a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Ogrodowa ścieżka



 

 Ogrodowa ścieżka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Ogrodowa ścieżka   Nie Maj 25, 2014 7:45 pm

Jedna spośród dwóch ogrodowych ścieżek, które przeznaczone zostały do użytku zaproszonych gości. Po zapadnięciu zmroku oświetlona zostanie strzelistymi pochodniami, zapobiegającymi przed ewentualnym zboczeniem z wyznaczonego szlaku. Sama ścieżka z obu stron otoczona jest krzewami kwitnących, białych róż, których zapach delikatnie pieści nozdrza spacerujących. Dróżka prowadzi do niewielkiej fontanny, przy której w upalne dni znaleźć można upragnione ochłodzenie oraz zwilżyć spierzchnięte gardło, bowiem płynąca w niej woda jest pitna. Na samym weselu korzystanie z jej zasobów będzie jednak zbędne, gdyż nie zabraknie trunków pozwalających skutecznie zwalczyć pragnienie.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Nie Cze 08, 2014 6:09 pm

/ veni, vidi.

Nieszczęście rzeczywiście było twarde. Szczególnie jeśli ktoś wcześniej w ogóle nie znał znaczenia słowa „nieszczęście”. Ani znaczenia słowa „twarde”. Z gardła Whenta wyrwało się ciche westchnięcie, gdy po raz kolejny zahaczył ciemnym wamsem o nierówne kolce szczerzące się do niego z krzaków wszechobecnych róż.
Stare błędy, pomyślał z nieznośną pompatycznością dziedzic Harrenhal, naśladując głos Pana Ojca, powinny być popełniane tylko raz. Jakakolwiek wartościowa edukacja musi zatem opierać się na właściwym rozumieniu historii.
Rossel pozwolił sobie na kolejne, tym razem urwane westchnienie. Dlaczego u licha ten stary człowiek mianujący się jego ojcem postanowił oświecać swego syna w przydługawych listach – samemu zainteresowanemu nie mieściło się w głowie. Być może należało winić niebotyczną interesowność tego odrobinę zniedołężniałego osobnika, jakim był obecny Lord Harrenhal. Tak czy inaczej, Rossel był niezłomny w swym postanowieniu, by się niczego nie nauczyć.
... tak, historia, pisał dalej Lord Whent. Jest mnóstwo historii w Królewskiej Przystani...
Ross rozejrzał się w koło, nieporuszony w najmniejszym stopniu. Jeśli historia nie była niczym więcej niż tylko upływem wieków, to Królewska Przystań, stolica Westeros, szczyciła się ich bogactwem. Jeśli zaś historia była czymś więcej – wielkością, chwałą, czymś, co wzburzało krew – to tutaj wszystko to było dojmująco nieobecne. I choć bez wątpienia zarówno miasto, jak i Czerwona Twierdza były starannie zaplanowane, to z biegiem czasu zatraciły swój dawny urok. Wszystko, co niegdyś mogłoby uchodzić za porywające obrazy, zostało przez upływ lat zamienione w rozległą panoramę upadku i rozkładu. Porozrzucane bez składu domy w Zapchlonym Tyłku, wszechobecny smród, ścisk… jedynym pocieszeniem był fakt, że w samej Twierdzy nie widać było śladów tego brudnego życia, które tłoczyło się w samej stolicy, od doków po slumsy, aż do samego zamku. Miasto wydawało się czasem Rosselowi zbyt rojne, kłótliwe, pękające w szwach od ludzkiej ciżby, ale tutaj, gdy patrzył na gości weselnych, nadętych, napuszonych, niemoralnych i wiele innych „n”, które przychodziły mu na myśl, nie miał żadnych wątpliwości co do tego, gdzie podoba mu się bardziej.
… będziesz miał mnóstwo okazji, by wzbogacić w trakcie tej podróży swoją wiedzę, synu, i sugeruję, byś to wykorzystał.
Choć w jednym Whent mógł przyznać rację swemu ojcu. Królewska Przystań w rzeczy samej dawała niemoralną wręcz możliwość wzbogacenia się - wystarczyło wiedzieć jedynie, do kogo się zwrócić.
Jakież to odpowiednie. Świątynia pieniędzy. Nasza własna, mała religia.
Dziedzic Harrenhal ujął ostrożnie między palce łodygę jednej z róż i ułamał ją stanowczym ruchem, przysuwając kwiat do nosa. Jego słodki zapach nęcił nozdrza, pozwalając stłumić inne zmysły i choć na chwilę skupić całą uwagę wyłącznie na pojedynczym bodźcu. Whent potarł opuszkami palców biały płatek, po zaledwie kilku ruchach zwijając go w wilgotny, lepki rulonik. Wzrok Rossela dopiero po chwili podniósł się znad róży i przesunął czujnie po nielicznych gościach, którzy postanowili opuścić stoły.
Cierpliwe czekanie. Jak dobrze, że było jego mocną stroną.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
142
Join date :
04/05/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Nie Cze 08, 2014 7:33 pm

/ teoretycznie z Septu

Takie popołudnia Rhaenys lubiła najbardziej. Rześkie, choć naturalnie ciepłe, jak to w lato nad Królewską Przystanią. Słodka muzyka, słodkie zapachy, słodkie słowa - Czerwona Twierdza w dniu książęcych zaślubin przypominała olbrzymi tort, na którym każdy z gości był ściśle dopracowaną, rozkoszną ozdobą. Niestety podobna funkcja wiązała się z brodzeniem po kostki w gęstej polewie… głównie złożonej z mniejszych bądź większych kłamstewek. Jeśli ktoś rzadko bywał w stolicy Siedmiu Królestw lub starał się za wszelką cenę unikać królewskiego dworu, już po jednym kęsie podobnego smakołyku mogły rozboleć go zęby. Bardzo dotkliwie rozboleć. Czerwona Twierdza była miejscem, gdzie jakakolwiek próba okazania własnego indywidualizmu, szczerości, niezadowolenia lub zwykłej, heroicznej, ale głupiej odwagi, zapamiętywana była na długie miesiące, jeśli nie lata. Jeden fałszywy krok wystarczył, by zatruć sobie życie w Królewskiej Przystani. Jedno nieodpowiednie słowo stanowiło wystarczający powód do publicznego potępienia. Jeśli nie znasz zasad gry - lepiej do niej nie dołączaj.
Jasne słońce przeświecało między szeleszczącymi listkami drzewek oraz krzewów, gdy Rhaenys spokojnie przemierzała jedną z ogrodowych ścieżek. Uśmiechnięta, może lekko nieobecna myślami, lecz jak najbardziej materialna pod względem cielesnym stawiała kolejne, delikatne, prawie niesłyszalne kroki, mając najwyraźniej dokładnie określony i obrany cel. Smoczyca uważała, że w podobnie słoneczny dzień nie było niczego piękniejszego od pracy na świeżym powietrzu i choć nie miałaby nic przeciwko chwilowej bezczynności u boku Maegora oraz jego pięknej małżonki przy stole reprezentacyjnym, obowiązki uniemożliwiały odpoczynek, po raz kolejny zmuszając Rhaenys do działania na rzecz… właśnie, czego? Własnego dobra? Dobra rodu? Dobra człowieka, ku któremu zmierzała?
Targaryenówna uśmiechnęła się lekko pod nosem, niedbałym ruchem odganiając niewielką muszkę owocówkę, która za punkt honoru obrała sobie irytowanie Rhaenys i nieustanne atakowanie gorsetu sukni. Na małym palcu Smoczycy przy tym geście zalśnił czerwony rubin oprawiony w czarne żelazo, rzucając na bladą twarz kobiety krwawy, ponury refleks. Ochota, by napić się ciemnego, zapewne najwyborniejszego spośród wszystkich beczek kornijskiego wina utknęła w umyśle Rhaenys jak kość w przełyku. Każdego dnia pojawiała się wcześniej. Coraz więcej czasu Targaryenówna spędzała chora, obolała i niespokojna, odliczając minuty do chwili, gdy będzie mogła ukryć się w komnacie razem ze złotym kielichem w którym przyjemnie chlupocze mocny trunek. Czy mogła pozwoli sobie choć na tyle wygody i zatopić się w miękkiej, ciepłej nicości własnej pościeli? Po śmierci Ravath ucieczka w ciasny, lecz przyjemny świat przesycony oparami wina okazywała się znacznie łatwiejsza od stawiania czoła problemom. Łatwiejsza i mniej wymagająca. Gdy tylko Rhaenys o tym pomyślała, poczuła mrowienie w opuszkach palców, a jej język poruszył się chciwie w wysuszonych ustach.
Krew rodzi krew. Spłata jednego długu powoduje zaciągnięcie kolejnego.
Kolejny zakręt ścieżki. I jeszcze jeden. Smoczyca westchnęła z cichą irytacją, pokonując jard za jardem, lawirując z gracją pośród weselnych gości, nielicznie, lecz z determinacją rozchodzących się po ogrodach. Gdy zaś pierwsze oznaki zwątpienia jęły przejmować władzę nad rozsądkiem, Rhaenys w końcu ujrzała cel swej podróży.
- Panie. - głos Targaryenówny, zaskakująco ostry, choć nie pozbawiony typowo kobiecej melodyjności bez problemu przeciął pogrążone w ciszy powietrze, skupiając uwagę mężczyzny na smukłej sylwetce Smoczycy, stojącej zaledwie kilka jardów dalej. Twarz w kształcie serca, okoloną prostymi pasmami włosów koloru srebra, łagodził lekki uśmiech , nadający Rhaenys niemal rozbrajającą aurę niewinności. - Obawiałam się, że wiadomość nie dotarła i nie zjawisz się na miejscu… a przecież Miłościwy Król nie będzie cierpliwie czekał. - Targaryenówna odgarnęła z czoła niesforny kosmyk włosów, przechylając delikatnie głowę, zupełnie jak sokół obserwujący przyszłą ofiarę. Wyraz twarzy dziedzica Harrenhal wzbudził u niej mimowolne rozbawienie, pragnące wyrwać się z piersi na wolność i przerwać chwilową ciszę perlistym śmiechem. Rhaenys odkaszlnęła, z trudem powstrzymując wybuch wesołości, dopiero po chwili spoglądając na przyszłego Lorda Whent spod półprzymkniętych powiek. - A czego się spodziewałeś, ser? Dojenia kóz? Król Aerys prosi na prywatną audiencję, zechciej pójść ze mną. - … a raczej za mną, w odległości niwelującej wszelkie podejrzenia, dodała w myślach Targaryenówna, obracając się na pięcie w towarzystwie cichego szelestu sukni i dobiegającej gdzieś z oddali muzyki. Pozostawało mieć jedynie nadzieję, iż dziedzic Harrenhal okaże się na tyle rozsądnym człowiekiem, by bez słowa sprzeciwu podążyć za Rhaenys. Dla własnego… i jej dobra.

/ oboje zt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pon Cze 16, 2014 11:22 pm

//Altana

Młody Baratheon przechadzał się wśród krzewów białych róż, chłonąc ich woń tak nieprzystającą do tego, co ogólnie czuć było w całej Królewskiej Przystani. Wszystko wyglądało tu jak z bajki, rzeczywiście, doskonale przygotowano to miejsce dla gości. Tuż przy fontannie można było zaznać nieco prywatności, dostrzegało się też dzbany z winem i puchary, które czekały jedynie na wykorzystanie. Ponadto te talerze pełne owoców i ciastek. Derek obgryzł ogryzek do końca, po czym ułożył go na talerzu z resztkami niesionymi przez jakiegoś służącego. Ci dwoili się i troili, by wesele sprawiało wrażenie przepięknego i doskonale ułożonego. Pewnie już dawno podano też słynny krem z dyni. Ciekaw był, jak to smakuje. Co oni dodają, że w ogóle robi się z tego krem? W kuzynie dziedzica lorda Baratheona odzywał się zmysł kucharza. Miały na niego wpływ dziecięce lata spędzone prawie wyłącznie w kuchni Końca Burzy. Wtedy też jego ojciec uskarżał się, że młodzian za mało ćwiczy się w walce, a zbyt wiele czasu spędza przy kuchennych, to wydawało mu się już szczytem przy dziwności jego zachowań. To był jeden z wielu powodów wysłania Dereka na Tarth, gdzie zresztą ten świetnie się odnalazł. Najchętniej wróciłby tam, by odpocząć po wojennej zawierusze. Jak to się stało, że trafił tutaj? Spełnianie roli jedynego męskiego przedstawiciela rodu nie było wcale proste.
Przysiadł przy fontannie, sięgając po pusty kielich, do którego nikt jeszcze nie nalewał wina. Widocznie musiał zrobić to sam, bo służba sprytnie postanowiła się na kilka momentów ulotnić. No nic, jakoś sobie poradzi, w końcu nie wypił tak dużo, by nie być w stanie nalać sobie trunku do naczynia. Westchnął ciężko, gdy wino wlewało się powoli, doskonale znajdując swoją drogę na pozłacanym kielichu. Niewielki talerz z owocami znajdował się tuż obok, Derek sięgnął więc po kolejny owoc przypominający jabłko i wgryzł się weń z całą mocą. Sok rozbryznął się po skórze młodziana, zaznaczając swoją obecność poprzez czerwoną barwę. Szlag tych Targaryenów, musieli dawać nawet tu podobne dziwa, by każdy, kto popełni jeden mylny gest i za mocno ugryzie, od razu był cały w posoce, w kolorze ichniego trzygłowego smoka. Blondyn otarł twarz, by przynajmniej postarać się zmyć to, co jeszcze dało radę. Nie cierpiał takich sytuacji. Popił kwaśny smak winem i spojrzał na owoc. Niezbyt mu smakował, był zbyt pochopny w tym wyborze, co miał z nim teraz zrobić? Położył go na jakimś wolnym talerzu, po czym zanurzył dłonie w czystej wodzie z fontanny. Najpierw musiał je przemyć, potem dopiero zająć się swoją twarzą. W końcu opadł z powrotem na kamienny murek będący jego miejscem do siedzenia jeszcze chwilę wcześniej. Uchwycił kielich za nóżkę, uniósł go do góry, jakby właśnie wznosił z kimś toast, a następnie upił zeń łyk wina.
Nikt teraz tędy nie przechodził, większość doskonale bawiła się przy stołach, Derek zaś potrzebował względnego spokoju dla swoich myśli. Te zbyt często wracały do wieczora w sepcie. Do delikatnego blasku świec padającego na jasne jak księżyc w pełni oblicze Szafirowej Damy. Do jej głosu brzmiącego jak trel słowika. Do cienia, który płomień rzucał na regularne rysy jej twarzy. Cisza w sepcie i jedynie oni. Nawet septon i septa gdzieś zniknęli, jakby dokładnie wyczuli moment. Pamiętał, że ostatni raz widział Tarthównę, gdy byli jeszcze młodzi. Ona dopiero się "dobrze zapowiadało", ale jakoś nie szczególnie wtedy Derek zwracał na nią uwagę, wszak ważniejsze było przebywanie z Selwynem. Zastanawiał się, co nagle tak bardzo zmieniło jego postrzeganie. Czy to tęsknota za połową życia spędzoną na Szafirowej Wyspie? A może coś, czego sam wciąż nie rozumiał? Myślał, że samo zastanawianie się teraz na niewiele się zda. Im dłużej będzie sam, tym dłużej nie uda mu się wywinąć z tej patowej sytuacji. Powinien wracać do Końca Burzy i nawet nie pytać swojego ojca od zgodę, a po prostu od razu iść, by oświadczyć się tej pannie. Żeby ślub, który wyobrażał sobie podczas uroczystości w sepcie mógł okazać się prawdą.
Pewnie nawet nie zauważył, że ktokolwiek się do niego zbliża, zbyt pogrążony był w swoich myślach, patrząc pustym wzrokiem na wino w pucharze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
93
Join date :
18/05/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Sro Cze 18, 2014 12:20 am

/ z Sali Balowej~

Rzadko bywała na weselach. Szczerze mówiąc, to było pierwszym - spoza Riverrun - na które się udała. Dostała instrukcje od matki, jak ma postępować: sept, wręczenie podatków i życzeń młodej parze, wysłuchanie toastu, grzeczne klaskanie wraz z tłumem zgromadzonych podczas tradycji pokładzin, niezależnie od tego, co sama Ophelia o tej tradycji sądziła. Nie mogła narzekać, że polecenia są niejasne czy niezrozumiałe. Część punktów 'planu' miała już odhaczone, przez inne będzie musiała dopiero przejść. Jednakże Lady Tully zapomniała o czymś ważnym... co młoda dziewczyna powinna robić w czasie pomiędzy głównymi atrakcjami wesela? Znaczy, teoretycznie to wiedziała - rozmawiać z zebranym towarzystwem, zawierać nowe znajomości. Problem leżał w tym, że nieśmiałość panny Tully nie pozwalała jej na podejście jej do nieznanej persony i na rozpoczęcie konwersacji z nią. Sama w sobie zaś nie była na tyle ciekawa, aby to właśnie osoba obca podeszła do niej i zagaiła. Skazana na samotność. Ophelia westchnęła pod nosem, ujmując w dłoń kielich z dopiero co nalanym winem. Uśmiechnęła się w podzięce do służki, choć wcale nie musiała tego robić. Brunetka wychodziła z założenia, że każdy miły gest, choć z pozoru nieważny, odwdzięczy się w przyszłości podwójnie. A nawet prosty służący zasługiwał na szacunek jak i godne traktowanie czy choćby uśmiech. To akurat nic jej nie kosztowało. Świadoma tego, że niewiele Lordów i wysoko postawionych osób nie postrzega tego samo jak ona, upiła łyk wina. Ciemne brwi momentalnie zbiegły się ku sobie. Było inne, niż przywykła pić w Dorzeczu. Kłamstwem byłoby powiedzenie, że było niedobre, ale... nie smakowało jej. Płyn był usposobieniem wytworności Królewskiej Przystani, tej której w swojej formie Ophelia nie znosiła i od której stroniła. Upiła kolejny łyk. Będzie musiała do tego przywyknąć.
Z czasem wstała od przeznaczonego jej stołu. Potrawy, co prawda, zachwycały swoim smakiem i różnorodnością, ale ileż można jeść i wpatrywać się w nie. Mając nadzieję - co prawda zrodzoną z paranoi - że nie uraziła kucharzy przedwczesnym wstaniem od stołu, postanowiła udać się na krótki spacer po ogrodach. Naturalnie, z winem w kielichu. Po drodze mijała gości rozmawiających ze sobą w grupach lub parach, Targaryenów i Martellów, jak i przedstawicieli innych rodów Westeros. Każdy miał kogoś, z kim mógł zamienić parę słów. Tylko ona, snuła się samotnie z naczyniem, poprzez tłum gości, aż do bramy ogrodów. Zupełnie, jakby przekroczyła bramę światów, pozostawiając za sobą zgiełk i sztuczność, stawiając stopę w krainie spokoju i naturalności. Ruszyła wgłąb labiryntu krzewów, początkowo uważając, aby nie ulać trunku z kielicha. Z czasem, poczęła myśleć o rzeczach bardziej lub mniej przyziemnych - o sprawach rodu, swoim postrzeganiu własnej przyszłości, o słowach surowej matki, aż po nierealne baśnie z Essos. Lubiła błądzić we własnych myślach. Przynajmniej, ona sama siebie rozumiała, mogła być wobec siebie szczera, nikogo nie udawać, nie musiała sobie ulegle przytakiwać. Rzadko miała okazje na takie chwile sama z sobą, gdzie nie musiała być córką Lorda. I pewnie mogłaby się nią cieszyć dłużej, gdyby nie...
...kto tu postawił fontannę...
Blada dłoń kobiety automatycznie zwolniła uścisk z nóżki kielicha, który wraz z zawartością począł poddawać się prawom grawitacji. Sama brunetka rozpaczliwie próbowała odzyskać równowagę, łapiąc się pierwszej, napotkanej rzeczy. Szybko udało się rozpoznać, że nie była to rzecz, a człowiek. I mózg niebieskookiej, zanim zdążył powrócić na ziemię i działać spokojnie, to bez zastanowienia rozpoznał w tym człowieku winowajcę całego zdarzenia. Nawet nie zdążyła mu się przyjrzeć, kiedy z jej ust wydobyły się słowa oskarżenia.
- To... to w nie takim m-miejscu winno się siedzieć!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Czw Cze 19, 2014 6:09 pm

