a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Ogrodowa ścieżka



 

 Ogrodowa ścieżka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Ogrodowa ścieżka   Nie Maj 25, 2014 7:50 pm

Jedna spośród trzech ogrodowych ścieżek, które przeznaczone zostały do użytku zaproszonych gości. W przeciwieństwie do dróżki prowadzącej ku północnej części ogrodu, ten szlak posiadać będzie znacznie bardziej intymny wydźwięk - gdy tylko zapadnie zmrok, oświetlona zostanie jedynie kilkoma myrijskimi lampionami, które rzucą na spacerujących wielobarwny, stonowany blask, zaś na jej końcu spacerujący znaleźć będą mogli ogrodową altanę, oplecioną pnącym się wokół śnieżnobiałych filarów bluszczem. Jeśli którykolwiek z gości będzie poszukiwał chwili wytchnienia lub zapragnie uciec przez zgiełkiem rozmów panujących w głównej części Królewskich Ogrodów, bez problemu znajdzie tu odrobinę spokoju oraz ciszy.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Sro Cze 11, 2014 5:24 pm

/Korytarz i sala balowa

Część oficjalna dobiegła wreszcie końca. Goście przenieśli się do ogrodu, wzniesiono puchary i każdy poszedł w swoją stronę.
Nadira skosztowała potraw, których nigdy wcześniej nie jadła. Korzystała z możliwości posmakowania egzotyki, bo jedni bogowie wiedzieli, czy kiedyś uda jej się jeszcze gościć na takim wydarzeniu.

Kiedy tylko nadarzyła się okazja, Nadira wstała od stołu i zniknęła w głębi ogrodu. Potrzebowała spaceru i świeżego powietrza. Im dalej szła, tym powietrze było lżejsze, a gwar nie był tak bardzo uciążliwy. Chciała wytrzymać jeszcze trochę, a potem udać się do komnat gościnnych i odpocząć po długim dniu. Rodzeństwo rozeszło się tu i tam, Emery nie było widać, a Wilczyca nie specjalnie wiedziała do kogo zagadnąć. Ciężko było jej przyznać, że wesela w żaden sposób jej nie cieszą. Ślub Aidana był inny, na Północy wszystko było takie. Spontaniczne, szczere i proste. Siły dodawały jej zadowolone twarze rodziny i potrafiła zdobyć się na uśmiech.

Ogród był niesamowity. Niezwykłe rośliny, słodki zapach kwiatów, których nie widziała w Winterfell. Czasem przystawała przy jakimś i nachylała się, by lepiej poczuć ich woń. Spokój i piękno natury, coś co kochała najbardziej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Sro Cze 11, 2014 10:28 pm

Młody Mormont przez jakiś czas zabawił przy stole obsadzonym dokoła przez przedstawicieli rodów z Północy, ucztując i raz po raz wznosić zainicjowane przez kogoś toasty - a to za szczęście młodej pary, a to za ich długie życie, a to za dobre pożycie. Wszystko to jednak było dla Kevana sztuczne... Aż nazbyt sztuczne. Choć nie można rzec, że nie pasowała mu cała ta sytuacja. Jak też Nadira wcześniej powiedziała, sam chciał zwiedzić trochę świata. Gdy jednak ludzie powoli poczęli rozchodzić się w najróżniejszych kierunkach, Mormont również wstał od stołu, niedługo po nich. Skierował swe kroki głębiej w ogród. Będąc już w Czerwonej Twierdzy, po prostu nie mógłby opuścić tego miejsca bez ujrzenia choć małego skrawka niemal wspaniale urządzonych zieleńców.
W pewnym momencie swej przechadzki dostrzegł doskonale znaną mu osobę. Przez chwilę obserwował Nadirę z oddali, po czym ruszył żwawym krokiem w jej kierunku, a na jego twarzy od razu pojawił się uśmiech. Gdy znalazł się już przy kobiecie, ta akurat nachylała się nad jednym z kwiatów, z bliska podziwiając jego wygląd i zapach. Sam Kevan nachylił się natomiast nad kobietą i szepnął jej na ucho:
-Wszystkie te kwiaty kryją się ze wstydu, gdy widzą Twe piękno.- Na chwilę przeniósł wzrok na jeden ze znajdujących się najbliżej kwiatów, po czym znów powrócił nim na kobietę. I rzeczywiście - kwiaty te w żaden sposób nie mogły się równać z urokiem kobiety...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Czw Cze 12, 2014 1:50 am

Wszystkie te kwiaty kryją się ze wstydu, gdy widzą Twe piękno.
Zadrżała, słysząc szept płynący wprost do ucha. Natychmiast poczuła ciepło na twarzy, ale nie podniosła głowy i ciemne loki pozwoliły jej ukryć zmieszanie. Kilka sekund później potrafiła przemówić, siląc się na spokój.
- Moje siostry i kuzynki są piękne, nie ja. Ale nie wygląd jest najważniejszy - odwróciła się w stronę Mormonta. Gdybym nie wiedziała, że uważasz z trunkami, pomyślałabym, że się upiłeś. Ale nie powiedziała tego na głos. Nie chciała drążyć tematu. Bała się komplementów i momentów jak te. Nie żeby była na nie gotowa, bo nikt nie zwracał na nią uwagi. Odpowiadało jej to. Mogła sobie siedzieć w kącie i patrzeć. Teraz było inaczej. Wiedziała, że się nie przesłyszała i słowa skierowane były do niej.
Nie rozumiała dlaczego odzywa się w ten sposób. Bracia tak nie mówią, a żartują. Coś jak: "i tak jesteś ładniejsza od naszej służącej", albo "złość piękności szkodzi". Ale on nie jest bratem. Już nie jest. Był, kiedy żył jej mąż i przez związek została jego siostrą. Teraz mógł mówić to, co chciał i uważał za słuszne.
- Dlaczego nie bawisz się z innymi? - odsunęła się od rośliny i wróciła na środek ścieżki. Było jeszcze wiele do zobaczenia. - Źle się tam czujesz - nie musiała pytać. Wystarczyło spojrzeć na Kevana.
- To chyba moja wina. Niepotrzebnie cię w to wciągnęłam. Przepraszam - chciał się wykazać, zobaczyć coś nowego, a jednak tylko się męczył. Może nie narzekał na głos, ale każdy człowiek z Północy czuł się nieswojo w takich momentach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Czw Cze 12, 2014 8:08 am

Kevan uśmiechnął się, słysząc słowa Nadiry. Znał ją wystarczająco dobrze, aby móc spodziewać się właśnie takiej, a nie innej odpowiedzi. Uważał także, że cechowała ją aż zbyt duża skromność.
-Nie mam powodu, by kłamać.- powiedział spokojnie, po chwili odpowiadając także bezpośrednio na słowa kobiety: -Nie mogą się z Tobą równać. I masz także rację - wygląd zdecydowanie nie jest najważniejszy.-
Gdy kobieta spytała Mormonta dlaczego nie pozostał wśród innych gości weselnych, ten już miał się odezwać, gdy Nadira odpowiedziała sama sobie. Krótko i bardzo cicho się zaśmiał i patrząc na kobietę wzruszył ramionami. Jednocześnie skinął głową, potwierdzając jej słowa - wszak była to prawda. Nie było to dla Kevana coś normalnego, przez co jakoś nie mógł odnaleźć się w tym wszystkim.
-Gdybym chciał pozostać na Północy, pewnie bym to zrobił.- rozpoczął odpowiadać, gdy kobieta poczęła obarczać się winą. -Sam byłem chętny na przyjazd tutaj. Chciałem zwiedzić choć kawałek świata. Poza tym, tutaj mogę się przydać o wiele bardziej niż w Winterfell, nie sądzisz?- W stolicy Północy setki wartowników pilnowało bezpieczeństwa Starków - tutaj zaś, w Królewskiej Przystani... Na pewno było ich o wiele mniej. I każda jedna para rąk, każdy jeden zaostrzony miecz, może się przydać, gdyby stało się coś niepożądanego. Poza tym, oczywiście - a nawet przede wszystkim - Mormontem kierowały też inne uczucia... Nie chciał pozostawiać Nadiry bez opieki, niemal cały czas się o nią martwiąc w tym obcym miejscu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Czw Cze 12, 2014 11:26 pm

- Być może. I cieszę się, że możemy na ciebie liczyć. Mormontowie są dumni i mężni. Mamy szczęście, że jesteście naszymi przyjaciółmi. Mój ojciec bardzo sobie ceni wasze umiejętności i poświęcenie dla Północy - mówiła, idąc niespiesznie dalej i dalej.
- Możesz być z siebie dumny, Kevanie. Będąc wiernym zyskałeś wiele w oczach lordów. Mogłeś siedzieć w domu, albo uczyć się zarządzania od tych, którzy są w Winterfell, a jednak wolałeś niewygodę i przełamałeś niechęć do tego regionu. Trochę z obowiązku, a trochę z przekory. Masz w sobie głód przygody, tylko wyjście za próg domostwa jest trudniejsze. A potem przychodzi radość, kiedy wracasz do tego, co kochasz. Zobaczysz - powiedziała dziarskim tonem. - Północ wyda ci się jeszcze piękniejsza i droga sercu, kiedy znowu zaczniesz ją przemierzać - ona sama tak to wszystko odczuwała.
- Polubiłam to miejsce. Kiedy byłam tu poprzednio, dużo czasu spędzałam pośród drzew i kwiatów. W tym wielkim mieście, tylko tutaj było coś znajomego i cudownego. A tam dalej jest morze. Można zejść na sam brzeg i widzieć przed sobą wodę. Zawsze lubiłam jego szum i statki, które płynęły od portu do portu - uśmiechnęła się.
- Mieszkając na Wyspie Niedźwiedziej, dużo czasu spędzałam nad brzegiem i patrzyłam przed siebie, starając się zapamiętać jego wygląd. A kolory zmieniają się wraz z pogodą. Czasem jest szare, czasem błękitne, albo ciemne i nieprzeniknione. Pomyślałam wtedy, że gdybym była zwykłą wieśniaczką, też chciałabym mieszkać nad wodą - gdyby z jednej strony miała łąki i lasy, z drugiej plażę, nie potrzebowałaby niczego innego do swojego wymarzonego miejsca. Wszystko co drogie, leżałoby u jej stóp.
- Gdybyś mógł wybrać miejsce i zajęcie, gdzie byłbyś obecny? Czego pragnęłoby twoje serce i gdzie znalazłoby spokój? - spojrzała ukradkiem w stronę Mormonta, chcąc ocenić czy pytanie było głupie, czy naprawdę dało mu do myślenia. Nie mówiła tego głośno, ale czasem wydawało jej się, że jest trochę marzycielski i chętnie ucieka myślami tam, gdzie nie mógł być. Nadirze zdarzało się to coraz częściej. Ostatnie dni towarzyszyła Aidanowi i Cailet, mimo iż nawet nie wiedziała gdzie są.
- Na pewno nie w Dorne. Jeśli tutaj ci gorąco, tam byś się rozpłynął - zażartowała. Brunetka chciała zobaczyć tę krainę, ale nie widziała na to żadnych szans. Zostały jej opowieści i książki. Dla niej Dorne było odległe jak kraina z fantazji, ale przynajmniej istniało naprawdę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Cze 13, 2014 8:33 am

Mężczyzna z uśmiechem wysłuchał słów kobiety. Czasami chciałby, żeby wszyscy ludzie wyzbyli się tego "oficjalnego żargonu", jednak na takim świecie już się urodził...
-Starkowie zawsze mogą na mnie liczyć. A Ty w szczególności.- odpowiedział kobiecie, gdy ta "połechtała jego ego".
-Wcale Ci się nie dziwię, Nadiro. Tutaj chociaż można sobie wyobrazić, że jest się znów na Północy, a nie w Czerwonej Twierdzy. Choć na chwilę można popuścić wodze fantazji.-. dodał z uśmiechem, rozglądając się bacznie po okolicznej roślinności.
Gdy kobieta wspomniała o Niedźwiedziej Wyspie; domu Mormonta, ten uśmiechnął się szeroko, wracając doń wspomnieniami. Tęsknił za domem, to prawda. Jednak sam się na to pisał, toteż nie może powiedzieć żadnego złego słowa o tym, że w Królewskiej Przystani mu się najzwyczajniej w świecie nie podoba. Zdawał sobie sprawę z tego, że do wszystkiego można się przyzwyczaić, jednakże i tak nie potrafił ukryć rozgoryczenia.
-Morze jest piękne i pociągające, acz zdradzieckie zarazem. Dopóki jednak uważasz, możesz czerpać to piękno nie ryzykując swym życiem...- podzielił się z kobietą swoim przemyśleniem na temat wielkiej wody, z którym to chyba nie można było się nie zgodzić.
Gdy kobieta zadała mu pytanie o jego wymarzone miejsce, począł się zastanawiać dość mocno zmieszany. Wiedział, co odpowiedzieć, jednak nie wiedział, jak to zostanie odebrane - po raz kolejny. Czy jednak prawda ta warta była ukrywania? Nie, chyba nie... Zaśmiał się krótko, gdy kobieta wspomniała o Dorne. Nie ulega wątpliwości, że miała rację w stu procentach.
-Przyznam szczerze, że nie wiem, gdzie by mi było najlepiej. Zawsze zastanawiałem się, jak wygląda życie za Murem - choć nigdy nie chciałbym być człowiekiem takim, jakimi są Dzicy.- począł swe rozważania, które sprowadziły się do prostego stwierdzenia: -Gdzie jednak bym się nie znalazł, chciałbym, abyś Ty także tam była.- Uśmiechnął się ciepło do Nadiry, jakby zapominając choć na jakiś czas o tym, że jako do Starkówny, powinien się do niej zwracać raczej per "pani".
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Cze 13, 2014 6:39 pm

Mur. Przypomniało jej się jak z siostrami planowała zrobić tam rewolucje.
- Kiedyś chciałam pójść na Mur. Wiem jak to brzmi, ale tak było. Zawsze dobrze wyglądałam w czerni i nie bałam się wyzwań. Gdyby tylko kobieta była tam mile widziana. Pamiętam jak byliśmy tam z siostrami (i w towarzystwie braci i obstawy oczywiście) i chociaż wszyscy byli powściągliwi, mając do czynienia z córkami lorda, wiedziałyśmy, że najchętniej przyszliby do nas w nocy i... - nie musiała kończyć. Natura i samcze instynkty. - Gdybym była chłopakiem może bym się poświęciła. Wielu Starków porzuciło dom i oddało wszystko w służbie. Jak chyba każdy jestem ciekawa co jest po drugiej stronie, poza zimnem i jeszcze większą warstwą śniegu - wierzyła w różne opowieści, ale jednego była niemalże pewna. Gdzieś tam mogły żyć wilkory. Chciała zobaczyć na własne oczy te zwierzęta.
I znowu kolejne zdanie sprawiło, że poczuła się zbita z tropu. Brzmiało to bardzo osobiście i nie wiedziała jak to przyjąć. Zignorować, a może podjąć temat?
- To chyba niemożliwe. Ojciec znajdzie dla mnie człowieka i znowu wyjdę za mąż. To nieuniknione - zacisnęła palce. Nie chciała po raz kolejny przechodzić przez to samo. Obcy człowiek, wesele, wspólne życie. Najbardziej bała się tego, że jeśli polubi swego męża, znowu coś mu się stanie, a ona po raz kolejny będzie to przeżywać.
- Może ta podróż jest moją ostatnią, kiedy mogę sobie pozwolić na swobodę? Minęło już kilka miesięcy. Najmłodsza siostra spodziewa się dziecka, starsza ma narzeczonego. Ojciec nie może zwlekać. Jeśli znajdzie kogoś odpowiedniego na pewno zgodzi się na ślub i odejdę - myśląc o tym mogła sobie wyobrazić jak czuła się teraz księżniczka Ivory, opuszczając swój dom. Każda szlachetnie urodzona panna była na to przygotowywana, ale zostawiało to ślad w sercu.
- Nie chcę zostawiać Północy. Gdziekolwiek bym nie była, tam znalazłabym znajomą twarz i była bliżej domu. Nie musiałabym się kryć z ćwiczeniami walki, mogła jeździć na polowania i przejażdżki. Nie utknęłabym w klatce - objęła się ramionami, czując na skórze chłód, jakby zimne palce dotykały jej i chciały dosięgnąć myśli i serca.
- Zrozumiesz to, kiedy się ożenisz. Jeśli zobaczysz w oczach żony coś niepokojącego, ale ona nie przyzna się do strachu, będziesz wiedział, że czuje się niepewnie. Zapewnij ją, że nie ukarzesz jej za to, że chce być sobą. Jesteś dobrym człowiekiem i wiernym przyjacielem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Cze 13, 2014 10:17 pm

-Sam swego czasu sporo myślałem o Murze. O zostaniu członkiem Nocnej Straży, o ochronie Siedmiu Królestw - a przede wszystkim Północy. Jednak Bogowie wybrali mi inny los. Urodziłem się jako Mormont. Ojciec nie pozwoliłby mi odejść na Mur; a tym bardziej teraz.- odpowiedział kobiecie Kevan, wzruszając przy tym ramionami. Cóż, chyba każdy człowiek - a już niemal na pewno każdy pochodzący z Północy - choć raz w swym życiu myślał o Murze. W najróżniejszych kategoriach... Co tak na prawdę jest za nim? Jak wygląda tam życie? Jakie to uczucie, stać na takiej wysokości i patrzeć na wszystko z góry, wytężając swój wzrok, by nie przegapić zbliżającej się grupy Dzikich? Jak to jest zostawić za sobą całe życie, aby całkowicie poświęcić się służbie? Te, i wiele innych pytań, na pewno krążyły po głowach wielu.
Uśmiech nadal pozostawał na twarzy mężczyzny, choć teraz już wyraźnie obrazował on smutek. Zdecydowanie nie pasowało mu to, że jego najprawdopodobniej czeka taki sam los... Nie będzie mu dane kierować się głosem serca. Miast tego, będzie musiał udawać, że jest szczęśliwy z kobietą, której prawdopodobnie nawet nie pokocha.
-Niestety chyba masz rację... Mnie prawdopodobnie czeka taki sam los.- powiedział zasmuconym głosem, gdy na jego twarzy pojawił się grymas. -Mam nadzieję, że jednak Twoje obawy się nie spełnią i wszystko się prawidłowo ułoży.- powiedział kobiecie prosto z serca, tym razem już cieplej się uśmiechając.
-Dobrze mnie znasz. Wiesz, że nigdy nie będę próbował nikogo zmienić - to nie ma sensu. Człowiek powinien zawsze być sobą i nie udawać kogoś, kim nie jest i nigdy nie będzie.- odpowiedział na radę kobiety.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Nie Cze 15, 2014 5:08 pm

- Dlaczego tak jest, że ludzie się nienawidzą i ze sobą walczą? Po co komu wojny, majątek, kolejne zamki? Dlaczego ważne są sojusze, a nie własne szczęście? Nie potrafię tego zrozumieć.
Nad pogodziła się z rzeczywistością już dawno, ale to i tak bolało. Nawet teraz czuła unoszący się w powietrzu fałsz. To nie było dobre miejsce dla niej. Przygnębiało i niepokoiło.
- Zeszłam z tematu. Nie martwmy się na zapas - ujęła ramię Kevana, chcąc dodać jemu i sobie trochę otuchy.
- Teraz powiedz mi co dobrego tutaj odnalazłeś. Musi być coś, co ci się podoba i pociesza w tej sytuacji. I nie chodzi mi o myśl, że z samego rana zostawiamy za sobą stolicę i jedziemy dalej. No, śmiało - uśmiechnęła się. - Kuchnia? Kobiety? Inne obyczaje i kultura na pewno cię zainteresowały.
We wszystkim było coś dobrego i Nadira odnajdywała tu i tam rozrywkę. Podobały jej się tańce i muzyka. Pod tym (i nie tylko) względem poziom uroczystości był wspaniały.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Nie Cze 15, 2014 5:46 pm

-Tam, gdzie jest dobro, zawsze jest i zło. Tam, gdzie jest miłość, jest i nienawiść. Zawsze tak było, tak jest i teraz, i na zawsze tak pozostanie.- odpowiedział kobiecie Kevan. Choć rzeczywiście wydawało się, że światem rządzą złe emocje i wydarzenia, to Mormont uważał, że to nie do końca prawda. Sądził, że wszystko dąży do równowagi - i na każdy jeden dobry uczynek, przypada jeden zły. Tyle, że czasem w konkretnych miejscach jest więcej jednych lub drugich, dlatego można odnieść mylne wrażenie przewagi którejś ze stron odwiecznego konfliktu.
Uśmiechnął się, gdy kobieta ujęła jego ramię. Dobrze wiedział, co miało to na celu. I choć z początku sądził, że nic to nie da, koniec-końców okazało się, że się mylił. Uśmiechnął się nieznacznie i spokojnie skwitował:
-Zobaczymy, co przyniesie nam los.-. Może ścieżki Kevana nie zostały jeszcze wydeptane, i będzie mu dane samemu wybrać, w którą stronę podążyć. A może z góry całe jego życie jest zaplanowane przez kogoś innego? Któż może to wiedzieć...
-Co dobrego?... Wino tutaj jest całkiem dobre.- zażartował, choć w każdym żarcie jest choć trochę prawdy. Zaśmiał się krótko, a gdy przestał, zamyślił się na chwilę. Po chwili odezwał się wreszcie: -Pobyt tutaj umocnił mnie w przekonaniu, że mam ogromne szczęście, iż urodziłem się na Północy. Natomiast z rzeczy, które pozytywnie mnie zaskoczyły... Cóż, jadło także niczego sobie.-. Uśmiechnął się szeroko, wypowiedziawszy ostatnie słowa i przypominając sobie smak potraw, których skosztował podczas uczty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Cze 20, 2014 2:52 pm

- No widzisz! - wyraźnie się ożywiła. - Jednak nie jest najgorzej, jeśli nadal dostrzegasz w tym wszystkim coś dobrego. Szkoda, że tak mało, no ale od czegoś trzeba zacząć. Miałabym ogromne wyrzuty sumienia, gdybyś chodził naburmuszony i znudzony - westchnęła.
- Kiedy wyjedziemy z miasta, wrócimy do przekomarzań, ćwiczeń z mieczem i wyścigów konnych. Mnie nie odmówisz, a poza tym gdybyś się nie dał skusić, wszyscy uznaliby to za przejaw tchórzostwa - dodała niewinnym tonem, chociaż wyraźnie prowokowała mężczyznę do uśmiechu.
- Jeśli nie chcesz tu być, zwolnię cię z obowiązku towarzyszenia nam na weselu. Możesz odpocząć albo wyjść na miasto. Ktoś powinien znaleźć Emery, nie widziałam jej od dłuższego czasu i zaczynam się o nią bać. Może sama też powinnam wrócić do komnat, sama nie wiem - przystanęli u końca ścieżki i schodkom prowadzącym gdzieś dalej.
- Dokąd teraz? Naprzód, a może trzeba się cofnąć? - teoretycznie mówiła o drodze, ale praktycznie jej wypowiedź miała ukryte drugie dno. - Co byś zrobił?
Nadira wyraźnie uciekała od ludzi i zabawy, chociaż zapewniała, że czuje się dobrze i wszystko miało się ku lepszemu. Tymczasem była znużona i nic nie układało się tak, jak być powinno. Tęskniła za byciem potrzebną, za ciepłymi słowami i opiekuńczymi ramionami. Ten ogród niebezpiecznie przypominał jej o spacerze z Terrynem. Czego on by dla niej chciał? On nie żyje, a ty masz prawo być szczęśliwa. Czyżby?
- Powinieneś wracać. Niejedna panna będzie zachwycona, jeśli poprosisz ją do tańca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Cze 20, 2014 3:27 pm

Mężczyzna machnął ręką, krótko kwitując słowa kobiety:
-Przesadzasz. Nie mam powodu, aby "chodzić naburmuszony i znudzony". Wszak w takim towarzystwie nie sposób się nudzić.-. I rzeczywiście tak było, choć tylko dzięki temu, że Kevan nie poznawał nowych ludzi, a trzymał się blisko innych pochodzących z Północy osób.
-Już nie mogę się doczekać!- powiedział rozochoconym głosem, śmiejąc się przy tym krótko. Tak, to zdecydowanie było coś, za czym zdążył już zatęsknić. -I nie śmiałbym odmówić.- dodał, uśmiechając się do Nadiry. Na całe szczęście dla Mormonta, już za niedługo nadejdzie ta chwila, gdy przyjdzie mu znowu "zasmakować" tego wszystkiego.
-Nie mam nic przeciwko pozostaniu tu wraz z Tobą. To miasto mnie zasmuca.. Dostosuję się jednak do Twej decyzji.- odpowiedział na rozważania kobiety. Miał nadzieję jednak, że nie przyjdzie mu ruszyć w ciasne uliczki Królewskiej Przystani.
Gdy przystanęli, Kevan wyciągnął rękę w kierunku schodów, i szczerząc zęby w uśmiechu spytał retorycznie:
-A czy warto zawracać?-. Z przodu pozostawało nieznane, zaś z tyłu wyłącznie to, co już znali.
Gdy Nadira powiedziała mężczyźnie, że winien wracać, ten pokręcił głową i z uśmiechem odparł:
-Wręcz przeciwnie - powinienem nadal dotrzymywać Ci towarzystwa.-. Następnie, wyciągnąwszy dłoń w stronę kobiety, spytał zalotnie: -A czy Ty byłabyś zachwycona, gdybym poprosił Cię do tańca?-.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Czw Cze 26, 2014 4:35 pm

- Zasługujesz na weselsze towarzystwo od mojego. Staram się jak potrafię, ale lepiej wychodzi mi obiecywanie, niż stosowanie się do tego w praktyce. Chciałabym, żeby było inaczej - Nad starała się jak mogła, by wrócić do tego kim była i robić to, co kochała, ale nie dało się od tak zamknąć pewnego rozdziału. Zmieniła się i najwyraźniej było jej się z tym trudno pogodzić.
- Nie zrozum mnie źle, nie chcę się ciebie pozbywać. To troska o twoje samopoczucie. Wydaje mi się, że rozmowa z kimś obcym mogłaby ci się bardziej przysłużyć, niż moje gadanie o wszystkim i niczym. Nikt nie mówi tego wprost, ale naprawdę nie jestem najlepszym kompanem do zabaw - nie czuła się nawet zbyt dobrze w tej sukni, która według niej uszyta była ze zbyt małej ilości materiału. Na Północy przywykła do wysokich kołnierzy i długich rękawów, ale w tym klimacie jej zwyczajny strój sprawiłby tylko kłopot samej Wilczycy.
Kevan obrócił propozycję brunetki przeciwko niej.
- Ja nie tańczę - odpowiedziała, krzywiąc się. Walczyła ze sobą, bo zwykle trzymała się swojej zasady, ale równocześnie nie chciała być niemiła. - Ale chyba tym razem mogę uczynić wyjątek. Tylko nie bądź zaskoczony, jeśli zakończy się to porażką, wyszłam z wprawy - z tego miejsca muzyka nadal była słyszalna, ale było dużo ciszej. Zanim zaczęli taniec, Nadira dokładnie sprawdziła, czy nie ma nikogo w pobliżu, bo jakoś nie marzyła o potknięciu się na oczach kogoś obcego. Taki urok długich sukien i nie najwygodniejszego obuwia.
Czując ciepło dłoni Mormonta i widząc radość, jaką mu sprawiła, poczuła się lepiej i wkrótce nie było widać jej zdenerwowania i tego, że dawno tego nie robiła. Jej kroki były pewne i lekkie, jak to po wielu ćwiczeniach w jednej z sal Winterfell. Utrzymywała kontakt wzrokowy z partnerem i czuła na policzkach ciepło od jego spojrzenia. Było to tak, jak przed laty, kiedy licząc sobie zaledwie dwanaście dni imienia, poprosił ją do tańca jeden z synów chorążego ojca. Był o kilka lat starszy i musiała przyznać, że miał naprawdę cudowne oczy. Teraz czuła się podobnie, ciesząc się z uwagi, jakiej poświęca jej ten młody, dobry i na co musiała zwrócić uwagę jako kobieta, przystojny człowiek. Nie wiedziała kiedy ostatnie smutki ją opuściły i czuła tylko radość. Stawiała kolejne kroki do przodu i w tej chwili musiała mu przyznać rację: nie warto było zawracać.
Kiedy muzyka na chwilę ucichła, Nadira nie puściła jego dłoni, chociaż jej spojrzenie utkwione było gdzieś na ścieżce.
- Dziękuję, to było bardzo miłe - powiedziała cicho. - Zapomniałam już jak bardzo -nim Kevan się zorientował, został obdarzony krótkim pocałunkiem przy kącikach ust, jakby kobieta nie umiała się zdecydować na to, co ma być celem: policzek czy wargi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Cze 27, 2014 12:05 am

-Nie żartuj sobie.- Kevan rozpoczął powoli odpowiadać kobiecie, uśmiechając się przy tym do niej. -Wybacz, lecz śmiem wątpić w Twoje słowa. I doskonale wiem, że Ty też w nie wątpisz. Dla mnie jesteś idealnym towarzystwem. Nie mógłbym wymarzyć sobie lepszego.- Znał Nadirę wystarczająco dobrze, by wiedzieć jaka jest prawda. Dlatego też nie mówił tego po to tylko, aby nie zrobić przykrości kobiecie... Powiedział to, co powiedział, gdyż tak właśnie przedstawiała się prawda.
Mężczyzna nie chciał naciskać, więc nie zrobił ani tego, ani też nie zrezygnował ze swej propozycji po pierwszych słowach kobiety na ten temat. Widział, że biła się z własnymi myślami, więc zwyczajnie dał jej czas na podjęcie tej decyzji. A decyzja ta zdecydowania była dla niego przychylna i uradowała go, co można było bez problemów dostrzec na jego twarzy.
-Niczym się nie martw. Jeśli ktoś będzie się potykał, to bez wątpienia będę to ja.- odparł kobiecie, może trochę aby ją uspokoić, i zaśmiał się przy tym. Delikatny dotyk dłoni Nadiry, metaforycznie oczywiście, zwalił Kevana z nóg. Poczuł się, jakby cały świat dookoła przestał istnieć. Jedyne, co teraz dla niego istniało to Starkówna, on sam i taniec, który właśnie rozpoczęli. Z początku szło mu, cóż, po prostu dość słabo... Nigdy nie był dobrym tancerzem, nie podlega to żadnym wątpliwościom. Wraz jednak z ciepłem ogarniającym całe jego ciało, prowadzony w tańcu przez kobietę radził sobie coraz sprawniej. Zapatrując się w piękne oczy partnerki, nawet nie zastanawiał się nad tym, w jaki sposób stawiać kolejne kroki. Przychodziło mu to już niemal automatycznie. Przez cały czas na jego twarzy gościł szczery, ciepły uśmiech.
Gdy po zakończonym tańcu kobieta podziękowała mu i ucałowała, jego serce zaczęło bić tak szybko, jakby chciało wyrwać się z piersi. Na jego policzki zstąpił rumieniec, który był wyraźnie widoczny na jego Północnej cerze. Po krótkiej chwili objął Nadirę w talii i lekko przyciągnął do siebie. Dłoń drugiej ręki położył delikatnie na policzku kobiety, szepcząc przy tym: -To ja dziękuję.-, i od razu po tych słowach złożył na jej ustach pocałunek. Obawiał się jej reakcji, to prawda. Jednak nie chciał już dłużej udawać...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Cze 27, 2014 7:36 pm

Stała nieruchomo jak posąg, nie robiąc nic. Po plecach przeszedł ją dreszcz. Już nie pamiętała kiedy czuła się tak ostatni raz. Bliskość mężczyzny, jego oddech i tak mała przestrzeń, która ich dzieliła, paraliżowała kobietę. Ale nie był to strach.
Odepchnij go mówił wewnętrzny głos, ale nie posłuchała. Zamiast tego, poddała się chwili i pozwoliła na pocałunek. Już zapomniała jak to jest, kiedy czuje się bliskość drugiej osoby tak intensywnie. Kevan nie chciał udawać, a ona jak najbardziej tak. Chciała udawać, że to tylko chwila słabości, magia chwili i tęsknota za tym, co straciła. Prawda była inna. Chciała tego tak samo jak on i czuła się winna. W tej chwili nie pomyślała o przyszłości, ale będąc już w komnacie dotarło do niej, że nie powinna była go zachęcać. Nie znała planów swojego pana ojca i nie mogła wiedzieć, czy to było dobre, czy nie.
Odwzajemniła czułość Mormonta, dając mu do zrozumienia, że wiele dla niej znaczy, ale kiedy ich wargi się rozłączyły, nie zrobiła nic więcej poza ponownym złapaniem jego dłoni.
- Cieszę się, że tu jesteś - powiedziała szczerze, drżącym od emocji głosem. Nie wiedziała co dalej począć z tym, co się stało, więc zmieniła temat. - Powinniśmy wracać - oznajmiła, ale spojrzenie Starkówny mówiło coś jeszcze. Wrócimy do tego w spokojniejszym miejscu.


/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Sob Cze 28, 2014 12:05 am

Ta jedna, krótka chwila szybko zasłużyła na miano najpiękniejszej chwili w życiu młodego Mormonta. Nic innego nie miało znaczenia, a Kevan gdyby tylko mógł, sprawiłby, aby to uczucie nigdy nie przeminęło. Niestety, takiej mocy nie posiadał nikt. Ani żaden Lord, ani żaden maester, ani nawet namiestnik, czy sam król.
Jego nogi jakby zmiękły, przez co z trudem się na nich utrzymywał. Serce nadal biło bardzo szybko i bardzo mocno - i ani myślało się uspokoić. Gdy ich usta się rozdzieliły, na twarzy mężczyzny pojawił się uśmiech. Uśmiech taki, jaki jeszcze nigdy nie zagościł na jego licu. A to dlatego, że po raz pierwszy w życiu poczuł się tak szczęśliwy. Wszystko, co uważał wcześniej za to szczęście, było tak na prawdę tylko szczęścia szczyptą.
-Ja też się cieszę.- odpowiedział niemal szeptem, choć na pewno słyszalnie dla kobiety. Nie mógł od niej nawet na chwilę oderwać wzroku, jednak sytuacja zmusiła go do tego, aby raz jeszcze rozglądnął się dookoła. Wolał nie ryzykować, jak by to mogło zostać odebrane. Nie dostrzegłszy jednak nikogo dokoła, odrobinę mocniej zacisnął swoją dłoń na delikatniej dłoni Nadiry i rzucając krótko:
-Poczekaj.- raz jeszcze przyciągnął ją bliżej siebie. Objąwszy ją obiema rękoma w talii, wyszeptał jej na ucho:
-Znikające za horyzontem słońce, widziane z najwyższej wieży w Słonecznej Włóczni nie może równać się z Twoim pięknem, a muzyka grana i śpiewana przez wszystkich artystów Wysogrodu nie może równać się z Twym wspaniałym głosem.- Po trzymaniu Nadiry chwilę w objęciach, ruszył wraz z nią w drogę powrotną, gdyż jak powiedziała - rzeczywiście pora była odpowiednia, aby już wracać...

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Nie Kwi 03, 2016 9:21 pm

Za oknami już dawno zapadł zmierzch, spowijając ciemnością pogrążoną w radosnym nastroju Królewską Przystań – zarówno w murach Czerwonej Twierdzy, jak i poza nimi wciąż trwała feta, wino lało się litrami, do żołądków trafiały kolejne smakowite kąski, zaś poddani nieustannie świętowali zaślubiny Aerysa Drugiego Targaryena.
Nie inaczej było w Królewskiej Sali Balowej, gdzie muzyka towarzyszyła tańcowi oraz biesiadowaniu, gdzie szlachetnie urodzeni goście bawili się w najlepsze, pozostawiając w oddali problemy życia codziennego. Powietrze wypełniał gwar rozmów, zapach najrozmaitszych przysmaków oraz dźwięki instrumentów, co w naturalny sposób sprzyjało znacznemu polepszeniu humorów, zwłaszcza po odpowiedniej ilości trunków. Goście nie mogli jednak w nieskończoność być pozostawionymi wyłącznie sobie, kiedy więc mrok za oknami zgęstniał wystarczająco, by przejść do kolejnego punktu programu, w Królewskiej Sali Balowej zapanował nieco bardziej wzmożony ruch. Wszystko zaś przez strażników w rubinowych płaszczach, którzy – choć nie posiadali przy pasach mieczy – wyglądali wystarczająco przekonująco, aby słuchać ich poleceń.
Do każdej grupki, każdej pary, do każdego pojedynczego gościa prędzej czy później zbliżył się odziany w zbroję mężczyzna, który spokojnym głosem prosił, aby udać się do Królewskich Ogrodów, gdzie czekać będzie władca Siedmiu Królestw. Nie do końca wiadomo, co w tym niepozornym poleceniu działało skuteczniej – strażnik przekazujący wieść czy też słowo władca gładko wplecione w wypowiedź. Faktem było, iż goście, jeden po drugim, kierowali się ku otworzonym szeroko drzwiom prowadzącym do Królewskich Ogrodów.
Co czekało po ich drugiej stronie?
Pogrążony w mroku, zapadający w zimowy sen ogród, gdzie jedynymi punktami światła były odległe gwiazdy oraz lampiony, które zostały umieszczone wzdłuż głównej ścieżki i wokół szerokiej połaci trawy, poniekąd wskazując gościom drogę dalszej wędrówki.
Kilka jardów dalej majaczył jednak jeszcze jeden świetlisty punkt – była to pochodnia, którą dzierżył w dłoni Aerys Targaryen; władca stał spokojnie pośrodku ścieżki, bez królowej u boku, za to z płomieniami w dłoni. Przez chwilę uśmiechał się lekko, grymas ten jednak zniknął, gdy w jego kierunku ruszył strażnik prowadzący za sobą wzbierającą, coraz bardziej pokaźną masę gości. Początkowo zdawało się, iż wszyscy nie zdołają pomieścić się na ścieżce oraz oświetlonej lampionami połaci zieleni – musiała minąć dłuższa chwila, nim każdy z dotychczas obecnych w Królewskiej Sali Balowej znalazł się na zewnątrz…
… gdy zaś ostatni z gości wkroczył do Ogrodu, jedyne drzwi prowadzące do wnętrza Czerwonej Twierdzy zamknęły się za jego plecami – w ten sposób cała rzesza lordów, dziedziców oraz dam wylądowała pośród pogrążonych w mroku krzewów, drzewek oraz rabatek. Ci stojący najbliżej władcy mogli dostrzec, iż po jednej stronie ścieżki stoi tuzin strażników, tym razem w pełni uzbrojonych – to właśnie między nimi przeszedł Aerys Targaryen, opuszczając ścieżkę i zatrzymując się na pożółkłej, więdnącej trawie. Tam jedynym źródłem światła była trzymana przez niego pochodnia, która oświetlała jedynie najbliższe otoczenie i nie rozwiewała panującego za plecami króla mroku nocy. Nie do końca wiadomo, co dziwiło bardziej – to nagłe przekierowanie do Królewskich Ogrodów… czy brak Rhaenys Targaryen?
Wkrótce miało się okazać, że nie to będzie najbardziej zaskakujące.

    Każdy z gości przebywających w Królewskiej Sali Balowej bądź tematach znajdujących się w subforum Sali przeniesiony został do tego tematu - po poście Mistrza Gry pojawi się post Aerysa Targaryena, później zaś kolejność pisania będzie dowolna.
    Posty dodawać można do 7 kwietnia, później zaś ponownie zainterweniuje MG, który zastrzega sobie prawo do wspomnienia również o tych postaciach, które do tego czasu nie napiszą posta w Ogrodach.
    Uwaga! Poprzez "każdego z gości przebywających w Królewskiej Sali Balowej" rozumie się wszystkie te postaci,które prowadziły aktywną rozgrywkę w Sali i jej nie opuściły oraz te, których ostatni post zawiera życzenia dla królewskiej pary, a które od tamtej pory nie grały w innym miejscu niż Sala.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Nie Kwi 03, 2016 9:54 pm

W Królewskiej Przystani żyje ponad pół miliona dusz. Różnokolorowych, odmiennych, biednych, skrajnie biednych, bogatych, obrzydliwie bogatych i tych, którzy posiadają na tyle pieniędzy, by nie przymierać głodem. Stłoczeni na stosunkowo niewielkim obszarze stanowią zagrożenie dla samych siebie – w stolicy Siedmiu Królestw codziennie ginie przynajmniej jeden człowiek, a co dwa dni przychodzi na  świat kolejny, który najprawdopodobniej również niebawem będzie truposzem. Czasami rodzą się bliźnięta – co ciekawe, są symbolem dualizmu ludzkiej natury. Symbolizują również rodzeństwo, z którego jedno jest dobre, drugie zaś złe; jedno pomocne w dziele budowania cywilizacji, drugie destrukcyjne.
Chaos i ład.
Dość uniwersalna i pragmatyczna teoria, która doskonale odzwierciedla panujące w królewskiej rodzinie relacje. Pytanie jedynie, jaką częścią tej całości był Aerys Targaryen?
Porządkiem…
… czy destrukcją?
Władca Siedmiu Królestw lubił sądzić, że w jego naturze jest nadawanie światu sensu, porządkowanie, przeciwdziałanie chaosowi. Postrzega otaczającą go współczesność jako pewien brak - brak sentymentów, brak pretensji do szlachetności. Można by te braki mnożyć, aż zostałaby uzyskana pustynia mentalna – i być może dzięki świadomości o istnieniu tej ułomności był w stanie niwelować straty, zwalczać ewentualne zagrożenia.
Dziś zaś tym zagrożeniem, tym pierwiastkiem chaosu, zarodnikiem destrukcji stał się Edric Martell.
Niektórzy sądzili, że Aerys jest zwyczajnie uprzedzony do Dorne i wszystkiego, co z nim związane – nie była to jednak prawda.
To nie było uprzedzenie, tylko nienawiść.
Dorne od zawsze przypominało mu monstrualny, gnijący za życia organizm. Nie było pięknym miejscem - koszmarna architektura, mordercze słońce, jałowa pustynia, morderstwa, gwałty, niezrozumiały akcent, trucizna, konflikty na niemal każdym tle. Czy co pominął?
Naturalnie – pośród tego wszystkiego (a może ponad tym?) znajdował się ród Martell. Nie byłoby wielką przesadą, gdyby uznać, że Maegor poślubił Dornijkę wyłącznie po to, aby zagrać na nerwach Aerysowi – i nawet jeśli nie był to główny powód małżeństwa, dla Namiestnika Siedmiu Królestw stanowił bez wątpienia wyjątkowo miły dodatek. Jednak to nie Ivory była dla władcy solą w oku – na dobrą sprawę jej nie zauważał, pełnię uwagi poświęcając Księciu Dorne.
Edric Martell był poniekąd rekinem w morzu pełnym płotek, tak zwaną grubą rybą,  co jest eufemistycznym określeniem dla kogoś, którego skala wykroczeń osiągnęła taki pułap, że stała się biznesem. Znajdywał przyczyny nawet tam, gdzie nie widać było skutków i dość prędko wyforsował się na sam przód wyścigu szczurów. Wszystko to wzięte razem i każde z osobna sprawiało, że stalowe nerwy władcy Siedmiu Królestw rdzewiały – już dawno temu zapragnął zniszczyć tego człowieka.
To była jego obsesja, obsesja starzejącego się człowieka, który może wszystko. W jakiż inny sposób można dowieść swej potęgi?
Jak wkrótce jednak miało się okazać, sposobów było wiele.

***

W Siedmioramiennej Gwieździe jest napisane, iż Bogowie jednych obdarowują łaską, innych zaś pomijają. Łaska dlatego nazywana jest łaską, że nie jest darowana za zasługi. To widzimisię siły wyższej - jedni są z natury dobrzy, inni nie, jedni dostąpią zbawienia, inni nie. Więc i Aerys Targaryen szafuje łaską, ale po swojemu. I udaje mu się to niepokojąco dobrze - szlachetny obrońca ładu i porządku publicznego, człowiek, który obawia się jednocześnie wszystkich i nikogo. Władca Siedmiu Królestw nie posiada wrodzonych właściwości, nie ma duszy, jest tylko niezapisaną tablicą, którą wypełnia doświadczenie, obcowanie ze środowiskiem, wszystko to, czego dokonuje w porywach własnej potęgi.
Jeśli wierzy w Bogów i jeśli Bogowie istnieją – to właśnie odwrócili wzrok od Królewskich Ogrodów w samym sercu stolicy Westeros.
Już dawno zdołał zapaść zmierzch, u progu zimy dni były krótsze, zachody słońca z kolei przemijały niczym krótkie przebłyski pamięci – pośród zielonych połaci trawy, powoli obumierających roślin i uwiędłych kwiatów na zgromadzonych gości czekało jedyne w swym rodzaju przedstawienie, w którym głównej roli – wbrew pozorom – nie miał odgrywać Aerys Targaryen.
- Szlachetni Lordowie, miłościwe damy! Mam szczerą nadzieję, że nasyciliście podniebienia rozmaitością potraw i bogatym bukietem trunków – władca Siedmiu Królestw trzymał w dłoni pochodnię, która rzucała na jego bladą, zimną twarz krwawe blaski – mówił głosem dystyngowanym i pełnym oszczędnego dystansu, zupełnie jakby wybiegał myślami w przyszłość. - Jakim byłbym jednakże gospodarzem, gdybym – poza ucztą dla ciała – nie zapewnił wam uczty dla duszy? Długo zastanawiałem się, czym uraczyć mogę szlachetnych gości, którzy wszak niejedno widzieli i niejednego doświadczyli podczas swego żywota – płonąca pochodnia zafurkotała cicho pod wpływem lekkiego podmuchu wiatru nadciągającego znad Czarnej Zatoki. – Musiało to byś coś wyjątkowego, coś, czego żadne z was jeszcze nie miało okazji oglądać… - w mroku Królewskich Ogrodów nie było widać zbyt wiele – nic poza tym, co w obecnej chwili miało być widoczne. Aerys Targaryen postawił kilka kroków w głąb szerokiej połaci równo przystrzyżonego, choć więdnącego już trawnika – dzięki pochodni odznaczał się na tle ciemnego nieba oraz nierównych, strzelistych kształtów majaczących za jego plecami.
- … a czyż nie ma przedstawienia bardziej wymownego od tego, które niesie ze sobą pewien morał? Tym razem będzie to puenta dotycząca zdrady i kary, jaka spotyka tych, którzy się jej dopuszczają. Sprawiedliwość bowiem winna być wymierzana każdemu, bez względu na statut, pochodzenie, majątek… i jeśli czegoś uczy nas prawo Północy, to zwłaszcza tego, aby karę wymierzał ten, kto ją wyznacza.
A zatem – zaczęło się. Władca Siedmiu Królestw pokonał ledwie pięć kolejnych kroków i wtem – w świetle jego pochodni – znalazł się drewniany, wysoki stos.
Na nim zaś blada, przerażona twarz Daelly Targaryen. Lawendowe, nienaturalnie duże oczy wypełniały łzy, a zakneblowane usta pragnęły krzyczeć – jednak miast wrzasku, wydobywał się z nich jedynie cichy, niemrawy pomruk.
- Jakże wielkim ciosem była wieść, iż moja najmłodsza siostra brała udział w spisku, który miał na celu pozbawienie mnie życia… Siedmiu Królestw zaś władcy. Ta młoda, zdawałoby się – niewinna dziewczyna, z zimną krwią planowała morderstwo i ledwie dni dzieliły ją przed wypełnieniem bestialskiego planu. Jednak jedynie głupiec uwierzyłby, że szesnastoletnie dziewczę było w stanie zorganizować oraz opracować zamach na króla – blade usta Aerysa wykrzywił niewyraźny grymas, który w świetle migoczącej pochodni nabrał karykaturalnego wyrazu. Wystarczyły dwa kolejne kroki, aby władca znalazł się przy drugim stosie.
I kolejnej bladolicej, srebrnowłosej kobiecie – w przeciwieństwie do Daelli, Naerys Targaryen zachowała właściwą dla siebie dumę oraz wyniosłość; skrępowana, przywiązana do pala w samym środku wysokiego stosu, miała zamknięte oczy, zupełnie jakby wznosiła ku Bogom modlitwy, jak zresztą czyniła to przez niemal całe swe życie.
- Nie działała sama! Nić zdrady usnuty został przez kolejną z mych sióstr, której powierzyłem stanowisko Starszej Nad Szeptaczami. Władza, majątek, zawiść – wszystko to popchnęło ją ku myśli, by dokonać na swym starszym bracie morderstwa i by przejąć po nim władzę. Jakże bezkresna musiała być arogancja Naerys, gdy uznała, że przyznają jej prawa większe od tych posiadanych przez mych braci. Jakże sugestywnie musiała działać, skoro – poza nawiną Daellą – uwierzyła jej trzecia Smoczyca…
Kolejne kroki, kolejny stos.
Kolejna srebrnowłosa kobieta.
Przez krótki moment mogła wyglądać zupełnie jak królowa Rhaenys, dość prędko jednak zdradziły ją przygarbione ramiona i szamoczące się pośród więzów ciało – do stosu przywiązana została Rhaena Targaryen, która drżała z przerażenia niby miotana przez wichurę wierzba. Podobnie jak i poprzedniczek, jej usta zasłaniał knebel, ciało zaś okrywały czarne, żałobne szaty.
- Moja ciotka była ostatnim ogniwem, które spajało ten plugawy łańcuch zdrady! Pragnęła podjudzić przeciwko mnie chorążych, zwabić ich obietnicą władzy, prestiżu oraz pieniędzy… i właśnie to doprowadziło ją do zguby.
Aerys Targaryen zamarł w bezruchu, wodząc spojrzeniem po bladych, rozświetlanych przez ustawione przy ścieżce lampiony twarzach zebranych w Królewskich Ogrodach gości.
Już wiedzieli, co się wydarzy.
I nie mogli temu zaradzić – co dodatkowo pobudzało wyobraźnię władcy.
- Każda z nich po uszy nurza się w zdradzie, zdrajców zaś należy karać z pełną stanowczością, mało istotne, czy są wrogami, przyjaciółmi… czy rodziną. Wszystko ma swój początek i wszystko posiada swój koniec – tak stało się ze snutym spiskiem… i tak stanie się z życiami mych krewniaczek.
Targaryen obrócił w dłoni pochodnię, przenosząc chłodne, bezwzględne spojrzenie na zapłakaną twarz Daelli, po chwili ponownie kierując swą uwagę na zebranych gości.
- Co to za zabawa, skoro nie możecie brać w niej udziału! Zatem, którą mam podpalić pierwszą? Młodziutką, świątobliwą czy rozpustną? – na ustach władcy zakwitł uśmiech, kiedy przełożył pochodnię z jednej ręki do drugiej – nie czekał jednak na odpowiedź zbyt długo, natychmiast kierując się ku Rhaenie Targaryen.
- Nie jesteście zbyt pomocni, drodzy goście, pozwolę więc sobie na moją ciotkę. I tak nie zasługiwała na miano Smoczycy.
Wystarczył jeden, stanowczy ruch, by pochodnia wsunęła się pod misterną konstrukcję stosu – podpałka, złożona z suchych gałęzi, siana oraz smoły niemal natychmiast zajęła się ogniem, zadziwiająco prędko rozprzestrzeniając pod deskami i pochłaniając z trzaskiem kolejne gałązki… i oświetlając jeszcze jeden, dotychczas niewidoczny szczegół – pośród płomieni połyskiwało duże, błękitne jajo o charakterystycznej, łuskowatej skorupie.
Czy to…?
- Kolejna będzie Daella! Nie chcę, aby zbyt długo musiała czekać na swoją kolej…
Dotychczas ciche, niemal niesłyszalne krzyki przybrały drastycznie na sile, gdy płomienie rozbłysły pod stosem najmłodszej z Targaryenek – i tutaj pośród ognia co wnikliwsze spojrzenia (o ile ktokolwiek miał odwagę patrzeć) połyskiwało łuskowate jajo barwy głębokiego złota. Aerys zmarszczył nieznacznie brwi, kierując swe kroki ku ostatniemu ze stosów, gdzie czekała ostatnia ze zdrajczyń.
- Naerys, która wierzyła we władzę oraz podstęp silnej niż w Siedmiu Bogów… a wszyscy wiemy, jak religijna była. To ona stała się zarzewiem zdrady i to ona zasługuje na najgorętszy pocałunek!
Pod stos trafiła cała pochodnia, niemal natychmiast zajmując ogniem gałęzie oraz smołę.
Tu nie było smoczego jaja – przynajmniej zaś tak sądził Aerys.
Powietrze już zdołał wypełnić charakterystyczny, przerażający swąd palonego mięsa  i stłumione, żałosne krzyki, przez którymi nie mogła powstrzymać się żadna z kobiet. Dotychczasową ciemność zalegającą w Królewskich Ogrodach rozproszył blask bijący od trzech płonących stosów – było jasno niczym w środku izby, twarze gości oświetlały trzeszczące, bijące coraz wyżej i wyżej płomienie, i jedynie ślepiec doznałby tego błogosławieństwa, by nie widzieć płonących żywcem Smoczyc. Władca Siedmiu Królestw przez dłuższą chwilę patrzył z fascynacją na to, jak ogień pochłania szczupłe sylwetki, jak zamienia srebrne włosy w popiół, jak topi skórę, wytapia tłuszcz, zamienia surowe mięso w węgiel i…
- Najmilsi goście, mam nadzieję, że lubicie pieczeń,  służba właśnie zaczęła serwować kolejne danie!
Dotychczas zamknięte drzwi do Królewskiej Sali Balowej zostały otwarte – jedyna droga ucieczki ponownie była do dyspozycji…
… i jedynie głupiec nie skorzystałby z okazji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
387
Join date :
12/05/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Czw Kwi 07, 2016 9:23 pm

Ostrożność była uzasadnioną reakcją na aktualny stan rzeczy. W Czerwonej Twierdzy próżno szukać przyjaciół, zwłaszcza takich, którzy wyciągną pomocną dłoń gdy cały świat postanowi działać na przekór. Królewska Przystań rządziła się własnymi prawami, często niezrozumiałymi dla laika, niejednokrotnie na tyle brutalnymi, by wprawiły w zdumienie zaprawionego w zawodzie kata i choć Elstan Tyrell nie był człowiekiem, który łatwo poddaje się strachowi, wciąż odliczał godziny do wyjazdu ze stolicy.
Skarbnik Wysogrodu spod lekko zmrużonych powiem obserwował, jak wzburzenie gra na twarzy Allyi Baratheon. Emocje płyną głęboką falą przez jej niebieskie oczy, wąski nosek, przez drżącą linię pełnych ust.
Najpewniej doskonale wie, jak niezwykła jest w tym momencie – nic jednak nie wskazuje na to, by brała to do serca. Niesforne kosmyki włosów opadły jej na oczy, co musi utrudniać widoczność. Odgarnia je niecierpliwym gestem. I ten gest. Tak, ten gest zapada Elstanowi w pamięć. Za takie drobiazgi kocha się kobiety.
Uniósł kielich do ust, zdawkowymi kiwnięciami głowy reagując na słowa Lorda Beesbury – poruszane przez niego tematy od pięciu lat oscylowały wokół prób założenia winnic, co z kolei gryzło się z hodowlą pszczół. Mierne, błędne koło, z którego władca na Honeyholt nie potrafił się wydostać, choć rozwiązanie leżało na wyciągnięciu ręki – wystarczyło porzucić mrzonki o produkcji wina, które dorównywałoby temu z Arbor…
… bądź temu, które Elstan właśnie pił.
Gdy w grę wchodziła ocena trunków, Tyrell potrafił być zaskakująco krytyczny, zupełnie jakby wydana przez niego opinia miała wpłynąć na ogólne trendy spożycia wina w całym Reach – z jego ust nigdy nie padły pochopne słowa krytyki bądź zbędne pochlebstwo, z wydaniem wyroku czekał na tyle długo, by wino miało szansę nieco stępić zmysły, zaszumieć w głowie i lekkim mrowieniem rozejść się po dzierżących kielich palcach. Skarbnik Wysogrodu żywił szczerą nadzieję, że w trakcie królewskiego wesela dane mu będzie rozkoszować się najwyborniejszymi trunkami z całego znanego świata – i niewiele się pomylił. Wina rzeczywiście były cudowne, zupełnie jak łzy szczęścia bogów, coś, czego nie mogły opisać wyłącznie słowa.
Tyle tylko, że Tyrellowi daleko było do spokoju ducha. W głowie nieustannie szumiało mu stado komarów (czy też, z uwagi na obecność Lorda Beesbury, rój pszczół) i choć wciąż odczuwał podniosły nastrój ceremonii ślubnej, już nabrzmiewał w nim poetycki wrzód zniecierpliwienia, który należy, rzecz jasna, niezwłocznie przeciąć. Czuł się zupełnie jak aktor, który ma do odegrania tragedię istnienia, ale okrutnym zrządzeniem losu obsadzono go w nieudanej komedii – kątem oka ponownie zerka w stronę Allyi, właśnie śmieje się z czyichś słów. Nie jest to rechot, raczej chichot. Delikatny. Śmierć też bywa delikatna.
Za oknami z wolna zapada zmierzch, ciemność nocy połyka kolejne części Królewskiej Przystani, aż nie pozostaje nic poza dźwiękami weselnej uczty, muzyką, śpiewem i płonącymi świecami – Tyrell pomyślał, dość krytycznie zresztą, że nawet królewskie weselicho w pewnych aspektach musiało być do bólu szablonowe. W pewnych sytuacjach po prostu ciężko wymyślić coś nowego, wprowadzić zmianę, która nadałaby ceremonii zupełnie nowy wymiar.
Wtedy nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo się pomylił.
Elstan z niejakim rozbawieniem zauważył, że tym razem to Allya obserwowała jego – najwyraźniej wynik tego rekonesansu był zadowalający, bowiem wyraz jej twarzy stopniowo się zmienił. Oto nastąpiła odwilż pośród mrozów niechęci wobec Tyrella - zza skutego dotąd lodem złości oblicza wyłania się wiosna niczym nieskrępowanej sympatii. Teraz patrzy na Skarbnika Wysogrodu jak na mesjasza.
- Staram się jak mogę – jego słowa przerwały panującą między nimi ciszę, która utrzymywała się od blisko dwóch dni; jeszcze nie byli małżeństwem a już kłócili się jak para o czterdziestoletnim stażu. Prędzej czy później to Elstan ustępował z pola bitwy, najzwyczajniej w świecie nie mając czasu i sił na prowadzenie wojny podjazdowej z własną narzeczoną. Teraz to krótkie zdanie, które padło z jego ust, miało być podniesieniem kurtyny milczenia – i choć odnosiło się do ilości spożywanego wina, nie zaś zachowania Tyrella, Allya najwyraźniej uznała to za przejaw dobrych chęci. W tym jednym Skarbnik był szczery – rzeczywiście starał się dotrzymać swej narzeczonej kroku w spożywaniu szkarłatnego trunku, co nie było łatwym zadaniem. Po kilku głębokich kielichach dźwięki dochodziły do niego przytłumione i miękkie jak wosk, a zmysł percepcji zwolnił na tyle, by Elstan dopiero po chwili zauważył stojącego przy ich stole strażnika.
Słowa zbrojnego wydawały się Skarbnikowi poronionym dzieckiem wybujałej wyobraźni – Tyrell nie do końca potrafił uwierzyć, że wszyscy weselni goście mają opuścić Salę Balową i udać się w mrok Królewskich Ogrodów.
Uczucie niepokoju powróciło niby rozbrzmiewające na obrzeżach umysłu echo, gdy jednak Allya powstała ze swego miejsca, Elstan uczynił to samo, dostrzegając w jej jasnych, błękitnych tęczówkach to, co jedynie potwierdziło jego obawy.
Niedowierzanie.
Tyrell wiele by dał, aby ten pochód przez ogród i wszelkie jego konsekwencje były jedynie wytworem wyobraźni. Krocząc słabo oświetloną, żwirowaną ścieżką próbował odnaleźć racjonalne uzasadnienie podobnego przebiegu weselnej uczty, jednak jego myśli – niby zastraszone zwierzę – tłukły się jedynie bez celu, z niecierpliwością oczekując wyjaśnień.
Te z kolei nadeszły znacznie szybciej niż Elstan tego pragnął.
Od władcy oraz kordonu strażników dzieliło jego oraz Allyę ledwie kilka jardów – stali tuż z brzegu zbitej masy ludzkiej, z niejakim trudem dostrzegając nad głowami zebranych to, co dzieje się z przodu. Najpewniej przebieg wydarzenia pozostawiałby wiele znaków zapytania, gdyby nie donośny głos Aerysa Targaryena, który rozbrzmiewał pośród nienaturalnej ciszy zalegającej w ogrodach.
W jego wypowiedzi pojawiło się kluczowe, palące słowo, które wywołało szmer pośród zebranych gości.
Zdrada.
Serce Tyrella zabiło mocniej, gdy – tknięty przeczuciem, doświadczeniem, wiedzą na temat pierwiastka szaleństwa w umyśle królewskiego rodu – zrozumiał, że za moment wydarzy się coś, co z pewnością zapisze to wesele na kartach historii.
Gdy do jego uszu dotarły imiona Targaryeńskich kobiet, w pierwszym odruchu pragnął przebić się do przodu, by na własne oczy przekonać się o prawdomówności władcy – zaraz jednak ta potrzeba przytłumiona została przez pierwotne poczucie strachu.
Stosy. Pochodnia. Ogień.
Wymierzanie sprawiedliwości…
… czy realizacja jakiegoś porażającego, obrzydliwego planu, który muszą obserwować dla zwykłej satysfakcji władcy?
Stłumione, nasilające się krzyki rozpaczy i nagła jasność wysoko strzelających płomieni były pierwszymi oznakami tego, co właśnie zaszło. Jednak tuż po tym w Tyrella uderzył jeszcze jeden bodziec – powietrze zaczął wypełniać dziwny swąd palonych ciał ludzkich.
- Pani, spójrz na mnie – głos, niewyraźny, stłumiony, dobiegający jakby zza grubej ściany w ostatnim momencie przedarł się przez narastający pomruk tłumu. Elstan chwycił mocno dłoń Allyi, przyciągając ją bliżej siebie, tak blisko, że zderzyli się boleśnie biodrami, jednak żadne z nich zdawało się nie zważać na tak błahą niedogodność. – Spokojnie, nie możemy…
Czego, na Innych? Czego nie możemy, skoro władca właśnie złamał wszelkie konwenanse?
- … nie możemy biec i pchać się panicznie do środka. Czekajmy – miał nadzieję, że jego słowa brzmią spokojnie, ale i tak wiedział, że na nic nie będzie czekał, a już z całą pewnością nie na to, by samemu trafić na stos – dlatego nagle odciągnął Allyę w bok, w przeciwną stronę do tej, gdzie podążali w mniejszej bądź większej panice goście. Nikt nie poczytałby tego za zdradę, jeśli wrócą za dwa kwadranse.
O ile będzie do czego wracać.
Po ledwie dwóch krokach znaleźli się poza światłem rzucanym przez lampiony, po dziesięciu zaś – poza zasięgiem jasności generowanej przez trzeszczące płomienie stosów. Elstan za wszelką cenę starał się unikać zerknięcia w stronę ognia, niemal rozpaczliwie wbijając wzrok w wilgotną, pożółkłą trawę.
Gdy znaleźli się w całkowitym mroku, mogliby uznać, że był to wyłącznie nad wyraz realistyczny koszmar.
Mogliby… gdyby nie słodkawo-mdły posmak w ustach.
Jakby popioły przylgnęły do języków.

/Elstan, Allya zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
High Tide, Driftmark
Liczba postów :
13
Join date :
17/02/2016

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Kwi 08, 2016 12:23 am

Uczta weselna była przednia.
Z każdym wypitym kielichem wina i spożytym daniem Jaehaerys był coraz pewniejszy tej myśli. Sam nie wiedział czego tak naprawdę się tutaj spodziewać, mógł jednak z całą pewnością powiedzieć, że się nie zawiódł. Czas minął mu naprawdę szybko, zadziwiająco wręcz porównawszy z innymi ucztami, na których często miał już dość udawania i ciągłej zabawy. Najmłodszy z braci Velaryonów zawsze cenił sobie spokój i najlepiej czuł się tam, gdzie nie było tłumów.
I chociaż królewskie wesele z całą pewnością należało do tej kategorii, rozmowa z Fionem Swannem zbudowała wokół rozmówców całkiem kameralną atmosferę, jakże przyjemną i upragnioną przez Jaehaerysa, który nie zwracał szczególnej uwagi na resztę sali, choć, co prawda, nie dało się nie zwrócić na głośniejsze wybuchy śmiechu niektórych biesiadników. Z czasem jednak i one przestały być sensacjami.
Te zaczęły się dopiero potem.
Początkowo nawet nie zwrócił uwagi na pojedynczych strażników, obracając powili kielich z winem, obserwując, jak powoli, jednak z pełną gracją, przelewa się w nim zebrany trunek, o słodkim aromacie. Takie smakowało mu najlepiej i nie pamiętał już nawet, ile razy jego puchar był ponownie napełniany.
Zbyt często wydawało się dobrą odpowiedzią.
W końcu jednak zbrojni zaczęli zwracać na siebie coraz większą uwagę i nawet młody Velaryon się nimi zainteresował. Nie spodziewał się żadnego zamieszania na królewskim weselu. Władca na pewno dołożył wszelkich starań, by nic nie zakłóciło ceremonii.
Powoli zaczynał wątpić w to, co wziął za pewne, gdy jeden z żołnierzy podszedł też do niego i polecił udać się za resztą do ogrodów. Zrobił tak jak mu przykazano, choć wypity alkohol w tym nie pomagał. Na szczęście w drodze trafił na jednego z swych braci. Co prawda nie było potrzeby służenia mu ramieniem, jednak Jaehaerys był dzięki temu trochę spokojniejszy.
Początkowo niezbyt pojmował słowa władcy, dziwiąc się, po co w ogóle ich tu wyciągnął. Velaryon bawił się bardzo dobrze na uczcie i nie widział potrzeby organizowania dodatkowych rozrywek. Na Sali było o wiele przyjemniej, niż w tym tłumie ściśniętym na małej przestrzeni. Jaehaerys bardzo nie lubił takich sytuacji, lecz nie to okazało się być najgorszym. Gdy ujrzał pierwszy stos błyskawicznie oprzytomniał, a serce podeszło mu do gardła.
Znał tę twarz.
Poznał młodą księżniczkę podczas służby u jej ojca. Może nie utrzymywali bliskich kontaktów, ale siłą rzeczy młody giermek czasami widywał Daellę Targaryen. Może to właśnie dlatego nigdy nie posądziłby jej o zdradę? W końcu sprawiała zupełnie inne wrażenie.
Wtedy była małą dziewczynką, a on był ledwie chłopcem, choć wydawało mu się, że jest już taki dorosły.
Wtedy też zupełnie inaczej postrzegał swego przyszłego władcę. Patrzył nań przez pryzmat jego ojca, króla Jaehaerysa II. Patrzył jak mały chłopiec patrzy na dorosłego mężczyznę. Patrzył pełen podziwu.
Czy teraz mógł tak teraz spojrzeć na Aerysa II Targaryena, Władcę Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi? Protektora Królestwa? Pierwsi Targaryenowie nosili nieraz tytuł Tarczy Swoich Ludzi, ale czy można by tak nazwać Aerysa? Czy można tak nazwać kogoś, kto potrafi bez zawahania spalić swe siostry i ciotkę? Czy można takiego człowieka nazwać Protektorem?
Nie potrafił chronić własnej rodziny, robiąc z ich egzekucji, z ich zamordowania publiczne widowisko. Rozrywkę zaserwowaną swych gościom weselnym? Czy kogoś takiego można mieć za obrońcę? Czy można to nazwać sprawiedliwością?
Jaehaerys oceniał swego władcę. Oceniał go bardzo surowo. Wypominał wszystko, co przyszło mu na myśl. Ale był w tym prosty cel.
Zrzucał całą winę na niego.
Nie chciał rozliczać siebie, a przecież było za coś.
Stoi tu, na tej wąskiej ścieżynce, wokół mając najznamienitszych rycerzy i lordów z Siedmiu Królestw i nie potrafi nic zrobić. Stoi i nic nie robi, mając zbyt mało odwagi by choć przemówić. Taki tłum z łatwością pokonałby tuzin strażników.
Czuje strach, boi się o własne życie. Czy król nie przypomni sobie, o kilku wpadkach dawnego giermka swego ojca? Czy to nie byłby wystarczający powód by trafić na stos?
Ma otwarte lekko usta, a nie potrafi przemówić. Zaciska dłonie w pięści, a nie potrafi uderzyć. Patrzy, mając zbyt mało przyzwoitości, by odwrócić wzrok.
I czuje fascynację. To bolało go najbardziej. Dlatego tak krytycznie oceniał postępek swego władcy. Patrzył, lecz nie umiał odwrócić wzroku, po tym, jak dostrzegł w ogniu zarys smoczego jaja.
Czymże byłaby śmierć trzech zdrajczyń wobec przywrócenia na świat tych wspaniałych stworzeń?
Jakże okrutna była to myśl?
Jak mógł pozwolić jej zakiełkować?
Mógł.
I stał, nie robiąc nic.
Pewnie stałby tak dalej, gdyby nie nagłe poruszenie. Nawet nie zwrócił uwagi, że drzwi zostały otwarte. Patrzył jeszcze chwilę w ogień. Ogień, który był jak zwierciadło.
Patrzysz, a nie widzisz. Gdybyś widział, nie stałbyś
Dobrze, że był blisko braci. Jeszcze nigdy nie czuł się tak szczęśliwy z bycia najmłodszym. Mógł stać i czekać. Nie robić nic. Zostawić decyzję im. Posłusznie za nimi podążyć. To było łatwiejsze. O wiele łatwiejsze.
Spojrzał na swych starszych braci, czekając. Nie odważyłby się zakwestionować żadnej z ich decyzji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
High Tide, Driftmark
Liczba postów :
19
Join date :
27/11/2015

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Kwi 08, 2016 1:17 am

Aenor pozytywnie zaskoczył swojego młodszego brata. W porównaniu do ojca, nie zachowywał się oschle, czy wręcz agresywnie. Był spokojny i zaciekawiony, tym co może usłyszeć. Daenor nie spodziewał się takiego przywitania. Szybko rzucili się w wir rozmowy, starając się dowiedzieć jak najwięcej o tym, co obaj przeżyli w ciągu ostatnich dwunastu lat.
Młodszy z braci opowiedział ogólny zarys swojej przygody, nie zagłębiając się zbytnio w szczegóły, ale i nie omieszkając  podać kilku najciekawszych. Był trochę spięty, gdyż po tak długiej nieobecności nie chciał narazić się Aenorowi. Ten jednak dalej zdawał się tym nie przejmować i komentował zasłyszane historie. Sam mówił o tym, co wydarzyło się w domu i królestwie. O wojnie pomiędzy Dorzeczem i Doliną, konfliktach w Dorne. Daenor był zainteresowany wydarzeniami z Westeros, a gdy brat zapowiedział, że pomoże mu w sprawie z ojcem, poczuł ulgę. Ten moment był chyba tym, w którym zrozumiał, że nie musi krępować się przy Aenorze.
- Sprawy z ojcem? Odłóżmy je na bok, jeszcze przed powrotem na Driftmark zdążymy o nich porozmawiać. Dziś bawmy się! - Wtedy znowu odezwał się Aenor. Wieść o dziecku, które Daena miała nie długo wydać na świat była jedną z tych długo oczekiwanych i niezmiernie szczęśliwych. - Zatem wznieśmy toast za przyszłego Velaryona! - Wzniósł kielich ku górze, a następnie opróżnił go.
***
Goście masowo opuszczali salę, by udać się do królewskich ogrodów, na królewskie polecenie, przekazana przez straż. Była to doprawdy dziwna sytuacja. A może Daenorowi tylko tak się wydawał, gdyż nie uczestniczył w tak wielkich ceremoniach ślubnych w ciągu swojej podróży. Przeczuwał, że monarcha zamierza zapisać się w pamięci uczestników czymś więcej niż patetyczną ceremonią i wyśmienitym winem. Co to więc mogło być? Raczej nic przyjemnego. Wybitni kuglarze i uzdolnieni śpiewacy przebywali na sali, a wszędzie wywołujące śmiech i zaciekawienie karły, lub inne ludzkie atrakcje zawsze mogłyby zostać przedstawione wewnątrz. Spodziewał się, że zaprezentowane zostanie im coś wielkiego, a patrząc na historię Targaryenów nie będzie to raczej wydarzenie pozytywne.
Doszli w końcu do miejsca, gdzie stał król. Nie był sam, ale przy jego boku, ani nigdzie na widoku nie mógł dojrzeć Rhaenys. Chroniony przez oddział strażników, stał przed trzema stosami, na których przywiązane były trzy kobiety. Daenor nie znał ich, ale srebro ich włosów wskazywało na przynależność królewskiego rodu. Stał w pierwszym rzędzie, a za nim rozchodził się szmer cichych rozmów. Goście nie byli do końca pewni jak się zachować. Większość z nich, zapewne wolałaby wrócić na salę, lub nawet z niej nie wychodzić, ale widok władcy, który zamierza zrobić zaraz coś strasznego skutecznie zapobiegała tym próbom. W egzekucji nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie czas i miejsce. Zdarzają się one co jakiś czas, a i skazanie kogoś z rodziny, zazwyczaj można jakoś uzasadnić. Jednak królewski ślub nie powinien być zwieńczony paleniem na stosie. Tak sądził Daenor i pewnie gros zebranych...
...Ale nie król, gdyż grzmiał o zdradzie, której Targaryenówny miały się dopuścić. Wśród warstw panujących we wszystkich królestwach knowania i spiski są wszechobecne. Daenor obawiał się, że kobiety były tylko przestrogą, zapowiedzią tego, co miałoby się przydarzyć każdemu, kto ośmieli się zadrzeć z władcą. Być może skazane naprawdę dopuściły się próby pozbawienia życia Aerysa, ale obłęd w oczach monarchy był powodem, dla którego Velaryon  sądził, iż ich przewiny zostały mocno rozdmuchane.
Aerys II Targaryen podchodził podchodził, kolejno do stosów i wtykał płonącą pochodnię, miedzy ułożone szczapy drewna. Wkrótce wszystkie stosy zajęły się ogniem. Płomienie zaczęły piąć się ku górze i po chwili dotarły do stóp kobiet.
Pierwszy krzyk. W tłumie zapanowało poruszenie. Część zebranych chciała jak najszybciej opuścić ogrody i zaczęła przepychać się ku tyłowi. Inni nie chcieli okazywać strachu i nie narażać się władcy, dlatego wycofywali się powoli. Daenor popatrzył po członkach rodu. Wydawali się być zszokowani zaistniałą sytuacją. Jego młoda kuzynka wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć. Ponownie zwrócił swój wzrok na bijące żarem stosy. Targaryenówny całe stały w płomieniach. Miejsce wypełniło się ich głośnymi krzykami, a one jeszcze przez moment szarpały się, starając się wyrwać z okowów ognia. Nie minęło dużo czasu nim do dymu z drewna dołączył swąd palonych ciał.
Przypomniał sobie, jak palono poległych, gdy walczył na Sporne Ziemie. Tamte wydarzenie miały jednak zupełnie inny charakter. Były momentem oddania ostatnich honorów towarzyszom, którzy zginęli na polu walki. O ich czynach będą powstawać pieśni, a oni sami być może zostaną kiedyś włączeni w poczet bohaterów lokalnych społeczności. Płonącym Targaryenównom, wyglądającym jak żywe pochodnie towarzyszyła atmosfera strachu. Czy Daenor się bał? Na pewno rozważał wycofanie się wraz z rodzeństwem, ale coś w nim wymagało, żeby został i zobaczył co dalej się wydarzy.  Czy była to odwaga? Może tak, może nie. Równie dobrze mogło być to szaleństwo, taki samo jak to, które zdawał się dostrzegać w obliczu króla.  
- Śmierć. - powiedział, niby do siebie, ale nie dałby sobie ręki uciąć, że jego najbliższe otoczenie nie usłyszało tych słów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Kwi 08, 2016 10:21 pm

Wielki Maester – nie ten, który urzęduje teraz, lecz ten, który przez wieloma laty służył swą radą Aegonowi Piątemu – wytłumaczył kiedyś Maegorowi, liczącemu wtedy ledwie siedem dni imienia, że wyładowując złość na przedmiotach nieożywionych nie tylko oszczędza istoty żywe, co jest obowiązkiem człowieka cywilizowanego, ale pozbywa się również paskudztwa, które w nim siedzi.  Młodziutkiemu Targaryenowi wydawało się to rozsądne, nic zatem dziwnego, że próbował właśnie tej metody, starając się ze wszystkich sił – spędzał długie, gorące dnie na polu bitewnym, okładając mieczem przeciwników, nosił piekielnie ciężkie wory wypełnione mokrym piaskiem, by nabrać krzepy, kiedyś nawet – gdy ktoś wyjątkowo zagrał mu na nerwach – parował kartofle dla świń pod Brindlewood, ku przerażeniu wieśniaków i własnej świty. Pomagało, ale nie całkiem. Gwałtowność rodzi gwałtowność, a ciosy rodzą ciosy; przynajmniej w przypadku Maegora nie tylko je rodziły, ale intensyfikowały. Gniew wzrastał w gniewie. Więc co człowiek ma ze sobą robić? Wściekał się na myśl, jak bezużyteczna czeka go przyszłość – nawet te nieszczęsne świnie wydawały mu się bardziej pożyteczne. Zabijano je i zjadano, robiono z nich szynki i rękawiczki, żelatynę i nawozy. A jaka korzyść była z Maegora Targaryena?
Dziś patrzy na to z perspektywy czasu i myśli, że był czymś w rodzaju trofeum – wymyty, czysty, w kosztownych szatach. Żył w Czerwonej Twierdzy, gdzie były arrasy, dywany, misternie rzeźbione meble, całe hektary komnat, korytarzy i tunelów, uginające się pod jadłem stoły i skarbiec wypełniony brzęczącym złotem. Wszystko czyściutkie i  wypiększone. A kto tkwił pośród tego przepychu, blichtru, władzy i potęgi? Kto tam siedział? Człowiek. Oto kto – nie król, lecz człowiek.
Ale przy chodzi dzień, zawsze przychodzi dzień łez i szaleństwa.
Każdy członek Smoczego Rodu nosił w sobie dzban pełen dzikiego ognia – wystarczyło jedno potknięcie, jedna iskra, jeden, jedyny czynnik, by szmaragdowa ciecz chlusnęła na wszystko i wszystkich wokół i zajęła się brutalnym, niepohamowanym ogniem. Taki dzban nosił Aerys, wyjątkowo wielki i rozkołysany, taki dzban miała w sobie Rhaenys – tyle, że spoczywał on poza zasięgiem ognia, taki dzban tkwił w Daeronie, głęboko ukryty przed światem, taki dzban posiadał również Maegor.
Dzbanuszek pełen szaleństwa i grozy.
Nigdy nie odważył się nikomu wyznać, że w jego sercu tkwi niepokojący cień, że dzieje się w nim coś nieokreślonego, że odzywa się tam cichy, ledwie słyszalny głos, który powtarza
uczyń to.
Bywały tygodnie przepełnione ciszą i spokojem, bywały jednak i takie dni, gdy szept przeradzał się we wrzask  - a kiedy Maegor próbował ten głos stłumić, stawał się jeszcze donośniejszy. Mówił tylko dwa słowa: uczyń to, uczyń to! i nawet, gdy Targaryen pytał w duchu co, co mam zrobić?, głos nigdy nie powiedział nic poza uczyń to!.
Dziś Książę Smoczej Skały był pewien, że bliźniaczy głos musi słyszeć Aerys.
Że – coś lub ktoś – tkwi w ich trzewiach, popychając do wyzutych ze skrupułów działań. Przez lata Maegor uważał się lepszy, o niebo lepszy od swego starszego brata – przewyższał go wzrostem, siłą, poczuciem humoru, nawet wypić potrafił więcej. Nic zatem dziwnego, że czasem traktował Aerysa jak chore dziecko, które należy zabawiać wierszykami czy cukierkami, któremu należy ustępować w niektórych kwestiach, by uniknąć wybuchu irracjonalnego gniewu. Namiestnik sądził, że z biegiem czasu starszy Targaryen się zmieni, że wzniesie się ponad własne zachcianki i w końcu poświęci temu, do czego przyuczano go od chwili narodzić – dobru królestwa.
Lata mijały a Maegor przekonał się, że Aerys rzeczywiście się zmienił – tyle tylko, że dziecięce wybryki tyrana, który katował zamkowe szczury, stały się decyzjami władcy zasiadającym na Żelaznym Tronie.
I nagle gryzonie zastąpione zostały przez ludzi.
Władca uważał, że nie jest tknięty przez obłęd, co samo w sobie stanowiło objaw szaleństwa – ale rozpaczliwa pogoń za zdrowiem psychicznym też może być objawem postradania zmysłów, co zamykało Aerysa w błędnym kole własnej manii. Właśnie wtedy Maegor zaczął dostrzegać w swym bracie Jaehaerysa – ojciec pewnie zaprzeczyłby ze złością, ale on i Aerys byli do siebie bardzo podobni. On też nie potrafił znaleźć punktu zaczepienia we własnym życiu. On też był smukły i gdy zaczął tracić siły, zamykał się przed całym światem we własnych komnatach.
Więc teraz – gdy na oczach nie tylko Maegora, lecz całego królestwa płonęły trzy członkinie Smoczego Rodu – Namiestnik zaczął sobie przypominać pochylone plecy Jaehaerysa, sztywność jego bioder, jego brodę jak krzyk protestu buchający prosto z duszy – brodę, którą zdołała wybielić słaba krew starości.  
Co powiedziałby teraz, widząc, jak dwie z jego córek tracą życie pośród podłożonych przez syna płomieni?
Co powiedziałby, mając świadomość, że wraz ze swym nasieniem przekazał światu najbardziej obrzydliwą spośród plag – plagę obłędu?
Co powiedziałby, gdyby wiedział, że Maegor wiedział o zamiarach Aerysa, ale nie zrobił zupełnie nic, by zapobiec katastrofie? Że – zamiast uwolnić swe siostry oraz ciotkę – bez słowa sprzeciwu skierował kroki poza mury Czerwonej Twierdzy, by jeszcze tego samego poranka powrócić ze smoczym jajem ukrytym w skórzanej sakwie?
Czy zapłakałby gorzko widząc, jak Maegor na kilka godzin przed ślubem swego starszego brata ukrywa obły, pokryty łuskami kształt pomiędzy deskami i gałęziami jednego z przeznaczonych dla Smoczyc stosów?
Całe swe życie Książę Smoczej Skały był dla Aerysa Drugiego opozycją – nie było dnia, by nie sprzeczali się o choćby jedną rzecz, by nie prezentowali całkowicie odmiennych punktów widzenia. Dzisiaj jednak – po raz pierwszy od chwili narodzin – byli zadziwiająco zgodni.
Rhaena, Naerys, Daella – ich śmierć była nikczemną ceną za możliwość powrotu prawdziwych smoków, była złem koniecznym, grzechem, którym splamiony został każdy wplątany w ten czyn. Aerys, który podkładał ogień, budował stosy, więził je i torturował. Maegor, który milczał, gdy w Królewskich Ogrodach zaczęto składać drewniane konstrukcje. Wielki Septon, który ukrywał dwa smocze jaja Naerys i który wyjawił jej spisek. Każdy z nich dorzucał gałąź w płomienie i dolewał oliwy do ognia.
W Królewskiej Przystani nie było miejsca na sprawiedliwość - był wyłącznie teatr obłudnych cieni.
- To Bogowie pokarali Cię szaleństwem, bracie.
Słowa Namiestnika Siedmiu Królestw bez przeszkód przebiły się ponad narastającym szmerem pośród wpadających w popłoch gości. Maegor Targaryen stał tuż przy jednym ze zbrojnych, na tyle blisko płonących stosów, by swąd palonych ciał czuć równie dobrze, co bijące od ognia ciepło.
- I to Bogowie rozliczą Cię ze wszystkiego, co dziś uczyniłeś. Śmierć naszych sióstr i ciotki to zaledwie wierzchołek Muru, miej choć tyle odwagi, aby przyznać, kto jeszcze miał dziś zginąć!
Książę Smoczej Skały nie musiał krzyczeć, by jego słowa dotarły do Aerysa – lecz jeśli miała usłyszeć go jak największa liczba zgromadzonych gości, grzmiący ton był nieodłącznym towarzyszem tego przedstawienia.
- Przyznaj i powiedz to głośno! Nikt i tak nie będzie zaskoczony tym imieniem!
Czerwone, gorące płomienie, dusząca, słodkawa woń, nagłe uderzenie ciepła i lawendowe spojrzenie króla Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi.
Spojrzenie wypełnione po brzegi zaskoczeniem i…
- Edric Martell, Książę Dorne. Próbowałeś go zamordować, lecz zdołał uciec, ratując własne życie i najpewniej pokój w królestwie. Książę Dorne miał być czwartą ofiarą!
… strachem.
Strachem wywołanym kłamstwem, jakie Maegor Targaryen podsunął całemu Westeros na złotej tacy – kłamstwem o tyle udanym, że okraszonym wonią palonych ciał, zajściami w Wielkim Sepcie, obrazem władcy trzymającego pochodnię, którą podpala członków własnego rodu.
Aerys nie chciał zamordować Edrica Martella. Nigdy. Chciał go zniszczyć i upokorzyć, pozbawić honoru i dumy, i po tym wszystkim utrzymać przy życiu - to miała być dla Dornijczyka najdotkliwsza tortura.
Tyle tylko, że królowi już nikt nie uwierzy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Królewska Przystań
Liczba postów :
21
Join date :
25/01/2016

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Sob Kwi 09, 2016 6:56 pm

- I kiedy głosy zostaną policzone—Opowieść o ustroju Volantis kilku pomniejszych szlachcicom niespodziewanie przerwało księciu przyjście strażnika.
- Wasza Książęca Mość, lordowie, władca wzywa wszystkich gości do ogrodów.- O ile ta wiadomość była dla Lucerysa niemałym zaskoczeniem, królewskiego kuzyna nie było stać na nawet moment zawahania, czy najkrótszy grymas na twarzy. Przecież ktoś mógłby pomyśleć, że krewniak monarchy nie uważa każdej jego decyzji za doskonałą… a na to nikt nie mógł sobie pozwolić. Lucerys powtórzył słowa jednej z niewielu rad, jakie otrzymał w życiu od ojca. Nie liczy się to, czy jesteś biedny, czy bogaty, potężny, czy słaby. Nie liczy się to, co naprawdę uważasz, czy co myślisz o obecnych wydarzeniach. Na dworze liczą się tylko pozory. Nigdy tego nie zapomnij. 18-latek wspomniał tak dawno usłyszane słowa ojca. Po chwili zastanowienia, Lucerys nie mógł sobie przypomnieć bardziej prawdziwych słów. To wszystko to gra. Nawet nie wiedział, jak bardzo się mylił. Tak więc udał się za strażnikiem i przed małym orszakiem ludzi, którzy najprawdopodobniej zabiliby go za jakąś wioskę albo inny młyn. Sama myśl o tym, jak bardzo są bezradni sprawiła, że książę uśmiechnął się do siebie, co ukrył ciągnąc łyk wina z ozdobnego kielicha.
***
W końcu dotarli do ogrodu, gdzie młodzian przypomniał sobie kolejną radę, którą udzielono mu jeszcze za młodu. Jednak tym razem była ona udzielona przez ser Gregora. Jeżeli jest jedna rzecz, którą dzielą bitwa, dwór i świątynia to jest nią położenie.I tym razem Lucerys zastosował się do udzielonej mu przez wspomnienie rady i przedarł się na sam przód zgromadzonych szlachciców. Przez chwilę musiał zejść trochę na bok i nawet wydawało mu się, że słyszy, jak ktoś coś mamrocze, ale książę założył, że musiało to być wynikiem wiejącego wiatru albo otaczającego go rozgardiaszu.
Niedługo później Jego Królewska Mość Król Aerys Targaryen Drugi Tego Imienia zaczął mówić. Jednak w jego mowie było coś niezwykle niepokojącego… coś, co przypominało Lucerysowi teatralne rekonstrukcje mów triarchy Horonna, która widział w Volantis. Była to pewna nuta dumy, ambicji i… szaleństwa. Czyżby król był tym szalonym? Czy to możliwe, że Lucerysowi przypadło żyć w czasie rządów tyrana bez szacunku dla ludzkiego życia? Niemożliwe. A jednak…
A jednak zebranym w ogrodach ludziom ukazała się twarz Daelly i stos. Na jej widok młodzian upuścił kielich, który odbił się od drogi z dość donośnym brzdęknięciem. Później król odkrył kolejną postać, była to kuzynka Lucerysa, Naerys. Natomiast trzecią z nich była Rhaena. Lucerys musiał przyznać to kobietom, że z wyjątkiem Daelli zachowywały się niezwykle szlachetnie. Jakiś czas później król podłożył ogień. Mogło to się zdarzyć pięć uderzeń sekund po odkryciu smoczyc, a mogło dziać się pięć dekad później.  To było nieistotne, dla Lucerysa czas zastygł w miejscu.
Następnie wszystko się rozmazało. Pamiętał tylko jedno… krzyk… potworny, nieludzki krzyk kobiet, których nogi stają w płomieniach, i których cała godność pryska w ułamek sekundy… a do tego ten odór. Książę tylko raz w życiu miał kontakt z paleniem ludzi i byli to w większość obcy mu ludzie, którzy ginęli po drugiej stronie jednego z największych miast świata. Teraz natomiast widział wszystko przed sobą i płomienie nie trawiły, jakiś niewolników, czy chłopów, ale osoby z nim spokrewnione. Tylko dlaczego nie mógł odwrócić wzroku?
Słyszał jeszcze tylko, jak namiestnik coś mówi. Musiało to być coś niezwykle szokującego biorąc pod uwagę, jakie poruszenie wśród zgromadzonych wywołało, ale Lucerys wiedział, że jeżeli jest to coś faktycznie istotnego to nieraz usłyszy to na dworze i nie ma sensu teraz się nad tym zastanawiać.
Książę został jeszcze przy stosach chwilę, gdy zdał sobie sprawę, że zgromadzeni zaczęli się rozchodzić i dużej części z nich już nie było. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z wielkiej ironii losu. Jeszcze przed chwilą śmiał się z bezradnych lordów i powtarzał sobie, że wszystko jest tylko grą pozorów, a teraz stał przed trzema realnymi stosami z ledwo rozpoznawalnymi, realnymi ciałami jego krewniaczek… i nie mógł nic zrobić. Myliłeś się ojcze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
8
Join date :
14/04/2015

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Nie Kwi 10, 2016 8:47 pm

Przytrzymując puchar wina Arateris wydawał się dość zdystansowany do całej fety i wszechogarniającego poczucia, że dzieje się coś wielkiego. Mężczyzna słynący z tego, że kończył takie imprezy ostatni, i ostatni się po nich budził, tym razem poszedł inną ścieżką. Dużo głębokich przemyśleń wiło się przez jego zatroskany umysł tego wieczoru podczas gdy jego najstarszy brat i król zarazem dokonywał zaślubin, zaś jego średni brat... cóż,po prostu był tu z nim. Jeden królem, drugi dowódcą armii smoków i namiestnikiem, a trzeci Arateris? Znany ze swego niebanalnego umysłu, znamienity strateg armii, znany większości rodów. Jednak czy to było wszystko an co stać Araterisa Targaryena? Tyle lat stanowił bufor pomiędzy braćmi, że poczuł się już tym wszystkim zmęczony. Brak działań wojennych osłabiła jego możliwości oceny sytuacji, a chyba teraz potrzebował tego jak nigdy. Skłaniając się ku kolejnym znajomym twarzą jednocześnie nie krył swojego wojskowego charakteru. Odziany w szatę jednakże z elementami zbroi z pewnością odznaczał się wśród gości. Smoczy Umysł... tak go zwano i z tego tytułu tak bardzo go szanowano. Gdy jego brat w końcu przemówił, Arateris oparł się o ścianę i wziął łyk wina z pucharu. Zaiste wystawne i syto zastawione stoły zadowoliły podniebienie Araterisa w pełni, ale o to nie musiał się martwić żyjąc na dworze królewskim. Mężczyzna wpatrywał się w swojego brata gdy ten z pasją w oczach rozpoczął płomienne przemówienie. Z każdym słowem jednak Araterisowi wydawało się, że to co za chwilę zobaczą zgromadzeni będzie spektakularne w sposób specyficzny, a jak wiadomo, nie zawsze oznaczało to coś dobrego.
*Aerys, stary wariacie tylko nie narób sobie kolejnych wrogów...* - przeszło przez myśl Araterisowi gdy jego brat wił temat dalej rozpoczynając pieśń o zdradzie. Wtedy Arateris wiedział już, że to co za chwilę się wydarzy odciśnie piętno na wszystkich obecnych. Smoczy Umysł po prędce przeleciał oczami po zebranych by odnaleźć Maegora, to na jego dwóch braciach musiał mieć zawieszony wzrok by w porę być przy jednym z nich. Gdy Aerys ujawniał swoje ofiary jedna po drugiej, a były to siostry i ciotka Araterisa, ten powoli ruszył w stronę Maegora. Umysł miał zimny, kalkulował i starał się wychwycić z otoczenia wszystko co mogło być przydatne. Działo się źle zarówno dla rodziny jak i reputacji dworu.
*Biada... dlaczego teraz stary idioto, dlaczego* - zaklinał w głowie Arateris wciąż wijąc się między poruszonym tłumem, szukając usprawiedliwienia. Szukając źródła szaleństwa brata, człwieka, którego myślał, że znał. Kolejny stosy zaczęły płonąć, a gdzieś pośród nich Arateris dostrzegł charakterystyczne kształty. Smocze jaja. Być może w innych okolicznościach zawiesił by na nich oko nieco dłużej,ale teraz sytuacja była innego pokroju. Gdy pieść Aerysa dobiegła końca, ręka Araterisa pochwyciła ramię Maegora i zacisnęła się na nim.
-Nie teraz Maegorze, nie teraz – szepnął tak by tylko brat go usłyszał. W głębi duszy ból z powodu szaleństwa ich najstarszego brata zżerał stratega od środka. Nigdy nie sądził, że dożyje czasów, gdy czyny jednego z trójki braci przyprawią go o ból. Najgorsze w tym wszystkim było to, że konsekwencje dosięgną całą rodzinę. Gdy rozpoczęła się panika, Arateris nadal trwał przy Maegorze. Miecz zwisał u pasa Smoczego Umysłu jak zawsze niezależnie od sytuacji. Nadchodził czas trudnych decyzji, oby bogowie mieli Targaryenów w swojej opiece, nawet jeśli opuścili Aerysa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   

Powrót do góry Go down
 

Ogrodowa ścieżka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Ścieżka górska
» Numerologia
» Julius Nott
» Ścieżka
» Ścieżka z polanki do statku

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Królewskie Ogrody-