a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Wayfarer's Rest



 

 Wayfarer's Rest

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Skąd :
Z planety Ziemia
Liczba postów :
46
Join date :
07/05/2014

PisanieTemat: Wayfarer's Rest   Pią Cze 27, 2014 3:06 pm


Wayfarer's Rest znajduje się na wschodnim brzegu Czerwonych Wideł. Sam zamek ma kształt nieco podłużnego prostokąta, a brama zwrócona jest w przeciwnym kierunku do biegu rzeki. Mury nie należą do najwyższych, lecz z pewnością są grube jak przysłowiowa cholera. W każdym z czterech rogów zamku znajduje się wieża na planie okręgu, prawie dwukrotnie przewyższająca mury, zaś na środku każdego odcinka muru znajduje się nieco niższa i mniejsza baszta. Naprzeciwko bramy, pod murem znajduje się siedziba rodu Vance, dorównująca wysokością wieżom zamku. Jest to zdecydowanie największa i o najlepszej prezencji budowla na dziedzińcu. Do drzwi budynku prowadzi wybrukowana dróżka, z okalającymi ją równo przystrzyżonymi trawnikami. Reszta zabudowań to koszary załogi zamku, stajnie, dosyć mała, lecz sprawna kuźnia i kilka innych miejsc, które niezbędne są do funkcjonowania zamku, jak na przykład skład, w którym przetrzymywane są zapasy jedzenia i sprzętu w fortecy. Cały ten zamek otoczony jest fosą, która połączona jest z Czerwonymi Widłami. Jest ona szeroka, a do zamku prowadzi długi most o szerokości około 7 metrów, kończący się kawałek przed bramą, dalej bowiem trzeba już przekroczyć drewniany most zwodzony, za którym znajduje się żelazna, opuszczana krata. A za kratą przejść trzeba jeszcze przez okute, grube drewniane drzwi. Sama brama, w której to wszystko się mieści również jest wyższa niż reszta murów, a tuż przy niej stoją dwie baszty. Na przedpolu zamku znajdują się rozległe pola pszenicy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Z planety Ziemia
Liczba postów :
46
Join date :
07/05/2014

