a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Ogrodowa ścieżka - Page 2



 

 Ogrodowa ścieżka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Ogrodowa ścieżka   Nie Maj 25, 2014 7:50 pm

First topic message reminder :

Jedna spośród trzech ogrodowych ścieżek, które przeznaczone zostały do użytku zaproszonych gości. W przeciwieństwie do dróżki prowadzącej ku północnej części ogrodu, ten szlak posiadać będzie znacznie bardziej intymny wydźwięk - gdy tylko zapadnie zmrok, oświetlona zostanie jedynie kilkoma myrijskimi lampionami, które rzucą na spacerujących wielobarwny, stonowany blask, zaś na jej końcu spacerujący znaleźć będą mogli ogrodową altanę, oplecioną pnącym się wokół śnieżnobiałych filarów bluszczem. Jeśli którykolwiek z gości będzie poszukiwał chwili wytchnienia lub zapragnie uciec przez zgiełkiem rozmów panujących w głównej części Królewskich Ogrodów, bez problemu znajdzie tu odrobinę spokoju oraz ciszy.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Nie Kwi 10, 2016 9:12 pm

Umierając – żyjemy.
Nikt nie może być w pełni przygotowany na moment własnej śmierci, bez względu na to, jaka miałaby być. Odejście we własnym łożu, u boku umiłowanej osoby, ze spokojem w sercu i gasnącym uśmiechem na ustach? Nagły pocałunek Nieznajomego, który napotkał usta wraz z trucizną w kielichu? Śmierć podczas walki, niekoniecznie równej, niekoniecznie bohaterskiej, lecz gwałtownej i bezwzględnej? Czy…
… gorące muśnięcia płomieni, które pochłaniają skórę, tkankę, palą włosy, wgryzają się w nozdrza ognistymi uderzeniami, odbierają życie w jeden z najbardziej bolesnych sposobów? Istniało zbyt wiele możliwości, zbyt wiele niewiadomych, zbyt wiele domysłów – i tylko jedno życie. Dlatego, choć nikt nie może przygotować się na własną śmierć, powinien zadbać, aby ta była jak najbardziej godna.
Tej możliwości nie posiadały trzy Smoczyce, które zginęły na podpalonych przez władcę Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi stosach – obdarte z własnej woli, z możliwości jakiegokolwiek wyboru ginęły pośród płomieni, z krzykiem zduszonym w gardle, z wonią palonych ciał, ich ciał w nozdrzach, w gęstniejącym, ciemnym dymie i pełną świadomością umierania. Nie dziwił fakt, że zebrani w Królewskich Ogrodach goście odczuwali przerażenie – obdarci z dotychczasowej nieświadomości padli ofiarami jednego z najbardziej brutalnych morderstw całej dynastii Targaryenów. Smoczy potomkowie byli nieprzewidywalni, szaleni, byli lawiną, która – jeśli nabierze rozpędu – zatrzyma się dopiero na zwałach martwych ciał wrogów i przyjaciół. Naturalnie umysł każdego rozsądnego człowieka podpowiadał, by czym prędzej uciec przed płonącymi stosami, tą słodkawą, zatrważającą wonią i widokiem palonych ciał – jakże jednak uciekać, skoro Aerys Targaryen patrzy?
Czy tego nagłego odwrotu od – jak sam uznał – wymierzonej sprawiedliwości nie poczyta jako zdrady? Część z gości stała zatem nieruchomo, sparaliżowana strachem i obawami, inni zaś… ciekawością.
Do tej grupy należeli ci, którzy stali na tyle blisko płonących stosów, by dokładnie widzieć jak zwęglone mięso odchodzi od kości… oraz by dostrzec pomiędzy płomieniami charakterystyczne, obłe kształty smoczych jaj ukrytych w ogniu trzaskającym pod Daellą oraz Rhaeną – i choć najpewniej żaden z gości nigdy nie miał okazji, aby ujrzeć takie jajo, dziś nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to właśnie one spoczywają w płomieniach. Do grona tych osób należeli wszyscy obecni na weselu członkowie rodu Velaryon – Jaehaerys, Daenor, Aenor oraz Daenerys.
Choć tej ostatniej nie było dane doczekać momentu, w którym dogaśnie ogień – gdy tylko w nozdrza jęły uderzać kolejne salwy słodkawego odoru, panna Velaryon pobladła znacznie i, chwiejąc się niby targana wiatrem witka, niemal runęła na ziemię. W ostatniej chwili przed upadkiem na żwirowaną ścieżkę uratował ją jej kuzyn Aenor, który – pozbawiony dotychczasowego, weselnego humoru – uklęknął tuż obok Daenerys, osłaniając ją własnym ciałem przed powoli napierającym tłumem. W przeciwieństwie do swych młodszych braci, dziedzic Pływów odwrócił wzrok od płonących stosów – niektórzy mogli poczytać to za przejaw tchórzostwa, jednakże wyłącznie ktoś o wielkiej odwadze byłby w stanie potępić poczynania władcy stojąc ledwie kilka kroków od niego. Omdlenie kuzynki poniekąd stanowiło wymówkę, dla której Aenor mógł oddalić się do wnętrza Królewskiej Sali Balowej, co też uczynił, bez problemu biorąc Daenerys na ręce i przebijając się przez gęsty tłum.
Dość blisko stosów stał także brat królowej Rhaenys – Lucerys zdawał się w pełni porażony tym, co przyszło mu oglądać i nie zważał na nasilające się szturchnięcia niepewnie wycofujących się gości. Być może to właśnie dzięki temu, że nie zaczął cofać się z tłumem, uniknął tego, co zaszło ledwie dwa jardy za jego plecami.
Ktoś zaczął szlochać na tyle głośno i histerycznie, by ściągnąć na siebie spojrzenia najbliżej stojących osób – jakby tego było mało, do jednego płaczu dołączył kolejny, tym razem dziecięcy… i to jakoby wyzwoliło owczy pęd. Nagle wszyscy zapragnęli znaleźć się wewnątrz Królewskiej Sali Balowej i uciec przez zatrważającym widokiem wciąż płonących stosów – problem polegał jednak na tym, iż wejście do wnętrza Czerwonej Twierdzy było zbyt wąskie, aby mogło pomieścić napierający tłum. Pośród dobrze wychowanych dam i szlachetnych rycerzy rozpoczęły się nagle przepychanki, szturchnięcia i niejednokrotnie naumyślne kuksańce – ofiarą jednego z takich pchnięć padła Adrilla Baratheon, która na własne nieszczęście znalazła się w samym sercu gęstego, ruszającego do wnętrza Sali tłumu. Choć panna Baratheon za wszelką cenę starała się zachować równowagę, ktoś szturchnął ją na tyle mocno, by zachwiała się mocno i…
… zastygła ledwie kilka cali nad ziemią, w ostatniej chwili uchroniona przed uderzeniem skronią o żwir i padnięciem pomiędzy nogi innych gości – tym dość niespodziewanym wybawieniem okazał się Beren Umber, dziedzic Ostatniego Domostwa, który dzięki olbrzymiemu wzrostowi i jeszcze większej posturze bez przeszkód przebił się między rzędem ludzi i uchwycił Adrillę Baratheon już w locie.
Znacznie mniej szczęścia miała Sybille Tarth, której drobna sylwetka padła ofiarą wyjątkowo spoconego i rozpędzonego niby tur lorda z Reach – Szafirowa Dama nie zdążyła uskoczyć przed nagłym pchnięciem mężczyzny i wylądowała z głuchym łoskotem – szczęściem w nieszczęściu - na pożółkłej, jesiennej trawie. Jej upadek z najwyższym trudem zauważył Derek Baratheon, który też zaczął z mozołem przeciskać się do wciąż leżącej panny Tarth, najwyraźniej rannej w całym tym zamieszaniu.
Bez szkód z popłochu wyszedł natomiast Fion Swann oraz Otton i Leyton Baratheonowie – nikt zresztą nie starał się taranować ostatniej dwójki, która dzielnie trwała na swych miejscach, za nic mając napierający tłum gości. Również bracia Targaryen – Maegor oraz Arateris – stanowili pośród zamieszania nieruchome punkty i niejako odnośniki dla reszty zebranych, stanowili bowiem wyraźną opozycję wobec skrytego za tuzinem nieruchomych strażników Aerysa. To zresztą słowa Namiestnika Siedmiu Królestw sprawiły, że część osób zatrzymała się gwałtownie, pokonując strach na rzecz ciekawości – ta zaś pragnęła dosłyszeć każde zdanie wypowiedziane przez Maegora Targaryena.
Szaleństwo. Śmierć. Próba mordu na Księciu Dorne.
Wszystko kumulowało się wokół zebranych niby ciężka, deszczowa chmura niosąca ze sobą pomruk burzy – zdawało się, że już nic dziwniejszego i bardziej zdumiewającego nie może mieć miejsca, lecz wtedy…
… wtedy świat wywrócił się do góry nogami.
Wszyscy dostrzegali jaja skryte pod stosami Rhaeny oraz Daelli, jednak nikt – a już zwłaszcza nie Aerys Targaryen – nie widział trzeciego, ukrytego pośród desek i gałęzi stosu przeznaczonego dla Naerys.
Jaja, które należało do zmarłej królowej Ravath Targaryen. Jaja, które Maegor wykradł tuż po jej śmierci i ukrywał przez blisko dwa lata czekając… na ten moment?
Na chwilę, gdy nadarzy się okazja, aby użyć go przeciwko mordercy poprzedniej właścicielki?
Ani ludzie, ani Bogowie, ani los – nikt nie może wiedzieć, co sprawiło, że z żadnego ze smoczych jaj Aerysa Targaryena nie wykluł się smok…
… w przeciwieństwo do jedynego jaja Maegora Targaryena, Namiestnika Siedmiu Królestw i Księcia Smoczej Skały.
Początkowo wzrok mamił i oślepiał wyłącznie płonący pod stosem Naerys ogień – płomienie wciąż lizały to, co zostało ze zmarłej Smoczycy, nadciągający z północy wiatr rozwiał nieco słodkawą woń zwęglonych ciał i rozwiał gęsty, ciemny dym.
Ale wtedy pomiędzy rozżarzonymi deskami, spopielonymi gałęziami i osmolonymi kośćmi coś się poruszyło. Niepewnie, jakby z głębokiego snu – ruchy były lekkie, niemrawe, drżące.
Ale bez wątpienia były.
Jedną z pierwszych osób, które pośród powoli dogasających płomieni zauważyły czerniejący kształt, był Daenor Velaryon – to on stał wciąż wystarczająco blisko i to on nie spuszczał wzroku ze stosów. Zaraz po nim zresztą ruchy zauważył jego młodszy brat, Jaehaerys.
I wreszcie – on.
Aerys Targaryen.
Zmiana, która zaszła w jego spojrzeniu, przywodziła na myśl ryk krwawiącej bestii – zniknął strach i niedowierzanie wywołane słowami Maegora, uleciała gdzieś buta.
Teraz w fiołkowych źrenicach płonęła wyłącznie nienawiść – Namiestnik dopiero po chwili zrozumiał, co ją wywołało. Wystarczyło, aby spojrzał w coraz mniejsze płomienie pod stosem swej siostry Naerys.
Wystarczyło, aby przyjrzał się ciemnemu, drobnemu kształtowi, tak maleńkiemu, kruchemu i bezbronnemu, zupełnie jak ta, do której należało smocze jajo…
RavathTargaryen.
Dawna królowa odrodziła się w dzień, w którym koronowano nową władczynię… i przybrała formę czarno-złotej, przesyconej magią istoty.
Dziś nawet śmierć nie wydaje się już pewna.

    Kolejka pisania postów przedstawia się w następujący sposób: Aerys II Targaryen, Maegor Targaryen, następnie kolejność dokładnie taka, w jakiej poprzednio zostały dodane posty, a zatem: Jaehaerys, Daenor, Lucerys, Arateris.
    Elstan i Allya mogą pisać w dowolnym miejscu w obszarze Ogrodów bądź w Sali Balowej.
    Wspomniane w poście postaci, które w mniejszym bądź większym stopniu ucierpiały podczas zamieszania, mogą pisać już w Sali Balowej bądź pozostać w tym temacie (będą wtedy mogły pisać po Araterisie).
    Aenor oraz Daenerys mają możliwość pisania w Sali Balowej, gdzie czekać na nich będzie wyjątkowy opiekun.
    O posty proszę najpóźniej do 15.04.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pon Kwi 11, 2016 9:43 pm

Jest wielce prawdopodobnym, iż już za czasów dziecięcych król Aerys Targaryen niejasno przeczuwał, co spotka go w przyszłości. Wznosząca się przed nami zardzewiała, zamknięta na głucho brama, z nanizanymi na ostre blanki strzępami wilgotnej mgły: to, co czekało na najstarszego syna Jaehaerysa przywodziło na myśl niezdobytą, zapomnianą przez świat twierdzę.
Gdy miał osiem dni imienia, w Siedmiu Królestwach panował sam środek długiej, srogiej, zbierającej zatrważające żniwo zimy. Środek dnia nie różnił się zbytnio od godzin północnych – ziemię spowijał mrok, stanowiący rażącą ambiwalencję wszechobecnego śniegu, głębokiego na cztery stopy nawet na Smoczej Skale. Przebieg doby wyznaczały nużące, powtarzane niby uświęcony rytuał czynności: pobudka, śniadanie, nauka, trening mieczem, obiad, nauka, jazda konno przez śliskie, wąskie przeręble, wieczerza, lektura, sen. Dni były ponure, przesycone śniegiem, rozrywane wiatrami, szybko ustępujące przed niecierpliwą nocą.  Takie samo było życie Aerysa Targaryena – być może nie dosłownie wypełnione śnieżycami i mrozem, lecz na tyle zimne i nieustępliwe, by przywodziło na myśl tamte dziewięć lat – dziewięć lat okrutnych niby Długa Noc.
Gdzieś w najgłębszych zakamarkach swego umysłu, król Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi wciąż tkwi pośród śniegów, drżąc z chłodu. Tak jak wszystko, co niezniszczalne dąży do samozagłady, tak i te najbardziej nawet ulotne chwile powracają wciąż na nowo, nie tylko w jego pamięci (z której nic nie jest w stanie zniknąć), ale także w biciu serca i mrowieniu skóry na głowie, odradzając się tak samo, jak każdego ranka w przenikliwych dźwiękach piania kurów budzi się do życia dzień.  Teraz po raz kolejny powróciło wspomnienie dziewięcioletniej zimy. Tu, w cieple bijącym od stosów, na których płonęły krewniaczki Aerysa, kości króla przeszył nagły mróz – oto wściekłość nadciąga w ciężkich zwałach burzowych chmur, nisko, jak wielkie, szeroko rozczapierzone ptaki sunące ponad ziemią.
Jego nienawiść była równie gorąca co ogień, który pochłaniał ciała zdrajczyń – początkowo zachowywał pełen spokój, krok po kroku realizując misternie utkany plan. Tyle tylko, że piękne płótno władcy – płótno dobrej, bezpiecznej przyszłości, płótno będące już na ukończeniu - bezwzględnie podarł Maegor Targaryen.
Od dziecka niszczył wszystko, co należało do Aerysa.
Zabawki. Księgi. Woluminy. Łabędzie pióra. Szaty. Pionki do cyvasse, które ginęły jeden po drugim ciskane do kominka.
Wybaczał mu wtedy, doskonale rozumiejąc poczucie niesprawiedliwości, jakie kiełkowało w jego dziecięcym, naiwnym sercu – Maegor myślał, że wszystko mu się należy, nawet to, co niepodważalnie przynależało do Aerysa. Gdy najstarszy syn Jaeharysa otrzymywał nowy, drewniany miecz – młodszy krzykiem wymuszał, by podarowano mu taki sam (bądź lepszy, lecz czy można mówić o gorszych i lepszych mieczykach?). Gdy Aerysowi podarowano nowego konia, dwa dni później Maegor poskramiał swego kolejnego rumaka.
Władca, będący wtedy dzieckiem, wybaczał swemu bratu wiele.
Przestał jednak to czynić, gdy ten po raz pierwszy próbował go zabić.
Tamtego wieczora nad Summerhall rozległ się strzał; Aerys jeszcze nigdy w życiu nic takiego nie słyszał ani nie widział — fioletowa błyskawica rozdzierająca ciemność niczym potwornych rozmiarów klin, po którego usunięciu czarna kurtyna zasuwa się z głuchym łoskotem gromu. Gdzieś w oddali z potężnym trzaskiem runął obalony dąb, po czym zapadła cisza. Wszystko dokoła zdawało się rozpływać… i właśnie wtedy Aerys  usłyszał przeraźliwy zgrzyt stali, jakby ktoś trafił ostrzem halabardy w jeden z kamiennych pomników. Nieuzbrojony, przemoczony do suchej nitki potrafił zrobić wyłącznie jedno: rzucił się do ucieczki zupełnie nieznaną mu ścieżką (w każdym razie taką się wtedy wydawała) wijącą się zygzakiem między klombami i krzewami rozległych ogrodów Summerhall, i szeroką ledwie na tyle, żeby dwaj ludzie mogli zejść nią ramię w ramię do czegoś w rodzaju małej dolinki. W gęstniejącej mgle widział tylko ciemne sylwety cyprysów po obu jego stronach – i wtedy ścieżka umknęła spod Aerysa tak nagle, jakby ktoś wyszarpnął mu ją spod nóg — Targaryen przypuszcza, że po prostu nie zauważył nagłego zakrętu. Rzucił się w bok, żeby uniknąć zderzenia z ogromną fontanną, która wyrosła tuż przed nim i z całym impetem wpadł na mężczyznę ubranego w szkarłatny płaszcz.
Nie potrzebował kolejnego błysku na niebie, by dostrzec lawendowe, gorejące nienawiścią oczy.
Maegor stał tam, pośród deszczu letniej burzy, niczym drzewo - siła uderzenia zbiła Aerysa z nóg i pozbawiła tchu w piersi. Starszy Targaryen usłyszał wymamrotane pod nosem przekleństwo, a potem krótki, świszczący odgłos, jaki wydaje wysuwana z pochwy broń.
To właśnie wtedy, gdy miecz Maegora unosił się w powietrze w gęstych strugach deszczu, życie Aerysowi po raz pierwszy – i nie ostatni – uratował ich najmłodszy brat.
Ledwie dziesięcioletni Daeron nagle wyłonił się zza kurtyny deszczu – drżący z zimna, przemoczony do suchej nitki, najwyraźniej próbujący odnaleźć swych starszych braci, uciekający przed ścigającymi go strażnikami. Aerys nie do końca wie, w którym momencie miecz Maegora zniknął w pochwie; musiało to nastąpić jeszcze nim najmłodszy syn Jaehaerysa ujrzał makabryczną, przesyconą milczeniem scenę, która rozgrywała się pomiędzy jego braćmi.
Nieznajomy był tamtego dnia w ogrodach Summerhall, musiał jednak wracać z niczym.
A dziś Aerys spłacił wobec niego dług – z nawiązką.
- Gdybym był równie dobrym szaleńcem, co Ty kłamcą, stanowilibyśmy niezawodny duet, bracie.
Po krótkiej, przesyconej strachem i niezrozumieniem ciszy znów zrywa się wiatr - wilgotny, nasycony oparami łąk i mokradeł Przesmyku. Wiatr zapadłej Północy, dróg rozmiękłych jesienną porą, lasów, rozległych błot i wydm.
- Plugawisz uszy moje, mych gości i Bogów, o których byłeś łaskaw wspomnieć. Plugawisz w końcu samego siebie, udając, że nie wiedziałeś o sposobie, w jaki wymierzę sprawiedliwość.
Zatem losy zostały rzucone. Nic nie odwróci ich niszczącej siły.
Błotnista trawa rozstępuje się pod ciężarem ciała, wiatr tnie prosto w twarz, swąd palonych ciał wciąż wdziera się w nozdrza, jednak Aerys Targaryen ani drgnie.
Może jest szaleńcem… ale nie jest tchórzem.
- Spójrz – władca wskazał na strzelające wysoko płomienie. Wskazał na pożerane przez ogień, milczące już ciała. Wskazał na drażniący dym, na śmierć, na pożogę. – Wiedziałeś o wszystkim. Wiedziałeś i pragnąłeś tych śmierci, chciałeś, bym tym czynem sam sobie zadał cios, abyś mógł dobić ranne zwierzę.
Na ustach Aerysa Targaryena pojawił się lekki, blady uśmiech, w fiołkowych oczach z kolei zagościł głęboki cień, który zaległ tam niby przyczajona bestia.
- Gdybym pragnął śmierci Księcia Dorne, ten już by nie żył. Jak widzisz… w tej kwestii jestem skuteczny – władca zamarł na krótki moment, obserwując przygasające zamieszanie, które początkowo zapanowało pośród gości; część z nich już zdołała zniknąć w mroku Ogrodów bądź znalazła się w Sali Balowej, czego Aerys się spodziewał.
Choć – naturalnie – nic im nie groziło. Rzeczywiście, gdyby pragnął śmierci każdej obecnej tu osoby, nie rozpalałby trzech stosów, nie serwowałby przedstawienia, które przez kolejne tygodnie będzie spędzać im sen z powiek. Miał przynajmniej kilka okazji, by wyrżnąć ich w pień – w Sepcie, w Sali, nawet tu, w Ogrodach.
Tyle tylko, że Aerys Targaryen nie szerzył terroru.
On był terrorem.
Nie mógł jednak przewidzieć, że Maegor nie ograniczy się wyłącznie do zniszczenia jego planu – on postanowił zrównać go z ziemią. Dlatego też, gdy spojrzenia kolejnych gości jęły kierować się ponownie na stosy, wzrok króla podążył za nimi.
Zaś to, co ujrzał, było dla niego po stokroć gorsze od śmierci krewniaczek.
Po tysiąckroć boleśniejsze od valyriańskiej stali przecinającej żyły wzdłuż.
Nigdy nie wierzył, że z jaj wyklują się smoki – nie byłby jednak sobą, gdyby nie wykorzystał sytuacji. A teraz…
Usta władcy poruszyły się bezgłośnie, gdy ujrzał pośród dogasających płomieni charakterystyczny kształt. Nie mógł się mylić. Nikt z zebranych nie mógł.
Aerys poczuł przeraźliwie chłodne, paraliżujące mrowienie z tyłu głowy – ponownie poruszył ustami, jakby pragnął coś powiedzieć, ostrzec, krzyknąć, lecz z jego gardła wyrwał się jedynie pełen niedowierzania świst.
Smok.
Poruszył niezgrabnie palcami, nie ruszając się jednakże z miejsca.
Smok Ravath.
Był zaskoczony, przerażony, zdumiony, zdezorientowany – a kto z zebranych nie był?
Nie był wściekły. Zabrakło w nim miejsca na złość.
W umyśle władcy Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi tłukła się wyłącznie jedna myśl – a wraz z nią wspomnienie śniegu, mrozu i…
Usta króla poruszyły się po raz ostatni, kiedy w końcu zdołał powiedzieć to, co tak uporczywie cisnęło się na wargi.
- Nadchodzi zima.
To był koniec uczy, koniec tych przeraźliwych godzin mroku i ciemności. Koniec.
A jednocześnie początek czegoś po stokroć gorszego.
- Wezwijcie mego brata. Wezwijcie Daerona, niech…
Nadchodzi zima a z nią noc.  Noc, która wielu z nas wyrzuci ze swego odmętu na poranny brzeg, nagich i skrwawionych.
- … niech strzeże smoka.
Tuzin uzbrojonych strażników otoczyło władcę Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi w karnym dwurzędzie i przy głuchym akompaniamencie szczęku zbroi zaprowadziło do drzwi Sali Balowej.

/zt!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Sro Kwi 13, 2016 11:33 pm

Czasami władca Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi sprawiał wrażenie dezertera, który wymknął się obławie i po paru dniach wytężonej ucieczki skrył się wreszcie w odludnym miejscu opodal mokradeł Przesmyku – kogoś, kto największą przyjemność odnajduje we wsłuchiwaniu się w wichurę huczącą górą i dołem opuszczonego szałasu, bijącą zaciekle pod podszyciem gałęzi. Głosy rozsądku, podszepty przyjaciół, obelgi wrogów? Dla Aerysa Targaryena nic z tego nie miało znaczenia – już dawno temu zamknął się we własnym, hermetycznym świecie i starał się kreować rzeczywistość tak, by odpowiadała oblepiającemu go niczym mgła szaleństwu. Być może dlatego Maegor żywił niechęć wobec tak hucznych wydarzeń – wydawało mu się, że każde z nich jest beczką pełną smoczego ognia, o którą w dowolnym momencie może potknąć się władca. Dla Aerysa podobne zbiegowiska były niczym iskra niezbędna do wywołania pożaru; odkąd tylko na uczcie koronacyjnej dokonano zamachu na jego życie, nie dopuszczał do siebie więcej niż tuzina ludzi jednocześnie, a nawet wtedy każdego z osobna mierzył czujnym, zadziwiająco przenikliwym spojrzeniem. Władca jednakże z samej zasady piastowanego urzędu skazany był na podobne ceremonie – te zaś nieuchronnie przybliżały Aerysa do ostatecznego uwolnienia własnych demonów z łańcuchów.
Zupełnie jak dzisiaj.
Świat oczekiwał po królu Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi wspaniałych uroczystości, miał więc je otrzymać: formalną ceremonię i ucztę, zaś jutro mowę do zgromadzonych przedstawicieli Gildii Kupieckich, pojutrze igrzyska: turniej, zapasy, zawody łucznicze i co tam jeszcze.
Na całe szczęście zabawa skończyła się znacznie szybciej, rozpoczął zaś męczący proces rządzenia królestwem nie mającym sobie równego pod względem waśni. Choć początkowo uczta weselna wydawała się trwać dziesięć tysięcy lat – było to o dziesięć tysięcy za wiele, zwłaszcza dla Magora, który (podobnie jak starszy brat, cóż za tragiczne podobieństwo) nie przepadał za  wydarzeniami tej skali – jej echa już spłonęły wraz z ciałami trzech Smoczych kobiet. Namiestnik Siedmiu Królestw wolał prostotę, był człowiekiem bezpretensjonalnym, praktycznym i skutecznym w działaniu. Niemniej uznawał konieczność stosowania się do obowiązujących zasad, choć chwilowo nie pragnął niczego tam mocno, jak odejść do swych apartamentów, do sypialni…
Pustych apartamentów. Pustej sypialni.
… wiedział jednak, że to nie koniec dzisiejszego dnia – świadczył o tym zaciekły wzrok Aerysa, świadczyli o tym wciąż obecni goście, świadczyły o tym pełgające po zwęglonych szczątkach płomienie i odór, którego Książę Smoczej Skały nie pozbędzie się z pamięci przez najbliższe dwa księżyce. Ostatnia rzecz, jakiej pragnął Maegor Targaryen, to słowne starcia ze starszym bratem, który choć w tym względzie uderzał celniej i boleśniej od Namiestnika. Król nigdy nie przebierał w słowach, zupełnie jakby przeklęci Bogowie obdarzyli go językiem wyłącznie po to, aby mógł nim ranić – nawet teraz, gdy pod powiekami wciąż tlił się obraz płonących kobiet, Aerys nie tracił rezonu, dokładnie wiedząc co i jak powiedzieć. Jego ton, spojrzenie, blady, drewniany uśmiech, napięta sylwetka, uniesiony podbródek – wszystko to stanowiło kompozycję składającą się na Targaryena, którego Maegor znał aż za dobrze.
Władca nie ustępował pola. Nigdy. Już sam fakt tak zaciekłej determinacji powinien budzić podziw, jednakże Książę Smoczej Skały potrafił zdobyć się wyłącznie na narastające poirytowanie – wszak oboje powinni zakończyć ten makabryczny pokaz jak najprędzej, zniwelować straty po zamęcie, który zasiał Aerys i, powołując się na faktyczne dowody świadczące o planowanej zdradzie oraz zamachu, zasklepić jątrzące się rany.
Jednak królowi było wciąż za mało.
I, co gorsza, zbyt szybko przezwyciężył własne wahanie, głośno wypowiadając to, o czym wszyscy musieli pomyśleć.
Oczywiście, że wiedziałem, stary głupcze… i teraz oni wiedzą, że wiedziałem, co daje nam dość prostą konkluzję – oboje wyjdziemy z tego starcia krwawiąc.
Maegor Targaryen starał się zachować zimny spokój (dokładnie taki, jaki na miejsce przywołał Aerys, lecz on miał ułatwione zadanie – posiadał znacznie mniej do stracenia), jednak gorąca, smocza krew już zagotowała się w żyłach, budząc w Namiestniku furię, której nie powstydziliby się członkowie rodu Baratheon. Przed rzuceniem się w stronę Aerysa powstrzymywał go wyłącznie tuzin uzbrojonych strażników, na tyle doświadczonych i dobrze władających bronią, by zapewnić władcy bezpieczeństwo – nawet (a może zwłaszcza?) przed członkami własnej rodziny.
Dlatego Książę Smoczej Skały nie drgnął nawet o cal, jak przez grubą kurtynę czując uścisk dłoni swego młodszego brata – Arateris chwilowo jawił mu się jako rozmyty cień skryty za szkarłatną mgłą narastającego gniewu.  Maegor sam nie wie, co dokładnie wywarło na nim tak pełne poirytowania wrażenie – nieustępliwość Aerysa czy fakt, że nawet ranny kąsał z nie mniejszą zajadłością niż zwykle?
Ponad tym jednak było coś jeszcze. Coś, co mogło stanowić prawdziwą przyczynę wściekłości Namiestnika.
Władca Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi obnażał kłamstwo Księcia Smoczej Skały. Obdzierał je z delikatnych woalów jak oblubieniec rozdziewający oblubienicę.
- Na nieszczęście dla całego królestwa brakuje nam wielu przymiotów– pragnął uciąć tę dysputę czym prędzej i w jeszcze większym pośpiechu nakazać wszystkim, by wrócili do wnętrza Czerwonej Twierdzy… tyle tylko, że Aerys kontynuował.
W głosie króla było coś, czego wcześniej w nim brakowało: siła i surowość; Maegor zdziwił się, gdy usłyszał brzmienie słów władcy, bo nie tego się spodziewał po zaszczutym przez ogary lisie.
- Do czego zmierzasz, bracie? Pragniesz jedynie usprawiedliwić zbrodnię, której się dopuściłeś… a teraz wycierasz zakrwawione ręce o moje szaty i oczekujesz, że ktoś uzna mnie za właściwego złoczyńcę? – przez oblicze Namiestnika przemknął ponury cień uśmiechu, który zniknął równie prędko, co nadszedł – Targaryenowi nie było do śmiechu, nie w obliczu wciąż płonących stosów i świadomości, że nie może w nie cisnąć stojącego poza zasięgiem rąk Aerysa.
A przecież to tak wiele by ułatwiło.
Być może w przyszłości ktoś nazwałby ten czyn bohaterstwem bądź sanacją królestwa.
Lub zdradą.
- Gdybyś nie pragnął śmierci Księcia Dorne, ten nie opuszczałby w pośpiechu stolicy. Rozejrzyj się, ani jednego Dornijczyka w murach Czerwonej Twierdzy, Bogowie raczą wiedzieć, czy nie zniknęły nawet służki mojej żony.
Tym razem uśmiech był dłuższy, wyraźniejszy – Namiestnik Siedmiu Królestw postąpił krok naprzód, natychmiast napotykając stalową ścianę złożoną ze strażników. Żaden z nich nie wyciągnął broni – jeszcze nie.
Maegor mógł jednak przysiąc, że Aerys dokładnie poinstruował ich, w jakiej sytuacji i wobec kogo mają jej użyć.
Być może Książę Smoczej Skały opuściłby Królewskie Ogrody jeszcze prędzej od władcy, na dobrą sprawę wydawało się to jedynym właściwym rozwiązaniem (odwrócić się plecami do płomieni, zapomnieć, obarczyć winą króla), lecz wtedy wydarzyły się dwie rzeczy jednocześnie.
Maegor Targaryen poczuł nagły ból głowy między oczami. Paraliżujące, pulsujące wrażenie, jakby ktoś uderzył go obuchem prosto w czoło – wyłącznie dzięki silnej woli nie uniósł dłoni do zatok, przelotnie przesuwając spojrzeniem po wygasających płomieniach i już stawiając pierwszy krok w kierunku Sali Balowej, ale…
Nie dowierzał własnym zmysłom, nie po tej bolesnej fali – ale to, co ujrzał, nie mogło być wytworem tlącego się w umyśle bólu.
Pod stosem Naerys złożył jajo, które zniknęło pośród płomieni…
… a teraz coś się z nich rodziło.
Czuł to dokładniej niż ból przed momentem – czuł coś mrocznego, coś gwałtownego, wściekłego, wrogiego, coś, czego istnienia nie czuł nigdy wcześniej. W jednej chwili pękła tama i nic nie powstrzymywało już wzbierającej fali zaskoczenia, które udzieliło się wszystkim… bez najmniejszego wyjątku.
Zaniemówił Maegor, zaniemówił Aerys, tuzin jego strażników i przynajmniej kilkudziesięciu wciąż obecnych gości.
W umysłach najpewniej przetaczały się setki myśli, wciąż i wciąż powtarzających smok, jakby słowo to stanowiło mantrę – a spośród wszystkich zebranych to właśnie Książę Smoczej Skały powinien wypowiadać je najgłośniej, powinien przedrzeć się przez kordon strażników i dotrzeć do zrodzonej z płomieni istoty, nim zrobi to Aerys, lecz…
Nadchodzi zima.
Słowa władcy zadziałały na Maegora niby kolejne uderzenie obuchem – Namiestnik dotychczas potrafił jedynie wpatrywać się w kruchy, smoczy cień pośród płomieniu, zupełnie jakby nie dopuszczał myśli, że to z jego jaja – z jego jaja, choć na dobrą nikt nie mógł o tym wiedzieć – na świat przedarła się istota uznana za wymarłą.
Tyle tylko, że Książe doskonale wiedział, iż to jajo nigdy nie było jego, tak, jak teraz nie mogło być nim smoczątko, stanowiące ożywione dziedzictwo po zmarłej Ravath.
Maegor nie wie, co pchnęło jego kroki do przodu – wspomnienie siostry, widok oddalającego się Aerysa czy…
Świadomość, że wszyscy będą pragnęli mi ją odebrać. Po raz kolejny.
Nie pamięta chwili, w której uklęknął pośród wciąż żarzących się popiołów i osmolonych kości Naerys – nie pamięta też momentu, gdy wyciągnął rękę, by dotknąć tej na wpół realnej istoty. Nie pamięta, co paliło go bardziej – czerwony żar przepalający materiał spodni czy ostre niby igły zęby, które wgryzły się we wskazujący palec dłoni.
Dopiero, gdy pojedyncza kropla juchy skapnęła na rozżarzone węgle, po zetknięciu z żarem znikając z lekkim sykiem, do Maegora Targaryena po raz pierwszy dotarł prawdziwy sens rodowego zawołania.
Ogień i krew.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
High Tide, Driftmark
Liczba postów :
13
Join date :
17/02/2016

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Czw Kwi 14, 2016 3:05 pm

Usłyszał cicho wypowiedziane przez brata słowo, lecz nie miał dość odwagi, by jakkolwiek odpowiedzieć. Patrzył wciąż na płomienie, raczej na stos, drewno podłożone pod Smoczycami, niż na nie same. Jednak i ciała widział. Spalone ciała tych, które miały nieść „ogień i krew”. Kto by się spodziewał, że własny brat przyniesie ów ogień swym siostrom.
Jaehaerys wiedział, że nie może uciec. Inni robili to, ale Velaryonowie nie mogli. Od zawsze byli jednymi z najbliższych i najwierniejszych chorążych Smoczego Rodu. Nie mogli teraz zmarnować tych wszystkich lat, dając powody do kwestionowania swej wierności. Nie po słowach Maegora Targaryena. Nie mógł uciec, choć tak bardzo chciał.
Gdyby wcześniej zareagował i pomógł swej kuzynce. Wtedy mógłby wyjść razem z najstarszym bratem. Jednak podjęcie jakiejkolwiek decyzji było obecnie wręcz niewykonalne dla młodego Velaryona. Jego nogi były jak z kamienia, jego wzrok na dobre zawiesił się w płomieniach jednego ze stosów. I na smoczym jaju, spoczywających wśród drew.
Nie mógł uciec fizycznie, jednak nikt nie mógł mu zabronić uciec w swych myślach. Tak było o wiele łatwiej. Uciec we wspomnienia, uciec w marzenia, uciec na Driftmark. Uciec i nie myśleć o tym, co teraz. Uciec i nie oceniać dzisiejszych wydarzeń. Uciec, i nie stawiać się w miejscu Targaryenek.
Stał tak, niczym kamienny posąg o twarzy bez wyrazu, kolejny element wystroju niegdyś tak pięknych królewskich ogrodów. Jutro pewnie służący sprzątną reszty ze stosów i popiół, trawa z czasem odrośnie i ogrodu znów będą piękne. Dziś jednak nie można było określić ich tym mianem. Śmierć nie była piękna. Nie taka śmierć.
Ucieczka w myśli, we wspomnienia, okazała się jednak ucieczką pozorną. Ucieczką krótką i zawodną. Stosy wciąż bowiem płonęły, a ludzie panikowali. Czas dalej toczył swój bieg, choć Jaehaerys dałby tak wiele, by się zatrzymał.  I straciłby tak wiele.
Początkowo nie zauważył drobnego ruchu wśród płomieni. W końcu ogień sam wydawał się być żywy. Wił się i syczał. Pochłaniał drewno i ciała…
Ale to nie był ogień.
Przecież tam… tam nie było jaja… - sam nie mógł uwierzyć własnym oczom. Przetarł ze zdziwienia oczy. Początkowo pragnął by to wszystko było snem. Nie było nim jednak. Stosy, płomienie, śmierć – to wszystko było prawdziwe. Czy również i to małe, skrzydlate stworzenie miało być prawdziwe? Czyżby zawodziły go oczy…
Jeśli tak, to nie był jedynym. Daenor też musiał to zauważyć. A także król.
Wezwijcie mego brata. Wezwijcie Daerona, niech strzeże smoka.
Czyżby również te słowa były tylko wytworem jego wyobraźni. A jednak ktoś się poruszył, aby spełnić polecenie władcy.
Więc to prawda. Smok - uśmiechnął się delikatnie, szybko to ukrywając. Nie mógł być radosny w takim dniu. Nie mógł się śmiać wobec takiego okrucieństwa okazanego przez władcę. Władcę, który miał być obrońcą.
A jednak się uśmiechnął. Był bowiem świadkiem historii. Wiedział, że będzie mógł niegdyś opowiadać o tym wszystkim swym dzieciom i wnukom. Jeśli się ich kiedyś doczekam. Teraz nie mógł być tego pewien. Teraz niczego nie mógł być pewien. Choć jeszcze nie tak dawno temu ochoczo wypłynął z domu, teraz zapragnął do niego wrócić. Tam mógłby czuć się bezpiecznie. Tam byłby z dala od tego wszystkiego.
I wtedy twoi bracia nadal byliby świadkami historii, a ty nie. Chyba to właśnie ta myśl kazała mu postąpić krok do przodu. Nadal dzieliło go kilka metrów od strażników, a jeszcze więcej od swego władcy i jego namiestnika. Chciał jednak być bliżej. Zobaczyć więcej niż Daenor.
Jeden krok. Drugi. Następny. Powoli, bez zbędnego pośpiechu. Nie budząc podejrzeć…
To jednak było niewykonalne. W końcu musiał się zatrzymać, widząc na sobie wzrok dwóch strażników. Niechętnie ustąpił pola, cofając się tylko o jeden krok. Jeden malutki krok. Raczej gest, niż prawdziwy krok w tył.
Na to nie mógł sobie pozwolić. Nie mógł być światkiem ponownych narodzin smoków i uciec.  Cóż mógłby wtedy powiedzieć? Byłem tak blisko, a jednak uciekłem. Ogarnął mnie strach. Słowami Targaryenów były „ogień i krew”. Ten ogień przyniósł dziś Aerys. Zaś słowa Velaryonów brzmiały: „starzy, prawdziwi, dzielni”. Czy dzielny mógł teraz okazać strach?
Strażnicy nie byli jednak zachwyceni tym, że stał tak blisko. Wciąż czuł na sobie ich złowrogie spojrzenia. Cofnął się jeszcze jeden krok. Ale nie więcej. Nawet mimo tego odoru, dochodzącego od stosów.
Zerknął przez ramię na brata. Trudno byłoby mu to powiedzieć na głos, jednak Jaeh cieszył się, że Daenor tu jest. To dawało większe poczucie bezpieczeństwa. Nie był bowiem sam, a wciąż nie wiedział, co zrobią król Aerys i jego brat Maegor. Oni byli dwaj, zaś smok jeden. Jaehaerys nie miał w dodatku żadnej broni. Choć bał się tego, co może się zaraz wydarzyć, o wiele bardziej bał się uciec.
Jakże odetchnął z ulgą, gdy strażnicy poruszyli się na słowa króla. Chwilę jeszcze patrzył na Maegora Targaryena i małego smoka, nim zwrócić się w stronę swego brata.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Stonehelm
Liczba postów :
25
Join date :
14/02/2015

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Kwi 15, 2016 12:32 am

Kiedy przyszedł czas na dalszą część uroczystości, Fion posłusznie udał się do ogrodów. Rozglądał się po otoczeniu i przypatrywał dyskretnie gościom. Przyjęcie osiągnęło taki etap, że większość zebranych była już pijana.  To była ta jedna jedyna przewaga, jaką młody łabędź posiadał nad resztą - zachował trzeźwość. Nawet kropelka najlepszego wina nie dotknęła dzisiaj jego warg.
W ogrodach panowała specyficzna atmosfera. Zapadł już zmrok, a lampiony oświetlały wszystko dokoła. Rośliny, ławki i fontanny rzucały długie cienie. Obraz ten mógł wydawać się niezwykle przytulny i ciepły, jednak kiedy Swann wkroczył na ogrodową ścieżkę... Po karku przebiegł mu zimny dreszcz. Te tłumy, strażnicy, jedna jedyna droga wyjścia - wszystko to sprawiło, że poczuł się niekomfortowo, a ogrody stały się jakieś nieprzyjazne. Zagonili nas tutaj jak stado gęsi - pomyślał.
A potem zobaczył króla trzymającego dumnie pochodnię. Nim zdążył w ogóle pomyśleć, że Targaryen i ogień to połączenie nie zapowiadające nic dobrego, usłyszał za sobą przeciągły huk. Odwrócił się w momencie, gdy wielkie wrota prowadzące do wnętrza zamku zatrzasnęły się. Wiedział, że nie może okazać strachu, chociaż w tamtej chwili nieźle się przestraszył. Odruchowo sięgnął do pasa, lecz szybko przypomniał sobie, że nie ma przy sobie Pióra. Spojrzał po najbliższych twarzach, po czym zrobił kilka kroków w tył, usuwając się w cień, skąd obserwował resztę zdarzenia.
To co się wydarzyło, wywołało w Fionie jakąś niezrozumiałą pustkę. Słuchał słów władcy, rozumiał je, jednak tak szybko jak wpadały do jego głowy, szybko też się z niej ulatniały. Sam za to nie myślał nic, wiedział, że podziałałoby to na jego szkodę. Po prostu stał, słuchał i patrzył, niczym jeden z ogrodowych posągów. W ustach zrobiło mu się sucho, na czole pojawiły kropelki potu. Wiedział, co król zamierza zrobić, i zrozumiał, że nikt z setek gości nie może temu zaradzić, powstrzymać tego. Ta wizja przeraziła go najbardziej. Cała ta gra, gra o tron, o przywileje, o miejsce na królewskim dworze... Spodobała mu się, ktoś tak sprytny i inteligenty jak Fion podjął ją z ochotą. Lecz teraz, kiedy zobaczył płonące stosy i tłum ludzi udających, że wszystko jest w porządku, nie był już pewny czy mógłby sobie poradzić.
Gdy stosy zajęły się ogniem i kobiety zaczęły krzyczeć, Fion spuścił wzrok. Jego głowa nie drgnęła nawet o milimetr, nie chciał, by ktokolwiek zobaczył, że się odwraca, szczególnie król, jednak oczy młodzieńca powędrowały w dół. Wydawało mu się nawet, że coś dostrzega miedzy gałęziami, jednak był tak sparaliżowany całą tą makabrą, iż nie zrozumiał, na co patrzy.
Przebudził się dopiero na ostatnie słowa władcy. Obrzydziły go tak bardzo, że ledwo powstrzymał grymas cisnący mu się na usta. Kiedy wrota na powrót otworzyły się, na początku chciał jak najszybciej uciec z ogrodów. Stwierdził jednak, że byłoby to nierozsądne i niewzruszenie stał na swym miejscu. Ciszę rozdarł głos Maegora Targaryena. Fion skrywał się w cieniu, nikt więc nie powinien zwrócić uwagi, iż jest w ogóle świadkiem tego wszystkiego. W dodatku uniknął całego tego zamieszania i przepychania do sali.
Większość ludzi uciekła już z ogrodów. Uciekła. Fion nie uciekał, nie przy królu, nie po takiej wielkiej groźbie, jaką przed chwilą zobaczyli. Dopiero gdy na ścieżce zrobiło się pusto, wyłonił się z cienia i powolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia. Wtedy stało się coś jeszcze bardziej zadziwiającego. Zgliszcza poruszyły się i niewielki, chudy cień wyłonił się ze stosu. Fion znieruchomiał na środku ścieżki i szeroko otwartymi oczami spojrzał w dogasający ogień. Kilka sekund zajęło mu zrozumienie tego, co właśnie zobaczył.
Nie zdążył wykonać żadnego więcej ruchu, gdy nagle żołnierze otoczyli króla i ruszyli prosto na Fiona, wyprowadzając władcę z dworu. Młody Swann odskoczył jedynie na bok i rozejrzał się. Niedaleko stał jego nowo poznany przyjaciel - Jaehaerys. Przed godziną opowiadałeś mi legendy o smokach, a teraz... Co jeszcze się wydarzy tego dnia?


Ostatnio zmieniony przez Fion Swann dnia Pon Cze 20, 2016 9:30 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
High Tide, Driftmark
Liczba postów :
19
Join date :
27/11/2015

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Kwi 15, 2016 3:48 pm

Tłum zebrany w ogrodach przerzedzał się. Coraz więcej osób umykało do sali, by nie patrzyć na płonące na stosach kobiety. Ogień przestał rosnąć, i wraz z wypalającymi się kolejnymi szczapami zaczął gasnąć.  Oprócz tupotu setek stóp i trzasku płomieni słychać było dwie najpotężniejsze osoby w królestwie. Maegor wydawał się być wzburzony działaniami króla. Zarzucał mu nie tylko straszną śmierć członków rodziny, ale i próbę przeprowadzenia na tamten świat Edrica Martella.
Czy była to prawda?
To wie tylko siedmiu i sam król. Niewątpliwie nie przejawiał ciepłych uczuć względem Dornijczyków. Odnosił się do nich z wyższością. Widać to było szczególnie po wydarzeniach z tego dnia, gdy zmusił księcia do ukorzenia się. Ale czy król, nawet okrutny i szalony, jakim tego wieczora zdawał się być Aerys odważyłby się zamordować jednego z potężniejszych panów w królestwie, który posiada pod sobą wielu chorążych? Ciężko było w to Daenorowi uwierzyć, ale tego nie wykluczał. Na pewno część gości przerażona tym co było dane im zobaczyć uznała słowa namiestnika za prawdę, lub uzna je, gdy ochłonie.
Aerys nie pozostał bierny i przeszedł do ofensywy. "Wiedziałeś i pragnąłeś tych śmierci." Jeżeli król miał rację, to kłótnia ta nie była tak klarowna, jak wielu raczyło pomyśleć. Zebranie nie byli świadkami oskarżania, z powodu żalu, tylko walki dwóch smoków, a historia pokazała, że są one krwawe i powodują ogromne szkody. Taniec sprzed wieków na zawsze zmienił Siedem Królestw i był powodem podupadnięcia dynastii Targaryenów. Wprawdzie dalej była silna i rządziła niepodzielnie, ale największa z podpór ich potęgi, ta która pozwoliła zająć Aegonowi Siedem Królestw zniknęła - wyginęły smoki.
Gdy płomienie opadły, a na miejscu stosów ostały się tylko kupy popiołu na twarzach Targaryenów pojawiło się zdziwienie. I Daenor, jako stojący najbliżej miejsca egzekucji miał szansę zobaczyć, co było powodem ucichnięcia członków królewskiego rodu. Dwa miejsca po stosach wyglądały zwyczajnie - ot resztki po spalonych drewnie i ciałach. Ale w trzecim coś było. Delikatne ruchy, roztrząsały siwy pył. Wyłaniały się z niego drobne łapy, a potem i korpus. Stworzenie pokryte było łuskami, błyszczącymi w miejscach nie przykrytych popiołem. Na początku Velaryon pomyślał, że alkohol, który w siebie wlał i żar bijący od ognia mógł spowodować omamy, ale nie. To co widział było prawdziwe. Niezwykłe i przerażające zarazem.
Zobaczył wiele legendarnych miejsc i stworzeń o których opowiadają ludowe podania. Nad puszczami Sothoryos latały wiwerny, a w morzach okalających brzegi tego kontynentu widział ogromne krokodyle. Ba! Nie tylko widział, nawet polował na nie dla ich skór i zębów. W Asshai, spoglądając na wschód miał przed oczami Cień. Tam ponoć żyją najpotężniejsze ze wszystkich stworzeń - smoki. Tam też spodziewałby się je zobaczyć, gdyby kiedyś spróbował eksplorować te niegościnne tereny. Ale czy pomyślałby kiedyś, że zobaczy smoka w Westeros i nie będzie on smokiem tylko z nazwy, a z krwi i kości? Nie. A jednak pojawiły się ponownie tutaj, w Królewskiej Przystani, gdzie przed niemal trzema wiekami na brzegu Czarnego Nurtu stanął Aegon Zdobywca i rozpoczął marsz po władzę nad większością znanej części kontynentu. Głowił się nad tym co może oznaczać te przebudzenie z ognia. Dziś widział już, jak ten żywioł niszczy życie, ale również jak je daje. Być może nadchodzi kolejny taniec, albo inne wydarzenie, o którym ludzie będą pamiętać przez wieki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Gwardia
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
101
Join date :
03/08/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Sob Kwi 16, 2016 10:33 pm

A przecież było tak spokojnie.
Serce biło tak rozpaczliwie, jakby za moment miało wyrwać się z piersi. Oczy, duże, z nienaturalnie rozszerzonymi źrenicami oczy, oczy człowieka, który stracił wszelką nadzieję wpatrywały się w zamknięte drzwi prowadzące do Królewskich Ogrodów.
Tak niewiele brakowało, by ten dzień dobiegł końca.
Nieruchoma, potężna sylwetka skryta we wnętrzu białej niby śnieg zbroi, milczące usta zaciśnięte w wąską kreskę i dłoń spoczywająca na złotej rękojeści miecza. Po skroni spłynęła pojedyncza, słona kropelka potu, spod hełmu niewidoczna dla oczu pobocznych.
Na Bogów, dlaczego?
Jasne niby księżycowe światło włosy Rhaenys mignęły tuż przy prezydialnym stole i zniknęły w chwili, w której za ostatnimi gośćmi zamknęły się drzwi. W dotychczas hucznej Sali Balowej zapanowała śmiertelna cisza. Złowieszcza cisza. Zła cisza. Daeron Targaryen wierzył w zabobony, był wręcz święcie przekonany o ich bezwzględnej prawdziwości – dziś jego przekonania, w przeciwieństwie do stojącego na straży ciała, miały niezwykle sytą ucztę.
Dlaczego?
Widział, jak Laena zerka przez strzeliste okna, widział również, że cofa się z przerażeniem, nienaturalnie blada, przestraszona, ze smukłymi dłońmi uniesionymi do ust – posłała Daeronowi prędkie, nienaturalnie okrągłe spojrzenie, przez moment wisiała w próżni niepewności, jakby zastanawiała się, czy uciec, czy podejść do Targaryena.
Uznała, że ucieczka będzie lepszym wyjściem – splecione w ciasny warkocz włosy mignęły po raz ostatni i zniknęły za niewielkimi drzwiami dla służby, zrzucając z serca Daerona ciężki głaz niepokoju.
Bezpieczna. Najważniejsze, że będzie tam bezpieczna.
Zaraz po tym ponownie pojawiła się Rhaenys – puchar w jej ręce lśnił martwym blaskiem, a pełne wargi królowej nabrały intensywnej, krwistej barwy. Ona nie musiała podchodzić do okien, by wiedzieć, co dzieje się w Królewskich Ogrodach – nieruchome, zimne spojrzenie fiołkowych tęczówek mierzyło spokojnie zaryglowane drzwi prowadzące na zewnątrz, po czym powędrowało ku wciąż nieruchomego Daeronowi. Wyraz chłodu, dotychczas goszczący na twarzy Rhaenys, zelżał odrobinę, gdy przy akompaniamencie cichego szelestu sukni zbliżyła się do Białego Płaszcza. Jej ruchy brzmiały jak uderzenia skrzydeł egzotycznych ptaków z Wysp Letnich, które można było podziwiać na targu – na swój sposób senne, odległe, rozsiewające woń słodkich owoców.
Tyle tylko, że królowa nie pachniała słodkimi owocami, miała swoją własną, niepowtarzalną woń – jakby mieszanki lawendy, najlepszego wina i kokosowego mleka, tak białego, jak jej cera.
- Dziś będzie cię potrzebował bardziej, niż kiedykolwiek.
Chłodne tęczówki wpatrują się w Daerona tak, jakby gotowe były dojrzeć przyszłość w błyszczącym metalu hełmu, a szczupła, delikatna dłoń spoczywa na naramienniku i choć Targaryen nie czuje dotyku Raenys, nie może go czuć, i tak odbiera płynące od niej ciepło, jak gdyby przekazywała je wraz z oddechem.
- Wiem, że go nie zawiedziesz.
Daeron skinął jedynie głową, bezradnie wpatrując się w odchodzącą kuzynkę – dziś była piękniejsza i bardziej wyniosła niż kiedykolwiek, przez co zdawała się jeszcze mniej realna. Jak snujący się po Czerwonej Twierdzy duch, który okazuje się niebezpieczną, nieprzejednaną zjawą.
Dobiegające z Królewskich Ogrodów pojedyncze krzyki i nastający szum docierają do Białego Płaszcza stłumione, wypaczone przez grube mury oraz drzwi, które uchyliły się dopiero po chwili – zaraz po tym Królewską Salę Balową jęła zalewać wzbierająca fala uciekających z ogród gości. Bladzi, z rozbieganym, przerażonym spojrzeniem, niektórzy całkowicie obdarci z dumy, jaką prezentowali ledwie kilka momentów wcześniej – Daeron wiedział, że niczego nie pragnęli tak mocno, jak powrotu do swych twierdz, zameczków i własnych komnat.
Doskonale ich rozumiał, choć jego życzenie było nieco skromniejsze – pragnął wyłącznie wąskiego łoża w Wieży Białego Miecza.
Niemożność spełnienia własnych marzeń stanowiła najokrutniejszą przyczynę ludzkiego nieszczęścia; gdyby tylko mogli wyzbyć się wspomnień, a dokładniej tego, które przed chwilą otrzymali w niechcianym podarku od Aerysa… gdyby tylko mogli cofnąć czas, gdyby tylko mogli tu nie przyjeżdżać, gdyby tylko…
Wiedział, że nie powinien tego robić, lecz dzisiejszej nocy zdarzyło się zbyt wiele rzeczy, które nie powinny mieć miejsca, by czyny Daerona miały pogorszyć sytuację – nagle, bez jakiejkolwiek oznaki ostrzeżenia czy wahania, opuścił własną pozycję, wcześniej upewniając się, że królowej towarzyszą dwaj przydzieleni Gwardziści; nagły ruch ze strony Białego Płaszcza natychmiast przykuł uwagę części gości, którzy najwyraźniej obawiali się dalszej części śmiertelnego przedstawienia – jednakże Daeron Targaryen nie przemierzał Sali Balowej po to, by komukolwiek wyrządzić krzywdę.
Przysięgał bronić, nie katować.
Jego długi, ciemny cień zatrzymał się kilka jardów dalej, dokładnie w miejscu, w którym Gwardzista zamarł w bezruchu – zdjął z głowy hełm, nie zważając na zlepione potem białe jak światło księżyca włosy. Choć twarz początkowo pozostawała nieruchoma, usta w końcu rozpromienił nieśmiały uśmiech.
Daeron Targaryen zatrzymał się tuż przy zapłakanej, liczącej ledwie sześć dni imienia siostrzenicy Lorda Hayford. Malutka jak na swój wiek dziewczynka błędnym wzrokiem szukała niańki, która najpewniej zgubiła podopieczną podczas zamieszania. To nie był czas ani miejsce dla osamotnionych, przestraszonych dzieci.
To nie był czas ani miejsce dla kogokolwiek, a jednak wszyscy tu tkwili – jak pszczoły w podpalonym, zamkniętym ulu.
- Nie płacz, jesteś już bezpieczna.
Pragnął kucnąć obok, by nie musiała tak wysoko unosić główki, ale doskonale wiedział, że w pełnej zbroi to godny podziwu wyczyn – dlatego wpatrywał się w dziewczynkę z taką samą bezradnością, co ona w niego.
I chyba to ją uspokoiło.
Łzy przestały płynąć, a przerażone spojrzenie wyrażało teraz pierwsze iskierki ciekawości – Daeron wciąż się uśmiechał, choć przychodziło mu to z trudem; uśmiechał się, podając jej własny hełm z inkrustowanym z drobinek złota trójgłowym smokiem na dzwonie; uśmiechał się, kiedy dziewczynka przytuliła go do piersi, jakby stanowił najlepszą tarczę świata; uśmiechał, gdy zgubę odnalazła przerażona niańka, która gięła się w pokłonach i natychmiast zniknęła, porywając dziecko na ręce; uśmiech, gdy siostrzenica Lorda Hayford rzuciła mu znad ramienia kobiety ostatnie spojrzenie – spojrzenie pełne wdzięczności i uspokojone.
Uśmiechał się do chwili, w której nie powiedziano mu, że ma iść do Królewskich Ogrodów i pilnować smoka.
Wtedy przestał się uśmiechać i pożałował, że oddał własny hełm.
A zaraz potem powtórzył słowo, które zapiekło go w ustach niczym kosztowane w Dorne papryczki.
- Smoka?
Uznał, że to kolejna gra słów Aerysa, gra, której znów nie zrozumiał – dlatego bez cienia podejrzeń ruszył we wskazanym kierunku, z niejakim niepokojem zauważając, iż część gości wciąż pozostaje w Ogrodach, niezdrowo zafascynowana stosami, które zdołały już wygasnąć.
Daeron poczuł bolesny ucisk w piersi, gdy ujrzał ponure pogorzelisko po tym, co zostało z jego krewniaczek. Był wściekły i zawstydzony jednocześnie – był wściekły, że Aerys wysłał go do Dorne, by nie miał możliwości błagania go o sąd dla kobiet, był zawstydzony tym, że kiedy już wrócił, nie mógł zrobić dla Smoczyc nic.
Zupełnie nic.
Był w końcu przerażony świadomością, że nie rozpracował zbrodniczego planu władcy. Ubiegłą noc spędził w Wielkim Sepcie na czuwaniu, prosząc Siedmiu Bogów o łaskę dla królewskiej pary w dniu zaślubin, a później…
Później strzegłem ich przed wszystkim poza nimi samymi. Aż do chwili, gdy Rhaenys nie wyznała zamiarów Aerysa, lecz wtedy było już za późno, wtedy wszyscy opuszczali salę a ja…
Daeron przyspieszył kroku, widząc klęczącego pośród popiołów Maegora – jego silna sylwetka początkowo zasłaniała widoczność i młodszy Targaryen sądził, że smok o którym była mowa to Namiestnik, lecz wtedy…
… a ja pozostałem ślepy.
Nie chciał uwierzyć w to, co ujrzał zatrzymując się przy swym starszym bracie.
Nie potrafił w to uwierzyć.
Nie umiał.
Ale rzeczywistość była niepodważalnym świadectwem. Namacalna, krucha istota pokryta łuskami, z drobnymi skrzydłami również.
Miał przed sobą smoka. Ożywioną legendę, zjawisko, które zdołał wcisnąć między ballady i bajki, jedynie od czasu do czasu odczuwając tęskne ukłucia za potężnymi bestiami, tymi, których czaszki spoczywały w Sali Tronowej.
Daeron nagle zrozumiał, jak wielkim głupcem był do tej pory. Jak wielką ignorancją się popisał, sądząc, że dobrze wykonuje swe obowiązki. Przysięgał strzec Smoków, zatem…
… zatem będę strzegł.
- Bracie, ja… - dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, iż zupełnie zaschło mu w gardle – musiał dać sobie chwilę, podczas której położył dłoń na ramieniu Maegora, wciąż wpatrując się z niedowierzaniem w skrzydlate, pokryte łuskami stworzenie.
- … zaprowadzę was w bezpieczne miejsce. Wstań, proszę. Wstań… wstańcie.
Przerażała go myśl, co może oznaczać pojawienie się smoka. Przerażała go świadomość, że może zwiastować rozlew krwi. Przerażały go przypuszczenia, że będzie to krew gorąca, krew królewska. Przerażała go myśl, że po raz pierwszy w życiu czuje wobec Aerysa urazę.
Za to, co zrobił ich siostrom i ciotce, za to, jak wielki i zupełnie niepotrzebny ból im zadał.
- Wrócę tu. Wrócę i godnie je pochowam.
Słowa wypadają z ust Daerona same, bez jakiejkolwiek kontroli – nawet nie podejrzewał, że ktoś może to wziąć za wyraz buntu, że ktoś może odczytać to jako nieposłuszeństwo. Rzekome zdrajczynie zasługiwały na zapomnienie, na taki pochówek, jaką miały śmierć – obdarty z dumy.
Ale dla Daerona Targaryena wciąż były rodziną. Ludźmi. Poza tym zmarłych należy szanować, mają bowiem bardzo dobrą pamięć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
8
Join date :
14/04/2015

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Nie Kwi 17, 2016 6:44 pm

//Post miałem gotowy od 3 dni, nie chce się spóźniać ze względu na kolejkę, więc wstawiam przed Lucerysem.//

Dziwnym można by rzec, jest to co w chwili obecnej Araterisowi przechodziło przez myśl. Zamiast skupić się na tym co było tu i teraz, mężczyzna widział obrazy z dzieciństwa. Dokładna kopia tego co zaczynało dziać sięt utaj, obrazki dzieci, gdzie dwóch zawsze się kłóciło, a trzeci starał się sytuację równoważyć. Takbyło zawsze, ale tym razem Arateris nie czuł potrzeby wprowadzenia równowagi pomiędzy chaos jaki zapanował. W głębi duszy wiedział, że słowa Maegora były prawdą, a ich brat król coraz bardziej pogrążał się we własnym szaleństwie. Jednak między nimi dwoma, a najstarszym bratem stał jeden bardzo ważny czynnik – pozycja. Niezależnie od tego czy Maegor i Arateris widzieli w swym bracie szaleńca, to niepodważalnym faktem było to iż wciąż był królem i nawet najbardziej bestialskie zabawy pozostaną mu wybaczone. Wymiana zdań pomiędzy dwójką najważniejszych person w królestwie wydawałą się raz zaogniać konflikt, a innym razem tłumić go balansując na granicy. Arateris rozluźnił uścisk i stanął obok Maegora. Być może nie piastował wysokich stanowisk, ale nie bez powodu znanym się jest pod przydomkiem Smoczy Umysł.
-Krew z naszej krwi... Aerysie... – szepnął wpatrując się w stosy na których płonęła ich rodzina, a wszystko to zainicjowane przez ich brata. Jednak będąc wystarczająco blisko coś innego przykuło uwagę wielkiego stratega, coś co natychmiastowo przywróciło mu trzeźwość umysłu. Pomiędzy popiołami rodu królewksiego, rodziny potężnej i znanej z rzeczy wielkich... powstawało nowe życie. Piękny kształt legendarnej bestii wyłonił się z żarzących się okowów, a Aerys wydawał się być zszokowany, podobnie zresztą jak Maegor. W najdalszych snach Arateris nie wyobrażał sobie, że za życia będzie mu dane ujrzeć powrót bestii, którymi pisano wielkie pieśni.
*Pradziady, ojcowie, przodkowie... dzień nadszedł w którym i ja świadkiem. Powrót tego co zapomniane, co uznane za skończone. Czy rzeczywiście? Jak przodkowie tak i my doznamy na włąsnej skórze legend? Być może napiszą je o nas?*. Ale czy to zwiastowało coś dobrego czy tez może erę sporów i rozlewu krwi? Arateris gorączkowo zaciskał dłonie, zdał sobie sprawę, że jego sytuacja rodzinna została mocno podburzona i wkrótce być może bracia będe musieli spojrzeć sobie w oczy. Momentalnie przez myśl przeszła mu stara scena, gdy za młodu przyuczał sie u najlepszych. Chwila słabości... znów to widział.

**

Poprosił o legendy i opowieści i ich słuchał. Wielkie kroniki wojen , o smoczej krwi, o bohaterach i o upadku Valyrii. Wtedy w jego głowie zrodziła się myśl, która uformowała się w wizje tego co stało się jego dziecięcą pasją.
-Jeśli to wszystko kiedyś się wydarzyło, to wiele z tych rzeczy wciąż gdzieś tam jest... lordowie, na polach starych bitew, w siedzibach i ruinach... czeka na odkrycie. Czeka na... odrodzenie –  zaśmiali się słuchając młodego Targaryena, ale w jego słowach nie było w cale fikcji.
-Oczywiście mój młody Smoku, to wszystko tam gdzieś jest! Czeka! Ale kto dzisiaj ma czas na zaprzątanie sobie tym głowy gdy istnieją poważniejsze problemy? – Arateris tym razem odpowiedział już sam sobie, w jego głowie odbijało się echem czyste "Ja".

**

A dziś jego stare zamiłowania, marzenia... odradzały się na oczach wszystkich zgromadzonych dając nadzieję na to, że nie przepadły, że nie pozostaną piśmiennymi legendami. Maegor niczym w transie ruszył do przodu, powoli, niczym ku nowo narodzonemu dziecku. Aerys opuścił zaś ogrody. Króla nie było, a Maegor wciąż szedł, stało się jasne... Arateris podazył za bratem w pewnej odległości, czuwał by nikt nie przeszkodził w zjednoczeniu, które nadeszło właśnie teraz w okolicznościach wydawało by się patowych... nadeszło podobnie, jak i nadchodzi zima. Gdy już Maegor uklęknął Arateris odwrócił się do niego plecami i obserwował. Nikt nie powinien zakłócać tej chwili, a Targaryen rozumiał to najlepiej. Najmłodszy z braci również, na rozkaz króla, wszedł pośród stosy trwając w równie wielkim szoku. Jednak Arateris nie wyczuwał u Daerona złych intencji. Chłopak dzielił poglądy Araterisa, a to oznaczało, że większa część rodziny nadal dzieli silne więzy braterstwa. Arateris szybko przestał zachwycać się narodzinami starej legendy, a znów zaczął kalkulować. Istota choć należy do jednego, będzie sporem dwojga. A  Arateris jest już za stary, żeby starszych od siebie godzić. Stronę wybrał jednak już dawno temu, a dziś ani po koniec czasów – nie zamierzał jej zmieniać.
-Valar Morghulis. Masz mój miecz Maegorze. – rzekł stojąc murem za bratem by ten mógł przyjąć na świat swoje drugie dziecko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Królewska Przystań
Liczba postów :
21
Join date :
25/01/2016

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Nie Kwi 17, 2016 7:36 pm

Możliwe było zignorowanie poruszenia wywołanego wymierzoną przez Aerysa „sprawiedliwością”, możliwe było nie zwrócenie uwagi na to, co powiedział namiestnik, ale niemożliwym było pozostanie obojętnym wobec ruchu w jednym ze stosów.
Początkowo, Lucerys myślał, że to po prostu płonące gałęzie sprawiają wrażenie życia, ale niedługo zdał sobie sprawę z tego, w jak wielkim był błędzie.
Kiedy książę był w Volantis jedną z rzeczy, na które od razu zwracało się uwagę był Czarny Mur- pozostałość po ogniu smoków. Kiedy brał udział w volantyńskich przyjęciach uwagę zwracano na pochodzenie, krew smoków. Kiedy wracał do Westeros przepływał obok kamiennych smoków Dragonstone, a w samej stolicy znalazł czaszki samych bestii. Ale teraz widział coś, czego nikt nie spodziewał się. Coś, co miało pozostać znakiem ostatniej ery. A jednak, młody Targaryen widział przed sobą prawdziwego, żyjącego smoka. Faktycznie, nie był on imponujących rozmiarów, ale tutaj nie chodziło o to, czy gad jest w stanie stworzyć drugie Harrenhal, czy Pole Ognia. Chodziło o ideę. Ideę potęgi i władzy. Ideę czarnych fortec i mieczy. Ideę ognia i krwi.
Jak się okazało Lucerys wyszedł z zamyślenia w samą porę, by usłyszeć odpowiedź króla na to, co powiedział Maegor. Jeszcze chwilę temu, 18-latek zdał sobie sprawę z tego, że jest rządzony przez szaleńca, a teraz nagle okazało się, że to zepsucie rozciąga się w całej rodzinie smoków. Co gorsza, rodzina ta zyskała właśnie najpotężniejszą broń w historii. Kurwa.
Chociaż, skoro jak już zostało ustalone Aerys jest szaleńcem… to czy nie może być też kłamcą? W końcu to niemożliwe, żeby królestwo trzymało się przez blisko 300 lat opierając się na dynastii tak pełnej szaleństwa i tyranii. Przynajmniej w to wierzył Lucerys… a na pewno chciał w to wierzyć. Dopiero teraz do księcia dotarło, co prawdopodobnie powiedział Namiestnik… czy to naprawdę możliwe, że król chciał spalić jeszcze księcia Dorne? Przecież to byłoby najgorszym, co Aerys mógłby zrobić, ale czy nie pokazał on już, że byłoby go na to stać? Cóż, książę nie widział niczego przeciw temu i niezależnie od tego, jak się z tym czuł musiał uwierzyć w słowa dziedzica królestwa.
Następnie do jego nozdrzy dotarła nowa fala odoru pochodzącego zapewne od wciąż jaśniejących stosów i znajdujących się na nich kobiet. „Zapach” ten spowodował, że wszystko co Lucerys dotychczas spożył zapragnęło ujrzeć spektakl. Na szczęście Targaryenowi udało się zniweczyć te plany. Było to jednak dość wyraźnym znakiem od jego organizmu, że najwyższy czas wrócić do Sali balowej, gdzie za pewne upije się i zaśnie przy stole mając nadzieję nigdy już się nie obudzić.
Poczekał jednak chwilę schodząc na bok i obserwując uciekający z ogrodów tłum. Szczerze mówiąc, gardził tym, co jego kuzyn zrobił, ale było w tym coś wspaniałego. Jakaś schowana głęboko część księcia zachwycała się widokiem strachu i desperacji, jakim byli w tamtej chwili przedstawiciele najznamienitszych rodów królestwa i, chociaż sam by się do tego nie przyznał, młody smok sam kiedyś chciałby mieć taką władzę nad ludźmi i móc samemu decydować o tym, co i kiedy czują inni.
Kiedy już tłum przy drzwiach się rozrzedził, Lucerys wrócił do środka.
/zt

//Przepraszam Wszystkich za opóźnienie (szczególnie Araterisa) i nieproporcjonalną do niego długość posta.//
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Sro Kwi 20, 2016 9:02 pm

Pośród wciąż obecnych w Królewskich Ogrodach gości byli tacy, którzy – nawet w obliczu legendarnego wydarzenia, jakie było im dane obserwować – myśleli wyłącznie o ucieczce.
I to właśnie oni okazali się najrozsądniejsi.
Pora porzucić wzniosłe słowa, pora obedrzeć prawdę z drogocennych woalów; pojawienie się smoka, po ponad stu latach od momentu śmierci ostatniego z nich, nie mogło nieść ze sobą obietnicy spokojnych i stabilnych czasów, zwłaszcza w obliczu zimy. W pamięci mieszkańców Siedmiu Królestw zatarła się prawda dotycząca tych bestii, ludzie zapomnieli o morzu krwi przelanym podczas Tańca Smoków i potrafili jedynie śpiewać ballady dotyczące tamtych wydarzeń… pieśni zaś mają to do siebie, że rozmijają się z okrutną prawdą. Nadzieją nie napawały również okoliczności, w jakich istota przyszła na świat – czy potrzebowała aż trzech śmierci, aby przedrzeć się przez kamieniejącą skorupę, czy odebrane życia Rhaeny, Naerys oraz Daelli były ceną, jaką należało zapłacić za widmo kolejnych ofiar ginących pośród ognia? Wszak nie od dziś wiadomo, że przemoc rodzi przemoc, zaś śmierć – śmierć. I choć bez wątpienia smoki były przesycone magią, były piękne, były legendą, którą należało pielęgnować, niewielu spodziewało się, iż przyjdzie im stanąć twarzą w twarz z historią. To tak, jakby za księżyc bądź dwa w stolicy pojawił się Aemon Smoczy Rycerz bądź ziemie Zachodu nawiedził Lann Sprytny – niektóre baśnie powinny zostać nimi na zawsze.
Tyle tylko, iż o dzisiejszych wydarzeniach również powstaną legendy – i to nie za setkę lat, nie za dwie setki, nie za tysiąc, lecz już w najbliższych dniach. Najpierw zaczną plotkować mieszkańcy Królewskiej Przystani, a wraz z kolejnymi lordami opuszczającymi Czerwoną Twierdzę – całe królestwo. Za nie dalej niż dwa księżyce wieści o smoku, o płonących Targaryenównach, o starciu pomiędzy władcą a Namiestnikiem, w końcu o całej tej fali przerażenia, okrucieństwa i obłędu będą mówić nawet w Czarnym Zamku, za Wąskim Morzem, na Wyspach Letnich.
To zaś oznaczało, iż wkrótce cały znany świat zapragnie ujrzeć smoka panującej dynastii i w zapomnienie pójdzie przestroga, którą wyraził Aerys Targaryen.
Nadchodzi zima.
W Królewskich Ogrodach zakotłowało się ponownie, gdy król powrócił w mury Czerwonej Twierdzy – tym razem jednakże goście, jakby w sprzecznym paradoksie, nie pragnęli uciekać przed stosami, lecz parli ku nim, by znaleźć się jak najbliżej miejsca, w którym klęczał Namiestnik Siedmiu Królestw. Ludzka ciekawość jak zwykle przezwyciężyła strach i obrzydzenie, przez co kolejne masy ludzkie jęły napierać ku Maegorowi Targaryenowi i wygasłym stosom – tym razem gości nie trzymał w ryzach tuzin uzbrojonych strażników, nie było tu również Aerysa Targaryena, który potrafił utrzymać ludzi z dala od siebie nawet bez obecności rycerzy.
Kolejne i kolejne pary oczu łapczywie spoglądały na smoczątko, z niedowierzaniem, z zabobonną obawą, z czujnością, jakby obawiali się, iż pośród popiołów odnajdą nowego Baleriona.
Tyle tylko, iż tej istocie wciąż było daleko do legendarnych przodków – była mniejsza nawet od ostatniego smoka, który zmarł za panowania Aegona Trzeciego i choć kły posiadała ostre, o czym na własnej skórze przekonał się Maegor, nie mogło być mowy o tym, by zdołała przetrwać narastający szturm. Jedynie Bogowie wiedzą, jak prędko zgasłoby to nowe życie, gdyby nie przysłany przez władcę Królewski Gwardzista. W tym względzie Aerys popisał się zadziwiającą wyrozumiałością i klarownością umysłu jak na – zdawałoby się – całkowitego szaleńca. Daeron Targaryen był najlepszym spośród możliwych wyborów, wszak w jego żyłach również płynęła smocza krew, i zrodzona z ognia istota była mu jednako bliska, co starszym braciom.
Jego miecz oraz miecz Araterisa to o dwa ostrza więcej niż posiadały dziesiątki ciekawskich, przestraszonych bądź ważących losy królestwa par oczu – na szczęście stal nie musiała błyskać, aby zniechęcić ich do zniwelowania i tak niewielkiej odległości od Maegora Targaryena, który – nie wiedzieć kiedy – wyjął smoczątko spośród popiołów. Wszystko potoczyło się zadziwiająco prędko – w jednej chwili Namiestnik podnosił się z kolan, w drugiej zaś Daeron odpinał klamrę białego płaszcza i okrywał nim złożone ręce starszego brata, w których spoczywała istota. Ledwie kilka uderzeń serca później wszyscy obecni w Królewskich Ogrodach Targaryenowie – z Maegorem pośrodku, Daeronem po lewej i Araterisem po prawej – zmieszali ku wnętrzu Czerwonej Twierdzy.
I jedynie pozostali pośród połaci więdnącej zieleni goście przeżywali rozterkę – uciekać… czy zostać, by pogrążyć się w gorączkowym przeżywaniu tego, czego świadkami dziś zostali?
Tymczasem nikt nie wyraził na głos myśli, by zażądać od króla i królowej pokładzin – nie musieli.
I bez tego być może dzisiejszej nocy powstanie kolejne, smocze życie.

    Event oficjalnie zostaje uznany za zakończony – bogatsi o całe spektrum przeżyć, zawiązanych znajomości oraz z pełną gamą możliwości do dalszego rozwoju wydarzeń, które zostały zapoczątkowane podczas królewskich zaślubin, możecie pisać posty w jakimkolwiek dowolnym miejscu w Królewskiej Przystani.
    Jeśli ktoś pragnie opuścić stolicę, zobowiązany jest do fabularnego przeprowadzenia podróży. Wasze posty mogą się rozgrywać najpóźniej dwa dni po wydarzeniach w Królewskich Ogrodach!
    Nie narzucam Wam towarzyszy dalszej rozgrywki – sami doskonale wiecie, z kim i o czym teraz pragniecie rozmawiać, gdzie się udać, co robić, jednakże w razie pytań bądź wątpliwości zapraszam na kontakt poprzez PW.
    I bardzo prosimy nie podglądać króla oraz królowej podczas pokładzin ;) Wątek ten rozgrywać się będzie jeszcze tej samej nocy, co wydarzenia eventu, a po jego zakończeniu para królewska zrówna się z ogólnym czasem fabuły.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   

Powrót do góry Go down
 

Ogrodowa ścieżka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Ścieżka górska
» Numerologia
» Julius Nott
» Ścieżka
» Ścieżka z polanki do statku

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Królewskie Ogrody-