a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Komnaty sypialne Lorenta Tyrella



 

 Komnaty sypialne Lorenta Tyrella

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Komnaty sypialne Lorenta Tyrella   Sro Lip 16, 2014 3:07 pm

***
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty sypialne Lorenta Tyrella   Sro Lip 16, 2014 3:07 pm

Jednym z symptomów miłości jest rozmyślanie, ilu i jakie kobiety ukochany darzył uczuciem i pożądaniem oraz niejasna zazdrość o nie.
Nad Wysogrodem zapadł już zmierzch i zawisły na nieboskłonie tysiące gwiazd, lśniąc niczym okruchy diamentów. Miasto z wolna pogrążało się we śnie, z wyjątkiem karczm, gdzie muzyka, taniec i śpiew miały trwać nieprzerwanie co najmniej do godziny wilka oraz…. Jednej z komnat siedzibie rodu Tyrell.
Roslin wsunęła kosmyk niesfornych, jasnych jak łany dojrzałego zboża włosów za ucho drżącą dłonią. Martwiła się, ba! To mało powiedziane. Była śmiertelnie wręcz przerażona, a jednocześnie czuła radość w sercu. Rozpierającą, ogromną radość, dzięki której na zbladłych ze strachu ustach wykwitł delikatny uśmiech.
Muszę to zrobić.
Nagła, irracjonalna pewność, że jej plany są słuszne, powstrzymały drżenie. Wątłe, drobne ciało Roslin wypełniło uczucie gotowości. Niezdrowej ekscytacji. Dłoń zawisła w powietrzu, kilka milimetrów od dębowych drzwi, dzielących Roslin od komnat dziedzica Wysogrodu, Lorenta Tyrella, który wezwał ją dzisiejszej nocy bynajmniej nie w celu przygotowania kąpieli, bądź przyniesienia kolejnego dzbana złotego arb orskiego. Dziewczyna nie miała jednak nic przeciwko, absolutnie! Radowało ją każde spotkanie, każdy dotyk i muśnięcie warg. Miał delikatne dłonie, jakby nienawykłe do trzymania miecza, choć to jedynie złudzenie. Lubiła jego ciało nad sobą, lubiła jego ciężar i falujące loki ciemnych włosów, gdy poruszał się gwałtownie w miłosnym uniesieniu. Każdy skrawek, każde włókno, każdą najmniejszą cząstkę w nim kochała. Nie miała wątpliwości, że to musi być miłość. Jego obecność sprawiała, że gubiła gdzieś spokój, serce w drobnej piersi biło szaleńczo, a poniżej trzepotały motyle skrzydła. Noce z nim spędzane były najpiękniejszymi chwilami jej krótkiego, bo zaledwie siedemnastoletniego, żywota.
Dlaczego wszystko zniszczyłeś?, pomyślała Roslin, trwając nieruchomo na korytarzu pogrążonym w mroku. Nieposłuszny umysł podsuwał jej obrazy sprzed miesiąca, kpiąc z niej złośliwie. Obrazy ukochanego, trzymającego w swych silnych ramionach inną. Piękniejszą, o pełniejszych piersiach i węższej talii. Od tamtego momentu, gdy niemal upadła, dogłębnie zraniona, towarzyszyło jej nieznane, nieprzyjemne uczucie. Noce miała bezsenne.
Zazdrość to cień miłości. Im większa miłość, tym dłuższy cień.
Zapukała. Nie czekała długo, nim męski głos pozwolił jej na uchylenie drzwi i wślizgnięcie się do środka przestronnych komnat. Stał przy łożu, trzymając pełen kielich w dłoni i obserwując, jak Roslin zbliża się doń pewnie. Z uśmiechem na ustach i niepokojącą iskrą w oku, którą wziął jako przejaw podniecenia. Odstawił kielich na nocny stolik niecierpliwym gestem, a jego dłonie natychmiast odnalazły dziewczęce piersi. Rozdarł materiał sukni z przodu, aby odsłonić piersi nie większe od dojrzałych jabłek, po czym chwycił ją w talii i cisnął na miękką, ciemnozieloną pościel.
Porwał ją w taniec gorący, szalony, w świat pachnący rajem i łgał jej jak z nut, że kochać to szczęście i nic jest ważne, bo liczy się ona. Pieścił bladą skórę i kochał Roslin gwałtownie, lecz było w niej coś nowego. Innego. Ta niepokojąca iskra w oku nie dawała mu spokoju. Blondynka uśmiechała się nieustannie, a w uśmiechu tym jakby skrywała tajemnicę, którą nie dane było mu poznać.
To tylko służąca, zakpił w myślach, gdy z nią skończył. Zsunął się z jej młodego, wątłego ciała, aby spocząć obok i odbiec myślami dalej… Dużo dalej, bo gdy żądza została zaspokojona – Roslin stała się nieistotna. Była tylko jedną z gwiazd na niebie, jednym tylko płatkiem róż, których w Wysogrodzie były tysiące. Może nawet miliony.
To musi być teraz.
Roslin spojrzała w okno. Na wiszący na niebie, srebrzysty księżyc i okalające go gwiazdy. Spojrzenie błękitnych oczu przesunęło się powoli po płonących świecach, po arrasach pokrywających ściany, misternie rzeźbionych meblach, aby w końcu spocząć na mężczyźnie, którego tak mocno umiłowała. Brązowy kędziorek opadał na spocone czoło, lecz gdy chciała go odgarnąć, odsunął jej dłoń.
Tylko zamknij oczy na chwilę, mój miły.
Drobna ręka Roslin przesuwała się powoli, niepozornie po złotym prześcieradle, podążając ku szparze pomiędzy łożem, a stolikiem nocnym, gdzie stał kielich wina i płonęła świeca, rozpraszająca mrok. Kilka sekund poszukiwania opuszkami palców. Kilka sekund, a Roslin poczuła chłód metalu, który ostrożnie, niezwykle cicho wyciągnęła. Lorent Tyrell zapadał w sen. Bardzo powoli odpływał w słodki, głęboki sen, podczas gdy Roslin uniosła się, ciągnąc sztylet, który ukryła  o poranku, po miękkim prześcieradle.
-Oddałam Ci wszystko, co miałam…
-Co? – odparł sennie Lorent, nieśpiesznie rozchylając ciężkie powieki, aby ujrzeć w półmroku sylwetkę służącej, którą okalała księżycowa poświata niczym nimb świętości.
Roslin odwróciła się gwałtownie, a jej dłoń dzierżyła sztylet, którego ostrze zatopiło się w gardle dziedzica Wysogrodu. Wszystko to stało się szybciej, niż mogło wynosić mrugnięcie okiem. Szybciej, nim ktokolwiek mógł się spostrzec. I tylko Bogowie mogliby go przed tym ustrzec, lecz Lorent Tyrell nie należał wszak do ludzi pobożnych. A nawet jeśli należał… to Bogowie milczeli i byli obojętni na jego los.
Ciepłe łzy Roslin spadały na jego ramię, gdy Lorent charczał cicho. Z jego gardła krew tryskała jak z fontanny, plamiąc wszystko wokół. Jucha była wszędzie. Na rękach Roslin, na jej twarzy, na nagich piersiach. A ona jedynie wbiła sztylet głębiej i zatkała jego usta, by nie wydał z siebie żadnego dźwięku, by żaden ze strażników nie śmiał sprawdzić, czy nie dzieje się nic niepokojącego.
-Będziemy na zawsze razem, najdroższy… tylko ty i ja. Ty i ja – powtarzała nieustannie Roslin, a krew płynęła nieprzerwanie zamieniając łoże w jedną kałużę.
Minęło kilka chwil, które były wiecznością, które dzieliły Lorenta Tyrella od wieczności. I tylko Siedmiu wiedziało, czy wieczność tę spędzi w świecie lepszym od padołu łez, w którym przyszło mu żyć, czy piekielnych otchlaniach
Serce Lorenta Tyrella, Pierwszego Tego Imienia, pierwszego syna lorda Wysogrodu i Namiestnika Południa, dziedzica rodu przestało bić. Ciałem wstrząsnęło kilka ostatnich dreszczy, po czym zamarło w bezruchu.
Roslin oddychała ciężko, wpatrzona w martwe ciało kochanka, dostrzegając w nim pewne piękno. Wpatrywała się w niego bardzo długo, wodząc dłonią po coraz zimniejszym ciele. Językiem smakowała jego krwi. Ustami muskała jego usta. A gdy wzeszło słońce i jego blade, zimne światło wdarło się do komnaty, Roslin zsunęła się z łoża, aby usiąść na zimnej posadzce i jeszcze raz sięgnąć w szparę pomiędzy stolikiem, a łożem i wyciągnąć z niej fiolkę wypełnioną trucizną.
Teraz wreszcie zasnę. I będę z nim na zawsze.
Wszystkie noce Roslin miała bezsenne, ponieważ zazdrość nie wie, czym jest sen.
I po cichu zabija.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Komnaty sypialne Lorenta Tyrella

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Reach :: Wysogród-