PisanieTemat: Re: Wayfarer's Rest   Wto Lip 01, 2014 12:46 am

Promienie słońca wdzierały się do pomieszczenia przez szpary pomiędzy zasłonami okien, padając prosto na spory stół, na którym leżała cała masa wszelkich papierów, parę pustych już kałamarzy i podniszczonych piór. Na krześle przed stołem siedział niemłody mężczyzna z bródką, w ręce dzierżył pióro, którym niestrudzenie już od wielu godzin pisał na kolejnych kartkach liczby i inne informacje. Mógł wynająć do tego odpowiedniego człowieka, ale on nie ufał nikomu oprócz samemu sobie. Jeśli on, Serwyn Vance, nie poprowadzi księgowości Wayfarer’s Rest to nikt nie zdoła. Takie przynajmniej było jego zdanie. W pisaniu był tak pogrążony, że nie zauważył, iż nastał już dzień. Gdy tylko jednak zauważył odłożył pióro do kałamarza i poukładał papiery oraz księgi w równe stosiki. Przeciągnął się niczym na kota przystało i wstał. Gdy tylko odsłonił kotary zasłaniające okna został na chwilę oślepiony przez wpadające światło. Nagle ujrzał gołębia, który wpatrywał się w niego z zaciekawieniem. Przez chwilę Serwyn odwzajemniał zaciekawienie.
- Spieprzaj, matka nie mówiła, że nieładnie się gapić? – Burknął, a następnie stuknął ręką w okno chcąc spłoszyć delikwenta, ten jednak stał dzielnie wciąż wpatrując się w niego. – A niech ci będzie, cholerny ptaku.
Jego uwagę zwrócił dźwięk skrzypiących drzwi. Obejrzał się przez ramię i ujrzał młodego chłopca stojącego przy otwartych drzwiach. Odziany był jak przeciętny stajenny. Śmierdział też jak stajenny. Serwyn już chciał go wykopać na zewnątrz i trzasnąć drzwiami, stwierdził jednak, że ten chłopak musi przychodzić z czymś ważnym, jeśli odważył się wejść bez pukania.
- Będziesz tak milczał do końca dnia, czy w końcu powiesz mi o co chodzi? – Rzekł mierząc młodzieńca wzrokiem w taki sposób, że ten zwątpił, czy jego życie na pewno będzie takie długie jak planował.
- Ma-maester Tybald pro-o-osi, żeby P-aan do niego p-przyszedł.
- Idź więc do niego i przekaż, że niezwłocznie wyruszam. I przekaż mu też, że jest starą pierdołą, bo nie może nawet zejść po schodach jedno piętro.
Młodzieniec odsapnął z wielką ulgą i pokiwał głową potwierdzając, iż zrozumiał. Obrócił się na pięcie i poszedł ku schodom. Serwyn trzasnął drzwiami tak jak planował wcześniej, a następnie położył się pośród pościeli. Planował tylko trochę odsapnąć, wkrótce jednak pogrążył się we śnie. Za długo jednak nie pospał, bo obudziło go natarczywe gruchanie gołębia za oknem, który wciąż tam siedział.
-Co ci tak cholero zależy, żebym tam poszedł? – Mruknął pod nosem i ponownie się przeciągając wstał na nogi, po czym poczłapał na korytarz. Na ścianach wisiały przeróżne malowidła, tylko sami bogowie wiedzą co one przedstawiają. Nie zastanawiając się wiele nad ich treścią pokonał schody i znalazł się na górze. Warsztat maestera znajdował się na wprost od schodów. Chcąc „zemścić” się za to jak niekulturalnie wszedł do niego posłaniec maestera, tak samo on otworzył nagle i bez ostrzeżenia drzwi. Jak się okazało, w złym momencie. Bardzo złym i niewłaściwym. Miał pewne podejrzenia już wcześniej, ale nigdy nie miał na to dowodu. Teraz już jednak dowód miał i nie do końca dawało mu to satysfakcję. Chłopak, który był u niego wcześniej klęczał teraz przed maesterem, dzierżąc w ręce jego niezbyt imponującą męskość. Chłopak momentalnie wstał zawstydzony chyląc głowę ku ziemi. Maester Tybald zaś zaraz zasłonił to co w takiej sytuacji wypadałoby zasłonić. Najwidoczniej pomyślał, że będzie miał czas, by się uwinąć przed przybyciem Serwyna.
- Nie chcę panom przeszkadzać, ale zostałem tu podobno wezwany. Pomijając ten dosyć przykry widok… wytłumaczy mi ktoś w jakim celu? – Rzekł spokojnie, starając się zapomnieć o tym co przed chwilą zobaczył. Bez skutku, ten widok zostanie chyba w jego głowie, aż do przeklętej śmierci.
Maester gestem wygonił chłopaka z pomieszczenia i jak gdyby nigdy nic zaczął szukać czegoś pośród własnych papierów. Wyglądem przypominał raczej czarownika niźli maestera. Miał długą, acz równą siwą brodę, do tego trochę zakrzywiony, wielgachny nos, malutkie, schowane pod gęsto rosnącymi brwiami oczka i niepoukładane kłaki, zwane podobno włosami. Na dodatek masa zmarszczek i podniszczone, obgryzione wargi. Brakowało mu tylko spiczastego kapelusza i laski. Po chwili gmerania w papierach wyciągnął malutki zwitek papieru, taki jakie zazwyczaj przenoszą kruki. Była na nim pieczęć rodu Tully, zerwana już przez maestera Tybalda. Podał go Serwynowi.
- To zaproszenie na pogrzeb młodego Lancela Tully – oznajmił zanim jeszcze Vance był w stanie przeczytać choćby jedno słowo. – Umarł jakoś niedawno, po tej całej drace z tę wojenką Blackwooda. Dałbym to twojemu bratu, ale przed przybyciem kruka udał się na polowanie, które trochę mu zajmie, bo planuje parę dni spędzić poza zamkiem. Żadna z jego córek nie może pojechać, on nawet jak wróci nie będzie w stanie. Dlatego właśnie ten obowiązek spada na ciebie. Nie patrz tak na mnie. Dobrze wiesz, że to pogrzeb samego dziedzica, musi się stawić ktoś z rodu.
Maester Tybald wyrażał się nieco zbyt prosto jak na swój urząd, na dodatek był niezwykle gadatliwy. Gadał i z samego wyrazu twarzy był w stanie odczytać myśl rozmówcy i w swoim monologu na nią odpowiedzieć, nie potrzebował komentarzy i odpowiedzi ze strony innych ludzi. Z nim nie było sensu dyskutować, ani się sprzeczać. Lord Lancel Vance, imiennik zmarłego nie należał do ludzi, których obchodzi coś więcej, niż to co akurat znajduje się parę metrów przed nim. Toteż i Serwyn wiedział, że nie będzie miał nic przeciwko, a nawet sam kazałby mu tam jechać. Po dzisiejszym odkryciu Serwyn nie miał już ochoty prowadzić konwersacji z maestrem. Obrócił się więc i bez większego pośpiechu, w milczeniu zszedł do siebie, by w końcu się porządnie wyspać. Po drodze namyślił się i stwierdził, że młody nie przekazał maestrowi jego słów, inaczej Tybald odgryzłby się jakimś złośliwym komentarzem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Wayfarer's Rest   Pią Lip 25, 2014 1:35 pm


MG

Słońce leniwie wznosiło się nad horyzontem, a jego ciepłe promienie nieśpiesznie obejmowały ziemie należące do rodu Vance z Wayfarer’s Rest, zwiastując jedyne kolejny z nużących dni, wypełnionych pracą i codziennymi obowiązkami. Wieśniacy dawno byli już na nogach i w bladym porannym świetle doglądali zwierząt, bądź maszerowali żwawo ku malowniczym polom, zasianym pszenicą, żytem i brukwią. Mieszkańcu zamku, położonego na wschodnim brzegu Czerwonych Wideł także porzucili już marzenia senne, w których zapewne cieszyli się większym dostatkiem oraz liczniejszymi zaszczytami, niż te dane im w prawdziwym życiu. Dziedziniec wypełniał szczęk uderzania młota o stal, dochodzący z kuźni kowala oraz odgłos zderzających się ze sobą drewnianych mieczy, dzierżonych przez młodzieńców, ćwiczących pod czujnym okiem fechmistrza. Ród Vance, tak jak i insze rody Dorzecza, potrzebował wojowników. Wielu z najznamienitszych rycerzy zginęło w bitwie pod Krwawą Bramą, a przecież sytuacja rodu Tullych była co najmniej… niepewna.
O, tak, czas płynął nieśpiesznie, a mieszkańcy Wayfarer’s Rest zajmowali się swymi codziennymi obowiązkami. Kucharz, zawsze śmiejący się rubasznie, przygotowywał dla lorda śniadanie, w międzyczasie podszczypując młodą dziewczynę, którą niedawno przyjęto na służbę. Smukłą i niebrzydką, o włosach barwy dojrzewających w słońcu kłosów pszenicy. Biedaczka musiała znosić sprośne żarty kucharza i próbowała mu się odszczeknąć, brakowało jej jednak odwagi, a ponadto pamiętała ból, jakim było uderzenie drewnianą łyżką w plecy. A kucharz Ben potrafił mocno przyłożyć.
-Przynieś trochę jaj – rozkazał mężczyzna, gładząc się po łysinie, a służka o imieniu Meg umknęła jego silnej dłoni, uciekając z kuchni tak szybko i cicho jak ucieka mysz przed kotem.
Kilka korytarzy i schodków, a znalazła się na dziedzińcu. Szła szybko i pewnie, nie oglądając się za siebie, jednakże pomimo to jej uszu doszły plotki, z którymi mieszkańcy Wayfarer’s Rest wcale się nie kryli. Ostatnio działo się coś niedobrego. Nawet bardzo niedobrego, a wszystko zaczęło się od okaleczenia jednej z praczek, Beth. Napastnik… wbił jej nóż w oko i pozostawił, aby wykrwawiła się na śmierć, jednakże najwyraźniej Bogowie się nadeń ulitowali i ktoś szybko ją znalazł. Nie dawano jej jednak szans na przeżycie najbliższych dni. Biedna Beth, myślała młódka, podążając w stronę składu, którego, o dziwo, nikt teraz nie pilnował. Weszła tam pewnie, aby zabrać ze sobą kilka świeżych jajek, które zapewne Ben ugotuje na twardo, bądź usmaży z boczkiem, tak jak lubił lord Vance. Przeszła się po pomieszczeniu, w poszukiwaniu odpowiedniego produktu, gdy w nozdrza uderzył ją brutalnie metaliczny, nieprzyjemny zapach. Woń, która nie miała tutaj prawa bytu.
Zapach krwi.
Meg rozejrzała się niepewnie, a nogi miała miękkie, gdy zrobiła krok, aby zajrzeć za jedną z półek, lecz… to była jedna z najgorszych decyzji w jej życiu. Oczy bowiem ujrzały zakrwawione, nagie ciało kolejnej dziewczyny, którą nie tylko ktoś oślepił, lecz również z wyjątkowym okrucieństwem… zasztyletował.
Paniczny krzyk Meg oraz jej szloch przerwał spokój leniwego poranka Wayfarer’s Rest, wezwał tam strażników, którzy natychmiast zabrali stamtąd szlochającą dziewczynę. Ich kapitan natychmiast udał się do kasztelana zamku, Serwyna, aby stanąć przed jego obliczem i poinformować o tymże makabrycznym morderstwie. Sam nie wiedział bowiem, co powinien w tej sytuacji uczynić.
-Jakie rozkazy, panie? – spytał prędko, gdy z jego ust popłynęły już słowa, nawet nie w połowie oddające tragedię, która spotkała kolejną ze służek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Z planety Ziemia
Liczba postów :
46
Join date :
07/05/2014

PisanieTemat: Re: Wayfarer's Rest   Sob Lip 26, 2014 12:26 am

W komnatach kasztelana jak zwykle dominował mrok. Kapitan straży, wąsaty oraz młody jegomość, wyróżniający się jak na swój wiek pokaźnym, sumiastym wąsem i stanowiskiem kapitana, stał wyprostowany przed biurkiem kasztelana, jak zwykle zawalonym woluminami wszelkiego rodzaju. Za biurkiem siedział w pełni ubrany Serwyn z nogami przełożonymi jedna na drugą, trzymający w lewej dłoni kielich z winem, którego zawartość bardziej obchodziła go niż opowieść kapitana. W miarę postępów w historii kapitana grymas na jego twarzy stawał się coraz bardziej widoczny. Po pytaniu kapitana nie wytrzymał. Wstał powoli, równie powoli odłożył kielich na dosyć cenną książkę i stanął wpatrując się w kapitana z narastającą złością. Nagle walnął pięścią w stół. Wino zalało parę ksiąg, barwiąc kartki na czerwono.
- Cholera jasna! Jak to nikt nie pilnował składu?! A jakby psiakrew ktoś zatrułby nam, nie dajcie bogowie, zapasy? A na następny dzień zaczęło by się oblężenie?! Zresztą, kto wie czy krew tej dziewki nie zachlapała nam zbiorów! Nie ma nic co by usprawiedliwiło taką głupotę. Nic nie myślisz, tępy niczym obuch synu swej przypominającej chomika matki!  - podsumował Serwyn, następnie już spokojniejszy rozsiadł się znów w wygodnej pozie na krześle i począł drapać się po brodzie.
Twarz kapitana zmieniała swój wyraz przynajmniej kilka razy. Od pokornej i pełnej wstydu, poprzez zaniepokojoną, na wściekłej kończąc. Za ostatnie zdanie powinien kasztelana zdzielić, czego jednak nie zrobił. Kasztelan wydawał się niepozorny, pozory jednak mylą.
-Wracając do twojego durnego pytania. Natychmiast wyślijcie tam maestera, niech obejrzy ofiarę tej mizernej przy twoim występku zbrodni. Przypomnij tylko maestrowi, żeby kazał potem wynieść ciało, a gdy ciało zniknie, niech ktoś posprząta opisany przez ciebie rozgardiasz. Jakby były jakieś wątpliwości  to poślijcie po mnie. Tyle ode mnie, wypieprzać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Wayfarer's Rest   Czw Lip 31, 2014 4:49 pm


MG

Kapitan położył dłoń na piersi, próbując złapać głębszy oddech. Gęsty mrok panujący w komnatach kasztelana zamku przytłaczał go niemiłosiernie. Otarł strużkę potu, płynącą po wysokim czole i odchrząknął znacząco, chcąc lordowi Serwynowi dać do zrozumienia, iż całkowicie się z nim zgadza. Zresztą – nawet, gdyby uważał, iż ten nieznośny pryk się myli, nie śmiałby zwrócić uwagi. Znał wszak swoje miejsce i mimo opinii Serwyna o nim, nie był taki głupi jak mogło się wydawać. Przykręcił wąsa, gdy Vance wspomniał jego matkę. Gdy ostatnio ją widział nie przypominała chomika, a krowę, ale to nie miało w tym momencie większego znaczenia. Wyprostował się godnie, choć nie mógł powstrzymać się od złego grymasu, malującego się na poczerwieniałej ze wstydu twarzy. Jak zwykle, Ci idioci, których miał pod sobą, musieli spartaczyć robotę, a on musiał za to dostać po dupie.
A mogłem zostać cieślą, jak ojciec.
-Jak każesz, panie – wymamrotał kapitan, który mógłby z łatwością powalić lorda Serwyna ze względu na imponującą siłę szerokich jak u niedźwiedzia ramion, lecz zamiast to uczynić… odwrócił się na pięcie i odmaszerował, aby przekazać maestrowi polecenia.

"To musiał być mężczyzna. Słaby na umyśle w dodatku, tak, tak. Nie widzę śladów gwałtu, nie uczynił jej takiej krzywdy… Tak, tak. Słaby na umyśle.", powtarzał maester Tybald, chyląc ku ciału zabitej poradlone zmarszczkami czoło. Nie miał wątpliwości, że nie uczynił tego żaden wyjątkowo jurny młodzieniec, któremu nie przypadła do gustu odmowa. "To szaleniec." Maester nie jedno w swym długim życiu widział, jednakże… nigdy, odkąd tylko służył rodowi Vance, nie zdarzyło się tutaj takie morderstwo.
A ono powtórzyło się cztery dni później, gdy znaleziono kolejną dziewczynę. Służkę samego lorda Serwyna o imieniu Gina, która zapadała w pamięć dzięki jesieni we włosach; każdego ranka przygotowywała dlań kąpiel i przynosiła śniadanie, z wyjątkiem tego jednego jedynego, gdy leżała martwa na stosie owsa dla koni, całkowicie plamiąc go krwią.
Maester wydał osąd, iż musi być to sprawka napastnika, który oślepił praczkę i zabił inną służkę. Ktoś poigrywał sobie ze strażnikami, grał im na nosie, pozostając nieuchwytnym, mimo że kapitan straży podwoił ludzi na posterunkach. Mimo to, po kolejnych pięciu dniach znaleziono następne martwe ciało… A mieszkańcy Wayfarer’s Rest powoli zaczynali odczuwać mrożącą krew w żyłach panikę, sprawiającą, że unikano wychodzenia po zmroku i z wolna tracono do siebie zaufanie.
Nikt przecież nie miał wątpliwości, że mordercą jest mieszkaniec tego zamku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Z planety Ziemia
Liczba postów :
46
Join date :
07/05/2014

PisanieTemat: Re: Wayfarer's Rest   Czw Sie 14, 2014 1:23 pm

Tego ciosu Serwyn znieść nie mógł. Jego najlepsza służka, z największym… doświadczeniem, martwa?! Wkurzył się nie na żarty. Stanął w oknie i pogroził nieznanemu mordercy pięścią, obiecując zemstę. Były to jednak czcze pogróżki, bo bez konkretnego adresata. Po krótkim namyśle przysiadł i na pierwszym lepszym pergaminie napisał wytyczne dla straży zamkowej. Chodziło o zwiększenie ilości samych strażników, jak i szczególną  ochronę młodych kobiet na zamku, które były tutaj jedynymi ofiarami. Nawet kwatery służby miały być teraz strzeżone, a każde zaniedbanie na służbie miało być karane publicznie, na dziedzińcu. Radykalna sprawa wymaga radykalnych metod, tak przynajmniej sobie wmawiał pisząc. Wezwał chłopca na posyłki, wręczył rozkazy i polecił przekazać kapitanowi straży. Reszta dnia minęła mu na przemyśleniach.
Kim tak naprawdę może być ten człowiek, niezauważalny morderca służek kasztelana? Jak chorym trzeba być, by je mordować bez powodu i nawet nie zgwałcić? Wszystko to nie miało prawie żadnego sensu, a jeśli jakiś był, to skutecznie ukrywał się przed Serwynem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nawet on sam mógł zostać zamordowany w wychodku, tak samo ktokolwiek inny. Najgorszy scenariusz zakładał, iż mordercą jest ktoś ze strażników, na których tak mocno Serwyn polegał. Te rozmyślania nie pozwalały mu zasnąć, kilka razy mu się udało, zaraz jednak się budził. Atmosfera w zamku zaczęła się udzielać również jemu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Wayfarer's Rest   Wto Wrz 02, 2014 12:30 pm


MG

W Wayfarer’s Rest nastał niespokojny czas.
Wszyscy mieszkańcy zamku odczuwali panikę, mimowolny strach, który sprawiał, że krew w żyłach płynęła wolniej, jakaś taka zimna i gęsta. Ich ruchy były szybkie, dłonie dziewcząt nieustannie drżały, lecz życie toczyło się dalej. Musiało przecież tak być. Praczki dalej wychodziły nad rzekę, lecz teraz w towarzystwie strażników, których liczbę zwiększono kilkakrotnie. Służące przeniosły się do większych, lecz wspólnych komnat, gdzie ich pilnowano. Kapitan straży zaś polecił każdej kobiecie w zamku, aby nie poruszała się po nim samotnie, lecz zawsze w grupie. Pani zamku oraz córkom rodu Vance również nieprzerwanie ktoś towarzyszył.
Kolejne kilka dni przyniosły względny spokój, choć wiele kobiet miewało napady paniki, wydawało im się, iż w każdym ciemnym kącie czai się cień, gotów, by zaatakować. By zabić. Nic takiego nie miało jednak miejsca, choć mester Tybald powtarzał kasztelanowi, iż nie mogą osiąść na laurach. Stała czujność! Należało mieć oczy szeroko otwarte do momentu, w którym morderca zostanie złapany. I spotka go odpowiednia kara, choć za to co uczynił… czy można było go ukarać sprawiedliwie? Nic wszak nie zwróci wzroku praczce, ani życia dwóm pozostałym młodym kobietom.

Nad Dorzeczem zapadał dopiero zmierzch, choć dawno już Wayfarer’s Rest objął mrok. Wszystko to za sprawą deszczowych chmur, gromadzących się na niebie, z których z wolna sączyła się mżawka od samego poranka. Zbliżała się jesień, dnie i noce stawały się coraz zimniejsze, zaś deszcze – częstsze.
-Powinnyśmy już wracać – wyszeptała Delma do swej młodszej siostry, Mary, z którą czekała pod zbrojownią. Nieopodal stało trzech strażników, wyprostowanych i złych, iż muszą moknąć w tak chłodny wieczór, lecz podobno sam kasztelan opuścił swe komnaty i mógł się tutaj zjawić w każdej chwili.
-On przyjdzie – powiedziała młódka o oczach tak jasnych jak niebo o brzasku, w których kryło się uparte przekonanie, iż ten stajenny, który zawrócił jej w głowie… z pewnością się zjawi.
Tak się jednak nie stało, choć wraz z siostrą czekała tam już dłuższy czas. Zbliżała się godzina sowy, a one w obecnej sytuacji nie powinny stać tu samotnie.
-Są strażnicy – wyrzekła Mary, chcąc tym samym uspokoić siostrę, lecz Delma stała z założonymi na piersi rękoma i wpatrywała się weń z nieukrywaną dezaprobatą.
Już otwierała usta, aby zganić siostrę i obwieścić jej, że wraca teraz do zamku, z nią, albo i bez niej, lecz zamiast tego… krzyknęła piskliwie, gdy z ciemności wyłoniły się męskie ręce, silne i duże, jakby wyciosane z dębu, aby zacisnąć się na ramieniu i ustach Mary. Napastnik chciał zaciągnąć do tyłu, lecz krzyk drugiej z dziewcząt zwabił straż.
-POMOCY! – Delma cofnęła się z przerażeniem, a z błękitnych oczu popłynęły łzy. Ciało Mary osunęło się na ziemię, a pomimo panującej ciemności, którą rozproszyła pochodnia niesiona przez strażników, z łatwością można było dostrzec krew spływającą ze skroni. Napastnik, który teraz uciekał w popłochu przez krętą uliczkę, musiał uderzyć ją czymś ciężkim.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Z planety Ziemia
Liczba postów :
46
Join date :
07/05/2014

PisanieTemat: Re: Wayfarer's Rest   Nie Wrz 14, 2014 7:36 pm

Wayfarer’s Rest od wielu dni było bardziej martwe niż żywe. Ludzie rzadko kiedy wychodzili z bezpiecznych miejsc, a jedynymi stałymi bywalcami dziedzińca byli strażnicy, wsparci na swych halabardach. Na ich twarzach jak i twarzach innych mieszkańców zamku zawsze zauważyć można było zaniepokojenie i niepewność, czyli emocje naturalne w czasach takich jak te. Takich też ludzi widział Serwyn przechadzając się po zamku. Tego wieczora było jednak niezwykle nieprzyjemnie, pogoda jakby specjalnie chciała dodać temu wszystkiemu jeszcze bardziej ponury wyraz. Idącemu dzielnie, jak na kasztelana przystało Serwynowi, co krok towarzyszyło uderzenie pochwą miecza  w prawą nogę. Jeśli miał umrzeć gdzieś wśród brudu i końskich bobków, to przynajmniej z bronią w ręce. Chociaż zarówno pogoda jak i nastroje były słabe, to sam zamek wciąż wyglądał tak jak zawsze. Mały, czworokątny, trochę zaułków, a wszędzie zieleń, zaś na samym głównym placu zadbany trawnik, przecięty na pół dróżką wiodącą wprost do siedziby rodu. Serwyn nie przepadał za otwartymi przestrzeniami, dlatego też szedł bocznymi alejkami. Poza tym łatwiej było się tam ukryć przed deszczem. Przez długi czas w zamku panował jednak względny spokój, co Serwyn przypisywał sobie i swojemu iście mistrzowskiemu planowi polegającemu na stałej obserwacji zamku przez hordy strażników. Jego obchód zamku miał się skończyć na zbrojowni. Już był u celu, gdy nagle pośród dźwięku kropel deszczu nieprzerwanie uderzających o ziemię wzniósł się przeraźliwy pisk. Najpierw wszyscy stanęli jak wryci, łącznie z Serwynem.  W tej tak krótkiej chwili jego umysł zdołał wytworzyć wszystkie przeraźliwe sceny, które mogły tam zajść, od a do z. Musiał się jednak opanować i to zrobił. Jeśli to był morderca, to Serwyn był gotów się z nim rozprawić raz na zawsze. Napsuł mu już dosyć krwi. Vance dobył miecza.
- Ty! – wskazał palcem na brodatego strażnika w średnim wieku. – Ty idziesz za mną. Reszta naokoło i odciąć mu drogę ucieczki! Bić płazem, łapać żywcem! Ta łajza nie ma szans! – oznajmił Vance, a następnie rzucił się biegiem w kierunku, z którego słychać było pisk, po drodze mijając zapłakaną kobietę. Ledwo widoczne ślady prowadziły w kierunku rzadko uczęszczanej uliczki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Wayfarer's Rest   Sro Paź 01, 2014 11:37 am


MG

Odgłos własnych stóp, obutych w stare trzewiki, uderzających głucho w kamienną dróżkę, biegnącą pomiędzy zbrojownią a płatnerzem, brzęczał w jego głowie na podobieństwo roju wściekłych pszczół gdzieś pod czaszką. Boleśnie, irytująco – niemal przytłumiając inne dźwięki, których wszak nie brakowało. W oddali śpiewał drozd, nieświadom horroru rozgrywającego się w muach Wayfarer’s Rest. Krople krwi spadały na ziemię, spływając po niewielkim młocie, skradzionym kowalowi. Co najważniejsze jednak… gdzie za jego plecami, niezwykle już blisko, niebezpiecznie wręcz, krzyczeli żołnierze.
Gonili go.
A on nie miał szansy na ucieczkę.
Zatrzymał się na chwilę, drżącą dłonią ocierając pot z czoła. Serce kołatało boleśnie i ciężko, a na obrzeżach świadomości rodziła się niepokojąca myśl. To. Już. Koniec. KONIEC. Zamiast jednak się poddać, czekać na moment, w którym go dopadną i skują, wtrącą do lochu, by potem zadać największe cierpienia… chwycił się swej ostatniej szansy, puszczając biegiem w stronę murów. Ileż razy się wspinał? Nie potrafiłby zliczyć. Znał każdy kamień w tych murach, każdą wyrwę… Potrzebował tylko kilku chwil, by wspiąć się i skoczyć do fosy. Dalej by sobie poradził. Zmyliłbym trop psów, myślał gorączkowo, pokonując ostatnie metry, starając się ignorować szczęk stali, coraz bliższe głosy pełne wściekłości, wrzące od nieposkromionej nienawiści. A nawet ujadanie ogarów złaknionych ofiary.
Dopadł do murów, już sięgał po wystający kamień, gdy ktoś chwycił go za przepoconą, brudną koszulę, ciągnąc do tyłu. On - władca Wayfarer’s Rest, on – umiłowany tamtych dziewcząt padł na ziemię, a zimne jak lód ostrze strażnika boleśnie wbiło mu się pod żebra, nie przebijając jeszcze skóry.
O, nie, na to było jeszcze za wcześnie.
To byłaby zbyt łaskawa kara.
Mamy go!, ryknął mężczyzna triumfalnie, a jego towarzysz zbliżył pochodnię do twarzy zbrodniarza.
Kim był?
Nikim szczególnym. Ot, kolejny z chłopców stajennych, zaledwie osiemnastoletni, zapadających w pamięć jeno ze względu na wrodzone tiki, których nie mógł się pozbyć. Nieustannie drżały mu co poniektóre mięśnie lewej strony twarzy, sprawiając, że oko przymykało się częściej, niż nakazywałby to naturalny odruch mrugania.
Damien, tak miał na imię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Z planety Ziemia
Liczba postów :
46
Join date :
07/05/2014

PisanieTemat: Re: Wayfarer's Rest   Sob Lis 15, 2014 8:10 pm

„To był zwykły chłopiec stajenny. Zwykły chłopiec, zabijający bez żadnej ważnej przyczyny. I to ten jeden zasrany szczeniak był w stanie narobić tyle szkód? Wydaje się to co najmniej niedorzeczne. I co ja teraz powinienem z nim zrobić… na pewno ukarać, to nie ulega wątpliwości, ale jak, na Siedmiu? ” Kolejny łyk wina i wciąż te same myśli. Serwyn wierzył, iż wino w rozsądnych ilościach pomaga rozwiązać każdy kłopot. W jego komnatach jak zwykle panował półmrok, jedynym źródłem światła było parę świec stojących po obu stronach stołu, na którym panował wieczny rozgardiasz. Cenne księgi wymieszane były ze zwykłymi notatkami i listami. Był to tak zwany przez niego: uporządkowany nieporządek. Świetnie orientował się co gdzie jest. Mogłoby się wydawać, iż nosi ciągle ten sam strój, posiadał ich jednak trochę. Wszystkie różniły się od siebie co najwyżej krojem poszczególnych części czy innym niewidocznym dla przeciętnego obserwatora zdobieniem, ale wbrew powszechnie panującej opinii nie był to jeden i ten sam. Tymczasem w lochach pod zamkiem Damien był już po torturach. Złamanie jego woli nie było szczególnie trudne, jeśli wierzyć katowi, to chłopak zaczął gadać już na sam widok wymyślnych urządzeń zdolnych zadawać cierpienie tak straszne, że nie było człowieka w królestwie, który wytrzymałby długo pod okiem zdolnego oprawcy. Prawdziwą sztuką jest nie tyle co zadawanie cierpienia, a umiejętność podtrzymania więźnia na tyle długo przy życiu, by nie ominęły go żadne atrakcje. Co do kompetencji swych ludzi Serwyn nie miał żadnych zastrzeżeń. Choć Damien mówił dużo, to jednak bez ładu i składu. Potrzebował trochę czasu, by uporządkować myśli, w czym pomagał mu zamkowy oprawca.  W czasie, gdy kasztelan wypijał kolejny kielich wina, morderca tracił kolejnego palca u ręki. I choć w jego głowie malowały się wizje wielu ciekawych sposobów na publiczną egzekucję, to po zastanowieniu się najsensowniejsze wydawało się zwykłe ścięcie. Zatem postanowione. Zdjął z siebie swój dzisiejszy strój i rzucił to wams na krzesło, to spodnie na ziemię. Pod odzieniem znajdowało się ciało, do którego bynajmniej nie pasowało określenie „boskie”. Wręcz przeciwnie, gdy się wyprostował nawet ślepiec byłby w stanie na oko policzyć wszystkie żebra. Założył niedbale koszulę nocną i położył na przygotowane już z rana łóżko. Czyste i schludne, jak zawsze. Zanim pogrążył się we śnie zdał sobie sprawę, że zamek jest niezwykle żywy jak na środek nocy, widocznie plotki już musiały się roznieść.
Wstał wcześnie rano, musiał załatwić parę spraw zawczasu. Po porannej toalecie i odzianiu się poszedł zorganizować dzisiejszą egzekucję. Młody sukinsyn będzie miał za swoje, nikt nie zabija służek Serwyna Vance i nie ponosi odpowiedzialności! Trzeba uważać na koszt takowej atrakcji. Dlatego egzekucja będzie prosta, pieniek i dwuręczny topór. Specjalnie udziwnienia to dodatkowy ubytek pieniędzy, a na takowy kasztelan pozwolić sobie nie mógł. Znaczy mógł, ale nie chciał, bo jest sknera. Do południa spacerował po zamku i murach przyglądając się codziennemu życiu jego poddanych, którzy technicznie rzecz biorąc byli poddanymi jego brata. Zdążył również poinformować brata, Lancela o swym niechybnym wyjeździe na turniej.
Równo w południe odbyła się egzekucja skazanego. Tłum, złożony z mieszkańców zamku, wszelakiej służby i paru ważniejszych osobistości, lecz nie na tyle ważnych, by wymienić ich imiona, zebrał się wokoło głównego dziedzińca, gdzie już czekał kat, dzierżący długi, prosty i niezwykle ostry dwuręczny topór. Koło niego znajdował się klęczący chłopak, skazany za wielokrotne morderstwa na karę śmierci. Na jego obitej twarzy widać było jeszcze zaschnięte strugi łez, a podkrążone, jasnego koloru oczy wpatrywały się zrezygnowanym wzrokiem przed siebie. Posłusznie położył głowę na uprzednio przygotowanym pieńku. Kat został wcześniej poinstruowany, by nie ścinać na raz, ale na przynajmniej dwa. Miało polegać to na tym, iż pierwsze cięcie miało być bolesne, ale nie głębokie, a dopiero drugie miało bezpowrotnie odłączyć głowę od ciała. Tak też się stało. Krew trysnęła z tętnicy szyjnej, gdy tylko głowa potoczyła się w dół, do wiadra. Ot, cała egzekucja. Jeszcze tylko kilka pełnych zawiści okrzyków na sam koniec i ludzie poczęli rozchodzić się do domów. Serwyn obserwował całość z okien swego rodowego dworu, w tym czasie przygotowywał się do wyjazdu, a raczej był przygotowywany. Ciało Damiena wyrzucone do rzeki, jeśli nie zostanie zjedzone przez ryby, ani woda nie wyniesie go na brzeg, powinno dotrzeć do Riverrun za parę dni. Niedługo po egzekucji Serwyn opuścił mury zamku wraz z towarzyszącą mu obstawą w postaci parunastu, osobiście wybranych przezeń rycerzy. Pojechali traktem wiodącym w stronę Harrenhal, dzierżąc w dłoniach sztandary z godłem rodu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Z planety Ziemia
Liczba postów :
46
Join date :
07/05/2014