Wyrwanie Dereka z rozmyślań w czasie tego feralnego spotkania, przyszło udziałem panny, której dotąd nie znał. Będąc myślami tak daleko, w ogóle nie widząc świata wokół siebie, to nagłe przywrócenie do rzeczywistości i to jeszcze w tak nieprzyjemny sposób sprawiło, że cała łagodność Dereka uleciała w siną dal. Nie, nie zamierzał się on mścić za pomocą siły, nie o to chodziło. Po pewnej dawce alkoholu myślało się nieco innymi kategoriami. Tu nie chodziło o to, by ukarać pannę jak zwykłego dzieciaka. W ogóle, ukarać! Cóż za słowo! Baratheon był jednak przekonany, że tylko w ten sposób będzie mógł określić swoje późniejsze zachowanie.
Najpierw rzucił okiem na ramię, potem na dłonie. Całe w winie. Wams też. Gdzie on się teraz przebierze? Musiałby się udać do komnat i tam coś wykombinować, nie przewidział sytuacji podobnej do tej. Odetchnął, starając się z początku uspokoić swoją dość ciężką w tej chwili rękę. Po dość sporej ilości kielichów wina oraz ze świadomością, że winny zdarzeniu jest mężczyzna, blondyn pewnie by się nie wahał. Sprawa miała się jednak inaczej.
Stała nad nim drobna, szczupła szatynka z oczami wielkimi jak szczeniak oczami. Jeśli ktoś myśli, że szczeniaki nie mają wielkich oczu, jest oczywiście w błędzie. Jeszcze te włosy dziwnie spadające na twarz... Kobiety się teraz tak noszą? I ta sukienka. To ryba czy kobieta? A może i jedno i drugie? Chwila, chwila, musiał się dowiedzieć, kim w ogóle była. Właśnie, to nie oczy szczeniaczka! To oczy ryby! Wielkie i niebieskie! Z rzęsami jak u wielbłąda... Nie, może powinien sobie teraz oszczędzić te wyobrażenia. Wstał, bowiem nie wypadało siedzieć w momencie przedstawiania się. Najpierw jednak sięgnął po puchar znajdujący się w dłoniach panny i ustawił go na murku.
- Dla bezpieczeństwa przebiegającej rozmowy - stwierdził dość chłodno. - Jestem Derek Baratheon, bratanek lorda Końca Burzy i dowódca piechoty Ziem Burzy.
Jego głos wydawał się być nieprzyjemny, można było jednak odnieść wrażenie, że ta rozmowa musi mieć miejsce i trochę potrwać. O nie, nie da uciec swojej ofierze, która z pomocą grawitacji zrobiła mu tak niemiłą niespodziankę. Sięgnął po dłoń dziewczęcia i ucałował ją spękanymi ustami. Wreszcie znalazł swoimi oczami spojrzenie nowej towarzyszki rozmowy. O tak, oboje mieli niebieskie, ale to jego błękit wygrywał to starcie. Błękit oczu Baratheonów, o którym mówił każdy. Znały go wszystkie panny w Westeros i wszyscy panowie. Wiadomo było, że osoby z tym kolorem ślepi nie cofną się przed niczym. Właśnie teraz Derek, z powodu też pewnego stopnia upojenia alkoholowego, wiedział, że nie cofnie się przed niemiłą rozmową z panną stojącą przed nim.
- Widzę, że w tych czasach panny nie patrzą pod nogi. Ileż można stać w tej spiekocie, skoro fontanna oferuje orzeźwienie? - Sięgnął jedną dłonią do tryskającego źródła, zmywając z niej już całkowicie resztki wina. Czuł jak trunek wsiąka w wams i przedostaje się do ciała. No ładnie, pewnie, gdy będzie się przebierał, jego ludzie mogą mieć ciekawy pomysł na to, co robił w czasie wolnym. Derek zagryzł zęby.
- Ciekaw jestem, jak ty, pani, czujesz się przy takim gorącu. I co robisz tu sama... - Uniósł jedną brew. O tak, był niezwykle ciekaw, co panna robiła tu samiuteńka jak palec. Żadnej obstawy, żadnego towarzystwa. Czyżby odrzucona przez społeczność? A może nie potrafiąca zawiązać konwersacji jak należy? W takim wypadku mógł czuć się jej przewodnikiem. Jej bardzo złym przewodnikiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
93
Join date :
18/05/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Nie Cze 22, 2014 2:14 am

Stawianie fontann na środku ścieżek było zdecydowanie najgłupszym pomysłem, jaki do tej pory sprezentowała jej Królewska Przystań. Rozumiała wybudowanie zamku na środku rzeki, zajazdu na środku szlaku ale fontanny na ścieżce? Nie. Szczęście (a może i nie), że miała się kogo złapać - nieszczęśnika spoczywającego na brzegu wodotrysku. Jak szybko udało jej się odzyskać równowagę, tym szybciej opamiętała się i zwolniła z uścisku mężczyznę - samej odsuwając się, odskakując na przyzwoitą odległość. Kto by widział, aby młoda dama spoufalała się aż tak bardzo z przypadkowo napotkanym mężczyzną. 'Aż tak' - przynajmniej dla Ophelii, zdecydowanie zbyt skromnej jak na swój wiek. Przez chwilę chciała się skulić, zgarbić, ale powstrzymały ją od tego surowe, wyuczone maniery. Dopiero teraz poczuła, jak w klatce piersiowej bije mocno jej serce, przyspieszone tą niespodziewaną akcją. Musiała się uspokoić, ale obecność obcego mężczyzny wcale jej w tym nie pomagała. Byli tu sami, tylko w dwójkę, nie miała przy sobie swoich ludzi... Była pierwszy raz w takiej sytuacji, nie miała pojęcia, czego się po nieznajomym spodziewać. Kiedy kielich dotknął murku, ta lekko drgnęła, wyrywając się z transu myśli. Nie, nie wolno jej się bać. Podniosła głowę, spoglądając w oczy rozmówcy, z dumą, jaką powinna reprezentować swój ród.
- Dla bezpieczeństwa przebiegającej rozmowy - bezbłędnie naśladowała ton mężczyzny - Nazywam się Ophelia Tully. Taka tam najstarsza córka Lorda Tully. - Dodała, unosząc jedną z brwi lekko do góry. Cóż to miało znaczyć? Pragnął ją przerazić, zastraszyć? Jakby miała bać się Baratheonów. Przedstawienie swojej osoby przez młodzieńca zadziałało wręcz odwrotnie - z lęku i obawy przeniósł ją w nastrój buńczuczny. Wzięła głębszy oddech, mierząc Jelenia wzrokiem. Tym razem pozostała niewzruszona, kiedy ten ucałował jej dłoń. Teraz mogła mu się dokładniej przyjrzeć. Ok kiedy Baratheon mógł mieć jasne włosy? Czyżby niedokładnie uważała na lekcjach o rodach Westeros? A może... nie, wyraźnie usłyszała nazwę rodu, żadnego 'Storm'. Musiała widocznie pozostawić ten aspekt niewyjaśniony i zaakceptować stan rzeczy - prowadziła konwersację z blondynem, przyzwoitego wzrostu, rosłego w ramionach, o nienagannej budowie ciała skrytego za szatami. Nawet ona słyszała o czarze i uroku młodych Baratheonów, o ich przystojnych licach i perfekcyjnych sylwetkach - o tym wszystkim, za czym szalały jej panny w wieku Ophelii, a czego nie można było odmówić Derekowi.
Szkoda, że panny Tully to nie ruszało.
Musiała chwilę się zastanowić nad odpowiedzią na zadane pytanie. Bo i cóż mogła mu odrzec, kiedy pierwsze zdanie było raczej ubliżeniem, a drugiego nie wiedziała, jak ugryźć? Miała się z fontanny napić, czy włożyć w nią nogi? Postanowiła nie wypowiadać swych wątpliwości na głos, jeszcze zostałaby wyśmiana - jeszcze tego jej brakowało. Spokojnie patrzyła, jak zanurza dłoń w chłodniej wodzie fontanny. Może powinna go przeprosić, za incydent z winem? Choć, w gruncie rzeczy, to nie była jej wina. Równie dobrze... równie dobrze on mógł zareagować, kiedy ta szła w jego kierunku. Bo kto pozostaje spokojny w takiej sytuacji?
- Nie zrobiłam tego celowo. Proszę sobie darować te docinki. - Rzuciła oschle. Nie, nie miała zamiar przepraszać takiego człowieka. Ani pozwolić na takie słowa z jego strony. Aczkolwiek wątpiła, aby ta rozmowa była już wolna od uszczypliwych uwag - ani postawa młodego Jelenia na to nie wskazywała, ani kończące się zasoby cierpliwości Ophelii.
- A czy miałabym się czuć jakoś wyjątkowo? - Odparła spokojnie, próbując uświadomić jak bezcelowe było jego pytanie. Tak. Ukazanie wyższości swojej osoby, chyba było tym, czego potrzebowała. - Upał jak upał, choć męczy, nie będę narzekać. Zdecydowanie wolę to od zimna północy. - Ucięła sprawę, tylko po to, aby chwilę potem Derek mógł dźgnąć rozżarzonym kijem w mrowisko, które znajdowało się głęboko w jej sercu. - A nie mogę? - Wręcz odwarknęła natychmiastowo, tak, jak nie wypada damom. Słowa wyleciały z jej ust, nim zdążyła się powstrzymać i nawet niezwłoczne przygryzienie dolnej wargi nie zdołało ich cofnąć. Chociaż, miała rację - mogła. A Baratheonowi nie było nic do tego, gdzie chadza i z kim.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Czw Lip 10, 2014 9:40 pm

Ach, więc miał do czynienia z panienką Tully? Zamieszanie, jakie panowało w Dorzeczu sprawiało, że nie za bardzo orientował się w tamtejszej sytuacji. Po kampanii w Dolinie niespecjalnie przejmował się sprawami tak daleko oddalonymi od tego, co działo się na Ziemiach Burzy i na południe od nich. Słyszał o śmierci tamtejszego lorda a także wszystkich jego synów. Pozostały jedynie dwie córki... Nie sądził, że pojawi się dalsza rodzina, choć to powinno być akurat oczywistym następstwem. Modlił się codziennie do Siedmiu, by i jego nie spotkała tak przykra historia. Nawet jego uważny wcześniej wzrok wydawał się w tej chwili nieco zasmucony. Nie był świadom tego, czy dziewczyna to odkryje, czy też nie, w każdym razie uczynił to, co każdy mężczyzna na jego miejscu winien uczynić, ukłonił się, po czym ujął wolną dłoń panny, oddając na niej suchy pocałunek. Oby nigdy więcej nie musiał tego robić.
- Ach, nie zrobiłaś, pani, tego celowo. Mimo to pragnąłbym zauważyć, że następnym razem lepiej by było, gdybyś miała oczy dookoła głowy. Nigdy wszak nie wiadomo, kto akurat siedzi na murku fontanny - uśmiechnął się złośliwie. Derek zazwyczaj naprawdę świecił przykładem wśród panów, zachowując się tak, jak na mężczyznę przystało - ze spokojem i umiarem, czarując kobietę uśmiechem i dobrymi manierami. Czyżby alkohol powodował aż takie wyniszczenie? A może cała ta sytuacja, która miała miejsce w sepcie, a także w Końcu Burzy sprawiła, że musiał jakoś odreagować? Biedna panienka Tully akurat wyszła mu naprzeciw. Mimo takiego stanu, wciąż był przekonany, że nie wypada mówić tu o sprawach między rodzinami i komentować sytuacji Dorzecza, o której teraz zresztą niewiele wiedział. Musiał uderzyć w inne miejsce.
- Bywałaś, pani, na Północy? Widziałaś Mur? - zapytał, choć w tym momencie nie było akurat czuć żadnego jadu, a zwykłą, czystą ciekawość. Miał nadzieję, że panna ma czym poprzeć swoje stwierdzenie o chłodzie, inaczej nie będzie interesująco. A może będzie, jeśli dobrze to rozegra?
- Cóż, zazwyczaj szlachetnie urodzonym damom towarzyszą szlachetnie urodzeni panowie. Czasem jako strażnicy ich cnót, częściej jako rozmówcy. Raczej nie spodziewałaś się spotkać szlachetnego pana po drodze? A może wolisz, pani, samotność? - dopytywał, starając się całkowicie nie odkrywać kart. Nie mógł od razu kpić sobie z samotnego dziewczęcia. Nie wydawała mu się tak brzydka, jak na samym początku, bo emocje nieco opadły, ale nie sądził, by wielu znamienitych rycerzy pragnęłoby mieć tę pannicę u swego boku.
- Panna Młoda była dziś piękna, życzę ci, pani, byś i na swoim ślubie mogła przyćmić wszystkie kobiety z Dorzecza swoją urodą - Uwaga była prawie nieuszczypliwa. Prawie, wprawny obserwator z pewnością dosłyszałby nutkę sarkazmu w głosie młodego Baratheona.
- Oczywiście, możesz robić, co chcesz, pani, sądzę jednak, że twoje rozkojarzenie może prowadzić do tak nieprzyjemnych dla innych wypadków, jak ten, który zdarzył nam się przed chwilą - odparł z uśmiechem na twarzy. Ciekaw był, jak długo to potrwa. Czy dziewczyna się wycofa, czy jednak podejmie dalsze wyzwanie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
93
Join date :
18/05/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Pią Lip 18, 2014 12:05 am

Im dłużej stała w tym miejscu, tym atmosfera stawała się coraz gęstsza, a gorące, letnie powietrze coraz ciężej opadało w płucach. Słodki zapach kwiatów zmieszany z roznoszącą się wonią słońca zamiast ożywiać, nużył. Leniwie brzęczące owady chowały się w labiryncie gałązek i liści posadzonych tu krzaków, fontanna monotonnie przelewała krople wody. Całość razem tworzyła jeden, zgrany szum - odgłos niemiłosiernie wwiercający się do czaszki, za każdym razem, kiedy pomiędzy znajdującą się tu dwójką ludzi zalegała cisza. Kobieta i mężczyzna, z dwóch, odmiennych rodów, wpatrujących się w siebie nawzajem. I choć oboje posiadali tęczówki o błękitnej barwie, na tym kończyły się podobieństwa. A może, ona, usilnie nie chciała jakichkolwiek dostrzegać?
Im dłużej tu stała, tym bardziej uświadamiała sobie, że ten mężczyzna jest nie jest niebezpieczny - jak każdy przedstawiciel przeciwnej jej płci - ale również niezwykle... nieprzyjemny. Zarówno w swoim sposobie bycia, stylu wypowiedzi jak i ogólnym stosunku do panny Tully. To sprawiało, że im dłużej znajdowała się w odległości paru metrów, metra, centymetrów od niego, że pojawiała się u niej niezłomna chęć gwałtownego cofnięcia się. Może nawet opuszczenia tego miejsca, porzucenia konwersacji, przerwania jej tak gwałtownie, jak się zaczęła. I nigdy więcej go nie zobaczyć, nigdy więcej nie musieć wysłuchiwać jego nieuprzejmych słów, nie mieć obowiązku mu odpowiadać. Tego teraz chciała.
- Na szczęście, to był tylko pan. - Odparła spokojnie, może nawet życzliwie. A może, jednak, zbytnio położyła nacisk na słowie 'tylko', nadając wypowiedzi ironiczny charakter? Westchnęła cicho, spoglądając w bok, na jeden z kwiatów otaczających ich krzewów. - Możesz być pewny, panie, że szkody zostaną zrekompensowane przez mojego ojca. - Dodała cicho, wręcz ledwo dosłyszalnie. Myśl o tym, że będzie musiała tłumaczyć się rodzicom, dlaczego jeden z Baratheonów skończył oblany winem i to z jej winy... cóż. Z pewnością nie była myślą przyjemną, a wręcz napawała ją obawą. Oczywiście, nie liczyła na rozmowę z ojcem - kiedy ten miał znacznie poważniejsze sprawy na Lordowskiej głowie, niż wybryki swojej najstarszej córki. Już wiedziała, że będzie rozmawiała z matką, surową, chłodną Lady Tully, suszącą jej głowię, że traktuje kandydatów na narzeczonych nienależycie, zachowaniem, który nigdy nie przystoi damie. Bo i w ten sposób jej rodzicielka widziała wszystkich młodych, a nawet i starszych wolnych mężczyzn, którzy pozostawali wysoko urodzeni. A sama myśl, że Derek Baratheon mógłby... nie. Ta myśl szczerze i gwałtownie ją odrzucała, tak mocno, że przysięgła sobie więcej o tym nie rozmyślać, nawet na krótką chwilę.
- Północ. Kierunek geograficzny, a nie o region mi chodzi, panie. - Wyjaśniła, niczym małemu dziecku. - Uczono mnie, że strona drzewa, którą obrasta mech, jest bardziej na północ niż kora po przeciwnej stronie. Może się mylę, panie? Wszak nie ja dowodzę piechotą Ziem Burzy, z pewnością nie znam się na mapach tak dobrze, jak ty, panie. - Kontynuowała. - Ale Dorzecze chyba jednak jest położone na północ od Włości Korony, nieprawdaż? Proszę mnie poprawić, jeśli jestem w błędzie. Ale tego, że temperatura w Riverrun jest niższa od tej tutaj - jestem pewna.  Byłeś kiedyś w Riverrun, panie? - Zakończyła, uprzejmie wpatrując się w rozmówce, z pewnością siebie a może nawet lekką... wyższością? Poprawiła jeden, wymykający się bezczelnie z koka kosmyk ciemnych włosów, chowając go z powrotem za ucho. - I nie udało mi się nigdy zobaczyć Muru. Mówią, że to miejsce dla kobiet... Ale ty, panie, z pewnością byś tam odnalazł swe miejsce.
Dopiero po chwili dodarło drugie znaczenie tych słów - że porównała go do wszystkich przestępców, którzy zostawali zsyłani na służbę do Nocnej Straży. Cóż. Postanowiła udawać, że nie zauważyła tego drugiego dna - wszak kobiecie przystoi grać głupią, a wręcz jej obowiązkiem jest grać głupszą od mężczyzny. Zresztą, takiej było łatwiej, niż faktycznie głupiej, czy całkowicie odsłaniającej swojej karty. Chociaż, już udało jej się tyle powiedzieć, że nie mogła być uznaną za skrajnie głupią... co najwyżej przemądrzałą. W każdym razie, już w myślach układała sobie plan wybrnięcia z sytuacji i ewentualnych odpowiedzi, gdyby jednak jej rozmówca nie był... zadowolony z tego porównania.
- Znani mi, szlachetnie urodzeni panowie... cóż, większość z nich zginęła podczas wojny z Arrynami, panie. - Odpowiedziała ciszej. Może po raz pierwszy w tej konwersacji, w jej głosie można było usłyszeć całkiem szczere, wypełnione smutkiem i żale emocje. Mogłaby dodać 'wojny, w której ród Baratheon również maczał swe palce', ale na cóż? Będąc jednym z dowódców wojsk Ziem Burzy, doskonale o tym wiedział. Był tam... z pewnością tam był. Może sam, własnoręcznie pozbawił życia jednego z jej krewnych? Zadrżała. Choć przywódczy często nie brali udziału osobiście w walkach... nie mogła wiedzieć. Co nie zmieniało faktu, że wydawał rozkazy. Jego ludzie zabijali jej ludzi... i na odwrót. Nie. Nie miała prawa mu tego wypominać, szczególnie, że wojna wybuchła z winy jej rodu. Może wspominanie o tym było czystym samobójem..? A może... zwykłym stwierdzeniem, wyjaśnieniem jej samotności, które brzmiałoby identycznie w towarzystwie Tyrella czy Targaryena? - Liczyłam, że inni goście dotrzymają mi towarzystwa i tak się stało. Jednak spacer tylko z własnymi myślami zawsze pozostanie jedną z moich ulubionych form wypoczynku. - Zakończyła, sprawnie przechodząc obok tematu samotności. Nie zamierzała prowadzić dalej rozmowy na tym polu.
- Ciebie także urzekła, panie? - Odparła uprzejmie, wcześniej skłaniając głowę w podzięce za komplement, a raczej miłą wróżbę. - Proszę jednak uważać, księżna Ivory Ma-.. Targaryen ma już męża, a stawanie się rywalem Namiestnika z pewnością nie jest mądrym pomysłem. - Zaśmiała się lekko, całkowicie żartując. Oczywiście, niczego mu nie wmawiała a ta uwaga nie miała nawet aspiracji na zostanie uszczypliwą... jednak wszystko zależało od punktu patrzenia. Swoją drogą, jeśli to miałaby być prawda, z całego serca współczułaby dornijce. Ba, współczułaby każdej damie, która by została damą serca właśnie tego mężczyzny.
- Rzeczywiście... nieprzyjemny wypadek. - Powtórzyła chłodno, mimo, że na ustach wciąż znajdował się uprzejmy uśmiech.
A może mało wiedziała o nieprzyjemnych wypadkach? A może, ta rozmowa była niczym w porównaniu z tym, co miało za chwilę nastąpić? Kiedy ich rozmowę przerwał posłaniec, była mu wręcz wdzięczna. W końcu, będzie mogła opuścić tego nieprzyjemnego mężczyznę pod podanym pretekstem, a dodatkowo - kiedy sługa zwrócił się do niej - była już pewna, że to uczyni. Zastanawiała się, ile mężczyzna musiał jej szukać aby wręczyć jej list, ale ten nawet nie pisnął słowem - w końcu nie miał prawa narzekać. Rozwinęła papier, uprzednio rzucając do rozmówcy 'Wybacz, Panie', oddalając się o jeden krok więcej od niego i powoli wczytując się w zawartość wiadomości. Wpierw, zerknęła na podpis. List był pióra Ariel Tully, jej najmłodszej kuzynki. Uśmiechnęła się, bowiem zawsze darzyła dziewczynę sympatią, nawet kiedy to ona - a nie Ophelia - była córką Lorda, urodzoną w głównej linii rodu. Po wojnie z Arryniami sytuacja wyglądała na odwrót: kiedy zginął ojciec Ariel, a zaraz Lord Tully, wraz z większością jej rodzeństwa (pozostawiając jej jedynie siostrę, Artemis), tytuł Lorda Riverrun przeszedł na ojca Ophelii, czyniąc to właśnie ją będącą w głównej linii Tullych. Z punktu widzenia politycznego, zmieniało to całkiem, z punktu widzenia Ophelii... praktycznie nic. Wciąż pozostawała w takich samych, ciepłych stosunkach do swej krewnej, równie ją szanując. Zresztą, podejście innych krewnych również nie zmieniło się wcale, pomijając wszelkie formalności. Ciężko bowiem patrzeć na kogoś z zupełnie innej perspektywy, skoro wyrobiło sobie już konkretną przez te wszystkie lata. Dodatkowo, Tully cenili sobie rodzinę, jak łatwo było odczytać z motta rodu - "Rodzina, Obowiązek, Honor".
List zapowiadał się zwyczajnie. Pytania o pobyt w stolicy były niewinne, jak sama Ariel, więc brunetka kiwnęła głową i kontynuowała czytanie - nie czuła potrzeby, aby zatrzymywać się po tej wstępnej, wręcz pogaduszkowej części pisma. Wyraz po wyrazie, litera po literze, dotarła do części zwrotnej listu. '...nie piszę tylko by dowiedzieć się o Twoim samopoczuciu, kochana Ophelio'. Jasno to oznaczało, że list został przysłany w znacznie innym celu niż uprzejma korespondencja pomiędzy kuzynkami, a z pewnością dalej zostały wypisane ważne informacje, które wyraźnie nie mogły poczekać, aż Ophelia wróci do Riverrun. Zmarszczyła brwi. Zamiast odetchnąć i przygotować się na kolejne słowa, kontynuowała czytanie jeszcze bardziej zaciekle, nie skrywając obudzonej ciekawości. Wszystko było dwa zdania dalej.
Twój brat nie żyje.
Puste wyrazy wypisane atramentem na papierze, odbiły się jak kamienie od muru. Zamarła na chwilę, ale mózg wyraźnie nie chciał dopuścić wiadomości jako prawdziwej. Wszelkie ciepło, które pojawiło się na wspomnienie krewnej, uleciało w jednym momencie, pozostawiając tylko pustkę. Nie chodziło o taką bezbarwność, jaką chwilę temu okazywała Baratheonowi. To była po prostu pustka, nicość. Jak w transie czytała kolejne słowa listu, a co kolejne zdanie coraz bardziej traciło sens. List, Riverrun, przyspieszony przyjazd - tyle zrozumiała.
Mam nadzieję, że przekazałaś życzenia od całego rodu. 
Cofnęła się do początku listu, czytając jeszcze raz. Pomyłka, coś źle przeczytała, ale serce - które najpierw stanęło, a teraz łomotało w piersi niespokojnie - mówiło jej coś innego. Nagle kropla rozmyła atrament, pozostawiając charakterystyczną plamę na trzymanych w drżących dłoniach papierze. Deszcz? Niebo pozostawało czyste, pozbawione chmur deszczowych. Mechanicznie, jakby jej ktoś kazał, przyłożyła jedną z dłoni do policzka. Był mokry. Płakała?
I dopiero wtedy zdołała sobie to uświadomić. Lancel nie żył. Nawet zakrycie dłońmi ust nie powstrzymało nagłego, gwałtownego szlochu, który wstrząsnął jej małym, drobnym ciałem. W chwili, w której list bezwolnie opadał ku ziemi, jej przed oczyma przelatywały wszelkie chwile, jakie udało jej się spędzić w towarzystwie brata, każdy moment, jaki zapamiętała. Nie obchodziło jej teraz nic, gdzie stoi, gdzie się znajduje, w jakim towarzystwie. Liczył się tylko fakt, że jej ukochany... mały braciszek... nie żył. Że już nigdy nie zobaczy jego uśmiechu, nie usłyszy jego głosu, nie poczuje ciepła jego ramion... Czuła, jakby ktoś wyrwał cząstkę jej, brutalnie, a potem jeszcze uderzył ją w twarz. Musiała ruszyć do domu, czym prędzej. Teraz.
- Zabierz mnie stąd natychmiast. - Powiedział to ktoś obok niej, osoba obca - nie ona. Ona nie mogła mówić. Ona nie mogła się złapać posłańca za ramię, może z siłą większą, niż ktokolwiek by się spodziewał. A może, to była i Ophelia, działająca mechanicznie i w transie. Ważne, że mężczyzna jej wysłuchał i wyprowadził z ogrodów, a następnie z wesela.
Więc opuściła miejsce pod pretekstem listu.
Zupełnie inaczej, niżeli się spodziewała.


[z/t]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   Sob Lip 19, 2014 10:07 pm

Im dłużej Derek przebywał w towarzystwie tej pannicy, tym bardziej miał ochotę ją opuścić. Nie chodziło tu nawet o słowa, które wypowiadała pod jego adresem, a w każdym razie nie tylko o to. Miał dość jej głosu, widoku jej twarzy, jej gestów... Wszystko zlewało się w przeraźliwy obraz niechęci. Nawet męczenie dziewczęcia przestało sprawiać mu należytą frajdę. Gdyby się głębiej zastanowił, mógłby zauważyć, że to pierwszy u niego przypadek takiego zachowania wobec damy. Dziwne, że naszło go to dopiero teraz. Może inne panny po prostu sobie na to nie zasłużyły? A może ta zwyczajnie pojawiła się w złym czasie i złym miejscu? Nie można było powiedzieć, że Derek miał parszywy humor, że miał ochotę kogokolwiek zabić tuż przed feralnym zderzeniem z kielichem. Jak to się stało? Pewnie w innej sytuacji zareagowałby kompletnie inaczej, uznałby całość za nieszczęśliwy zbieg okoliczności i próbował czarować swoim wdziękiem (którego akurat nie było zbyt dużo jak na Baratheona). Tymczasem sytuacja okazała się o wiele bardziej skomplikowana.
- Proszę się tak nie trudzić, pani - odparł, spoglądając na nią wciąż z tym samym, dość przykrym wyrazem twarzy. - Wszystkim zajmie się służba. Myślę, że ten wams nie jest jeszcze stracony.
Ostatnie słowo wypowiedział kwaśno, po krótkiej przerwie, brzmiało więc niezwykle sztucznie, ale też niemiło. Och, jakże elokwentnie i mądrze wypowiadała się na temat kierunku północnego. Zmarszczył brwi, słuchając tego jakże przemyślanego wywodu, po czym prawie parsknął śmiechem. Prawie. W ostatniej chwili udało mu się jedynie wykrzywić usta w czymś w rodzaju uśmiechu.
- Wiem, gdzie jest północ, pani, a jak pewnie usłyszałaś, północe są dwie - jedna metaforyczna, a druga właściwa. Chodziło mi raczej o tę, przy której znajduje się Mur, przepraszam więc za błąd w odczytaniu twych słów. - Odpowiedź wydawała się równie zgryźliwa, co wcześniejsze. Ponadto, gdy usłyszał uwagę na swój temat, najpierw miał ochotę wybuchnąć. O taaak, być może wtedy ta panienka przekonałaby się o tym, co oznacza furia Baratheona. Najgorszy jednak był fakt musu powstrzymania emocji. On, bratanek lorda Końca Burzy musiał powstrzymywać emocje przy tej... ugh.
- Och tak, na Mur wysyła się tylko prawdziwych mężczyzn, by żyli w radości wśród zbrodniarzy i bronili nas przed bandą niezorganizowanej piechoty przedzierającej się przez ogromny Mur oraz stworzeniami, które pojawiają się jedynie w bajkach dla dzieci. Ponadto większość z tych właśnie mężczyzn zamarza na kość i generalnie przestaje być mężczyzną w pełnym tego słowa znaczeniu - odpowiedział, ledwie powstrzymując się przed atakiem furii. Obraziła go. Może nie była tego w pełni świadoma, ale obraziła go. A może była na tyle inteligentną żmiją, że chciała to zrobić? Chciała tak otwarcie? Mimo wszystko, trzeba odpowiedzieć zawsze spokojem na taką zniewagę z ust kobiety.
- Współczuję, pani, proszę przyjąć moje kondolencje. Musieli być dzielnymi mężami, nawet, jeśli stali po tej drugiej stronie barykady. Zawsze należy doceniać przeciwnika - spojrzał dziewczęciu głęboko w oczy. O tak, doceniać przeciwnika. To dobra rada.
- Księżniczka podróżowała ze mną do Królewskiej Przystani, mogę więc powiedzieć śmiało, że wypiękniała na uroczystości. Mimo to nie zamierzam kraść jej sprzed oczu namiestnikowi. Po ostatnich wydarzeniach na Południu, byłoby to wręcz nie na miejscu - odparł ze spokojem. Zdążył już ochłonąć i ogarnąć myśli, słuchając irytującego szczebiotu panny z Dorzecza. Współczuł z całych sił jej przyszłemu mężowi. Ten niewyparzony język mógł mu sprawić więcej szkody niż pożytku. Allya potrafiła utrzymać swój ton w ryzach, gdy było to potrzebne, ta zaś chyba postanowiła okazywać swój temperament wszędzie, gdzie się znalazła.
W momencie, w którym miał dopowiedzieć coś o nieszczęśliwych wypadkach chodzących po ludziach, zjawił się posłaniec z listem w ręku. Derek nie miał innego wyboru, jak puścić Ophelię, by ta ze spokojem mogła zapoznać się z korespondencją. To przynajmniej sprawiło, że na chwilę ucichła. Zastanawiał się, w którym momencie to on zaczął mieć jej na tyle dość, że radował się z prawie końca spotkania. Najchętniej ulotniłby się już teraz, ale zupełnie straciłby już w wszystko w tej dość nietypowej i nieprzyjemnej zarazem rozmowie. Trwało to dość długo, choć pismo nie wyglądało na specjalnie wymagające. Derek stał w milczeniu i czekał, a potem... potem ciszę przerwało jedno zdanie, które mimo wszystko niezmiernie go zdziwiło. List upadł na ziemię, a panna oddaliła się czym prędzej z posłańcem. Coś musiało nią naprawdę wstrząsnąć. Baratheon wiedział, że zaglądanie do cudzej korespondencji nie należy do zbyt dobrze widzianych spraw, ale był tu sam, a powód opuszczenia w takim pośpiechu tego miejsca przez pannę Tully również go zastanowił. Litery szybko przebiegły mu przed oczami. Teraz wszystko rozumiał.
Może powinien mieć do siebie żal o to, jak potraktował tę dziewczynę? Z pewnością nie będzie miała dobrych wspomnień z tego wesela. To ostatnie okaże się najgorsze. Derek zasiadł ponownie na fontannie i sięgnął po wino, od razu upijając łyk. Już postanowił, że spali ten list. Nikomu nie jest potrzebna informacja o śmierci kogokolwiek, tym bardziej osoby bliskiej sercu dziewczyny, której nie darzył zbytnią sympatią. Może nie powinien się tym w ogóle przejmować? Tully chyba byli najbardziej pechowym rodem w całym Westeros, szczególnie, jeśli chodziło o niezapowiedzianą śmierć męskich członków rodziny. Westchnął głęboko. Może jednak źle to rozegrał? Po wypiciu wina z kielicha do dna, wstał i powolnym krokiem ruszył w stronę twierdzy, zostawiając całe weselisko za sobą. Ciężko było się bawić po takim doświadczeniu.

[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Ogrodowa ścieżka   

Powrót do góry Go down
 

Ogrodowa ścieżka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Ścieżka górska
» Numerologia
» Julius Nott
» Ścieżka
» Ścieżka z polanki do statku

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Królewskie Ogrody-