a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Torentine



 

 Torentine

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Torentine   Wto Lip 08, 2014 11:22 am

Torentine to rzeka w południowo-zachodnim Dorne mające swe źródło w Czerwonych Górach i wpływająca do Morza Letniego. Wody Torentine obmywają Starfall, bowiem siedziba rodu Dayne ulokowana została na środku rzeki, w przeciwieństwie do High Hertmitage oraz Blackmont, które leżą na jej prawym brzegu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Torentine   Wto Lip 08, 2014 12:25 pm

MG


Czyste nocne niebo nad głowami było zasypane jasnymi gwiazdami, powietrze zaś stało się chłodne, a nawet nieco zimne. Niżej, w ciemnej i pokrytej kurzem dolinie, płonęły ogniska, które wyglądały jak zakrzywiona szrama. Linia wzgórz okrążała zebraną w pobliżu Blackmont armię, odgradzając żołnierzy od granicy piasków pustynnych. Niezbyt silny wiatr ciskał w twarze krążących wokół obozowiska wartowników kłujące drobinki kurzu, nie pozwalając im nawet na krótką chwilę zmrużyć zmęczonych oczu. Nie sposób było stwierdzić, jak liczne siły zgromadziły się w pobliżu brzegów Torentine - jedynie ilość ognisk pozwalała przypuszczać, iż armia liczy ponad cztery tysiące dusz, milczących oraz gniewnych. Cztery tysiące, które powróciły z Reach i zatrzymały się w pobliżu Blackmont, zbierając siły przed właściwym atakiem. Cztery tysiące spragnione krwi oraz zemsty na tych, którzy dopuścili się zdrady Dorne. Cztery tysiące to dla jednych niewiele, dla innych zaś - wystarczająco, by wzbudzić w sercach strach oraz trwogę. Na słabych podmuchach wiatru leniwie unosiły się i opadały sztandary, a widniejące na nich czerwone słońce przebite włócznią jedynie dopełniało gorący krajobraz strzelistych gór. Pozorny bezruch panujący w obozie sił Martellów był jednak ułudą, pustynnym mirażem, na który mógł nabrać się niewprawny obserwator - bowiem to lśniąca w świetle księżyca rzeka okazała się centrum prowadzonych działań i to właśnie tam dostrzegalny był wzmożony ruch. Szeroka tasiemka wody usłana została kilkoma zwalistymi, mocnymi tratwami, póki co zacumowanymi w równym rzędzie przy brzegu. Widniały na nich ponure, strzeliste konstrukcje, odznaczające się w mroku ciemnymi, smukłymi szkieletami. Drewno trzeszczało cicho, gdy na każdej z tratw kilku ludzi stabilizowało struktury, przygotowując je do zbliżającej się podróży w dół rzeki. Każdy, kto zbliżył się na tyle blisko nurtu Torentine, by móc dokładniej przyjrzeć się pracującym Dornijczykom, nie mógł mieć żadnych wątpliwości - ludzie Martellów przygotowywali do transportu machiny oblężnicze. Ostatnie tygodnie spędzone w pobliżu Blackmont nie były wyłącznie czasem odpoczynku po drodze powrotnej z Reach, gdzie zaledwie chwile dzieliły armię z Dorne od ataku na Wysogród. Wymuszenie przez rodzinę królewską pokoju jedynie wzburzyło w żołnierzach krew, jednak rozkazy brzmiało jasno - zawracać w Czerwone Góry. Armia Martellów rozdzieliła się dopiero na Pograniczu, część pozostała nad Torentine, reszta zaś udała się Książęcą Przełęczą w drogę na południe. Ocaleni z Wąwozu już dawno zdołali powrócić do Słonecznej Włóczni, gdzie każdego dnia odbierali nowe rozkazy, przygotowując siły na kolejne uderzenie… tym razem bratobójcze. Z chwilą, w której ród Dayne podniósł rękę na Dornijczyków, łaska stała się wyłącznie pustym frazesem - nie ważne, jak wielkie miało okazać się zmęczenie i ile krwi jeszcze musi zostać przelane - pustynni wojownicy byli gotowi do walki. Z niemałą pomocą Blackmontów udało się zbudować osiem machin oblężniczych, które lada dzień miały wyruszyć w dół Torentine, skryte pod szerokimi plandekami, ukrywającymi przed wzrokiem wroga ich charakter oraz zastosowanie. Również jeźdźcy i piechota przygotowywali się do drogi, doskonale wiedząc, iż zaledwie dni dzielą ich od wyruszenia w stronę Starfall - dzień i noc ostrzono broń, podkuwano konie, polerowano napierśniki i pito znacznie mniej, niż zazwyczaj. Od podjęcia wędrówki odradzało ich wyłącznie wyczekiwanie na jeden, ostatni rozkaz, który przybędzie do Blackmont na skrzydłach czarnego kruka - gdy zaś list zostanie otworzony a pierwszy dźwięk rogu przerwie nienaturalną ciszę panującą w powietrzu… nie będzie już odwrotu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Re: Torentine   Sob Maj 02, 2015 8:26 pm

/z Włości Korony

Na wschodzie niebo było tak jasne, rozświetlone bladym światłem wschodzącego słońca, że Sand z trudem rozróżniał bezkresny piach od horyzontu. Noc bladła z każdą chwilą, by w końcu ustąpić kolejnemu dniu jesieni, która w tej części Siedmiu Królestw była… nieodczuwalna? Im wyżej słońce wspinało się po niebie, tym temperatura była wyższa, a powietrze gęstniało od żaru. Jedynie chłód bijący znad Torentine, świeże powietrze, które poruszało subtelnie gałęziami cytrusowych drzew i liśćmi palm, które rosły na brzegach rzeki, płynącej niespokojnie w płytkim – w tym miejscu – kanionie. Całą jej długość znaczyła niezliczona ilość wodospadów, maleńkich jezior, szczelin i skał, w których kryły się jaskinie. Nurt Torentine bywał… zgubny, choć – jeśli znało się drogę – można było odnaleźć miejsce cieszące ludzkie oko tak bardzo, jakby było rajem. Rzeka gwałtownie przecinała Czerwone Góry, a następnie ciągnęła się szafirową wstęgą, a na jej brzegach kwitło życie, odznaczające się od pustyni, na których wiatr jedynie przeganiał wydmy z miejsca na miejsce.
Sand od dwóch dni, po przekroczeniu Książęcej Przełęczy, trzymał się prawego brzegu Torentine, pędząc na złamanie karku ku Starfall, żywiąc nadzieję, że… cóż, nie zostało jeszcze zdobyte.
Inaczej ominęłaby go najprzedniejsza zabawa.
Gdy słońce wznosiło się jednak wysoko na niebie, bękart lorda Hellholt jechał stępa, w cieniu drzew, aby nie przemęczyć konia. Choć piaskowe wierzchowce mogły biec dwa dni bez wody – jak każde zwierzę potrzebowało zwyczajnego odpoczynku. W pewnym momencie Qoren uniósł rękę, by chwycić dojrzałą, dużą brzoskwinię, z dziko rosnącego drzewa owocowego i natychmiast wgryźć się w jej słodki miąższ. Wierzchem dłoni wytarł spływający po brodzie sok, a ciemnobrązowe spojrzenie dostrzegło umykającego przed nim pustynnego oryksa. Sand dotarł na skraj skalnej ściany i musiał znacznie nadrobić drogi, skręcając w prawo i prowadzić Farta po nieznacznie obniżającym się terenie, a gdy dotarł już do poziomu rzeki – mógł powrócić nad jej brzeg po ukosie, nie zbliżając się nawet do wodospadu – lecz uczynił inaczej, wiedziony hukiem spadającej wody i dziwnie znajomym widokiem. Nie miał wątpliwości, że był tu wcześniej – podróżował wzdłuż i wszerz Dorne tak wiele razy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, że miał wrażenie, iż znał ten półwysep jak własną kieszeń.
Gęstwina krzewów i mniejszych drzewek stanowiła przeszkodę, którą Sand musiał pokonać wyciągając z pochwy miecz i torując sobie drogę – którą przecież podświadomie znał. Poprowadził Farta ostrożnie, by żaden z ostrych kolców go nie zranił i szedł dalej, z każdą chwilą uświadamiając sobie, gdzie dokładnie jest. Kolejna gęstwina drzew, kilka niewielkich wzniesień i skały – mnóstwo skał, które nie pozwalały, by brzegi Torentine były zbyt monotonne. Sand przedostał się do wód Torentine przez wąską szczelinę między skałami, wciąż prowadząc za sobą Farta.
Gdzie był?
Półtorej dnia drogi od Starfall, przy jednym z piękniejszych wodospadów Torentine, gdzie trafił po raz pierwszy (i ostatni) przed trzema laty.
Z każdą też chwilą na twarzy Qorena pojawiał się uśmiech, przejawiający się jedynie w prawym kąciku ust i ciemnobrązowym spojrzeniu, gdy już stanął na kamiennym brzegu. Potężny strumień spadał z kilku metrów i wpadał do większego, niemal kolistego zbiornika o średnicy kilku metrów, a następnie woda spadała już z niewielkiej wysokości do podłużnego koryta rzeki. Po przeciwnej stronie brzeg był niemal piaszczysty i prowadziła doń szersza dolina.
Sand roześmiał się sam do siebie, a śmiech ten niknął w szumie spadającej wody i śpiewie kilku ptaków, ukrytych w koronach niewysokich drzew.
Był tu, wiedział to doskonale – był tu i to nie sam. Przed trzema laty, gdy podążał z Martellem do Krain Burzy – przystankiem na ich drodze było Starfall, gdzie Trystane spotkał się ze swym bratem, księciem Quentylem – zwyczajnie zgubili drogę. Martell, przybierając swój nieco irytujący, książęcy i władczy ton wskazywał drogę i zbłądzili jeszcze bardziej, zgubili kilku swych towarzyszy i strażników, aż jakimś przypadkiem… trafili do tego wodospadu.
Sand pamiętał to tak dobrze, jakby to miało miejsce wczoraj. Obraz dornijskiego  księcia zsuwającego z ramion podróżne szaty i koszulę wyrył się w umyśle bękarta tak dobrze jak wszystkie inne spędzone z nim chwile przynajmniej te na trzeźwo, te zakrapiane alkoholem bywały nieco mgliste). W kilka godzin później, gdy żar gorącego popołudnia dawał się we znaki, podpływając blisko wpadającego do wody strumienia, dostrzegł w skalnej ścianie szerokie wejście do niedużej jaskini na tyle wysokiej, by mógł się wyprostować.
Twarde, wilgotne podłoże nie mogło mu choćby w najmniejszym stopniu zakłócić doznań, jakie gwarantowały dłonie księcia, błądzące chaotycznie po ciele bękarta, zmuszając Qorena do stanowczych odpowiedzi na pocałunki i pieszczoty. Chłód nocy zdawał się nieodczuwalny i nieistotny, przy żarze jaki bił od ciała Trystana, który kompletnie zawładnął umysłem i ciałem bękarta, oplatając udami jego biodra i kołysząc się nieśpiesznie, szepcząc przy tym słowa, które tylko jeszcze bardziej burzyły krew w żyłach Sanda. A późną nocą, gdy książę zasnął Qoren potrafił jedynie się głowić jak to jest, jak on to robi, w czym tkwi przyczyna podobnego stanu rzeczy, tego, że nie było wówczas miejsca, gdzie znalazłby się chętniej. Nie powiedział jednal tego wtedy, sznurując usta w supeł i chowając nos w potarganych jak zawsze (głównie przez niego samego) włosach księcia.
Następnego dnia, gdy Trystane po raz ostatni wyszedł na brzeg, siadając w cieniu drzewa, aby skóra wyschła, nim wciągnie na siebie jasne, podróżne szaty, z jego ust padło pytanie:
Wrócimy tu jeszcze, Qoren?
Sand przytknął wówczas, lecz  gdy jakiś czas później powracali z Ziem Burzy do Słonecznej Włóczni, nie mogli odnaleźć tego miejsca – a Qoren nie zamierzał trwonić czasu w obliczu rozwijającej się choroby Martella, który potrzebował odpoczynku… i pomocy maestera.
Qoren poklepał Farta po długiej szyi, nieśpiesznie go zawracając, aby mogli się cofnąć i dotrzeć do skraju drzew porastających brzegi rzeki. Wierzchowiec, który był podarunkiem od Trystana na dzień imienia, wręczony zaledwie kilka tygodni przed tym, jak trafili o tego wodospadu, prychnął niespokojnie, lecz dał się poprowadzić.
-Wrócimy. – wymamrotał bękart, nie wiedząc, czy bardziej do konia, do siebie, czy pustej przestrzeni za sobą.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Torentine   

Powrót do góry Go down
 

Torentine

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne-