a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Komnaty księżnej Ivory Targaryen



 

 Komnaty księżnej Ivory Targaryen

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Komnaty księżnej Ivory Targaryen   Sro Lip 09, 2014 7:30 pm



Komnaty księżniczki Dorne oraz księżnej Smoczej Skały, Ivory Targaryen krwi Martell, składają się z trzech pomieszczeń, w którym zamieszkała dzień po poślubieniu księcia Smoczej Skały i Namiestnika Siedmiu Królestw, Maegora Targaryena. Swe miejsce mają w jednej z wież, najbliższej Wieży Namiestnika. Do pierwszej z nich prowadzi korytarz, gdzie na warcie zawsze stoi dwóch, w pełni uzbrojonych strażników; a jest nią pokój dzienny. W tej wyjątkowo przestronnej, wypełnionej światłem, dzięki dużym okiennicom, komnacie stoi nieduży stół, przy którym księżniczka zazwyczaj spożywa śniadanie; misternie rzeźbione ławy obite miękkimi materiałami, biurko, na którym leży wyłącznie papeteria do pisania listów oraz kałamarz z piórem. W centralnej części stoi harfa. Naprzeciw wejścia znajdują się drzwi balkonowe, prowadzące na niewielki taras; na prawo drzwi prowadzące do łaźni, nieco mniejszego pomieszczenia, gdzie znajduje się nieduży basen wmurowany w podłogę. Po lewej stronie od wejścia zaś znajdują się drzwi, za którym kryje się wąski korytarzyk prowadzący do prywatnej sypialni księżniczki. Przestronnej, przytulnej komnaty, gdzie centralną i największą część znajduje szerokie łoże z baldachimem, zasłane miękką pościelą barwy pomarańczy. Pod łożem i ścianami stoi kilka bogato zdobionych skrzyń oraz szafa, które skrywają suknie oraz biżuterię dornijskiej księżniczki.
We wszystkich pomieszczeniach nie brakuje dornijskich akcentów, a mianowicie miękkich poduszek, na których można usiąść, lekkich materiałów, mających ozdobną funkcję i finezyjnie wykonanych lampionów. Zgodnie z życzeniem dziewczyny służące każdego poranka wymieniają kwiaty w wazonach na świeże, w powietrzu więc unosi się wyjątkowo miły zapach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty księżnej Ivory Targaryen   Sro Lip 09, 2014 9:49 pm

Było ciepło, ale nie upalnie i męcząco. Było słonecznie i jasno, lecz promienie nie sprawiały oczom bólu. Przede wszystkim – było jednak przyjemnie. Uczucie radości otaczało ją z każdej strony. Niewytłumaczalnej, ogromnej radości. Pod palcami czuła coś miękkiego, bardzo miękkiego, a kiedy otworzyła oczy okazało się być to maleńkim kotkiem o rudej sierści. Zaraz pojawił się drugi. I trzeci, i czwarty, i piąty. Ivory siedziała w ogrodzie, otoczona kociętami, które pomiaukiwały uroczo, lgnąc do niej, złaknione drapania za uszkiem i głaskania. Skąd te koty się tu wzięły?, zastanawiała się księżniczka, nie mogąc i nie chcąc się od nich opędzić. Były… po prostu słodkie. Tuliła je do policzków i sadzała na kolanach, a ich wciąż przybywało… i przybywało.
Cytrynowe ciasteczko… Zjadłabym cytrynowe ciasteczko. Albo tę dyniową zupę…
To była pierwsza myśl, która pojawiła się w umyśle księżniczki tuż po przebudzeniu, kiedy nie zdążyła nawet otworzyć oczu. Leżała wtulona w ciepło pomiętej pościeli, wyciągając rękę, która napotkała jednak pustkę tam, gdzie leżał jej mąż, kiedy powieki zaczęły wyjątkowo ciążyć i bez oporów pogrążyła się w głębokim śnie. Śnie spokojnym i wyjątkowo odprężającym, jednakże wypełnionym… wyjątkowo uroczymi obrazami kociąt oraz szczeniąt. Przeciągnęła się na szerokim łożu, otwierając w końcu oczy. Ciepły świt dopiero nastawał, pierwsze promienie słońca wpadały nieśmiało do komnaty, lecz księżniczka nie mogła już zasnąć. Leżała na plecach, wpatrując się w lawirujące w prostych smugach światła drobinki kurzu, walcząc z przemożną ochotą wezwania służącej, aby posłać ją po talerz cytrynowych ciasteczek, za którymi przecież nigdy aż tak nie przepadała. Nagle u jej boku znalazła się egzotyczna kotka, licząca sobie mniej niźli dwa lata, która była podarunkiem od jej pana ojca. Zwierzę zwinęło się w kłębek, wtulając w zwężenie talii i wypełniało komnatę swoim mruczeniem, gdy dłoń Ivory nieśpiesznie gładziła nakrapiane cętkami jasnobrązowe futerko.
Podnosiła się z łoża marząc wyłącznie o cytrynowych ciasteczkach.
Upłynęły dwie, może trzy pełne godziny nim zjawiły się dwie służące ze śniadaniem oraz gorącą wodą na kąpiel. Jednakże na tacy, niesionej przez jedną z Dornijek, gdzie leżało kilka słodkich bułeczek, owoców oraz dzban soku, brakowało upragnionej słodyczy. Niezadowolona księżniczka natychmiast odesłała dziewczynę z powrotem do kuchni, nie zamierzając drożdżowego wypieku nawet tknąć. Gdy wreszcie jej prośba została spełniona, a na stole w pokoju dziennym pojawił się talerz z cytrynowymi ciasteczkami… zjadła tylko jedno, nim odsunęła od siebie resztę, nagle wyjątkowo zniechęcona.
-Zabierz to – rozkazała krótko, nim podniosła się z krzesła gwałtownie… i zachwiała przez nagły ból głowy, który uderzył weń jak fala.
A gorąca kąpiel w łaźni, którą przygotowały służki, nie przyniosła ukojenia. Miała wrażenie, jakby na jej głowie zaciskała się bezlitośnie stalowa obręcz, bardzo powoli i boleśnie. Niewytłumaczalna radość, która towarzyszyła jej od momentu przebudzenia ulotniła się jak nocą dym. Naburmuszona i zła, co było bardzo… wyjątkowe, ponieważ zdarzało jej się to rzadko, owinęła się czystym płótnem, przechodząc do swej sypialni, gdzie czekały na nią Dornijki, gotowe, aby pomóc księżniczce ubrać suknię oraz uczesać czarne pasma, jednakże okazało się to zadaniem niezwykle trudnym. Ivory odrzucała suknię, za suknią, decydując się w końcu na kreację, która mogła okazać się zbyt wyzywającą jak na oczy tutejszych dam. Z pewnością nie wypadało nosić jej pannom, jednakże księżniczka była już kobietą zamężną. Mężatką. Wciąż brzmiało to w jej ustach dziwnie, podobnie jak przysługujący jej tytuł księżnej oraz nazwisko męża przy imieniu. Minęło zaledwie dziesięć dni od dnia zaślubin i wszystko to było dla niej nowe. Inne. Nieraz nieprzyjemne. Dziesięć dni, a Ivory czuła się zmęczona dworzanami. Ich obłudą i kłamstwem. Samą obecnością, którą znosiła nieprzerwanie niemal przez całe dnie. Lady prosiły ją o spacer po Królewskich Ogrodach, wizytę w sepcie, bądź podwieczorek w jednej z altan. Dornijka nieustannie znajdowała się pod obstrzałem ich pytań, męczących spojrzeń, którymi chciały przewiercić jej duszę na wskroś oraz niejednokrotnie… głupotą. Niespecjalnie błyskotliwe konwersacje na temat nowych krojów sukien, bądź romansu jednej z wysoko urodzonych dam stały się już niemal codziennością, do której musiała najwyraźniej przywyknąć.
Dziś jednak nie miało mieć to miejsca. Lada chwila miała zjawić się Oriane. Jej starsza siostra, będąca córką ojca z nieprawego łoża, nosząca więc nazwisko Sand, jednakże to było dla księżniczki nieistotne. W Dorne nikt nie pogardzał bękartami, które rodziły się wszak z namiętności – a to przecież nie jest powodem do wzgardy. A choć matka Ivory, księżniczka Badriyah, pochodząca z rodu Xho władającego Doliną Słodkiego Lotosu na Wyspach Letnich, nie tolerowała bękarciej córki swego męża – swym dzieciom nie zabraniała utrzymywać z Oriane kontaktu, co Ivory wykorzystywała, gdy tylko mogła. Lynette zdawała się być zbyt zaaferowana swą przyjaciółką z Wysogrodu.  Bękarcia siostra zniknęła jednak na wiele lat, lecz… towarzyszyła zjawiła się, gdy przyszedł jeden z najtrudniejszych momentów w życiu księżniczki, a mianowicie jej własne zaślubiny. Podczas samego wesele oraz dni, które nastąpiły po nim, nie była w stanie poświęcić Oriane więcej niźli godziny, to tego dnia odmówiła każdego spaceru oraz podwieczorku, sprawiając tym samym szlachetnie urodzonym damom wielki zawód. Kolejna nieistotna sprawa.
Jedna służąca rozczesywała jej włosy, podczas gdy druga przekładała suknie, chcąc po chwili zamknąć skrzynię, kiedy Ivory kątem oka wychwyciła coś, co wypadło jej z pamięci przez gorączkowe przygotowania do ceremonii oraz późniejsze dnie spędzane od brzasku do zmierzchu poza komnatami. Prostokątne, szczelnie owinięte skórą zawiniątko. Ślubny podarek od Orysa Baratheona.
-Zaczekaj – cichy głos Ivory nakazał przerwać dziewczynie wykonywaną czynności, którą zakończyła dopiero wtedy, gdy księżniczka trzymała już w dłoni prezent.
Chwila wahania, zmącona ciekawością. A przede wszystkim narastającą złością, która zaczęła jej towarzyszyć na myśl o Końcu Burzy, gdzie wciąż trzymano Trystane, choć już podobno jako… gościa honorowego. Nieśpiesznie przeszła przez wąski korytarz, dzielący sypialnię od pokoju dziennego, aby zająć miejsce w miękkim fotelu przy oknie. Obracała w drobnych dłoniach podarek, wciąż nie mogąc się zdecydować na jego otworzenie. Przyglądała mu się badawczo, jakby miał skrywać coś zagrażającego jej życiu, bądź zdrowiu. Po upływie kilku minutach pozbyła się skóry kilkoma niecierpliwymi gestami, a jej oczom ukazały się dwa, złożone papierowe pliki oraz… wisiorek, lecz nie zwykły wisiorek. Uniosła go do oczu, przyglądając się maleńkiemu kwiatu otoczonemu czterema wskazówkami z literami odznaczającymi każdą stronę świata, aby po chwili przekonać się, że wmontowano weń… płytkę myrijskiego szkiełka. Jeszcze dwa niecierpliwe ruchy, a jej oczom ukazały się dwie mapy.
Mapy nieba.
Jedna z nich ukazywała niebo nad Morzem Letnim, zaś druga nad Wąskim Morzem. Na każdej z nich jednak zaznaczono gwiezdne konstelacje, pomagające w nawigacji na otwartym morzu. Ivory przesunęła opuszkami palców po jednej z nich, drugą dłonią natychmiast unosząc do oczu szkiełko i nachylając się nad gwiazdozbiorem. Cichy odgłos uderzającego o kamienną podłogę papieru kazał jej oderwać od mapy wzrok i przenieść go na liścik, który ukryto pomiędzy plikami. Sięgnęła po niego dłonią, rozwijając bez zbędnej zwłoki.
Oby kolejna ucieczka z tą drobną pomocą się powiodła…
Obyś nigdy nie musiała uciekać.

Dornijka obracała liścik w palcach, raz po raz czytając te kilka słów zapisanych pismem, które poznała w wyjątkowo nieprzyjemnych okolicznościach, czując jednocześnie kolejną falę bólu głowy. Zmrużyła oczy, zmuszając się do oderwania myśli od dziedzica Końca Burzy oraz słów, które usłyszała od niego na dziedzińcu. Odchyliła głowę, chcąc… na chwilę zasnąć. Odpędzić myśli o bracie, wojnie, która już minęła oraz tych pełnych samotności dniach, spędzonych w gościnnej komnacie w twierdzy rodu Baratheon.
Nagłe zmęczenie ogarnęło ją bezlitośnie, czyniąc członki i powieki wyjątkowo ciężkimi, a ból głowy jeszcze dotkliwszym, jednakże… nie mogła sobie na to pozwolić, gdyż rozległo się ciche pukanie do drzwi.
-Wejść – powiedziała donośnie, już po chwili spoglądając na swego strażnika, zawiadamiającego ją o przybyciu Oriane – Wpuść ją, natychmiast.
Podniosła się z miejsca, wcześniej odkładając mapy oraz cenne szkiełko na biurko. Wygładziła spódnicę sukni, a u jej boku niemal natychmiast zjawiła się wciąż bezimienna suczka, przypominająca niemal do złudzenia wilka. Kolejny ślubny podarek, który przyprowadzały służące każdego poranka, zgodnie z życzeniem księżnej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Sunspear/Braavos
Liczba postów :
53
Join date :
11/03/2014

PisanieTemat: Re: Komnaty księżnej Ivory Targaryen   Czw Lip 10, 2014 4:23 pm

Od wesela minęło kilka dni, ale Oriane wydawało się, że jest w King's Landing już dobry miesiąc. Nie zwykła przebywać dłuższego okresu czasu w jednym miejscu, no chyba, że akurat miała jakieś zajęcie. Teraz nie zajmowała się niczym, co zapewniało jej byt, ale nie oznacza to, że powód nie był priorytetowy.
Sand zawsze żyła w cieniu, który dla siebie wybrała. Nie wstydziła się pochodzenia, ale im mniej osób wiedziało kim jest, tym lepiej. Jej życie i tak było dostatecznie skomplikowane. Podczas uroczystości weselnych wiele osób zdziwiło się na wieść o jej istnieniu. Oriane była na tyle złośliwa, że na widok każdej zaskoczonej, bądź zniesmaczonej miny, odpowiadała dumnie podniesioną głową i najpiękniejszym ze swoich uśmiechów. Ich reakcja sprawiała jej satysfakcję. Tu dwie sprawy się ze sobą łączą, gdyż w tym momencie częściowo się odsłoniła. Mogło to jej trochę przeszkadzać, ale istniały cele, dla których warto coś poświęcić.
Szczęsną była godzina, w której wjechała do stolicy, ponieważ to właśnie ona ukazała jej prawdę zatartą już nieco w pamięci: chciała być komuś potrzebna. Jej wprawa w doradzaniu czy poprawie nastroju była znikoma. Tam, gdzie brakuje miłości, nie da się wyhodować czegoś zdrowego i pięknego. Niemniej jednak, nie wszystko nadawało się do wyrzucenia. Sand widziała w swoim życiu więcej zła niż dobra i sama umiała się w tym jakoś odnaleźć odnaleźć. Uczucie dobra i spokoju były jej prawie obce. Nie liczyła pochlebstw, czy komplementów od nielicznych. Dobra uczyła się poprzez te nieliczne chwile, gdy spotykała na swej drodze tych, którzy nie pozwoli jej upaść.
Dornijka nie brzydziła się krwią, nie obce były jej kłamstwa, ani zadawanie bólu. Rodzi się pytanie, czy była zła? A czy ojciec, który zabił syna za zdradę rodziny, jest zły? Żołnierz, powalający przeciwnika zasługuje na karę? Sand miała swój kodeks, którego przestrzegała i cieszyła się wyłącznie z upadku tych, którzy na to [według niej] zasłużyli.

- Dlaczego nie chcesz tutaj zostać? - wspomnienie tamtego głębokiego głosu nadal przyprawiały ją o dreszcze. - Nawet nie wyglądasz jak oni.
- Ale taka jestem - odpowiedziała hardo, wpatrując się w odpływające statki.
- Nic cię tam nie trzyma, nie chcą cię tam.
- Ale ja chcę ich.
- Dlaczego? - ciężko było znieść tamto spojrzenie brązowych oczu, ale wytrzymała. - Są moją rodziną, nie mam nikogo poza nimi.
- Masz mnie.
- Przypomnij sobie naszą rozmowę, kiedy minie twój piąty dzień imienia licząc od tego, który świętowaliśmy dwa księżyce temu. Jeśli powiesz sobie, że nic się nie zmieniło, popłyń do Dorne i zapytaj o mnie.


Nie mam nikogo poza nimi - powtórzyła w myślach, dokładnie pięć lat później. Nikt o nią nie zapytał, nikt nie chciał. Nie istniało dla niej nic innego; tylko Westeros, ród Martell i pustka, jaką miała w sercu.



Idąc korytarzem pałacu królewskiego, poznawała mijane twarze. Niektórych widywała poza twierdzą, innych znała z tych momentów, kiedy mogła przekroczyć progi zamku. Dornijka była dobrą obserwatorką, zapamiętywała szczegóły. Wyłapała nawet tych, których wcześniej nie widziała. Podejrzewała, iż część z nich była tu od niedawna, być może służąc jej siostrze. Czy jest tam ktoś, komu Ivory mogła w pełni dowierzać?
Gdy stanęła przed strażnikiem, ludzie wokoło przestali mieć znaczenie. Uśmiechnęła się do niego, ni to pogodnie, ni to złośliwie. Jak się spodziewała nie zareagował inaczej, niż sądziła. Zawiadomił swoją panią o przybyciu bękarcicy, a ta nakazała mu natychmiast ją wpuścić.

Oriane stanęła na progu komnaty i ukłoniła się księżnej na znak powitania i szacunku. Z boku wyglądało to tak, jakby obie panie były sobie obce i dzielił je mur nie do przebycia. Poczucie dystansu okazało się bardzo mylne, gdy twarz niebieskookiej rozpromieniła się i ochoczo ruszyła naprzód, by uściskać Ivory serdecznie.
- Witaj, kochanie - niewiele spraw tego świata mogło sprawić, by przez gardło przeszłoby jej to słowo, a czułość w głosie była tak czysta i szczera. Jak na starszą siostrę przystało, tak i Oriane nie odpuściła, przyglądając się jej uważnie. Wyglądała tak samo, ale równocześnie inaczej. Gdy coś dzieje, zwykle odbija się to w oczach, ale istnieją jeszcze słowa, które lepiej potrafią wyjaśnić wszystko. Na te liczyła podczas tego spotkania.
- I nadszedł dzień, kiedy i mnie przypadła radosna chwila możliwości dzielenia czasu z przesławną nową księżną - Sand uśmiechnęła się do siostry przyjaźnie. Niech bogowie bronią, nie kpiła sobie i nie wytykała jej tego, że nie znalazła wcześniej dłuższej chwili dla jej osoby. Przed nią stało wielu uprzywilejowanych, a sama Oriane nawet była zadowolona z biegu spraw, gdyż będzie mogła posłuchać skarg, narzekań i innych zwierzeń, które skumulowały się od czasu ich ostatniego spotkania.
Czworonożna przyjaciółka Ivory, łypała na nią swoim bystrym wzrokiem, zupełnie jakby chciała ocenić, czy jest przyjacielem, czy wrogiem. Zawarczała cicho, zwracając na siebie ich uwagę.
- Mądre zwierzę - pies czuwał przy córze dornijskiej ziemi i chyba nie miał ochoty jej opuszczać. Przywiązanie robi swoje.
Oriane sięgnęła do paska i odwiązała sznureczki, które podtrzymywały jej szal. Nie miała zamiaru rezygnować z odzienia, które uważała za najwygodniejsze, ale nie chcąc gorszyć nadętych matron przechadzających się tu i tam, postanowiła się trochę zakryć, przynajmniej wtedy, gdy szła przez pałac. Dwuczęściowy komplet nie robił żadnego wrażenia w Dorne, ale tutaj było inaczej. Odłożyła zbędną część na bok i ponownie stanęła przy siostrze. Złapała jej dłonie w pokrzepiającym uścisku.
- Nie każ mi dłużej czekać i powiedz jak się czujesz. Fizycznie, psychicznie, w nowej roli - interpretację pytania zostawiła już samej księżnej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty księżnej Ivory Targaryen   Nie Lip 20, 2014 1:43 pm

Strażnik otworzył drzwi, zgodnie z poleceniem dornijskiej księżniczki, wpuszczając do środka młodą, piękną kobietę, której widok wywołał na jej twarzy promienny uśmiech. Sam zniknął za drzwiami, jakby zabierając tym samym ze sobą troski oraz smutki, dotychczas towarzyszące księżniczce. Ivory prychnęła, poirytowana ukłonem siostry – nigdy nie wymagała, aby Oriane składała jej ukłony. Było to zbędne i deprymujące, Oriane była przecież… jej siostrą. Z prawego łoża, czy nie – łączyły je silne więzy krwi. Księżniczka nigdy nie dbała o to, jakie nazwisko nosi stojąca przed nią kobieta. W Dorne nikt nie pogardzał wszak bękartami, były zrodzone z namiętności, a ona była niezwykle istotna w życiu mieszkańców pustyń. Bez zbędnej zwłoki Ivory ruszyła ku siostrze, otwierając wątłe ramiona i zamykając Oriane w uścisku. Zarzuciła jej ręce na szyję i przylgnęła mocno.
-Tęskniłam za Tobą – wyrzekła cicho, nim odsunęła się na odległość własnych rąk.
Trzymała Oriane za ramiona, przyglądając się jej badawczo. Od wielu lat nie miały sposobności, aby spędzić ze sobą więcej czasu, niż kilka dni. A nawet godzin. Oriane umiłowała sobie tułaczkę po Siedmiu Królestwach, rolę wiecznego włóczęgi – zawsze jednak powracała do Dorne, miejsca jej urodzenia. Bywały chwile, gdy Ivory zazdrościla swej siostrze tej swobody, którą cieszyła się właściwie od zawsze. Możliwości poznania wszystkiego od kompletnie innej strony, czemu towarzyszyła nieodzownie nuta… ryzyka? Niebezpieczeństwa? Ojciec nigdy nie pozwoliłby, aby wyruszyła samotnie choćby i Cytrynowego Lasu; Oriane zaś nikt nigdy nie ograniczał.
-Wybacz mi, lecz… z pewnością doskonale rozumiesz, że to moje obowiązki – odparła zakłopotana, podążając za jej spojrzeniem.
Wilczur, podarowany jej przez ród Starków, plątał się przy ich nogach, obwąchując kostki Oriane i radośnie merdając ogonem. Powinnam wybrać dla niej imię, przemknęło jej przez myśl, nim siostra chwyciła jej dłonie i zażądała odpowiedzi na wyjątkowo kłopotliwe pytanie.
Zbyt wiele uczuć i myśli się w niej kłębiło, aby była w stanie udzielić na pytanie siostry jednoznacznej odpowiedzi. Ostatnie wydarzenia uderzyły w nią jak fala, od której dostała kolejnego zawrotu głowy. Obróciła się w stronę okna, aby ukryć to przed Oriane i podążyć w stronę balkonowych drzwi, chwytając po drodze cytrynowe ciasteczko z talerza. Obracała go w palcach, stając przy wyjściu na taras, w pełni słonecznego blasku. Dzień był piękny, ba! Wyjątkowo. Nieboskłonu nie zagradzała ani jedna chmura, znad zatoki zaś nadciągała przyjemna bryza, nie pozwalająca upałowi dręczyć i męczyć.  Jednak te lekkie podmuchy wiatru nie mogły powstrzymać natłoku wspomnień, przed którymi nie potrafiła się obronić.
Przytłaczające poczucie straty, nagle po tysiąckroć spotęgowane.
-Moja nowa rola… to ani łatwe, ani trudne. Mam wszystko, czego potrzebuję, a nawet więcej i być może to jest powód – zaczęła Ivory, dalej obracając w palcach ciastko, jakby wahając się, czy ma prawo go zjeść. – Aida i Mellario zginęły podczas sztormu, kilka tygodni temu.
Łzy napłynęły jej do oczu niespodziewanie i mimowolnie, będąc całkowicie niepożądanymi. Na dworze Królewskiej Przystani nie było miejsca na łzy. Nie było miejsca na żadną ze słabości, ani empatię. Liczyła się jedynie umiejętność trzymania emocji na wodzy, a prawdę mówiąc… kompletny ich brak – to byłoby najlepszym wyjściem. Zamiast serca w piersi posiadać ogromną pustkę, której spokoju i ciszy nic nie mogłoby zakłócić. Ivory jednak nie potrafiła odsunąć od siebie wspomnień związanych z Aidą, maleńką Aidą, którą traktowała jak młodszą siostrę, dzieliło je wszak jedynie dziesięć lat, dokładnie więc tyle ile wynosiła różnica wieku pomiędzy nią a jej ojcem, a jednocześnie najstarszym z braci Ivory.
Zacisnęła dłoń w pięść, krusząc to cholerne cytrynowe ciasteczko, pozwalając okruszkom opaść na ziemię. Natychmiast podbiegła do nich zaciekawiona suczka, a Dornijka otarła łzy wierzchem dłoni, jednakże zamiast opanować się jak zawsze, zachować spokój i stłumić uczucia, przeżywając je wewnętrznie, rozkleiła się jak maleńkie dziecko, odwracając w stronę siostry i padając na nowo w jej ramiona.
-Pan ojciec, pani matka… Trystane, teraz Aida i Mellario… - wyszeptała cicho, nie wiedząc nawet dlaczego wybuchła tak gwałtownie –Ale mój pan mąż, jeśli o to pytasz jest dla mnie dobry. Tak, to dobre słowo. Jest dla mnie dobry.
Oriane objęła swą siostrę i wysłuchała słów, płynących z ust księżniczki, bez cienia sprzeciwu. To była naprawdę długa rozmowa...
/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty księżnej Ivory Targaryen   Nie Mar 01, 2015 5:08 pm

Wielki Maester był zdania, iż w ostatnich tygodniach brzemienności kobieta winna unikać wysiłku i jak najwięcej odpoczywać.
Ivory z najwyższą chęcią przystała na to zalecenie, bez sprzeciwu spędzając większość czasu we własnych komnatach, izolując się od innych dworzan. Sporych rozmiarów brzuch już wcześnej uniemożliwił jej swobodne poruszanie się i schylanie, a wejście (bądź zejście) po schodach uczynił nie lada wyzwaniem. Dornijka z dnia na dzień czuła się jak coraz cięższa i bardziej zmęczona kukła, pozbawiona swobody. Z niecierpliwością (i równie ogromnym strachem) wyczekiwała rozwiązanie, na przemian ciesząc się i wylewając łzy w rękaw Carli Rykker, lękając się, że nie podoła wyzwaniu, jakim było macierzyństwo. Przyjaciółka pocieszała ją nie tylko słowami, ale także podsuwała pod nos talerze z jagodowym ciastem, przyniesionym przez służkę. Księżniczka raz sięgała po nie z wdzięcznością (muszę przecież jeść za dwoje, prawda?), a innym znowuż razem ciskała talerzem o ścianę (niedługo nie zmieszczę się w drzwiach i on więcej na mnie nie spojrzy!. Amosfera stawała się ciężka i gęsta, lecz gdy tylko jej pan mąż wracał do niej nocami (nie zostawiaj mnie tutaj samej, dobrze?), uśmiechała się kładła jego dłonie na własnym brzuchu, by poczuł kopnięcia dziecka.
A kiedy Maegor wychodził, by wrócić do  swoich obowiązków, gdy wzywał go świt, albo jeszcze spał, a ona tuliła policzek do potężnej piersi małżonka, modliła się do Siedmiu, aby w jej łonie rozwijał się chłopiec. Książę Smoczej Skały szaleńczo pragnął syna, dostrzegała to każdego dnia, a jako dobra żona chciała go uszczęśliwić i mu go dać. I choć nie miała na to żadnego, choćby najmniejszego wpływu, to wiedziała. Była pewna, że jeśli z jej łona narodzi się dziewczynka – to ona będzie winna. Dlatego też nawet nie wspominała takiej możliwości, nie rozważała przy nim imion dla potencjalnej córki i z (udawaną) radością przyjęła drewniany mieczyk od lady Rosby, jako przyszłą zabawkę dla dziecka.
Dla Księżnej płeć dziecka w istocie nie stanowiła tak wielkiego znaczenia, jako matka kochałaby je wszak równie mocno, bez względu na to, czy jest chłopcem, czy też dziewczynką. Została przecież wychowana w miejscu, gdzie pomiędzy kobietą a mężczyzną panowała niemal równość. Kobiety mogły dziedziczyć na równych prawach co mężczyźni, mogły władać jako lady, brać udział w polityce i chwytać za broń, bądź nawet ster statku.
Ale Dorne pozostawiła za sobą daleko ponad rok temu.
A w Królewskiej Przystani liczył się wyłącznie syn.
Ta myśl spędzała jej sen z powiek i dręczyła za dnia, tak jak teraz, gdy spoczywała w cieple miękkiej pościeli, próbując skupić uwagę na tekście O układzie ciał niebieskich, dzieła maestera Yoricka, aby wypełnić czymś czas. Shiera (która teraz przypominała wielkie bydlę) wiernie spoczywała w nogach łoża, korzystając z nieobecności Namiestnika, który darzył ją najszczerszą niechęcią i wyczekując, aż Dornijka wyciągnie dłoń, by ją pogłaskać, bądź podsunąć pod nos tłustą kiełbaskę. Księżniczka trzymała ją przy sobie także z innych względów. Suka, przypominająca bardziej wilka, niż psa, nieufnie warowała przy drzwiach, gdy Iv przesypiała popołudnia, bądź powarkiwała, nie spuszczając spojrzenia bursztynowych ślepi z obcych dam, które chciały odwiedzić Księżną Smoczej Skały.
I rzecz jasna – udzielić niezwykle cennych rad dotyczących macierzyństwa.
Nie karm maleństwa piersią, od czego są mamki?
Nie okazuj zbyt wiele czułości, księżniczko, inaczej Twój syn będzie za miękki na ten świat.
Córkom nie pozwalaj sięgać po książki. To przecież niszczy dziewczęce umysły.
Nie poświęcaj im wiele uwagi, od wychowania są septy i ojciec!

Księżniczka Dorne przyjmowała te rady z przymrużeniem oka. Właściwie jednym uchem je wpuszczała, a drugim wypuszczała, niewiele sobie z nich robiąc, gdyż jedyną kobietą, na jakiej pragnęła się wzorować – była Badriyah Martell, jej matka.
Jak owca idzie za owcą, tak córka idzie za matką.
Ivory oddałaby wszystko, co tylko posiadała, by móc jeszcze raz, jeden, jedyny raz móc z nią porozmawiać. Przez krótką chwilę, najkrótszą z możliwych, słyszeć jej ciepły głos. Księżna Dorne była najwspanialszą i najmądrzejsza kobietą, jaką znała, nie potrafiła sobie wyobrazić matki lepszej od niej. Łagodnej, czułej, z ochotą zajmującej się własnymi dziećmi. Badriyah nie zwykła zrzucać całości obowiązków na ramiona piastunek. Iv doskonale pamiętała ja matka, po urodzeniu swego ostatniego dziecka, nie wypuszczała jej z ramion. Karmiła piersią, własnoręcznie przewijała i kołysała do snu.
Czasami tęskniła za nią tak bardzo, że całe jej życie stawało się tęsknotą za tym co utraciła. A takie życie wyglądało papierowo. Kruszyło się w palcach, rozpadało. Każdy ruch przygląda się sobie, każda myśl przygląda się sobie, każde uczucie zaczyna się i nie kończy, i w końcu sam przedmiot tęsknoty robi się papierowy i nierzeczywisty. Ten stan ma naturę falującą i sprzeczną sobie. Jest kwintesencją życia i jest przeciwko życiu. Przenika przez skórę do mięśni kości, które zaczynają odtąd istnieć boleśnie. Nie boleć. Istnieć boleśnie  - co znaczy, że podstawą ich istnienia był ból. Nie ma od tego ucieczki. Trzeba by było uciec poza własne ciało, a nawet poza siebie.
Teraz miała wrażenie, że jest więźniem własnego ciała.
Leżała samotnie w wielkim łożu, mając nad głową jedwabny baldachim, a przy sobie jedynie Shierę. W komnacie dziennej wyszyła chusteczkę akuszerka, w każdej chwili gotowa, by wezwać Wielkiego Maestera i towarzyszyć Ivory przy rozwiązaniu. Upierała się każdego poranka, by księżniczka ćwiczyła oddech, napinała i rozluźniała mięśnie. Mówiła, że będzie bolało, a Iv bała się coraz bardziej i bardziej. W pewnych momentach tak bardzo, że dłonie jej drżały i modliła się, by czas w miejscu przystanął, a moment porodu stał się jeszcze odleglejszą datą.
Dziecko nie ułatwiało jej tego oczekiwania w niczym, stając się jeszcze bardziej aktywne, niźli wcześniej. Przeciągało, kopało, trafiając nóżkami w trzewia i miednicę. Bolał ją kręgosłup, bolały stopy, głowa pulsowała bólem. Huśtawka nastrojów wszystkim wokół dawała się we znaki i Ivory widziała, że odetchnęliby z ulgą, gdyby już było po wszystkim.
Tego dnia świeciło słońce. Po jesiennych burzach, nastał dzień pięknej, ciepłej pogody. Poranne promiennie wpadały przez szerokie okiennice komnaty księżniczki, zstępując na posadzę, odbijając się od lustra i rażąc ją w oczy. Dornijka poprosiła służkę, by otworzyła je nieco i wpuściła do komnaty świeżego powietrza. Gdy już wsunęła do ust ostatni kęs gulaszu z węży, gotowanego przez kucharkę sprowadzoną aż ze Słonecznej Włóczni, zechciała wstać.
Podejść do okna, przekonać się, że świat jeszcze istnieje. Nie osunął się w nicość, nie stanął w miejscu. Od kilku godzin odczuwała bóle, ale Mya kazała się jej nimi nie przejmować. Nie były aż tak silne, by nie mogła podnieść się z łóża, wsparła się więc na łokciach i chciała unieść, lecz…
…. silny, tępy ból łona przygwoździł ją do pościeli.
A po chwili następny. Ivory zaczęła szybciej oddychać, sparaliżowana tym obrotem sytuacji. Leżała nieruchomo, wpatrując się w materiał baldachimu. Nie wiedziała ile, kilka, kilkanaście, a może kilkadziesiąt minut? Ból nie znikał, wprost przeciwnie. Pojawiał się coraz częściej i mocniej. Dół kręgosłupa dołączył doń ochoczo, wyrywając z jej gardła głośny jęk.
-Mya! – paniczny, przestraszony głos księżnej rozdarł ciszę, mąconą jedynie przez oddech Shiery.
W drzwiach sypialni zjawiła się starsza kobieta, która zamiast zastygnąć w bezruchu, na widok leżącej na łożu dziewczyny na mokrej plamie wód płodowych, wrzasnęła na strażnika, by biegł po Wielkiego Maestera.
-Dzisiaj zostaniesz matką, księżniczko! – odezwała się z irracjonalną dla Ivory radością, podchodząc do przygotowanych wcześniej czystych płócien i misy z wodą. Namoczyła materiał i zaraz znalazła się przy łożu, by podwinąć materiał białej, miękkiej koszuli, odsłonić uda Dornijki i otrzeć jej czoło.
Ivory spoglądała na ciepły, łagodny uśmiech, wierząc, że bardziej boleć już nie będzie.
I nie tylko Bogowie, ale i wszystkie matki tego świata wiedziały, jak bardzo się myliła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty księżnej Ivory Targaryen   Sro Mar 11, 2015 8:29 pm

Wątek nadzoruje i prowadzi: Aylward Baratheon

W tych ciężkich czasach trudno być optymistą, pomyślał z zaskakującą klarownością Wielki Maester, wygładzając drżącymi, poznaczonymi siateczką blizn dłońmi szeleszczący pergamin. A właściwie kto to ten jest optymista? Staruszek zmarszczył gęste, siwe brwi, z właściwą sobie pieczołowitością obwiązując wolumin jedwabną wstążeczką barwy najsoczystszej zieleni, takiej, jaka dostrzegalna jest podczas słonecznych, wiosennych poranków, gdy krople rosy wciąż pełgają po listowiu, a złociste promienie nieśmiało oblewają ziemię swym zbawiennym światłem.
Przypominam sobie, że w jakimś starym wokabularzu powiedziano, iż optymista to człowiek pełen optymizmu. Któż sporządził to zestawienie? Maester Auren…? Siedmiu, nie, bodajże Lellyn…
Staruszek zamruczał pod nosem do własnych myśli, sięgając po kolejną księgę – skórzana oprawka była wyraźnie obdarta na grzbiecie, zaś jej rogi zakrzywione i przetarte. Mimo to Wielki Maester z niesłychaną ostrożnością przewracał kolejne, kruche kartki, doskonale wiedząc, iż ubogi wygląd książki jest jedynie pozorem – jej prawdziwe piękno kryło się we wnętrzu, przesyconym zapachem kurzu i… cóż, starości. Zakonserwowanej, wielowiekowej starości.
A niechże mnie Inni, nie przypomnę sobie. Ważne, że w tymże wydaniu pozycję dalej podano, że optymizm jest stanem, który charakteryzuje się pełnym radości życia odczuwaniem rzeczywistości i wiarą w lepszą przyszłość, w powodzenie.
Wielki Maester Oswell z rodu tak mało istotnego, iż jego nazwa zatarła się w pamięci większości mieszkańców Reach, nie uważał się za człeka optymistycznego. Prawdę mówiąc, wraz z karbem wieku nadszedł również ciężar przytłaczających go myśli, które z wielką ostrożnością dookreślać można było mianem pesymistycznych. Staruszek coraz częściej zastanawiał się, jak długo będzie mu dane wykonywać obowiązki – najpewniej za dwa, trzy dni imienia Cytadela zacznie zastanawiać się nad zastąpieniem Oswella kimś młodszym, otwartym na innowacyjne podejście do poszczególnych ogniw sztuki lecznictwa… i co wtedy pocznie on, pozbawiony sił, ani chybi na wpół ślepy, ugięty pod brzemieniem wieku?
Dobrze być maestrem - od razu wszystko ustawia się na właściwym miejscu. Pozostaje tylko pogodzić ze sobą rześkie, pogodne odczuwanie rzeczywistości z obecnością cienia śmierci wiszącego nad opuszczoną, posiwiałą głową…
Księga zamknęła się z cichym szelestem, gdy Wielki Maester obrócił się ku uchylonemu oknu – jesienne, pozornie spokojnie południe niemal nakłaniało staruszka do krótkiego spaceru po Królewskich Ogrodach i być może – dlaczego by nie – do Septu Baelora Błogosławionego. Zapalić świecę na ołtarzu Staruchy, wznieść ku Siedmiu modły a później…
- To pilne!
- Co nie oznacza, że masz tam wpadać jakby cię Inni gonili, jeszcze stary się przekręci ze strachu i co wtedy?!
- To lepiej zacznij, kurwa, kopać grób! Dla niego i siebie, bo kiedy Namiestnik się dowie…!
Drzwi huknęły donośnie, gdy ktoś uderzył w nie gwałtownie i jeszcze gwałtowniej otworzył – Maester Oswell starał się zachować spokój, jednak równie potężny impet okazał się trudny do przewidzenia; nim staruszek zdołał odwrócić się ku wejściu, do jego uszu dotarł przyspieszony, nierówny oddech i potok słów wydobywający się z piersi okutego w stal męża w sile wieku.
- Księżna teraz! Rodzi! Dziecko…! – każda kolejna sylaba sprawiała, iż z twarzy Maestra powoli ustępował wyraz całkowitego zaskoczenia – pobrużdżone piętnami wieku lico spochmurniało nieco, nie wiedzieć, czy z powodu dość miernego przepływu informacji… czy też faktu, że poród zaczął się właśnie teraz – gdy staruszka niemiłosiernie łupie w krzyżu.
Test nadszedł prędzej niźli bym tego pragnął…
- Spokojnie! Spokojnie, ser, mamy czas! – Wielki Maester ruszył w stronę wysokiej pułki, z zaskakującą opieszałością sięgając po niewielką, pękatą fiolkę. – Czy wody już odeszły? – starzec sięgnął po skórzaną torbę, najwyraźniej zawczasu przygotowaną na tą okazję i wsunął weń dokładnie zatkane naczynko, po czym skierował się ku drzwiom, gdzie wciąż niemiłosiernie dyszał strażnik.
- S-słucham?
Z piersi Maestra wyrwało się ciche westchnięcie, kiedy ominął rycerza, spokojnie drepcząc przez pusty korytarz, gdzie przebywał jedynie drugi ze zbrojnych – ten sam, który zaledwie chwilę temu bronił wejścia do komnat staruszka.
- Wody płodowe. Odeszły? – Wielki Maester poprawił torbę przerzuconą przez ramię, kątem oka dostrzegając, iż książęcy strażnik nareszcie ruszył się z miejsca.
- Bogowie, ja… to… b-było… mokro a później akuszerka nakazała…
- Akuszerka. – z ust staruszka wyrwało się cicho westchnięcie, gdy niestrudzenie pokonywał kolejne jardy korytarzy dzielące go od celu podróży. – Cóż to za wymysł, by ciężarnej Księżnej doglądała akuszerka. To ta Dornijka, ta dziewczyna to wymyśliła, wszak Książę Maegor nigdy by nie przystał dobrowolnie na podobny kaprys… - wymamrotał pod nosem Maester, nie zważając na drepczącego za sobą rycerza, który i tak był zbyt zaaferowany wizją rozwiązania, by zrozumieć choćby słowo z monologu starca. – Byłem przy jego narodzinach! Silne, silne i nieustępliwe niemowlę, świętej pamięci królowa Shaera godzinami wiła się w bólu, choć był jej trzecim potomkiem! Jeśli dziecię księcia Maegora będzie równie niepokorne co ojciec, księżną Ivory czeka ciężki poród, powiadam – c i ę ż k i poród! – Wielki Maester pokręcił lekko głową, pokonując kolejny zakręt i z każdym krokiem coraz bardziej przybliżając się do komnat.
- Niechże szacowny Maester nie wspomina o tym przy Księżnej… - sapnął cicho strażnik, gdy po przekroczeniu kilku stopni mężczyźni dotarli do celu podróży. – To nikogo nie napawałoby optymizmem…
Znowuż ten optymizm!
Staruszek machnął obojętnie ręką na rycerza, wkraczając bez cienia wahania do komnaty. Jego oczom ukazał się widok znany każdemu maestrowi w Siedmiu Królestwach, każdej akuszerce, każdej kobiecie, która sama rodziła bądź towarzyszyła przy porodzie – przyszła matka niemal wiła się w bólu pośród pościeli przemoczonej od wód płodowych i potu, powietrze wypełniał ciężki zapach strachu przed nieznanym, zaś twarz wykrzywiała się w grymasie mogącym oznaczać wyłącznie jedno: dziecko uparcie pcha się na świat.
- Ciepłe ręczniki. Dużo ciepłych ręczników! – Wielki Maester pomimo bólu (który i tak był niczym w porównaniu do cierpienia Księżnej) podszedł do łoża kobiety, akuszerce poświęcając minimum uwagi i ograniczając się wyłącznie do wydawania jej poleceń. – Spokojnie, dziecko, przed nami długie popołudnie i ani chybi jeszcze dłuższa noc… - staruszek zacmokał cicho, doskonale wiedząc, iż jego obecność niekoniecznie napawa Ivory szczęściem – wszak nadal był mężczyzną, choć sprawowana funkcja i wiek coraz częściej poddawały to w wątpliwość.
- Spokojnie, dziecko… - powtórzył Wielki Maester, jakby sam pragnął upewnić się w swym zdaniu – pobrużdżona zmarszczkami dłoń spoczęła na odsłoniętym brzuchu Księżnej, zaś skupiony wzrok wyraźnie świadczył o tym, iż staruszek liczy wyczuwalne pod palcami skurcze. Te z kolei następowały szybko, niemal jak uderzenia wytrawnego fechtmistrza.
- Oddychaj głęboko, wdech przez nos, wydech przez usta. – maester ostrożnie odstawił torbę na ziemię, po czym bez cienia zażenowania delikatnie rozsunął uda Ivory, by móc ocenić postępujące rozwarcie – zgodnie z obserwacjami i wcześniejszymi przewidywaniami… czekało ich bardzo długie popołudnie.
- Oddychamy, dziecko, oddychamy. A ty… - staruszek odwrócił się w stronę drzwi, gdzie pobladły z przerażenia strażnik nie wiedział, co ze sobą począć. - … zechciej pójść do kuchni po herbatę. Koniecznie miętową! Zaschło mi w gardle, kto to widział, by ganiać starca po całym zamku… - maester pokręcił lekko głową, ponownie poświęcając swą uwagę Księżnej.
Drogie dziecko…
- Poinformujemy Księcia za jakiś czas, chwilowo lepiej… - … by trzymał się z daleka od komnaty, w przeciwnym razie mogą paść z Twych ust słowa, których będziesz żałować. - … nie zawracać mu głowy. – zakończył maester, sięgając po torbę i wyciągając z niej niewielką fiolkę, z której kilka kropel trafiło do dzbana z zimną wodą.
- Napij się, dziecko. – płyn z cichym chlupotem napełnił drewniany kubek, zaś sam staruszek podał go Księżnej, dbając jednocześnie o to, by ta w przypływie kolejnego bolesnego ataku nie wytrąciła mu naczynia z ręki...


Ile czasu minęło odkąd Wielki Maester przybył do komnaty? Godzina? Dwie? Pięć?
Za oknem jęło już zmierzchać, jednak dzisiejsza noc nie miała przynieść ukojenia Ivory Targaryen – czas był jej wrogiem, który z bezwzględnością zadawał coraz to boleśniejsze katusze. Katusze wyrywające z gardła krzyk, katusze sprawiające, iż całe ciało Księżnej drżało niczym w głębokiej febrze.
Poród zaczynał się w najlepsze.
Kolejne fale cierpienia wywołane wyrywającym się na świat niemowlęciem zmuszały Ivory do niemal nieustannego wrzasku – z bólu, ze wściekłości, z chęci mordu każdego, kto nawinął się pod rękę. Maester oraz akuszerka uwijali się niczym w ukropie, raz za razem dodając dziewczynie otuchy okrzykami, by parła, by oddychała, by zaciskała dłonie na pościeli i pomimo cierpienia starała się wydać na świat własne dziecko.
- Mocniej!
Kolejny krzyk, kolejna fala bólu, kolejny szloch rodzący się w piersi Księżnej – w porodzie nie było niczego szlachetnego, choć bez wątpienia stanowił on niepowtarzalny cud natury. Życie rodziło życie, czyż mogłoby istnieć coś równie pięknego?
- Przyj, mocniej!
Czas, ile czasu? Kolejna godzina? Kolejne ciężkie chwile, podczas których komnatę Księżnej wypełniały wrzaski, woń potu, krwi, wód płodowych i całej gamy ciężkich do ukrycia uczuć?
- Już niedługo! PRZYJ!
Po drugiej stronie drzwi rozgrywało się zupełnie inne przedstawienie, w którym nadrzędną rolę odgrywał sam Książę Smoczej Skały – i tylko bogowie raczyli wiedzieć, jakie emocje targają Maegorem, co kotłuje się w głowie, czy jest gotowy na powitanie swego pierwszego potomka.
- Główka!
To dobry znak, dziecko. To znaczy, że niemowlę najpewniej żyje…
- Mocniej! Ostatni raz!
Ból, tak wiele bólu, jego skala była niemal niewyobrażalna, nieporównanie potężniejsza od cierpienia zadawanego na polu bitwy – ale… bogowie, różnica była niemal fundamentalna! Życie powstawało, nie zaś było odbierane. Życie-dziecko, życie-szczęście, życie…
... którego początkiem był ostateczny krzyk matki… i drugi, niemal równie donośny – najpierw ciche kwilenie, później zaś zupełnie niespodziewanie – wrzask, czysty, przejmujący wrzask niemowlaka, który pobudzony został do ryku klepnięciem w pomarszczoną, brzydką skórę pośladków, który niemal natychmiast owinięty został w wilgotny ciepły ręcznik, który jednym, sprawnym cięciem został odcięty od pępowiny a co za tym idzie – także matki. Wielki Maester drżącą dłonią otarł czoło, obserwując, jak akuszerka ostrożnie, bardzo ostrożnie bierze dziecko w ramiona i zbliża się z nim do wyczerpanej Księżnej.
- To będzie wspaniały chłopiec, pani… - wyszeptał cicho Maester, wyraźnie czując, jak ulatują z niego dotychczasowe emocje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty księżnej Ivory Targaryen   Czw Mar 12, 2015 12:01 am

Ileż mogę na niego czekać?
Zaczynała czuć narastającą irytację. Wydawało jej się, że strażnik pobiegł po Wielkiego Maestera już wieki temu. Starzec dawno powinien już tutaj być, ba! Powinna już trzymać dzieciątko w ramionach, tak to sobie wyobrażała. Przez równe sześć księżycy, odkąd nabrała pewności, że nosi w łonie dziecko i wszystkie kobiety wokół jęły to dostrzegać – każda, która urodziła własne, czuła się w obowiązku, by ją ostrzec, że będzie bolało. Że będzie bolało bardzo i będzie bolało długo.
Myślała, że już boli ją bardzo i długo.
Krzywiła się i wiła w pościeli, mokrej od wód płodowych, stękając z bólu, co rusz pytając Myi jak długo to potrwa. Długo, księżniczko, lecz u każdej kobiety wygląda to inaczej… Zamiast radości i ekscytacji na myśl, że już niedługo będzie trzymać w ramionach swoje maleństwo, czuła narastającą złość i bezsilność, a kiedy zjawił się Wielki Maester, obrzuciła go spojrzeniem tak jadowitym, jakby to on był winien tych skurczy przeszywających jej ciało…
… choć w rzeczywistości ich główny sprawca znajdował się w bliżej nieokreślonym miejscu Czerwonej Twierdzy, a już z całą pewnością nie czuł takiego bólu.
Takiego bólu, który był właściwie jeszcze niczym. Starzec mamrotał o długim, bardzo długim popołudniu i jeszcze dłuższej nocy… Jak to możliwe, by to mogło tyle trwać?
-Spokojnie, dziecko…
Wszyscy wokół kazali jej się uspokoić. Uspokoić i oddychać. Czuła jak mimowolnie zaczyna drżeć, nie tylko z dyskomfortu, jaki sprawiał dotyk obcych rąk na jej ciele – palce starca sprawdzającego rozwarcie, Myi, która ocierała jej czoło i szyję, służki, której twarzy nie potrafiła nawet rozpoznać, odgarniającej jej włosy na plecy – ale także ze strachu. Ostrzegali ją przed najgorszym, a jednocześnie nakazywali Dornijce zachować spokój.
-No przecież oddycham! – syknęła jak rozwścieczona żmija i gdyby nie ciążowy brzuch, rozchylone uda i ciało, co rusz przeszywane przez skurcze, byłaby gotowa pozostawić ślad własnej dłoni na pomarszczonym policzku.
Wdech, wydech. Wdech, wydech. WDECH, WYDECH.
Wciągała nosem tyle powietrza, ile tylko mogła i wypuszczała je przez usta, próbując ignorować narastający ból. Mya gładziła ją po czole, podawała kubek z wodą i kroplami, rzekomo mającymi zmniejszyć odczuwany ból… na próżno. Czas zwolnił do niemiłosiernego, powolnego tempa, jakby przystanął w miejscu, miast gnać do przodu, by miała to wszystko już za sobą. Ruchy Maestera i akuszerki wydawały jej się nienaturalnie wolne. Próbowała z tym walczyć, oddychając szybko, wywarkując do starca i kobiety wciąż te same pytania: czy będzie bolało bardziej? Jak długo jeszcze to potrwa? A jeśli umrę?
Wdech, wydech. Wdech, wydech.
-Nienawidzę go. Nienawidzę. I Edrica też nienawidzę. Dlaczego mi to zrobili? – łkała cicho, gdy słuchała jej tylko akuszerka, bogowie wiedzą ile później, a łzy mieszały się z kroplami potu na jej policzkach, spływały po brodzie i znikały w mokrej już koszuli – Nigdy więcej mnie nie dotknie, nigdy więcej.
Spazm szlochu wstrząsnął nią jeszcze bardziej niż ból. Płakała, śmiała się histerycznie i krzyczała ze złości na przemian, waląc pięściami o miękką pościel i błagając, by wreszcie się to wszystko skończyło. Wyklinała własnego małżonka w myślach od najgorszych bestii i przysięgła sobie w duchu, że nigdy więcej nie wpuści go do swego łoża. Przeklinała brata, że pozwolił, ba, że doprowadził do tego małżeństwa, a później wyklinała wszystkie kobiety, które nigdy tak naprawdę nie uświadomiły jej jak może boleć.
A przyszedł moment, że to cierpienie było tak duże, że na chwilę przestała oddychać. Na chwilę? Straciła poczucie czasu. Twarze, kontury i kolory jęły się ze sobą zlewać. Dźwięki tworzyły jeden, niezrozumiały hałas, jedynie ten ból pozostał wciąż niezmienny i tak prawdziwy, jak nigdy dotąd. Kolejna fala, przynosiła za sobą ponowny bezdech i Księżna miała wrażenie, że się dusi. Instynktownie skupiała się na tym, by wziąć oddech i na chwilę zapominała. Sprytny mechanizm, wielokrotnie wyćwiczony przez naturę poprzez miliardy porodów przed tym.
W obliczu takiego bólu nie byłoby żadnego bohatera, myślała gorzko, orientując się, że zapadła już noc. Nieustannie wiła się w wilgotnej pościeli, wyginała na wszelkie możliwe sposoby, jakby to mogło ukoić to cierpienie. Jęk i postękiwania w końcu przerodziły się w krzyk, którego nie próbowała nawet kontrolować. Sam wydzierał się z gardła Ivory, na przemian z głośnym płaczem. Dornijka błagała, prosiła, krzyczała, by starzec zrobił coś, cokolwiek, by to wreszcie się skończyło, by dobiegło finału – miała wrażenie, nie, była pewna, że więcej już nie wytrzyma. A on, zamiast skrócić jej cierpienie, okazać ostatnią łaskę, kazał jej przeć.
Przeć wciąż mocniej i mocniej, a dzięki Bogom – wewnętrzny instynkt ją do tego zmusił. Dysząc ze zmęczenia, wbijając paznokcie w pościel, miętosząc ją w dłoniach i przeraźliwie wrzeszcząc, jakby obdzierano ją ze skóry, Księżniczka robiła wszystko co mogła, wykorzystując tego ostatek sił i strzępek silnej woli, by przeć wedle nakazu. Przeć tak mocno, jak potrafiła i jak zmusiła ją do tego sama natura, by wydać na świat nowe życie.
-Główka!
Jedno z niewielu słów, które do Ivory naprawdę dotarło, sprawiło, że otworzyła oczy szerzej, że niemal zachłysnęła się powietrzem i jeszcze silniej parła, i zdawałoby się, że nadszedł dla niej koniec… lecz nie w takim znaczeniu, w jakim się tego w tamtej chwili spodziewała. Księżniczka miała bowiem wrażenie, że za chwilę umrze.
Tak. Tak właśnie musi boleć umieranie.
To nie jednak śmierć zawitała do przepełnionej zaduchem, zapachem wód płodowych, krwi i potu komnaty Księżnej Smoczej Skały, a… nowe życie.
Niewyobrażalny, niepojęty wręcz ból zmalał tak nagle, że poczuła się oszołomiona. Nie, nie zniknął całkowicie, nie osunął się w nicość, lecz gdy tylko uszu Ivory doszło cichutkie kwilenie stał się nieistotnym, ignorowanym bodźcem.
-Jest zdrowe? – jęknęła panicznie, wyciągając głowę, by cokolwiek zobaczyć.
Czarne oczy, niemal zamglone od zmęczenia i cierpienia, które przed kilkoma uderzeniami serca, próbowały dostrzec źródło tego słodkiego dźwięku, zaraz przerodzonego w krzyk, a gdy wreszcie go ujrzała… po policzkach popłynęły jej kolejne łzy.
-To będzie wspaniały chłopiec, pani… - szept Maestera był ostatnim dźwiękiem, na jaki zwróciła uwagę, czując w sercu niepohamowaną, niepojętą radość.
Wyciągnęła zniecierpliwione, wymęczone ramiona, by odebrać zawiniątko od akuszerki, dopiero teraz spoglądając na swoje maleństwo w pełnej okazałości. Ciemne spojrzenie z zachwytem, bezbrzeżną fascynacją chłonęło każdy milimetr bladego, tak bladego ciałka, że wyraźnym kontrastem odcinało się od jej własnej skóry. Pokrytego jeszcze mazią i krwią, które akuszerka na prędce przetarła miękkim materiałem, nim podała chłopca Dornijce, lecz to nie miało najmniejszego znaczenia.
Dla Ivory był najpiękniejszym niemowlęciem na świecie.
Nie potrafiła sobie wręcz wyobrazić kogoś bardziej zachwycającego od chłopca, kwilącego w jej ramionach. Drżącą dłonią z niebywałą ostrożnością, jakby dziecko miało rozpaść się niby szkło, pogładziła srebrne, niemal białe, miękkie włosy na zaróżowionej główce. Wciąż miał zamknięte oczy, lecz Ivory chłonęła spojrzeniem każdy pozostały centymetr.
Jak to możliwe? Jak to możliwe, że moje ciało wydało na świat takie maleństwo? Nie wierzę. Nie wierzę! On ma nóżki. I rączki. Jakie maleńkie paluszki!
Milczała, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokół – zbyt pochłonięta pojmowaniem jak to się stało, że wydała na świat taki cud. Nie dostrzegła jak Mya kładzie jej na brzuchu zimne okłady, by skóra obkurczyła się jak najprędzej, bądź obmywa jej uda z krwi, aż wreszcie przysłania je suchym prześcieradłem. Każdy cal ciała księżniczki bolał niemiłosiernie. Była wyczerpana do granic możliwości, ale to było słodkie uczucie. Jedno z najsłodszych, jakie poznała.
-Syn, mój syn. – szeptała do tej kruszynki, bezpiecznie spoczywającej w jej ramionach, czekając aż wreszcie rozchyli maleńkie powieki, a kiedy wreszcie to uczyniła, pierwszy raz spoglądając na ten świat, a w pierwszej kolejności na własną matkę… Dornijka miała okazję doskonale znane jej oczy, jeszcze nie spojrzenie – bo to było najczystsze i niewinne – a oczy. Fiołkowa, jasna barwa nie pozostawiała żadnych wątpliwości po kim chłopiec je miał.
-Mój maleńki chłopiec. – wyszeptała znów, kołysząc niemowlę w ramionach, nie słysząc nawet skrzypnięcia otwieranych drzwi.
Nie mogło minąć wiele czasu, właściwie chyba tylko chwila – a księżniczka czuła się tak, jakby pogrążyła się w wieczności. Teraz jedyne, czego pragnęła to zatrzymać ten moment, gdy musnęła palcem zaczerwiony policzek chłopca, a on odwrócił główkę w stronę jej nagiej piersi i jął ssać podstawioną mu pierś. Mogłaby tak trwać bardzo, bardzo długo, choć ból wciąż pulsował gdzieś w oddali, a ona wyglądała… cóż, nie najpiękniej. Kruczoczarne włosy okalały jej wymęczoną i zaczerwienioną od wysiłku twarz, kompletnym chaosem. Biała koszula, ubrudzona krwią, opadała jej przez ramię, z prawej strony odsłaniając pierś, by raz pierwszy nakarmić dużego i zdrowego niemowlaka. Oczy miała zapłakane, lecz teraz lśniące od niezmierzonego szczęścia, które spadało na usta, rozciągnięte z najszczerszym i najradośniejszym z uśmiechów, bo brakowało Iv teraz jedynie jednego. Wszystko to miało jeszcze jedno puste miejsce, które mogła zapełnić tylko jedna osoba – po prostu przy niej będąc, mówiąc, że po prostu się cieszy.
Ojciec jej dziecka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty księżnej Ivory Targaryen   Czw Kwi 02, 2015 12:34 am

Trudno to nazwać świtem – ponure, szare światło pozbawione barw, które poprzedza pojawienie się słońca, niepewne promienie przebijające się przez opuszczone kotary Sali Obrad, nieliczne, blade twarze przypominające widma. Przez kwadrans, nie dłużej, Czerwona Twierdza przywodzi na myśl krainę umarłych – miejsce opuszczone przez bogów, gdzie otępiałe dusze nęka wieczny świt.
Świt.
Ulubiona pora dnia Księcia Smoczej Skały, gdy to niemal można udawać, że już nikt nigdy się nie odezwie. Że nikt nie przekroczy progu Sali, zakłócając spokój obecnie naruszany jedynie przez cichy oddech i ciężki szelest odsłanianej kotary. Rozciągająca się z okna panorama obejmowała południowe mury Warowni Maegora i zahaczała aż o bramę miasta, skąd ruszał Królewski Trakt ku Ziemiom Burzy – koleiny wypełnione były wodą, w długich i wąskich śladach kół odbijały się czerwone mury stolicy oraz wyblakłe niebo. Szczęśliwe lustrzane światy, w których nie istniały doczesne problemy, zaś rzeczywistość składała się wyłącznie z uchwytnych przyjemności, zmącone zostały przez cichy szczęk srebrnej tacy stawianej na blacie stołu; Namiestnik Siedmiu Królestw zamarł w bezruchu, od okna odwracając się dopiero, gdy za służką zamknęły się drzwi. Uniesiona kotara opadła ciężko, kiedy Targaryen wypuścił materiał z silnego uścisku, z dziwną opieszałością ruszając ku zaserwowanemu śniadaniu. W Sali Obrad wciąż zalegała martwa cisza, zupełnie jakby Czerwona Twierdza zapadła w zimowy sen, w którym trwać będzie przed kolejne miesiące… jeśli nie lata.
Książę Smoczej Skały spokojnie uniósł grawerowany nóż ze stępionym czubkiem, obrócił go w palcach i pozwolił, aby na srebrnym ostrzu zatańczyła blada poświata poranka – minęła dłuższa chwila, nim sztuciec uderzył w chrupkie pieczywo, niemal rozłupując wraz z nim zdobiony talerz z Myr. Maegor nie musiał się zbytnio wysilać, by wyimaginować sobie, że bułka to głowa jego starszego brata. Wyobraził sobie także, że zamiast okruchów trysnęła krew. Wyobraził sobie, że zamiast głuchej ciszy słyszy ludzi wiwatujących na jego cześć. Wyobraził sobie, że – zamiast naiwnie zadawać śmiertelne ciosy pieczywu – czyni to naprawdę. Cóż… Książę Smoczej Skały niewątpliwie był najbardziej wytrwałym draniem w całym przeklętym Westeros.
Przynajmniej jeśli chodziło o fantazjowanie.
Z odrazą odrzucił zgniecioną, pokiereszowaną bułkę i sięgnął po zapobiegawczo obrane jajko. Jeśli przyszłoby mu teraz na zwierzenia, bez cienia wahania byłby w stanie wyznać, iż szczerze nienawidził Królewskiej Przystani i jej mieszkańców. Nienawidził Czerwonej Twierdzy i swoich obowiązków. Nienawidził Wieży Namiestnika i ledwo wyczuwalnego odoru nadciągającej zimy.
Został stworzony do walki, a nie rąbania bułek.
Od trzech dni zaciekle starał się nie poddawać zmęczeniu, nie dopuszczać go do świadomości. Bezsenne noce ciągnęły się w nieskończoność, zaś mniej bądź bardziej deszczowe dni nękały zmysły nieustanną ponurością. Aż nagle sen runął na Maegora jak wyziębiony, kosmaty, zraniony w bok, wytaplany w północnym bagnie niedźwiedź – i ubiegłego wieczora zwalił go na drewnianą ławę, opuszczając ciało dopiero o świecie, gdy wszystkie kości Księcia Smoczej Skały trzeszczały pod wpływem bólu, zaś poskręcane mięśnie wrzeszczały w kleszczach wżerających się w nie skurczów. Noc spędzona poza łożem nie napawałaby nikogo szczególnym optymizmem – tym bardziej oczywisty zdawał się mierny humor Namiestnika Siedmiu Królestw, który po lekkim śniadaniu i kielichu rozcieńczonego do granic absurdu wina zdolny był wyłącznie do nieustannej, pierwotnej wściekłości.
Co nie było wszak niczym nadzwyczajnym.
- Myślę, że sprowadził Cię tutaj, aby móc Cię łatwiej zabić… – cichy chichot zagłuszył lekkie trzaśnięcie drzwiami i niemal bezszelestne, kocie kroki. Kąciki ust Targaryena drgnęły delikatnie, gdy do jego uszu dotarł zniżony do szeptu, kobiecy głos – jego właścicielka opadła na krzesło tuż obok Namiestnika, wygładzając szczupłymi palcami podróżny płaszcz przerzucony przez szczupłe ramię. -  … albo żeby zrobił to ktoś inny, kto będzie chciał wkupić się w jego łaski. – zarumieniona od wiatru twarz odwróciła się od zasłoniętego kotarami okna, zaś zielone, spokojne oczy spoczęły na pochylonym nad tacą Maegorze; młoda, licząca nie więcej niż dwadzieścia trzy dni imienia kobieta uśmiechnęła się lekko, odrzucając na plecy jasne jak łany zboża włosy. - Pewnie podejrzewa, że zaczniesz knuć, namawiać ludzi przeciwko niemu, a w końcu spróbujesz zająć jego miejsce na tronie. Wtedy będzie mógł Cię powiesić i nikt nie zaprotestuje.
Z piersi Namiestnika wyrwało się westchnięcie skrajnej rezygnacji, gdy silne palce odłożyły umazaną w jagodowym drzemie łyżeczkę – nim ta na dobre zdążyła spocząć na brzegu talerza, dziewczyna szybkim ruchem sięgnęła po odłożony sztuciec, natychmiast oblizując go ze słodkiej mazi.
- Myśli, że jeśli da mi nóż, to sam się nim przebiję. – Książę Smoczej Skały przeciągnął się przy cichym akompaniamencie rozprostowywanych kości. Blondynka skinęła lekko głową, z niejakim namysłem postukując paznokciem w dolną wargę, dziecinnie zabarwioną od dżemu.
- Coś w tym guście. – młódka poderwała się z miejsca, wcześniej rzucając łyżkę na tackę; chwilową ciszę przerwał głuchy dźwięk metalu uderzającego o metal, zupełnie jakby w Sali Obrad starli się ze sobą dwaj zbrojni.
- Jestem zręczniejszy, niż mu się wydaje. – krótki zarost nieprzyjemnie zadrapał Targaryena w policzek, kiedy w roztargnieniu przejechał dłonią po jasnej szczecinie – towarzysząca mu blondynka skinęła głową, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Mam nadzieję, Książę. Jeśli rzeczywiście masz zamiar uknuć jakąś intrygę, to miej świadomość, że on obserwuje Cię nawet teraz i czeka, aż podwinie Ci się noga. – podeszwy lekkich, skórzanych butów sięgających dziewczynie aż po kolana, stuknęły cicho, gdy ich właścicielka ruszyła wzdłuż stołu, opuszkami palców muskając śliski blat. - Chyba że znudzi się chodzeniem na palcach i poprosi Mordreda, żeby zaostrzył topór na Twoim mózgu. Uwierz, że znalazłoby się kilka osób niezadowolonych z takiego obrotu spraw.
Kąciki ust Namiestnika drgnęły nieznacznie, kiedy odsunął od siebie srebrną tacę, spod zmęczonych, mimowolnie opadających powiek obserwując wędrówkę kobiety.
- Połowa królestwa i tak jest niezadowolona. Zbyt dużo wojny, zbyt dużo podatków. Oczywiście, choćby w Dorzeczu wojna to piękna tradycja… ale podatki nigdy nie były popularne. – chrząstki zatrzeszczały nieprzyjemnie, gdy Targaryen wygiął mocno splecione palce dłoni, dopiero po chwili opierając na nich podbródek.
- Chcesz wysłuchać mojej rady? – w jasnych włosach zamigotały pierwsze promienie słońca, gdy kobieta rozchyliła kotary jednego z okien, najwyraźniej za wszelką cenę starając się uniknąć spojrzenia Księcia Smoczej Skały.
Maegor pomyślał, że Finree może sobie wsadzić swoje rady głęboko w dupę. Wrócił tu z Essos po ludzi, ostrza i zimne serca gotowe do zdrady… jednak już dawno przekonał się, że w Królewskiej Przystani niemal wszyscy uwielbiają, gdy się ich słucha. Zwłaszcza potężni ludzie, a niepozorna, szczupła kobieta była jednym z bardziej wpływowych pionków w cuchnącym półświatku stolicy i trudno było o kogoś dysponującego większą znajomością nastrojów w Siedmiu Królestwach.  Dlatego Targaryen zrobił to, w czym był najlepszy - skłamał.
- Chętnie, Finree. – cichy pomruk dobiegający znad uniesionego do ust kielicha stanowił dla dziewczyny wystarczającą zachętę – blondynka ruszyła ku Namiestnikowi, po drodze chwytając za oparcie jednego z krzeseł i ciągnąc je za sobą aż do Księcia – dopiero wtedy postawiła mebel z hukiem, nachylając się nad Maegorem i rozpoczynając długi, rozgorączkowany monolog kogoś, kto posiada niepowtarzalną okazję prywatnej rozmowy z prawą ręką króla…
… i kogoś, kto nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, iż ta sama prawa ręka mogłaby skrócić ją o głowę, gdyby tylko użyteczność współpracy drastycznie spadła. Targaryen, balansując pomiędzy udawaniem zainteresowania a zadawaniem ostrożnych pytań, stracił niemal cały poranek i pierwszą połowę południa – podczas znajomości z Finree niejednokrotnie zdołał się przekonać, iż wpuszczenie jej do komnaty było znacznie łatwiejsze… od wyproszenia. Nagłe wybawienie nadeszło z pojawieniem się w Czerwonej Twierdzy Lorda Crabba, który zażądał natychmiastowego widzenia z Namiestnikiem – Maegor z niemałym żalem pożegnał gadatliwą, ale wciąż smukłą i na swój sposób pociągającą Finree, zastępując blondynkę rudawym, okrągłym niczym beczka arborskiego i do tego cuchnącym rybami Lordem. Władca Crackclaw Point wbrew pozorom nie przybył do stolicy ze sprawą życia bądź śmierci – cel jego wizyty stał się aż nazbyt jasny w momencie, gdy jął obdarowywać Księcia Smoczej Skały drewnianymi konikami i bawełnianymi śpioszkami, które – rzekomo – osobiście wyszywała Lady Crabb. Rychło zbliżające się narodziny potomka smoczego rodu stanowiły najwyraźniej niepowtarzalną okazję dla wszelkiej maści (mniej bądź bardziej) szlachetnie urodzonych do składania głośnych deklaracji sympatii oraz wierności; co zaś mieli czynić przyszli rodzice, jeśli nie uśmiechać się z wdzięcznością?
Zmęczenie podobnym stanem rzeczy coraz częściej dawało o sobie znać – Maegor nigdy nie należał do typu ludzi gotowych na szczególnie bolesne poświęcenia, jednym z nich zaś był ciągły uśmiech bądź choć odrobina sympatii rysująca się na twarzy. Mięśnie drżały od nadmiaru uprzejmości, a znużenie nie pozwalało na pełne korzystanie ze spokojnych, jesiennych dni. Bywały chwile, gdy Targaryen pytał egoistycznie samego siebie: kiedy to w końcu minie?, jednakże jedyną odpowiedzią była głucha pustka pobrzmiewająca w zmęczonym umyśle… i gdy już wydawało się, iż ciążą Ivory trwać będzie kolejne miesiące, Los postanowił wysłuchać cichych próśb rodziców.
Nad stolicą właśnie kładł się zmierzch, lecz to nie z jego powodu krajobraz w Sali Obrad drastycznie odbiegał od porannego widoku – po przekroczeniu progu komnaty na pierwszy plan niemal natychmiast wysuwało się siedem (jeśli licząc rozbity – osiem) dzbanów wina, zastawiających połowę dębowego stołu niczym gotowa do szarży armia; jej centrum stanowiła pokaźna taca z wyraźnymi pozostałościami pieczonej gęsi nadziewanej pasztetem z kuropatwy, zaś swego rodzaju zwiad piastowały srebrne talerze z pieczywem, serami oraz smażonym jesiotrem. Czoła wrogowi od kilku godzin dzielnie stawiał Lord Crabb oraz sam Książę Smoczej Skały – pierwszy z nich bliski był jednak rychłej śmierci w wirze walki z winem, co wywnioskować dało się z chybotliwej pozycji obranej na szerokim krześle. Maegor prezentował się jedynie odrobinę lepiej – wciąż zachowywał równowagę, jednak co rusz nietrafiający w talerz widelec zdawał się dobitnym świadectwem stanu, w jakim pogrążył się Namiestnik.
- A później mówię mu… - ząbki sztućca zazgrzytały o blat stołu, kiedy Targaryen przypuścił atak na wciąż umykający mu talerzyk. – Mówię mu: przyjedź, są u mnie dwie Doliniarki, zabawimy się! I wtedy on, głupi, mnie pyta: ładne? Ładne są? – widelec spadł na stół z cichym brzękiem, gdy Maegor zrezygnował z prób nadziania na niego zielonego winogrona. – A wtedy ja: Aenor, napijemy się, będzie dobrze… – ostatnie ze słów nie zdołało przebrzmieć, gdy Książę Smoczej Skały prychnął śmiechem, uderzając otwartą dłonią w blat stołu; na tak gwałtowny huk Lord Crabb podskoczył nerwowo, wyrwany z pijackiej drzemki i panicznie poszukujący źródła dźwięku, którym nieustannie był – a jakże – Namiestnik. – Bo rozumiesz, na trzeźwo z Arrynówną… - skrzypnięcie otwieranych drzwi bez problemu zagłuszone zostało przez śmiech Targaryena, który przy akompaniamencie chichotu Lorda Crackclaw Point zaciekle drążył temat. - … na trzeźwo musiałbym ją nogą krzesła i z zamkniętymi oczami, żeby… żeby…
- Książę.
- … żeby zerżnąć…
- Książę!
- … a ona by jeszcze dziękowała, że nie cuchnę kozą!
Lord Crabb zakrztusił się winem, zaczerwienił, niemal opluł i na sam koniec rozlał rubinowy trunek, zaś Maegor machnął obojętnie ręką na zdyszanego strażnika, rozsiadając na krześle nonszalancko.
- Czego tam? – jasne brwi zmarszczyły się gniewnie, czego przez upojenie Targaryen nie potrafił do końca kontrolować – zbrojny wyprostował się ze szczękiem stali, wyrzucając naprędce:
- Księżna Smoczej skały a Twa szanowna małżonka leży w połogu.
- W jakim znowu barłogu?
- W połogu, Książę. Dziecko lada moment przyjdzie na świat!
Cisza.
Lawendowe, przesłonięte lekką mgiełką spojrzenie Namiestnika zamarło na rycerzu, najwyraźniej wciąż trawiąc przekazaną przez zbrojnego informację. Czubek języka nerwowo zwilżył nagle spierzchnięte usta, zaś zaciśnięte na kielichu palce poluźniły uścisk, zmuszając tym samym Maegora do powstania z miejsca.
- I mówisz to dopiero t e r a z? – ciężki huk upadającego krzesła na krótką chwilę przerwał gęstą ciszę – Lord Crabb, porażony wieścią, poderwał się z miejsca, przy okazji przewracając mebel i najpewniej ratując skórę strażnikowi. Nagle otrzeźwiały Targaryen bez słowa wyminął zbrojnego, w niemal histerycznym pośpiechu zapominając o dopięciu koszuli, zabraniu płaszcza bądź poczekaniu na władcę Crackclaw Point – początkowo spokojne kroki z każdym mijanym zakrętem przybierały na prędkości, zaś spożyty alkohol tężał we krwi, nakazując Namiestnikowi wyłącznie jedno:
szybciej.
Głuche echo kroków rozbrzmiewało w pustych, pogrążonych w ciemności korytarzach Czerwonej Twierdzy – gorączkowość jeszcze nie zdążyła rozprzestrzenić się wśród murów zamku, Maegorowi wystarczyło jednak, iż to jemu paliło się pod nogami; gdy dotarł pod drzwi komnaty własnej żony, w pełni zdeterminowany, by wtargnąć do środka i przekonać się na własne oczy, że słowa strażnika nie były wyłącznie ponurym żartem…
To istny obłęd.
Silna dłoń zamarła na klamce, zupełnie jakby ręka nagle przestała wykonywać polecenia i wymknęła się wszelkim rozkazom; urywany, ciężki oddech przez chwilę był jedynym dźwiękiem, który przerywał panującą po tej stronie drzwi ciszę i kiedy Targaryenowi wydawało się, iż spędzi tu resztę życia…
Dalej.
Skrzypnięcie zawiasów w uszach Księcia zabrzmiało niemal komediowo – czas zamarł, zgęstniał, stał się nieznośną, kleistą konsystencją, zupełnie niczym zsiadłe mleko w kance; Maegor przez zatrważająco długą chwilę nie potrafił zatrzymać galopady myśli i skupić wzroku na szerokim łożu, gdzie – malutka niczym lalka dla dziecka – spoczywała Ivory. Musiał minąć tasiemcowy moment, nim Namiestnik w końcu zdołał wykonać pierwszy krok. Za nim kolejny, i jeszcze jeden, zupełnie na oślep, instynktownie.
Jeszcze metr.
Pół.
Kroczek.
Niewiele brakowało, by Targaryen wybuchnął śmiechem. Podsyconym histerią, na wpół obłąkanym ze szczęścia, niepohamowanym śmiechem, który zamarł w gardle, gdy Maegor napotkał lśniące, lawendowe, niemal lustrzane spojrzenie okrągłych oczek zaróżowionego, wciąż pomarszczonego niemowlęcia.
I chyba wtedy – właśnie wtedy zrozumiał, nieodwołalnie pojął, zaakceptował stan rzeczy.
Był ojcem.
Ojcem. Miał wrażenie, że wczoraj sam był dzieckiem, a jeszcze rano patrzył, jak Ravath wierzga w brzuchu matki. Wszystko mija niepostrzeżenie, jak liście płynące w rzece i jedyne, co należy czynić, to smakować każdą chwilę, każdy, najmniej istotny moment… bowiem to z nich składa się życie. Z tego wszystkiego, co się dzieje, gdy czekamy na coś innego, pozornie istotniejszego. Dłoń Maegora zamarła niepewnie nad odsłoniętym ramieniem Ivory, by w końcu – jakby z obawą – spocząć na miękkiej, lepkiej od potu, gorącej skórze. W krtani Targaryena utkwiła nieznośna kula, która uniemożliwiała wykrztuszenie choćby pojedynczej sylaby… co zresztą i tak nie byłoby możliwe. Wypełniało go tak wiele uczuć, że nie potrafił okazać żadnego z nich, ratunku poszukując w dotyku własnej żony – Książę usiadł na samym brzegu łoża, nie potrafiąc oderwać wzroku od niesłychanie drobnego zawiniątka spoczywającego w ramionach Ivory. Dłoń Maegora z zaskakującą, niemal porażającą ostrożnością musnęła jasne włoski na samym czubku głowy niemowlęcia, zaś palce dopiero po chwili z wahaniem odwinęły miękki, biały materiał pod którym skrywał się okrągły brzuszek oraz pulchniutkie nóżki dzieciątka.
Namiestnik nigdy nie sądził, że kiedykolwiek tak ucieszy się na widok części ciała właściwej chłopcom.
Nigdy też nie sądził, iż kiedykolwiek przyjdzie mu tytułować się ojcem. A jednak…
- Aerion. – głos Księcia Smoczej Skały brzmiał nienaturalnie, jedynie z wielkim trudem wyrywając się z zaciśniętego kurczowo gardła. – Aerion Targaryen… - dłoń Maegora mimowolnie musnęła kruczoczarne, splątane włosy Ivory i zamarła dopiero na szczupłych plecach, gładząc gorącą skórę opuszkami palców. Lawendowe spojrzenie spoczęło na Wielkim Maestrze, który na lekkie skinięcie głową Namiestnika ruszył ku drzwiom – Książę wypuścił cicho powietrze z płuc, decydując się na kolejne słowa dopiero wtedy, gdy starzec dotknął klamki.
- Miasto ma dowiedzieć się dopiero rano. Tej nocy nasza trójka pragnie wyłącznie spokoju. – głos Targaryena nie zdołał jeszcze przebrzmieć, gdy Maegor odwrócił wzrok od Maestra, muskając ustami sam czubek głowy Ivory.
- Mogę… - krótki moment wahania przed zadaniem niemal banalnego pytania, które mimo wszystko wyrwało się z gardła Namiestnika, niespokojne drgnięcie głosu, z trudem powstrzymywany uśmiech – wszystko to stanowiło swoiste preludium przed… - … go potrzymać?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty księżnej Ivory Targaryen   Sob Kwi 11, 2015 9:39 pm

Za oknem dzień ustąpił miejsca nocy; zmierzch wpierw strzępił się głęboką czerwienię i fioletem, by w końcu nieśpiesznie zatonąć w aksamitnej czerni, upstrzonej coraz mocniej lśniącymi gwiazdami. Srebrna, niepełna tarcza księżyca zawisła wysoko nad horyzontem, gdzieś nieopodal jednej z wież Wielkiego Septu Baelora Błogosławionego. Chłodna ciemność obejmowała Królewską Przystań wilgotnymi ramionami, a ciężkie, gęste powietrze zwiastowało deszcz – na który wcale długo nie trzeba było czekać. Jesienny wiatr przygnał ciężkie chmury z północy i nim ktokolwiek zdążył się spostrzec, krople wody jęły wybijać o okiennice domostw i Czerwonej Twierdzy miarowy, spokojny rytm. Noc miała być chłodna, coraz chłodniejsza. Przez ostatnie tygodnie, każdej nocy dornijska księżniczka drżała, jeśli tylko nie wciągnęła na siebie dodatkowego koca. Nie znosiła tutejszej pogody. Nie lubiła deszczu i wilgotnego powietrza, które lepiły się do jej skóry i włosów, sprawiając, że zaczynały się niesfornie kręcić w niepożądane strony. Przyzwyczajona do dornijskiego słońca, do żaru lejącego się z nieba i spiekoty, drżała każdego dnia zstępującej na Siedem Królestw jesieni, nawet jeśli powszechnie uważano, że dzień był ciepły. Na ramiona zarzucała szerokie, jedwabne chusty, owijając nimi także rosnący brzuch i ukrywała nos w tym materiale. Czasami gładziła dłońmi miękkie, drogocenne futro z hrakkara, które podarował jej syn lorda Dreadfort w ślubnym podarku, po czym zarzucała je z trudem na ramiona, by na chwilę zanurzyć się w rozkosznym cieple, nie mającym wiele wspólnego z kornijskimi temperaturami. Bała się tego, co przyniesie jej zima – nie widziała przecież na oczy śniegu. W Dorne padał on wyłącznie w górach Pogranicza, gdy przychodziła zima.
Teraz było jej jednak ciepło jak nigdy wcześniej.
Błogie, rozkoszne ciepło rozlewało się po ciele falami. Przynosiło spokój i jednako wzniecało w piersi radość, której nie potrafiła ukryć, uśmiechając się szeroko. Śniadą skórę rosiły kropelki potu, które pojawiły się pod wpływem wielkiego, ogromnego wręcz wysiłku, który wyrywał z jej ust krzyki bólu przez niemal całe popołudnie i wieczór, jednak owe ciepło nie miało źródła w tym fizycznym zmęczeniu – choć było z nim nierozerwalnie związane.
Nigdy nie pomyślała, że cokolwiek może boleć tak mocno – tak bardzo doskwierać, a jednocześnie nie powodować utraty przytomności, choć w pewnych chwilach czuła się zupełnie tak, jakby traciła kontakt z rzeczywistością, przynajmniej duchem. Ciało bowiem miało zupełne inne plany, kierowało się naturalnym instynktem i pragnieniem wydania na świat potomka. I wreszcie – po wielu bolesnych godzinach – trzymała go w ramionach. Wymęczona, wycieńczona do granic możliwości; zaczerwieniona od wysiłku i oddychająca jeszcze ciężko; bolał ją każdy centymetr ciała, każdy mięsień, łono pulsowało tępym bólem i Ivory podświadomie przeczuwała, że przez najbliższe dni nie podniesie się nawet z łoża. Pomimo jednak tego zmęczenia i bólu… nie potrafiła się nie uśmiechać. Zepchnęła je na meandry świadomości, a uwaga skupiła się na lśniącym, fiołkowym spojrzeniu niemowlęcia, które trzymała w ramionach. Fizyczny ból łagodziło to ciepło, które rodziło się w samym sercu i rozlewało po ciele, które wręcz łagodziło kwilenie dziecka.
Nigdy wcześniej nie sądziła, że poczuje się zupełnie tak, jakby trafił weń piorun – a mimo wszystko teraz zupełnie tak było. Zachwycona potrafiła jedynie gładzić palcami niepojęcie miękką, jeszcze wilgotną skórę dziecka; dopiero skrzypnięcie drzwi ściągnęło na siebie uwagę Dornijki. Nie wiedziała ile czasu tak trwała z synem w ramionach, dopóki w drzwiach nie zjawił się jej pan mąż – zupełnie tak jakby świat zatrzymał się na moment. Chciała się uśmiechnąć, rozchylić usta, by coś powiedzieć, zmusić, aby Maegor do niej podszedł, lecz maleńki chłopiec w jej ramionach na nowo przyciągnął do siebie jej spojrzenie, gdy zakwilił głośniej niż wcześniej. Cień zmartwienia przez twarz Księżnej i zniknął dopiero wtedy, gdy poczuła na ramieniu silną, męską dłoń. Ostrożnie opuściła nóżki chłopca, by oprzeć je o swój brzuch, zaś dłoń unieść i koniuszkami palców ująć rękę męża.
-Aerion… – powtórzyła za nim cicho, uśmiechając się szerzej  w reakcji na kurczowe, nienaturalne brzmienie głosu Namiestnika.
Denerwował się równie mocno, co ona? Czy też cieszył… skoro stało się to, czego pragnął?
Aerion, powtórzyła znów, już w myślach, kciukiem zataczając maleńkie kółeczka na pulchnym ramieniu niemowlęcia i na jedno uderzenie serca znów przez jej twarz przemknął cień niepokoju… a nawet strachu. Nie miała wątpliwości, iż niektóre cechy jej mąż odziedziczył wraz… z imieniem. Z Maegorem I łączyła go niepodważalnie gwałtowność. Aerion Jasny Płomień słynął ze swej arogancji i okrucieństwa… i prosiła w duchu, aby jej syn nie dostał tych cech wraz ze swoim imieniem.
Ani tym bardziej szaleństwa, które zmusiłoby go do wypicia dzikiego ognia, by mógł stać się smokiem.
Ręka Dornijki na powrót objęła nóżki dziecka, z najwyższą ostrożnością, a onyksowe spojrzenie zatrzymało się w maleńkim, ciemniejszym punkcie tuż nad pulchniutkim kolanem dziecka. Chłopiec miał na skórze maleńkie znamię, niemal dokładnie w tym samym miejscu… co jego ojciec.
O obecności Wielkie Maestera przypomniały jej dopiero słowa Księcia, uniosła wzrok i ponagliła starca spojrzeniem.. rada, iż z ust Maegora padło słowo trójka. Teraz niepodważalnie i ostatecznie stali się rodziną. W zaledwie rok całe jej życie wywróciło się do góry nogami; jeszcze przed kilkunastoma miesiącami była nastoletnią panną, naiwną i niedoświadczoną, której nieśpieszno było do małżeństwa – a dzisiaj żoną i matką.
To musiało być szczęście. Nic innego, a najczystsze szczęście.
Onyksowe, lśniące spojrzenie uniosło się na twarz Namiestnika, a na pełne wargi spadł łagodny uśmiech, gdy kiwnęła głową w odpowiedzi na tak oczywiste. Bez najmniejszego wahania, obróciła się lekko i z najwyższą, niepojętą ostrożnością podała Maegorowi ich syna w jego wyciągnięte ręce. Chłopiec spoglądał w górę, jeszcze jakby niewidzącym spojrzeniem, w odbicie własnych oczu. Dornijska księżniczka podciągnęła się z niemałym trudem i jęknięciem bólu na rękach do pozycji siedzącej, by zacisnąć dłoń na silnym ramieniu męża i oprzeć o nie brodę… i nie wiedzieć czemu, zadrżała mimowolnie, a po śniadych policzkach popłynęło kilka łez.
-Tak bardzo się cieszę. – szepnęła, wiedząc, jeśli spróbuje powiedzieć coś głośno, głos jej się załamie. Zmrużyła oczy, dłonią sięgając do główki Aeriona i gładząc opuszkami palców srebrne kosmyki miękkich włosów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty księżnej Ivory Targaryen   Wto Maj 12, 2015 12:10 am

Maegor Targaryen jak ognia unikał spraw, w które choćby na odległe sposoby wmieszani byli Bogowie… z drugiej zaś strony nie miał pewności, czy istnieją takie sprawy, w których nie maczałoby swych palców Siedmiu. Od lat stosunki Księcia Smoczej Skały z wyższą instancją z były dość (bardzo) skomplikowane i choć sam Namiestnik żył w przekonaniu o istnieniu kogoś (czegoś?) tam w górze, nie miał jednak żadnej pewności co do jego (ich?) dobrych intencji. W swej czasami aż nadto wybujałej dumie nie wiedział wszakże, że jego opinia na temat Bogów nie jest najistotniejsza.
Ważna była opinia Bogów na temat Maegora Targaryena.
Ci zaś zdawali się odwracać od Księcia Smoczej Skały z każdą mijającą chwilą – Smok zaczynał czuć się coraz gorzej, choć kac demolujący organizm powinien dać o sobie znać dopiero o świcie; wyglądało na to, że dusza Namiestnika za chwilę go opuści, rozsadzając mimochodem ciało, przez co Targaryen jeszcze przed drzwiami komnaty robił wszystko, by myśleć o czymkolwiek innym niż stan zdrowia (i nie, nie chciał, nie mógł, nie zamierzał dopuszczać do siebie myśli, iż tak właściwie przejmować się może jej bólem). Jął snuć przeto subtelną refleksję na temat delikatnej równowagi utrzymywanej między ciałem a duszą, co w obliczu ilości wypitego trunku przychodziło mu z zaskakującą łatwością – z każdym kolejnym, nerwowym krokiem stawianym przed zatrzaśniętymi drzwiami (zabawne, wszak dla Namiestnika nie powinny istnieć niedostępne komnaty), Maegor zauważał zaskakującą prawidłowość, jaką kierowało się sacrum i profanum – rozchwianie tego pierwszego wiodło do opłakanych skutków, głównie dla ciała. Materia okazywała się ubogą siostrą bytu spirytualnego – na wszelkich rozchwianiach wychodziła kiepsko, ponosiła koszty rozwodu, gorzko płaciła za utratę duchowego przewodnika.  Wszystko nagle poczęło się układać we łbie Księcia Smoczej Skały, jakby ktoś nagle rozniecił ogień w ciemnych zaułkach jego umysłu.
I stała się światłość.
Droga od drzwi komnaty do łoża i od łoża do drobnego okrucha wszechświata, którego centrum stanowiła Ivory oraz istota tak mała, iż zdawała się niemal złudzeniem, nie miała dla Targaryena choćby najmniejszego znaczenia; była jedynie przeszkodą, którą należy ominąć, zniwelować, pokonać, by w końcu dotrzeć do celu i…
I co?
W tamtej krótkiej chwili, przywodzącej na myśl nagły błysk pioruna rozświetlający niebo, Maegor pomyślał, iż piekło to śmiertelny mróz. Nie ogień trawi tam dusze, lecz zimno wszelkich braków, zło niespełnień, zastoju, bezradności, oczekiwań daremnych, bezruchu. Tęsknoty – sam nie wiesz za czym. Na duszy osadza się szron bezmyśli, o którym nie możesz przestać dywagować i jedynie wspomnienia są w stanie utrzymać cię przy strzępach świadomości utraconego życia.
Wspomnienia takie, jak te.
Pierwsze, niemal nieśmiałe dotknięcie kruchego, drobnego ciałka. Zaskakujące ciepło dziecka, twojego dziecka, które trzymasz w ramionach z ostrożnością, o którą nikt nie śmiałby cię podejrzewać. Duże, lśniące, wciąż czyste, nieskalane złem, okrucieństwem i bólem oczy barwy lawendy wpatrują się w twarz ojca po raz pierwszy…
… ale ponad tym wszystkim najbardziej dotkliwie króluje cisza.
Cisza.
Maegor już dawno przestał oczekiwać, że miłość spadnie na niego jak grom z jasnego nieba. Niektórzy są podatni na takie uczucia… inni zaś twardo stąpają po ubitej ziemi – dokładnie tej samej ziemi, która osuwa się nagle spod stóp, gdy życie obdarowuje cię… synem? Książę Smoczej Skały doskonale pamiętał jak przed kilkoma miesiącami, na samym początku swego małżeństwa z Ivory, opowiadał jej o swym dzieciństwie… i o matce. Półmrok panujący w sypialni sprzyjał podobnej – niespotykanej zresztą u Targaryena – wylewności, którą potęgowało zmęczenie wywołane minionymi uniesieniami; gładząc opuszkami palców ciemnie pasma miękkich włosów, Maegor opowiadał z właściwą sobie rzeczowością, że gdy był bardzo mały, nie chciał zasypiać. Nie pamiętał tego, nie miał ku temu najmniejszego prawa – historię usłyszał dopiero z ust niańki, licząc sobie w tamtym czasie już kilkanaście dni imienia. Jego organizm zmuszał go do zaśnięcia, ale Targaryen bronił się, popadał w gniew, odmawiał wychylenia pucharka ciepłego mleka. W owym czasie nieustannie myślał, że we śnie jest coś ze śmierci i że niektóre małe dzieci to wyczuwają – teraz zaś patrząc w oczy swego syna, jedynie utwierdzał się w tym przekonaniu.
Aerion zaciekle walczył z opadającymi powiekami, choć sam najpewniej wciąż nie wiedział, cóż u licha wokół niego ma miejsce.
Tylko patrzył.
Patrzył.
Z litością?
Milczenie Namiestnika Siedmiu Królestw przedłużało się nieznośnie, zdawało się, że tężeje, wręcz nabiera kształtów, aż do momentu, w którym oczy Aeriona nie zamknęły się ze stanowczością – dopiero wtedy, gdy niemowlę zasnęło, cicho, bezszelestnie, zupełnie jakby nie chciało przeszkadzać rodzicom - Maegor przeszył ciszę stłumionym sztychem ostrza swego głosu.
- Jesteś zmęczona. – spojrzenie Targaryena z trudem oderwało się od malutkiej dłoni Aeriona, który zacisnął palce w piąstkę, zupełnie jakby już miał zamiar zagrozić swym przyszłym przeciwnikom (bądź – co bardziej prawdopodobne – po prostu zacisnął paluszki, dając tym samym wyobraźni ojca olbrzymie pole do popisu) i spoczęło na wciąż pobladłej, niemal poszarzałej z wysiłku twarzy Ivory. Kąciki ust Księcia Smoczej Skały uniosły się nieznacznie w imitacji uśmiechu, kiedy złożył na jej czole krótki, roztargniony pocałunek.
Co mógłby powiedzieć?
Wyświechtane frazesy, kilka kłamstw, ociekające obłudą czułości?
Maegor nie należał do typu mężczyzn, którzy czuli się w jakikolwiek sposób zobowiązani wobec swych żon… a jednak gdzieś głęboko, bardzo głęboko tlił się niepewny ognik przekonania, iż powinien jej przynajmniej… podziękować?
Na Bogów, przecież nie kupiła mi psa, tylko urodziła dziecko.
Przez ponad trzydzieści lat swego życia Targaryen przygotowywał się na niemal każdą okazję – te mniej bądź bardziej brutalne, te przyjemne i te należące do szczególnie znienawidzonych – lecz przez cały ten czas nigdy nie zastanawiał się… jak postąpić w podobnej okoliczności.
Jak zareagować. Co powiedzieć.
Jak?
W tym małżeństwie to Maegor często mylił figury, tracił rytm, ale w jego ruchach tkwił nieposkromiony żywioł, bowiem właśnie taką miał naturę – Ivory zaś tańczyła pośród meandrów zobowiązań z nieomylnością śmierci, bezbłędnie jak Słońce, co zawsze wie, kiedy wzejść i zajść, choć czasem tę wszechwiedzę burzą chmury kłótni. Dornijka mówiła dużo (choć nigdy nie za dużo), co kontrastowało z zaklętym milczeniem Targaryena, który w werbalnej powściągliwości z kamieniem mógł iść w zawody.
Żyli ze sobą jak ogień z mrozem. Rozkosz z bólem istnienia. Mrok żywy, bo wzrokiem nieprzebity, z blaskiem, który oślepia.
- Zaśnij, będę czuwał do rana. – kilka prostych, niemal nieporadnych słów.
Ale na czym polega małżeństwo, jeśli nie na znalezieniu kogoś, kto nam odpowiada? Kogoś, kto zrekompensuje nasze braki? Kogoś, z kim można pracować.
Kogo można urobić po swojemu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Komnaty księżnej Ivory Targaryen   

Powrót do góry Go down
 

Komnaty księżnej Ivory Targaryen

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Księżycowe Jeziorko
» Rody Chorążych
» Komnaty Władcy (Zamek Pyke)
» Daenerys Targaryen
» Komnaty Maestra Edvyna

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Komnaty rodziny królewskiej-