PisanieTemat: Re: Wayfarer's Rest   Sro Lip 13, 2016 11:47 pm

Ostatnie miesiące były dla Wayfarer’s Rest dosyć pomyślne i spokojne. Wszystko trwało jak dawniej, głównie dzięki temu, że pieczę nad zamkiem i okolicznymi ziemiami sprawował Serwyn Vance, brat lorda i kasztelan, który właśnie przechadzał się spokojnie po dziedzińcu zamku. Lubił doglądać wszystkiego sam, ufał słowu innych tylko, gdy nie miał wyboru, albo była to jakaś błaha rzecz. Doglądanie zamku nie było jednak w jego odczuciu błahostką i wolał to robić samodzielnie. Poza tym zwyczajnie mu się nudziło. Przesiadywanie w zaciemnionej komnacie i oglądanie jedynie książek i papierów związanych z zarządzaniem ziemiami nawet największych dziwaków mogło po pewnym czasie zmęczyć. Chodził więc po zamku z dłońmi splecionymi za plecami i cieszył się zimnym powietrzem, które zdawało się napływać z północy. Na plecach zarzucony miał gruby płaszcz, który stale pokrywały płatki śniegu, jeszcze dosyć nieśmiele opadające z chmur, a przy pasie przytroczony miał krótki miecz, który postukiwał o nogę. Prawdziwa zima miała dopiero nadejść, to był tylko przedsmak, jedynie zapowiedź długich mrozów i zasypanych śniegiem traktów, które czekały Siedem Królestw przez następne parę do parunastu lat. Raczej parunastu, jeśli wierzyć maesterom. Serwyn na myśl o zimie zaczął zazdrościć mieszkańcom Dorne, którzy nie uświadczą raczej wielu opadów na pustyni, ale zazdrościł im krótko. Dokładnie do momentu, aż uświadomił sobie, że żyją między innymi właśnie na pustyni i pewnie jedyne czego mają pod dostatkiem na talerzu to węży i piasku. Skręcił w stronę mostu, mijając dwóch strażników, widocznie znudzonych życiem i staniem na warcie, podtrzymujących się na halabardach. Pewnie woleliby okładać właśnie jakiegoś złodziejaszka czy po prostu kogokolwiek albo bić się z bandytami, ale cóż, Serwyn bardzo dbał o porządek i takie sytuacje rzadko miały miejsce na jego ziemiach. Przechadzając się po moście widział wędkarzy zajętych pracą, którym widocznie nie przeszkadzał chłód i dzielnie łowili dorzeczańskie pstrągi. Niedaleko od murów znajdowały się uprawy, teraz już opustoszałe i wioska. A dalej jeszcze jedna wioska i jeszcze jedna. Po niezwykle krótkim namyśle zwiedzanie wiosek wydało się Serwynowi niezwykle nieciekawe i postanowił zawrócić do zamku, ponownie mijając strażników i udał się do swych komnat, by tam odpocząć i poczytać „Triumfy i klęski” arcymaestera Vyrona. Niedawno dobiegły go pogłoski o jakichś niepokojach pomiędzy rodami Dorzecza, a Arrynami. Postanowił zaczekać na rozwój wydarzeń, jeśli to coś poważnego, to wieści o tym prędzej czy później do niego trafią. Ułożył się więc na łóżku z książką w dłoniach i zaczął czytać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Wayfarer's Rest   

Powrót do góry Go down
 

Wayfarer's Rest

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze-