtworzyć jakiś ból. Jakieś ludzkie uczucia. Z bólu możemy wyciągnąć lekcje. Ból uczy nas, że żyjemy.
Serce zaczyna pompować nowe życie, wszystko, co miało miejsce przed dwoma laty wydaje się tylko strasznym snem, a jednak książę wciąż czuł się tak samo, jak wtedy, kiedy się to wszystko zdarzyło. Trytane wplątał się w sieć lęków i nie mógł temu zaradzić.
Nie był człowiekiem, który łatwo poddaje się strachowi. Ale tego było już za wiele: wspomnienia nakładały się na siebie i kąsały zaciekle, skazując Martella na wewnętrzną walkę z samym sobą. Pałał nienawiścią do własnej słabości, pogardzał własnymi lękami, pragnął wyrwać z korzeniami własne myśli, mało istotne, jak wysoką cenę musiałby przy tym zapłacić.
Chciał po prostu wrócić do domu.
Do pałacu. Do komnaty. Do własnego łóżka. Miękkiego, cichego łoża z wielodzietną rodziną poduszek. Do tego intymnego, zamkniętego świata, do którego nie wpuszczał nikogo poza…
- Stać! Kto jedzie?
Uniósł głowę zaintrygowany, zupełnie jak pies, który nasłuchuje kroków dobiegających zza drzwi – w tym porównaniu tkwiło coś uwłaczającego psom, książę jednak zbyt mocno przywodził na myśl jednego z hartów Jezala, by uciec przed podobnymi zbieżnościami.
Jak to kto, głupcy?
Poznał go.
Z chustą na twarzy, z twarzą skrytą pod materiałem, wciąż milczącego, wciąż zbyt odległego, ale…
… poznał go.
Jak to kto? Nie widzicie?
Nagle poczuł, jak żałośnie i miernie wygląda. Cień dawnego siebie, pusta wydmuszka, drewniana marionetka, pokraczne stworzenie, które wypełzło z lochów Końca Burzy i ma czelność podawać się za księcia, podczas gdy jest wyłącznie pustą, wyschniętą skorupą wspomnień.
Ja widzę. Widzę go.
Widzę.
W i d z ę.

Nogi ugięły się pod nim niebezpiecznie, gdy zeskoczył z siodła, lądując pośród miękkiego, rozpalonego od słońca piachu. Czas – dotychczas rozwlekły niczym gorąca smoła – ruszył przed siebie galopem, zupełnie jakby wymagał tego samego od księcia.
Stało się.
Ruszył przed siebie – ogromny ciężar, olbrzymi cień na barkach, nieruchome spojrzenie utkwione w ogorzałej od słońca, dotkniętej bezlitosnym przemijaniem twarzy.  Głęboka cisza i niemilknący głos w sercu, który szeptał
Chcę, chcę, chcę, ja chcę
i nad którym górował umysł, mówiący
idź, idź, ruszaj, prędzej.
Szedł więc w zbyt obszernych szatach, w podróżnym płaszczu, wciąż z chustą skrywającą twarz - szedł rozgorączkowany żądzą i rozgorączkowany udręką, czując, jak roziskrzone spojrzenie przesuwa się po jego potężnej sylwetce, jak zatrzymuje się na jego twarzy, jak przechwytuje jego wzrok.
Nie ma słów. Nie ma myśli. Nie ma wątpliwości.
Są wyłącznie dłonie, bardzo niepewnie przecinające powietrze – dłonie zaciskające się na silnych ramionach, prześlizgujące na plecy, splatające na karku, przyciągające bliżej nieruchome, gorące ciało.
Nie ma słów.
Jest tylko oddech, cichy i chrapliwy, gdy książę w końcu zamyka Qorena w kurczowym uścisku straceńca. Usta poruszają się, jednak nie są w stanie wydać ani jednego dźwięku – zamierają przy uchu bękarta, łaskoczą ciepłym powietrzem. Milczą.
Nie ma myśli.
Jest wyłącznie radość. Trudna do opisania, bo niepowtarzalna – nigdy nie była równie intensywna i już nigdy nie będzie. Jedynie tam, pośrodku pustynnego szlaku, po blisko dwóch latach rozłąki miała prawo bytu, rozbłysnęła z potężną energią i została zaklęta w złączonych w uścisku ciałach.
Nie ma wątpliwości.
Są za to emocje. Dziesiątki, setki uczuć, które wprawiły serce w szaleńczy bieg, które sparaliżowały całe ciało i nakazały nozdrzom na kurczowe, zrozpaczone wciąganie woni wiatru, potu oraz tęsknoty.
I wtedy – słowa.
- Wróciłem.
Oczywiste stwierdzenia rzeczywistości. Usta przysunięte do ucha, muskające je ostrożnie w przejawie najgłębszej tajemnicy.
- Obiecałem.
Ciepły oddech na szyi, dłonie przesuwające się wzdłuż kręgosłupa, zamierają dopiero na łopatkach i trwają tam. Trwają. Trwają…
- Jestem, mój Sandzie. Jestem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Re: Szlak   Sro Mar 16, 2016 11:52 pm

Wyobrażał sobie ten moment wiele razy. Setki razy, a właściwie tysiące. Odkąd tylko rozemocjonowany Dornijczyk, którego imienia nawet nie pamiętał, oznajmił mu, że dornijskiego księcia wzięto w niewolę.
Każdego dnia o tym myślał.
Ta myśl utrzymywała go przy życiu, bo przecież kim był bez niego? Nic nie znaczącym ziarenkiem piasku, kolejnym skorpionem na pustyni, którego najchętniej zgnieciono by stopą, by pancerz zachrzęścił pod butem. Był nikim, po prostu i już dawno temu przekonał się jak jałowa jest jego egzystencja, gdy brakuje w niej obecności Martella.
Nie było nocy, gdy Trystane spał z nosem wtulonym w zagłębienie szyi bękarta. Nie było wchodów słońca, gdy Sanda budził roztargniony pocałunek złożony na obojczyku, ani poranków, podczas których wylegiwali się leniwie w jednej z altan Wodnych Ogrodów, sącząc wino – Trystane śmiał się z jakże błyskotliwych żartów Qorena, a on pieścił skórę jego karku opuszkami palców. Nie było długich wieczorów, które Martell mógł spędzić na opowieściach o dalekich krainach, a milczący Sand był jego jedynym słuchaczem. Nie było rozgrzanego ciała obok, gorącego uda, między jego udami, ani dotyku dłoni na biodrach. Nie było spojrzenia szarych tęczówek obserwujących go uważnie znad księgi, które Sand uchwycił zupełnym przypadkiem.
Nic nie było. Nic, dosłownie.
Za każdym razem, gdy kładł się spaść wydawało mu się, że tonie. Nachodziła go wizja jakiejś wielkiej wody, która zagarniała jego ciało i ściągała w głębiny. Sandowi wydawało się, że tym właśnie jest życie bez niego. Bezdenną, zimną tonią, która porywała go, kiedy tylko zamykał oczy.
Piekło wcale nie było gorące. Brakowało tu ognia, panował wieczny mróz. Chłód przenikający przez skórę, wszystkie tkanki, aż do szpiku kości; chłód cuchnący strachem, że nic już się nie zmieni. Nic się z popiołów nie odrodzi, bo wszystko tkwi skute morderczym lodem rozczarowań – i nie ma od tego odwrotu.
Rozstawali się wielokrotnie, naprawdę niezliczoną ilość razy – Sand chyba sam nie pamiętał ile tych kłótni i sprzeczek było naprawdę, wśród nich tych, które skończyły się rozłąką dłuższą niźli kilka dni, zaledwie kilka. Nie mijały dwa tygodnie, a bękart nocami przewracał się z boku na bok niewazne, czy na miękkiej trawie w oazie, czy brudnym sienniku w karczmie. Zamykał oczy i tonął w bezdennej, chłodnej ciemności, wywołującej dreszcze i ściskającej zarówno gardło, jak i żołądek. Jeśli zasypiał, to nad ranem, plytko i niespokojnie, dręczony koszmarami.
Im większe w człowieku wewnętrzne rozbicie, poczucie własnej słabości, niepewności i lęk, tym większa tęsknota za czymś co go z powrotem scali, da pewność i wiarę,
Po trzech tygodniach życie Qorena Sanda wyglądało już papierowo. Kruszyło się w palcach rozpadało. Bolesne uczucie pustki przenikało przez skórę do mięśni i kości, które jęły istnieć boleśnie. Nie boleć, a istnieć boleśnie – jakby podstawą ich istnienia był ból. Nie było od tego ucieczki, Sand musiałby ucie poza własne ciało, poza siebie. Pozostawało mu jedynie upijanie się całymi nocami i spanie całymi dniami.
Minęło cztery tygodnie, a Sand pękł i wrócił do Słonecznej Włóczni jak wierny pies.
Sztuką było wytrzymanie jednego księżyca. Dwa lata były już prawdziwą sztuką przetrwania.
To było naprawdę zastanawiające.
Nie potrafił pojąć – jak to jest?
Jak stać to się mogło, że naiwnie dał się drugiemu człowiekowi tak owinąć wokół palca, pozwolił – a wręcz wcisnął mu w ręce narzędzia pozwalające nim sterować, władać jego duszą, przegniłą i zepsutą, lecz wciąż duszą”? Nie wiedział, kiedy dokładnie to się stało.
Kiedy wpadł w pułapkę?
Zawsze się przed tym bronił, wzbraniał rękami i nogami przed uczuciem każdym, które nie było wściekłością i żalem, kiedy dzban robił się pusty.
Nie miał pojęcia, naprawdę.
Prawdę mówiąc – przestało go to już zastanawiać, bo przecież nawet gdyby z tej zasadzki umożliwiono mu ucieczkę, pozwolono uwolnić się od magnetyzmu szarych tęczówek, zaśmiałby się w głos i uprzejmie podziękował.
Trystane Martell był jedyną istotą w Siedmiu Królestwach, a właściwie we wszelkich krainach, która mogła go ocalić.
Ta chwila przesycona zapachem wiatru, rozgrzanego piachu i końskiego potu zdawała się mu dziwnie znajoma. On, Qoren, skrajnie wycieńczony, martwy prawie i spragniony boleśnie tak, jakby ktoś włożył mu do gardła rozżarzony pręt i dornijski książę wychodzący mu naprzeciw.
Pamiętał o tym jeszcze? O bliźnie pod żebrami, która przypominała mu jak prawie wyzionął ducha nieopodal Zielonej Krwi? Syn lorda Hellholt myślał wtedy, gdy Martell ocalił go przed śmiercią, że nigdy nie czuł większej ulgi i radości. Większej wdzięczności. Dopiero teraz przekonał się w jak wielkim był błędzie.
Wędrówka przez pustynię bez wody, bez prowiantu, bez chusty na głowie, bez konia, za to z cuchnącymi zakażeniem ranami w ciele była niczym w porównaniu z minionymi dwoma latami. Sand zgodziłby się ochoczo na kolejną taką podróż, mógłby iść boso po rozżarzonych węglach, byle nikt nie kazał mu przeżywać tego od nowa.
Czasami przeklinał w myślach własną słabość. Wszystko to czyniło go bezbronnym – naprawdę nie potrafił się przed tym bronić. Nad dzbanem wina, który opróżniał wraz z Jezalem Sandem, żartował, że po prostu robi się stary i sentymentalny.
Nieistotne.
Wszystko traciło znaczenie w obliczu spojrzenia, które udało się Sandowi uchwycić znad krawędzi chusty. Martell zsiadł z konia, szedł w jego stronę.
Qoren Sand wziął głęboki oddech, jakby właśnie wynurzył się na powierzchnię. Tak właśnie się czuł, jakby wziął pierwszy głęboki oddech świeżego powietrza od bardzo, bardzo dawna. Jakby dotąd żył w próżni, albo powietrze było gęste i cuchnące od samotności. Wreszcie zrozumiał ulgę, o której opowiadał Trystane, a jakiej nigdy nie potrafił pojąć.
Przecież mówiłem Ci, że wrócę, śmiał się Sand, pieszcząc przelotnym pocałunkiem skroń księcia, lecz on z poważną miną mówił, że za każdym razem dręczą go te same obawy i znikają dopiero wtedy, kiedy bękart stoi przed nim cały i zdrowy, dopiero wtedy strach ucieka z niego jak z przebitego, rybiego pęcherza.
Cudowne ciepło rozlało się po ciele, dreszcze przebiegły wzdłuż kręgosłupa, Qoren Sand zapomniał w jaki sposób układa się język, by wypowiedzieć słowo.
Jakby doznał szoku – szeroko otwarte oczy, drżące dłonie, usta poruszające się bezgłośnie.
To realne?
Objął go ostrożnie, jakby Trystane za chwilę miał rozpłynąć się wśród drgającego powietrza, jakby był tylko kolejnym wytworem chorej głowy, bądź gorąca, lecz…
… był tutaj. Bardziej rzeczywisty niż kiedykolwiek indziej. Sand czuł pod palcami wychudzone ciało intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej, choć przeszkadzało mu ubranie. Przyciągnął go do siebie już bardzo stanowczo, kurczliwie, zamknął w silnym uścisku niedźwiedzich ramion, jakby Trystane miał mu za chwilę uciec.
Krew huczała w uszach tak głośno, że nie pojmował, co do niego mówi. Samo brzmienie głosu tuż przy uchu bękarta wywoływało kolejne dreszcze, przebiegające wzdłuż kręgosłupa.
Napięte do bólu mięśnie wreszcie się rozluźniły, jakby naprawdę po wielu miesiącach wyjął sobie kij z dupy.
Ciemnobrązowe spojrzenie szeroko otwartych oczu błądziło po twarzach strażników. Wcale nie wydawali się zaskoczeni, właściwie chyba tego właśnie się spodziewali, a później uchwycił jeszcze jedno spojrzenie, w którym płonęła czysta nienawiść.
Nie szkodzi, nawet ta parszywa morda nie mogła tego popsuć.
Qoren Sand uśmiechnął się pod nosem, wtulił usta w szyję dornijskiego księcia, złożył na słonej skórze przelotny pocałunek, by zaraz po tym cofnąć się i spojrzeć wreszcie w te oczy, które teraz zdawały mu się znów srebrne, nie matowo szare – wcale nie martwe.
-Powiedz mi, Trystane… – rozbawiony głos bękarta mógł zrozumieć tylko Martell, tak był cichy.
Qoren uniósł dłonie, by ująć w nie zapadnięte policzki Trystana, błądzić po doskonałej twarzy spojrzeniem, jakby nie mógł uwierzyć, że istnieje – był tym faktem oniemiały, zachwycony, zauroczony tak mocno, że nie potrafił tego pojąć.
-… gdzie zgubiłeś włosy, mój książę?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Szlak   Pon Kwi 25, 2016 9:41 pm

Nie kończąca się podróż, błyskotliwy wojaż, wędrówka przez pustynne pustkowie, które wysysa resztki energii, które ususza ten wątły cień tlącej się w piersi mocy. Dłużący się czas odbiera barwę najlepszym wizjom. Świat szarzeje. Istnienie niszczy entropia. Wszystko płowieje. Wszystko mija. Wszystko umiera. Książę, który wracał po dwóch latach do Słonecznej Włóczni nie był tym samym księciem, który opuszczał stolicę Dorne – nie był nawet cieniem tego człowieka. Coś rozpękło w nim na setki drobnych kawałków, ostrych i nierównych jak szczątki roztrzaskanego lustra; część z odłamków rozpadła się na jeszcze mniejsze, inne zostały w Wąwozie, w Końcu Burzy, w Królewskiej Przystani, zagubiły się po drodze bądź zostały ciśnięte przez Martella w spienione wody Zatoki Rozbitków. Nawet lata prób złożenia zwierciadła duszy w całość nie mogły przynieść pożądanego efektu – scalenie tego, co się rozpadło, już nie było możliwe, choć we wnętrzu księcia wciąż pomieszkiwały echa przeszłości, cienie dawnego ja, które rozpaczliwie pragnęły powrotu do domu. Tkwiła tam choćby miłość do ostrych zapachów, wyniesiona jeszcze z czasów dziecięcych, kiedy Trystane wkradał się do pałacowej kuchni, by obserwować przy pracy kucharza. Zwalisty, najgrubszy mężczyzna jakiego książę miał okazję ujrzeć w swym krótkim życiu, kręcił się w tą i z powrotem pomiędzy blatami, wrzucając do głębokiego garnka przyprawy: pikantne chili, oregano, estragon, goździki, czosnek, sproszkowaną skórkę pomarańczy, olej sezamowy, curry, i Pan Światła wie co jeszcze. Płonął ogień i kociołek bulgotał – powstawały jego sławetne placki kukurydziane z pikantnym sosem, złożony produkt o tajemniczym pochodzeniu - trochę dornijskiej inspiracji, fragmenty rodem z Wysp Letnich i Meereen, a reszta to pomysły kucharza z wieloletnim doświadczeniem na karku.
W dawnym życiu księcia były również książki: opasłe woluminy z ciężkimi, skórzanymi okładkami, kruche stronnice dawno zapomnianych zapisków, pachnące atramentem pergaminy, które sam pokrywał drobnym, starannym pismem, jakby najmniejsza niedbałość stanowiła obelgę dla wiedzy samej w sobie. To była intymna miłość pomiędzy ciałem kochanki a delikatnymi i przynoszącymi pieszczotę palcami kochanka – Trystane od zawsze traktował książki niezwykle zmysłowo. Uwielbiał ich dotykać, kartkować je, gładzić i czuć ich zapach, nigdy nie potrafił się opanować i od razu wyciągał rękę, nawet po nie swoje. A książki w owych czasach, w czasach, kiedy wszystko wydawało się po stokroć łatwiejsze, naprawdę były o wiele bardziej seksowne niż dzisiaj: było co powąchać, popieścić i pogłaskać. Niektóre miały złote napisy na grzbietach pachnących, nieco szorstkich, skórzanych opraw, których sam dotyk przyprawiał o drżenie, tak, jakby po omacku natknąć się na rzecz ukrytą przed wzrokiem i nieznaną, na lekką wypukłość, coś, co wzdryga się pod dotknięciem palców. Były też książki, które oprawiano w okładki obciągnięte płótnem, tchnące zmysłowym zapachem świeżości. Każda z nich posiadała własną woń, tajemniczą i podniecającą. Niekiedy płótno odklejało się nieznacznie od wkładki, odstawało niczym wyzywająca suknia, i trudno było się powstrzymać, by nie zajrzeć w ciemną przestrzeń między ciałem a tkaniną i nie wchłonąć w nozdrza oszałamiającego aromatu.
Tak. To była kolejna z miłości księcia, choć nie taka, jak ta ostatnia, najświeższa.
Gdy w grę wchodziły wspomnienia dotyczące Qorena, Trystane pamiętał niemal wszystko – każde spotkanie, każdą leniwą rozmowę w cieniu figowców, każdą wyprawę poza mury Starego Pałacu, każdy skradziony pocałunek, każdy przelotny dotyk, każde spojrzenie rzucane ponad głowami obcych, nic nie znaczących ludzi.
Pamiętał również sam początek, szamotaninę podczas wizyty w Hellholt, to nagłe wtargnięcie Sanda do gościnnej komnaty księcia i jeszcze bardziej nagle narastające podniecenie, uczucie, że wyrzucenie bękarta poza drzwi wcale nie oznacza końca. Wtedy wszystko toczyło się szybko, tak zatrważająco szybko, jakby nie mieli kolejnego dnia do przeżycia: opadający na podłogę wams, niezręczne uchwycenie za silne ramiona, kłopoty z trokami spodni, moment wahania zmieniony w całkowite przyzwolenie, szybkie, doświadczone palce wywołujące przyjemne, drżące ciepło rodzące się w trzewiach, ostrożne, pewne siebie szturchnięcia, pchnięcie, zdziwienie, penetracji nie towarzyszy ból, tarcie ciała o ciało, eksplozja, zmieszanie, poczucie irracjonalnego szczęścia, smak bękarta na ustach, naprędce naciągane ubranie, trzask zamykanych za plecami drzwi i kurczowe łapanie oddechu za trzema kolejnymi zakrętami.
Wszystko to tkwiło w księciu – zupełnie jak te największe, lustrzane kawałki, które wbiły się w serce i właśnie tam miały pozostać do momentu, gdy to przestanie bić. Mógł być ogłuszony, oszołomiony, mógł utracić niemal każdy skrawek własnego jestestwa, jednak tak długo, jak miał przy sobie Qorena, posiadał pewność, że zawsze coś ocaleje.
Choćby okruch, odprysk, zapomniany skrawek stabilności, którą odebrano mu przed dwoma laty.
Łączyło ich zbyt wiele, aby mogli żyć w izolacji i dzieliło dostatecznie sporo, by nigdy nie osiągnąć idealnej symbiozy. Trystane odnosił czasami wrażenie, że to, co posiada z Sandem – to szalone, wymykające się wszelkim strukturom przywiązanie – od kilku lat stanowiło główną oś, dzięki której wciąż funkcjonował. Książę nawet nie zauważył, gdy codziennością stało się zaczynanie, spędzanie i kończenie dnia u boku Qorena, zupełnie jakby ten był przy Martellu od zawsze. Komnata, której nie wypełniał śmiech bękarta, wydawała się za cicha, łoże, którego nie zagrzał Sand – zbyt chłodne, obiad, którego nie tknął – niesmaczny, wino, którego nie pił ze wspólnego kielicha – za kwaśne, życie, w którym nie uczestniczył – zbyt jałowe. Właśnie tak wyglądały dwa ostatnie lata, nieznośne już przez sam brak obecności Qorena; wschody i zachody słońca były jednakowo bolesne, jedzenie jałowe, łóżko niewygodne, umysł zbyt pusty. Nie było zupełnie nic, poza drobnymi iskierkami nadziei, która przybywała wraz ze skrzydłami kruka. Krótkie, napisane nierównym pismem listy, ostrożnie lakoniczne w obawie przed niepowołaną parą oczu – ale przecież wciąż nakreślone jego ręką, przelewające na pergamin jego myśli, dotykające jego skóry. Trystane nigdy nie sądził, że przez dwa lata przy życiu utrzymywać będą go skrawki papieru.
A jednak – robiły to. Skuteczniej od jakiejkolwiek obietnicy wolności.
Trudno więc dziwić mu się, że po tak długiej rozłące, po rozciągającej się w nieskończoność nieobecności… nareszcie się spotkali. Nie tak, jak pragnął tego książę – w bezpiecznych murach pałacu, w zaciszu komnaty, która stanowiła ich azyl, i jednocześnie dokładnie tak, jak tego chciał – czym prędzej, bez względu na okoliczności, miejsce, obecność innych ludzi, bez względu na to, co mogłoby się stać zaraz po tym. Krew już zagotowała się w żyłach, drżąca dłoń już zsuwała z twarzy chustę, oczy już odnalazły roziskrzony obraz bliźniaczej duszy – i nie było odwrotu.
Cały wszechświat zaklęty na tym jałowym, bezimiennym skrawku pustyni, gdzie nawet wiatr zdawał się wyczekiwać tego, co może nadejść. Rozedrgane, gorące powietrze oblepiało szczelnie splecione w uścisku ciała, wciskało się w kurczowo łapiące oddech nozdrza, wślizgiwało pomiędzy dłonie bękarta, zaciśnięte na plecach księcia, choć zdawało się, że już nic nie jest w stanie przerwać tych kurczowych objęć.
Nic?
Głos Sanda lawirował gdzieś w oddali, jak echo słów wypowiedzianych na drugim końcu kanionu – pytanie wydawało się Martellowi zupełnie nieistotne, zbyt błahe, by mógł ponownie zmusić gardło do wykrztuszenia kolejnych słów, nie potrafił zdobyć się na odpowiedź – nie w sytuacji, kiedy próbował ukryć własne łzy.
Pojawiły się nagle, niechciane, wstydliwe – trzy, mozolne krople żłobiące sobie drogę przez pokryty pustynnym kurzem policzek, dwie spośród nich prędko, trwożliwie niknące w szczecinie ciemnego zarostu, ostatnia zaś – jak prezent, który miał przypieczętować ten powrót – podarowana Qorenowi. Kiedy usta księcia przywarły do ust Sanda – jakby desperacko, w gniewnie na okazaną słabość - ostatnia z łez zdołała już dotrzeć do opuszczonego kącika; przez moment lawirowała na popękanych od słońca wargach, jakby pragnęła przegnać bezbrzeżny smutek, i nagle zginęła w trakcie prędkiego pocałunku, słona, wilgotna i osamotniona. Dopiero po chwili jej poświęcenie stało się zrozumiałe: gdy książę odsunął się od Qorena, uśmiechał się całym sobą. Uśmiechał ustami, oczyma, wyprostowanymi plecami, palcami, które przeczesały włosy i słowami, które przerwały ciszę.
- Musiałem zaatakować pierwszy, jeszcze trochę i same by ode mnie uciekły.
Tylko tyle i aż tyle – od niewerbalnego, zrozumiałego wyłącznie dla nich powitania, powitania, które przecież wcale się nie zakończyło, ale na dobrą sprawę właśnie rozpoczęło, do słów wypowiadanych na głos, by oszukać wszystkich wokół. Teraz pozostało im jedno – powrót do domu.

/ 3xzt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Szlak   

Powrót do góry Go down
 

Szlak

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Lawendowy Szlak
» Szlak górski
» Zachodni szlak
» Północny szlak
» Królewski Szlak

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne-